„Szarość powoli okrywała Wyspę.
Znaczy wiecie, jak to po dniu słonecznym. Najpierw alarm ptactwa, że słońce znowu kradną, potem napad na ziarenka wróbli i sikorki, a i solsorty nie pozostają po głodnej stronie barykady. Na nieboskłonie barw przybywa. Pomarańczy się i fioleci, a słonko się skłania, chyli i ogólnie mówiąc spać idzie, czyli wstawać gdzieś indziej. No serio bidok taki ni chwili spokoju… tu go klną ptaszencje, że znów kradzione, tam witają, od tych jazgotów można biegunki dostać!!!
… szarość, znaczy wiecie ta kolorowa kładzie się na lekko podtopionych śnieżnych plackach. Może i skruszałe, ale Wiedźma Wrona Pożarta dowodzi syfem, co się jej na uście zrobił, że smaczne. I szarość i kolory i mniej światła. Nagle nic już nie razi, a wszelkie kształty miłosiernie rozmywają się na rogach i kątach i zaokrągleniach, tak tam to w szczególności. Chmureczki szaleją, jakby bal miały. Te w złocie, tamte rubiny, te znowu żółcienie, chłodne niebieskości między nimi…
Wilgotna ziemia powoli zaczyna pulsować.
Szarość gęstnieje i mrocznieje.
Jakby w zamyśleniu troszkę, powoli i ospale, z jednej strony niezauważalnie, z drugiej jednak powoli uświadamiamy sobie, że nastaje noc. Jednak przy owym bliskim pełni księzycu wciąż ponad chmurami brzmi światłość. Może i odbita, bez urazy, ale wciąż jednak światłość. Przez to wszystko chmurki przybierają dziwaczne, fantastyczne kształty. Niektóre, możnaby przysiąc, a przynajmniej Wiedźma Pożarta była na takie wyznanie gotowa, gdy mrużąc ślepia starała się przekrzywić głowę tak, by ogarnąć owe wypustki… wszystkie i machające…
Ale nie to było najdziwniejsze, nie to było najgorsze, najbardziej wkurzające. Nie noc i cudowna możliwość śnienia, no kto by się na to wkurzał… sny są takie wyzwalające i wszystko w nich jest logiczne, nawet auta zmieniające się w góry piasku i wody dziwnie formujące miasta… Najgorsze było to, że Chowaniec Wiedźmy tworzył nową operę na cztery chrapnięcia, piętnaście sapnięć, gromadę gulgotów i niesłychaną, drżącą mocą i potencją, liczność wszelkich bulgotów i chrząknięć. I to niestety… tym razem operę, która od pierwszych prób i taktów, od pierwszych jego stęknięć i nosowo-gardłowych strof… spodobała się tym wszystkim, którzy są umarli. Którzy są klekoczący i ciapkający, którym często coś odpada i osobno sobie kroczy, czołga się i do reszty korpusiku podbiega tęskniąc i cząstkami grzechocząc o co bardziej wystające kamyczki. Którzy z czułych objęć ziemistych ramion wydobywają się, by tańczyć na trawniczku przed Chatką Wiedźmy… i oczywiście koszmarny hałas robią!!!
A Wiedźmę Wronę strasznie łeb łupie…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Pieśń krwi” – … nie wiem. Chyba dam tej powieści jeszcze jedną szansę kiedyś. Bo jak na razie, to wszystko to już było. Mam wrażenie, że odchodząc od tak zwanej tradycyjnej, tolkienowskiej fantasy i skupiając się na tej bohaterskiej, autorzy coś gubią. A może raczej wciąż się powtarzają?
Oto kolejna opowieść o bohaterze. Dziecięciu, które oczywiście po utracie rodziny zostaje oddane do szkoły. Pod władzę Zakonu, ale my wiemy na kogo wyrośnie. Jesteśmy pewni, że go znamy… a jednak nic bardziej wątpliwego. Zresztą nie chodzi wyłącznie o naszego głównego bohatera. Spoglądając na niego, na jego dorastanie, przygody, poznając jego pierwszych przyjaciół i wrogów, podziwiając jak się uczy, ale i jak cierpi… wkraczamy też w intrygujący świat. Świat pełen dziwnej magii.
Specyficznej.
Z jednej strony mamy cudownych bohaterów pobocznych, którzy świadomie mniej lub bardziej wpływają, a raczej kształtują, naszego bohatera, z drugiej… przestrzeń życiową. Społeczeństwo, które nas zaskakuje. Osobowości, które z łatwością dopasujemy do naszej codzienności, albo wprost przeciwnie.
Ale jednak jakoś nie mogłam na początku wejść w tę historię. Mimo wszystko było ciężko, dlatego dam jej szansę jeszcze raz. Za chwilę… dłuższą może. Aż przetoczą się we mnie owe bohaterskie eposy… które przeczytałam wcześniej.
Drobinki śnieżnej rozkoszy powoli topnieją.
Wilgoć, wilgoć i wilgoć wszędzie. Czystą butą nie przejdziesz ni kawałeczka po tym, co nie betonowane czy tam smołowane. A i tego bagnistego nie przejdziesz, bo albo się wywalisz, albo cię wciągnie i zeżre i pochłonie, i nawet kupy nie zrobi. Po prostu staniesz się częścią wilgoci, bo tak.
Wiecie na Wyspie wilgoć to norma.
Serio!
Raz przelazłam kawałek brzegu względnie suchą mną, tylko i wyłącznie dlatego, że suszę mieliśmy mega. Zwyczajowo wysokie kaloszki są tutaj obuwiem wyjściowym. Jak to drzewiej bywało, gdy się gdzieś wybierasz z buta, raczej szpileczki wsadź do torby i rozdziej się przed progiem, który cię w gościnę zaprosił. Szpileczek też raczej nie ubrudzisz, bo wiadomo, że u nas obuwie się zdejmuje po przejściu progu… więc ogólnie oszczędność. Dobry gumiaczek to podstawa i nagle z błogą rozkoszą wspominam Jakuba W., który to promował gumofilce… Dziękuję panie Pilipiuk za czysty obraz wujka Józka. Wróciłam ostatnio do starych książek, bo nowe robią mi niestrawność, a nawet jak już pożrą, to wiecie cofkę mają i ogólnie bulimia…
Kaloszki jednakowosz powiem wam, są super. Znaczy nie dla mnie, bo sama jakoś chyba wolę się moczyć, niż w gumowych tubach łazić, może i to jakiś uraz z dziecięstwa, ale jednak się moczę. Wspomnieć jednak warto, iż przy obecnym wzornictwie to nie tylko kolorki, a i dodatkowe wzroki, paćki i rzezania gumy, tudzież inne wszelakie kauczuki… albo i nawet dodatki futerkowe i frędzelki. Czego dusza szafiarki zapragnie!!! Do tego oczywiście portusie woderowe i już można szału ciału zadać!!! I już można po prostu nie moknąć… znaczy z zewnątrz. Bo w środeczku to wiecie szał ciał i uprzęzy, co oddechnąć nie da… Szał!!! Potliwa namiętność stykająca się z kropelkami zmiękczonego sadełka, które boi się zimna, co z zewnątrz go mami, głaska, muska i tak dalej. Znaczy ogólnie mówiąc zboczone jest!!!
A tak, u nas niezależnie od pogody można kogoś stojącego w otchłaniach i falach spotkać. Z nieodłącznym patykiem oczywiście!!! Nie do końca to pojmujemy, ale widać jakoś z foczym najazdem walczyć trzeba…
Czy foki dobrze smakują?
Może i wszelaka ruchliwość w wilgotnej i zimnej ziemi nastała, ale wciąż w powietrzu takie kolory, jakby się niebo miało na ziemię zwalić.
Właściwie, to spoglądając na wszelkie pradawne ryty, może i owa ziemia chciałaby się z niebem uwalić? Tak do końca wiecie, seksualnie. W końcu Wyspa jest w tych sprawach wyrozumiała nadzwyczajnie a i przeszkolona, gdy do problemów dochodzi. Tylko co się rodzi z takich zabaw? Może i kolejne słonko, może i księżyc i gwiazdy? A może jednak na przykład dropsy niebiańskie? Albo wiecie, czekoladowe żaby?
Czemu nie?
Czyż nie mogłoby się zrodzić z tego coś smacznego…
Siedzi sobie człek w Chatce i takie myśli mu przychodzą do głowy, a i inne części cielesności zahaczają. Bo widzicie, gdy nagle atakują was przebiśniegi wychylając się to z prawej to z lewej, gdy wszystko zdaje się pęcznieć, czekając tylko na jakieś zrozumiałe dla każdego, hasło do wybuchu… chce się po prostu to zatrzymać. Tę chwilę. Mimo że każda nadchodząca może być równie niesamowita, to jednak owo brzoskwiniowo-czereśniowe niebo z jagódkami, takie same o poranku jak i wieczorem… aż łapię się na tym, że stoję przy oknie z puszką bitej śmietany i niezłych rozmiarów chochlą, no i miską, któej bliżej do wanny, niż do jadania podstawki.
Czasem sobie myślę, że gdyby Wyspa była taka wiecie… bardziej konsumpcyjna ino, to same smaki by były. Jednych moglibyście spotkać jedzących liście, innych liżących kamienie. Bo jak żarcie liści i gałązek, korzonków, owocków i kwiatków zdaje się być nadzwyczaj normalne, to jednak glinki i błotka, ziemie i próchnice, wszelkie żużle i żwirki… wiecie mogą być odebrane, jako strawa zaskakująca. Ale jakoś tak smaczną się Wyspa być zdaje. Nie tylko przez niebo i zielenie, nie tylko przez szorstką słoność morza, ale właściwie we wszystkim.
W tych piaskach tak różnorodnych z każdej strony najbardziej!




