Pan Tealight i Ogródek Księżniczki…

„Ogólnie mówiąc nie tolerowała uzurpatorek.

Uzurpatorów właściwie też nie, a już kompletnie owych gwiazdek tymczasowych, co to deklarowały swoją miłość do Wyspy, a potem jak co, to w nogi… usz jedna wichura i paszoł won na Martynike czy inne Ibizy! Miała rację. Tak, Wiedźma Wrona Pożarta miała rację, ale jak zwykle nikt jej nie wierzył, usz no taki zwyczaj w narodach i plemionach był, jednak z Księżniczką Wikinga było inaczej. Ona była tutaj pierwsza!!! PRZED NIĄ SAMĄ!!! I mimo wszelakich antycypacji… cóż, należało jej to oddać, że… miała nawet własny i ino swój ogródek!

Piękny miała ten ogródek.

Całkiem nie jordanowski, ale raczej misternie romantyczno-zaginiony. Zagubiony pośród skał i dziwnych, relatywnie z sasa i lasa wyrwanych, drzew. Nad morzem, w skałach ukryty, z ławeczkami. Z jednej strony odsłonięty, spoglądający jawnie, z lekkim wyzwaniem nawet na Północny Port, z drugiej jednak zasłonięty skwapliwie wielkim skał skupiskiem, lekko płaskatym, porośniętym skomplikowanym wyborem treści zielonych. Jakby musiało być coś z jawnej i coś z ukrytej strony, białe i czarne, prawda i fałsz… ja i ucieczka ode mnie samej… Jakby musiało tu być i miejsce dla ukrytych wrót i tajemnych przejść, ale i tego, co zwabi innych i zmąci umysły, by nie szukali, by nie pytali, by nie chcieli więcej. Potem od góry ścieżka wijąca się, dróżka w głąb ogrodu prowadząca, pomiędzy drzewami, prosto do wody… a tam skały. I różowe i fioletowe i szarości i biele wyklęte. I granaty i błękity. I fotele i łóżka. Na trawiastej przestrzeni ogrodu pysznią się zależnie id pory roku i fiołki i storktoki, mlecze wyskakują z niskopiennej trawki, ale i przylaszczki, pierwiiosnki, przbeiśniegi. A potem wszystko pokrywa szalony kobierzec listowia. Bo i żółcienie i bordo i czerwienie i zielenie uparte. Patrzysz w górę i nie rozumiesz… przecież to góra i powinna być inna, a jednak… nie jest!?

Bo widzicie… nie ma tam nieba!

Tak naprawdę jest tylko zaskakujący, patchworkowy ornament. Majestatyczne sklepienie, zmieniające się w zależności od pory roku, oświetlenia i tego, kto patrzył… z drzew, których nie można spotkać w innych miejscach. Takich, których liście zdają się mieć własny punkt widzenia. I własny styl. I może jeszcze inne własne pomyślunki… bynajmniej wygląda to magicznie!!! Leciutki wietrzyk, bo jakoś tutaj, w zagłębieniu między skałami, wszystko jest ciszej, spokojniej, łatwiej wybaczając, nie karząc za głupoty… Na zielonkawej zwodniczości nie porozrzucano głazów, tylko drobne kamyczki wyznaczają ścieżki… ale uważajcie, jeśli zejdziecie z tego, co wytyczone, możecie znaleźć się w całkiem innej bajce. Tej, która niechętnie przyjmuje dzieci i która niezbyt łaskawie traktuje nowych. W bajce, która nie tyle może się wam nie spodobać, nie przypaść do gustu, ale co ważniejsze, może nie być wami zupełnie zachwycona.

W tym Ogródku Księżniczki dzieją się cuda, ale jej samej tutaj nie znajdziecie. Widzicie, niektórzy uważają, że Wiedźma Wrona pożara jej blond szczupłe członki z zawiści… inni, lepiej znający obyczaje gastronomiczne Ptaszydła, tylko mrużą brwi w sardoniczno-sarkastycznym wyrazie – a to doprawdy wielka sztuka!!! – i po prostu mruczą coś pod nosem. Coś, co nie do końca przypomina słowa… raczej zlepek dźwięków, który wzbudza nie tylko na gęsiach skórki drażliwe. Ale coś musi być w tym wspominaniu i przemilczaniu, mruczeniu i dziwnych uśmiechach i Wiedźmie, która rysując na rzadkim piasku w skalnym zagłębieniu drakkary, wypatruje kogoś lub czegoś w lekko zamglonym świetle poranka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4164 (2)

Z cyklu przeczytane: „Klątwa Wendigo” – … drugi tom. Straszny tom. Niewielki tom? Właściwie już okładka obiecuje jakieś strachy, ale przecież to TYLKO książka dla dzieci, czyż nie… dla dzieci! Wiek 14+ no dobrze, może nie do końca małych dzieci, ale jednak… chociaż to ostrzeżenie, niewielkimi literami głoszące możliwość wystąpienia silnych lęków u czytającego, wzbudza dreszcz…

Oto drugi tom Monstrumologa. Opowieści nie tylko klimatycznej, mrocznej, wspaniale napisanej, genialnie wprost oddającej świat głównego bohatera i jego mentora… ale przede wszystkim… STRASZNEJ!!! Bo widzicie, to taki mix Lectera i Dextera w jednym. I wcale nie przesadzam. Na dodatek, ponieważ rzecz cała ma miejsce w ciemnej, mrocznej i niezbyt higienicznej, przeszłości… więc bardziej nas obrzydza. Jest bardziej namacalna, prawdziwa… zresztą, może jest? Bo przecież potwory istnieją, czyż nie? Will Henry na pewno was o tym przekona. Jego dzienniki są kopalnią nie tylko ludzkich osobowości, wszelakich dziwów tamtego świata, ale przede wszystkim strachów. Owych niej lub bardziej namacalnych.

Można nazwać tę historię opowieścią o strachach, można podróżą po ludzkich mniej lub bardziej, dziwactwach. Ale jeżeli tylko przyjmiemy, że to wszystko miało miejsce… tak wiele zostaje wyjaśnione! Bo przecież ludzie są zdolni do tak ogormnych szaleństw i wynaturzeń, że aż trudno wyobrazić sobie istnienie większego zła…

Historia spisana w formie pamiętników, niewielki tom, ale naprawdę nawet obytym z makabrą nie sugeruję nocnych czytań! Świetnie się to czyta. Obrazy trwale wdzierają się do naszej głowy, a bohaterowie nakreśleni są twardą kreską. Rozwijają się, lekko zbieżni z opowieściami o Holmesie… nie wiem dlaczego akurat ten detektyw przyszedł mi na myśl? Może to owa białoczarność narracji? A może… potrzeba nadziei? Że jednak ktoś wie jak to wszystko wyjaśnić?

IMG_1389

Wypełzam z Chatki.

Normalni ludzie olaliby spacery, ale jakoś nie mogę. Coś mnie znowu gna i pędzi, tym razem nie do toalety. Pędzi mnie, by ułapić przerzedzone ptaszencjów plemiona, te które zostają już dawno pożegnały te zmienne w miłości geograficznej. Ale nie oznacza to ciszy. Przy świetle dziwnie mdłych lamp ludzie nadrabiają to, co winno było być wykonane latem. Tu budują, tu remontują. Wydaje się, że Wyspa żyje i roboty wrą, a jednak… idę i nikogo nie ma. Ino drzewa, pola, liście… połamane drobinki wcześniejszych barw łaszą się do stóp. Nie ma kwiatów? A nie, o proszę, na zielonych polach wciąż rosną rumianki. Jakby nie wierzyły, że to już koniec, a może jednak wiedziały coś więcej? Może załapały się na podwójną wegetację, albo zwyczajnie się spóźniały i postanowiły nie odpuszczać? Któż to może wiedzieć? Nie rozmawiają z innymi, a i ze sobą na wzajem chyba też nie. Ot kołyszą się w wietrzności i coraz głębiej kryją korzonki, jakby były świadome tego, że rośnięcie w temperaturze poniżej 10 stopni C, to jednak troszkę inny surwiwal. Wciąż jednak rosną. Odwaga, czy brawura?

Kto to tam może wiedzieć. Rumianki i stokrotki zdają się owymi strongmenami, czy czymś tam. Himenem i Hellbojem w jednym? Za to brak owych żółtych i rdzawych, pomarańczowych i mlecznych oczek. Owych jesiennych chryzantemowych chwastków. No i mimo możliwości napotkania Ostatniego Mleczyka, jednak kolory są słabe. Jakby naprawdę zwątpiły, a może jednak wykorzystały wszelkie siły na to wrzące lato? Nie wiem, ale napotkanie gorejących krzewów, jest dziwnie mało możliwe tej jesieni. Cóż, widać Bogowie też wzięli na wstrzymanie, a może jednak tylko przykręcili kurek finansowy w ramach względnego się kryzysowania? Może postanowili wydać kasę na nowy basen, a nie wyznawców?

Ech… wypełzam z Chatki dalej, a tu mokro i błotniście. Dobrze wiem, że przywlokę ze sobą z powrotem całe kilogramy błocka i liści, ale co tam. Idę… dlaczego? Bo muszę. Bo inaczej zacznę myśleć o współczesności, a to serio kijowy jest temat!!! Nawet wywaliwszy telewizor i ciachnąwszy wszelkie strony informujące… świat się wdziera na Wyspę. Niezdrowy taki świat…

IMG_4147 (3)

Tia… dla mnie to co poza Wyspą, to ZUO!!!

Nic na to nie poradzę, a raczej nie uważam, że powinnam jakoś coś z tym radzić, zrobić, czy inaczej. Wyspa jest religią, ale serio, nikogo nie nawracamy. Wprost przeciwnie, jakoś tak paranoicznie i skrycie chronimy swoje wierzenia i nie chcemy większej ilości wyznawców. Czy to nie dziwne? Może i nie… a może tak? Może w rzeczywistości jesteśmy zachłanni i zwyczajnie wkurzający? Może to chciwość sprawia, że nie chcemy się dzielić… nie, no chciwość chyba nie? W końcu tutaj serio ze świecą szukać burżujów. Tia, wiem co myślą inni o Danii, ale Wyspa… to trochę odmienny świat. Zapatrzony w czadową w barwach i strukturach skałę, na której Bogowie umiejętnie oddali cały świat.

Może to kwestia bycia strażnikiem? Tak naprawdę zerowa tolerancja dla śmiecenia, głupoty, głośności… nowoczesnej bezduszności? Dla nieczucia, że to miejsce, ta skała, jest czymś więcej, niż tylko plażowaniem, żarciem i rowerami? Bo serio, jak chcecie dyskotek, to polecamy Ibizę! Bez urazy, tyż ślicznie!!!

Kocham to uczucie: JESTEM WŁADCĄ, które opada Tubylców, gdy tylko sezon się wyszarzy, gdy rowery poznikają, nagle ścieżki znowu stają się nożne, na ulicach pustki, namiotów brak… nagle idziesz i nie ma nikogo, kto mógłby obrzucić cię niewymownym spojrzeniem, udać, że serio jesteś miłym zwierzątkiem za tymi kratkami, rzucić nawet orzeszek, czy landrynkę? Karmelka może? Wszystkiego jestem teraz Panem i Władcą, chrzanioną Bogą i wszelako nietypową Ostatecznością. Bo tak. Bo w końcu nie ma nikogo innego, by sięgnąć po koronę… bo przecież i tak wszyscy poddani zajmują się śnieniem… śnieniem świata poza Wyspą. Tu jestem tylko ja. Nic nie daje mi prawa do sięgnięcia po berło, ale też nikt nie broni, bo w końcu każdy se królem może być! Jeśli tylko nie wtrąca się do królowania swego sąsiada…

Wracam do Chatki. Powoli. Niby coś mnie rwie w kolanach, ale tan naprawdę dobrze mi na zewnątrz. Może i zimno, ale co tam, lubię zimno. Mroźność w powietrzu jest taka upajająca!!! Ale tam w Chatce też jest Wyspa. Bo od niej nie można się uwolnić, nie można odgrodzić, nie chce się… bo przecież jak to serce se usunąć, oczy i uszy wyłupić, wyrwać… nie oddychać, nie marzyć…

No jak to?

IMG_0607 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ogródek Księżniczki… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Szuwarkowo-Bagienna…

„No pada no… ciągle pada, wilgoć się wdziera, gwałci wewnętrzną ciepłotę i szaleje w każdym wnętrzu. Mniej lub bardziej dostępnym. jej na jedno. Niby suchość winna zniwelować, a co za tym idzie wpierniczyć zmarszczkom i cellulitom, ale jednak, czy na pewno? Nie wiem, nie wierzę… Coś innego może mnie męczy, a nie ona, no i wysiorbuje wszelkie woli siły. Kreatywność obkłada mi pleśnią. A może nie? Może chodzi tylko i wyłącznie o to, że… Za kija i Wojtka się wilgoć owa, opadanie i mgławienie, wszelkie falowanie nie chce zmienić w śnieg!!! Mimo zaklęć, ofiar składanych często i gęsto, mimo próśb, błagań i gróźb… ZUO I DEMONY!!! Znaczy przyzwane też zostały i przybyły chętne, i co, no i kurna cisza. Nie ma zimy… nic z mrozów, nic ze szronionych listów miłosnych na oknach, nic z tajemnych wiadomości rzezanych w kałużach, nic z lodowych sopli smaków zakazanycyh…

Nadal nic… ciepło!!!

Ale i tak wypełza się z norki i wlecze się w Wyspę. Bo jak się kocha, to na zawsze i w każdej aurze, wyboru nie ma. A no i obiecały nimfy Wiedźmie Wronie Pożartej, że ze względu na wilgotność w nadmiarze, zrobią z niej jedną ze swego grona. W końcu lodowość wszelaka strumyków i zarośli oklapniętych lekko w tym sezonie nie znieruchomiła, więc trza się było czymś zająć. No i Chochel tak bardzo nalegał. Mówił, że starał się, że to przedwczesny w swej okazałości prezent taki… Julowy. No i poszła. Z nim, żeby nie było. Ojeblik, mała ucięta główka, niestety nie została zaproszona, no i z tego powodu wielce sie obraziła i schowała w skarpetkach Pana Tealighta. Nienoszonych tych, bez urazy. Nikt nie dyskryminuje zawodów i pracowitości, tak po prostu, inne miała preferencje… więc poszli. On i ona. On jak zwykle w gaciach Chowańca, ale z powodu wietrznej aury, tych długich w paseczki, lekko zawieszonych na szyi, tworzących dość niewybredne ogrodniczki, szaliku z jakiegoś turysty i grubych, mocno dołem filcowanych skarpetach na owcy… ona w powyciąganych, czarnych portkach, co się jej łopotały na wietrze niczym flagi na zbyt otyłych masztach, w bluzie, w którą zmieściliby się i goście i ich rodziny i posiłek wielodaniowy krewnych i znajomych Królika… Sprzeciwiając się wiatrom parli do przodu, pod Szarobiały Hotel, w miejsce, w którym łamały się Pomarańczowe Niekwitnące Ostrołupy.

Wszystko oczywiście było możliwe tylko i wyłącznie dlatego, ponieważ Chowaniec Wiedźmy pojechał sobie na wycieczkę i jej nie zabrał. Znowu!!! Nie żeby miała ochotę na latanie w wietrznych przestworzach i wyprawę do miastowej dziczy pełnej dziwnych najeźdźców, ale jednak… fakt faktem pozostaje. Była sama, niechroniona, rozbestwiono rozpasana w swej nieobronności, więc ktoś musiał to wykorzystać! A jeśli tym kimś było znane jej plemię nimf… cóż w tym złego. Dla Nimf?

Nicto!!!

… więc szli. Po drodze Wiedźma Wrona poślizgnęła się na liściach ino raz, co zostało uznane za cud wszelaki tego dnia, ale gdy doszli w szuwary, ciemność Nienocy zaatakowała. Widać serio nie chciała brać w tym wszystkim udziału, Pani Wyspy zdawała się to rozumieć. Razem z Panem Tealightem, z braku serio ciekawszego zajęcia, śledziła dziwną parę. Ot dla rozrywki zwykłej, wiecie tam jesienności rozerwania. Nostalgicznych pamiętliwych błędów młodości i takich tam. No dla śmiechu i ubawu. Bo jakże inaczej można pojmować coś w wieku srednim w dziwnych szatach przydużych, co to przedziera się ze stadem miśków w kierunku fal wzburzonych, zaśmiewających się srebrzyście – się chyba rtęci ożarły, czy co… a potem gromadkę długowłosych, zmokniętych panien ją opadającą i próbującą, wbrew wymiarom i rozmiarom, usadzić na obmoczonym, obrośniętym zielonkawym szlamem, kamieniu. Gdy już im się udało, a w międzyczasie Pan Tealight ułapił uciekającego Chochela, co się chciał z miejsca zbrodni oddalić pokracznie… w trójkę patrzyli, jak dziewczątka z morskiej pianki, soczyście się przy brzegu łaszącej, próbują z Wiedźmy Wrony zrobić… nimfę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1731

Z cyklu przeczytane: „Biały ogień” – … Child i Preston. No po prostu wiecie, po prostu znowu… czytasz i wpadasz. W historię, dopracowaną opowieść, eskcentryczność agenta FBI i młodość narwaną młodej uczennicy. I morderstwa. Niby ofiary misia ludziojada, a jednak, czy na pewno? Co się kryje w tajemniczych prapoczątkach sławnego kurortu? I co z tymi pożarami?

Wciąga od początku. Nie tylko od razu kibicujemy (znanej nam lub nieznanej bohaterce, bo jej wcześniejsze przygody nie są wymagane, by bawić się przy tej lekturze) naszej bohaterce, ale przede wszystkim czekamy na niego… Pendergasta. Wiemy, że jest w tym wszystkim coś, co nam umyka, bo przecież jeżeli we wszystkim łapy maczał Doyle… Conan Doyle, to musi być więcej. I jest. Całą opowieść rozpoczyna przecież on. Ojciec Holmesa. To on wprowadza nas w świat, który wykształcił się na starych przewinieniach, na zbrodniach…

Sprawny jezyk, dopracowane tło historyczne, do tego sensacja i kryminał na tle rozbudzonych chuci tych bogatych, pewnych, że mogą wszystko i wszystkich sobie podporządkować. Cudownie rozrysowana postać młodej studentki, jej odwaga i brak zahamowań sprawiają, że zależnie od wieku czytelnika, inaczej odbieramy tę powieść. Albo bliżej nam do niej albo agenta FBI. Albo gubimy się w przeszłości srebrnej gorączki, albo zaurocza nas śnieżne, bogate miasteczko… pragniemy od razu wykrzyczeć przewiny, skazać kogoś, albo skrupulatnie dążymy do celu, by zobaczyć więcej.

… pieniądze, albo ludzie…

Dobra… winna. Domyśliłam się zakończenia, zgadłam i środek, ale i tak świetnie się bawiłam. Przede wszystkim znakomity, zimowy nastrój, szaleństwo i wypas, z drugiej dziewczyna, która pragnie coś osiągnąć, bijąca się z przeciwnościami. I prawda… w końcu to ona jest najważniejsza. Do tego humor, bo przy Pendergaście nie można być przecież niczego pewnym! Do tego, może i poboczne, ale intrygujące wątki, może zapowiadające kolejne tomy duetu… i macie czadowo spędzony czas!!! Można jeszcze tak pisać! Żeby wciągnąć człowieka. I pogrążyć…

IMG_1951 (2)

Wilgoć.

Jakby kurcze ktoś postanowił zmienić moją Wyspę w pierniczone lekko chłodniejsze kurna, ale jednak tropiki. Czy ja się na to pisałam? Oj nie!!! ZIMY CHCĘ!!! W tym szarym powietrzu mimo innych kolorów elspresji czuję się dziwnie… latająca. Nazbyt lekka może. Chociaż kto to widział w dzisiejszych czasach na lekkość narzekać? Bo wydawało mi się, że powinnam byc ociężała, a nie. Wprost przeciwnie. Mimo jesiennego lenistwa, względnej sentymentalności i wszelakiego trawienia czekoladowych mikołajów, lekka. Może to wina Wyspy… wiecie, no w jakiś dziwny sposób moje powietrze zgęstniało pobłażliwie, i chodzi się po nim niczym po schodkach, ździebko nierównych może, ale nic to. Lekko!!! Ale i dziwnie… ech, no da się żyć! No musi.

Wyspa ucichła.

Idąc na spacer spotykacie na dwa kilometry jedną osobę i pół psa. Albo i całego jak macie szczęście, albo i nieszczęście, bo ostatnio wpadają na mnie te gryząco-skaczące, no wiecie, ilość w zależności od populacji zombich w rejonie. Poza tym oczywiście lekko lepką, ale i smaczną w odbiorze skórnym, odświeżająco mroźliwą mgiełkę. No i pieńki, mostki, czyste linie dróg, ślady po Turyściźnie niewywiane jeszcze i znaki drogowe, w większości czasowe. Raz na ruski rok przejedzie nawet SAMOCHÓD. I cisza jest i spokojność, no i światła całodniowe bo ciemno, dymy z komina pachnące cudownie… Tak sobie myślę, że dzięki owej przejściowej szarości, to owi nieśmiali mieszkańcy Wyspy serio mają lżejsze życie. Bo widzicie, widać niewiele, poza oczywiście białymi grzywkami wzburzonych fal. Świecą się szalenie, rozbryzgują ponad szarościami, zaskakującymi błękitami i lekkimi seledynowymi wstawkami… a na nich wszelakie Topielice Syrenice… zboczone się nago oczywiście pluszczą. Bo to i ich czas i ich miejsce jest. Ich czadowa wolność wywalczona wiekami przinaczeń… ich religijność, ich artyzm.

Bo widzicie szary czas to dobry dla wszystkich i ludzkich bardziej i tych całkowicie, zaskakująco mniej, czas na przewianie mózgów i innych cielesności za myślenie odpowiadających… bo chyba nie wszyscy mózgi mają w głowach, no wiecie… Śmiały jesteś mniej czy bardziej, to po prostu nie ma znaczenia, wyłazisz i się wietrzysz. Pomysły wietrzysz i idee. Karmisz się względną przewiewnością wyobraźni. Bo tak trzeba… tutaj inaczej się nie da oddychać.

IMG_3946

Wychodzę w tę ciemność, zaledwie lekko odróżnialną od nocy i wiecie co… nadal nie rozumiem zwolenników lata. Wychodzę i się nie pocę, mogę odziać się w co chcę i nikt nie marudzi… mogę wszystko. Jak dla mnie lato jest nazbyt ekshibicjonistyczne. A może po prostu kocham zimno. Zwyczajnie… taka budowa, takie geny i zboczenia atawistyczne, w krótkim ciele.

Wieje i przewiewa. Rozchylam ramiona i łącznie z golonym owłosieniem pod paszkami, po prostu unikam higieny. Oto mój prysznic! Nie no… bez przesady, myć się myjemy na Wyspie, już nie myślcie sobie, że tutaj taka kompletna dzicz jest. No dobra, może i jest, ale Wyspa dba o swoje dzieci i wietrzy je… Bo Mniejszy Kraniec Świata ma swoje standardy! Nie tylko piękne widoki. Otwieram wszelkie szufladki w głowie i wietrzę myśli, wspomnienia, otrzepuję marzenia. Te stare, dziwnie zapomniane wyrzucam. Niech dostaną skrzydeł, może przydadzą się komuś innemu… ja mam miejsce na nowe. Wyciągam dłonie, rozcapierzam palce i łapię marzenia. Te mi przeznaczone, ale i te cudze, niewykorzystane, które tak bardzo znowu chcą być siłą napędową działania. Bo widzicie, Wyspa to nie tylko widoki, Śpiące Śniące Bóstwa, Dusze Oszołomione, ale i Ochronka Dla Starych Marzeń. Dla tych niewykorzystanych. Tych, które niegdyś były tak ukochane, a potem ów przebrzydły, ale i przewrotnie pożądany, Zły Dziad Czas wymienił je na nowe.

Łapię i utylizuję marzenia, albo przekształcam je w nowe. Owo inne i następne, owo nowe i cnotliwie niezbrojne… W dłoniach mam nie tylko wrzeciono, krosna miniaturowe, wioskę krasnali pomocników i Mojry, ale przede wszystkim pazurzasty wymiar kar. Bo nie wszystko da się przekształcić, nie wszystko można oswoić… część musi pozostać dzika, ale dzika i nienamacalnie niewtrącająca się… Tak jest lepiej. Dlatego ja mieszkam tutaj. Dzika. Niesubordynowana. Bo widzicie… świat nie może istnieć bez pól i łąk, ale dla równowagi nie będzie tańczył i bez nieużytków. Owej dzikości nieskomplikowanej. Miejsca, w którym ci niepasujący będą mogli się schować i wciąż, w jakiejś pokręconej mierze, będą mogli być użyteczni.

Bo świat ma miejsce na wszystko. Jednym z owych dziwnych schronień, dla owych bardziej rąbniętych… jest moja Wyspa.

IMG_1729 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Szuwarkowo-Bagienna… została wyłączona

Pan Tealight i Nocą przeszkadzanie…

„Pukanie.

Dziwny stukot, a może raczej tylko i aż, wyłącznie i nie, koszmarne, tubalne próby zniszczenia powierzchni szklanej w drzwiach wyjściowo/wejściowych na tarasik… budzące, zamroczone wczesną porą, obrazy na ścianach i książki, które po nocnych harcach wciąż jeszcze tuliły się do siebie na podłodze. Tak to się zaczęło. A może jednak nie? Może chodziło o te dziwne światła, srebrzysto-złociste, dziwnie nietuzinkowe, któe pojawiało się coraz częściej na niebie? Zwiastując może kolejną opowieść, pieśń nigdy nie wysłuchaną do końca, baśń, tudzież narodziny magicznie pokrzywionego bytu? A może jeszcze coś innego? Narodziny studni na przykład? Tej nie do życzeń i błagań, do łez opadajacych na dno i zmieniających się w skamlące ślimaki, ale od wątpliwości.

Tej nie od próśb, ale od klątw wszelakich?

Nie wiem tak naprawdę jak to się zaczęło, to co teraz uznaję za początek, to właśnie ten łoskot. Szyba drżąca pod naporem małych piąstek. On wciskający się przed uchylone wrota, przez ową szparę, jego skrzydła zostające po drugiej stronie. Odpadające, jakby nie zgadzały się z jego postanowieniem… szukaniem schronienia. Skrzydła czołgające się na różkach w stronę obmarzniętego krzaku lubczyku i zmieniające się w pył srebrzysty. W coś, co jednak nie zostało rozwiane, ale wsiąkło w przyszłe pędy… Wszystko pamiętam tak dziwnie dokładnie, drobiazgowo, w zwolnionym rytmie własnego serca, a przecież wszystko wydarzyło się szybko. Był mały i dziwnie zmoknięty, chociaż nie padało. Nie nagi, ale odziany w dziwne, pajęcze sieci powiązane korzonkami traw… chyba? Wpuściłam go? Tak bez pytań i pogawędek, nie wiem… dziś nie pamiętam dlaczego to zrobiłam, pamiętam tylko, że nie mogłam zrobić nic innego. Bo przecież od od razu mi obiecał niebo. Że będzie jednym i jedynym, że dla mnie zrobi i zrobił już wszystko, że tylko ja. Podobno od tak dawna mnie szukał, od tak dawna kochał. Jestem jego księżniczką, przeznaczeniem i wyborem duszy i serca, tymi cholernymi gwiazdami, słońcem i księżycem, wietrznym dniem w lecie, wiosennym deszczem…

Uwierzyłam.

Przez długą chwilę wieczności czułam się naj. Najpiękniejszą, najukochańszą, jedyną… wybraną księżniczką i bohaterką i… tą zbawczynią, cudem wszelkich ziem, następczynią smoków i ogólnie po mieczu i kądzieli pierwszą z bogów. Wszystkim. Co może i chce wszystkiego, co nie stawia sobie barier, a przeszkody pali płomieniem swej dobroci. Tej i Śnieżki i Śpiącej, a z koafiurą Roszpunki, ino w czerni, tej, której Lustro zawsze będzie wiedziało co powiedzieć, bo czas i miejsce nie będą miały znaczenia. Królewną wywodzącą się ze wszystkich drzew… Jedyną. Tą, którą bronić on będzie, chronić i rozpieszczać. Bo już żadnej róży z kolcami i jabłek z robakiem dla mnie. Żadnych bólów i niedokończonych orgazmów, żadnych… Byłam ukochaną i upragnioną. Nie miałam być już nigdy samotną, nigdy niechcianą, nigdy niewidzialną, niewidoczną… Zawsze miał być ktoś przy mnie, zawsze na wyciągnięcie ręki, zawsze zwyczajnie obok. Spełniać zachcianki, spełniać marzenia, jakoś naprawdę być. Nie tylko dla mnie, nie tylko dla mego dobra, ale przede wszystkim, bo byłam kim byłam. Albo też miałam dopiero być? Nie wiedziałam wtedy, a może nie chciałam o tym myśleć? On mi obiecał wszystko. Wszystko istniejące i to, co jeszcze nie istniało.Wszystko dobre i miękkie, dyskretnie otulające, słodkie, a czasem i słone, a może i kwaśne…

Wszystko…

A potem Chochel wpadł, nagi bo czasu wiele na wybór toalety potrzebuje, a na półśrodki się nie godzi, no i przypieprzył dziwnemu ludzikowi z oberwanymi skrzydłami tłuczkiem do mięsa. Nieużywanym w celach przeznacoznych nigdy. I przypomniał mi, że nigdy nie chciałam być księżniczką takiej mody…

Ech!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0609

Z cyklu przeczytane: „Spisek Tudorów” – … ej nie. Znaczy no wiecie, to wciąż świetna na poły historyczna powieść, na poły fantazja. Z jednej strony powieść zagłębiająca się w ów fascynujący okres walk pomiędzy dwoma siostrami uznanymi niegdyś za bękarty, a z drugiej… brak owej walki. Bo widzicie, drugi tom cyklu Gortnera opowiadający głównie o owym tajemniczym Tudorze, jest tylko… opowieścią o nim niestety.

Brendan Prescott.

Ponownie wkraczamy w życie Marii i Elżbiety. Pierwsza próbuje ułaskawić świat, którym ma władać i wszystko, łącznie z własną siostrą, staje jej na przeszkodzie, a druga… Elżbieta nie jest jeszcze tą kobietą, którą będą opisywać annały. Wciąż młodziutka, zakochana, tak naprawdę popełnia wiele błędów, ale też stara się… A on? Ich kuzyn? Cóż, pragnie tylko by Elżbieta przeżyła.

Na razie tylko tyle.

„Spisek Tudorów” to mieszanina pogoni, ucieczek, uników i szpiegowań. Brakuje w niej tak naprawdę głównych bohaterek, a za to aż nadmiernie obdarzeni zostajemy roterkami i toaletami ich kuzyna. Pełno go, a jak mówił Kochanowski, jakby nikogo nie było. Bo mimo niesamowicie plastycznych opisów świata, dobrych dialogów, coś tutaj szwankuje. Jest historyczność, aż czujemy kuchenne aromaty, ale jednak… Coś sprawia, że nie chce się dalej czytać… a szkoda. Przecież to tak niesamowity czas. Gortnerowi zabrakło chyba tym razem wejrzenia w babską duszę. Owego specyficznego „męskiego oka”, za które pokochałam go w poprzednich tomach. Ale może to tylko wina owej „sensacyjności”? Może po prostu przeczekam? „Sekret Tudorów” – pierwszy tom trylogii – też mnie nie powalił na kolana, ale jednak był bardziej… królewski, bardziej wciągający. Brak tego dreszczyku emocji w tym tomie, który sprawia, że zakrada się do czytelniczego umysłu zła myśl… podejrzenie, że może autor tym razem zabije kogoś innego? Że może odważy się zadrzeć z nią… HISTORIĄ? Ale wciąż, to niezła powieść jeśli ktoś woli wyłącznie przewidywalne pułapki.

IMG_1948 (2)

Wydawać by się mogło, że w świecie znanym ze swego niesamowitego światła, a takim jest Wyspa, ciemność jakoś będzie bardziej zauważalna. No wiecie, że jakoś tak powiadamiać swoje nadejście będzie dzwoneczkami, albo starymi alarmami samochodowymi? Ale tak nie jest. Wiosną i wczesnym latem, gdy tego światła jest najwięcej, właściwie nie ma nocy. W jakiś sposób ciemność ogólnie ma gdzieś to, czy jest obecna w robocie, pozwala się światłu panoszyć i dzień i noc… ale gdy nadchodzi późna jesień i zima, coś się zmienia, logiczne niby… ale nie, zmienia się więcej! Szarość niweluje szaleństwa słońca, ale też nie do końca ułatwia życie ciemności. Wydawać by się mogło, że powinno być inaczej, ale nie. Ciemność znowu nie oznajmia swojego zapadania. Pojawia się bardziej niespodzianie, nagle, raptownie. A przecież i tak jest ciemno! Bez owej nadmiernej, niskiej słoneczności, nie ma rozbryzgów, nie ma owej ciężkiej…

… zmuszającej do pracy jasności…

W czasie szarości, względnie rozrywkowo sennym, ciemność wciąż nie ma łatwo. Opada ciężko na puszystą szarość, przygniata ją do ziemi i ostro walczy o swoje prawo do bycia. O prawo kolorów do odpoczynku, o światłość nucącą kołysanki nad kołyską własnych snów. O pewne odcienie… wyszarpnięcie nas mknących, wciąż pędzących, wciąż mających coś do zrobienia i wpakowanie w siebie samych. Otoczonych światłem świec i owo całą ciemnością. Nocą bardziej soczystą, bardziej swojską… Czy teraz noc jest bardziej sobą? Czy jest bardziej prawdziwa? Czy niesie ze sobą inne sny? A może tak naprawdę nic się nie zmienia, tylko my szalejemy inaczej?

Kto to wie?

Ech… nie wiem, ale dla mnie jesień to wciąż ino opowieść o przemianach. Nie refleksyjność. Nie czuję w niej śmierci, nie płaczę za tymi, którzy odeszli, o nich przypomina mi najczęściej lato… jesienność, szczególnie owa szara, pobłażliwie znoszona przez tych kochających kolory, przez resztę świata nie do końca zrozumiana… jest dla mnie przemianą. Pozwoleniem sobie na skarpety, rozciągnięte gacie i długie spacery. No chociaż niewiele widać we mgle, to przecież tak wiele czuć i słychać. Może to czas, by inne zmysły zaczęły tańczyć… może nawet i kankana?

Czemu nie? Ha ha ha!!!

IMG_0612

Jak to mawiali mądrzejsi ode mnie? Na wszystko jest czas i miejsce. Teraz zaś czas na tańce. Wietrzysko wywija dziś nieźle. Porywa liście, te, które dają się udźwignąć, lekko wilgotne nocnymi opadami, lekko nawet obłocone i wietrzy je w przestworzach. Mają fajnie takie liście. Właściwie każdy już jest odziany na bal, czyż nie? Może tylko neiktóre martwią się, czy dobrze zakręciły ogonek, albo czy zmieniła się moda w sprawie dodatków zielonkawej trawy na blaszkach? Bo wiecie, liście, chociaż nie sprawiają takiego wrażenia na pierwszy rzut oka, uwielbiają być podziwiane. Kochają być piękne i barwne, wprost zatapiają się w swoich odbiciach, jeśli tylko świat miłosiernie podstawi im na drogę przelotu jakąś miłą kałużę. Oglądają się wtedy, obracają, lekko namakają, a potem suszą. Nie chcą stracić ni chwili z tego czasu… już dawno zapomniały o zieleni, którą się tak puszyły… jaka młodość jest teraz mało ważna…

A w trawach owocki sobie milusio gniją. Takie tam zombie z nich niewielkie. Podobno czasem wyłażą z tych mchów i paproci i straszą na ulicach… ale świadków straszenia nie ma, a i potraktoway mokrą, gnijącą jabłkową papką człowiek, w życiu się nie przyzna, że usiadł sobie na dordze nie tam, gdzie powinien.

Czas przemian. Na gołych i powykręcanych zabawnie gałązkach wiszą ostatnie, malowniczo czerwone jabłuszka. Uśmiechają się zgryźliwie. Bo widzicie, dobrze wiedzą, że nikt do nich nie dosięgnie, więc są wolne. Panowie siebie samych, do ostateczności spadania. No właśnie, spadania. Bo widzicie, one wiedzą, że spadną, wiedzą co je czeka, ale… mają specyficzne poczucie humoru. Zakładają się o ostatnią pestkę ze swego wnętrza, który będzie ostatnie, które samotnie zawiadywać będzie światem ze szczytu najdłużej. Bo widzicie, jabłka wierzą w to, że są panami świata. Wierzą, że są dziećmi Ziemi, najbliższymi jej, najukochańszymi, stworzonymi na jej idealne podobieństwo. Kłócą się o to z czereśniami czasem, ale gdy te wysuwają tezę o bliźniaczości dusz, one wiedzą, że i tak będą tutaj dłużej… ekhm. No i tak przekształca się wszystko… przekomarzajac się o swoje miejsce na ziemi…

IMG_0193 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocą przeszkadzanie… została wyłączona

Pan Tealight i Kamyczkowatości…

„Taki kamyk.

Takie wiele kamyków…

… ogólnie mówiąc, czy złe jest życie kamyka? Leży sobie taki i słonko go obświeca, no i oczywiście deszczyk czasem pokropi, no i może zamarza czasem, obślizgły się robi, kupa się ptasia lub psia mu zdarzy w ramach spa pokrętnego? Ekhm. Może nie jest jednak dobre? A może jednak to się dzieje tylko wtedy, gdy patrzę? A życie? Podziwiam owe błyszczącości, owe czadowe kolory i kształty przywodzące na myśl twarze śniących bogów… a może nie twarze? Może tak naprawdę całkiem inne członki? Może nawet te, które skrywają pod owymi poranionymi pikselami, dyskretnymi wyszarzeniami, zakrywają lampą, gazetą, skrzydłem lądującego samolotu… czarnym paskiem, jakby próbowały im wmówić, że są o coś oskarżone, ale wyrok jeszcze nie zapadł? Winny jesteś własnej nagości! Jakbyś ją kurna komuś zajumał, czy coś…

… czy coś?

Bo widzicie, gdy nikt nie patrzy, kamieniom wyrastają nibynóżki. Potem powoli coś się w nich bąbluje i pojawiają się łuski i skrzydła i zmieniają się w smoki. Bo czemu nie? W końcu nikt nie patrzy, nikt nie ocenia!!! W końcu, kto może zabronić kamieniowi? W ogóle, to kto widzi, kogo obchodzi… A kamienne smoki są niesamowite! Żaden nie jest podobny do drugiego. Każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Od owych najmniejszych zwanych też piaskowymi smokami, które, gdy lecą, nazywane są piaskową burzą… po owe gigantyczne. Głazy, które nie lubią się ruszać częściej niż raz na wiele wieków i górami, które ruszają się tylko raz w życiu!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2437 (3)

Z cyklu przeczytane: „Ponura drużyna” – … boska!!! Cudowna i genialna. No kurcze dawno tak nie wsiąkłam w fantasy. Takie prawdziwe fantasy! Gdzie są i magiczności i cała historia, gdzie są moce ludzkie i te zagłębione w świecie… no i jest sam świat. Dziwny, pokręcony, fascynujący!!!

Oto i nowe dzieło. Dzieło pod wszelkimi dzieł wzgledami wymaganymi. Ma i szalony, niesamowity świat, w który wkraczamy nie na początku, ale już po wielkich wydarzeniach, które zmieniły go. Które odebrały ludziom bogów, zmieniły wierzenia, zdefiniowały inaczej strach. I ludzie… no właśnie, przecież ten świat nie jest jednolity i nudny. Ponownie, jak mają w zwyczaju, autor zaczerpnął z przebogatej ludzkiej świadomości, wejrzał w mity, przypowieści i baśnie, i… przekształcił to, co znalazł.

Ale miałam wspomnieć o ludziach, bohaterach. Niesamowitych, pełnych, szalonych i skomplikowanych. Bo widzicie, tutaj nie otrzymujecie jednego z nich, co więcej, nie otrzymujecie też całej drużyny… raczej sam początek, gdy jeszcze nie ma ich, a jest tylko ów dziwny wstęp, który często nam umyka w powieściach, owo nieznane. Władcy i ich pragnienia, młodzi gniewni pewni, że mogą wszystko, dorośli i mądrzy, ale i zadziorni… dorośli, którzy tylko chcą żyć i ci, którzy pragną wciąż zmieniać świat… Zło i dobro, oraz wszelkie odcienie szarości. Świat przypominający nasze późne średniowiecze zderza się z tym magicznym, plemiennym. Miłość, nienawiść, zwykłe nieporozumienia, odchodzą tutaj na dalszy plan. Ważniejsi są ci sarkastyczni z… sekretami.

Ogólnie?

Niesamowita, świetnie napisana fantasy! Oto powieść, która jak rzadko ostatnio, ma w sobie ową muzykę, owo cudo spajające, które sprawia, że zwyczajnie wsiąkacie w nią. Zakochujecie się najczęściej w jednym, lub kilku bohaterach i w owym przesłodkim labirybncie zdarzeń, znajdujecie swoją opowieść!!!

IMG_5779 (2)

Siedzę na kiblu i słyszę morze. Oj fale uderzają i bawią się z moim pęcherzem na całego, ale… nie widzę ich. Musiałabym się odwrócić, a sorry, na kiblu nie jest to wskazane. Gdybym sikała na stojąco, a oczami, z którym wybuchają promienie, przebiła dziury w ścianach, miałabym fajny widok… inni też!!!

Ha ha ha!

Dlatego tylko słucham, gdy siedzę na kiblu, nie patrzę. Nie wyglądam przez okno, nawet nie mrużę powiek. Po prostu staram się zapomnieć o istnieniu mojego cudownego, zawsze oszronionego okna. Tego, które teraz spogląda na małą choinkę. Słucham… W końcu, co jak co, ale takie słuchanie wpływa na… wydalanie, ekhm. No mniejsza. Nie myślmy może nad tym nazbytnio długo. W końcu wszystko i tak zamyka się w odgłosach. Nie, nie kibla odgłosach, ale morza. Takich odgłosach, które włażą w człowieka i niwelują owe wewnętrzne ludzkiego łba owego wymądrzenia! Po prostu. Tylko tym dziwnym poszumem, owymi uderzeniami fal o kamienie, o głazy i granitowe kształtów szaleństwa… o drzewa i pnie, które już dawno temu zapomniały jak to jest być drzewem. Jak to jest po prostu rosnąć, liściować, owocować. Nosić na sobie ptki, kołysać je spokojnie, poddawać się wiatrom, a i w końcu zwyczajnie przestać. Pozwolić się połamać, spróchnieć, ale nie odejść. Nie umrzeć… zwyczajnie inaczej, tylko przemienić w coś innego, coś nie więcej, nie mniej… tylko inaczej.

Jest w tych dźwiękach coś takiego, co zdaje się naprawiać nasze własne brzmienia. Wkrada się w bicie serca i w poszum żył. W owe maleńkie naczynia, które nawet nie wiedzą, jak bardzo są ważne. Bo dźwięki mają to do siebie, że czasem się gubią… nie fałszują, ale nabierają przekonania, że nie są wystarczająco dobre. Wystarczająco czyste, dokładnie zbieżne z codziennością tego, kogo opisują. I Wyspa to naprawia. Po prostu wkrada się w muzykę osoby i przypomina jej kim jest. Kim naprawdę zawsze chciała być, zawsze marzyła by być… zawsze była. O owej wygodności noszenia się w ciele tego, komu najbardziej pasujemy. O zmianach, które serio są możliwe, ale na niektóre zwyczajnie szkoda czasu!!!

Nie warto…

Bo tak naprawdę wszystko podobno w nas jest. Wyspa tak uważa… i w rzeczywistości musimy sobie tylko przypomnieć o tym. Zwyczajnie.

IMG_5552

Spacer, to przemykanie się w szarościach. Rozstępujących się czasem, jakby serio nie chciały się dotykać do ludzi. Jakby się brzydziły? No i się nie dziwię, człowiek jest kiepski jeśli chodzi o cielesne znajomości… ale w tym wszystkim zdaje się być coś innego. Coś całkiem zaskakującego.

Niesamowitego!!!

Te całe szarości wzmagają kolorowości. Serio! Wydaje się, że wszystkie… no dobra, pojedyncze żółtawe liściowatości, które to ostały się na chudziutkich gałązkach, nagle błyszczą. Połyskują, biją… maleńkie, czerwonawe plamki zdają się pulsować w rytm całkiem innej, nowej muzyki. Jakbyśmy na tej Wyspie mieli coś nowego… hodowlę miniaturowych serc? Takich wiecie, świeżutkich, milusio ukształtowanych, gotowych na nosiciela. Tylko, gdzie rosną nosiciele? Gdzie istnieje owo drzewko z maleńkimi nóżkami, główkami i rączkami… a może tylko kadłubkami na rolkach? Tudzież niewielkimi, pełzającymi ślimaczkami, które postanowiły nie nosić domków, ale zamiast nich hodować na swoich grzbietach niewielkie rakiety. Rakiety? Cóż… mówię Wam, nadmiar powietrza tutaj wzmaga fantazje!

A może…

… może te maleńkie plamki, to tak naprawdę właśnie pojemniki z wyobraźnią? Może w rzeczywistości, to tutaj ona się rodzi i urasta do niesamowitych rozmiarów. Aż tak wielkich, tak skomplikowanych, że musi zostać odziana w nader człekokształtne ciała? Bo przecież, to wszystko, owo tak naprawdę…

… jest małą częścią wielkiej muzyki?

IMG_2432

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamyczkowatości… została wyłączona

Pan Tealight i Szpiegujące Słoneczniki…

„Przegrupowanie.

Sprawdzić uzbrojenie, przeliczyć naboje, odciągnąć kurki, odbezpieczyć, pamiętać o czyszczeniu. Odliczyć od lewego korzenia, nie gubić płatków, wyprostować się i przestać kurna podgryzać się wzajemnie do czarnej polewki ogordowej no!!! No weźcie se na wstrzymanie bracia, ty oddaj te nasionka koledze, weź go nie dłub no!!! Ty tam, widzę co żujesz, wypluj i zasiej, a nie tak tylko śmiecisz… Z kim ja muszę pracować?!!! Kanibale pieprzeni. Ty tam schowaj te łupinki, no weż, nawet mnie drażnij bo pod sąd postawię. Powyrywać te płatki, co wy ciotki, czy co? A może inne wiedźmy? Chłopy do roboty. Jesteśmy słonecznikami? Jesteśmy, więc wiemy czego od nas honor i pąk pragnie otrzymać!!!

Co za czasy!!!

Wiedźma Wrona Pożarta akurat była w trakcie wykonywania manerwu uchylnego, majęcego na celu nie do końca ofajdanie sobie gaci, ale też i zrobienie zdjęcia owemu dziwnemu, nazbyt wielonogiemu, robaczkowi… gdy je zobaczyła. Znowu. Słoneczniki. Mógłby ktoś pomyśleć, że nie powinno ich tu być. W końcu miłościwie od ponad tygodnia panował nam Listopad, a jednak… stał. Kolejny. A na nim wiele ichności, wiele twarzy i wydźwięków pestkowego bytu. Słonecznik ze słonecznikami. Niczym wielołbowy smok. Czekający tylko… no właśnie. Wyraziście i dziwnie się krzywił i jakoś tak pochylał i w ogóle… większość z łbów była już oskubana z płatków, ale kilka nosiło jeszcze welon z lekko pogiętych żółcieni. Wszystkie zaś czerwieniły się gdzieś w głębinach zielonakowości, brunatniły a nawet różowiły. Poprzez pustawe pamiątki, tatuaże po nasionkach, przeskakiwały promienie… tam gdzie coś nadgryzło tykwę z puszkiem białawym w środku, prześwietlały śniegi przyszłej zimy, a w lekko już ciemniejącej zieonkawości ostrych, dziwnie szorstkich, bolesnych nawet liści, światło rzucało frywolne cienie. Niektóre główki jeszcze były puchate, inne znowu tylko czerniły się i szarzyły pesteczki. Smak. Słoność po dodaniu składników, ślinotok, prażenie, element sałatki… ciastka, cukierki, olejki wszelakie… Ekhm, znaczy tam…

Od pewnego czasu spotykała słoneczniki w dziwnych miejscach i dziwnych porach dnia, nocy i aury. Po prostu były i rosły wbrew prawom i innym tam ludzkim widzimisiom! Na plaży w słoności piasków, na drodze przegryzłszy najpierw smołę i inne asfalty. W betonie i granicie. Jakby zawsze miały cel, coś co sprawiało, że niemożliwe było dla nich wyłącznie drobną przeszkodą, ot kałużą na drodze, plamką na dekolcie, którą tylko wystarczało poślinić i już… schodziła.

Co było przyczyną takiego wzrostu, takich dziwnych spotkań, owej ostrości w ich mocnych pieńkach i liściach? I miękkości niesamowitej płatków?

Ona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3575

Z cyklu przeczytane: „Książę i Gwardzista” – … tia. Od początku narodzin owej małe książeczki rodził się mit. Ot on i on, no sami sobie dopiszcie zakończenie! Książę i przystojny Gwardzista, usz co by to była za historia? On rzuca ją dla niego… usz aż kusi, szczególnie przy współczesnej płciowej konkiunkturze… Ale nic to, nie bojajcie się! Nadal ta seria zostaje bajką bardziej znajomą…

W tym niewielkim tomiku siedzą sobie dwa opowiadania. Sprzed i z czasu trwania trylogii (tia, na razie wciąż trylogii: Rywalki, Elita, Jedyna). Oczywiście narratorami, a raczej głównymi bohaterami są oni: Maxon i Aspen. Obiekt pożądania, a może i wyboru nazbyt trudnego. Czyli tych, któych kochała/kocha Amy. Maxon i Daphne, jego stosunki z rodzicami… Aspen i ona. Ten czas gdy jeszcze nie było ich, ale była tylko ona i tylko on. Tylko???

Nie zrozumcie mnie źle… nie trawię opowieści dla dziewczynek, nudzą mnie. Czytając trylogię miałam ochotę nazbyt często ździelić główną bohaterkę w łeb czymś ciężkim i ząbkowanym, ale… no właśnie, ale. Nie wiem czy to tłumaczenie, czy jednak słowa, narracja, a może ten świat. Nie wiem co… ale dobrze się to czyta. Oj pewno, że tęskni się za czymś więcej, większymi opisami, większą ilością informacji, ale… czy z nimi byłoby to wciąż TO? Zderzenie kochania i nazbytniego myślenia?

Fanki sięgną po tę lekturę, bo przecież to ich świat, a inni? Nie wiem, ale może kiedyś chociaż przeczytają między półkami, może dadzą szansę tym niewielkim opowiadaniom, ot raczej rozmyślaniom na temat dorosłości… niż opowieścią o miłości. Dorastaniu? Wyborach ważnych dla kogoś innego, dla kraju i świata. Oddawaniu siebie samego w ofierze, a może jednak marzeniach…

Priorytetach?

IMG_1210

Szarości.

Lubię szarości. Tak naprawdę sprawiają, że odpoczywam. Od światła nagminnego, od cudowności wszelaich i od pośpiechu. Od owego dziwnego pędu, który w jakiś sposób przedziera się i na moją Wyspę. Na moją piękną i spokojną Wyspę. Na moją cudowność kochaną… Owe całe pośpiechowanie, owo szaleństwo umykających chwil o tej porze roku jeszcze bardziej się nakręca. Bo w końcu czasu, w którym jest światło tak nam teraz dano niewiele, więc trzeba wszystko wykorzystać. Co do okruszka, co do ostatniej kropli, a nwet wtedy jeszcze wylizać miskę, łyżkę i mieszadła. Dlatego szarość jest jak urlop krótkotrwały, jeżeli tyko potrafisz sobie wytłumaczyć, że wolno ci zwolnić. Że w końcu dostajesz i błogosławieństwo i rozgrzeszenie i serio możesz gnić w łóżku, bo zdjęć nie zrobisz, obrazów nie namalujesz, właściwie serio na zewnątrz tak wieje, że jeśli się nie przytrzymasz cięższego, bardziej zagnieżdżonego czegoś…

… odlecisz…

Nawet tutaj, mimo wszelkich pokazów i lekcji, mimo ciągłych uwag, banów, kar oraz wszelakich nadgodzin, i ogólnie mówiąc też i innych nauczycielskich utyskiwań, wciąż mam problem ze zwolnieniem. Tak jakoś łatwo mojemu rodzajowi zawsze znaleźć sobie zajęcie. Zawsze! A bo można, nawet jak sobie nie znajdziesz roboty, jak już wszystko lśni, terminy nadgonione, a nawet na przyszłość już tematy nadpisane, książki przeczytane teorie wyznaczone… to przecież zawsze można sobie coś wymyślić! Coś nowego, całkiem niepotrzebnego, ale jednak kusząco oszałamiającego. Może jednak boję się być sama ze sobą? Może jednak… albo jest w tym wszystkim coś więcej? Jakieś pragnienie przekazania owej siły, albo opętania, bo przecież wciąż nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedź na to pytanie… czy tylko to miłość, czy jednak wstrętne, aczkolwiek i fascynujące mnie, takie sobie opętanie?

Wyspa. Właściwie już dawno się nauczyłam, że co do sekretów, to ma ona gigantyczną cierpliwość, a raczej może wprost opętańczo i oszałamiająco skutecznie chroni swoje dobra i tajemnice. Bo są wtedy tylko jej. Ma coś, co może być wyłącznością, a w dzisiejszych czasach to prawdziwe skarby, więc… Nieważne co to, nie ma już wagi i to, że opętanie urasta do granic jedynego żywiciela i wciąż, mimo szarości jesiennej nawet, zmusza mnie do pędu… kocham to.

IMG_3565 (3)

Wieje cudnie, cała szarość za oknem zdaje się przewalać w te i wewte. Tutaj się zakręci, tam znowu zatraci sama w sobie, potem zawiąże w dwie pętelki by osiąść pownownie blisko ziemi i traw. Blisko ozimego, zielonego wciąż wesolutko, mimo że serio dość mocno się oziębiło. Poranne kuleczki rosy, czy innych wilgotności, na dębowych liściach zdają się serio wygrywać konkurs na najpiękniejsze klejnoty. Owa metafora wisząca w powietrzu aż dusi przypominając o świeżości i odejściu, młodości i starości… ale nie przemijaniu, raczej i odmienianiu się przez przypadki i utyskiwaniu na czasy. Pięknie jest. Mimo braku światła, owo piękno bardziej przytłacza. Jakby mówiło: jestem wyższą sztuką, tą ważniejszą nie do końca, ale na pewno tą, która wymaga od ciebie używania większych połaci mózgowych, siania tam i zbierania, czyszczenia podczaszkowych zapomnianych składzików i polerowania narzędzi…

Metafora ma to do siebie, że tutaj na Wyspie całkowicie serio może sobie pozwolić na artystyczne szaleństwo. Z powodu małej ilości Autochtonów jej dzieła trwają dłużej. Jakoś tak mogą i korzystają z udostępnionych przestrzeni. Świadome tego, że właśnie brak słynnego światła wyspowego sprawia, że są czymś więcej. Owym cudem… jeśli oczywiście ktoś je dojrzy. Bo w przypadku tej sztuki, rzucanie się w oczy nabywcy, wydrapywanie nowych dziurek w nosie i bawienie się ocznymi gałkami, raczej nie przystoi!!! Widzicie, ot ból wyższych sztuk! Niemięsnych!!! Ale cóż, jakoś sobie radzą. I piękne są. Aż nagle brakuje powietrza w płucach, gardło zasycha i coś tam w środku się skleja sprawiając, że wszystko co możemy… to łkać.

Pięknie jest!!!

Dlatego uznaję wyższość zimy i jesieni nad czasem Turyścizny. Może i jestem masochistką, może i kurcze często dochodzi do tego, że całkowicie się nie zgadzam z kanonami piękna. A może znalazłam się w tym miejscu właśnie dlatego? Ponieważ mam spaczone pojęcie urokliwości, dostojności, przytłaczalności… oszałamia…jącości? A może jednak coś innego? Może chodzi tylko o to, że wiecie, każda potwora znajduje swego amatora… jak mi drzewiej mawiali. A jak już znajduje, to zwyczajnie, jakoś tak nie pozwala potworom bardziej zwyczajnym i popularnym odebrać swojej miłości korony! Bo kocha. Cóż… Wyspa jest piękna wielorako. Namacalnie i organoleptycznie, ekspresyjnie, lub w odorach koprofitów. Od wyboru do koloru!!!

IMG_3558

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szpiegujące Słoneczniki… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Dziadek…

„Czekał na nią.

Czekał tak naprawdę od bardzo bardzo bardzo dawna, ale nie żeby sarkał i narzekał. Nie żebyrzucał kąśliwe uwagi… Nawet nie marudził. Twardziel taki z niego, kurcze. Po prostu, zwyczjanie i cierpliwie czekał. Na stojąco. Wyprostowany. Ręce przy sobie, lekko zgarbiony w górnych partiach, ale jednak dziarski dziwnie, dostojny, obrodzony brodą z głęboko osadzonymi oczami. Trochę wygląda, jakby coś ukrywał, jakby jego lekko zaokrąglone ramiona skrywały skarb, tajemnicę, dar od Bogów… Przed nim proste pnie, za nim włochaty murek trzymający się na zbyt wiele słów honoru… poniżej niego, jak zwykle marudny, słodki Mały Wnuczek.

Czekał na nią.

A ona nie wiedziała. Nie zdawała sobie sprawy, że jest ich jeszcze tak wiele. Że jeszcze tak wielu z nich nie odnalazła. Tak wielu jeszcze nie poznała, nie wysłuchała… oni nie rozbili sobie nadziei. Czekali już od tak dawna, że pozwalali sobie na zwątpienie. Na brak nerwowości, zaciskania dłoni, marszczenia brew. Jeżeli miało się stać, to się stanie, zwyczajnie.

Ale on czekał na nią.

Wiedział, że tym razem to nie jakaś ściema, jak to mawiali teraz młodzi, nie zwyczajna zmyłka. Czuł, że jest blisko, ale dopiero od kilku dni był pewien, że ją pozna. Że wzajemnie się zobaczą. Obwąchają, poznają, wysłuchają. Ona będzie na niego patrzeć, a on opowie jej historie z przeszłości. Ona go ucałuje, a on się uśmiechnie, bo przecież starsi panowie tak mają, nawet jak całują je już takie, niezbyt młode dziewczątka… uśmiechają się. Dziwnie z tęsknotą, lekkim niedowierzaniem. Niewybrzmiałym pytaniem, zapomnieniem i przypomnieniem.

Gdy przybyła odetchnął głęboko po raz pierwszy. Gdy się przy nim położyła, zwątpił, czy jednak nie śni… może tak naprawdę nie wierzył? Może w rzeczywistości wciąż wątpił? Potem dostał czekoladkę i się rozczulił. No przyniosła mu w ofierze czekoladki!!! Jaka miła! Mogła w końcu przyleźć z zarżniętym, czarnym kurakiem… ale nie, ona musiała inaczej. I był za to wdzięczny!!! Po prostu pozwolił się przytulać, po prostu czcić tak nie do końca po staremu, nie jak przywykł, ale jednak, jak marzył…

A Wiedźma Wrona Pożarta po prostu ponownie odnalazła swojego przodka. W starym menhirze, kamiennym pomniku, we wspomnieniu, nawet i w teorii praktyki… opowieści i modlitwie. W owym dziwnie ukształtowanym głazie, przywleczonym tutaj zwyczajną, ludzką siłą, odnalazła… Pana Dziadka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8449

Cisza.

Kocham cichą Ciszę na Wyspie. Jakoś tak jest to najbardziej normalny, najbardziej odpowiedni, z odgłosów. I oczywiście nie chodzi o to, że jest cicho, bo tutaj cisza definiuje się nawet wtedy, gdy wieje i huczy wichura, gdy pada, a roztańczone krople, serio popiły przed robotą, no i teraz uderzają we wszystko i wszystkich, jak im się podoba. Olewając te dziwne fizyki i inne tam prawa. Na bani tak można!!! A one są. Bo wiecie, mogą. W końcu ile tutaj jest tych ludzików, no ile, tosz nikt się nie poskarży na deszcz! Co zrobią deszczowi? No co mi zrobisz? Złapiesz mnie, nie złapiesz, bo się rozprysnę na tobie, rozbryzgnę i zniknę, a ty zostaniesz ze zbyt wiele mówiącą plamą, w tym owym najbardziej nieodpowiednim z nieodpowiednich miejsc!!! A ha ha ha!!! Bo mogę. Widzisz… no poskarż się na mnie, że cię uderzyłem? Nosz wyśmieją cię i tyle, a na mnie mamusia nie czeka  zobiadem i nie dostanę bicia jak się spóźnię… bom kropla deszczu! Nie rób sobie obciachu, daj się wymtarmosić, o patrz, przerzedzasz się na czubku, zmoczę cię, może i jeszcze coś ci tam człowieczku urośnie, jak myślisz?

Ciszę definiuje brak urządzeń mechanicznych, wyłączone komputery, jakoś tak cisza sama w sobie wyłazi z nas. Nagle możemy myśleć o niczym, albo marzyć o tak szalonych rzeczach, że gdybyśmy im pozwolili wybrzmieć ze słowami, nikt by nam nie uwierzył, nawet my sami!!! Cisza oczywiście nie obejmuje ptaków. One są ciszą, nawet jak drą się niczym opętane dusze, które ktoś pragnie wepchnąć w przyciasne, różowe śpioszki z cukierkowymi pomponikami, a wiecie one za życia były wielkimi, owłosionymi mężczyznami kochającymi broń, wielkie motory, no i wszelakie rozrywki co to wliczały w siebie grill i chrupki! Bo cisza ma to do siebie, że potrafi odnaleźć nas samych w sobie. Dopasować jakoś do okolicy, dorzucić nam kory, listków i gałązek i już… szumimy… W równym rytmie ciszy…

Tutaj cisza to cały zbiór dźwięków, które nie sprawiają, że nagle kuchenny tasak  z fioletową rączką, staje się narzędziem krwawej przemocy, a zestaw igieł do haftowania elementem wystroju laleczki! Tutaj cisza, owe bezgłośności dźwięków, to coś, co sprawia, że po prostu nie śpimy…

IMG_5546

Taka cisza Cisza powinna być pod ochroną, a jednak… większość z nas robi wszystko, by tylko ją zagłuszyć. Złamać jej zaklęcie. Zatkać jej oczy i uszy, nie pozwolić przemówić, nie pozwolić nawet nas dotknąć. Tak wiem, dla wielu jestem starym paszczurem, który zwyczjanie nie chce tak zwanej modernizacji. Bo nie chcę. Nie chcę tuneli na Wyspę i z powrotem, nie chcę kominów ani dziwacznych instalacji, nie chcę wieżowców i gigantycznych marketów… i nie chcę torów corssowych, czy innego badziewia. To nie modernizacja, to upadek! Bo ciszę trzeba chronić i dzikość. Dziwaczne jelonki, które upierdliwie kroczą za mną w stosownym oddaleniu, pewne tego, że zobaczę je dopiero w domu, na zdjęciach. Bo widzą, że ta ślepa wrona zwyczajnie chce ino dziczy. Bez wprowadzania w nią zmian. No dobra tak, jak najbardziej kocham kibelek nie drewnianą wygódkę! Ha ha ha, winna. Chociaż sikanie w przyrodzie mi nie przeszkasza, bez urazy jak kiedyś zobaczycie w oddali światłość…

… wielką.

Ziemia jest sporawa.

Są miejsca mniej dzikie, dzikie i takie średnio dzikie. Są takie, gdzie macie swoje wieżowce i spaliny, więc się w nich duście. Wolna wola. Wara od mojej dziczy kurde!!! Ja chcę ciemności w odpowiedniej porze i światła, gdy ono w końcu zdecyuje się na wschodzenie… po prostu. I Ciszy!!! Dlaczego ludzie nie mogą po prostu się zdecydować? I pozwolić tym, co nie chcą wymuszonej nowoczesności, na ową naszą, wcale nie amiszowość wyględną? Na owo olewanie promocji? Na brak kolejek w sklepach? Na uśmiechanie się i pozdrawianie na spacerach, mimo że tak naprawdę chodzi tylko o to, by przejść się dalej i dalej i dalej. By pocałować stary kamień, złożyć ofiarę trollom, przygarnąć na zimę skrzaty do chałupy… by wciąż wierzyć w zapomnianych bogów, by wciąż nucić pieśni duchom zagubionym, by po prostu być. Trochę inaczej, może i trochę na dzikusa, ale jednak być. Po swojemu. Z rowerem między nogami, z zawsze dobrymi do chodzenia butami i morzem, które nie straszy chłodem. Z malutkimi otoczakami opowiadającymi swoje historie sprzed milionów lat, a może i dawniej…

Bo tak…

IMG_5064 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Dziadek… została wyłączona

Pan Tealight i Żępozytywka…

„Wieść Gminna, a i Ludzkich Głosów Tchnienie, znaczy obydwoje, czasem i ze Skrzeczącą Plotkarą, duchem społeczności mieszanych oraz Gumowym Uchem… właściwie to najczęściej oni wszyscy. Wszystkie te duchy miejsc, w których spojawili się nagke ludzie, okrzepli, zaakceptowali i zostali zaakceptowanie ludzie i postanowili żyć. Wszystkie one się odradzały. Wszystkie… ale tym razem inaczej. Niepokojąco nagle odmiennie, może nawet przerażająco. Razem i do kupy… raczej zwykle stroniące od siebie, kłócące się o to, które to z nich są ważniejsze, które bardziej nieprzydatne, które historycznie uwarunkowane… najbardziej istotne. One. Wielkie Duchy Wszystkich Ludzkich Miejsc. Zasłuchane. Pełzające po podszeptach, czołgające się w mruczeniach, w owych na uszko dmuchanych wyznaniach się pławiące, zawsze zaznajomione z tym, co wypowiedziane poprzez zaciśnięte zęby i zakryte usta… dobrze wiedzące, kto i co wyrzucił z siebie za stodołą, gdy nikt z pijanych gości nie patrzył, a większość z nich i tak była zajęta podrygiwaniem niezbornym pod stołem…

Tym razem słuchały czegoś innego.

Dziwnej, nęcącej je zbyt podejrzanie, niespokojnej, ale rytmicznej, kwiecistej, ale i kroplistej, rwącej się czasami, ale i zaskakująco płynnej, zmuszającej nie tyle do tańca, co raczej modlitewnej refleksji… melodii. Muzyki dochodzącej z głębi lasu, do którego sporadycznie je przywiewało. Od od czasu do czasu, gdy na przykład ponownie, nie bacząc na koszty osobiste, mając całkiem własny ubaw, miejscowy grabarz musiał coś zakopać po okazyjnej cenie, albo też gdy młodzież postanawiała w końcu zapoznać się z dorosłością cielesną. Tak wiecie, z dala od wścibskich uszu i oczu… oj łasili się do siebie, oj też nadzieję płonną mieli… łudzące plemię. Tutaj zwykle spotykały się te dwie kobiety, które miały sekrety tak wielkie, a dłonie tak maleńkie, że gdy szeptał o nich las, nikt nie wierzył… a może i nikt nie słyszał? Nie rozumiał? Nie był w stanie objąć człowieczeństwem owej zwykłej, babskiej, niedefiniowalnej potęgi? A może nie musiał… może po prostu był zdania, iż są sprawy pod niebem i pod ziemią, pod wodą i kamieniem, których nie można objąć myślą? Rozumem? Bynajmniej… nie o tym miało być. Po prostu miejcie przed oczami owo miejsce. Las. Drzewa proste i mniej proste, powalone pnie pozaczepiane koronami o siebie, tworzące szalony dach, liście pozlepiane łzami dryjad i najad, albo i innych tam magicznych stworzeń… podszycie przykryte nierówną, ale szeleszczącą warstwą liściowia, a do tego strumień. Szeroki. Gdzie niegdzie stoją w nim trolle i łowią dzięki treningowym ważkom minitworki. Dziwaczne, przesmaczne stworzenia, które wcale nie są takie łatwe, takie przekonane, że chcą się stać potrawką z grzybami…

To tam właśnie, na ogromnym głazie, wokół którego drzewa przybrały dziwnie poddańczą pozycję, leży ona. Żępozytywka. I oczywiście gra… chociaż… może to nie do końca prawda? Nie gra, a raczej wydaje muzykę. Wydala ją zaskakująco skrytym otworem. Właściwie wygląda jak spora szkatułka, taka, którą trzeba trzymać obiema dłońmi, którą trzeba polerować i nakręcać kluczykiem… ciemna, ale na bokach powleczona dziwną, srebrzystą poświątą. Jeśli się zbliżysz zobaczysz też napis…

Jednak każdy tłumaczy go inaczej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3949 (2)

Z cyklu przeczytane: „Duch na wyspie” – … eee… nie. Znaczy, wiecie co? Czytam i jestem Gerlofem. Jestem nim. Tak samo zbieram śmieci i zrzędzę na turystów. Nie trawię nowego i tęsknię za wyłącznością przyrody. Kocham moje miejsce. Moją Wyspę, dziwny świat, w którym sezonowość wyznacza tak naprawdę pory roku. Spokój. Ciszę. Ptaki. Rozumiem wściekłość na ludzi ze stolicy rozbijających się wypasionymi autami… ale czy naprawdę rozumiem do końca ten tom? Zakończenie historii?

Oto rozpoczął się sezon na Olandii. Turyści zjeżdżają a wraz z nimi dziwni Amerykanie szwedzkiego pochodzenia. Repatrianci. Niepamiętający tak naprawdę. Jednak nie wszyscy przybyli tylko po to, by rozmawiać o przeszłości, jest i ten, który pragnie zapłąty. Pragnie zemsty… w dziwny sposób łączy się to ze wspomnieniami Gerlofa z czasu, którego nie może uznać za młodzieńczy. Dnia, w którym pochowano człowieka dwa razy, a dźwięk z trumny wciąż brzmi w jego uszach.

Ponownie pełna duchów, fascynująco skandynawska, pełna historii, faktów, dopracowana… a jednak, to już nie to. Nie poprzednie tomy. Jakby z autora coś uszło, jakiś czar się wymył, wywiało magię… Bo przecież wszystko inne jest. Wspaniały starszy pan, o umyśle, którego Poirot by pozazdrościł. Młodość i starość przenikająca się i w kamieniach i w ludziach. Przeszłość domagająca się zadośćuczynienia i sekrety, które zawsze w końcu zostają ujawnione… i mały chłopiec, który widział zombie! I pewien grób, jeszcze starszy niż ten, w którym stukała trumna, w którym duch tylko czeka, by nawiedzić wszystkich… i więcej. Dlaczego więc to wszystko się jakoś nie spaja? Nie ma tego dreszczyku, jakbym wiedziała jak to się skończy… ale przecież wszystko jest…

Nie wiem, ale i tak warto. Bo słabszy Theorin, to wciąż cholerny geniusz! A powieść jest ciekawa, tak jak ciekawi są ludzi i ich historie. I niesamowity Gerlof, który potrafi wszystkich wysłuchać i każdego zrozumieć!

IMG_5786

Czasem ten cały patriotyzm wyspowy to może przytłoczyć. Bo widzicie, serio chce się wziąć ten jeden łeb z drugim, co puszki wywalił do rowu, no i chce się je wzajemnie zetknąć z wielką mocą… bo to jest mój czas, moje miejsce. Nie chcę by go zepsuto! Robię wszystko, by zostawiać po sobie tylko odbicie w kropli rosy, odcisk dłoni, tudzież coś tam, co pozostało na róży po moim kichnięciu…

Kocham Wyspę!!!

Jest w odnalezieniu swojego miejsca dziwny strach. Koszmar przerażenia. Gdy nagle uświadamiacie sobie, że tak naprawdę nie możecie wszystkiego. Nie możecie wszystkiego zrobić i wszystkiego ochronić. To, że sami zbieracie po sobie papierki nie znaczy, a raczej bardziej niż jest pewne, że nikt inny tego nie robi. Jak z tym walczyć? Z miłością do miejsca? A może z owym poczuciem winy? Chyba się nie da!!! Jedyne co można, to żyć i dalej robić swoje…

… i kochać.

Bo kochane miejsce, jest jak kochana kobieta. Kwitnie i owocuje, a potem seryjnie opluwa pestkami wszystko dookoła. Bo może. Bo chce… a może zwyczajnie nie ma już siły, by po prostu być grzeczną dziewczynką? Bo widzicie, grzeczne dziewczynki to zaraza jest! Grzeczne dziewczynki są bardzo niedobre dla samych siebie!!! A to tak naprawdę grzech największy z możliwych! A Wyspa jest kobietą. Damą i królową tak naprawdę. Boginią i czymś, co wykracza poza wszelkie granice pojmowania, co odziera definicje se swoich własnych wartości…

Co nie tłumaczy! Bo przecież nie chodzi o to, by kurcze zadowalać innych, no!

Nie o to chodzi!

IMG_5545

Wyspa ma to do siebie, że nie przebiera w środkach. Daje wszystko od razu. A potem się nagle okazuje, że tego wszystkiego i tego od razu jest coraz więcej, i to codziennie. Bo w jakiś dziwny sposób nie chodzi o to, co Wyspa pokazuje, ale raczej o to, na co my jesteśmy gotowi. To, co nagle możemy zobaczyć. To, co kiedyś nie istniało, ale nie to, co nie było tutaj, co było zakryte…

Świat dzieli się na to, co widzimy, oraz na to, co dopiero będziemy w stanie zobaczyć, zrozumieć, poznać… docenić. Na szczęście na Wyspie i czas jakoś uprzyjemnia codzienność. Nawet jeżeli owych jasnych godzin o tej porze roku jest tak niewiele, to i tak można się nacieszyć światem. Można na przykład przyłapać kilkanaście minut z ciepłego, zachodzącego raju. Na plaży, gdzie drobniutki piasek stara się dostać w każdy zakamarek ciała, nawet jak okrytego, gdzie fascynujące, żelaziste kamyczki lekko o siebie się ocierają. Gdzie słychać tylko wiatr i fale. Z jednej i drugiej strony Wyspa zdaje się wyciągać swoje skrzydła ku toni… Otula morskość i mnie. Czuję się bezpieczna. Dziwnie wolna, ale i dyskretnie chroniona. Wynurzam się z lasu aż nazbyt barwnego, spowitego od góry błękitem, a dołem podpartego nagimi pniami, pięknego, ale niezbyt pełnego. Schody w dół… ale wcześniej owo dziwne wrażenie, które mimo upływu lat, wciąż się nie zmienia. Wrażenie oszołomienia. Pięknem. Odgłosami i kolorami. Falami, które z jednej strony leniwie, z drugiej dość rytmicznie wbijają się w piaszczystą powierzchnię. I te pobłyskujące otoczaki, tym razem żelaziste w kolorach.

Majaczące potęgą i ogniem.

Jestem tutaj po raz pierwszy… a jednak, mimo niewielkiej powierzchni, tutaj każda plaża jest inna. Każde miejsce, gdzie woda styka się z kamieniami, ma swoją magię i swoją siłę… więc się ładuję. Na żelazisto się ładuję. Wpatrują się we mnie oczy z rud i dziwnie mrugają, jakby chciały mnie skłonić do czegoś… złego? E tam! Zło i dobro też ma tutaj inny, zagłębiony w postrzeganiu, wyraz. Inną definicję… dzikość. Słucham fal i coś we mnie gra nowego. Jakby strony się inaczej ułożyły, jakby tak naprawdę zrzuciły z siebie okowy numerków i postanowiły ułożyć całkiem inną historię…

IMG_3938

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żępozytywka… została wyłączona

Pan Tealight i Wyspy Król…

„Legenda głosi, ta zasłyszana w krzakach i pośród pni porozdzieranych hubami i poznaczonych wieloma koloniami mchów… ta wyszeptana pośród kamiennych ostańców i owych dziwnych, podniebnych jaskiń, niby otwartych, a jednak, bezpiecznie skrywających… Pośród kurhanów wciąż widocznych i tych zapmnianych, grobów przeszłości poznaczonych kamieniami, których nikt i nic nie mogło poruszyć. Gdzieś tam wybrzmiała ta legenda, nie licząc na to, że ktoś ją usłyszy, nawet nie marząc o tym, że ją ktoś zrozumie, a nawet opisze… że w końcu wybrzmi gdzieś dalej, a po wiekach, w kroplach wiosennego deszczu wyczuje echo samej siebie. Brzmiące w dziwnej, całkiem nieznajomem oddali… Stało się jednak inaczej. Świat nie miał planów, postanowił stawiać częściej na Pana Zaskoczenie, ot wiecie, no poszedł tym razem na żywioł… a ona? Ta sikająca właśnie w krzakach, ot tam przy tej starej sosence, łagodnie w pętelkę zawiązanej, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, wstydliwa, spłoszona dziwnie, łatwo pochwyciła muzykę opowieści. Zawstydzona, poczuła się przez chwilę agresorem w tym miejscu, a nawet i bezbożnikiem, dopóki nie przyszło jej do głowy, wraz z orzeszkiem zrzuconym przez psotną, kitowatą rudzienkę, że przecież na Wyspie jest… a tutaj można… być. Po prostu być.

… więc mimo ciurkania własnego, słuchała.

Słuchała mocno, dziwnie zauroczona, na szczęście nie zapomniała podciągnąć gaci i dopiero po chwili, wycierając dłonie w kolorowe, jesienne liście, podążyła w stronę legendy. A Legenda… czekała. W końcu czekała już od tak dawna, że serio nie mogła przecież wybrzydzać. Aj może być i wiedźma jako odbiorca, nawet taka przeciekająca, nosem siąpiąca, taka… Dziwnie niepozorna, łatwo się ukrywająca, dziwnie niska, krępa i wyposażona w srebrzyste rozbryzgi światła. Nosz czasem nie ma co wybierać, znaczy nie ma z czego, wiecie… bierze się co jest i nie wybrzydza, choć się i miało marzenia, oj pewnie, historie też je mają. O aulach i operach, oprawach muzycznych i scenografiach, o uwielbieniu i naśladowcach i o opętaniu… bo widzicie, im większa legenda, tym większe opętanie. A ta o Wyspy Królu była ogromna. Potężna i nadzwyczaj obrzydliwie wiekowa. Nie żeby się chełpiła wiekiem! No wiecie, w końcu baba…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3743 (2)

Z cyklu przeczytane: „Dotknięcie mroku” – … dziecko. Zwykle jeśli o to chodzi, to przecież nie ma być dziecka, tylko zabawa, a jednak… teraz to tylko dziecko może pomóc. Jeśli księżniczka zajdzie w ciążę zostanie królową, a to może oznaczać lepsze życie dla wielu na dworze Unseelie. Ale jeśli nie… zginie. A wraz z nią i inni. Ci, którzy ją pokochali, którzy jej zaufali. Ci, którzy nie musieli akceptować tego, że w połowie jest tylko człowiekiem…

Oj tak, seks w tej serii nadal w cenie i rozkwicie. A moja pruderyjna albo znudzona bzykaniem dusza, omija co pikantniejsze kawałki zauroczona tym, co jeszcze może się wydarzyć. Bo dzieje się coraz więcej, nie tylko w temacie bzykania. Jakby nawet fabuła czuła, że upływający czas przyśpieszył… Pradawne moce powracają do tych, którzy je utracili!!! Nagle wszystko jest możliwe, ale jak szybko się okaże, pragnienia są czymś, za co trzeba zapłacić. Czasem samym sobą. Istotą swego istnienia. Bo w końcu bogowie, a już szczególnie Boginii, nie jest tą, która mówi wprost.

Kolejny tom cyklu, a ja czuję się jak w potrzasku. Przecież koniec coraz bliżej, a nowe wątki narastają… i co będzie?

Fabuła rozkwita, zdobna w kolejne odnóża, krcone, skomplikowane, pojawiają się nowi bohaterowie a starzy zmieniają się, dojrzewają. Nie można się nudzić. Stare znowu zbrojne jest w moc pradawnych, a nowe… zawstydza. Tym bardziej gdy ktoś serio potrzebuje zwykłej rozrywki, z seksualną nutą w tle. Bo to w końcu Unseelie, oni tak oddychają, myślą i czynią… bzykając. Jeśli się do tego przyzwyczaicie, naprawdę można się zabawić. Nie tylko cieleśnie… hihihi.

Bo w końcu seks to seks…

IMG_1396

JEEEEST!!! Trzeci tom antologii!!! I w niej ja, oczywiście. A co!!! Szkoda, że czwarty tom nam nie wyszedł, ale nic to…

IMG_9623

Postaramy się w 2015!!!

IMG_9624

A teraz popatrzę na siebie samą…

IMG_9625

Przepraszam, ale ja zwyczajnie kocham papier.

IMG_9629

Analogowy… no właśnie.

Świat Wyspy jest analogowy? Namacalny i empiryczny na pewno, no i powolny, inny w wymiarze chronologii, a i wierzyć mi się chce, że w owym geograficznym zarysie też dziwaczny… zmienny. Ale jednak bazujący na przeszłości. Na tym jak drzewiej ludzie pachnieli i nosem odnajdywali siebie wzajemnie. Potrafili jednym niuchem poznać: tę kocham, a tej nie kocham… spojrzeniem? Ej nie, spojrzenie nie ma takiej mocy, gdy chodzi o człowieka patrzącego na innego ludzia. Nie! Spojrzenie urasta w swej mocy tylko wtedy, gdy patrzymy na naturę. Na kamienie i drzewa, na cuda ruchome bardziej i mniej. A nos, cóż, nos ma swą wielką moc, dostępną, ale jednak tak bardzo niewykorzystywaną. Serio, gdybyśmy mu zaufali, zwykłemu niuchowi, byłoby o wiele łatwiej. A słuch? Jak to jest ze słuchem? Bo przecież gdy wieje, gdy tylko i wyłącznie słyszymy owo wianie, wtedy dziwnie słuch zamiera. Wypłyca się. W zaskakujący sposób staje się mniej ważny, mniej istotny, przytłumiony, jakby i uszy potrzebowały wytchnienia i zabierały je z wiatrów. Może tak jest? W końcu podobno jedną dziurką ino wąchamy! Druga wtedy zwyczajnie śpi i śni o milionach armoatów, w których można się kąpać… i tworzyć nowe za poruszeniem chrapami! Albo… może i lepiej nie myśleć o tym, co nos może, a czego nie może i w jaki sposób i tak by do tego parł?

No i jest jeszcze dotyk.

Ale dotyk wymaga od nas odrzucenia innych zmysłów. Nie stania, nie wąchania, ani nie patrzenia… po prostu tylko macania. Jednak kto jest tak bardzo odważny, by z zamkniętymi oczami wyciągnąć rękę i nie uciec, nim coś na niej spocznie? Bo przecież może to być coś włochatgo, coś ruchliwego, coś oślizgłego, drapiącego, gryzącego… żywego? Ale przecież wszystko żyje? I drzewa i drewno wciąż pamiętające buzujące soki… i kamień i głaz, no i skała gotowa na to by poddawać się erozjom. Chyba w rzeczywistości na Wyspie nie istnieje coś takiego jak… NIEŻYCIE. Bo przecież nawet w tym, co oznaczamy jako martwe, dotyk potrafi odnaleźć wspomnienie, a czas, cóż, czas ma to do siebie, że serio go nie ogarniamy!!!

Nieżycie…

IMG_3738

Dotyk.

Dotyk posiada cudowną, specyficzną moc. Oj pewno, że przeraża, ale jednak… macanie to coś więcej. Coś nie tylko innego, ale przede wszystkim dopełniającego inne zmysły. W rzeczywistości nie można sobie wyobrazić jednego zmysłu bez drugiego. Dźwięku bez patrzenia, wąchania bez dotykania. Chodzenia… a jednak olewamy te zmysły tak bardzo. Gdy krzyczą, że źle im, gdy wrzeszczą boleśnie, że jednak nie do końca o to im chodziło, że ten dziwny zapaszek oznacza niebezpieczeństwo!?

Na Wyspie wszystkie zmysły szaleją. A dzięki nim tak naprawdę się… widzi. Rozumie nawet, jeżeli tylko pozwoli się sobie samemu na ową pierwotność, którą odebrała nam tak zwana kurna, cywilizacja. Pozwolić na leżenie na ziemi i słuchanie, co tam jej w duszy gra. Na wąchanie drewienek na plaży, nawet jeśli wszystko w duszy wrzeszczy, że serio ten pudel, którego mijaliśmy, mógł je podsikać. Albo na smakowanie kamieni. Bo widzicie, mimo swojej twardości, miękkich nie gryźcie!, kamienie też mają swoje smaki. A darując im ciepło swoich policzków, możecie po raz pierwszy i może jako jedyny, nzobaczyć ową cudowną kolorowalność… nieświadomą swojej mocy i piękna. Czasem tak wiele można otrzymać od zwykłej skały, którą olewają wszyscy. Skały poznaczonej nerwami i żyłkami, lekko zmienionej od czasu swych narodzin za pomocą wiatrów i wód. A jednak wciąż pierwotnej. Analogowej? A może tylko zwyczajnej…

Codziennej?

Świat Wyspy jest prosty. Ale współczesność dawno juz odrzuciła ową naturalną prostotę, więc nagle urasta on do jakiegoś niezrozumiałego cudu. Ogromu, którego nie można pojąć żadnymi zmysłami. A może tylko się nie chce? Bosz co to by był za obciach, gdyby nas nagle podglądneli, jak żujemy trawę, albo wąchamy gałęzie? Czy zdążymy wtedy powiedzieć, że był tu kwiatek? Czy skłamiemy o płatkach zabranych przez wiatr, którego nikt nie poczuł? A może po prostu wepchniemy słuchawki głębiej w uszy i zwyczajnie i po prostu… udamy, że nas nie ma?

Bo przecież… nie zrozumieją? Analogowości…

IMG_3739 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyspy Król… została wyłączona

Pan Tealight i Stukot o Zwiewnej Północy…

„Niczym muśnięcie, mgnienie, niczym nicości tchnienie. Bardziej oddechu odbicie od szyby, niż jakikolwiek łoskot zderzajacych się z szybą paliczków, raciczków, łap, piór, czy czego tam innego. Ot po prostu odgłos w braku brzmień, w totalnej cichości, której nie mącą nawet jej własne poruszenia; braku odgłosów, jakiś taki mocno nawet dziwaczny… jakiś dźwięk?

Nawet nie dźwięk, raczej jakiś odległy pogłos, echo pukania zza przeszłości, sprzed czasu dzwonków i tamtamów, sprzed ery kołatek i grzechotek, fujarek, brzęczydełek i innych poruszanych oddechem muzyczności. Sprzed dni wszelkich, nadmiernych, zdradzających pozycję brzmień.

Właśnie owo niedźwięczenie, owo raczej dyskretne poruszenie cząsteczek mniejszych od owych znanych, obudziło Wiedźmę Wronę Pożartą. A może nie oudziło? Może tak naprawdę wciąż spała, gdy sturlała się z posłania, założyła błękitne, grubiaste skarpetki i lekko pociągając nosem, trąc oczy i przełykając noc, poszła szukać nierówności w ciszy. Owego wybrzuszenia dziwnego, które swoim jakże niesłyszalnym dla innych łoskotem, wybiło ją ze snu… lub nie… Może to było piórko, otarło się o drzwi, albo okna, może jednak tylko cięższa myśl sąsiada, odbiła się od przechodzącego niespokojnie kota? Może od tego durnego nowego? Rudzielca, który ze wszelkich sił stara się wprowadzić do kogoś w okolicy? A może zwyczajnie któremuś z krasnali, które zaczęły już powoli wracać z przedzimowych wojaży na strych, zaczęła szybciej broda rosnąć?

A może tak naprawdę nic to nie było?

I wtedy dźwięk niedźwięk się powtórzył. Niczym kwiat otwierający się w ciemności. Gotowy na to, że nikt go nie zobaczy, pragnący rozwinąć się tylko i wyłącznie dla swojego własnego wrażenia… trawa rosnąca, zdobiona w rosy klejnoty, kropla wody, łza strącona z liścia… lot nietoperza, sen ważki, lekkie poruszenie w ogromnym, gotowym na zimę, mrowisku. Pośród drzew sotjących prosto i dumnie…

Ktoś pukał.

A może coś tylko lekuchno muskało powierzchnię, może tylko chęcią, zwątpieniem… Zawahała się Wiedźma, czy otworzyć? Zdziwiła, mrugając z przerażenia, że żadne z zaklęć, ni założonych przez Chochela nie zawsze nocnych tylko pułapek, nie zadziałało… podeszła i przyłożyła ucho do drzwi. Zapomniała o sobie… i rozdzwoniły się jej kolczyki, pukanie umilkło… Drzwi Chatki, brązowawe, silne, ale i wrażliwe bardzo, zadecydowały za nią… czasem tak jest lepiej!

– To jestem tylko Ja. Czy Ja mógłby z tobą pomieszkać?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0522 (2)

Z cyklu przeczytane: „Deadline” – … i zombie!!! Oj pewno, że sięgnęłam po tę powieść z powodu zombich. Ale zombich, co to miały być inaczej pokazane. Tak całkiem podobno inaczej. No szkoda, że od drugiego tomu zaczynam, ale nic to… w końcu wiem o co chodzi! O życie w strachu wiekuistym, o pewien impas, życie po życiu… bo po śmierci wiadomo i… o spiski! Bo to nie opowieść o wojnie i naparzaniu umarłych nieumarłych, ale o świadomości i państwowości.

O klikach i kliczkach i półprawdach…

… wot sensacja!!!

Oj tak, bo oto macie powieść (a dokładniej trylogię, jej pierwszy tom to „Feed”) sensacyjną. Szpiegowską i wybuchającą. Taką, od której nie da się opędzić, ale jednocześnie też przeraża. I to nie umarłymi, co zjadają żywych, ale żywymi!!! Żywymi, którym pasuje trzymać innych żywych w strachu, zamknięciu. Bo przecież tak o wiele łatwiej się nimi kieruje, tak bardzo lepiej się nimi zwiaduje. Gdy za każdym razem czerwone i zielone światełka manipulują poziomem adrenaliny, gdy tak naprawdę nigdy nie możesz byc pewny, czy wciąż jesteś człowiekiem, czy już zombie…

Nasi bohaterowie, to Irvingowie. Grupa blogerów gotowych dokopać się do najprawdziwszej z prawd. Tych, co pragną statystyk i odsłon, a w których postępowania my wierzymy inaczej, bo przecież tak bardzo chcemy nadać im status bohaterów. Ale czy oni są nimi naprawdę? Czy w ogóle mogą nimi się stać? A może tak naprawdę w ogóle nie odbiegają od naszych czasów. Czasów, które dla nich są najgorszą przeszłością, początkiem zarazy… Nawet ich przywódca ze zmarłą siostrą w głowie, nawet on, czyż nie jest tylko szaleńcem pragnącym, by ktoś zapłacił za jego ból.

Skomplikowana powieść, a tak naprawdę prosta historia. Rok 2040. Ludzie pozamykani w betonie, jak dziś, siedzą w internecie… potrzebują sensacji, więc znajdują się i tacy, co zabijają nieumarłych. Ot rozrywka niebezpieczna. Oczywiście do czasu… Gdy pojawi się więcej pytań, gdy braknie odpowiedz… Tylko co jest prawdą? Co nią nie jest, choć tak wcześniej myśleliśmy? Spiski państw i pojedynczych osób, ból osobistych strat i specyfika innego istnienia… warto.

IMG_5783

Listopad zaczął się słońcem.

Jak sobie przypominam te listopady, które zawsze wyznaczały kozaki i futra, to się dziwię. Jak ktoś mi mówi, że ostra zima, to taka w okolicach minus dziesięć… uśmiecham się. Uśmiecham się do wspomnień, które rechoczą gdzieś tam we mnie. O tych gigantycznych kopach śniegu, o tunelach i zabawie. O cudach kolorowych mrozów i rysunkach szronowych na szybach… o cudach zapamiętanych… które od dawna już inni wepchnęli między stronice bajek.

Na Wyspie tak serio zima to mgnienie. Znaczy poza ową pamiętliwą z 2010 roku. Ale było fajnie, kurcze!!! Te zwały śniegu, te mroźliwości, owe wszelakie zawieje, które pozwalały, a raczej udzielały od razu rozgrzeszenia, za siedzenie w domu, pod kołderką. Te nieba kolory, te kształty gałęzie, co to doprowadzały do głowy wyłącznie puchate, no wiecie, wszystkie kosmate myśli… Ale cudnie było. Ile się człowiek z gołą pupą nalatał w snestormie, ile się naśnieżył no!!! Po prostu nawdychał i nażarł jak lodowa świnka sopeli i śnieżnych kuleczek. A pieprzyć, nawet żółte jadł! A co… Bo ja kocham zimę! Wiem, że większość świata tego nie rozumie, albo i cały swiat z nielicznymi, potwierdzającymi regułę duszyczkami i bałwanami, ale kocham zimę! Po prostu, dogłębnie. Kocham nawet rozmokłą, rozmiękłą… może i jest tak jak mawiają, że każda wiecie potwora swego amatora najdzie… więc mnie naszła zima. Bo chyba lubi mnie choć troszkę co nie? Za czycenie płatków, za wypatrywanie już latem… za w pieśniach jej opiewanie, no za wszystko, no wiecie, no chyba? Oj…

Bo dla mnie zima to wszystko zamknięte w bieli i szarościach. Bo moje oczy jakoś tak działają, że dziwacznie widzą… bo… czuję zimę. Czuję ją zawsze jakoś tak i za nią tęsknię. Jest dla mnie tym, czym lato dla innych. I jak najbardziej chodzi o śnieg i mróz, jak najbardziej o owe wodne twory, na które się napatrzyć nie mogę, na owe czarowności. Chodzi o to sprawiedliwe okrywanie. Cudowny śnieg, bajeczny, baśniowy, spada na wszystkich równo i gęsto. I rozgrzesza, przykrywa, wybacza… jest cudem, i to cudem, którego nikt nie zauważa. Jest tym, co za friko tworzy wam najbardziej fascynujące kreacje, najbardziej upiększające daje barwy i rozmywa nadmierne kształty. Na tle bieli i czerni wasze kolory w końcu lśnią, błyszczą i wyróżniają się prawdziwie. Zima pozwala na prawdę, ale i zgadza się na przymknięcie płatka na to, co nam nieprzydatne, niepotrzebne, co dla nas zwyczajnie fuj fuj fuj. I jest temperaturką czadową co to podszczypuje, podgryza i zwyczajnie… jest blisko. Niczego nie zabiera, ale za to daje tak wiele. I pozwala zwyczajnie ubrać się w co się da!!!

IMG_4049 (2)

Jaka będzie zima w tym roku? Nie wiem… ale chciałabym śniegu i zimna, coby robale wymroziło, bosz no nazbyt ich wiele i ptaszencje ze spożywaniem nie nadążają, no i ze śniegiem, coby rozkoszy aniołków, orzełków i śnieżnych rożków zażyć… no i sopeli i mazów mrozowych na szybkach i… jak drzewiej bywało chcę. Coby wszystko mogło odżyć od nowa, na nowo i raz jeszcze. Niby zawsze się to dzieje, ale jednak po mocnej zimie jakoś tak człek oczyszczony i dziwnie spokojniejszy taki… może i wyspany, tudziż zwyczajnie odpocznięty, czy coś?

I mam do tego prawo!!!

W końcu te wysokie temperatury, właściwie już od kwietnia, to serio mnie maksymalnie wymęczyły! Przegrzały mi ciało, duszę nadtopiły a umysł mi nosem wyekspediowały w daleką podróż, którą zakończyć może chyba wyłącznie jakiś lodowiec, czy coś w ten chłodniejszy deseń. Teraz czas na pogodę dla mnie!!! Na zimno i dziwne słonko, na to światło podchodzące do człowieka jakoś tak od dołu, nęcące, pokazujące cuda, które właściwie tylko ludzkie oko może docenić. Bo widzicie Wyspa jest troszku bardziej baba niż ino baba. Znaczy czasem po prostu, no dobra zawsze, ona robi co chce. I jak się na kogoś wkurzy, tosz kurcze ręka, noga, mózg na ścianie zlizują zombiaki. Ona po prostu ma humory, ale też piękna jest w każdym z humorzastych stanów. Czasem też serio nie chce coby jej fotki cykać, ale jak rzucicie o niechcenia cicho: osz tak piękna to chyba jeszcze nie byłaś… to znowu was zaskoczy!!!

A zaskakiwać umie… szczególnie poza latem. Poza tym okresem dziwnej, zaskakiwania łatwości. W te późnojesienne dni i noce, w owe zimowe samotności ostatniego polana w kominku… Wyspa jest dla mniej cudem największym. Jak klepie mnie po ramieniu, jak nagle zadmie w wywietrznik, jak zatka okna śniegiem…

Cudem jest!!!

IMG_0520

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stukot o Zwiewnej Północy… została wyłączona

Pan Tealight i Księżniczka Mopotka…

„Nie śpiewa się o niej pieśni i nie klepie w jej imieniu książowasiek, nie ma dla niej psalmów, ani wyświęconych relikwyj czy wspominek. Nie ma litanyj ku jej dobroci i świętości, ani godzinek wychwalających jej historię. Nie ma o niej opowieści, ani nawet jednej bajeczki, wierszyka, czy rymowanki… jest tylko zapomnienie i wszelaki smród brakowania, unoszący się dookoła innych historii. Widzicie… niektóre bohaterki zwyczajnie były aż nazbyt niewygodne, by je opiewać we wszelako dopuszczalnych hymnach pochwalnych, lub tam innych, wiejskich przyśpiewkach, całkowicie odartych z umoralniających dygresji… Ona jest jedną z nich. Tą główną, ową najważniejszą, pierwszą i ogólnie mówiąc dziwnie…

… wyzwoloną?

Księżniczka Mopotka urodziła się… bo jakże inaczej być miało, no i żyła. Jak większość osobowości jej poziomu społecznego została zamknięta w wieży, w wokół której wytyczono wszelaki park rozrywki, harce rycerskie, turniejownie, łamanie kołem, madejowe łożnicy popiskiwania, lodowe góry, fosy bezdenne, potwory niemilusie, lasy cielesności rozrywające i inne tam przyrody pomniki. No sami wiecie, piece gadające, jabłonki – to oczywiście napływ inspiracji zza wschodniej granicy… a z zachodu, no to raczej nic. Tak. Były jeszcze brzydkie staruszki co się okazywały młodymi dziouchami, ale i staruszkowie, co się zmieniali w żaby, a i żaby, które w głębi siebie wyłącznie były żabami, ale bawiły je kontakty międzygatunkowe…

No i był smok oczywiście!!! SMOK!!! S M O K!!!

I to była jego tylko wina!!!

Tej gadziny o gładkich, świecących przeraźliwie kłach. I tych łusek utrzymanych w dostojnych grafitach i karminach, zdobionych, odpowiednio w tonacji dobranych, połyskujących, wyszlifowanych, zdolnych odbić nie tyle odbicie, co raczej wnętrze, duszę, serce… odbicie przeszłych odbić… i się zakochała. W tym ogonie spiczastym, w owych jadowych kolcach i zawsze łzawiących, olbrzymich, ropiących lekko gałach ocznych… w tym podbrzuszu jajowatym, poznaczonym ospowymi czopami i w łapach jakże ogromnych, z poogryzanymi pazurami i oczywiście w skrzydłach. Pięknych, niesamowitych i ogromnych, bo w końcu kloca takiego unieść…

Ale potwór i księżniczka, to nie historia dla dziewczynek, więc klątwą Mopotkę obrzucono niczym łajnem i na taczce ją wywieziono, a Smok na to nic nie powiedział… i to było tak, że klątwa owa zadziałała od razu. I od dziś jak tylko mopujecie w kiblu podłogę, pomyślcie o niej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1540 (2)

Z cyklu przeczytane: „Inicjały zbrodni” – … eee nie. Oj wiem, ale nie. No nie. Po prostu.
Najpierw powinnam wytłumaczyć, że Królowa Kryminału to dla mnie bóstwo!!! A może i coś więcej. Wydawane w maleńkich, kieszonkowo słodkich rozmiarach, jej powieści były dla mnie wszystkim przez długi czas. Do dziś są czymś w rodzaju mitu. Podkładką dla najważniejszych wydarzeń mojego dorastania… magią. Nikt nie mógł dorównać temu napięciu i niesamowitym obrazom z niezbyt dawnych, a jednak zamierzchłych, innych, czarownych czasów. I on… Poirot.

Kocham go!!!

… więc dlaczego? Bo to nie jest Agatha Christie. To jakaś popłuczyna, siódma woda po kisielu, co to nawet nie widziała garnka, w którym go mieszano. Mamy tutaj Poirota, ale bez szarych komórek, odartego z elegancji, niby wtykającego francuskie słowa, a jednak… to nie on! I jeszcze ten upierdliwy młodzik! Żesz nie zdzierżyłam skurkowańca. Detektyw Catchpool – gość z traumą, który może byłby intrygującym dodatkiem w postaci mrocznego żniwiarza w innej opowieści, tutaj po prostu wkurza. Nie drażni, ale zwyczajnie prowokuje. Chce się wleźć w książkę i pierdolnąć go kamiennym, ciężkim i zbrojonym, chropowatym dzbankiem!

Nie.

Może gdyby to był zwyczajny kryminał, może… ech, chyba się oszukuję i tyle. Nie ma tutaj tego aromatu, nie ma smaku, nie ma dyskretnych elementów przeszłości, pisarki, co to przy garach mordowała najlepiej, co powtórnie wyszła za mąż, za młodszego!!! i świetnie się na wykopaliskach bawiła… nie ma.

Nie.

IMG_5785

Mgły…

Na Wyspie nawet jeżeli chodzi o mgły, to nie jest jak gdzie indziej… Bo tutaj mgła to tak naprawdę nadmierne myślenie, które się przydarza i ludziom i zwierzętom, i skałom i drzewom. Lekko ciężkawe nie ulatuje, nie zmienia się w chmury o fallicznych kształtach, ale raczej pozostaje w zasięgu człowieka, tego nienadmiernie wyrośniętego. Otula, nie rzostępuje się. Jest i jej nie ma. Wilgotna, ale i dziwnie chłodna zaledwie. Nie tak mroźna jak havgus, nie tak zmienna jak kłębiące się wyziewy. Ot mgła jesienna. Inny rodzaj rozporszenia światła, inny stan nieskupienia…

Wydaje się, że mgła otula i przytłacza wszystko, a jednak oddycha sie tak słodko i w końcu czuć się można jak w bezpiecznej bańce, której nikt i nic nie może przebić, ale która w rzeczywostości tylko chroni, nie izoluje od powietrza i zabawności. Taka mgła, Mgła Jesienna, nadchodzi, gdy ławki letnie powoli skręcają swoje oparcia i fotele, i udają się w miejsce Spoczynku Zimowego Siedzisk. Gdy liście w pewnym sensie już opadły, ale wciąż nie wszystkie, gdy ciemność sprawia, że nadmiernie śnimy i do końca nie jesteśmy pewni tego, czy się obudziliśmy, czy jednak nie… i co jest ważniejsze? Jajko w kurze, czy kura na jajku?

Mgły… tyle ich rodzajów ile sennych mar, nigdy się nie skraplających, zdolnych zawsze pozostawać w zasięgu tego, co się zakopał w pierzyny i śni… całkiem nieświadomy nadchodzących koszmarów. Całkiem niepewny tego, co będzie udziałem stnu pod zamkniętymi powiekami. Unoszących się, ale nie odfruwających, po prostu lekko mrożących promienie słoneczne, jakby nie chciały ich dopuścić do samej Wyspy, bo tej się akurat uwidziało, że bladość lica jest w modzie! I do tego ząbeczki z wystającymi kłami i co… halloweenować się można cały rok.

A na pewno dopóty dopóki się nie znudzi!!! Chociaż może Wyspie się nudzą rzeczy, sprawy i ludzie czasem bardzo szybko, to jednak daje się przecież każdemu nacieszyć tym, co dla niego najbardziej odpowiednie!
Serio!!!

IMG_0545

Zapuściłam się dzisiaj w miejsce całkowicie dla mnie przerażające i straszne i dech odbierające i męczące… nakładające klątwy od razu przy wrotach i odbierające najmilsze marzenia, gdy wydaje ci się, że jednak może nie zgubiłeś się w jego pokręconych, labiryntowych korytarzykach…

Czyli w sklepie byłam.

Takim większym wiecie. Nie żeby jakaś galeria, no bez przesady, większy sklep, to ogólnie mówiąc taki spożywczak no w typie Netto! Miejsce strasznych wydarzeń, krwiożerczych bestii i ogólnie mówiąc zerowych szczęśliwych zakończeń… przy kasie. No wiecie sami… chociaż. Nie no, miło tam jest. Ludzie się uśmiechają, ruch raczej znikomy, bo ino Tubylcy się kręcą pomiędzy koszykami, wystawami, wszelkimi tam szafkami, lodówkami, wieszakami, półeczkami i innymi cudamiwiankami. Co dowcipne, to bez urazy, ale tak jak u nas, to nie wiem czy jest i w innych miejscach. Jedne rzeczy przed kasą, inne sprawy za kasą, tutaj już nieśmiało zaglądają lekko świąteczne rozkosze, a tam znowu ino ciuchy. Buty machają z daleka porciaszkom, a pachniuchy pod paszki szczerzą się kolorowymi nakrętkami. Jakoś tak… no utopia. A na dodatek kasjerzy i sprzedawcy się uśmiechają, co człowieka zniewala od razu…

… a i tak mnie przeraża sklepowość. Ale jak trzeba to trzeba. Zagryzam wyobraźnię w przetrwalnikach i włażę. A raczej wdzieram się w ten dziwny świat promocji i takichtamowatości. Świat w którym już nie ma jakości, bo przecież i tak wszystko robią e same fabryki… serio, ale smutno się w takich miejscach szuka owych skarbów na krańcu tęczy, owych cudów w postaci butów siedmiomilowych, czy sadzonek tych róż, co je Śpiąca Kr. własnym paluchem krwistym spryskiwała… albo tych jabłuszek, no same wiecie których, tych kuszących kurcze, albo znowu krasnali wynajmu, tudzież tego speca, co za jednym własnej głowy odrośnięciem, się przydomowym potworem zająć może i ślicznie pazury mu potrafi spiłować…

No wiecie,
jaka wyspa,
takie i sklepy na niej,
takie ludności i zapotrzebowanie!!!

IMG_0622

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżniczka Mopotka… została wyłączona