„… nie, żeby miała czas, znaczy się ten wolny. Nic z tego, serio!!! Właściwie, to go nie miała w ogóle od zawsze, znaczy od zawsze bojąc się zegarów, a do wszelkich kukułek mając stosunek ambiwalentnie wybuchowy. Nie żeby nie miała dojść do źródła, co jak co, ale posiadała dziwne nieznajomości… wiedziała gdzie nacisnąć, by wyskoczyło, jak poruszyć, by nie nastąpiło, ale też wiedziała, że nie warto. Że tak naprawdę lepiej się do pewnych spraw nie mieszać, więc, gdy Pani Wyspa spytała, podchwytliwie całkiem, tylko kiwnęła głową, dziwnie aż nazbyt dzielnie, skromnie, a nawet i… potulnie.
Cóż, może planety jakoś tak nabroiły i ustawiły się w spolegliwość wzmacniające formy, a może jednak Wiedźma coś kryła, może miała w sobie jeszcze jakąś tajemnicę, któej nikt się nawet nie domyślał? Bynajmniej… w ten sposób została dodatkowo i całkowicie bezpłatnie: Wyprowadzaczka Kamiennych Serc.
Moglibyście myśleć, że AJAJAJAJ, przecież to nic takiego. Idzie na plażę i tak, liże te kamienie, więc co tam jej szkodzi przy okazji zakręcić się koło kamienno uformowanych łupków, gnejsów i granotów? Wokół kryształków samotnych, dziwnie dzikich i krzemieni? Wokół zlepieńców czarownych, zielonych, czerwonych, a nawet i lila? A no zdawałoby się zero problemów. A jednak… chodzi o to, że robota wpisane miała w listę obowiązków też i przedszkole serduszkowe. Czyli użeranie się z gromadą nie do końca uformowanych maluchów, które kurcze już chciały do ludzi. Tych całkiem jeszcze nie dorosłych, a jednak przekonanych o własnej ważności i woli zbawiania świata… I jeszcze jeden problem. To, że były małe znaczyło tylko to, że były młode i jeszcze nie gotowe by sercowo zbawiać świat, więc należało je przysposobić do powrotu w formujące, uczące fale. A spora część z nich, była jakby to łagodnie ująć… rozmiaru głaza!!!
I jeszcze były one… kamienne serca zgubione. Trudne do odróżnienia, tak bardzo pragnące znowu stać się kamieniami, serca porzucone, wydarte z piersi, niechciane tak bardzo, że poluzowały się na spawach i dawno przestały bić. Dotykanie ich bolało tak bardzo, tak bardzo bardzo bolało…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Kobieta, która wyszła za chmurę” – … ostatnio mi się z Carrollem nie ułożyło. Jakoś tak wydawało mi się już, że kicha, że więcej w nim romansu niż nieba, niż niepewności baśniowości, owych wędrówek pomiędzy welonami zdarzeń, światów i czasów… A tu nagle to. Tomik, tomiczek, zbiorek opowiadań, które nie trzymają się reguł, nie bazują na niczym, co uznawałam za stałe. Są niespodzianką. Miniaturami, które mogą doprowadzić was do neiznanych cząstek waszej duszy, musnąć podświadomość, pozwolić znowu uwierzyć, że jest więcej…
To wytchnienie.
Taka proza, która pomaga uwierzyć, że wciąż są autorzy w pełni tego słowa znaczeniu, sztukmistrze słowa, którym życie ofiarowało już większość bólu, by mogli to przenieść na strony, ale też i wszelkie szczęśliwości, bo jedno bez drugiego…
… nic nie warte…
Ale opowieści oczywista o miłości, samotności, zaufaniu… o owych podstawowych potrzebach ludzkości. O tym czymś więcej, czego nic nie jest z nas w stanie wykorzenić!!! O tajemnicach, które nie zawsze powinny być głośne i o niepewności. O owycm strachu przed nadmierną nudą i zwyczajnością, a zresztą… tak naprawdę wydaje mi się, że akurat ten autor dla każdego tworzy osobną opowieść, o tym, o czym musisz, a może tylko potrzebujesz posłuchać/przeczytać.
Niebiosa i Piekiełosa się nade mną zlitowały i w końcu mam co czytać! I alleluja i wszelakie ave i ogólnie hosanny niech sobie wybrzmiewają!!!
Aaaa… MAKARENA!!!
Wielka Bogini Wilgotności zlitowała się nad nami i wszelako pokropiła. Pani Wyspy jest jej oczywiście ponad normy wszelakie wdzięczna, ale nie żeby jakoś nadmiernie to okazywała, no wiecie kobietom nie dogodzisz, co nie? Z własnego, coby nie było, doświadczenia to wiem! Pokropiło i popadało, zakryło palące słonko, jakoś tak trochę ochłodziło, milusio powymiatało pewne elementy wystroju z plaż i wszelako cudownie odświeżyło. Aż mi się kurcze zmarszczki prostują od owej deszczowej mgławistości. Aż jakoś w kościach już piach nie skrzypi… Oj cudnie!!! Wypełzłam więc oczywista na spacer, bo co sobie będę żałować, nadejdą później parne letnie szaleństwa, a ja jeżeli o ciepło chodzi, to wiecie, lód wolę!!!
Wychodzę na tlenowano, ozonowano azotanowanowe powietrze, znaczy oddychalne, wiadomo i dobrze mi. Ocieka ze mnie krem, ale jakby co, to wiecie, nie pot to ino deszcz. Mokre mam gacie, ale wiem, że pada, więc nie ocenia mnie nikt. Zresztą, teraz jak przez przypadek w morzę wzburzone wejdę, to znać nie będzie, żem aż tak szalona. Bo w końcu woda jeszcze chłodnawa, znaczy nie żeby AŻ TAK… ale może jeszcze sobie odmówię kąpieli, może? Ślizgam się po mokrych kamieniach z wodorostowymi galaretkami, wiem, że w końcu zaliczę bolesność, ale co mi tam. Pięknie i mokro jest i zimno jest i cudownie wilgotnie jest!!! Jak mawiają raz się żyje, chociaż kto to tam wie jak to z tym wszystkim jest? Może byłam już sobie robalem, albo stokrotką łysą?
W kamieniach na plaży wypatruję kształtów i kolorów, a może raczej słucham? Wyciągam dłoń, rozpościeram palce i zwyczajnie, po prostu czekam, aż mnie dotkną. W jakiś dziwaczny sposób moja intuicja przesącza się przez skórę, przez palce i odciski… te od pędzla, od ołówka, od kamieni… Na owe stwrdniałe ślady po wszelako naiwnej, tak bardzo, działalności. Tej, która chciała być czymś więcej niż tylko słowami i obrazami. Bo przecież każdy chce pozostawić po sobie coś… chociaż nie, może dlatego naiwnej, bo ja nie chcę? Bo moim zdaniem to nie ma sensu, bo ja to tylko ja, część Wyspy, a ona sobie beze mnie poradzi, jak już przyjdzie czas.
Wyspa leczy człowieka z głupoty, z dziwacznej naiwności, z owych egocentrycznych głupkowatości, z cholerycznej potrzeby mesjanizmu… Bo nie oszukujmy się. Nasze życia zdarzają się i tyle. Nie oznaczają od razu wielkich zmian, nie mają na celu tylko i wyłącznie zwykłe, codzienne, no życie! Takie całkiem normalne. Całkiem mało niesamowite. Bo historia to zapamięta to, co będzie chciała. Nie prawdę, nie kłamstwo, ale to co jej będzie wygodne. I sorry, ale kiepski mamy na to wpływ. A pamięć, ech… powierzanie jej ludziom nie ma sensu, lepiej wyszeptać siebie do końca w trawy i drzewa, w morskie fale i jeziora, w strumienie wartkie i stawy… a w końcu w kamienie. Oni zapamiętają, one na zawsze narastając w kolejnych warstwach zachowają cię, jeżeli taka twoja wola i marzenie. Ale… tak serio, to po co?





