Pan Tealight i Kosmaty Kaszalot…

„Wiadomo… morze.

Szumi toto, robi fale, zmienia się ciągle i bawi się ze światłem. Raz gubi wodorosty, niczym łupież i nagminnie, pewno nerwica natręctw, czy coś w ten deseń, zabawia się kamieniami. Potem znowu wszystko wciąga. Już nie wiadomo, czy po prostu na kamieniach gra, czy stara się je ułożyć zgodnie z jakąś, tylko jemu znajomą regułą. Może kolorami, może kształtami, a może jednak poziomem morskiej gładkości? Nie wiadomo. Bo mimo hałasów, morze milczy. Bo jednak przede wszystkim jest przecież wielkim, fascynującym domem, a w domu to nie gwizdać, bo nieszczęście, pająka nie zabijać bo deszcz i pod drabiną nie przechodzić… a już w ogóle buty ściągaj!!!

Znaczy się nie wiemy czy powodem zaistnienia Wielkiego Kosmatego Kaszalota było uczynienie przewinienia w stronę owych domowych praw, ani czy tak naprawdę zgubił się, właśnie rozpoczął natarcie na Wyspę, czy też zwyczajnie jest w odwiedzinach i tak go widoki zmyliły, że zapomniał adresu… bynajmniej kilka dni temu Kosmaty pojawił się na plaży. I to oczywiście musiał wybrać tą, którą Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki ukochała sobie najbardziej… no ostatnio miała kobieta widać wielkiego i wszawego pecha!

Natknęła się na niego spocona i lekko skropiona nader skąpym aczkolwiek chłodnym deszczykiem. Właśnie odbywała swoją dziwną spacerobieżkę, coby nie skostnieć i wciąż odnawiający się wkurw wewnętrzny na świat cały z siebie wypocić… i jak go zobaczyła, to serio jej nie przeszło. Świadoma narastającego napięcia pod nosem rzuciła wiązanką, która spłoniłaby urzędnika Izby Wytrzeźwień, a potem spojrzeniem swoim skropiła kilka najbliższych kamieni, które zapłonęły jasnym płomieniem i zamieniły się w rdzawy, względnie farbujący popiołek. A potem ochłonęła trochę i zadziwiła się nad potęgą wszechświata, który zdolny był na takową bezczelność, coby jej coś znowu na łeb zwalić. No dobra, może nie na łeb, a na plażę, ale jednak… a potem zauważyła łzy. Znaczy chyba łzy, wypływały z czegoś, co można było wziąć też za nosy, ale…

To były jednak łzy. Wezwane na pomoc Utopce, dziwne, pokręcone i wszelako niepewne w stosunkach międzynarodowych… były realnie i zaskakująco zadziwione, że zapomniały o psikusach, a zajęły się czesaniem. Zajęło im to kilka godzin, ale jednak się udało. Przez ten czas dziwny, ogromny, włochaty i kręcony, wszelako rybi, a jednak może nie do końca, któż to może wiedzieć… nic nie powiedział. Poza łzami, czy czym tam to było, nie wydalił ni dźwięku, ni innego produktu przemiany materii… Ale dopiero gdy całe jego ciało znaczyły wstążeczki z traw, porostów i kwiatów, gdy stał się nienaturalną, ale jednak intrygującą interrakcją artystyczną, mogła na niego spojrzeć naprawdę. Znaczy w jedno oko, bo w obydwa się nie dało. W jedno wielkie, wilgotne, czarne, z turkusowymi plamkami oko. Pozbawione dolnej powieki, szkliste, niesamowite…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Młot” – … zaskoczenie. Czasem człek chwyta powieść, no niby jakoś wie o co chodzi, okładka coś mu mówi i opis, a potem czyta i już niczego nie jest pewien. Historia bierze go w swoje dziwne, pokrętne moce i zabawia się jego uczuciami. Już nie wiesz czy to powieść ino, czy rzeczywistość? Czy chcesz ją czytać, czy jednak walnąć nią o ścianę i poszukać może czegoś prostszego, łagodniejszego, nie tak zakorzenionego w mitach i przeszłości? I co to w ogóle jest? Tylko fantasy, czy jednak coś o wiele wiele wiele większego?

Większego na pewno!

Oto powieść potężna, pokręcona… z jednej strony niby hostoryczna wtypie „co by było gdyby”, z drugiej czysta fantazja. Historia ludzi, którzy zamknięci w dziwnych, nieznajomych ostajach muszą przeżyć. Jednym udaje się to całkiem nieźle, inni znowu wciąż nazbyt pamiętają przeszłość… pośród nich jest nasz młody bohater. Wkraczający właśnie w czas, gdy pytamy się siebie o to, co zrobić z życiem.

Jest tutaj i przyjaźń i miłość i obowiązek. Jest dziwna, młodzieńcza, niesamowita narracja, ten czas, kiedy bać się nie trzeba nikogo, gdy śmierć zdaje się być baśnią, oraz legendy przeszłości. I w końcu są też rdzenni mieszkańcy… zagubieni w okolicy. Dziwni, wciąż jeszcze nieświadomi… Są próby, kary i nadzieje, ale przede wszystkim są w niej… konsekwencje. A poza tym, no właśnie…

„Młota” nie czyta się ot tak. Z jednej strony intryguje i korci, z drugiej przytłacza. To ciężki kawał lektury. Nasycony, soczysty, dziwnie wilgotny od tajemnic i słów, a z drugiej strony opowieść o dorastaniu i braniu życia w swoje ręce, o decyzjach. O dorosłości, której się nie zdobywa, ale którą trzeba wywalczyć… Może i powieść nie dla każdego, ale nawet czytana z przerwami, wynagrodzi wysiłek.

Gorąco. W końcu kilka wolnych dni – Witaj Pinse!!! A to oznacza niewielkie grillowanie, koszenie trawników i takie tam… Chociaż jeżeli chodzi o koszenie, to chyba raczej nic z tego. Mimo kilku niebiańskich łez, susza dookoła. Wszystko żółknie… pustynia cię choroba! Wszystko zaczyna przywodzić na myśl wrzący kisiel, który cię oblepia i dokładnie dba o to, byś się nie mógł ruszyć. Wiem, że są tacy, co upał uwielbiają, ale nie ja. Tym bardziej, że na zimie mi też w tym roku poskąpiono!!! A co jeżeli lato znowu będzie tak upalne, że morze zakwitnie? Ja się nie zgadzam!!!

Oj pewnie, że zdaję sobie sprawę z tego, że akurat w tym aspekcie Pani Wyspy mnie nie wysłucha, ale… chcę deszczu i chłodu. Osz nie mówię przecież o mrozach, po prostu nocnego chociaż chłodku, bo w ciepełku sny mi wariują bardziej niż zwyczajnie… No i wciąż trzeba kogoś i coś podlewać, no i te muchy, no a jeszcze bez zimy pająki są w natarciu!!! HILFE!!! Proszę!!!

Oj pewno, że lato idzie, wiem o tym, ale jak troszku nie popada, to kurcze nic nie wyrośnie i w jakich krzaczkach będą turyści przebierać swoje blade, lub już sfajczone na prosiaczkowy róż, ciała? Nie wiem, czy jestem przygotowana na parady turystycznych nagusów. Jakby co to od razu mówię, że nie jestem wyzwolona aż tak, by machać cyckami w sezonie… a nawet i poza nim!!!

Wiecie co, się muszę do tego przyznać. To, że boję się telefonów, nienawidzę internetu i panicznie umykam przed zegarami to jedno… ale serio nie do końca rozumiem wspłćzesny świat. Nie dziwota, że wylądowałam na jego mniejszym krańcu. Ale jednak podpatruję turystów. Lękliwie, niczym zbity piesek, z muzyką w uszach, udajac, że mnie nie ma, że jestem częścią ściany, dziwnym szaleństwem zboczonego i na prochach rzeźbiarza, tudzież podporą za starego już dachu… ale jednak podpatruję ich. Są dla mnie jak nieznana osobliwość, jak plemię do zbadania, inna nacja, alieni i zombie, jak całkiem inna kultura. Z taką łatwością przychodzi im korzystanie z cywilizacji, z taką biegłością odnajdują się w jej pipkaniach, blipkaniach i innych melodiach, ale… przynajmniej tutaj nie mają nosów cały czas w telefonach. Co prawda pociesznie wyglądają robiąc zdjęcia potężnymi tabletami, czy innym tam ustrojstwem, no sorry trudno umieścić toto pod stokrotką, co nie? Ale jednak… żyją po staremu! Więc może z tym światem nie jest tak źle?

A może tylko się maskują?

Może tak naprawdę to ja jestem po drugiej stronie klatki, szybki zaplamionej, zaglonionej, w moim prywatny aqua zoologu/wiedźmologu? Chociaż nie, no się nie oszukujmy, to byłoby już nadto zboczenie, świata tego na to jeszcze nie stać, nie na takie poświęcenie, nie na taką ekstrawagancję. Chyba? Lepiej może nie myśleć… nadal się będę chować i mrużąc powieki po prostu patrzeć. Rzadko i sporadycznie. Raczej raz w miesiącu może, cześciej nie dam rady… wciąż wolę głuszę. Świat, który Wyspa ofiaruje w każdym seonie. Może teraz trochę suchy i napuchły, zieloniutki, lekko przechodzony i zmęczony, trochę zrobaczony… ale jednak bezludzinowy!!! Tylko nasycony wronami i innyi skrzydlatymi ak komarzyce i wszelako innorobalice.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.