„Właściwie no takie czasy.
Każdy chce się pokazać, zcelebrycić. Każdy od razu jest wielkim znawcą tego, czego jest znawcą właściwie. Ot budzi się z łona z wrzaskiem pełnym mądrości i już… nic nie jest ważne, nic nie ma wartości. Ni dokonania przeszłości, ni ludzie, którzy wciąż jeszcze żyją, oddychają, działają… Ci sami, którzy zdążyli już to przeżyć, którzy zaliczyli te same wpadki i wzloty. Jakby ktoś przy narodzinach, wciskając im guzik PLAY dołożył też złudne oprogramowanie, że niczego nie potrzebują więcej, że wszystko mają, wszystko wiedzą. Ach! No przywilej młodości, czyż nie?
A jednak… inaczej jest.
Brązowa Pleśniawka Malowniczej Zbrodni ogólnie nie była zadowolona ze współczesnych złoczyńców. Dziwni tacy, pozbawieni finezji… jak już coś to wzroują się na grach, czy telewizyjnych serialach, ino patrzeć jak cynaderki podrożeją, jak nereczki i jąderka w sosiku pójdą w górę, jak gardziołka w nalewce nie spędzą mroków nocnych mar, jak galareta z nóżek będzie bez paznokietków, jak już nie będzie można sobie pozwolić na zwykły, zdrowy posiłek ze swojskiej ludziny!!! Cóż, nie można było już ufać współczesności, ale jeżeli nie, to co zrobić? Tardis nadal w naprawie TimeLordzi nie chcą współpracować, bo coś im tam z etyką nie styka… więc w końcu wylądowała Brązowa Pleśniawka u Wiedźmy Wrony Pożartej. Nie dlatego, że ta się w krwistości lubiła bawić, ogólnie mówiąc ani przytulancka ani dotykowa Wiedźma raczej nie była, ale jednak… z powodu wszelakiej niespójności widzenia, jakoś tak coraz częściej ostatnio łapami babrała się w ostatkach, chłodnych ochłapach wcześniejszego życia, trawienia, lub po prostu w ogólno dostępnych śmieciach. Bo w końcu jej kamyczki czasem podłapywały jakiegoś… grzyba. Ale nie o to chodziło Brązowej Pleśniawce Malowniczej Zbrodni… a o jej słynną Spiżarnię!!!
Może nie zabijała malowniczo, ale na pewno posiadała w sobie stosowne aspekty i zachowania, myślała Pleśniawka przeżuwając wyśmienite kciuki w zalewie z zeszłorocznego miotu. Może i Wiedźma Wrona sama nie jadła, ale siedząc przy chwiejnym stoliku wraz z Panem Tealightem i Ojeblikiem – małą, uciętą główką – nie żeby ona siedziała, no raczej się bujała… Pleśniawka Malowniczej doskonale rozumiała, że oto moze w tym niskim ciele, w owych dziwnych skóry i tkanek ozdobach, w bliznach tych…
… kryła się jej jedyna nadzieja? Przerażająco to myśl, czyż nie, może ją lepiej zagryźć i zapić nalewką na naskórkowych wałeczkach… Ech, przyjdzie się w końcu zdewaluować i przebranżowić, czyż nie?”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Elita” – … a może kobiecość chce się wyzwolić? Może tak naprawdę wcale nie poruszają was hasła: baby na traktory? Wydaje mi się, że część pragnie, i to nie tylko w okresie dojrzewania, po prostu być kochaną. Przeżyć owe motyle w brzuchy, mieć kogoś, kto obroni, kto będzie i księciem i bohaterem…
Drugi tom cyklu (pierwszy to „Rywalki”) jest o wiele cięższy. W dziwny sposób owa niepewność młodej bohaterki, owe wahania nastrojów, ciągłe krążenie wokół dwóch mężczyzn, miesza jej w głowie. Cóż, nie dziwny sposób, ale zwykla logika… jakoś tak pamiętam coś z czasów nastoletnich uniesień. Ale teraz też wkracza historia krainy, w której toczy się akcja. Świata podzielonego, niesprawiedliwego, wciąż jeszcze nie do końca dopasowanego do współczesności… i oczywiście ci, którzy pewni są tego, że mogą coś zmienić – aktywiści/terroryści. W tym wszystkim cukierkowość wyborów – teraz z tylko kilku książę ma wybrać jedną, przyszłą następczynię tronu, małżonkę – ale… Ta, którą wydaje się, że kocha, kocha kogoś innego, a gdy jedna nie może się zdecydować, gdy osiołkowi w żłób każdy dano… cóż wtedy może się pojawić taka, która już kocha i wie, że może oddać się tylko tej miłości.
Z cukierkowej, ckliwej opowieści wyłażą ciernie. Ta róża dojrzała i pokazuje swoje wszystkie strony. Nagle pałac to nie tylko suknie i obiady, ale też polityka, ciemne strony osobowości wszelkich dorosłych, rodzina, prawo, zdrada… Kiera Cass może i stworzyła opowieść dla naiwnych i buzujących hormonami dziewczątek, ale jeżeli w ten sposób pragnienie odkrywać tę historię, cóż, możecie się zawieść. Trafić na cierpienie, brutalność, ból, na które nie jesteście przygotowani.
Na Wyspie wybuchły pola. Jedne dają cudowne, właściwie już lekko słone ziemniaczki, pachnące i piękne w każdym kształcie, inne znowu czekają. Te dotąd żółte zaskakująco szybko zmieniły się w zieleń. Jakoś tak w tym roku rzepakowi się nie poszczęściło z pełnią kwitnięcia. Za ciepło mu było, za szybko mu przeszło, podobnie zresztą z dumnym, fioletowym, mechatym szczypiorkiem. O tak, mamy szczypiorkowe pola. Jedni mieli marchewkowe, a my lecimy szcyzpiorem, a co! Jak czosnek może zapachniać świat, to dlaczego nie puchate, słodkie, pluszowe prawie szczypiorkowe kwiatuszki? Wszystkim wolno przecież. No i są jeszcze pola łubinu. Oj te to są szalone. Niebieskie, a dokładniej błękitniuśkie, świecące taki i fioletowe, potem wszelako czerwone i pomarańczowe w różnych odcieniach, do tego kremowe i takie co mają trochę tego i trochę tego. I ciemne, granatwe prawie, dziwnie głębokie… i jeszcze żółciuteńskie, kurczaczki takie… a pachnie to wszystko upojnie. Przyznaję, że nigdy nie udało mi się wpaść w takie pole i tak się go owdychać. Do dzisiaj.
Dzisiaj pływałam sobie w łubinie…
No i są jeszcze zielenie. Wszelakie dojrzewające zboża, kukurydze i inne szaleństwa ziemi jadalne. Te zieloniutkie wprost świecąco, tamte znowu lekko srebrzyste na krawędziach, te w dziwnym odcieniu lekko skisłej zieleni, tamte znowu bardziej żwawe, jakby wciąż były w ruchu. Są zgniłe zieleni i te swieżutkie, młodziutkie, cudownie, lekko woskowo tak naiwne, wrażliwe i wierne. Są zielenie głębikie i te płytkie, zdolne wedrzeć się w myśli i od nowa poukładać komuś życie i takie całkiem dziwne, nieprzystające do niczego i do nikogo właściwie… Zielenie tylko czekające na wzrost i te, które wykształcą z siebie żółcienie i pulsujące złota…
Ot, zwykłe pola.
A pomiędzy polami są skały. I skały też kwitną, a co sobie będą żałować, jak wszyscy to wszyscy, co nie? I na owych szarych i różowych chropowatościach, na owych krystalizacjach w odcieniach zaskakujących od niebieskości po biele i prześwity, i gdzieś tam jeszcze po karminy i niemal czarne czerwienie. Piękne są te skały gołe, ale jak już założą żółcienie i szarości, zielonkawości i wszelakie osrebrzenia porostów i innych cudów zdolnych z kamienie wycisnąć życie… wszystko tańczy i buzuje. A na owym wszystkim są oczywiście ptaki. Znaczy głównie agresywne nadzwyczaj w tym okresie mewy… wiecie jak to jest, jak się pilnuje gniazda i dzieciarnia na skrzydle staje, to jakoś nie da się dla każdego mieć miękkiego dzioba!!!
Oj piękna jest Wyspa.
Piękna jest w każdym czasie, w każdej aurze… czy to havgus się szlaja i bezwietrzność kisi mi pranie, czy jednak popada odrobinkę. Po prostu jest piękna, w owej wypracowanej, naiwnej dzikości, takiej bardziej na pokaz, gdzie wróbel serio myśli, że ten dom ma dach i rynny dla niego tylko i fajno jest tupać w buciorach z podkówkami i z przyczepionymi dzwonkami, z kamiennymi obcasami… no szaleją ptaki!!! I śpiewają, bo przecież dzień nie wstanie bez ich treli, a zresztą młode potrafią serio dopieścić wnerwa!!! Siedzę pod oknem i patrzę na mrok. Mimo późnej pory nie ma go jeszcze tak naprawdę, zresztą, w czerwcu właściwie światło jako takie nie odchodzi. Nawet w te kilka godzin ciemności nie są pełne, miękko głębokie, zdecydowane. Jakby jednak czasem sobie odpuszczały całe to mroczkowanie, jakby brały urlop może?




