Pan Tealight i Pani Madonna…

„Jeszcze nim się dopełniło, nim zawiązano na wszystkim kokardki, dodano taśmy, przytopiono lakiem, dorzucono kleju, nim opadły cekiny, nim zużyto wszelkie pozłotka, nim dopięto ostatnie haftki, guziki, nim podłożono trochę rąbek i dodano kilka zakładek, nim zawiązana krajki i wstążki, nim zerknięto, czy wszelkie dodatki równo leżą i błyszczą… Nim. Nim wszystkie rzepy zostały zaprasowane, a zamki delikatnie ukryte, nim plisy sprawdzono pod linią równowszelakoleżenia… a cokolwiek co odstawało zostało przywołane do porządku, nim obcięto ostatnią odstającą nitkę i na wszelki wypadek po raz kolejny przetarto szkiełka…

Nim.

Nim.

Była ona.

Ona była tutaj od zawsze.

Gdzieś w powietrzu, gdzieś w liściach, pniach i trawach, w kwiatach i korzeniach, w falach i wszelkich dźwiękach… i to się chyba nie zmieniło, więc nie można powiedzieć, że to było… bo jest. Może dlatego, gdy pojawiła się w jej śnie, w owych dziwnych zawirowaniach, pod powiekami drżącymi, była ona pod obaloną szafą, a może wielkim, ciężkim dreaniwnym łożem, a może jednak była to szafka? Może coś w rodzaju sekretarzyka? Chociaż, chyba nie. Leżała… w tym śnie umierała i przekazywała swoją wolę. Dziwnie spokojna i uśmiechnięta, co jej zostało. Chociaż tak dziwnie myśleć o niej, że powinna była cierpieć przecież, że… To wszystko jest wciąż takie szalone, rozsypane, dziwnie niemożliwe, a przecież jednak się wydarzyło. Nie cierpiała, uśmiechała się lekko wściekła na swoją rodzinę i oddawała jej… znaczy pojawiła się we śnie by oddać Wiedźmie Wronie swój dom. Swoją chatkę. By powiedzieć, że to jest dobre, że się wypełnia…

Sen przeminął, ale ona… ona wciąż tutaj jest. Pani Madonna.

Nie widziana, nie słyszana, dla innych nie istnieje, jest tchnieniem, powiewem i przewiewem, nazbyt otwartym oknem i przeciągiem. Ale jednak jest wciąż i Chatką Wiedźmy. Nocami stoi przy kuchennym oknie i patrzy w dal ciesząc się ciepłem świeczki zapalanej… potem, gdy prawie wszsycy śpią, kroczy. Dla niej i czas i miejsce są inne. Bardziej rozciągliwe, jakby w stu procentach złożone z lycry. Pani Madonna widzi więcej, a raczej i słyszy więcej, czasem wkrada się do łazienki i po prostu ponownie kopci, jak za cielesności, pyka i wdycha, siedząc na klopie, znaczy Studni Życzeń… Bo ona, Wybrana, Wiedźma Wrona, pozostawiła ją dla niej – metalową popielniczkę, niczym ołtarzyk. Na zawsze, na pamiątkę… i dba o nią. Wrzuca tam wszystko to, co jej może być potrzebne. Nasiona, owoce, kamienie z miłym kolorem, te dziwnie ciepłe, te dziwnie fantazyjne. Mech dla miękkości nocy i dni, a i gładkie otoczaki, dla zabawnych gier. Trchę krzemienia dla ognia i kilka kawałków drewna, na Misie-Patysie ze Styksem, czy inną tam we Wszelakich Wymiarach rzeką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7341 (3)

Z cyklu przeczytane: „Zaginiona” – … hmm? Nie żeby nie ceniła kontynuacji. W końcu ma człowiek swoich ukochanych autorów i stworzonych przez nich bohaterów. Lubi się do nich wracać. Jeżeli nie są nazbyt osadzeni w chronologii, można żyć z nimi przez całe życie. Nawet można ich zabić, a potem ożywić, można ich sklonować, zmumifikować, przerobić na pół psa i pół kota…

Można.

A jednak czwarty tom Kuzynek? I to z taką dziwaczną, obrzydliwą okładką? No sorry, ale w jakim stopniu ma ona pasować do Pilipiuka? Faceta, a raczej Pismaka, od Wędrowycza, inteligentnego, oczytanego autora, który potrafi przemycić wiedzy masę w niewielkim opowiadaniu? Do fantasy? No sorry misie, może i chcę zrozumieć waszą potrzebę sprzedania, ale O ZGROZO!!! I MATKO WYSPO!!!

Mniejsza.

Okładka be, środek intrygujący. Tak naprawdę nie jedna powieść, a dwie nowelki w jednym tomie: „Zaginiona” i „Czarne skrzypce”. Pierwsza intrygująca, jak zwykle z charakternymi bohaterami, a raczej bohaterkami, bo zauważyć należy, że Pilipiuk baby oddać potrafi całkiem niesamowicie. Wkłada w nie jakieś inne serce i inną duszę, cudownie je maluje, a przede wszystkim wiadomo, dorzuca im jaj! No i tak poza znajomymi kuzynkami mamy i Annę księżniczkę wyspy, co podobno nie istnieje, a może istnieje? Kto to tam wie. Mniejsza, tak naprawdę ta wyspa to pikuś przy tym, co kombinują wystrzałowe kuzynki. A druga? Cóż… zapomnienie, intryga, pragnienie… wszystko. Współczesna technika zderza się ze skarbami przeszłości i jak zwykle, przegrywa. Bo przecież wiadomo, że autor do przeszłości sentyment ma. Ekhm, taki jak ja. Tylko że ja trochę bardziej w dół chronologii!!!

Czy warto? Tak.

Bo jest w tym Pilipiuk. Ten sam, w którym się zauroczyliście/łyście. Pokazujący niewyobrażalne tajemnice zapomniane. Dzięki niemu miastowa codzienność nabiera iście bondowskiej szaloności, a wiejska jest szalenie przesmaczna. No ludzie no!!! Kaczka w szarej renecie!!! Matko i Córko Wyspo!!!

Tę serię Pilipiuka czyta się na wiele sposobów. Jako opowieść o tęsknocie za przeszłością, o tym jak przeszłość odnajduje się w teraźniejszości, albo po prostu rozrywkę, na poły sensacyjną, lekko kryminalną… po prostu!!! Warto!

IMG_5782

Szarości za oknem.

Czasem tak się zastanawiam, jak po raz kolejny ktoś mi mówi, że niebo u nas takie niebieskie… że chyba zapomniałam jak wygląda niebo w mieście. Nie żebym nagle zapragnęła pozbyć się owej błękitności, która od jakiś dwóch dni trochę zszarzałą, ale jednak… zapominam. No dobra, czasem budzę się w nocy z wielkim przerażeniem, sercem kołatającym, że nie jestem na Wyspie, albo sny mam, że nie mogę tutaj wrócić, że ktoś lub coś stwierdziło, iż nie wolno mi tutaj mieszkać. To mój koszmar. Nowe piekło, które się we mnie narodziło. Całkiem idealne… doskonałe w swym przerażeniu. Odbierające nie tylko nadzieję, wiarę w dobre przydarzenia się, jakąkolwiek ckliwość i szczęśliwość chwili czy momentu, senne cudowności, złudę i ułudę… ale wprost bolesne. Mrożące, paraliżujące, wiedzące doskonale, lepiej ode mnie samej, gdzie uderzyć.

Czy boję się, że musiałabym stąd wyjechać i nie widzieć tego błękitu? Tak.

Czy mogłabym tak po prostu zmienić nieboskłony? Nie.

Wiem, że nie. gdy budzę się jest taka chwila, gdy nie do końca jestem tego świadoma, gdzie jestem… i wtedy strach staje się namacalny. Rośnie grubnie i powiększa się we wszystkich kierunkach, co gorsza wyrastają mu nowe, lepkie kończyny z przyssawkami, macki i dziwne ogony, w zaskakujących miejscach wyskakuja mu nie tylko pryszcze, ale i otwory gębowe. Oczy pojawiają się jak wypryski opryszczki, tudzież zwyczajowego młodzieńczego trądziku i wszystkie patrzą na mnie. Jakby wiedziały coś, co przede mną jest ukryte i mrugają dziwnie synchronicznie!!! Każdy z nich ma jednak zrobiony makijaż i każde usta mają na sobie szminkę… nazbyt czerwoną, jakby krwistą, taką, która przynosi mi wspomnienie koszmaru i Mikołaju z dalekiej przeszłości, tym co dał mi wrotki, co to miał serio dziwaczne ustrojenie ryja i czerwień na żeńskich zębiskach. Bo wiecie wtedy ortodoncja była lekko w polu i nie wszyscy mieli takie same kły i siekacze i trzonowce i inne tam stwierdzenia zgryźliwości…

IMG_4059 (3)

Zaskakujące jak się w człowieku zmieniają koszmary. W dzieciństwie stykałam się z takimi, którzy bali się majonezu. Taki majonezowy potwór dla niektórych serio może stać się grozą stopnia najwyższego. Ale też i intrygującą wymówką, żeby zdobyć dla siebie większy kawałek toru, albo dwa! Mówicie takiemu, że masa zrobiona jest z majonezu i już! I gra i beczy!!! Wszystko dla mnie. No wiem, że można to postrzegać jako coś okrutnego, szczególnie gdy to właśnie tobie odbierany jest przesmacznie wyglądający kase, ale… ale bez obaw, bez bólu… strachy się zmieniają. W przyszłości całkiem niedalekiej, uwierzcie mi, albo i nie, on się wam z uśmiechem odpłaci owym Kalorii Potatem Wielkim, Diabelstwem Przytycia!!!

Strach…

Niby zwykła i porzebna przecież sprawa, a jednak i czyste, fascynujące, przefascynujące w swojej intensywności zło. Z jednej strony strach ostrzega, gdy ciarkami po plecach was smera, i już wiecie, że tam gdzieś, że za wami w owej całkowitej niewidoczności, coś się czai, coś przed czym trzeba uciekać. I uciekacie, po prostu gubicie nogi, a i części mniej do siebie przytwierdzone. Adreanalina robi oczywiście swoje i nawet się nie odwracacie, jeżeli tylko zdolni jesteście sobie samym uwierzyć. No właśnie, kto z nas tak na amen i dziesięć przykazań wierzy sobie samemu? Tak naprawdę pozbawieni reklamy w telewizji, nalepki z ceną i labela, jesteśmy tym towarem, który każdy pominie w sklepie. Nawet jakby nam doczepić wielki plakat SALE… to od nas zależy, czy naprawdę ktoś nas pokocha. Uwierzy, że to błękitne niebo może być zawsze nasze. Że tak naprawdę strach to wyłącznie coś, emocja, która działa jak cholerny alarm… którą należy po prostu wykorzystać. Nie wiązać z tym, co przechodzi, ale z tym co powraca. I jakoś do tego przywyknąć. I uwierzyć sobie, bo jeśli nie my, to kto w nas uwierzy…

Jeśli nie pokażemy jak nas kochać, to kurcze kto będzie wiedział jak nas kochać pod tym błękitnym niebem, które często tylko my widzimy?

IMG_1393

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Madonna… została wyłączona

Pan Tealight i Księżniczka Salene…

„Niewielu zna tę historię.

Niewielu też w nią by uwierzyło, gdyby im nawet opowiedzieć ją z didaskaliami i odpowiednią intonacją głosu, i oczywiście dowcipnymi szczkającymi odgłosami, deszczem i wiatrem, a jednak… W jakiś dziwny sposób wszyscy o tym, znaczy o niej, wiedzieli. Bo sami pomyślcie. Gdyby nie wiedzieli, to dlaczego nikt nie pytał o wielkie, koliste kupy kamieni, na jej ukochanej, kamienistej plaży? Dlaczego nikt nie zadaje pytań o owe kamieniste struktury, o dziwne rybki, o specyficzne zachowania ptaszków w krzaczkach… o te włosy w falach i dziwnie łkania w wierzbach nad rzeczką?

Podobno księżniczka była panną aż nadzwyczaj pozytywną, piękną i łagodną, dowcipną podobno nawet ponad swój czas i miejsce, ale też rozsądną i skromną. We wszystkim potrafiła odnaleźć dobrą stronę i zawsze cieszyła się z tego co ma. Co prawda wredni przytakują i przypominają, że jako nastolatka miała ukochanego, u którego wszystko kochała i za wszystko w nim dziękowała, co wpłynęło na rozrost drugiej i trzeciej głowy u chłopaka, bo w końcu jak Los usłyszał, że ona tak kocha wszystko, to po prostu zrobił pewne pieprzyki większymi, ale tam… Inni powtarzają, że to tylko szczegół. No i to, że potem chłopak porósł łuską i w prezencie na swoje osiemnaste urodziny został wielkim smokiem, który podobno był też różnopłciowy – jedna z głów była, aż nazbyt żeńska – i zostawił w kopcach jaja, które wyklują cię, gdy on sam powróci w wiekuistego wygnania (bo tak, król nie zgodził się by smok poślubił Salene, noł łej, a i ona sama lekko przerażona wielopłciowością nagłą wybranka, lekko pobladła), gdy słońce przestanie wypływać z morza i chować się za skałami, a trawy zapragną skamienieć i łkać, oraz ubierać się w tylko i wyłącznie jaskraworóżowe szmatki…

No wiecie, podobno to jakaś klątwa, ale kto tam wierzy wiejskim bajaniom? Bynajmniej po owym wypadku Salene wcale się nie zmieniła, wcale nie popadła w czarne otchłani rozpaczy przestrzenie, ale wprost przeciwnie. Postanowiła nigdy nie wątpić w dobroć pozytywnych myśli… więc sami się domyślcie, jak bardzo działała wszystkim na nerwy. Tym odczuwającym normalnie i nienawiść i pospolitego wkurwa, a i zwyczajowe pragnienie umiejętnego przypierniczenia komuś patelnią, tudzież skórki bananowej poślizgowej mocy… No po prostu. Wiecie, taki wysublimowany nadmiar tęcz i jednorożców naprawdę może wkurzyć tych, normalnie ze zwyczajnością się codziennie borykających. A i tych bardziej leniwych też! Cała jej pozytywność po prostu działała wszystkim na wątrobę, bo przecież smutek należy zalać, robaka utopić, a i by uśmiechać się pod sznureczek koronowanej głowy, lepiej mieć we krwi pomoc…

I tak naprawdę, to i król i lud nie wiedzieli jak sobie poradzić z księżniczką Salene. Co zrobić, by w końcu zlazła z chmur, co poradzić na jej uściski i teksty w stylu: widzę w tobie tylko dobro, gdy ktoś akurat walczył z pasożytem w sobie, czy inną ciężką nadmiernie zarazą. Bo Los upodobał sobie słuchanie księżniczki i zawsze powiększał to, co ona uznawała za dobre. Podobno w krainie modne się stało zatykanie uszu, albo i całkowite pozbawianie się słuchu, ale jakoś nie do końca naprawiało to nadmierną pogodność następczyni tronu, więc… no cóż, postanowiono, że król, który był wdowcem, ponownie wyjdzie za mąż. I Los zlitował się nad światem. W 9 miesięcy po ślubie przyszedł na świat chłopiec oraz oferta…

… Salene miała zostać żoną Szwedzkiego władcy. I na tą wieść w krainie zawrzało, a i słoneczność z księżniczki cała odeszła. Bo ona Szweda nie chciała. Nie chciała tego, co ma rodzić jej dzieci, karmić je piersią i łkać. Ona chciała zawsze być żoną… a w Szwecji to nie jest mile widziane.

I tak wciąż można spotkać Salene błąkającą się po plaży, wypatrującą swojego smoka, jedynej miłości, siadającą na jajach, smutną i zgaszoną. Podobno utopiła nie tylko ojca, brata i macochę, ale i dziwnie zniknęli posłowie szwedzcy, a i coś się porobiło z morską drogą, że do zamku dotrzeć nikt i nic nie może… ale ona wciąż żyje…

… czeka na powrót samej siebie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1407

Z cyklu przeczytane: „Pieszczota nocy” – … mniej bzykania. Znaczy oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, iż większość sięgnie po tę serię ze względu na seks, ale… nie ja. Oj wiem, trzeba być nieźle porąbanym, ale… Mniejsza o mnie, nadal mnie to kręci. Bo wyobraźcie sobie, że ona, by zostać królową musi zajść w ciążę. A żeby zajść w ciążę, ekhm musi zawiązać sojusze z przeróżnymi magicznymi postaciami. Znaczy męskimi oczywiście. Problem w tym, że ten, który… ekhm zostanie tatusiem dziecka, ten też zostanie KRÓLEM!!!

Jak to przeżyć?

Mniejsza.

W tej części więcej akcji, więcej kryminalności i dowcipu, a trochę mniej bzykania. Do tego pokręcone magiczne umysły, tacy bardziej w siebie zapatrzeni i tacy mniej, a do tego koszmarny strach uosobiony, wrodzony pożeracz mocy, czyli maleńkie okienko ukazujące przeszłość magicznej sfory. Po prostu fajna zabawa. Żadna tam wysoka literatura, ale dobrze napisana rozrywka. Zwyczajność niezwyczajna. Uczucia i odczucia, oraz bohaterowie, którzy seks traktują całkiem inaczej.

Trzeba oddać autorce, że jest konsekwentna, a i serio musi mieć cudownie rozpisany plan serii! Bo tak, jak ona potrafi rzeczy zagmatwać, a potem skorzystać ze wszystkiego, z każdego supełka i kokardki owego zaplątania, niewielu umie. Dlatego dla zabawy, ale i zerknięcia w to, w jaki sposób naprawdę pisać, w jaki sposób układać dialogi i opisy, warto… po prostu!!! No i kto by nie chciał być nieśmiertelnym, pięknym, aczkolwiek nie do końca boskim… albo i więcej…

IMG_1394

Deszczowo.

Właściwie bardziej wilgotno, niż deszczowo. Jakby deszcz rozprysnął się na miliony mikroskopijnych kropelek, które silnie olewając wszelakie prawa fizyki, a już grawitację to łukiem szeroki spluskując, wiszą i podskakują w powietrzu. Może nawet i tańczą. Może i poloneza, może i kankana, a może tylko walca… raz dwa trzy, raz dwa trzy, raz dwa trzy… A może jednak skaczą w gumę? Albo grają w klasy?Albo nie wiem co? Siatkówka? Ale czym? Małymi zlepionymi w kuleczkę kłębuszkami cząsteczek? No nie wiem… a może po prostu większość najpierw pędzi na złamanie karku z góry w dół, obraca się to na prawy boczek, to na lewy boczek, a potem szpagat, gwiazda, przwrotka i skok przez kozła… a w końcu, bo przecież większości i tak o to chodzi… one. Liście. Te lecące w dół. Te gotowe do lotu, dobrze nasmarowane, już umieszczone na pasie startowym, załadowane i dobrze napojone na drogę… Mają swoje barwy, mają swoje przeżycia i wspomnienia, tak bardzo chcą polecieć, ale z kim? No właśnie i do tego przydają się owe kropeleczki wilgotności. Bo w końcu, gdy się łączą, to dopiero wtedy i nagle stają się jednością.

Bo widzicie… wydaje się nam, że natura to taka jasna i oczywista sprawa. Najpierw jest nasionko, znaczy to jajko, a potem kura. A może jednak odwrotnie? Kura najpierw, potm jajo, bo kto jako miałby wysiedzieć? Przecież kurcze nie słoń, co nie? No mniejsza, więc nasionko, deszczyk, roślinka, wzrastanie, owocowanie i potem jesień i zima, a w kolejnym roku zwyczajnie od nowa… A jednak, nie, wcale nie jest to tak oczywiste. Bo widzicie to wszystko jest naprawdę niepewne, jeżeli owe kropelki nie przejadą się na liściach, wszystko może wziąć w łeb. Jeżeli o poranku ptaki się nie rozwrzeszczą, skuteczni ucinając wam ten z najpiekniejszych, jakże erotycznie ralnych snów… słońce postanowi olewać ziemię i pójdzie sobie za siódmą planetę, za ósmą mgławicę!!!

… bo kto może powiedzieć, że wie NA PEWNO jak to wszystko działa?

IMG_1883

Bo widzicie, na Wyspie to wszystko jakoś działa inaczej. Wszystko może i nie stoi całkowicie na głowie, ale na pewno czochra się często pupą o kamienie i piątki daje rzęsami. Bo może!!! Bo po prostu nikt im nie powie, że tak nie wolno, że tak nie wypada, że jest dzieckiem szyby i szklarza… albo coś w ten deseń? Nikt nie powie, iż oczekiwał czego inego, bo w owym otaczającym Wyspę niepewności oceanie, nie można mieć ucieleśnionych oczekiwań. Po prostu… więc nikt ich nie ma. Każdy przyjumje to, co gdzieś indziej okrzyknięte byłoby dziwacznością, za zwyczajową i bezpieczną wszelako, codziennością przesłodką. W końcu mimo istniejącego zapewnie manuala do Wyspy, jakoś nikt o nim nie krzyczy, a nawet i ona sama nie wymaga klepania definicji i dat. Tutaj raczej zderzasz się z emocjami i jeżeli nie przetrwasz, nie wytrzymasz, musisz odejść… no i oczywiście to miejsce musi cię wybrać…

Do końca nie wiadomo jakimi kryteriami się Wyspa kieruje. Podobno możliwym jest, iż nikt nie chce ich znać, albo… nie istnieją. A wszystkiemu winne są Humory. Widzicie… Humory, oj oj oj tak.

Czym są?

Hmm… lepiej zapytajcie KIM SĄ?!!! W końcu jak inaczej opisać to, co w definicji jest Szarą Eminencją Pani Wyspy? Bo widzicie, mimo użytej liczby mnogiej, w rzeczywistości Humory są jednym człowiekiem. I, choć może to was zaskoczyć,nadmienić należy, iż człowiekiem z określoną płcią. Mężczyzną. Facetem dość muskularnym, dziwnie ogorzałym, w refleksyjnie szarawym tanktopie, szortach w stylu szalenie i kolorowo hawajskim oraz całkiem na boso, nawet w najgorsze mrozy… które nie zdarzały się tutaj często. Wprost przeciwnie, w końcu figi wolą określone klimaty. Więc dlaczego liczba mnoga pytacie, aj no właśnie… bo gdyby tak odgranąć mu włosy na karku, była tam całkiem inna twarz i para niewielkich, króciutkich rączek, podobnie zresztą pod paszkami, z prawej ona, z lewej on sądząc po zaroście…

Tylko Pani Wyspy wie, które z nich jest którym, którą i do jakiego czasu otwiera toto otwó gębowo-mówiący. podobno też tylko ona karmi tego, który znajduje się w miejscu takim, jakiego słonko nie dotyka, ale niechętnie ujawniane są te szczegóły. Warto nadmienić, iż wszystkie humory w jednym są dość niestandardowym patchworkiem. I serio setki koron wydają na dentystę!!!

IMG_7996

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżniczka Salene… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Cumtojfel…

„Pan Cumtojfel obudził się tego ranka nadzwyczaj rześki i radosny. Zaniepokoiło go to dość mocno, gdy ani razu nie wylała mu się woda na herbatę, a nawet nie wykipiała, a co gorsza nie była ani trochę przypalona! Gdy już nie wysypał na podłogę herbaty, jak zwykle się mu zdarzało, za co wdzięczne były wszelakie mikre stworzenia, a i nie zapomniał jej posłodzić, gdy ciasteczko namoczyło się w niej dobrze i nie rozpadło w zagęszczający napar pył… zaczął odczuwać silne mrowienie w żołądku. A prawda jest taka, że mrowienie w żołądku w przypadku osobników takich jak Pan Cumtojfel, znaczy aż nazbyt wiele. Niektórzy po takich odczuciach toczyli wojny, grzebali zmarłych, a nawet doprowadzali do krańca wszelakie świate… Może i nasz przyjaciel nie miał aż tak wielkich aspiracji, ale jednak… odczuwał coś. I bardzo go to odczuwanie intrygowało, bo nie przypominał sobie niczego, co mogłoby do owego odczuwania doprowadzić. Nic się wczoraj nie wydarzyło, ale to całkiem nic.

Jak zwykle rano poszedł do pracy, a należy nadmienić, że robotę miał nad podziw zwyczajną. Ot stał na jedynym takim rozstaju polnych dróg na południe od Białego Domostwa i czekał… Czekał na tych, co pamiętają. Na owych z kurzajkami, z których serio można było zrobić cudowny napar nasenny dla kur, tymi z życzeniami i klątwami, za których spełnienie mógł dostać wszystko, oraz tych zagubionych całkiem, niemiłosiernie zmęczonych, znużonych… szukających czegokolwiek. Czekał zawsze przygotowany. Odziany w swój wyprasowany strój, z całym kuferkiem specjałów, dzięki którym był takim profesjonalistą od czasów swojego ojca, dziadka i pradziadka. Czyli wiecie, od początku świata właściwie. Znaczy od momentu stworzenia owego rozstaju dróg. Od narodzin tej mocy, której przeznaczone było mieć ich rodzinę za Strażnika. I tak naprawdę nie zastanawiał się, dlaczego od tak dawna nikt nie przyszedł. Dlaczego nikt nie prosił, nie krzyczał, nie błagał…

Po prostu pracował i w owej specyficznej rutynie odnajdywał spokój i swoje, może i monotonne, przeznaczenie… czy do tego dnia?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9286

Z cyklu przeczytane: „Wilcze przesilenie” – … Anne. Ja rozumiem wiarę i brak wiary, a potem ponownie ucieczkę w jej ramiona… Tylko co teraz? Co z nami? Z Morphenkindami? Co z Reubenem i jego nową rodziną? Co z jego starą rodziną? Matką, ojcem, bratem… i kobietą, która miała być jego żoną?

Anne Rice powraca w nowej opowieści. Królowa wampirów, autorka opowieści o czarownicach, ale i niesamowitych erotyków, czy niewielkich historii, tak bardzo wzruszających jak „Skrzypce”… tym razem powraca ku… no właśnie ku czemu? To drugi tom serii, a ja nadal nie mam pewności o co w tym wszystkim chodzi? Najpierw pogańska, szalona i niesamowita Anne, w pewnym momencie, ze zrozumiałych powodów, powróciła w ramiona chrześcijaństwa. Mimo zmiany tematyki, wciąż jednak jakoś ujmowała. Była nowa, inna… A teraz? Po ponownym nawróceniu na religię dawnych przodków, próbuje chyba przywrócić sobie dawną sławę… i nie jestem pewna, czy jej się udaje. Bo niby mamy znowu intrygującego bohatera, jego nowe życie, pasjonujący świat, wzbudzający nowe marzenia dom, wilkołacze zwiastowanie nieśmiertelności…

… ale co poza tym?

Na pewno Rice ponownie przenosi nas w świat, w którym tak bardzo nie trzeba się lękać śmierci. Mierzy się w tej opowieści o miłości, magii, owych postaciach kroczących w cieniu, o duchach, oraz wszystkim tym, co dla wielu niemożliwe… z owym pierwotnym lękiem przed ciemnością, zgaszonym światłem i odebranym oddechem. Daje nam świat stworzeń, wikołaków/zmiennokształtnych, które mają właściwie wszystko. Żyją bez strachu, zawsze, wiecznie, bez większych ludzkich zmartwień… otoczeni przez nieśmiertelnych. Kto z nas chciałby przestać bać się umierania, starzenia? Ja na pewno, a jednak ta powieść jakoś mnie nie ujmuje. Jakoś nuży… Bo to już było. Nie ma tutaj nic nowego poza nazbytnim owłosieniem bohaterów. Ale też… jest to coś, za czym część mnie tęskni.

Można czytać to jako fantasy, można jako opowieść o miłości, o ludziach, którzy w końcu potrafią stawić czoła złu tego świata… można się zatopić. Zresztą, sprawdźcie sami. Zacznijcie od „Daru wilka”.

IMG_1397 (2)

Dynie i klocki, słoma i dynie. Gdzie niegdzie wystaje lekko zwichrowana, przyschnięta gałązka kukurydziana, z kolbą też. Żółciuteńkie takie ma kukurydza zębiska, jakby serio pijała wiele barwnika z moczu, a skąpiła na szczoteczce i paście. Oj cudownie połyskliwa jest, dziwnie taka lakierowana…

Znaczy tak, u nas się zaczęło Halloween. Przez to, że maluchy mają tydzień ferii, znowu Gudhjem zaroiło się turystami. Ponownie w tej przepięknej osadzie, pośród kolorowych chatek, powieszonych duchowości i podgryzanych lodów, szaleją języki, a i sami ludzie, skacząc po słomianych klockach w niskim i przewidywalnym labiryncie. Ale nie ma boja. U nas to serio, wszystko pod aktywność fizyczną od razu podchodzi. Jedni na snopku, drudzy pod snopkiem, jeżeli marzą się wam jakiekolwiek zakupy, to ostatni na nie dzwonek. Nawet niektóre sklepy są otwarte! A poza tym… coś w powietrzu dziś takiego przytłaczającego, jakby owe wszelkie dynie łkały… bo każda z nich chciała być ciastuszkiem, albo tam wekiem, czy innym drzemem, a tu co? No nic nie ma! No kurcze nie da się… ino rola ozdobnicza. Wpychają im na dodatek w brzuszki różnokształtne świeczki, a te je podpalają, a i ocieplają, nagle się wszystko w dyńce gotuje i jak się dobrze nagrzeje… to owa dyńka się zmienia w potwora. Tego, który tęskni za swoimi ziarenkami, a z owej tęsknoty, nie pomny, że one zniknęły już pomiędzy siekaczami i kłami ludzkości, postanawiają je odnaleźć. Niczym matki, które zagubiły swoje liczne dziatwy plątają się od łódki do łódki, od kutra do kutra. Od chatki do chatki, do drzwi do okien, od piwnic po dachy… Mewy dobrze wiedzą na co się szykuje, gdy tylko w porcie się nazbyt wszystko pomarańczy, więc nawet nie starają się im przeszkadzać. Bo widzicie, może i dynia was nie pogryzie, może i nie wyjje wnętrzności, nie wychłepcze z was do ostatniej kropelki krwi, ale coś może… może zbutwiałowością swą wewnętrzną was oblać, a owa ciecz musująca wciąż szybko weżre się wam i w oczy i pod skórę zajdzie i już nic i nigdy nie uczyni was pachnącymi. Na zawsze tchnąc będziecie aromatem zdechłych jaj…

Wcale nie kłamie. Pamiętacie tego gościa, któy zwykle się bachał w porcie w wannie? A właśnie, a zauwazyliście dziwny siarczany posmak ostatnio w powietrzu… Podobno się rozpuścił od nadmiernego mycia i starł od szorowania!!! BUUUUU!!!

IMG_3535

Ogólnie mówiąc w szarości dnia dzisiejszego we łbie się człowiekowi mąci i tyle. Z jednej strony te przepiękności liściowe, owe czerwieniowości wszelakie, pomarańcze i żółcienie, ostatnie, lekko wymęczone zielenie i te pnie srebrzyste z w końcu pootwieranymi oczami i owe gałązki fikuśnie powykręcane, a i te szalone kory drażnienia… Wszystko jest takie niesamowite. Jakby gotowe do jakiegoś balu, czy coś? A może, gdy zmrok zapadnie, bo teraz to wcześniej zapada, wiadomo, gdy wszyscy usną, gdy cisza będzie jedynym dźwiękiem nagle Wyspę opadnie muzyka i wszyscy popłyną w dziwnym korowodzie. W takim, do którego każdy jest zapraszany, ale nie każdy ma śmiałość dołączyć? A może jednak to ino mrzonki… nie no, coś wisi w tlenie. Czy raczej małej przeraźliwie azotowości i się recholi z ludzisków. Strasznie!!!

Bo widzicie… po sezonie sezon ma natura. Jak już ludzi mniej, a i Tubylcy bardziej skorzy do przymykania na wszystko oczu, a i zostawania czasem w domach w kocach i przy ogniu, albo wprost przeciwnie, nagle tak bardzo zaskakująco podnieceni wyrywają się w głuszę nieznane i znajdują wszystko to, co nieodkryte… Co tak naprawdę nie dotknięte, nie wymodlone, śniące i śpiące… I wtedy Śpiący Bogowie, Pradawni i Śniący ponownie słyszą swoje imiona. I wiedzą, że ich czas tak naprawdę nigdy się nie skończy, bo wiara to coś więcej niż kościoły i reguły.

Wiara to tak wiele i nic zarazem. Szczególnie taka… Taka, gdy po bóstwie stąpasz, spożywasz go, gdy ono cię tuli, ale czasem w swej nieopatrznej, a może przebiegliwej jednak, kapryśności chłoszcze swoimi urokami. Ot Wyspa… Cud wszystkiego, wystarczy tylko chcieć. Bo przecież serio, ona nie jest aż tak skomplikowana. A może jest aż tak skomplikowana, ale warto się owej skomplikowaności poddać? Warto ją poznać, nauczyć się jej… oddać wszystko.

Dzisiaj w Gudhjem można było zapytać o to w jaki sposób przeprowadzić się na Bornholm. W jaki sposób zamieszkać w Gudhjem… Ciekawe. Czy ktoś się zdecyduje? A może jednak nie? A może…

IMG_1400

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Cumtojfel… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmolokacja…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była lokowana na prawie ogólnie wiedźmowym. A raczej może swoiście wiedźmowym, no trochę wiecie tak bez namacalnej autopsji i wszelkich organów pobrania trudno zdefiniować, ale raczej można być chyba pewnym. Jakoś tak specjalnym prawie, że dla kogokolwiek z nią chronologicznie i terytorialnie niezbieżnym, była enigmą. A nawet tym blisko i teraz, wiecie, raczej też niezbyt jawna.

No tak po prostu.

Układ ulic w niej był może i chaotyczny lekko, tak, że i sama się w sobie gubiła nawet z lampką, GPSem i motkiem włóczki, oraz mapką codziennie aktualizowaną przez drukarnię mieszczącą się w pobliżu prawej nerki, tej nadgryzionej, znaczy to drugie prawo Mondziole!!! Tej prowadzonej przez Gnoma Owsika… no i właśnie to lokowanie prawdopodobnie tak silnie na nią wpływało, znaczy na jej skomplikowane zachowania, całkowicie niepowtarzalne i aspołeczne, niezależnie od terenu. Znaczy, jeżeli chodzi o Wyspę, to wiecie były wrony. Zresztą bez urazy, ale tutaj nawet jak się zgubisz, to wystarczy iść po prostu do przodu i w końcu się gdzieś, nawet dość szybko… no dojdzie. Ale jednak wrony wiele ułatwiają. Zwykle śledzą i serio niewiele za to biorą. A jak coś, to tak cię obsrają, tak obwrzeszczą, tak zaczną dziobami kłapać i skrzydłami łomotać, że chcąc niechcąc i tak, dość pośpiesznie i zlękniony, podążasz w poprawną stronę. Znaczy tę, którą one za taką uznały… Zwyczajnie, nie możesz się im sprzeciwić. I chociaż nigdy nie jesteś pewny, co takiego wymyśliły…

… jakoś im ufasz.

Jeżeli chodzi o Wiedźmę Ptaszydło, to nawet w sobie sklepy przy uliczkach miała bez ładu i składu układane, i na wszystko, ale to serio wszystko naciekały drzewa, porosty, krzaki i inne cuda zielone i naturalne. Sklepy były malutkie i zawsze dziwne. Kin w sobie jednak nie miała, ni ulic jako ulic z samochodami… I plastiku nie było w niej wcale. A domy, oj tak. Wnętrze jej ulic i dróżek, ścieżynek i innych tam ustroni, zajmowały niekiedy domy, albo i szałasy, ziemianki i półziemianki półdziewice. Mieszkały w nich te książki, któe po prostu chciały mieć dom. A każdy z tych domów inny był oczywiście. Tutaj, na tej lekko pochyłej uliczce, której nazwa wciąż się zmieniała, stały te domki, które zapamiętała jeszcze wtedy, gdy była, tylko li i aż, Małą Wiedźmą. Tam po prawej, gdy poszło się za żeberka nadgryzione pieczołowicie oszczepem czasu, była uliczka domów wymarzonych… oczywiście różnych tak jak wszelkie części wiedźmowatości, a i czas, który na nią naskakiwał. Były tam nie tylko te, o których już zapomniała, że chciała w nich żyć, ale i te, które dopiero nadejdą. Były tam ścieżki z teraźniejszości i przyszłości, te lekko pokryte zapomnieniem, ale i te, dziwnie połyskujące nadzieją…

… tylko na co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2281

Z cyklu przeczytane: „Na tropie wampira” – … ajajajaja. Gryzą! Sssają, życia wiecznego jednak kurniki nie dają? Ech! No cóż, czasem trzeba i zębiastego przycisnąć. Co nie? Szczególnie w taki wieczór, a i noc… znaczy witamy na Manhattanie w noc Wszystkich Świętych, znaczy Halloween!!! Jednakowoz pamiętajcie, że gościmy u dziwnego detektywa J. J. Mallory’ego, którego biuro nie do końca mieści się na tym Manhattanie, który znacie!!!

Ponownie, jak w opowieści o poszukiwaniu jednorożca, mamy określone ramy czasowe i terytorialne. Nie wytkniemy nosa cieleśnie poza Manhattan magiczny, a zmieścić musimy się z poszukiwaniami winnego… oczywiście do świtu! A kogo szukamy? A tego, który użarł krew z naszej krwi… no dobra, nie do końca, dokładnie to powinowatego naszego nieocenionego Porucznika. Znaczy właściwie pani Porucznik. Biedulek dotarł na owe bajeczne obchody Halloween z dwiema dziurkami w szyi. No i wiecie, nie do końca wiadomo jak długo żył będzie… a może w ogóle? Bynajmniej nasz detektyw rusza do działania. Pomagają mu tym razem, poza kocią osobowością, osobniki zaskakujące. Znaczy się pewien wampir, nie do końca ortodoksyjny i pewien zaskakująco płodny pisarz w dziwnym rozmairz ei kształcie. A do tego oczywiście cała masa mniej lub bardziej znanych postaci, z których oczywiście wydusić trzeba jakieś informacje…

… więc do roboty.

Ponownie to powieść włóczęgi. Ot od tropu do tropu, od człowieka do… demona. Od tego do tamtego, by tylko odnaleźć sprawcę. Niby nic ciekawego, niby czasem wydaje się, że cała opowieść powinna może nudzić, a jednak zamiast tego, ujmuje nas i śmieszy. Zaskakuje różnorodnością bohaterów i ich nadzwyczajną przebiegłością, z jaką starają się walczyć o naszą uwagę. Zakończenie jak zwykle zaskakujące, a mrok „chandlerowski” unosi się swobodnie nad wszystkim… więc… Jeżeli macie czas i chcecie popodglądać niesamowity świat, zapraszam!!!

IMG_1392 (2)

Deszcz… lać miało. Przygotowałam się na cały dzień lenistwa, spania i wszelakiego pod kołdrą przewalania!!! Obiecali mi pochmurności, ciemności, oraz wszelkie muzyk o szyby wybijanie… i co? I jak zwykle kicha!!!

Widzicie z Wyspą nigdy nic nie wiadomo!!! Znaczy często taki zapowiedziany deszcz sprawdza się co do minuty. Ale o wiele częściej jest tak, że zapowiadali deszcz i co mamy, no słonko! Ale nic to. Wyspa piękna niezależnie od pory, prognozy, czy aury… wiecie, bo mi wtłaczali w łeb, że pogoda to jest zawsze! Ha ha ha. No więc ślicznie jest. Aczkolwiek to, że ślicznie jest u mnie nie oznacza, że kilka metrów dalej nie leje, nie chlusta gradem, czy też nie tańczy sobie niewielkie tornado. W końcu na dworze każdy może, czyż nie? Oby tylko wiatr był w drugą stronę!

Jakoś w tym roku kompletnie się nie mogę odnaleźć w tej jesienności. Znaczy nie mam problemu z ciemnością, powrotem łomotania zatok i wszelakim skolorowieniem liści… raczej dziwnie się czuję, bo ludzi nie ma. Wychodzę, nos przy ziemi, jak to w sezonie bywało. Tutaj się czołgam, tam znowu przechodzę opłotkami, sprawdzam zawsze gdzie prawa i lewa… Nadal się kamufluję, nadal udaję, że mnie nie ma, nawet przed samą sobą, a dokładnie to… tchórzę. Wciąż mi się wydaje, że znowu przejedzie mnie gromada smarkaczy na swoich wypasionych rowerkach z Hello Kitty, tudzież z Peterem Plysem, w zależności od wieku. Albo z jakimiś innymi Transformerami. Wciąż jakoś czuję szeptanie za plecami, wciąż mnie straszą pipania telefonów, których przecież w okolicy nie ma? O co chodzi? Może serio przedawkowałam ludzi latem? Chciałam sobie udowodnić, że mogę żyć między nimi i proszę, teraz własny cień, zamiast robić za partnera do rozmów, to zdaje mi się wyrośniętym, niemieckim staruszkiem. A właśnie gwoli tematu… zauważyliście, że seniorzy – znaczy tam tak zwani seniorzy – z niemieckich landów, to są tacy nad podziw i zatrważająco krzepcy i odstawieni. Urodziwi, przycięci dokładnie przy swoich siwościach, odziani barwnie i ciekawie, dziwnie bardziej prężni, niż te w gaciach co krok mają do kostek… nastolatki!

IMG_3510

Jakoś tak…

Życie w Mniejszym Kawałku Świata, a raczej na nim, jakoś tak cudownie spowalnia. A jednocześnie kurcze wszystko leci tak na łeb na szyję, że po prostu człowiek się nie obejrzy, a tu kolejny rok przepadł. Tylko czy przepadł? Nie, no raczej nie, tyle człek zobaczył, poznał, takich rzeczy się nauczył… Mniejsza czy człek życie przechodził, czy przelatał, ważne, że tutaj. W takim miejscu. No dobra, najpierw o spowalnianiu.

Gdy człowiek żyje na Wyspie, logicznym jest, że całkowicie musi się poddać naturze. No serio inaczej się nie da. Jak wieje, to oczywiście ponownie przedawkujemy przeciwbólowe. Chociaż niektórzy to pójdą surfować, wiecie, jednakowoż dla każdego coś miłego. Jak nazbyt pada i Księżyc świeci, to jedni z nas porastają nadmiernym owłosieniem, a inni znowu nadmiernie łysieją. Co jak co, ale natura nie jest przewidywalna. Można sobie myśleć, że po burzy przyjdzie słońce, ale tutaj to się rzadko sprawdza! Jak więc się poddajemy naturze? A no pozwalamy jej robić z nami, co się jej żywnie podoba! Nie każdy może to wytrzymać i wiecie co? Coś mi się wydaje, że Pani Wyspa doskonale o tym wie. Dlatego w sezonie nie przesadza z szaleństwem, ale po… huzia na Józia! Czy raczej kurcze na Hansa? No mniejsza o imiennictwo. Czasem serio trudno znieść owe pogodowe szaleństwa. A czasem… czasem coś się przestawia w owej zewnętrzności i już wiesz dlaczego je znosisz. Żeby mogło być właśnie tak. Tak inaczej. Tak nietypowo. Tak całkowicie szalenie… a może to jednak jakaś roślinka, znana ino Wyspie, która pyli i pachnie, a dzięki temu po prostu działa nam na dekielki? Albo też coś w wodzie? A może w ziemi? Albo też w liściach, wiecie coś w rodzaju „Zdarzenia” a jednak… nie do końca przecież!!! Chociaż…

Przyznaję, że czasem jak tak stoję na skałach, albo pomiędzy drzewami, dziwnymi, równo rosnącymi, to czuję coś, czego nigdy i nigdzie nie czułam. Coś ponad to co znane i to, co jakoś człowiek dopuszcza do siebie, a nawet i ponad to, co często wyśmiewa, lub też zwyczajnie pomija milczeniem…

Co to?

IMG_1736 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmolokacja… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Kichanica…

„Właściwie, to już nie chodziło o to, że te dziwne, nietypowe, tylko dla niej inne, a zwyczajne zwykle zapachy, tak na nią działały. Iż jakiś niespójny w normalności podmuch, mógł nagle przynieść aromat z czegoś jej znajomego, z czegoś jej tak we łbie, a może i trzewiach, zaklęśniętego, że po prostu się tam przenosiła. Nagle. Myślami i ciałem. Na powrót, jakby miała lekko skrzypiacy i zardzewiały wehikuł czasu tylko dla swojej syspozycji, a i oczywiście zamontowany w jej nosie. Sporawym i lekko kartoflanym… A i już nawet serio nie chodzi o ten czas, gdy wyczuwała dookoła siebie Jedyną Babcię. Bo to wydawało się być lekko kanibalistyczne, a i zalatywało, szczególnie pod wiatr, z lekka jakimś chamskim kanibalizmem też…

Tym razem było naprawdę gorzej. Bo niby czuła, a nie czuła, niby była, a i tak wszyscy woleli jej nie widzieć, a jeżeli nie widzieli, to czy był? Jeśli nie było blisko nikogo, kto zwyczajnie mógłby potwierdzić jej odbicie w swoich oczach, to czy była do końca, naprawdę… Niby kichała, a jednak tak też nie do końca, więc przynieśli piórka i pieprze, drażniące posypki pikantne i woreczek dmuchawców suszonych, troszkę mięty, szałwię i na dodatek kanelu tytkę. I nic… nie mogła po prostu. Dusiła się i czkała, ale jakoś nie do końca, nie mogła z siebie wszystkiego wyrzucić, nie mogła.

Znaczy wiecie, niby gorączka jest, ale smarków ni hu hu! Niby kaszle i płucka rytmicznie, krztusząc się do taktu, wypluwa, ale jednak co to kicha, to coś jest nie tak. Jakby coś nie działało. Jakby, może i nocą ciemną, pod śpiących niepewnością ciała i duszy ulotnością senną… może ktoś się zakradł i zwinął z wnętrzności Wiedźmy Wrony Pożartej Moc Wielkiego Kicha? Tylko kto? Kto byłby na tyle pokręcony, na tyle stuknięty i na tyle zdesperowany, by dostać się do jej wnętrzności, już nie wnikamy poprzez który otwór w jej ciele, i dokręcić kurek, poluzować śrubeczki, wykraść kilka złączek, pogubić we flaczkach wszelkie nakrętki i zębatki, a potem zabrać ze sobą oślizgły, glutowaty i lekko zwykle niebieskawo-zielonkawy, wiecie się znaczy tak bardziej połyskliwie morski, w końcu fason trzyma Wrona, organ mocy ze sobą?

No nic. Nie można było wnikać, a i czasu nie było na dalsze dywagacje… a raczej czas były, ale nie po tej stronie mocy co trzeba, dlatego nocą ponownie ktoś się zakradł do sypialni Chatki Wiedźmy. Zresztą przy jej całkowitym poparciu, a i wszelkimi sposobami zaczął wzrost nowego narządu w Wiedźmie torować… Na początku nic się nie działo. Jak spała tak spała, co było tym dziwne, że zwyke motylich ćmy skrzydeł uderzenie dwa kilometry stąd, stawiało ją na nogi… a raczej na półdupki. Tym razem jednak spała. Na brzuchu, śliniąc się, ale na szczęście nie kryjąc dziurek nosa. Cokolwiek tam wpychali, w pewnym momencie to już Chochel pozwolił sobie na różnorakie eskperymenty, straszne doprawdy, ale wiecie cel miał uświęcić nawet TO… i w końcu, nim jutrzenka, u której ubłagał Pan Tealight opóźnienie wschodu, zabłysła, coś zaczęło się kręcić. Sam czubek nosa lekko poczerwieniał… gdzieś w głębi wiedźmiego, nakrytego kołderką w gwiazdeczki, ciała, coś zabłysło, może i radioaktywnie. Coś zamruczało, coś obudziło się do życia, a i wyraziście urwało nici snu innym…

I w końcu Wiedźma Wrona Pożarta kichnęła i znowu czas ruszył do przodu. Bo czyż tak naprawdę możecie powiedzieć, macie czelność wybrać, co jest w życiu ważne, niezbędne, a co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0176

Z cyklu przeczytane: „Zdobycz” – … po prostu mocna. Niesamowita. Może i oczywista miejscami, szczególnie dla starszego, doświadczonego czytelniczo, czytelnika, ale i tak porusza. Dogłębnie, tak jakoś do końca, na zawsze pozostawia nie w pełni pewnym tego, że jest jakiś świat, owa Kraina Mlekiem i Miodem Płynąca… jakiś czas dla naszych bohaterów, w którym będą mogli po prostu, po ludzku… żyć?

Bo przecież nie można wciąż uciekać, nie na zawsze…

Nasi bohaterowie umykają pogoni. Biedni, zmęczeni heperzy w końcu dostają się do miejsca szczęśliwego, jednak czy na pewno? I czy na zawsze? Czy ludzie tak naprawdę wciąż jeszcze istnieją… a raczej heperzy. I czy są odpowiedzi na ową całą masę pytań, które mają Gene i Sissy?

Boję się, że cokolwiek powiem, będzie nazbyt wiele, ale tak naprawdę sami poczujecie od początku, że coś jest nie tak, że coś tutaj nie gra, źle dźwięczy, zwyczjanie nie można inaczej. Ale owo odczucie będzie niczym z tym, co odkryją nasi bohaterowie. I, biorąc pod uwagę, że to nie ostatni tom trylogii, wiecie już, że będzie ciąg dalszy… ale nawet mimo owcyh wiadomych wiecie, że jest tutaj tak wiele tajemnic, tak wiele sprzecznych, tak wiele, że nie możecie się oderwać. Nawet jak akcja się uspokaja, coś w was wciąż pozostaje naprężone, wciąż czeka na jakieś zło, stare lub nowe… a może takie, które zawsze było obok? Znajome, a przez to jeszcze bardziej potworne?

Bardzo dobra powieść. Trzyma w napięciu jak tom pierwszy, nie pozwala się oderwać, zmusza do przeczytania wszystkiego jednym ciągiem. Może i oferuje więcej młodszemu czytelnikowi, takiemu, który nie przeczytał jeszcze połowy świata, ale i ten co przeczytał znajdzie tutaj coś dla siebie… opowieść o człowieczeństwie, czy raczej… no cóż, heperzeństwie?

Nie mogę się doczekać trzeciego tomu!!!

IMG_4160

Zapadam się w ciszę po wietrzności i tak kołysząc się ponad lekko już golaskowymi drzew szczytami, ponad skałami wybarwionymi w szarości, różowości i żółcienie… ponad miejscami pełnymi czewonych jagódek, owocków i innych tam cudów, z których serio większości jeść nie można, ale spora część smakuje nie do końca wiekuiście… Ponad tym wszystkim. Gdybym tak kopnęła się wyżej, mogłabym popatrzeć na całą Wyspę z góry, ale po co mi to? Po co sięgać aż tak daleko? Po kiego na dodatek narażać swoją wrodzoną alergię na wszelakie wysokości, właściwie zaczynające się już wtedy, gdy staję na palcach… po co? Lepiej siedzieć tutaj, na powierzchni, unosić się tylko tak, że coś smyra pod paszką, albo w okolicach… NIE! Nie tam!!! Lepiej wciąż mieć ją blisko, wiecie w przypadku upadku, jednak nie lecieć nazbyt długo i nie przebijać się przez skotłowane chmury… taka wilgoć w starych kościach może seri namieszać. Nie ma co, jednak jestem stworzeniem lądowym, które co prada ubi, kocha, uwielbia chłoszczący ją po udach wiater, ale bez przesady… no a na wodzie wiadomo. Panuje ino Król Womit!!! Zawsze pragnący rozstać się ze mną z jak najbardziej szalonym pluśnięciem…

Nie trzeba mi…

Nie trzeba mi i tego i tamtego.

Nie no, pewno, że lubię być dopieszczana, ale chyba łatwa jestem w zadowolaniu siebie samej. Znaczy łatwo mnie zadowolić. Tylko czy nie nazbyt łatwo? Czy za każdym ochłapem polecę jako ot takie bidulkowe dziecko, co to je nauczono nawet za kupkę w papierku dziękować? A całkiem prawdopodobne… polecę i podziękuję, a już, taka jestem!!! Wyspie też przecież ni tunelu nie trzeba, ni kurna nowego meczetu, ona chce tylko tego, by jej nie niszczyć, nie śmiecić, by się nią i z nią bawić… by szanować i kochać, a i by jednakowosz jakoś te jej humorki znosić. A co. Wie przecież dobrze, że je ma. Żeby ją chwalić, mówić jej że piękna jest, jedyna i niesamowita, a i w tych kolorach jej tak do skał i brzegowej linii, no i serio zeszczuplała… Nie potrzebne jej diamentowe kolczyki, czy torebka od Coco, czy innego tam czegoś z labelowej linii, wybaczcie, ale się nie znam na owych najmodniejszych… ja jak Wyspa, chcę tylko tego…

IMG_0183

Tego by wiało i padało, by woda była czysta, kwiatki na łące rosły… a i łażąc po trawniku deptać możnabyło stokrotki i mleczyki. Róż rosnących dziwnie zwyczajnie, ot tak przy ścianie, albo przy płocie, no i innych badylków. Drzew i poszumów liściowych, owocków i warzywek… motylków, pszczółek, a nawet tych pająków, chociaż serio z respektowaniem sfer… dom to moja sfera, dwór dla was!!! By pory roku były no takie normalne i śnieg bywał na święta. I żeby można było pisać „christmas”, a nie kurna wciąż zważać na czyjeś obrażone uczucia… Ogólnie mówiąc współczesność chyba ma coś nie tak z tymi uczuciami. Słabe są chyba? No bo jeśli tak wszystko je obraża, to serio, ale czy naprawdę są to uczucia, czy jednak wyłącznie jakieś otoczki, pianki, ot z pajęczynek stworzone szatki, całkiem jednorazowe całkiem?

Znaczy się gdy na Wyspie…

Widzicie i u nas usunęli biedne świnki z menu w szkole. Serio tego nie rozumiem. Ktoś powinien się sprawą zająć, bo przecież taka świnka, co to chce być zjedzona, a w szkole jej nie chcą, by razi te religijne uczucia, co nie? No to, czy taka świnka nie ma prawa, by oskarżyć ludzi o dyskryminację? Przecież w jej religijnej opowieści może być coś o niebie poprzez żołądek człowieka? A zabraniając jej żołądka, można jej odebrać cud wiecznego życia, czyż nie? Takie to okrutne. W swojej leśnej świątyni taka świnka tyje sobie, hoduje się bezstresowo, cudna taka, bzyka się gdy chce, je co chce w błotku sobie ryje, na widoki piękne spogląda, a i gości czasem ma. Ktoś jej zaśpiewa, ktoś inny marchewki doniesie, a inny ktoś opowieść zarzuci… Bo wiecie, u nas są kościoły, ale dziwne takie. Jedne ostatnio stały się ścianką wspinaczkową, inne znowu, pewno ludzie tam jacyś czasem bywają, ale… chyba tylko na śluby, więc dlaczego zabierają mięsko?

No mamy kilka owych kościołów, co wyglądają jak kościoły, jakieś 10 może powiedzmy? Ale nie bój boja, są też inne. Zwykłe domy tymczasowo z racji braku laku w funkcji świątynnej. Nie krzyczą, nie wołają, ot stoją sobie, a potem ktoś zdejmuje napisik, ktoś zmienia kożka, ktoś się wyprowadza i znowu można tam mieszkać. Jak z pozostałościami po kolejkach. Kiedyś bilety, teraz w kuchni tłuką kotlety!!! Z krówki. Można mówić, że ot cywilizacja, przemijanie, że ewolucja, że kurna nic nie stoi w miejscu… ale spróbujcie powiedzieć nie.

Wyzywam was!!!

Bo widzicie Wyspa innowierców nie toleruje. Wyznajesz Wyspę, a nie coś innego.

IMG_1745

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Kichanica… została wyłączona

Pan Tealight i IZDyńki Ichnie…

„Niewielu wie, że aby dynie wyrosły kształtne i miarodajnie były wybarwione, by pestek miały smakowych sporo, a i ładnie dudniły, brzmiały i dźwięczały… by taka przesłodka, ale też i przecież tchnąca jesiennością miodową, zupa krem z nich tryskała przy lepszym przyciśnięciu, placek się sam kroił od dołu z przypieczonym brzegiem, no i wiecie w ogóle, to w ocecie najlepiej. Serio, jak takiego cukinia wepchnąć w ocet, to od razu ryj się cieszy, bo jakoś na słodko, czy w cieście to niezbyt, ani tam wynalazki w typie bigos cukiniowy to też jakoś nie podchodzi, albo podchodzi, ale potem nie od tej strony… Znaczy co kto tam lubi pewno, ale u nas niezbyt. Więc jeśli chodzi o dynie, to ino dla koloru, pesteczek i wszelakiej świeczkolubności. A dla takich celów muszą one być sporawe, dobrze na progu siedzące, lekko się krojące, ale i niepękalne…

… i dlatego dotuje się ich Ichnich.

Ichni są pewno pomyłką, może i rodzajem jakiejś mieszanki tlenowej, znaczy się ktoś nawąchał się nazbyt wiele czegoś pod gwiazdami, troll poczuł trawkę do krasnala, a krasnal krwi czystej nie był, ale z dziewicy i elfa prababki miał, więc… no z owego natchnienia wieczoru i nocy, ale i wiecie, zagubienia porannego, gdy się już wywietrzało, no wyszły takie dziwne, cuda. Nietypowe, aczkolwiek niewielkie, żaden nie przekraczał wzrostem wielkiej dyni. Zawsze dziwnie smukłe, ale i krągłe w okolicach twarzy i brzuszka, o nadzwyczaj wielkich dłoniach i stopach zawsze nagich, dziwnie czepliwych. Każdy z nich miał niewielką, sprężystą drabinkę na plecach, którą każdy otrzymywał w swoje pierwsze urodziny… i która rosła wraz z nim. Niezależnie od płci wyrażanej zwykle w falbankowości strojów – kombinezonik w zielonym kolorze z zaszywkami i dopasowane koszulki plus kapelusik w dyniowym kolorze – lekko żółtawych, kolorach kwiatów dyniowych, naszywkach, oraz długich, zdobionych włosach plecionych w warkoczyki i właściwie chowających nie wiadomo co… kochali swoją pracę. Po prostu. Każdy z nich mieszkał w swojej dyni, każdy miał własne miejsce i wyznawał Wielką Pełność Dyniową, celebrował krągłość i kształtność oraz pesteczek obfitość.

Jak to robią? Tak naprawdę nikt nie wie, bo badania dotyczące Ichnich są wyraziście niepełne. Głównie dlatego, że mało kto w nich wierzy, a i siedzieć tak z nosem w dyniach głupio, bo tyłek wtedy wyrasta ponad uprawy, a ludzie na punkcie tyłków mają narąbane pod deklem, więc… no sami wiecie. Po prostu często zwyczajowi ludzie są serio do niczego! Ale o serio serio serio. Jednak w częście świata, o któej tutaj piszemy, w owej zagubionej, choć znalezionej, ale potem zawieruszonej, zwanej Mniejszym Krańcem Świata też, czyli rzut oka, dwa razy prawym, raz lewym, uważać przy wydłubywaniu, od Chatki Wiedźmy – gdzie w końcu wymordowano chwilowo Stokrotki Z Trawnika… i ogólnie przygotowano się do zimy nawet, chociaż i bacząc też uważnie na jesień… no bynajmniej przy Białym Domostwie był sobie zahaczający o przeróżne wymiary i wszechświaty, niezbyt zwyczjany ogórdek, a w ogóródku, przy wielkiej dłubanej i zakonserwowanej wydechami mieszkańca dyńce mieszkał pan IZDyńki Ichni… z rodu Ichnich, ogólnie Ichnie go stworzyły, zrodziły i wychowały, wykarmiły i przygotowały, znaczy wykształciły i wysłały, no i zająć się tymi dyniami nakazały. I chociaż bronił się wszystkimi członkami, wykazywał nawet niezdolność do pracy w kategorii SP – czyli siewka plewka – nic to nie dało… uznano, iż akurat to miejsce da mu zdrowie…

A Pan Tealight mógł w końcu rozwinąć skrzydła swej naukowej penetracji… i rozpocząć kolejny notesik badań.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7501

Z cyklu przeczytane: „Nie pozwól mi odejść” – … i znów Catherine Ryan Hyde. Ta autorka przyzwyczaiła nas już do powieści pełnych, pięknych, szokujących prawdziwością i brakiem lukru, a jednocześnie… nadzwyczajnych. Zwyczajnych w swojej niecodzienności, mało baśniowych. Tożsamych z naszą codziennością aż nazbyt czasem.. a jednak. Bo nawet jeżeli bohaterowie są znajomi, ot ludzie jak zwykle, to jednak ich wybory zdają się być nie zawsze codzienne.

Tym razem obserwujemy dwójkę samotników. Małą dziewczynkę i dorosłego mężczyznę. Samotnych, do końca niezrozumianych, dziwnie dorzuconych przez codzienność. On już nie walczy, poddał się, ale ona wciąż ma przed sobą życie…

Billy i Grace. On nie potrafi wyjść z domu, a ona… wychodzi by nie być w domu. By nie widzieć matki, która wciąż śpi, która nie potrafi nawet dla niej porzucić narkotyków. A Billy? Cóż, niegdyś sławny, teraz w okowach strachu. Jakoś tak pasują do siebie, ale pomimo tego co o nich wiemy, czy to dobrze, by dorosły mężczyzna spotykał się z dziewczynką?

Nawet z tak nad podziw dorosłą, inteligentną, doświadczoną?

Powieść niewielka, bardziej nowela niż jako taka opowieść. Bardziej uczucie, niż tylko historia. A raczej ułamek historii dwóch ludzi, którzy się spotkali. Dwójki takich, co nie mogą dopasować się do codzienności. Mężczyzna ma za sobą życie, uwikłany teraz w pajęczynę własnych lęków, po prostu stara się przetrwać. Ona ma przed sobą życie, ale ten jego początek już ją zniszczył… łączy ich taniec. Ale jak na takie lekcje i spotkania zareaguje świat? Jej matka, jego sąsiedzi.

Początkowo historia wydawała się dziwnie jednostronna, ale wkrótce to tej dwójk rozbitków dołączył otaczających ich świat. Udaje się nam poznać nie tylko ich historie, ale też i tych, którzy ich otaczali. Nagle wydaje się, że wszystko może się zmienić, a przysłowiowa wioska wychowa dziecko, ale… do czasu. Bo uprzedzenia atakują. Bo przecież tak trudno uwierzyć nam współczesnym w dobro – i właśnie dlatego powinniście przeczytać tę opowieść, by dać sobie szansę, na odrobinę wiary. W końcu lektura nie zajmie wam wiele czasu, ot chwila, a ile może zmienić… by zauważyć kogoś, kto woła o pomoc, nie wydając dźwięku.

IMG_1848

Jesienność wzbija się na wietrznych burzanach.

Oj pięknie pachnie cała Wyspa. Gdzieś tam wciąż orzeźwiający, morski, słony aromat, a tutaj pomiędzy drzewami chłód północny i szelest cieni. Przy ścieżce, przy drodze, ganiają się liście… i pachnie wszystko tak dziwnie ciężko, tak trochę mrocznie, ale nie przytłacza, tak słodko, chociaż nie mdli… Zdaje się, że to, co miało dojrzeć osiągnęło już swoje maksymalne gabaryty, a to, co jednak postanowiło zostać zielonką, wyschło. Są elementy, które już opadły z drzew, a i wełna na kolczastych krzaczkach wije się i pręży w swojej ciepłości, i są takie, które na coś czekają… może na owe powiewy, które mają nadejść. A może na coś, o czym nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, ale wie, że czekać należy, więc grzecznie i w skłonie, czeka…

Co zastanawia, to kompletny brak chińskich cudów halloweenowych w sklepach. Nie no pewno, że sprawdziłam tylko ten jeden w Gudhjem, ale i tak. Zwykle już o tej porze ceramiczne duszki i dynie z rozkwaszonymi uśmiechami, czekały na swoich amatorów, powoli wypierana przez gości we wszelako spiczastych, czerwonych czapeczkach, z wielkimi brzuszkami, wielkimi noskami i raczej niewielkimi innymi elementami wystroju cielesnego. A teraz nic. Czyżby odwołano wszelakie straszenie? A może w tym roku zamiast dyni w modzie jest jednak szkiete mrówko dmuchany? Albo takie ciągutki glutki w formie wieńców nagrobnych? No wiem, że może i mało śmieszne, ale wiecie, z dzisiejszym światem się nie nadąży. A przynajmniej ja nie nadążam. Taka jestem aplikacyjnie niekumata, i chyba jako jedyny człek na tej planecie nie chcę niczego na płasko palcem przesuwać. Ekhm, serio!!! Więc może odwołali jakieś święta w imię braku zabawności? Albo lepiej, po prostu w imię owej swobody religijnej, co to teraz właściwie na nic nie pozwala? Wiem, marudzę… a jesień piękna taka. Słoneczna i całkiem ciepła, poza północną wietrznością. Pachnąca, przesmaczna i pełna. I wroniasta, bo pierzaste drą się ostatnio, jakby chciały coś powiedzieć, ale czy jest ktoś, kto słucha?

Ktoś?

IMG_0147

Wychodząc „w miasto” człek się czuje jak w kompletnej wymartości. Niby kilka sklepów jeszcze jest otwarte, niby i pojedyncze dusze błądzą gdzieś w kąciku oka, a jednak gdy człek odetchnie i spojrzy ponownie, nikogo nie ma. Na sklepowych drzwiach i w witrynach pojawiły się wymyślne plakaciki z napisem: dziękujemy za ten rok, powrócimy w nowym sezonie. Czyli koniec turystów? Na razie… A może raczej tylko na chwilę, bo przecież wrócą na Ziemniaczanki-Kartoflanki i Ferianki! Znaczy się na Halloween po naszemu, wiecie troszkę wcześniej i troszkę inaczej, ale zabawa będzie jeśli pogoda dopisze. Przez tydzień znowu będzie lekki hałas i poruszenie… ale potem znowu cisza. I powróci to dziwne, niesamowite, zgubne i może uczucie, jakbyś zasypiała stojąc na pustej drodze, gdzie nic i nikt nie jedzie, gdzie nic się nie rusza, nic poza samą Wyspą, gdzie nic nie istnieje, a może jakby niczego nie było… Jednak czy nigdy, a może nagle coś się skończyło. Tak naprawdę jest w tym uczuciu coś dziwnego. Coś, co odczuwane po raz pierwszy albo Was stąd wygoni, albo sprawi, że coś w Was umrze, a potem w miejsce owej śmierci, zniszczenia i pustki, coś się pojawi… ale czy narodzi?

Uczucie.

Podobno niektórzy odczuwają smutek, dziwną niejasność, pomieszanie zmysłów, nasilenie się objawów depresyjnych, psychicznych, wszelako zdolnych nie tylko rozdzierać stare blizny, ale i zadawać nowe rany… głębokie, najgłębsze. Podobno większość ludzi odczuwa samotność, więc ucieka, umyka, krzyczy i postanawia po prostu wyjechać, a ja… ja pewno jestem dziwak i czuję, że gdy jednych nie ma, owe dziwne pustości wypełniają odmienne byty. Może i pokręcone w naszym widzeniu, może i słabo widoczne, ale przecież odbijające się w lustrach i szybach, w tafli morza, która tak rzadko jest nieruchoma, w wodach jeziorka, w strumieniu szemrzącym… więc chyba wiecie, raczej to nie wampiry, a i nie zombie, bo na czym by się wyżywiły? Więc czym jest ta dziwna siła, która mnie akurat otula i sprawia, że w końcu czuję się w domu, na miejscu, w odpowiedniej temperaturze i wszelakiej wilgotności?

Podobno znowu ilość mieszkańców spadła na łeb na szyję… znaczy Bogini od Liczebnej Upierdliwie Ilości pewno spadła ze swego stolca, jak jej powiedzieli, że nie ma już nas na Wyspie 40 tysięcy. Ale co w tym złego? Czyż niedobre są miejsca, które dla większośći są zwyczajnie sezonowe? Misiowe takie miejsca, które w ten lub inny sposób przesypiają chłodniejsze, sztormowe pory? Tosz przecież dzięki temu mamy równowagę we wszechświecie… bo bawi się ktoś, by ktoś inny zwyczajnie i głęboko spać miał i by owych bawiących się…

… śnił.

IMG_6124 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i IZDyńki Ichnie… została wyłączona

Pan Tealight i Broń Wiedźmonielogiczna…

„Rozmowy trwały od rana… a dokładniej, od tej zawsze niemożliwej do opisania chwili, gdy w końcu wszyscy zdecydowali, że na pewno i do końca wstali, umyli zęby, otwory gębowe wszelakie, a i górne i dolne, szczęki sztuczne, też i owe wielowarstwe, tudzież przewinęli homunkulusy…. no wiecie, wszyscy byli gotowi. Chyba po raz pierwszy, nie licząc oczywiście słynnej przeprowadzki, we wciąż śniącym Białym Domostwie stawili się wszyscy znani i nieznani, ci bardziej codzienni, i ci, którzy serio widzieli się na wzajem w większości po raz pierwszy.

Ale bez obawy, wszyscy byli na miejscu.

Nawet ona…

Najważniejsza dzisiaj, najważniejsza tak, jak kurcze nigdy. Lekko dziwna, znaczy bardziej niż zwykle, niewyraźna, ponad wszelką miarę nazbyt gorąca, skwapliwie potliwa, pełna wszelakich wrzodków, wyprysków i pryszczawek, podkówek pod oczami, którymi możnaby podkuć nader wielkiego konika, a i dziwnie, nisko i nieruchomo obwiśniętych policzków. O skórze suchej, chropowatej, wrząco gorącej i malowniczo zaczerwienionej… trzęsąca się. Czyli wiecie, ta niechybnie dalej zwana Ostatnią Nadzieją Wyspowego Wszechświata!

Chodziło o Turyściznę.

A dokładniej o owe niedobitki, co to postanowiły wbrew sobie i światu, wbrew naturze i własnym marzeniom, wbrew wszystkiemu i wszystkim, na siłę całkowitą… zostać tutaj na zawsze. Od wieków Autochtoni Przetubylczy próbowali przemówić im do rozumu… bo wiecie, nie no oczywiście, że fajno, jako ktoś rozumny się sprowadza, ale większość z tych, co im się wakacje nawiedziły wolą życia na Wyspie, rejterować chce zaraz miesiąc później. Umęczeni wiatrami, dobici jesiennością, dziwnie mało stabilni emocjonalnie, opici niskoprocentowymi alkoholami… Ale oni nigdy nie słychali. Nie wierzyli, twierdzili, że dadzą radę bez IKEI na każdym kroku, bez ruchomych schodów, bez wielkich sklepowych metropolii, bez ulubionej marki żelu do intymnej higieny… bez tego, co mieli kiedyś, a czego nie dostrzegali, nie uznawali za ważne. Bynajmniej chodziło o to, że przy skąpej poza sezonem promowej obsłudze naprawdę trudno było ich wyekspediować na kontynent! Ale coś trzeba było robić z chowającymi się po krzakach i lasach, po ruczajach i błotniskach, tych łkających…

Dlatego od dłuższego już czasu ekipa Sklepu z Niepotrzebnymi przyjmowała zlecenie na łagodną wojnę połączoną z pogonią i humanitarnym, we wzlotach i upadkach, odławianiem. Ale w tym roku mieli nowy plan. Tym razem przy stole z Anorektycznego Trolla, płaskatego całkiem, ujawniła się ich nowa, nadspodziewanie niełagodna w objawach broń… Wiedźmonielogiczna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2007

Z cyklu przeczytane: „Na tropie jednorożca” – … czary mary i demony. Nie do wiary! A jednak. Jak się okazuje Manhattan niejedno tylko ma imię, a raczej nie jedną li definicję. W rzeczywistości jest też inny Manhattan, taki zza drugiej strony lustra, gdzie podobno nie ma magii, aczkolwiek jest. Gdzie są jednorożce, gorgony, krasnoludki, skrzaty, dziwni zagubieni w czasie i przestrzeni mniej lub bardziej ludzcy… a i wiele wiele, wiele więcej!!! I właśnie o tym przekonuje się średni w wieku, lekko znoszony, aczkolwiek i niezbyt ostatnio zapracowany, samotny i zdesperowany lekko detektyw J. J. Mallory. Co prawda trudno uwierzyć w niskiego człowieczka na progu, szczególnie gdy tkanki pełne są sylwestrowych bąbelków, ale co tam…

… w końcu musi ktoś odnaleźć jednorożca.

Oto zaczyna się przygoda. Humorzasta nadmiernie, zabawna czasem, dowcipna, ale i dziwnie egzaltowana, pełna wszystkiego tego, co nieprzewidywalne. Pełna tego, co całkiem niemożliwe, baśniowe… i chociaż na każdym kroku wmawiają nam, że tutaj serio magii nie ma, to jednak, wiecie, chodzi przecież o całkiem sporego demona!!!

Mike Resnick ofiaruje nam fantastyczną krainę, a w niej opowieść z rodzaju tych, gdzie bohater idzie, idzie, idzie i pyta, a potem spotyka coś, a potem najczęściej wsadza w to nos. Bohater dorosły, więc mimo może i dla niektórych fantastycznie bajkowych realiów, nie dla dzieci. Po prostu dobrze spędzony czas z rechotem w tle. I może jakimś trupem, ale wiecie, w tym świecie to nie do końca jest pewne kto kogo i czy na pewno na smierć… więc uważajcie na siebie!!!

W gruncie rzeczy to tak jakby Chandler skumał się z Tolkienem i gromadą autorów od fantasyki miejskiej… czyli wszystko w kupie!

IMG_1390

Hmm… właśnie sobie uzmysłowiłam, że u nas to się już sezon grzewczy zaczął. Znaczy nie żeby u mnie osobiście, tak bardziej ogólnie wiecie, no na Wyspie.

Jak się okazuje Tubylcy w większości kochają gorąc! Muszę przyznać, że czuję się mocno zaskoczona, bo przecież w tej części świata deszczowość i wiatery urywajace dupę są na porządku dziennym, a ludzie wciąż żyją poza murami. Łażą, spacerują, jeżdżą na rowerach, albo masochistycznie biegają zmuszając do wysiłku i swoje pieseczki. A jednak… jak tylko wracają do domu, załączają ogrzewanie. Oj może i u nas owo ogrzewanie to troszkę inna sprawa, ale jednak rzecz cała w ciepełku, a może i w ogniu, bo przecież ciepło to jedno, a owe migoczące ogienki, owe światełka i wietrzne płomyczki… to dom tak naprawdę. Ogień tam, gdzie dom.

Jeden ze znajomych śmieje się, że ogrzewanie u niego się włącza, gdy temperatura spada poniżej 24 stopni! I chyba nie tylko u niego, bo w okolicach 14stki dookoła nas huczą cieplne smoki. A przecież domki niewielkie, wystarczy obiad wstawić i parówka w pomieszczeniu, więc dlaczego? Dlaczego tak bardzo nas garnie do ciepła… a może was? Bo ja wciąż tyłek wystawiam spod kołdry i cieszę się jak wariat, gdy marznę. Gdy gęsia skórka mnie napada, gdy dreszcze targają. Wtedy dopiero czuję, że żyję naprawdę. Wtedy dopiero mogę pisać, malować, tworzyć i tak naprawdę, do końca, po wszelkie granice, a nawet i poza nie… myśleć. Moja wyobraźnia wariuje, gdy temperatura chłoszcze wiatrem północnym cielesność. I tak jest dobrze!!!

W końcu i zimno ktoś musi lubić, co nie? A reszta niech zakłada wypasione sweterki, kurteczki i inne utensylia. Ja wciąż pozostaję przy moim skąpym odzieniu rażącym mymi mało zmysłowymi krągłościami tych, co się na mnie napatoczą. A co… jedni chodzą w workach i firankach, znaczy się mogą być i tacy, co kurcze w nich nie chodzą, co nie? Co chcą zimna i tylko dzięki mu żyją!!!

IMG_6112

Ale ogień…

Właśnie z ogniem sprawa ma się inaczej, bo on musi być w domu… inaczej co jest nie tak. Inaczej czegoś brakuje, czegoś nie ma, coś ginie. Chyba dlatego mamy w sklepie wiekuistą obniżkę na tealighty. Bo świec na naszej Wyspie musi być wiele by podtrzymywać w nas i tradycję i owo, jakże dziwnie tutaj namacalne pragnienie, stabilne… by wszyscy zawsze wrócili do domu, zawsze bezpiecznie, by po prostu zawsze wiedzieli gdzie iść, jak dotrzeć, by nie stracili kierunku. To chyba dlatego wciąż, nawet mimo posiadanych innych urządzeń, ludzie nie wywalają zwyczajnych pieców. Dlatego tak bardzo czci się wszelkie ognisk palenie i dlatego… ogień wciąż płonie w oknach. Nawet pomimo braku łodzi, wyłączonych latarnii morskich, mimo wszelakiej pustki, tudzież i fantazyjnych urządzęń nawigacyjnych, wciąż w oknach płoną lampki. Wiecie, tak na wspomnienie, a może i na wszelki wypadek? Tak po prostu…

Wraz zdłuższymi nocami, a i mrocznymi wieczorami, w każdym domu coś się pali. Ot mała lampka, świeczka, tudzież wielki rzeźbiony blok wosku z knocikiem. A czasem i płoną wspomnienia o tych dziwnych czasach, które już nie wrócą… bo komu by się chciało tak bardzo cierpieć a i tyle robić. No i wiecie, żyć bez tego, co jest teraz… Taka toaleta na przykład, to ja bym chyba nie mogła. Oj pewno, że wiem jak zrobić sobie papier toaletowy z listków, a i jak wybrać te najfajniejsze, jak je zmiękczyć i tak dalej, coby szanownej miło było, a i coby jej nie poparzyło, tudzież nie była nadmiernie wszystkim widoczna, ale jednak co własny klop to własny klop Wam powiem!!! A wiecie baby na statkach to raczej nie miałyby tak łatwo jak faceci. No i te berserki, to wciąż nie wiem, czy nadmierne owłosienie by mi się mocno spodobało! Chyba raczej nie…

… więc zostaję tutaj, w krainie mego śmieciowego DNA.

IMG_5248

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Broń Wiedźmonielogiczna… została wyłączona

Pan Tealight i Mister Leakej…

„KAP
KAP
KAP
Aż czuje się te uderzenia. Gdzieś w trzewiach cichości aż smerają. Gdzieś tam w oddaleniu, gdzieś w końcach zakończeń… Gdzieś w głębokościach wszelakich tożsamości, które już nigdy nie będą tożsame nawet sobie nawzajem. W okolicznościach wszelakich cudowności… takie same.

Jakże głośne nagle jest to, co bliższe myśli, niż szeptom, jakże fascynująco wkurzające, niczym prawdziwie największa z wymyślonych tortur bardziej umysłu niźli ciała nawet… bardziej. Jak on to robi, że rytmu nie gubi, raz i kap, dwa i kap, trzy i kap. Po prostu, choć bez nut, zwyczajnie, chociaż bez stetoskopów i melodramatycznych innych, nadających rytm i styl cudów… To tylko umie, w tym czasie cichości, gdy bicie własnego serca zdaje się być zbrodnią, która niszczy najpiękniejszy, prawdziwy jakże, teraz się zdający, niemożliwym prawie… ten sen.

KAP
KAP
KAP
O białość ową gładką, niczym perłowej macicy lekkość i połysk, której to wucekaczka nie tyka, bo przecież nie trzeba, po przecież… tak jakoś nazbyt rytmicznie, spójnie chlupoczą, spływają w dół pierun wie jakiego… niebiańskiego moze nawet potoku, albo i strumienia. Kap kap kap, wcale nie chcą się uspokoić.

Wiesz już, że nie zaśniesz, ale wciąż nie wstajesz by to zmienić, bo może… może się jednak uda, może samo przestanie? Może się zlituje, zmiłuje, może ustąpi, przestanie? Ktoś inny wstanie i uciszy cichość w cichości? Bo tak odzywa się Mister Leakej, co to kiedyś w rzeczywistości znalazł odcisk pewnej stopy, ale teraz jakoś tak ino kapie i kapie i kapie, jakby chciał coś powiedzieć, może umknąć tej drżącej, piłującej go dłoni, a może jednak zdecydować się na coś innego? Może zostać w tym domku, w którym po prostu chciałby tylko i wyłącznie przeciekać? Bo przecież jednakowoż to muzyka jest, no muzyka, więc dlaczego nikt nie tańczy?

Dlaczego?

Dlaczego w owych cudownie brzmiących kremowych kafelkach nie odbijają się szaty i koafiury, kreacje i atrakcje, torty wielowarstwowe i kuliście cudownie wodniste wazy z ponczem? Dlaczego? Dlaczego nie stukają obcasiki, dlaczego nie brzmi: przepraszam, że nadepnąłem pani na stopę, przepraszam, za tą rękę na półdupku, przepraszam, ale czy mój okular nie wpadł czasem pani za dekolt, wyaczy pani, że może sprawdzę, ale dłonie mam zimne, może jednak wygrzebię, może jednak spróbuję?

Może jednak…
Kto mógłby nam pomóc no kto, czy ktoś naprawdę mógłby cokolwiek zrobić?

Dziwny Złoczyńca w kolorowej koszulce i gustownych spodenkach piłuje niemiłosiernie Mistera Leakeja. Żeby nie było nic seksualnego, znaczy przynajmniej ze strony jego Srebrzystości… Oj nie będzie dobrze, oj nie będzie, oj nie. Ach czymżem ja zasłużył sobie na męki takie. Może opluwaniem ich dłoni, oj przecież sami chcieli i mydlili… czy też jednakowoż tylko tymi dziwnymi, innymi zachowaniami? Tym, że jednak on zaciął się przy goleniu, a może tym, że ona wzięła nie tę szczoteczkę, co było trzeba i się nie przyznała? Ach czymżem uchybił? W objętościach ciepłej, pachnącej wilgotności Dziwny Złoczyńca gra w szachy śrubkami. Tak naprawdę nie wiadomo co wepchnął w śmietnik, ale coś dziwnie wybrzmiało. Nie słucha Pana Leakeja, ale w końcu tu nie o spowiedź idzie, ale o morderstwo przecież…

Ten, w Kolorowej Koszuli Złoczyńca zdaje się nie mieć ni sumienia, ni czuć bólu. Oj może i dziwne narzędzia srebrzyste rąbnęły go w palec, ale nic mu to, nie zważa na okrwienia, nie baczy na otarcia i siniaków wzrastanie barwniejsze niz jego koszula. Jakby czar na niego ktoś rzucił, jakby wszystko to było bardziej prawdziwe, niż to, co prawdziwym być powinno… Jakby wszelakości wszelakie nie miały dla niego miejsca i czasu. Jakby naprwdę nie miał sensu orzech, co to właśnie spadł, bo przecież dziwny lęk Wiedźmy Wrony Pożartej zwołał na miejsce i Wronie Plemię. Bo przecież tak być musi, być inaczej nie może. Gdy ona drży, cała Wyspa nagle nie wie co myśleć i czuć ma… A to przecież ot drobnostka, ot nic całkowite, ot nieskoplikowana operacja na Chatce Wiedżmy, ot zwyczajność… Ale ktoś taki jak ona, jak wiedźma, nie radzi sobie z codziennością innych, jej codzienność to te cholerne kupy jednorożców, które trzeba wywabić z poletniego prania, co je Pan Tealight powiesił, wierząc, że może uda się jednak dosuszyć i grzyby i kwiaty, wszystkie te codowności tkane przez Mamucie Pajęczarki na białych płachtach…

Wszystko musi być gotowe na jesień, czyż nie? Wszystko, wszystko, wszystko… Na owe liście złociste, na miodowości wszelakie, na sfruwające spod niebios, ogałacające konary, a za zmiękczające podziemia i ziemne ścieżki, kolorowości szeleszczące…

Ona, znaczy wiecie Wiedźma Wrona Pożarta myśli o tym, a Mister Leakej umiera. Jego ciało zroszone potem Złoczyńcy, dziwnie oślepione koloram i tej jego fantastycznie letniej, dziwnie nie na miejscu koszuli, przy owej czarno-granatowej Wiedźmie Wronie, przy owej źle ostrzyżonej… bo widzicie, ona gdy Złoczyńca zapukał właśnie sobie kroiła kłaki, te na głowie wiecie… bo czasem się jej zdarza taki humor humorzasty, który zwyczajnie coś uciąć musi, zwyczajnie. No i cięła i nie skończyła, a nieskończoność w niej znowu fobie napręża, a te strzelają, niczym te gacie, co się nagle zorientowały, że się dupsku przytyło…

A on wciąż umiera. Opuszczony, samotny, siąpiący nosem, tak bardzo niebieskim i czerwonym kurkiem trzęsący… tak zgorzkniały, oburzony i obrażony, tak bardzo czekający na kogoś, coś, wybawcę i zbawcę…

I już, po wszystkiemu! I co? Widzisz Leakej bracie, się nie martw, boja nie ma, patrz tosz był to ino ciała lifting…

… znowu jesteś tutaj i nie kapiesz… A i nosek masz inny, zamiast cycuszków masz nosek? Hmm? Panie Leakej, ale czy to poprawnie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3654

Z cyklu przeczytane: „Dzień, który zmienił wszystko” – … życie. Nigdy nie wiadomo co rzuci ci pod nogi. Może zranionego ptaka, może tylko wnyki, a może dziecko w kupie liści? Bo przecież życie ma to do siebie, że zaskakuje nawet tych, co już na jakąkolwiek zmianę nie mają nadziei. Którym życie przeszło koło nosa, którym kończy się nawet ów wiek sredni… którzy nie mają wizji przyszłości…

O takich właśnie bohaterach jest ta opowieść. On już dawno zapomniał co znaczy kochać i być kochanym, ona po prostu oddycha nie bacząc na okoliczności. W dniu, w którym on wziął psa i wyruszył na spacer, na kaczki, w dzikość, nic nie zwiastowało tego, co znajdzie. Małego zawiniątka, życia, które właśnie się rozpoczęło, którego nikt nie chciał. Życia, które gdyby nie on… zakończyłoby się. To dzięki niemu mały chłopiec zostaje przywrócony codzienności. Ale jakie będzie miał życie? Czy może zamieszkać z obcym mężczyzną, który nagle poczuł się w tej jednej chwili ojcem, czy też powinien zostać z babcią? Co z jego rodzicami?

Powieść jest głęboka, rozdzierająca i prawdziwa. Nie upiększona, pozbawiona wszelakich szczęśliwych zakończeń… szara. Późnojesienna, gdy jeszcze nie ma śniegu, który miłosiernie przykrywa grzechy. Przerzucani jesteśmy pomiędzy życiem, które się kończy i tym, które się zaczyna. Obserwujemy dwa dorastania. Jedno takie naturalne, poprawne, a to drugie, dziwnie późne, zaskakujące… Spoglądając na dwóch mężczyzn obserwujemy światy pełne konsekwencji. Niespełnionych marzeń i pragnień, owych dni, które przemknęły ot tak, bo inaczej się nie dało. Świat pełen szans na nowe, bo przecież zmienić można się zawsze i powolną więź, która zawiązuje się w dziwnej, specyficznej rodzinie, którą połączyło przeznaczenie… los, albo tylko przypadek?

Piękna, subtelna i prawdziwa. Pozbawiona lukru, poruszająca, ułatwiająca pogodzenie się z własnymi błędami, ale też przypominająca, że zawsze można zacząć od nowa! Bo przecież warto!!!

IMG_1846

Ciemność.

Tak… przede wszystkim jesień przychodzi z ciemnością. A może raczej to rodzaj symbiozy? Może nie potrafią bez siebie żyć? Nie żebym miała coś przeciwko, w końcu od tak wielu miesięcy paleni byliśmy słońcem, że w końcu, dopiero teraz, mogę jakoś oddychać. Jakoś tak oczami, uszami i sercem. Wszystko w człowieku w końcu odpoczywa i ciągnie go do łóżka, oj ciągnie by z niego nie wychodzić, by zostać, by zmyślić jakąś chorbę i tylko śnić… albo po prostu może pozwolić sobie na lenistwo. Oj wiem, że nic z tego, bo wewnętrzny pracuś goni do jakiejkolwiek aktywności nieśpiącej, ale pomarzyć można, co nie? Że kiedyś się będzie chciało pospać dzień i noc, i się będzie mogło… A może jednak chodzi w tym tylko o to marzenie? O czucie owej cudowności? Może spełnieni go będzie koszmarem? Bo przecież nikt nam nie broni, nikt do roboty nie przykuł, nie przywiązał, nei zespoił z komputerem, pędzlem, łopatą, przecież nie ma batów nawet, no kurcze no, leż kobieto… Ale ona nie leży. Ona nie słucha, a i wiatr z rozgrzanego jej brzucha bucha, znaczy no… Ekhm, no sami wiecie.

Październik.

Zaczyna się szarością i moknością, ale i tak cudny jest. Na krzakach i gałęziach siedzą wrony i kraczą. A raczej przeraźliwie się drą. Co dowcipne drą się oczywiście nie wtedy, gdy powinny. Gdy serio przydałby się ten okrzyk… na przykład przebieracie się w sypialni, a tutaj za oknem koleś z inspekcji domowej, co to sprawdza, czy dobrze parapecik doprawili… Kurcze!!! I to dziwne momentalne zawieszenie w czasie. Jam spanikowana, ale nie mogę się ruszyć, on nie dość, że pokrzywdzony tym, co zobaczył, to na dodatek wie, że nie powinien był, bo przecież jak tak można bez pytania, ale pewno chciał robotę odwalić… Nie usprawiedliwiam go w ogóle, najchętniej bym wronami poszczuła i z Szopą z Bejzbolami go zapoznała, ale… zamurowało mnie. Nic na to nie poradzę. Teraz tylko po prostu źle się w sobie czuję…

IMG_1985 (2)

Wszystko dookoła tak cudownie się spowolniło w końcu. Gdzieś tam dojrzewają dynie, bo u nas wiecie, jak zwykle czas strachów trochę wcześniej, znowu słomiane snopki i klocki będą sobie pogniwały na stopniach domów, a ustrojone wszelako zmiennie lampy i okna, zowu będą powiewać pomarańczą i kirem. A czemu nie… w końcu straszność też można przestraszyć. W końcu na tym to wszystko polega. I na marcepanowych paluchach w trupim kolorze z czadowymi migdałowymi paznokciami. I na cukierkach i oczywiście na dyniach i marcepanie… ale akurat to ostatnie występuje u nas w każdej okoliczności przyrody, święta i pragnienia. Ot jakoś tak…

Jest w Wyspie coś takiego… marcepanowego. Wiecie, łatwo z tego kulki robić, można podgrzać i oziębić i zalać czkekoladą. Właściwie wszyscy wiedzą z czego się to robi, ale tak do końca to nikt. Jak się to ma do kamienistej jednakowoż Damy? No cóż, ma w sobie taką samą moc, jak marcepan! I pasuje do wszystkiego! Słodka jest i cudownie miejscami miękka, ale nie zawsze i w ogóle…

… przytulić się ją da…

W sprawie jesiennych kolorów, to nadal w większości zielony mnie otacza.

Mimo kilku słonecznych dni w tej gestii się wiele nie zmieniło. Trawa też nadal bujna, dookolność mocno wilgotna, co nadzwyczaj komplikuje spacery. Wiecie, z łatwością nadzwyczajną można wyrżnąć dupskiem we wcale nie marcepanową miękkość. Zresztą, jak wam się zdarzy miękkość, to pamiętajcie, że mamy sporo żubrów na Wyspie, a to sporawe zwierzątka, które kupki lubią robić wspaniałej wielkości i masy, a i na koniu można pojeździć. Znaczy często sobie konie jeżdżą po drodze i ścieżce, więc uważajcie!!! Znaczy i na miękkość i twardość zważajcie! Ale spacerujcie. Bo przecież zmienności są cudowne. A i naturalnie uczą nas, że nowe wcale nie musi być złe, a i nowe też wcale nie jest do końca nowe… bo człowieczeństwo trwa już tak długo, a i wypełzło z naturalności, więc tak naprawdę wszystko już było…

Tylko czasem my w tym wszystkim jesteśmy po raz pierwszy.

IMG_1999

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mister Leakej… została wyłączona

Pan Tealight i Plemię Ogryzionych Pięt…

„Pojawili się rankiem.

Zamiatając dookolność swoimi dziwnie długimi kieckami, białymi, aż niebieskimi, z lekkimi trenami i szerokimi rękawami z chwościkiem, haftowanymi w dziwnie splątane pajączki w dolnej części, bez falbanek, chociaż i tak strojnie. Ale żeby nie było, żadnego bezeceństwa. No ni kostki nie widać, ni stópki, co to może przydeptać swoimi nieczystymi myślami. No nic a nic, a trzeba przyznać, że Wiedźma Wrona Pożarta spoglądała bacznie i nadgorliwie mrużyła ślepia. Bo i było na co patrzeć. Raczej niecodziennie w ramionach ściennych Chatki Wiedźmy zjawiali się aniołowie, co to ani w weki nie pójdą, ani przydatni w niewolnictwie nie będą… Zresztą tak do końca to nie wiadomo było dlaczego i skąd się wzięli…

Wszystko zaczęło się od Drzwi.

Drzwi pojawiły się na strychu, tuż obok tajnej bazy Maślanych Krasnoludków, jakoś w tygodniu. No sorry, ale dokładnie nikt nie wie kiedy. Chatka była zajęta przysypianiem i, podczas pochrapywania szybkami i kłapaniem obrazami na ścianach, zrzucaniem Wroniego Plemienia z dachówek, a Wiedźma Wrona… hmmm no cóż, wiecie z nią to nigdy nie wiadomo, ale ostatnio jakoś bardziej niż zwykle chyba, błąkała się pomiędzy sennością i motającymi ją snami, a tym, co uznawała za pidrzwioko rzeczywistość z innymi ludzkimi i ziemskimi bytami wzajemną. Więc tak po prawdzie, to mogłyby się i pojawić żonglujące słonie, a i tak mało kto by je przyuważył… no może Chowaniec Wiedźmy sprzątając? Wiecie on jako ten najwyższy w rodzinie, co to w stanie jest dostrzec kurz w najwyższych miejscach, zwany często Omiatającym Szczyty, mógłby zastanowić się o co chodzi z tymi pylonami? Ale wracając do owych drzwi. Były drewniane, dobrze oheblowane. Z piękną, chyba srebrną klamką w kształcie soczystych winorośli i dość zastanawiającym judaszem, zdobionym w przeróżne wije i zawije, listeczki i kwiatuszki emaliowane na różowo, dokładnie pośrodku. Takim, co to ino Wiedźma mogła rzeczywiście się w niego bezboleśnie i chciwie pogapić.

Czyżby był to przypadek?

Drzwi jako Drzwi ujawniły się, znaczy wyraziście, potępieńczo i zaskakująco mocno zaskrzypiały, tym samym sprowadzając zrozumienie na dotąd męczące mieszkańców nowe odgłosy, oraz brak smaru do zawiasów, znaczy przedstawiły się dopiero… nimi. Aniołami. Pierwszymi z Plemienia Ogryzionych Pięt. Znaczy nie żeby ktoś im sprawdzał odnóża, ale tyle o sobie powiedzieli, a potem rozsiedli się na trawniku w wiedźmim ogródku i… zaczęli nucić… Niczym pięć niezbyt skorelowanych ze sobą, niezbyt powiązanych jakąkolwiek linią melodyczną, tonacją, czy czymś w ten deseń, wodospadowych fontann. Takich z amorkami i cherubinkami, z delfinkami, jednorożcami oraz całkiem nieopierzonymi gołąbkami…

Początkowo Wiedźma Wrona reagowała wyłącznie dziwnym wgapianiem się w najbliższą ścianę. Znaczy ponieważ poruszenie w Chatce nazbyt zwiększyło ruchliwość, większość z mieszkańców przesuwała ją jak się dało pakując manatki… ale po chwili, znaczy mniej więcej sześciu minutach, Chochel tupnął nogą, podniósł gacie, które z niego opadły – te ze Zwierzakiem – i zatrzymał poruszenie. A potem, przesuwając Wiedźmę Ptaszydło trochę na prawo od drzwi na taras i ustawiając ją pod kątem zboczonym do okna, zaczął się zastanawiać… głośno i upierdliwie. Bo przecież to był ich świat, ich miejsce, ich dom… a ci skrzydlaci, chociaż jeszcze nie pokazali piórek, ino te głosy, musieli się stąd wynieść, bo psalmy szkodzą na trawienie, a od nowenn wszyscy tutaj dostają wiatrów, więc…

… wpadł na pomysł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1089

Z cyklu przeczytane: „Coś do ukrycia” – … po dwudziestce nagle. Jakoś tak nagle się bardziej i desperacko kocha… Cade i Max nie są inni. Kochają i nie kochają, nie są pewni i są pewni. Chcą zaimponować jednym, ucieszyć mocno innych, ale czy wiedzą sami w co się wplątują?

Czy wiedzą czego tak naprawdę chcą?

On kocha Bliss, problem w tym, że ona jest z kimś innym. A Max? Cóż ma chłopaka, ale dla dobra przyjeżdżających rodziców potrzebuje kogoś innego. Kogoś… znaczy się jak zwykle. On jej nie kocha, ona jego też nie, ale wicie od słowa do słowa i buuum! Bo dlaczego nie. Po drodze kilka niepowodzeń, kilka niedopowiedzeń i jakieś zastarzałe problemy rodzinne, demony przeszłości i już. Voila! Kolejna opowieść dla dziewczątek… czy tylko ja serio w wieku nastoletnim nieznosiłam takich opowieści? Chyba tak? A przynajmniej ostatnio tak się czuję. Nie ma już niczego lepszego? Przecież to już było i na stronach i na ekranie. Ot komedia pomyłek, z mniejszą ilością komedii…

No nie wiem… wydawałoby się, że po dwudziestce człowieki nawet zakochane zachowują się troszkę inaczej? Ech, coś jednak w tych książkach jest, co panie i panne do siebie tuli i nęci. Może to owa niewinność miłosna, ta księżniczkowa troszeczkę historia, a może po prostu to coś, co większość z nas już przeżyła, a niektóre są dopiero w trakcie? A może taka nienachalna seksualność? Nie wiem, wiem jednak, że drugi tom tej serii (pierwszy „Coś do stracenia”) był wyczekiwany, więc… może się skusicie na taki romans na jesień? W końcu jest w jesieni tyle romantyczności… Te spacer, wieczory ciężkie i ciemne, gorąca herbata w kubku i kocyk…

PS. Spokojnie możecie czytać nie znając pierwszego tomu serii, ale wiecie co, lepiej poznać obydwa, dla głębszego obrazu całego cyklu, stworzonego przez szaloną i niezwykle płodną autorkę, Corę Carmack.

IMG_1845

Ech cudnie jest.

Wiaterek powiewa, słonko w swojej niskości się kłania, a głębokie cienie pląsają po pustkach. Jeszcze kilka dni i właściwie znowu Wyspa odetnie się od reszty świata. I znowu może będzie cisza i spokojność i dzikość? Bo czemu nie? Dzikość też jest potrzebna światu!!! A już nam tutaj najbardziej. Bo przecież tutaj natura włada, rządzi, a najczęściej to nami pomiata i tyle… co wiatery się wybudzą, to zwolenników przeciwbólowych przybywa. Aj tak, nie ma co ukrywać, że łeb od wiaterów pęka. Albo od ciszy. W życiu bym nie pomyślała, że cisza bez wiaterów może tak wkurzać. Powiem wam, że poza ową bornholmską grypą, sławną i opisaną, znajomą i przetestowaną, to mamy jeszcze coś w postaci odwietrznicy. Czyli bolączki kościstej, mięśni słabości, temperatury i ogólnego rozdrażnienia. A najdziwniejsze w tej chorobie i dolegliwościach to, że zwykły człowiek spoza Wyspy nie zrozumie dlaczego tak się czuje. Bo ani go nie przewiało, ani nazbyt nie nasłoneczniło, a łamie! Ani się nie zmoczył, ani nie przesuszył, a seryjnie nic mu się nie chce… wytchnienie od tego schorzenia jedno jest i jedyne, czyli powrót wietrzności. Wiecie, takie maksymalne przewietrzenie, tańce łamańce w powiewach, podskoki i dziwne wygibasy, kiedy to już w końcu znowu wiemy gdzie góra i gdzie dół, a gdzie nasze gacie… Ot ułomności codzienności.

Siedzę i nasłuchuję wroniastych i mewiastych, co się kłócą o robale na polu. Oj fajnie im, bo po orce, więc wiecie, mięsko darmo leży na wierzchu, leciutko może i przyrumienione tym niskim, jesiennym, dziwnie ociężałym od soków słoneczkiem. W ogrodzie za płotem, co to żywy jest i jeże w nim mieszkają, znowu ktoś opindala krzaczki. A te krzyczą, bo planowały właśnie jak tu sobie listeczki przymalować z okazji zmiany pór roku. No jakoś tak jest, że wiecie, u nas wszyscy mają prawo głosu, a ci najmniejsi, to ponieważ ich nie widać, to dbają o to, żeby było ich słychać…

… wiem coś o tym!!!

IMG_3669

Tak stoję nad kolorowym, ceglasto-zielonkawym, pełnym błękitów i fig Gudhjem… a raczej jadę najczęściej, i jakby za każdym razem, na owej górce nad miastem, co to w dole przy porcie, no i w ogóle kwitnie, czas się zatrzymywał. W dole kręta linia brzegu, skały błyskają tajemnicami i klejnotami w zaskakująco malutkich, ale cudnych rozmiarach. Żesz pierniczone Hawaje, czy inne riwiery! Ale wiecie, robali i gadopłazów mniej, no i może jadowite też nie do końca tak, a i temperaturka bardziej przyjemna, a nie ino te pocenie się… No bynajmniej stoję i jadę, i za każdym razem tak mnie coś trzaska w twarz i nazbyt blisko mając przy moim nosie swój ryj, wrzeszczy: ASZ NO PATRZ GDZIE TY MOŻESZ MIESZKAĆ, NO PATRZ PATRZ NO!!! A ja mu oddaję, sierpowym prawym, asz nos mu się rozkwasza za to wrzeszczenie na mnie, bo w końcu to na pewno jest ino moja włąsna ułuda, więc mnie nie zaskarży, bo kto by jej uwierzył, co nie, a i wywrzaskuję zraszając jadem swoją soczystą odpowiedź: A WIEM DURNY, TOSZ O TO WALCZYŁAM!!! Zamykamy się oboje wycierając lica, czy co on tam ma i milczymy i patrzymy… Bo piękne to jest… wszystko.

I te widoki piękne i to uczucie. I te zwidy i majaki też. Bo wiecie, tutaj wszystko ma swoje miejsce i przeznaczenie, wariaci też! Ale tak czasem patrzę i sobie myślę, że gdybym takie widoki miała za oknem, jak w niektórych szkołach tutaj dzieciaki mają, to chyba nawet bym się czytać nie nauczyła. Bo jakoś tak szkoda oczy od morza odrywać. Szkoda tak jakoś w ogóle w papier nos wsadzać, zamiast w te zielonkawości i morskości, w te falowości i wszelakie drzewności, ale i w te murki, gdzie… na przykład cegiełki targane wiaterami takie zabawnie podziurawione, a i wybarwione na niebiańskie ciepłości. Jakby ktoś zwalił na jedną kupę jesienne czereśnie i ukręcił z nich glinki. Bo przecież wszystko jest możliwe, co nie? Wszystko!!! A potem budował z nich kominy, bo i wędzona rybka powinna wędzić się w przepięknym towarzystwie…

… a i historie. Bo przecież wszystko tutaj ma historie swoje. Niezależnie od tego czy Merowingi i Karolingi nam królowali, czy jednym z władców był ten krew chlipiący, czy jednak nie… osz to tylko są przecież ułamki całości. A te najciekawsze są w skałach i kamieniach, w ciosach i ociosaniach, w ścianach i drewnianych skupieniach, w cegłach poznaczonych palcami, a i w kamieniach, co na nich kiedyś siedział wielki król, ale nikt poza Wyspą o tym nie pamięta…

IMG_1854 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plemię Ogryzionych Pięt… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmi Ołtarz…

„Las.

Ciemny, mroczny, dziwnie skupiający cienie, jakby po prostu bał się chłodów, jakby był nadmiernie ciepłolubny. Nie ma w nim pięter, tylko te proste, trzymające pewnie gdzieś na najwyższych sferach swych koron nieruchomo, książki, by zwyczajnie nie tracić formy. By trzymać te pnie promiennie i sprawnie w górę, głowa wysoko, nie garbimy się panowie i panie, kroki stawiać ostrożnie, albo i ich w ogóle nie stawiać, stoimy, korzenie w dół… Iglaste bajecznie, gdzieś tam pewno rozłożyste, ale niżej ino chropowate, gałązkowe, całkiem opajęczynione, a w dole nie ma nic. Jakby piętrowość się tego lasu całkiem nie imała. A zagubione pośród korzeni kamienie pokrywa nadzwyczaj gruba, nadzwyczaj mięciutka, pulchna i cudownie aksamitna, taka, że tylko się położyć i już nigdy nie wstać i śnić, warstwa mchów, paproci i grzybów.

A pośrodku, przy dziwnej dróżce, która wyraziście i z przekorą wątpi w swój kierunek, stoi głaz. I ołtarz. Głaz spiczasty, ale szeroki, mocny, masywny z trzema dziurkami, niczym zagubionymi oczodołami, w których tylko czasem coś mruga… Przed nim może i niski, ale masnyw i dziwnie stały ołtarz. Czysty, dokładnie wylizany z ofiar i ofiarników. Jakby to, co się tutaj wydarzyło miało miejsce, ale się nim nie chwaliło…

Wiedźma Wrona Pożarta nie szukała go, wcale a wcale. To raczej on ją znalazł. I zaczął się do niej łasić… jakby było w niej coś smacznego, coś wartego złożenia, coś, co może dałoby od bogów łaskę, ale komu? Kto jest właścicielem ołtarza? Jaka społeczność, jakie plemię? Jaka rodzina, państwo czy też religijność?

Szarość kamienna przytula się do krótkich nóżek w czarnych porciętach, łasi się do włochatej torby, lekko podgryza sznurówki, powoli strzępi skarpetkę z prawej stopy, dziwnie dobiera się do cielesności… natrętna jest taka, oczywiście chciwa, a może czymś zauroczona? Czego chce? Czy tylko krwi, może mięsa? Serca wciąż bijącego, wyciętego z otwartej piersi, może płucek, wątróbki nadgryzionej i zębem Pana Czasu, oj taki tam nazbyt ognisty z niego kochanek, flaczków krętych i mruczących, wyciętego wyrostka, a może jednak okrężnicy, trzustki, czy też żołądka?

Wiedźma Wrona nie pyta czego chcą, ale też nie jest potulna… ona wie, a może po prostu robi cokolwiek, by pozostawić tutaj tylko i wyłącznie pot, łzy, kilka kropli śliny, trochę spalić tłuszczowej tkanki… więc grzebie w torbie i wyrzuca przygotowane zawczasu cukierki, kładzie grzybka zebranego po drodze. o wymiarach zaskakujących, i dorzuca kilka kromek chleba… Jednak, czy ofiara zostanie przyjęta? Mały, zgrabny ołtarz, niczym radosny piesek macha swoimi łapkami jedząc… jednak, czy zaraz nie będzie chciał więcej? Nie widać w niej niepewności ni strachu, po prostu się uśmiecha gładząc wielki kamień, mądrzejszy niż ci krzyczący, milczący bardziej niż martwi.

Po chwili już cisza i nieruchomość, nic tutaj się nie stało… a dziwne beknięcie od strony ołtarza wcale nie miało miejsca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1049 (2)

Z cyklu przeczytane: „Wirus” – … ale no! Trochę skwasiłam czytania przyjemność, bo nagle wpadłam na pewien serial… no i wiecie, się okazało, że to to samo, a jednak… nie żałuję. Bo serial to trochę coś innego niż książka. A może raczej coś dyskretnie opowieść… uzupełniającego?

Oto mamy świat, a dokładniej aż nazbyt znaną część USA, w której dochodzi do… pewnych, dramatycznych i całkiem nieoczekiwanych, a może jednak spodziewanych, skąpanych w chwilach zaćmienia słońca, odwiedzin. A dokładniej, na płycie lotniska nagle pojawia się samolot z wyłączonymi światłami i zestawem martwych pasażerów. Chociaż… nie wszyscy nie żyją, a na dodatek ładunek został wzbogacony o coś na kształt trumny, i to ładnie, pieczołowicie, wypełnionej ziemią… Coś Wam świta? Oj tak, pewno świta, znowu wampirki! Ale tym razem trochę inne, tym razem trochę mocniej pokręcone i całkowicie nieświecące!!!

Okrutne, groźne, obrzydliwe…

Powieść wciąga, chociaż drobiazgowość każdego opisywanego kroku może lekko niektórych zniechęcić, ale narastające w treści napięcie, poraża! Serial (The Strain) – o tym samym tytule – lekko ma zmienioną fabułę, ale trzeba przyznać, że podobnie oddziaływuje na widza. Jakoś tak, mimo tego, że przecież już to było, jakoś tak kręci. Obrzydliwe miejscami, przerażające obrazami, po staremu straszące ową niemocą ludzkości, niedowierzaniem, brakiem zaufania, chciwością jednostek gotowych iść po trupach ku wyimgainowanym celom. Opowieść dotyka nas wspaniałymi osobowościami bohaterów, nawet tych najmniejszych, dziwnie krótkotrwałych… A główni bohaterowie? Oj może i mało odkrywczy, ale dzięki tej subtelnej znajomości, jakoś nas przyciągają… Ale wracając do książki… krótkie rozdziały, ciągłe przeskoki między bohaterami, jednymi może zapętlą akcję, innym za to nie pozwolą się nudzić. Szybko można polubić głównego bohatera – lekarza, znaczy tego wiecie z zębami nie z pijawką, ale też i zrozumieć innych, a już starszy pan potrafi podbić wiele serc. Cóż, takie typy tak mają! Cała reszta to sensacja w typie zabili go i uciekł, oraz ciągłe pytania, na które wciąż nie mamy odpowiedzi: dlaczego, po co i… czy jest ich więcej?

Czyż codzienność nie wydaje się wam tak bardzo intrygująca teraz?

Oto i jest kolejna wojna ludzkości, problem w tym, że ci, którzy mają wpływy pragną potworów, ale czy wiedzą, czego tak naprawdę pragną?

Czy to koniec ludzkości?
I czy można sprzymierzyć się z potworami, by zabić inne potwory?
Jakie są granice nieśmiertelności?

IMG_1389 (2)

Wypełzam z Chatki i idę przed siebie. Dobrze wiem, że mogę, że żeby spłukać z siebie codzienność pracy i udawane człowieczeństwo, muszę zagłębić się w lesistość. Po prostu muszę, nie mam innego wyjścia, inaczej… przekształcę się w to, co mnie otacza na owych granicach widzenia, tam gdzie kąt oka już nie dociera…

Szukam czegoś, albo kogoś, jednocześnie nie pragnąc zobaczyć nikogo.

Idę…

Dookoła mnie proste pnie iglastych dam i panów. Niczym szlachta z pradawności drzew. Niczym owi wybrani rycerze, wyszykowani na paradę, bo serio wojna to dziwactwo, wojna to raczej niepotrzebność, na które piękno lesistości nie ma czasu. Zresztą nawet jeśli mieliby czas, to nie mają na to ochoty. Bo w owych otoczonych korą bytach, pomiędzy hubami i sękami, mieści się taka mądrość, której ludzkość nie jest w stanie nawet liznąć… przez szybkę… Mieści się taka moc, że lepiej się jej kłaniać i dary składać, niż zwyczajnie, po człowieczemu, się sprzeciwiać.

Wilgotność dookoła ich pni sprowadziła mchy, które okrywają je cudownym, atłasowym kocykiem. Jakże miękkim, jakżke różnorodnym, tkanym kłaczkami jagodników i wszelkich kolorów i rodzajów, kształtów i smaków, grzybów. Porostów i krzewinek, trawek pojedynczych, skupionych tylko na swojej jednoznaczności. Jedne i drugie mają swoich amatorów, nikt tutaj nie będzie głodny, nawet ten, który pragnie tylko i wyłącznie lotów ponad marzenia, dziwnych podóży i wielkich, ogromnych sennych fantazji… wszystko jest tutaj możliwe, wszystko jest dostępne, uważaj, bo jeśli o to prosisz, owo mgliste i całkiem złudnie ułudne TO się stanie.

Czego szukam poza powietrzem tchnącym jesiennością i pierwszymi przymrozkami w najgłębszych nutach swojej perfumowatości… czego tak naprawdę pragnę? Oj boję się tutaj o tym, a raczej o czymkolwiek pomyśleć, boję się, że marzenia wylezą ze mnie wrzeszcząc o spełnienie… Bo co, jeśli zmienię zdanie? A ułożona jednak od A do Zeta, raczej pokrętnie dziwacznie, jako kobieta… widzicie jest to aż nazbyt możliwe, bo z wiedźmami to nigdy nie wiadomo, nigdy!!!

IMG_1079

Pomiędzy pniami śnią trolle. Zakryte przed okiem i węchem, okryte tym, co całkiem mało znaczące, śnia sny, a owe sny żyją… nie budźcie trolli, bo może śnią właśnie o was? Co wtedy, gdy nagle przestaną? Znikniecie? A co jeśli tylko się przebudzą i nagle nie znikniecie wy, ale świat dookoła was i ci, których kochacie? I wszystko się zmieni, wcale nie na lepsze? Co wtedy?

Tuptając po lasach Wyspy naprawdę dostaje się wszystko. Wielgachne grzyby rosną jak szalone tuż przy drodze, do tego jagody i inne tam cuda i wianki. Po prawej sarenka, po lewej cała masa małych zajączków. No po prostu raj. W górze ptaki, więc raczej zamknijcie buzie, bo coś wam wleci, ale pamiętajcie i spoglądajcie w górę, by przypomnieć sobie jak piękne może być niebo i chmurki, jak cudownie stać tutaj, gdy tam wszystko płynie… a może nie płynie, może to my tańczymy? Kto to może wiedzieć? Tutaj ginie czas i dziwaczne potrzeby oraz przymusy codzienności, zegarki dostają zawału sprężyny, a rozpad komórek zmaiera. Tutaj po prawej, w cudownej wilgotności bagien pląsają wszelkiej maści ptaszydła. Po lewej rosną już pałki, trochę wikliny, ot możnaby ukrecić koszyk, na pewno byłby cudny, ale nie mam czasu, bo idę do przeszłości. Dotknąć kamieni, obsypać nowymi hostoriami kurhany, na starym ołtarzy złożyć ofiarę z wszelkiej smaczności. I przytulić przeszłość i podziękować jej, że się wydarzyła… bo przecież to wszystko co było, może i bolesne, może i w dupę kopiące, to jednak doprowadziło mnie do tego miejsca… niesamowitego.

Jedynego… znajomego, ale i innego…

Idę dalej. Spoglądam na pojedyncze, chudziutkie, żółknące już brzózki i wiem, że jest w tym wszystkim tyle magii, że nawet nie staram się jej pojąć. Bo i po co? Na co mi owa cała wiedza… ja chcę na nowo odkrywać to, co już odkryte i wiadome, i jakoś tak czuć się jak ci, co robili to wszystko po raz pierwszy, przed wiekami, przed latami, a może i tylko tydzień temu… nie wiedzieć… Bo czasem tak jest lepiej.

A może nawet i częściej?

IMG_1081

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmi Ołtarz… została wyłączona