Pan Tealight i Wiosenna Defibrylacja…

„Ogólnie mówiąc była nieortodoksyjna, politycznie niepoprawna, ogólnie mówiąc zawsze wybierająca tę drogę, której nikt nie chciał zdeptać. Nie wiadomo, czy chodziło o inność, której tak bardzo pragnęła, by w końcu przeklinać ją częściej niż zwyczajność, czy może o odkrywanie wszelakiej nienamacalności, używanie tego, co jest, a nikt nie używa… a może po prostu było to jak najbardziej zwyczajne dziwactwo? Mniejsza o filozofie i psychiatryczne dysputy, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki niezwyczajnie wolała zimę… Może i chodziło i jakąś równowagę, o zachowanie jej w naturze, a może zwyczajnie zboczeńców nie należy pytać o szczegóły?

Bynajmniej czuła podskórnie, naskórnie i wydychając, że wcale jej ta wiosna nie pasuje. Że wcale jej nie interesuje to, iż tym razem ma być bliźniacza, w postaci dziwnie zbieżnych dziewczątek z tymi z filmu „Lśnienie”… Nie intrygowały jej kwiatki, listki i pączki – tym bardziej, że te są bez kukru i bez nadzienia, ino ten szron poranny jakoś ją pocieszał i zagubione śnieżne części garderoby po lasach porozrzucane. A wiecie… Wiosna nie znosi tego, że komuś nie imponuje, więc postanowiła zwyczajnie przejść do ofensywy. Tym bardziej, że w dwójnasób była w tym roku zrodzona, więc czemu nie spróbować… Najpierw wyciągnęła zaspaną Wiedźmę Ptaszydło na plażę, w szorstkie trawki i młodziutkie, a jednak parzące pokrzywy, potem wymorusała ją w nadzwyczajnie miękkiej choć niezbyt świeżej, psiej kupie, by w końcu udekorować ją pomarańczowatą-żółtością krokusów. Wcale nie zważając na prestiż, status, czy co tam jeszcze, wyględną celebryckość Wiedźmy Wrony, szarpała nią, podrzucała i dzięki wietrznej uczynności… wszelako maltretowała jej zmysły i zamysły.

Okazało się, iż dziwaczne złote kulki na patykach też już były gotowe do czochrania mytej w źródlanej wodzie osobistości, więc bardzo szybko wpadła Jej Ptasia Pogańska Magiczność i w nie i w wyzierający bestialsko i pewnie z ziemskiej ospałości, Czosnek Niedźwiedzi. Oczywiście co jak co, ale niedźwiadki w nim były jeszcze całkiem niewielkie i śpiące… ale już woniały jak należy. Nie wiadomo tylko jednego. Czy naprawdę tak się Bliźniacza Wiosenka rozochociła, czy też po prostu z Wiedźmy Wrony taki marny materiał… bo w pewnym momencie stała się niczym drewniany pal. Nieruchawa, niebijąca, nieśliniąca się, nie patrząca i całkiem nieoddychająca…

… i zamilkła…

Dlatego zrobiła to, co musiała. No po prostu wiecie, głupio tak stracić tak zabawową zabawkę!!! Najpierw Bliźniacza Wiosenka zbliżyła wszelkie swoje cztery usta do jej nieruchomych, bladych ust, a potem… no wiecie, ucisnęła pierś!!! Ekhm, jeżeli chodzi o podobno nagrany film z tego wydarzenia, autorstwa Chochela, zboczeńca tekstylnego, zwanego chochlikiem pisarskim Wiedźmy… dementujemy!!! Na pewno nikt nie zna tych aktorek, a i w rzeczywistości nikomu się miliony z tantiemów nie zrzuciły na łeb. A za oglądanie… klątwą obkładamy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4808 (3)

Z cyklu przeczytane: „Konfrontacja” – … inna, cieńsza książka, dziwnie rozbudowana, wieloosobowa, mało pierwszoplanowa. Niesamowita. Dziwna i dziwaczna miejscami, niemożliwa, a jednak… ludzka wciąż. Kosmiczna, nie trzymająca się jednego wymiaru geograficznego, naukowa, a jednak… sensacyjnie przygodowa. A dodatkowo jeszcze rozbudzająca nasze spojrzenie na niebo.

Wszystko zaczyna się od meteorytu. I młodej kobiety. A może to wszystko to przypadek? Może tylko i wyłącznie sprawka Fatum? Cóż, jeśli się mieszka w takim miejscu i kocha się kosmos, z łatwością można po prostu pożyczyć łódkę tatusia i wyruszyć na wyprawę w poszukiwaniu meteorytu. Przecież jeśli by go sprzedała, rozwiązałaby tak wiele problemów. Może nawet mogłaby wrócić na studia. W końcu uczyć się tego, co kocha. Bo przecież musi się udać…

Tak rozpoczyna się niesamowita wyprawa i przygoda. Pojawiają się szalone osobowości bohaterów, z którymi od razu znajdujemy jakąś więź. On, mogący wszystko, inteligentny i silny, oraz ona… młoda, a jednak już naznaczona przeszłością. Na szczęście mająca przyjaciółkę i kochającego ojca… Do tego małe, nadmorskie miasteczko z problemami. Po prostu wchodzisz w tę książkę i bawisz się. Może i rozrzucenie geograficzne akcji nie do końca na początku pozwala się pojąć, ale z czasem wszystko się zazębia. Jak trudne puzzle, które w końcu zaczynają pasować. Ale… wszystko jest takie krótkie. Takie bardzo mało rozwinięte. Zbyt szybko zaczynamy tęsknić. I nadchodzą ostatnie strony i nic już nie jest takie, jakie było!!!

Warto!!!

IMG_4918

Wielki artykuł w gazecie… internetowej.

Wielkie, ogromne, dziwnie nastrojowe, przepełnione bólem wewnętrznym zdjęcia i pasją, o jaką tak trudno w dzisiejszym świecie… twarze potomków wikingów, albo raczej takich, co mieszkają na ich kościach. Żyją, wydalają… Co robią? Dlaczego są tutaj? Nie tworzą, nie są dzielni, odważni, muskularni, zarośnięci… wprost przeciwnie. Raczej maksymalnie wystylizowani, dziwnie zmarznięci, nieruchawi, ale dumni pradawnie. Przejęci czymś, wypełnienie mocą jakiejś idei… może jednak jest w nich jakieś bohaterstwo? Może przeszłość w przetrwalnikach wciąż bije mocą? W oczach przecież mają ów dziwny płomień, dłonie im drżą obejmując kubek z gorzką kawą, a w uszach słuchawki, jakby wciąż do nich jakowyś wódz przemawiał. Słuchają i są mu poddanymi… Na twarzy mają wojenne barwy, ale bez zarostu, pryszczy kilka, tlenione włoski dziwnie przesuszone… może jeszcze nie berserkowy szał, ale… może dopiero zaczynają szykować się do walki? Wszystko jest przed nimi. Młodzi są przecież. Dopiero zaczynają. Pełni sił i mocy bogów swoich, gotowi zrobić wszystko, by wrócić z łupami. Może czekają tak naprawdę tylko na swoje łodzie? Może i na te bardziej motorowe, no wiecie ten tam pęd czasów, a może po prostu wciąż obmyślają plan?

Wpatruję się w nich.

Jeden ma loczki nadmiernie tlenione, inny znowu dziwną szopę na głowie. Przekręcone czapki, daszki na karkach, wąskie spodnie, albo takie z kupą w kroku. Odziani w puchate kurteczki, dziwne, błyszczące, jakieś takie mało matowe, ale dlaczego mieliby się ukrywać. Przecież mają walczyć, rwać zębiskami aorty, w szale po prostu tłamsić, gwałcić… Pillage the village!!! A Thor przy ich boku i Odyna mądrość, dwa kruki, koty i konie. Duchy przodków… Tylko dokąd ich prowadzą? Gdzie tak naprawdę się skierują? Na co czekają? Na kogo? Na wizję? A może starkę, która wywróży, czy to dobry czas na wyprawę? Albo na białogłowę, która jednak, mimo iż białogłowa, kocha nurzać się w krwistości ludzkiej i zwierzęcej.

I co? Na co czekają młodzi?

Czekają na buty od Kanye Westa.

Od dwóch dni.

IMG_2756 (2)

Wiosna jak nic na Wyspie.

Tutaj żółte cosie, które to nie mam pojęcia jak się nazywają. Kuleczki takie wielkie na krótkich łodyżkach, z dwoma listkami. Lekko wonieją marichuaną. Obok nich przebiśniegi. Cudne, wiotkie może. W grupkach zwykle, ale są i takie pojedyncze, jakieś takie odseperowane. Może i odeszły od grupy, może i postanowiły żyć i wzrastać samotnie? A może jednak po prostu nikt ich nie lubi? Bo mają miejsce, bo są inne, indywidualne? A może… są i krokusy. Oj tak. Pojedyncze wyrastają z trawników. Dziwnie zagubione, żółciutkie i ecru, niebieskawe i szarawe, białe miesjcami… Ale najbardziej zaskakujące, w tej wysuszonej, lekko słonawej nadmorskiej trawie, są fioletowe krokusiaki. Pojedyncze i grupujące swoje żółto-pomarańczowe pręciki. Sypiące pyłkiem się szafranią… Przechodzi się koło nich ostrożnie, nie chcąc nie tyle się ubrudzić, co raczej zaburzyć tej ich idealności. Tej sztuki obsypywania się. Owych pręcików nie poruszyć, a i płatków, które zdają się być tak bardzo delikatne.

Tak bardzo idealne…

Najpiękniejsze, najbardziej fascynujące krokusy siedzą w głębokiej, szorstkiej, suchej, poplątanej trawiastości nadmorskiej. Chyba kochają i piasek i krzyki ptactwa, a i przechodzącego pekińczyka co sika co krok w swoją bujną futrowość. Oj to na pewno nie on zrobił tą gigantyczną kupę, w którą omal nie wpadłam ryjem. A tak, taka zdolna omal nie byłam, a raczej… no dobra wdepłam w kupę, potem chciałam się ułożyć i focić pączki, ale coś mi zaśmierdziało i zwątpiłam. Kto mógł pomyśleć, że zesrał się jakiś Gigantus Trollus na brzegu rzeczki? Nosz umiejętnie musiał to zrobić, serio!!! Na szczęście dzięki nosowej sprawności odrzuciło mnie i wylądowałam dupskiem w świeżutkich pokrzywach. Żesz moje pośladki!!! Ale kupa ino w dolnej części ciała, na szczęście… a może jednak właśnie na szczęście?

W końcu gówienko to kasa, czyż nie?

Pocieszcie mnie!!!

Wlekę się plażą spoglądając na kąpiące się w strumieniu wrony. Asz, jakie one są piękne!!! Nie zwracają uwagi na łabędzie i kaczki, które wolą szum morskich fal i ich bujanie, to jak grzywacze milusio kląskają i łachoczą podbrzusze, nie kraczą na owąobstrukcję wszelakiego samozadowolenia. A pływający… Nie baczą na wciąż chłodne mokrości, po prostu się bujają. Niektóre z opierzeńców zdają się już szykować na gniazdowania. Bo chyba wiecie, wiosna, co nie? Może i na razie nieśmiale, może i jakoś tak wiecie, nastolatkowo, ale… już nadchodzi ten czas. Nawet w karmniku poruszenie. Męskie ptaszencje jakoś tak bardziej się pierzą, te żeńskie, gładzone, spoglądają na nich z jakimś takim w oku błyskiem.

Wiosna…

IMG_2761

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiosenna Defibrylacja… została wyłączona

Pan Tealight i Mamka Wiedźma od Obrazów…

„Wiecie…

… właściwie wszystko i wszyscy są kiedyś tam dziećmi. W mniejszym, lub stopniu większym. Jeśli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, to chyba w jej przypadku jest trochę inaczej, ale… ona jest mało chlubnym i mało raczej zbadanym wyjątkiem. Problem taki, że złapać ją, w celu przeprowadzenia różnorakich eksperytmentów, to nie udałoby się nawet najbardziej latawicznym alienom. Takim wiecie z talerzem, szarym takim z tymi wielkimi oczami i łapkami trzypalcymi o dziwnie wydłużonych paliczkach… bleeeee… Patrzą się tak na człowieka i patrzą i patrzą, a ten ich talerz wiruje i wiruje i wiruje, i już sam sobie wtykasz te ichnie rajcowne probóweczki, te strzykaweczki, igiełki i inne tam. Sam sobie aplikujesz to, co ci podają. Ot widzicie, hipnoza i inne tam…

No z nią by to nie przeszło. Jakoś tak nie pała nadzieją, wiarą i miłością w kierunku służb wszelakich badawczych, a i naukowych też nie! Może to i zwyczajny lęk przed białym fartuchem, a może przed tasakiem w ręku rzeźnika, no kto tam wie… bynajmniej zaciągnięcie ją gdziekolwiek w kierunku szpitalno-przychodniowym, raczej nie przejdzie. Nawet Pan Tealight, mimo iż pobieranie próbek ograniczył do minimum i tylko nocą, jednak jakoś boi się i do czynów owych nie przyznaje. Ale wciąż jednak o niej pisze. Choć nie zawsze ma materialne dowody na poparcie swych tez…

Bynajmniej dzieci…

Czas, kiedy człowiek, ssak, ptak, potwór i mebelek, są oseskami, wiąże się z kimś, kto winien im matkować, a obrazy… cóż, też bywają dziećmi i wymagają całodobowej mamki niańki. W tym wypadku sklonowanej w wieloasób, dziwnoformowalnej, ale i zaskakująco zmiennej i bardziej pluszatej, Mamki Wiedźmy od Obrazów. Kobieciny i gluzdowatego potworka w jednym. Pieska i kotka zmutowanego w jedno, za pomocą cukrowej waty i lizaków z rysunkiem kwiatka, w sosie z gumy Donald z posypką z czekoladowych mysich bobków, tych od Piernikowego Króla… i tam jeszcze pojedynczych skarpetek i rękawiczek wzywających pomocy, wstążeczek i puchatych gumeczek, co się zsunęły z nazbyt miękkich, króciutkich dziecięcych włosków… babeczek, muffinek, sernika z lukrem, różowych czekoladek z truskawką w środku i słodziutkich, pięknych misiowych placuszków, wielkich balonów w kształtach fallicznych… Scypek z bazarku, czy raczej kościelnego odpustu, a może i tych diabołków, którym czerwony jęzorek wyłaził, gdy się im na główkę nacisnęło, no i tych pierścionków ze szklanym oczkiem… udających najdroższe klejnoty, wystarczających wyobraźni…

Siedzi taka Mamka Wiedźma od Obrazów, w tej swojej milusiej postaci, bezpieczna taka i miękka, siedzi przy tych wielkich, już co się wielkimi narodziły i tych maleńkich, co nigdy nie urosną, przy tych z ramami i tych bez ram. Tym pierwszym gładzi owe kąty, a tym innym, mówi, że kiedy dorosną też będą miały ramki. A nawet jak nie dorosną, to może będą miały, a może nie, bo bez ramek też można patrzeć na świat, też można byż oknami do inności… Wpatruje się w ich linie papilarne farby i opowiada o świecie, w którym wszyscy patrzą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2757

Z cyklu przeczytane: „Martwa natura z krukami” – … boska. Niesamowita, inteligentna i nieprzewidywalna. Chociaż z drugiej strony, potem, gdy już skończysz i zamkniesz pytasz się sam siebie – jak mogłem tego nie zauważyć?

Są zwłoki, jest i klątwa, no i GMO. Świat małomiasteczkowej Ameryki kukurydzianej. Pełnej indyków, dziwnie pokręconej, indywidualnej, a jednak… wspólnej. Jak odnajdzie się w niej Pendergast? Czy nastolatka z fiolerowymi włosami mu pomoże?

Jak zwykle inteligencja agenta miesza się z codziennością ciekawego świata. Innego, a jednak przecież tak bardzo samego wszędzie. Ale przede wszystkim może was zaskoczyć specyfika zderzenia małego miasteczka i GMO. U nich czegoś codziennego, w Europie wciąż nowości.

Wymyślne morderstwa, fascynujące osobowości, cała masa specyficznych zachowań, na któe wpłynęły nie tylko mocne więzy społeczne, ale przede wszystkim wszystko to, co wydarzyło się kiedyś… Powieść przez to wciąga, niczym lekka fantastyka, bo przecież takie małe miasteczko, to całkiem wymyślna, inna kompozycja. Może i ludzie podobni, ale o wiele bardziej dziwni, intrygujący, a nawet szokujący. Jak każda z książek duetu, wciąga i nie pozwala się oderwać. Naprawdę warto, tym bardziej, że i kompozycja i tłumaczenie, po prostu umilają całą przygodę.

IMG_4931

Pamiętacie jak to było, gdy ktoś pytał się was kim będziecie, gdy dorśniecie? No więc, ja chcę być Angeliną Jolie! Problem w tym, że nie idzie mi dorastanie, ale to nic. W końcu zawsze jest czas na bycie Angeliną, co nie?

Ciekawe kim chciała być Wyspa, gdy była jeszcze malutka. I czy była w ogóle kiedykolwiek malutka. Raczej była kawałkiem skalistości wspólnej, która się potem rozpękła, więc mówić chyba można o wielobliźniętach syjamskich!!! Może i była ową cząstką, ktora tylko obserwowała, wciąż niezdecydowana kim chce być, albo i co robić ze swoim życie? Może i inne cząstki świata się z niej śmiały, może i innym imponowała owym szukaniem siebie… a może po prostu pewnego dnia wszystko było dla niej jasne i zwyczajnie… odpękła się. I otoczyła morzem i postanowiła zwyczajnie olać to wszystko, być sobą, nikomu nie imponować i zachować własną, naturalną dzikość. I kiedyś mieć bizony. A co… W końcu Wyspa też ma marzenia. Może i o kimś, kto ją w końcu tak mocno pokocha, że nie będzie jak Wiater wciąż odlatywał, albo jak fale, ino głaskała, czasem nadgryzał, ale nic pośrednio. Ciekawe… czy gdyby kiedyś inna wyspa się w niej zakochała, no i zdecydowała na zamieszkanie obok, to czy z tego byłyby małe wysepki? Wysepczątka? Wyspunie? A może wyspusie?

Bo Wyspy nie można traktować tylko i wyłącznie jak kamieni, plaży i drzew. Domków, rzeczek i wszelako innych cieków. Chociaż cieki ma piękne. Albo te plaże. Kto to widział, żeby mieć je takie różniste. Kamieniste mniej lub bardziej, albo piaszczyste, od róożowawych, które zdają się być jeszcze niedopracowane, do tych atłasowych. Miękkich, cudownych, słodkich dziwnie… albo te węglowe. A tak, takie też przecież mamy. Jakby serio ktoś poszalał z wyobraźnią, więc jak tutaj myśleć o niej jak tylko i wyłącznie geograficznym aspekcie Ziemi?

IMG_4905

Wyspa, to coś więcej… może i stan umysłu, może i coś w DNA, co po prostu przywołuje nas, dziwnych ludzików lekko oszołomionych codziennością narzuconą, do innego miejsca.
Do domu.

Aczkolwiek serio, czy bażanty muszą się tak drzeć bladym świtem? No ja rozumiem, że złote piórka do czegoś zobowiązują, ale żeby tak drzeć mordy? No dobra, dzioby drzeć? I to oczywista ino faceci! Bo wiecie, baby to mają swoje do roboty, a oni wiadomo, puszą się i rzucają na co niższe gałązki drzew, jakby chciały się pochwalić nowym upierzeniem. A może nowym wybzykaniem? Kto je tam wie… wrzeszczą, skrzeczą, kraczą i tak dalej. Ogólnie mówiąc w ptasiej części Wyspy panuje już niezłe poruszenie. Jakby ptaszencje wiedziały coś, o czym my nie wiemy. Może coś wygadały im wybudzające się krokusy, a może już powoli przekwitające przebiśniegi? Kto to wie. Z ptakami, to nigdy nie wiadomo do końca…

Ostatnio kocham zmrok na Wyspie. Dzień jest już wzlędnie zauważalny, ale nie przytłaczający, więc zmrok zdaje się otulać. Ma owe matczyne uczucia aż namiętnie zintensyfikowane i czepliwie. Nie można nie myśleć o kocu, wtuleniu sie w owe miękkości, zaśnięciu… zamarzeniu. Wyłączeniu otoczenia, chociaż nie, w przypadku Wyspy, to raczej wkroczeniu w jej matczyny aspekt. Ten wybaczający wszystko i zawsze miejący w torebce chusteczki cukierki. Taki kocyk bezpieczeństwa. Coś, co pojawiało się, gdy nad ciemnym wciąż rankiem wysadzano mnie na dworcu. Z tłocznego, ciepłego pociągu pachnącego jajkiem na twardo i herbatą z termosu, wyrzucano w czekające ramiona Babci. I w ten szal, czy raczej chustę dziubaną przez jej dłonie. Czy to szydełkiem, czy innym ustrojstwem. Wielką, która z czasem malała… Taki ostatnio jest zmrok na Wyspie. Nostalgiczny. Bo mimo wszystko wiosny wciąż nie ma, a ów czas oczekiwania, chociaż może i wypełnia moje sny gałązkami wiśni czy czereśni… to jednak wciąż nie jest wiosną ni zimą. A ja serio wolę twarde granice!!! Na dodatek słonko szaleje ostatnio wyłącznie do południa, więc serio intrygująco jest…

IMG_3739 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mamka Wiedźma od Obrazów… została wyłączona

Pan Tealight i Szafa Czterodrzwiowa…

„Stała w Chatkowej Sypialni wielka taka, pierwotna, dziwnie nazbyt ogromna. Jakby pożarła i Olbrzyma z Marchewkowego Pola i stadko Trolli spod Mosta, pięć wiedźm z nadwagą, świeży urobek z Piekarnianiej Sztolni… no wszystko no!!! I nie odbekła!!! Po prostu pożarła bezmyślnie, może i bez smaku, tak nerwowo smutki zajadając i brak smutków, a i poszło jej i w drzwi i półki, obicia drewnopodobne i wszelaką klepkowatość, w okładzinkę i wiecie te tam trociny… bo owa Szafa była zwyczajna i współczesna bardzo. Żadne tak wejścia do Narni, czy inne stwory potwory się w niej nie miały prawa czaić, nie w tym niedrewnostwie, sklejkostwie, braku dębin, sosin… Zresztą gdzie? Jako jedyna w Chatce, miała wystarczające obciążenie. Były w niej cuda i wianki i zioła… i małe gniazdko Podłóżkowych Potworków, co to z powodu nikłej pod posłaniem przepustowości, serio musiały się dobrze zmutować, by cokolwiek i gdziekolwiek pod śpiących wetknąć…

Bynajmniej, stała sobie pod ścianą, białą, prostą… chyba… boczkiem do drzwi, boczkiem do okna. Stała mocno, pełna, wypełniona. Czterema wrotami zatrzaśnięta, zwyczajna, nic takiego, ot przecież maszynowa robota. Ot przecież taka jak w większości domów. A jednak… nie do końca. Obwieszona amuletami, jakby w rzeczywistości… może nie w środku dnia, ale nocą, tą chwilą, gdy każdy śpi, gdy tak naprawdę nikt nie śni, ale świat wciąż się prawdopodobnie kręci… coś w iej skrzypiało. Coś w tej części z półeczkami skrobało, coś w tej części z wieszakami stękało. I nic się nie działo, jeśli tylko drzwi były zamknęte. Jeśli tylko przyciskały się mocno do siebie, jakby nie chciały zostać rozdzielone, nie teraz, nie na zawsze…

Dlatego nim zaszyła się w łóżkowe pielesze, Wiedźma Wrona Pożarta, zawsze sprawdzała drzwi Szafy. Ostatnio jakoś tak odstawały, jakoś tak jakby się od siebie oddalały, jakby… nigdy nie była pewna, że wszystko jest w porządku. Że nic stamtąd nie wyjdzie… ani, co gorsze, nie wejdzie!!! Bo widzicie, posiadanie nawiedzioniej, nawiedzonej i wzwiedzionej, oraz szalonej w trzymaniu swych sekretów w sekrecie, Szafy wcale nie polega na trzymaniu jej w stałym stanie zawartości, ale raczej… na dbaniu o to, by zwyczajnie nic z niej nie wyszło.

A było w niej tak wiele… że wielu pragnęlo dołączyć!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4733

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Wardstone. Tom 2” – … strach. Nie no, pewno że po filmie, to więcej osób sięgnie po tę serię, ale… czy znajdą tam to, co było filmem? A nie!!! Bo to nie jest to samo, ale o wiele wiele wiele więcej. Wiele bardziej strasznie, wiele mocniej, wiele bardziej przerażająco – a jednak dla nastolatków. Chociaż z tego, co wiem, starszym też dobrze się czyta.

Bo i miejsca magiczne i czary i mitologie i… baśnie…

Główny bohater jest odpowiednio zadziorny, a wiedźmy… ekhm, no wiecie, są specyficzne. Co do jego nauczyciela, to można mieć różne zastrzeżenia, ale wiecie, taki jest już świat dorosłych!!! Czyż nie? Bo widzicie, dzięki tej serii sami zmieniamy się ponownie w późne dziecię/młodego niedorosłego. Ponownie boimy się prosto, naturalnie, prawdziwie, do końca, ale i mamy w sobie odwagę, o jakiej już zapomnieliśmy!!!

Dobrze napisany pamiętnik/dziennik ucznia stracharza. Pełen zwyczajności zawodu, ale i zaskakujących niesamowitości. Pełen nowego spojrzenia na wszelakie skostnienie obrzędów… ale i zaskakujący prawdami wiekuistymi.

Naprawdę dobra lektura.

IMG_5608

Właściwie…

… wiecie co? Mi to chyba by nie przeszkadzało. Byle by tylko poczta działała. Zresztą od czasu jak pozostawili jedno okienko, to wysłać coś od nas, wprost niemożliwym się zdaje. Ale gdyby Wyspę zamknięto? Gdyby polikwidowano samoloty, promy zresztą i tak chcą polikwidować, więc co tam… kogo zresztą na nie stać? Gdyby tak zostawić tylko jeden, pocztowy, a może i taki dla turystów, którzy wiedzą, że chcą spokoju, dziczy i czegoś innego, czystego, znośnego, bezpiecznego. Czegoś spokojnego, zamkniętego bramami zmierzchu i świtu? Tej cholernej jogi, mdytacji, biegania i ćwiczeń wszelakich? A gdyby tak zaryzykować? W końcu ziemia jest, jeść co będzie. Gdy tylko przestaniemy oddawać bogatym to, co wyrośnie tutaj, co tutaj napęcznieje powietrzem i z lekkim morskim aromatem zmieni się w wełnę i mięsko… to będzie dla nas. Cóż więcej trzeba? Nawet kamieniołomy mamy, jakby co da się i Hammershus podbudować. Underjoriskery pomogą! Bo przecież co nam tutaj te oskary, gale i inne szaleństwa? Co nam wasze przepychanki i klepania się wzajemne po tyłeczkach i zakłamanym geście adoracji? Tak naprawdę… to dlaczego tak usilnie staramy się zadowalać innych? Dlaczego fascynujemy się czymś, co w rzeczywistości nie istnieje? Zamiast tym, co nas dotyka. Co jest blisko… oj pewno, że tak łatwiej. Bo jeżeli oni zawiodą, ci daleko, ci tak naprawdę wymyśleni, to tak nie zaboli…

Świat pasjonuje się niecodziennością. Odpycha codzienność i za wszelaką cenę stara się wszystkich i wszystko udomowić. Począwszy od kotków dzikich po dzieci w Afryce. Po plemiona, które odmawiają owej „cywilizacji”. Zresztą, nie sięgajmy aż ta daleko. W końcu jestem ja. Nie mam wagi w łazience, zmywarki, ni telewizora. Nie umiem obsługiwać kuchenki mikrofalowej i nie używam telefonu. Gorzej… nawet mejli już nie używam, bo i po co? Dla spamu? Kolejnych ofert przedłużenia męskości, dziewczyn na godziny, czy ubezpieczenia czegoś, czego nawet nie posiadam? Reklam. Wyskakują wstrętne z prawa i lewa, atakują. Nie da się już wejść na to co dozwolone, o niedozwolonym pokrętnie, nawet nie wspominam. Boję się ich. Wredny mózg zarejestruje na pewno coś, co w rzeczywistości wcale mnie nie dotyczy, a przerazić może…

… więc po co to?

IMG_2027

… więc nie chcę…

Wrobili nas w te trupie energooszczędne żarówki, że noc już nie przynosi ciepłych blasków, nie bawi się naszymi rysami, nie sprawia, że niepełne rozbieżności naszych twarzy, to co inni zwą niedoskonałościami… znikają. Stawaliśmy się wtedy kimś całkiem innym. I jeszcze świece, oj tak. Było pięknie. I żarówki się nie psuły tak często. A teraz ekologicznie marnujemy więcej żarówek, wszystko wygląda koszmarnie, w muzeach rzeczy nagle zbrzydły… Czy o to chodzi tej cywilizacji? By wszystko zbrzydło? Może to jest owo udomowienie.

Zamknąć oczy, zaszyć usta, zatkać uszy…

Może Wyspę dobrze by było oddomowić? Znowu udziczyć? Pozwolić jej zdecydować w jaki sposób chce żyć, jak się kręcić, jak pływać? Przestać naciskać, przestać jej usilnie starać się wetknąć ten cholerny tunel w dupsko… chociaż nie do końca wiem, czy od strony Szwecji ma dupsko, ale jednak. No weźcie no, po kiego nam tunel? Dziczę należy zachowywać, a nie dopasowywać do Ibizy!!! Po kiego nam kolejne dyskotekowe eldorado z dragami? No po co? Czy serio wszędzie muszą byc takie same sklepy i ludzie? Co z egzotyką? Ja chcę wyjeżdżać w świat nieznany, albo takie tylko legendarny, cudownie odkrywany prawie po raz pierwszy!!! Ale po co, jeżeli na każdym rogu mamy teraz kebab i meczet? Wszędzie tańce brzucha i najlepsze indyjskie specjały. O adoptowanych dzieciach już nie wspominam. Usz, widzicie widać jak się adoptuje względnie podobne latorośli, to tak nie widać… dobroczynności.

Oddomowienie… Może dobrze byłoby powrócić do zwyczajności? Bo chyba marzy mi się dom i ogródek, który trzeba plewić, ale za to daje jedzenie. Może i niezbyt przepadam za kurzęcjami i krowencjami, ale… w końcu nie każdy może wszystko. Nigdy tak nie było. Może by tak mieć królika? Szkoda, że króliki jajek nie znoszą, chociaż, w końcu nadchodzi ta cała Wielkanocność. Może więc i jajeczka w długouchych włochaczy będą? Ekhm!!! Bez podtekstów!!! Bo widzicie, złapałam się na tym, że nawet gdyby co, to nasion nie uświadczysz, a nawet jeżeli, to z tych nasion potem nici, a z owoców nasion nie będzie… i pomyśleć, że drzewiej, to człowiekowi od ust odejmowano pomidorka, coby z niego dziwne, plaskate ziarnowości wydostać.

Ha… drzewiej.

IMG_4732

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szafa Czterodrzwiowa… została wyłączona

Pan Tealight i Obstrukcja Małmazjowa…

„– Obstrukcja Małmazjowa! To musiała być ona! No nic innego nie ma takiej mocy!!!

Takie okrzyki, donośne jakby wybiegały z olbrzymiej beczki i po drodze gubiąc swój dudniący stan, w końcu piskliwe i niemożliwie drażniące obszary słuchowe, obudziły dziś mieszkańców Wyspy! Oczywiście oni, mając już to w zwyczaju i serio bez wyrzutów sumienia, zwyczajnie przekręcili się na drugi bok, a niektórzy i na trzeci, i wrócili do snów. Do snów o słodyczach, pieczeniach w miodzie, miodach pitnych, o lodach, śmietanach bitych mniej lub bardziej, o pieczowłowicie muskanych ciastkach, ciasteczkach, babeczkach i tortach z taką ilością kremu i lukru, że ociekając tworzyły nie tylko startygrafię filmu „Frozen”, ale i zamarzającego piekła… O orzeszkach w cukrze, ale i tych pikantnych lekko, o czekoladach i czekoladkach, nadzieniach i wkładach, wstrząsaniu, pieczeniu, gotowaniu i… gnieceniu.

Całkiem erotycznie.

Bo głos ucichł. Tak jak nagle się zerwał, poderwał do tańca nieistniejące płatki śniegu i zmiótł deszczową, nocną piosenkę, tak samo umilkł. I nawet to echo, co miało grać nie grało, chociaż miało zapłacone za nadgodziny. I zaliczkę wzięło i przepiło podobno od razu… hmm, może to o to chodziło? Zapamiętać!!! Następnym razem nie płacić mu przed wykonaniem zadania…

Obstrukcja Małmazjowa też się przebudziła w swoim zamczysku. Mrocznym, wielkim, porośniętym bluszczem o srebrzystych liściach nakrapianych gwieździstym pyłem. O oknach tak niewielkich, w większości zabitych deskami, o krużgankach, krenelażach, strażnikach nieruchomych, jakby śnili – ot było nie zamawiać ich przez zwyczajnego EBaya od jakiejś K. Śpiącej… Wydawało się jej, że ktoś ją wołał. Że komuś w końcu się przypomniała. Że ktoś zrozumiał po wiekach, a może odrodziła się w nim pierwotna dzikość? A może jednak… zwyczajnie nadszedł jej czas? Ponownie wielkość po latach, wiekach posuchy i zapomnienia?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3533

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Wardstone. Tom 1” – … strach. Nie no, pewno że po filmie, to więcej osób sięgnie za tę serię, ale… czy znajdą tam to, co było filmem, obrazem wdzierającym się w duszę? A nie!!! Bo chociaż na okładce jednej z moich bardziej cenionych serii dla młodzieży jest informacja o ruchomych obrazkach… to nie oczekujecie, że obejrzany film będzie książką!!!

Oj nie!!!

Ale inne, nie oznacza gorsze!!! Oto drugie wydanie Kronik Wardstone, tym razem w innych okładkach. Jednym się spodoba, innym nie, ale ci, którzy poszukiwali już niemożliwych do kupienia pierwszych tomów, może się ucieszą? Opowieść o młodym uczniu Stracharza, jego perypetie, nauka, życie z mężczyzną, który inaczej niż on postrzega świat… no i czarownice. Ech te wiedźmy i potwory!!!

Czego w tym nielubić?

Jest młody i gniewny, jest jego czadowa rodzinka, są tajemnice… i jest i miłość. Ale przede wszystkim jest świat inny, chociaż podobny i aż nazbyt boleśnie możliwy. Nie dziwota, że tak łatwo wkracza się w tę historię i się w niej już zostaje? A może to jednak tęsknota za światem, w którym rozdział pomiędzy dobrem i złem jest tak ostry? A może… jednak nie jest? Nie wiem, ale pisana niczym pamiętnik/dziennik książka, jest nie tylko niesamowita, ale przede wszystkim inteligentna. Ludzka i potworowa w jednym!

IMG_5615

Wiecie… Wyspa, to maleńka społeczność. Mogłoby się wydawać, że jakieś czterdzieści tysięcy dusz, to sporo, ale bez przesady. Tak naprawdę nietrudno znaleźć tutaj samotność, ale… jeśli siedzisz sobie akurat cykając zdjęcia dziwnie zaokrąglonemu korzonkowi, to na pewno znajdzie się ktoś, by spojrzeć, co tam robisz. Ot zwyczajna wioska, chciałoby się powiedzieć. Ino koniów chyba więcej, a i krowinki takie jakieś włochate bardzie, a i różnorodne też. Cudaczne i śliczne…

Gdy tylko coś się na Wyspie dzieje – znaczy wiecie, dają kawę i ciasto, a całą reszta to takie ino tam obostrzenie – wszyscy się zjeżdżają. Jakby nie wiadomo co się działo. Jedne problemy w Kopenhadze, a już na rynku w naszej stolicy dwieście duszyczek ze świeczkami… ale tak naprawdę? To czy im/nam zależy? Czy po prostu w rzeczywistości spora część z nas szuka innych ludzi. Bo widzicie, te dusze, to najczęściej samotne strasznie są. Może i fantazyjnie biegają, może i podobno mają pasje… ale tak naprawdę są samotni i wcale im się to nie podoba. Są jak te srebrzyste człekokształtne z filmu „Ja, Robot”. Jakby szukali siebie nawzajem. Jakby… jednak wszystko to było kłamstwem. Kłamstwem lepiej znoszonym, gdy w sezonie ludzie skądinąd sie przemykają ulicami, między żywopłotami, domami i falami. Spoglądając na tą, jednak zamkniętą społeczność, obserwuję zwyczjane, podstawowe, naturalne zachowania. Ludzi, którzy chcą być sami i są sami, oraz tych, którzy nigdy tego nie chcieli, ale tak wyszło…

Człowieki, to jednak stadne zwierzaki. Jakby nie patrzeć, może i podobni mi wolą względną samotność, ale jednak… czyż to, iż ktoś tam za ścianą mieszka, nie podnosi nas na duchu? Że jednak nie jesteśmy sami? Nie popełniamy nowych błędów, ale te znane, które ktoś już popełnił, wykorzystał, naznaczył?

Że tak naprawdę drogi, które odkrywamy są tymi już z odciśniętymi śladami stóp. Że nie jesteśmy ni pierwsi ni ostatni. Nie zadziwieni, gdy kolejny raz przechodzimy obok Domów Starców, Domów dla Dzieci nieSpecjalej Troski, Domów dla Tych, Których Chyba Już Nie Ma?

IMG_4723

Czasem brnąć przez miasteczkową małą ciemność, w czując na ciele odbijające się w oddali fale… zastanawiam się, czy to wszystko to nie jakaś ułuda? Bo przecież czy może istnieć tyle piękna, a jednocześnie tak mało tych, którzy z tego piękna korzystają, którzy to piękno wspomagają, a może niszczą…

Czy może dlatego to piękno jest wciąż namacalne i dostępne, piękne w swej oszałamiającej doskonałości, bo nas jest niewiele?

Czy mieszkanie na Wyspie… usz to już sześć lat będzie… zblazowało mnie? Przeistoczyło w szarmancko, ale i dziwacznie, uduchowioną istotę, co to zrzuciła więzy świata razem ze stanikiem i ma gdzieś to, jakpoconaco… A może mieszkanie tutaj sprawia, że już nie rozumiem dziwactw współczesnego świata. Tych nienormalnych problemów, które tworzy on sobie sam, byle tylko sprzedać wam coś, co je rozwiąże?

Raz na jakiś czas na Wyspie pojawia się nowe mięsko.

Oddzielone jest ono ślicznie od kości i w ogóle modnie sprawione. Mięsko owo marzy o ciszy i spokojności, oraz o tym by zaszaleć, pozostawić po sobie pomniki i takie tam wiecie, ku wiecznej pamięci, niech ci diabeł łeb ukręci, albo i coś innego. Oczywiście najpierw jest super. Wywiady w gazetach, plany na przyszłość, opisy, małmazyje, koafiury… a potem cisza nastaje i wszelaka pustka i ucieczka zgrabna, cicha, całkiem, jak to mawiają po angielsku. A tak. Oto nadchodzi czas nowych mięsek. Zwykle zrywają się z pęta cywilizacji nadmiernej w okolicach wiosny, by potem, po jednym sezonie powrócić w jej rmaionka radośnie, przepraszając za to, że odeszli. Że zwątpili. Że pozwolili sobie na inność. Na razie jednak ze stron gazet krzyczą cudacznie rozstrzelone litery – postrzelone, a może i roztstrzelane? kto je tam wie, nie krwawią w końcu – o tym, co przybył, by odnaleźć tutaj ciszę, spokój i inność. Usz, że też akurat się mu od razu z tą wiadomością do gazety zachciało iść? Musi być stare przyzwyczajenie, czy coś? Albo jeszcze ta cywilizacja a mięsku się burzy?

Wiecie…

… ciekawe, ile z tych nowych zostanie tutaj na dłużej? Ile przetrwa, nie znudzi się. Ile tak zwyczajnie, po ludzku, uświadomi sobie, że chociaż tutaj trawa zawsze zielona, to jednak nie niebiańska? A może jednak jestem aż tak zblazowana? A może po prostu fanatycznie kocham ten świat…

IMG_3534

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obstrukcja Małmazjowa… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma z Wyspy…

„Wiedzieli, że to kiedyś nadejdzie.

No przecież te kilka lat nie mogło trwać wiecznie. No po prostu, zwyczajnie, nagabywana przez Chowańca i pewne wkurzająco-jątrzące braki w utensyliach, na łonie swej krainy… no musiała w końcu wyjechać. Na chwilę, na moment tylko, azaliż mgienie oka… ale wyjechać!!! W świat. Może i świat mniejszy, może tak naprawdę niezbyt odległy, ale na pewno… niebędący Wyspą!!!

Wiedźma Wrona Pożarta… po raz pierwszy od swoich ponownych narodzin tutaj, musiała na chwilę wyjechać i nie chciała wziąć wszystkich ze sobą. Dlatego po względnych przygotowaniach, czyli: ciasto, herbata i coś mocniejszego… wszyscy niebędący nią, zebrali się w Białym Domsotwie, by zwyczajnie ustalić to, w jaki sposób wyjadą wszyscy. Znaczy na tę chwilę. Ot i zwierzęta i ludzie i ci pomiędzy nimi, wiedźmy i niecne czarownice, księżniczki, królewny i zwykłe niewolniczki. Ci będący bardziej domami, niż chodzicielami i ci całkiem latający. Całkiem owi niedopasowani i ci, wciąż lubiący podyndać jako elementy ozdobne wszechświata.

Znaczy wszyscy…

W końcu wiadomo było, że bez nich sobie Wiedźma Wrona na pewno w szerokim świecie nie poradzi. A jakby nawet sobie poradziła i się by jej spodobało, to… mogłaby nie wrócić, a do tego nie można dopuścić!!! Dlatego musieli coś ustalić. Ugadać się. Na pewno też spakować i dyskretnie, choć wiedzieli, że to raczej niemożliwe, udać się za nią. Ale najpierw trzeba było, ot na wszelki wypadek, stworzyć dyskretną pomoc na czarną godzinę. No wiecie, coś takiego, że jakby jednak ją zgubili, jakby się im gdzieś zawieruszyła, no niska w końcu jest, jakby znikła… to coby ten, co ją znajdzie, wiedział, gdzie ją odesłać. Dlatego po kilku godzinach jedzenia i picia i gadania, w Dziwnych Komnatach Nietypowości rozbrzmiały stuki maszyn do pisania… i maszyn do szycia. Podobno pojawił się też Bezkresny Tatuażysta, ale Pan Tealight stwierdził, po dłuższym namyśle i zerkaniu na co roślejszych pensjonariuszy, że nie ma takiego złego, który by Wiedźmę Ptaszydło utrzymał podczas… Ale może tak obroża z wizytówką? Albo coś w rodzaju smyczy, tudzież lejców, albo chociaż opisać każdy element jej garderoby? Albo wiecie, zwyczajnie wszczepić jej chipa?

Wiedźma Wrona Pożarta dokładnie wiedziała, że coś się działo w Białym Domostwie. W końcu nawet tutaj, domy nie podskakują aż ponad krzaczki i dziwacznie nie zakasują sobie piwnic, gdy tylko podchodziła. A przynajmniej nie aż tak wysoko. Ale w końcu i ona miała swoje problemy, więc zwyczajnie… odpuściła. Wiecie, czasem lepiej odpuścić i nie dociekać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2652

Z cyklu przeczytane: „Dziennik. Rywalki” – … nie rozumiem. Nie pojmuję magii „Zniszcz ten dziennik”. Po prostu nie. Za moich czasów były i dzienniki i pamiętniki. Pamiętam, że te drugie dawało się nawet nauczycielom. Ech! To były takie zabawne czasy, pamiętacie: Na ostatniej stronie wpisał się mąż żonie, żeby żona pamiętała, że dobrego męża miała. Ha ha ha… A dziennik, wiadomo, ukryty pomiędzy poduszkami, same sekrety. Tylko moje…

To, co mam w rękach, to jakieś połączenie. I tego i tamtego. Trochę wyznań, trochę zadań, trochę zabawy, a wszystko oczywiście na różowo, z kokardkami, babeczkami i tiarami. Może i cały wystrój raczej nie jest zbyt wymyślny i aż prosi się o fajne dialogi, cytaty, czy w ogóle więcej seriowej treści, ale… dzięki temu możecie zrobić z tym dziennikiem co chcecie. Zdecydować, czy będzie to bardziej pamiętnik, czy dziennik. Może będziecie się wymieniać z innymi przyjaciółkami zakochanymi w serii Kiery Cass, a może powierzycie mu najgłębsze swoje sekrety? A może po prostu… będziecie się nim bawić. Zrobicie z niego coś całkiem nowego…

Raczej dla młodszych czytelniczek.

IMG_5566

Gdy otwieram oczy, widzę niebo.

Znaczy no wiecie, jeżeli akurat śpię twarzą w poduszce, to widzę plamy i lekko oślinioną powierzchnię. Jeśli łeb mam na lewym uchu ułożony, to poza damaem kolczykowym widzę książki i miśki… ale leżąc, budząc się na prawym boku, widzę niebo. Niebieskie albo szarawe. Z chmurkami, albo wprost przeciwnie, cudownie czyste, niewyobrażalnie błękitne. Garantowe i pochmurne, wietrne, targające obłoczkami, albo znowu tak jasne, jakby… nie istniało. Słoneczne, albo nie. Chociaż, gdy słoneczne, to sorry, nie widzę nieba ino mrużę oczy i uciekam. Tak walą promyczki. A latem to uciekam, bo parzy i nadtapia mnie!!! Ale wciąż… to niebo mnie fascynuje. Widzicie, człowiek mieszkał i tutaj i tam, jako dziecko miał dostęp do dziczy, wąwozów, wądołów, góreczek i pagórków, rzeczek i innych tam trzęsawisk, a potem nagle znalazł się w mieści. I nie było źle, bo przecież kiedyś te miasta były inne. Mniejsze dziwnie. A potem znowu dostał dzicz, potem mniejszą dzicz, aż w końcu znowu wylądował w mieście. Wielkim i ogromnym, wysokim, gdzie nieba nie było. A odgłosy poranka wiązały się ze wzmożonym ruchem na drodze. Gdzie drzewa pozbawione liście pokazywały jak to jest, gdy nikt nie zjada spalin, a wszystko inne było murami. Wtedy po raz pierwszy chyba dotarło do mnie jak bardzo ważne są te drzewa. Niby zawsze człek je kochał, zimowe gałązki robiły herbatę, a te wczesnowiosenne radośnie nadganiały czas w kubeczkach z wodą… ale jednak tam nagle uzmysłowiłam sobie, że brak drzew oznacza śmierć. Brutalną śmierć, w którą nikt nie wierzy… bo przecież wiecie, to CYWILIZACJA, czyż nie?

Na Wyspie dawno temu – znaczy jak dla archeologa to wiecie, ot chwilka, był ktoś kto pokochał i niebo i drzewa i dzicz. I dzięki niemu mamy lasy. Może i młode, ale jakie prężne, cudowne i różnorodne. Czadowe patchworki. Drzewka bez krzewinek, bez pięter, bez owej naturalności. Ale i takie zbyt ciasne, które wciąż nie wiedzą, co tutaj robią, do czego się pną jednak pamiętają…

Do nieba.

IMG_2529 (2)

A nocą…

No właśnie. Kiedy ostatnio widzieliście gwiazdy? Wiecie, teleskop mi się marzy i tarasik. I jakiś fotelik tam i patrzenie. Z kocem zarzuconym na ramiona, z kocem skulonym wokół stóp. Patrzenie w górę. Nowe możliwości dla zdjęć…

Ostatnio, gdy się kładę, w tej całkowitej, kompletnej ciemności i ciszy – ot jeśli Turyścizny nie ma, to mamy ciszę – głębokiej, grząskiej ciszy, ciszy dziwnie szklistej też, by uzmysłowić nam jej różnorodność… gwiazdy widzę. Planety, Księżyc dziwnie wścibski, wielki, mniejszy, mniej lub bardziej obgryziony. Jasny i ciemniejszy, dziwnie poszarzały, albo wprost przeciwnie, niczym cytryn żółciutki. Wiecie, jajeczko takie… albo rosa żywiczna, albo… wiecie, no siuśki!!! Oj wiem, kiepskie skojarzenie, ale… kiedy wy spoglądaliście ostatnio na księżycowe oblicze częściej, niż raz od wielkiego dzwonu i to bardziej Zygmunta, niż tego, który komuś bije…

Kiedy?

Widzicie, nie ma to jak dzicz. Tak naprawdę, zagubiony między drzewami człowiek w mej skromnej osobie, nagle sobie uświadamia, że boi się tylko i wyłącznie żywych ludzi. Z duchami sobie radzi, ze zwięrzętami też, choć może i podskakuje wysoko, jak zaszeleszczą w krzakach, może i świergot w końcu doprowadza go do pasji śpiewania, ale jednak… tylko żywi ludzie. Może więc nie boimy się niczego poza… sobą w innej postaci? Sobą z innym zestawem cech wszelakich? Sobą?

Na Wyspie nadszedł czas oczekiwania.

Tu i tam powyłaziły żółte kuleczki z ziemi, otowe stać się słoneczkami gdziekolwiek. Najwcześniejsze z wiosennych roślinek. Obok nich przebiśniegi, wiadomo, dźwięczą jak szalone. Zielonkawe w ich środeczkach szlaczki zdają się zaprzeczać wszelakim nowoczesnym modom. Przypominają, o nieśmiertelnej i zawsze modnej, ponadczasowej i zachwycającej, klasyce!!! Zielonkawe początki czosnku niedźwiedziego nasycają powietrze swoim, ekhm, aromatem… a wszelako inne dzieła odrodzenia, wcale nie zalewają robaka, ino też pulsują życie. A wiatr…

Wiatr wszystkim nam śpiewa.

IMG_2036

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma z Wyspy… została wyłączona

Pan Tealight i Wielkie Wiosenne Zuo…

„Po ostatnich, dziwnych podmuchach wietrznych, lekko sprasowana, lekko nazbyt stargana i przeżuta Wiedźma Wrona Pożarta, mimo braku wszelakich sił w liczebnych członkach, udała się na spacer. No wiecie, czasem i ona zwyczajnie musi. Nie chodzi o obgląd włości, bo to one na nią wciąż patrzą, nos wszędzie wściubiają i nie tylko… lepiej nie mówić, ale raczej o zrzucenie z siebie tego wszego, co się w nią z internetów, tudzież gazetek reklamowych, przedostało. Takie złuszczenie, odwszenie, przycięcie pazurów co w duszę wlazły, depilacja, epilacja, przeszczep powonienia… No i chodziło o Dzień Finansowej Nagabywalności… tia, on też ją trochę mocniej zblendował. Przychodziło Toto co roku i łomotało w drzwi jakby wszelako umarli nagle musieli wstać, bo jak nie to w czachę! Przychodziło i potrząsało puszeczką z dziurką, w której coś niechybnie grzechotało, może i niechętnie, może i wdowi grosz to był, może i obol, drachma i inne cuda, ale jednak… Bała się.

Bała tego dwunoga o dziecięcych ruchach i oczach wielkich, wcale nie błagających, wprost przeciwnie, które po prostu żądało, nie prosiło, nie chciało, ale uznawało, że się mu należy. Bała się… Zresztą tym razem, jakby się uparli, wygnać ją z Chatki, przybyli i z ogniami anielskimi i z wodą święconą, krzyżami… gotowi uczynić to, co najgorsze, oczyszczenie, jeśli nie zapłaci.

A ona nie zapłaciła.

Nie otworzyła!!!

Schowała się i pozostając przez dzień cały w czołgalnej niepredyspozycji, suszyła pranie. Bo mawiali, że na Toto pranie jest najlepsze. Ale widać nie pomagało tak jak powinno… albo też finansowa wola była silniejsza…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7504

Z cyklu przeczytane: „Nadciągająca burza” – … włazisz i zostajesz. Otwierasz i nie chcesz przestać czytać. Preston i Child to ZUO I DEMONY!!! Po prostu. Jakoś zawsze potrafią mnie usadzić. Sprawić, że czytam i zostaję w historii. Tworzę sobie miejsce dla siebie samej i obrywam wraz z bohaterami, a potem sprawdzam w internetach, gdzie to ja byłam…

Bajka.

Marzenie i wyprawa, a potem odkrycie. Oczywiście nie tylko archeologia, ale i wszelako pojęta szeroko duchowość i przeczucia. Jest tutaj i nauka i magia, owa dzikość dusz człowieczych i pamięć przodków. Owe tajemnice, które wciąż są na wyciągnięcie ręki, a których tak bardzo boimy się dotknąć…

… lepiej zaglądać w niebo, niż w nie, o wiele łatwiej…

Człowieczeństwo zderzające się z człowieczeństwem. I te osobowości. Bohaterowie nie tylko nietuzinkowi, pełni niespodzianek, niecodzienni… ale przede wszystkim tacy, którzy sobą naznaczają fabułę. Są nie tylko łódką unoszącą się na jej falach, ale tym dziwnym ostrzem zdolnym przeciąć i zmienić to, co zwykle nazbyt płynne.

Po prostu cudowna przygoda pełna naukowej rospasalności, ale i lekkość thrillera, element sensacji i troszkę… czegoś ludzkiego. Miłość, nienawiść i wszelkie stosunki międzyludzkie. A do tego magia i Anasazi!!!

Miód na me czytelnicze serce!!!

IMG_4915 (2)

Wieje…

Wieje tak, że najpierw przestawia człowiekowi wnętrzności, nerwy rwie, a potem robi z nich szalik, by ponownie wszystko spruć i zająć się haftem. A potem, jak już się z ludzkością Wyspy upora, to zabiera się za elementy mniej uciążliwe. Ot ostatnie liście, jakiś otoczki nasionek, tudzież pąków, które już powoli zaczynają się zastanawiać nad zmianą zatrudnienia i pójść w liście…

Nad rzeczką pachnie czosnkiem. Co jak co, ale on wie jak się ustawić i korzystając z braku śniegu, wilgoci oraz powiewów, po prostu sobie rośnie!!! Jak zwykle pewno pierwszy będzie, a to oznacza oczywiście gotowanie. Już się ludność zjechała polować na aromatyczne zielonkowatości. Jakby ten niebyt zimowy w ogóle im wpłynął na psyche. A może i wpłynął? Kto to wie? Tutaj, to przecież zdaje mi się zbyt często, że wszyscy tęsknią ino za upałem…

Wlecze się człowiek lasem, obok rzeki, gdzie pewno coś i się pluska na tych nowych łachach i pomiędzy owymi kamyczkami, co jak pierniczone klejnoty wyglądają… i nagle patrzy, a tam głazy! Odkryły się, spod ziemskiej pierzynki wynurzyły się, spragnione może i ekshibicjonizmu, a może i jednak zwyczajnie lekko po prostu domagają się dostrzeżenia. I tak nagle człek staje okiem w oko z milionami lat. One patrzą na niego, dziwnie mało zdziwione, dziwnie mało zaskoczone, dziwnie…

… wcale nie imponują im owe GŁOŚNE ludzkości dokonania. A ja? A ja patrzę i podziwiam. Owe żyłkowania, plamki i kolory. Owe cuda ukształtowania terenu, całkiem nieświadoma tego… żem taka zwyczajna. A zresztą i co tam złego w ludzkiej zwyczajności. Możecie się i chełpić owymi DOKONANIAMI, ale przeszłości i tak nie zaimponujecie. Ona już widziała nie takie cuda…

Wyspa chyba podobnie, dość spokojnie spogląda na nowości w swych trzewiach. Na ludzkość, cieszącą się z kebabowni, co to wyrosła w Nexo, czy też nowych ulepszeń w ruinach. A tak serio, wszystko już było.

Wszystko jest zwykłością i marnością, bo i wszystko będzie.

IMG_4932

Przetrwałam Fastelavn!

Znowu!!!

Niby na początku wszystko fajnie i miło. Ale jak w Halloween mają chodzić po cukierki, to chętnych nie ma, ale za kasą to wszyscy? A wała takiego! Ot kolejny przykład świata zaprzeczeń. Miało być na cukierki, a tytoń dla tatusia i inne utensylia… co to ja jestem sponsor cudzych nałogów? A moje to kto będzie sponsorował? I kto do grzyba muchorowatego nauczył te dzieciątka tak w drzwi walić, a co lepsza nie tylko walić, ale i od razu je otwierać? Nosz przecież kto teraz gotówkę w domu trzyma?

Jakieś diamenty i roleksy to może, ale monety? Papier? Ale nie ma boja, ino patrzeć jak będą chodzili z czytnikami do kart…

Ale karty też nie mam.

OOO… voila! Nie ma to jak w dziczy! Internet właśnie wziął i się skończył. Ot widać limity internetowe, niczym te połowiowe, jakoś już przekroczyliśmy, czy coś? Ot kto to może wiedzieć? Bynajmniej nie ma. A jak nie ma internetów, to i bajucha w telewizorze po starodawnemu lecieć musi, znaczy ze srebrzystego krążka! Ech! Dzicz i tyle. Ale po co komu ta dziwna cywilizacja? Tosz więcej z nią problemów, niż mniej. A i miały roboty za nas pracę wykonywać a człowiek jak nic wciąż bardziej zmęczony i zaganiany… mówięc wam ściema i tyle!!!

Na zewnątrz słonko rozleniwia wszystko i wszystkich. Komu by się chciało siedzieć w domu, gdyby nie to, że wiater w swoich zdolnościach zboczeniowo macalnych, a i ziębiących, dotrzeć potrafi wszędzie, wcisnąć się i posmerać nawet w miejscach, których Grey o takie odczucia nie podejrzewa… a jeśli o Szarym Gandalfie mowa, to jak tam u was? Bo u mnie dobrze, nawet bardzo, ale jeśli chodzi o wmawianie mi, iż jest to największa literatura PSYCHOLOGICZNA epoki… to uwaga, bo zjadłam jabłka i serek, więc wymiotny odruch mam nader ładnie pobudzony!!! Oj co to za epoka, że marne utwory rosną do rangi zbawców narodów, a kurcze mądre owe… po prostu nierozumiane, zwyczajnie spychane są w śmietniki przeszłości.

We wszelakie zaprzeszłości. Co się dzieje z ludzkością?

A może i dawno już się stało?

Przerwa!!! Cotygodniowy objazd lodowego samochodu! Wybaczcie, ale u nas nadal ta muzyczka coś znaczy, więc moja osobowość leci gonić błękitnego zmarzlaka!!! Aj, co by tu dziś wybrać? Coś sorbetowego, czy grzeszna śmietana? A może jednak zwyczajowe warzywne mrożonki? To w końcu też ma, a jaki wybór.

No i jest i pizza!!!

IMG_7581

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielkie Wiosenne Zuo… została wyłączona

Pan Tealight i Jaśnie Nieoświecony Ołtarz…

„Taaak…. kładź na mnie!!!

Kładź na mnie mięsiwa i czekolady. Dawaj przyprawy, słoniny, tłuste obiady, osełki dawaj, tłuszcze i tusze!!! Sery i mięsiwa, kwiaty chwilę zatrzymaj… Posoką mnie pomaziaj, otwórz dla mnie tętnice, ale i z żył mi nie żałuj, otwórz swoje czerwieni granice!!! Całą siebie mi oddaj, na zawsze i do końca, ale i reszty nie żałuj, nie odbieraj innym możliwości wytocznia sił na moje cudne porowatości. Dawaj mi serca, dopiero wyrwane, dawaj dawaj dawaj… ciasteczka owsiane? Oj nie, bez przesady, kurde!!! Dawaj tłuszcze, oliwą mnie smaruj! Oj tak, tu na brzeżku, no weź mi nie żałuj, no!!! Teraz pod paszkami… co ja nie mam paszek, mniejsza nadal mnie smaruj, dotykaj i pieść mnie. Potem słoninką, a nawet w galacie giczą, może też bigosem, taaak duchy dadzą się przebłagać bigosem i pomidorową z makaronem. Albo z ryżem może? Hmmm… Na co ja tak naprawdę mam dziś ochotę? Na dziewicę, czy KFC? A może jednak hamburgery z cebulką? A może frytki i szejki truskawkowe… a może pieczone… NIE!!! Niech będzie i szarlotka, niech będzie i sernik, a może i makowiec, a i może drożdżowe? Ajajajajjj i dużo kruszonki. I smalce z ziołami i świeżymi pajdami chelba mnie łachocz…

Moja granitowa szarość poroniona kryształkami granitów i ametystów woła ciebie. Popatrz, tutaj naznaczyli mnie wgłębieniami, jakby chcieli zachować nocne niebo w mojej twardości, na zawsze. Tutaj masz dłuższy rowek, uformowany tylko dla ciebie, dla twoich łez. A tam znowu, no czyż nie perfekcyjnie miejsce, by złożyć kości i inne dary. Srebra i złota, brązy i mosiądz… kamienie błyszczące, kamienie kruche, kamienie twarde. Perły i bursztyny. Pradawności wcale nie starsze niż ja, a jednak jakże bardziej czczone? Czyż to za sprawą mojej objętości?

Czy to dlatego, że jestem… duży?

Ale w końcu kochanego ciała… a może to odnosiło się do ofiar? Bo widzisz, miałam kiedyś taką zagrodę, taki zagajnik, budę drewnianą, ale ciepłą i suchą, a w niej słodkie, młodziutkie, tłuściutkie i różowe dziewice. Takie nie suszone na słońcu, nie cierpiące na nadmiar roboty. Krągłe takie… a jakie były utalentowane! Każda śpiewała albo tkała, przez co sklepik z pamiątkami też się świetnie prowadził. Z czasem wpadliśmy razem w tak rajcujące stosunki, że no… nie mogłem ich przyjąć, choć nalegały, choć rozgryzały skórę, przegryzały żyły i tętnice… Nie mogłem, nie chciałem być sam, po prostu. Nie pozwoliłem na ofiary i wtedy mnie przeklęły. Przeklęły mnie moje piękne, różowe, tłuściutkie, długowłose dziewice.

I wszystkie wyszły za mąż, a o mnie samym zapomniano. Zwyczajnie, po prostu. Już nikt nie składał ofiar, nie przynosił darów, nie uświęcał mnie obecnością, słowami i modlitwami. Zwyczajnie mnie zaczęli omijać i pokryłem się powoli porostami i grzybkami szarawo-grafitowymi. A strażniczką mojej samotności jest ta wielka sosna… ogromna, niczym sama klątwa… Dziwna, drażniąca, podobno to ona odstrasza wszystkim, ale komu tu wierzyć. Wiesz… z czasem dokonano nawet na mnie kastracji, ale powstrzymałem ich! Udało mi się!!!

Ale klątwa wciąż trwa.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2661 (2)

Z cyklu przeczytane: „Lot sowy” – … wspomnienie. Lata dziewięćdziesiąte zeszłego wieku, studia. Jedna z moich pierwszych serii fantasy. Zetknięcie się z tym, że można pisać tak, jakby wiek nie istniał, jakby nie było powiedziane, że ta książka jest od do… z wyobraźnią, a jednak trochę inaczej. Gdzie miłość, to zwykła sprawa nie bacząca na płeć, gdzie Towarzysz, to część duszy, a moc… cóż, jest różnorodna.

Z czasem udało mi się uzbierać całą, wydaną u nas, serię… a teraz do niej wracam. Bo „Lot sowy”, to opowieść, która ma niecałe dwadzieścia lat.

Początkowo, ot moja dusza spsuta mdłymi opowieściami o nastolatkach drgnęła, gdy zoczyła nader młodego bohatera, ale tylko na chwilę, strach, który mnie ogarnął ustąpił zaraz… Ciało, widać i mięśniowa pamięć istnieje dla książek, poznało rytm. Wbiło się w niego, wskoczyło na miejsce. Pozwoliło się zaskoczyć, przypomniało sobie zaprzeszłość… i rozpłynęło się. W historii cokolwiek prostej. Ot nie do końca finezyjnej, ale dobrze napisanej, pełnej szczegółów, które powinny nudzić, a jednak nic z tego… Od razu rozumiemy naszego młodego bohatera, pojmujemy jego ból i odosobnienie. Ale tak naprawdę czekamy na więcej, na magię…

Opowieść małżeństwa Lackey-Dixon jak zwykle z ławością odnajduje balans między męskim i żeńskim pierwiastkiem. Nic nie jest dla nich tematem tabu, a jednak… nic też nie jest ekshibicjonistycznie narzucone. Brutal jest brutalem, wojna złem, a magia, cóż, czymś, czego tak naprawdę nie ma. Za to jest świat fantastyczny, w którym wszystko jest możliwe, a przyjaźń pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem czymś, na co trzeba zasłużyć. Gdzie honor, to wciąż wymiar etyczny, a ludzie, ci świadomi, potrafią zmieniać wszystko… gdzie słabszym się pomaga, a od silnych oczekuje pomocy…

Piękna, może i miejscami utopijna, ale nie dajcie się temu zwieść, bo nagle może uderzyć. I wtedy… przestaniecie wierzyć w cokolwiek.

IMG_4923

Przyznaję…

… nie rozumiem owego wysokonoszącegobrodę mniemania o sobie tak zwanych blogerów. No nie rozumiem. Jakby kurcze każdy teraz był cholerną wyrocznią, modowym potentatem, świadomym tego kim mamy być, co czytać, jeść, jak się załatwiać… jak myśleć, co robić, gdzie i po co… Zauważyliście, że tych nauczycieli życia to kurcze teraz więcej, niż tych żyjących. Zresztą żyjący, jak ja, mają to gdzieś. Czasem tylko się zdziwimy, że robimy coś NOWATORSKIEGO!!! Ot czasu odkrywania tego, co dwadzieścia lat temu było w zwyczjaowym planie wychowawczym.

Tutaj też, bez urazy, ale ekspertów od życia mamy na pęczki. Właściwie ruszyć się nie można, by jakiś z krzakó nie wyskoczył. Ja cię nauczę żyć… bo na pewno robisz to źle!!! Ut wot i Matka Natura wkurwa zalicza kolejnego. Toć wyposażyła nas we wszystko. Bez urazy, ale to czego potrzebujecie to rodzice… tia, tak to się kiedyś nazywało. Rodzice. Ci co zrodzili, nie tylko ciało, duszę w nią wtłoczyli (of course zależnie od wierzeń, wiecie, jak kto tam sobie bożka jakiego czyci) ale i rozum wspomogli. Pamiętacie, że Babcie uczyły nas jak się modlić. Może i ja wciąż prosiłam o to, by nie iść jeszcze spać, ale jednak. Babcia pokazała jak i co przykładać na bubę i kuku, ale to rodzice mieli nas uczyć. Pierwsze litery, normy społeczne. Co wolno, a czego nie, a jak nie to klaps w pupsko. Albo jak uciekałeś dookoła stołu, to mogło się w końcu skończyć wielką śmiechawą. A najczęściej słowa: bo dostaniesz klapsa… rozwiązywały wszystko. Czy to był strach? Nie, raczej jakaś niedogodność. W końcu dzieciak wie, że oni powinni być mądrzejsi… problem w tym z naszymi czasami, że ostatnio jakoś rodzice nie istnieją. Oj tak, pewno, dokładnie wiem, że wszyscy są w pracy. Ale w takim bądź razie po co ci dziecko? I nie wciskajcie mi tutaj biologicznych uwarunkowań! Jak zwierz wie, że nie wykarmi dzieciaka, to je zjada… a wy? Czy wychowacie swoje dzieci, czy już teraz mam się bać kolejnych, młodocianych przestępców? No, jak to jest? W końcu nie ma już Babć uczących paciorka… ot klepane formułki, czy to ważne, czy prawda to, czy nie… a co jeśli to jedyne normy moralne, jakie ktoś jest w stanie pojąć?

Na Wyspie dzieci są boleśnie różnorodne.

Ta cała Duńska Bajbajka, w której wmawiają wam, że tu ino kraina szczęśliwości, to zwykłe kłamstwo, patrząc na same dzieci. Większość z nich, to takie typowe bidulki, które nie różnią się niczym od tych 30 lat temu. Oj pewno, do szkoły przymusowo muszą mieć jakiegoś pada, ale wciąż jeżdżą autobusem, albo rowerem, walcząc z aurą. Tylko, że u nas oczekuje się od szkoły, że nie tylko będzie wychowawcą, ale i rodzicem… usz i tu pies pogrzebany, zbyt płytko, i tu pies śmierdzi rozkładem… Jak się okazuje to, co człowiek mały winien wynieść z domu, aktualnie spada na plecki wychowawcy, nauczcyiela, tutora, czy czegoś tam… Nagle wszystko stanęło na głowie i radośnie macha odnóżami, bo przecież fajnie jest, jak matka nie istnieje. Pamiętam to! Dzieciak chce szaleć i nie słuchać dorosłych. Norma. W końcu oni, to zgredy, czyż nie? Dla nich brak rodzica z czasem jest wolnością… ino potem w duszy coś szepcze, że chciałoby się, by ojciec pogonił tego głupka, z którym się spotykam, bo to głupek…

Wynik tego taki, że jeśli nie ma kogoś, kto się tobą zajmuje, ty sam nie nauczysz się, że zajmowanie się kimś (z miłości) jest ważne!!!

IMG_6652

Dlaczego nikt nie jest dumny z tego, że jest matką? No dlaczego? Co się stało z byciem żoną i matką? Czemu to nagle takie NIEMODNE i dlaczego w ogóle was obchodzi owa niemodność? Dlaczego?

Wydawać by się mogło, że ot taki raj tutaj, rodzinki na spacerze, u boku pies kudłaty, a tak naprawdę po powrocie każdy w swoim kącie z własnym telewizorem. A tam nie ma już programów edukacyjnych. A takie były kurcze fajne! Niektóre działały na rozwijające się nastoletnie zmysły wyraziście mocno… na przykład te no konie i krówki, wiecie żeby były małe cielaczki i źrebięta, to one muszą… No więc posiadam też i taką wiedzę jak to zrobić. Aczkolwiek przyznaję się wyłącznie do szczepienia drzewek! Ekhm, widzicie, telewizja edukacyjna to jest to. A raczej było. Wiecie, nie mam pojęcia co pokazują w naszej telewizji. Tak po prostu. Nie wiem nawet jakie telewizory są popularne, bo zwyczajnie się ich boję i nie używam. Pewno wielkie i płaskie…

Codzienność na Wyspie jest taka zwyczajna. Jedni do szkoły, inni do pracy, pustki poza sezonem, pełność różnorodnych twarzy, gdy sezon nadchodzi. Zależna od pór roku, niesamowita. Jedni biegają, inni z tęsknotą patrzą w fale. Rybołóstwo? Ech! No chyba ino by filmiki nagrać, z dronem oczywiście… bo kto by tam te ryby jadł, zresztą cokolwiek Wyspa produkuje bardziej i tak opłaca się sprzedać w stolicy niż tutaj. Smutne to takie. Chcesz sę krowinę wydoić, nie wolno, za drogo. Serka i jogurtu też nie dostaniesz od tej milusiej, włochatej, z grzywką zadziorną… za drogo. Konia se możesz wydoić, bo koniarstwo na Wyspie trzyma się nieźle. Poobserwować kare i siwki. Te grzywy, te ogony, te umaszczenia… te kupy.

Podobno niektórym ostatnio przestaje się podobać sezonowość Wyspy… ciekawe co znowu wymyślą. Zresztą, nawet jak wymyślą, to przecież zaraz się zawalą. Bo u nas to ciągle ino słomiane zapały, ale jak państwo nie posmaruje, to się nie pojedzie. W dokach straszy na wpół wybudowana łódź… ot był zapał i się skończył. Ciekawe co ów, podobno arogancki pasjonat, robi teraz? Składa podanie o wynajem posesji, by uczynić tam jednorazowe muzeum, a może jednak skoki na krótkiej lince?

Widzicie…

… z czasem człowiek się przyzwyczaja, że niczego tutaj dłużej się nie da ukręcić. Z czasem nawet rozumie, że choć przybył z milionem świetnych pomysłów, to jednak kupa z nich. Bo choć wszyscy by chcieli, to jak od razu milionów nie będzie, to oni jednak rezygnują. Za darmo tutaj to nic nie ma… ale jak chcecie po raz kolejny okdkyć jakową amerykę, to wiecie spraszamy!

IMG_0189

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jaśnie Nieoświecony Ołtarz… została wyłączona

Pan Tealight i Dzień Sosnowej Boazerii…

„Bo tak…

… jeśli chodzi o Pana Tealighta, to wiadomo po sprawie z Choinką i po tym romansie z Panią Zimą, po tym jak go rok temu wystawiła nie tyle do wiatru, co i do grzmotu i wiwatu, to biedny Przedwieczny i Wiecznie Rozszczepiony jakoś nie kochał. A może raczej kochał, ale po prostu nie ujawniał swych preferencji? W sprawie reszty pensjonariuszy Sklepiku z Niepotrzebnymi, to czekali na kwiaty, walentynki, luźne organy ludzkie w mniej lub bardziej rozłożonej opresji… czekoladki, ciasteczka, diamenty i złoto… Srebro, niewolnice związane i przybrane ino w płatki dziurawca, dziewice chętne na stos, dziewice chętne na ołtarz…

… po prostu dziewice…

Do tego kwiaty, bo wiadomo, chociaż większość żeńskich osobników się do tego nie chciała przyznać głośno, ni na papierze, tudzież klęcząc obok spowiednika w drewnianej klateczce – MOJA WINA!!!, to jednak bez kwiatka nie podchodź!!! A już najlepiej bądź przygotowany i ogólnie mówiąc, koronka, litania i psalmy trelowane Siłom Najwyższym… nad tymi, co zapomną. Męska rzesza wcale nie była mniej wybredna, oj nie!!! Choć twierdzili, że po prostu chcą dostać serduszko. Może być i wiecie, od świni, konia, czy owcy, ale jednak! Serduszko żwawe i bijące, takie czerwoniutkie, wciąż jeszcze lśniące życiem, chociaż i widać na nim oznaki rytualnego ostrza Majów… ekhm, no wiecie w Sklepiku żyły nadzwyczaj dziwne osobistości.

… więc Pan Tealight z racji bycia sobą, starał się ten dzień przetrwać w swojej leśnej samotni. Maleńkim domeczku o zazdrosnych barwach, które kradły blask wszystkiemu, i do którego jakoś nikt nie chciał wejść. Tam, za brudną szybką wpatrującą się w morze, skulony na podłodze, rozmyślał o nich wszystkich. O czasie, który przeminął i owych damach jego serca, tudzież serc wszystkich, bo kto tam wie jaką miał w owej swej miękkiej szarości anatomię? O czasie zaprzeszłym i Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki, tulącej się poddańczo do Chowańca swego, który tym razem dał jej serduszko i zwyczajną niezwyczajnie, Marzycielską Kałużę. By mogła się w niej zawsze taplać, zawsze ochłodzić i zawsze zwyczajnie schować tam sprawy, których nie chciała nikomu pokazywać…

Czyli wiecie, głęboką…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2301

No cóż, jeśli chodzi o miłość, to na Wyspie jest.

Cudne pary w wieku siwawym spacerujące za rączkę po lesie, cudowne pary w wieku mniej siwawym starające się nie patrzeć na własne, rozrabiające dzieci. I pary inne, no wiecie, ale te raczej w mieście, więc nie wiem… bo ja tam wolę w lesie. Na dziko i w naturze. Gdzie wiadomo, że kleszcz cię w dupsko użreć może, ale jakby co, to gdziekolwiek wyleziesz, nawet jak się zgubisz, do domu trafisz. Co prawda nagusy spotykane, ale to wiecie wyłącznie słoneczne kąpiele, tam żadna miłość…

Krzaczek z krzaczkiem się splątał, drzewko z drzewkiem gałęziami, wzajemnie się posmyrają, tylko troszkę wiatru im potrzeba, albo pniami, mocno ściśnięte, wydaje się, że tańczą… ale może się wcale nie wydaje? Kamień z kamieniem, kamień z drzewem, które stwierdziło, że kocha, więc je przepołowi. Pół dla mnie pół dla ciebie. Ty kochaj kamień i ja kocham kamień. A w sklepie kwiatki cięte wyszły. No na szczęście przebiśniegi gdzie niegdzie już są, więc boja nie będzie… tylko kto komu te kwiatki w tym świecie silnych kobiet daje? W tym świecie samotnych ciągle, co to czasem tylko, na starość zwyczajnie postanawiają, by ze sobą zamieszkać, bo tak taniej…

Wyspa…

Może wystarczy tak naprawdę nam Ona? Tylko i wyłącznie. Jej miłość, nasza do niej, jej do nas… te powiewy, co zdolne są poruszać nawet tymi, nieużywanymi organami? A może jednak… kłamstwo wielkie? Któż to tam wie na pewno? Dzieci z włosami białymi coraz mniej, mawiają, że ot genów wina, ale może… miłości?

Na Wyspie nie stroją się w czerwone serduszka ni drzewa ni pojedyncze lampki, ni patyki krzaków wciąż jeszcze śniących, ni pałki wodne. Nie, u nas serce znajdziesz w kamieniu umiejętnie wyryte. Albo on sam w takim kształcie ci się topornie stoczy do stóp. Albo w pniach nie tyle rzezane ze strzałą i inicjałami, co dziwnie w oderwanej korze odciśnięte. Jakby ktoś chodził z wielką pieczątką i gliptykę miłosną uprawiał. Albo jak dziś w krzemieniu z dziurką, korą białą rąbinięte… albo w pniu, w jego samym wnętrzu, gdy już obalisz drzewo, gdy przetniesz zobaczysz serce…

IMG_7535

A może wszyscy już i tak w Fastelavn wpatrzeni?

Bo w końcu Walentynki to tylko te kwiatki i czekoladki, a ostatnie ostatki to jednak buła z lukrem i nadzieniem, jak się trawi. Tłusta i grzeszna, rozpustna i cokolwiek pewno niereformowalnie niedzisiejsza. Bo wiecie dziś to się ma jeść ino trawę. I to jeszcze tylko wtedy, gdy krowa odmówi jej zjedzenia. Jakoś taki ostatnio jest ten świat. Jakby pomieszały się mu naturalne stopnie i nagle

… mysza zjadała węża…

Codzienność na Wyspie lekko wymarta, z czego podobno co niektórzy zrobili już sobie pole do siania narzekania. Tylko czy z narzekania coś wzrośnie? Czy da się je ściąć? A może i wysiać ponownie? Czy plony z tego będą, bo coś się mi zdaje słodkie bułki, to raczej nie? A może sieje się narzekanie, by po prostu móc powiedzieć: a nie mówiłem, że… A może… Na tak zwanej drodze głównej mijają nas dwa samochody. Żesz przyznać trzeba, no tłok a i korek prawie! Każdy gdzieś się spieszy, ale jak akurat poddajesz się wiatrom morderczym by zaszczycić swoją zbędnością kolejny kopiec grobowy, to przejeżdżający rowerzysta nie zapomni się do ciebie uśmiechnąć i pomacha.

To jak to jest z tą miłością?

Wyskakuję i lecę pomiędzy kamienie, na moją ukochaną plażę. Zimno jak pierun z wiatrówki, ogólnie mówiąc co najmniej trzy ćwiartki z pelikana wieją, ale i tak kucam i grzebię w kamykach. Bo to tutaj są skarby. W wodzie tak zachęcającej, czystej, milusiej, cudownie tłustej… asz pieruńsko zimnej oczywiście… kryształki, cuda i wianki, wdowie łzy, krzemienie i głazy, granity i gnejsowe pozostałości. Piękne wszystkie. Skarb za skarbem ino robić te wisiorki i naszyjniki, doczepić ideologię, no i może w końcu diamenty zostaną porzucone sobie, a wszelakiej tam paloności węglowej?

Wracam do domu i fort dziś buduję. Bo jutro i pojutrze mnie nie ma. Nie ma dla tych, co utłuszczeni poranną bułą domagać sie będą finansowania swoich działań dziecięcych! A tak! Bo kurcze po cukierki to nikt nie przychodzi, co? Ale po kasę kurde od razu każdy? A naści wam węgielka niestresowanego!

I wiecie co? Z miłością to robię! Z miłością do siebie samej, zawsze przejrzyście zestresowanej! A co… siebie też trzeba kochać.

IMG_0774 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dzień Sosnowej Boazerii… została wyłączona

Pan Tealight i Księżyc Zabawowy…

„Nie ma co…

… coś się chyba serio musiało pokopać tam na górze, coby połowa księżyca tak bardzo zaglądała w okno? I to żeby nie było, zaglądała w jednym czasie, nachalnie starając się wleźć drzazgą w wiedźmie oko. Nie zahaczała ni o Chowańca, który jak zwykle chrapał mało rytmicznie, ni o misie ni nawet o Chochela, skulonego na męskiej części i jak zwykle wypinającego w niebo goły zadek.

Owłosiony ostatnio…

Niby człek zna te wszelkie legendy o wilkołakach, niby wie, że ta kula na niebie wpływa na wszelaką wodnistość w ciele ludzkim mniej lub bardziej, ale jednak… Po pierwsze to była tylko niecała połowa, a po drugie, bardzo chciał wleźć w Wiedźmę Wronę Pożartą i wyraźnie dziś śpiącą!!!  nie zgłaszającą obiekcji?

Świat na zewnątrz wcale nie był zalany księżycowym światłem. Jak zwykle, gdy przechodziła pełnia, po prostu był ciemny, szarawo-granatowy, miejscami dziwnie turkusowy, miejscami białawy i srebrzysty. Wyspa była ciemna po prostu. Nocna, śpiąca, nawet nie cicha, ale bardziej jalby wyłączona… i tylko to światło, uparty promień wbijał się w lewą powiekę, drgającą lekko, śniącą…

Coś było nie w porządku. Nie tak, dziwnie nienaturalnie się rozkładało, dziwnie strofująco, nadnaturalnie, a może i… dziwacznie? A to oko drgało coraz wolniej i wolniej, aż w końcu, raptownie i nazbyt szybko… się otworzyło…

A światło zniknęło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4053 (3)

Z cyklu przeczytane: „Paskuda” – … no napaliłam się. Napaliłam się nawet, cytując: jak ten Arab na pilotaż, tudzież wiedźma na tłuściutkie, okrąglutkie wietnamskie niemowlę, o którym filmik właśnie oglądałam… i nic.

Kompletnie.

Ot kilka opowiadań, o których wiecie jak się zakończą, bo autorka nie kryje niczego, nie zwodzi, nie mami, opisami nie trwoży naszych serc… i to wkurza wiecie! Wkurza okropnie, bo polubiliście tą trójkę. Ją, jego i smoczycę. I jakoś się serce kraje, że coś, co bardziej konspektem jest, nie zostało poszerzone, dopieszczone, opisane powieścią… oj tak miło być mogło, a wiecie, wyszło jak zawsze. Za ostro, za mało, za mdło. Za bardzo… nie niesamowicie. A mogło być tak pięknie, bo potencjał przecież jest. Polityka i waśnie, panowie i ich wielkie ego, małe ego bez pana. On, co wie, że kocha, ale nie może jej wziąć i ona, która czuje, że coś jest inaczej… wredny tatuś i pan, który księżniczki nigdy nie chciał, ale gdyby to był książę…

Lekko schematyczne, ale jednak jakoś liryczne. Gdyby tylko przyłożyć się do nich, poszerzyć je, jakoś tak umiejętnie rozpalić to, co się w nich tli…

Gdyby…

Widzicie zawiedziona jestem tym bardzie, bo w końcu czekałam na tę książkę, nie mogłam jej dostać, więc w duszy opowieść z niej już we mnie tańczyła i puchła. Może to i moja wina? A może zwyczajnie… kto by nie chciał być księżniczką? One mają i smoka i strażnika i wieżę!!! Kurcze no! Ustawione jak nic! Zwierzątko jest, z rozpalaniem pieca problemów nie będzie, a na dodatek mają mieszkanie…

IMG_4921

Pamiętam, że gdy pierwszy raz miałam spędzić noc na Wyspie… pod namiotem, przy brzegu, pod drzewami… to budziła mnie i cisza i szum. Ot skrzywienie mieszczucha, albo i coś innego. Bo cisza to cisza, wiadomo, lepiej mieć znajome dźwięki, nawet jeśli to piła mechaniczna i kolejne, odrąbywane, mlaszczące krwistością własną członki. Ale szum… długo nie umiałam go dopasować. Zrozumieć, że jest to coś nowego, do czego nie tyle muszę przywyknąć, ale odnaleźć go w sobie. Bo przecież ten sam szum mamy w uszach, gdy przytkniemy je do poduszki. No dobra, dwóch na raz trudno, chyba że z podduszaniem…  spróbujcie.

Morski szum, taki prosty, zwyczajny i naturalny, jest czymś co powinnam była wynieść z łona, czyż nie? Wszyscy powinniśmy, ale z tamtego okresu widać mam kiepskie wspomnienia, bo do dziś boję się dźwięku bijącego serca. Jakbym nie umiała z nim żyć? Jakby było w tym wszystkim coś nienaturalnego? A może jednak byłam już w swoim życi zombie? Kurcze?

Bynajmniej…

… szum. Poszum, lekkie uderzanie, tańczące kamienie, fale wzrastające, krople wody rozbijające się i o powietrze i o każdą bardziej twardą powierzchnię. Zmienne, falowe, takie czochrające się o każdego, albo jednostajne, a w końcu on… szum. Stały, głęboki dźwięk, który się wdziera w każdego, mości sobie miejsce i już zostaje na zawsze. Nagle, z czasem, przestajemy go słyszeć. Nic do nas nie dociera, jeśli chcemy spytać fale o sztorm, musimy wyłączyć samych siebie, by go odnaleźć…

A potem, gdy mija, gdy zanika i cichnie, zawsze tak nagle, nie wyciszając się, ale raczej urywając, po prostu tęsknimy. Zaczynamy odczuwać brak, ból fantomowy, jakby ktoś wyrwał z nas samych siebie… i czekamy, aż ta dziwna, nieznajoma, a jednak tak potrzebna część nas, powróci.

IMG_3228

Dźwięki…

Wydaje się, że ten świat jest ich pełen. Każdy ze słuchawkami w uszach, tudzież na, zależy od wystroju i modelu, ale jednak… każdy dziwnie bezdźwięczny. Bo przecież nie jesteśmy zasłuchani w siebie, ale coś, co nie jest nami. Czy kiedykolwiek będzie? Hmm… pewno w końcu wmontują wam telefony w czaszki, co nie?

Na Wyspie dźwięki są inne.

Te naturalne stają się częścią nas samych. Tak po prostu. Nagle nazbytnia cisza przed burzą zdaje się mącić nam umysły i nie daje spać. Za to, jak tylko zaczyna się sztorm, wszystkim lepiej, po uprzednim wkurzaniu się. I jakoś tak, poza młodzieżą oczywiście, ludzie uwielbiają iść w las, czy na plażę, z uszami otwartymi. Zdolnymi chłonąć każdy dźwięk, gdy kącik oka wyłapuje na każdej gałązce maleńki, puchaty tłumoczek dzielnie czeszący sobie piórka.

Z tej strony ptaki prowadzą swoje dyskusje na ważne tematy, o których ludzie jakoś tak zapomnieli. Z tamtej kamienie uderzając o siebie zwyczajnie grają to, co im tam w twarości gra. Szlifują się wzajemnie, tworząc takie klejnoty, że aż chce się tylko na golasa w nich leżeć. Bo czego więcej potrzeba? A tam znowu coś rośnie i szepcze tajemnice, które wtopiła w nie ziemia. Maleńkie dzwonki, szorstkie liście, gładkie kielichy i woskowe korzonki. Ot wystarczy słuchać, by dojść z samym sobą do porządku…

Słuchać wystarczy Wyspy.

Chyba dlatego tak człek mądrzeje, gdy tylko wychodzi z domu. Bo, bez urazy, chociaż i kamienie i cegły mają swoje historie, to przez obcowanie ciągłe z człowiekiem i jego dźwiękami, jakoś cichną… więc by doładować w rozumie i kościach, w siłach się podbudować, a i zrozumieć mowy ptaków, po prostu lepiej wyjść z domu. Wyjść z domu, a tam wyleźć z siebie i pohasać na łące, pomiędzy kamiennymi ostańcami. Zrozumieć, dlaczego właśnie tutaj wszelkie Czorty, Diaboły i Szatany, Demony i Złozienice pozrzucały tyle kamieni.

I czemu inni postanowili je czcić. Może i na golasa?

IMG_3138 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżyc Zabawowy… została wyłączona

Pan Tealight i Cmentarz Marzeń, Życzeń i Snów…

„Gdzieś na środku Wyspy, w miejscu podobno znanym, ale rzadko odwiedzanym, miejscu, o którym serio niewielu pamięta… miejscu względnie skrytym i cokolwiek nie otwartym na każdego, znajduje się Cmentarz Marzeń, Życzeń i Snów. Pośród kamieni i drzew, które wzrastały we względnym nieuporządkowaniu, mieściły się nagrobki i stelle, pojedyncze kamienie z rzezanymi tekstami, epitafia na zdrewniałych kawałkach pieńków… małe kupki kwiatków, którym nikt nie powiedział, że czas już zwiędnąć, karteczki i kawałki kory, by upamiętnić, ale i by zapomnieć…

Jakby nic się nie stało, niczego nie było.

Żółtawe i białe ogarki świec zdawały się błyszczeć nigdy nie rozpalonym przypadkiem światłem, jakby tak naprawdę nic w nich nigdy nie zgasło. Jakby knot od zawsze wiedział gdzie i co potrzeć, gdzie i jak światło zatrzymać, jak nie gasnąć… a w tych wietrznych chaszczach utrzymanie ognia nie mogło być łatwe… więc czym był tak naprawdę ten płomień i żar? Ta dziwna światłość widzialna nie tylko nocą, gdy przyzwolenie od gwiazd było pewne i jasne, ale i w dzień. Jakby zawsze chciały o sobie informować, jakby nie potrafiły nie wołać, nie wzywać, nie przypominać…

Kto stworzył to miejsce?

Nie pamiętano. Nikt nie wiedział też kiedy to się zaczęło, ale legendy głosiły, że pierwszy kamień, wielki, dziś już obłupany, dziwnie zmurszały, wzbogacony o piaskową kupkę u podstawy, ale wciąż widoczny, złożyła tutaj Ona… gdy przyzwano pierwszą duszę do stworzonego ciała. A to ciało zaczęło pragnąć niemożliwego… marzyć, śnić i prosić. Tworzyć Bogów Mniejszych i Całkiem Malutkich, wyplatać dusze dla Nienamacalnych Ciał z wilgotnych sitowi, pruć Linie Żyć, składać obietnice ze zmienną liną czasu… ot żyć po prostu pomiędzy tym co istnieje, a i tym, co niezwykle tylko dla niektórych możliwe…

Może i nikt nie wie kto to zaczął i dlaczego, może i nawet nie pamiętali, że sami tutaj przychodzili tak często, przynosząc otoczaki i tworząc z nich piramidki, zbijając dziwne przełamane krzyże, wieszając szmatki kolorowe, powierzając pamięć i oczyszczając siebie z przeszłości. Może tak było łatwiej i lepiej… ale każdy znał jego, pana tego miejsca, Starego Mikkela. Zasuszonego, wysokiego starca o pociemniałej skórze i pojedynczych włoskach wystających spod kraciastego, spranego kaszkietu i z brody. Długich członkach przykrytych czymś na kształt płaszcza, który już dawno zapomniał o swoim pierwszym kształcie. Tak bardzo był pomarszczony, a jednak tak dziwnie sprawny i silny. Była w nim jakaś moc, która sprawiała, że nikt nie krzyczał, nikt nie niszczył… mimo brakującego płotu i wytyczonych ścieżek, każdy wiedział co wolno, a czego nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0503

Czasem przychodzi mi do głowy dziwna myśl.

Zazdrośnie rozpiera się i wygania mi inne myśli z głowy. Tłusta jest taka i z łatwością wypełnia cielskiem całe połacie pofałdowanej umysłowatości. Niczego się nie boi… ni zniknięcia, ni rozmycia, ni zastąpienia innymi myślami. Gorzej. Ona dobrze wie, że jak się jej będzie chciało, to sobie pójdzie, ale nie wcześniej!!! O nie!!! Bo ona jest tutaj na miejscu, jest tutaj u siebie i w ogóle, nawet nie musi płacić podatków, czy wduszać monety w parkometr. Po prostu, oto jest jej miejsce, które tylko czasem seryjnie rzadko i sporadycznie, udostępnia innym.

Dziwna myśl…

Myśl, że mój świat jest inny wielce. Inny o wiele. Różni się… i że tak serio już nie pamiętam tego, co było przed nim. Pamiętam tylko ból i strach. Wielkie budynki, niebyt nieba, drzewa, które zapomniały jak to jest być drzewami i przerażone byciem krzewinki. Kamienie, które spały i nie wtłaczały swojej siły w codzienność… i siebie samą gdzieś tam. Dziwnie nieobecną. Zamkniętą pomiędzy jednym muszę być, muszę mieć, a innym muszę chcieć. Jakby wszystko to przed Wyspą było tylko kiepskim snem. Złym nawet, może i koszmarem, ale takim, do którego w końcu się przyzwyczaiłeś, więc nie zakskauje, nie przeraża, po prostu starasz się nie oddychać i jednak żyć. Nauczono mnie, że czas wolny nie istnieje, że zawsze trzeba coś robić, nawet jak ci wmawiają, że właśnie odpoczywasz, to krój też warzywa na sałatkę… drobno.

A teraz i tutaj… czym jest to wszystko?

IMG_0501

Na Wyspie praca to praca, czas pomiędzy pasją i wakacjami. Wypełnienie, które daje finanse, ale które też powinno rozpieszczać i robić każdemu dobrze. Ogólnie mówiąc stres w miejscu pracy to zło i od razu trza o tym rozmawiać, no i jak dziecko ci choruje, to od razu jedziesz do domu. W połowie pracy masz oczywiście frokost, bo wiadomo, trzeba i jeść i odpoczywać… a jak ciepło, to może i na plażę skoczysz?

Tak, oto jest dziwny świat.

Czuję się w nim, jakbym jako dziecię i młody dorosły wychowywała się w gułagu, czy innym nader polskim obozie. Za moich czasów się pracowało. Pomagało w domu ZA DARMO! Ha ha ha już widzę, jak mówię Babci, że wyplewię ogródek za kasę. Buahahaaaa… w życiu nawet nie przyszłoby mi to do głowy! Na Wyspie dzieci są bidniutkie, bo muszą się uczyć. Kurde, czyli już nie uczycie się dla samej nauki i wyprowadzenia się z domu? Ech!!! Nastolatki!!! Co się z wami porobiło, że kurcze jakoś wolicie być ze zgredami? Lepiej, już nie jest obciachem, jak cię stary podwozi na imprezy i randki? Osz w dzioba!!!

No nic, z jednej strony Wyspa jest specjalna i idylliczna, z drugiej jest też ludzka. Nawet może i trochę zwyczajna? Co rano dzieci idą do szkoły, jadą rowerami, czekają na autobusy i wyglądają jak zadżumione zombiaki ze słuchawkami w uszach, wpatrzone w telefony. Zresztą nie tylko one. Ich rodzice przekraczają prędkość na drogach i zrzędzą na radary… ot jak wszędzie. Dodatkowo dla nikogo tutaj robota się nie liczy. Oj pewno, że jest potrzebna, ale określa cię to, co robisz w tak zwanym czasie wolnym. A tak, na Wyspie istnieje czas wolny. Jeszcze nie dawkowałam, ale kiedyś się przekonam co to znaczy… kiedyś się odważę nic nie robić i robić nic. Biegać, latać, co tam jeszcze, piwo pędzić, smalić duby i tak smalone i ponownie odkrywać to, co odkryte… jakby praca i wykształcenie nie mogły być pasją. Bo przecież w końcu zawsze można zmienić zawód, zawsze pójść znowu do szkoły, na studia – tutaj ci jeszcze za to zapłacą!!! Kurcze, a ja musiałam pracować na studia. Ech!!! Gdyby człek wiedział, czy urodziłby się tutaj? Ale wtedy… czyż nie byłby też tak dziwny i ślepy jak oni?

Tak łatwowierny głupocie przemijającej, po głupocie następującej…

Ostra jestem?

A jestem… może i zgorzkniała, gdy widzę, jak inni nie wykorzystują tego, co mi samej przychodziło z takim trudem? Może… Zwyczajnie odpuszczam i olewam. Nie chcę się przejmować cudzym cyrkiem i małpami, co nie są moje. Nie zmuszajcie mnie do tego. Nie mam na to życia. Mam je na siebie… Oto moja nowa moda i styl życia. Kochać siebie, wierzyć w siebie i o siebie dbać! O swój kąt, swoich ludzi, o swoje, bo przecież jeśli nie ja, to kto? Tutaj każdy dba o siebie. Czas więc nawrócić się na to życie, w którym istnieje przymus wypoczynku, wakacji i dbania o własne cztery litery. Czas może posmarować się ową filozofią ludzkości, która się nie musi bać…

Tylko jak to zrobić?

Jak w tym wieku, bliższym starości niż młodości, nagle zmienić samego siebie. Nagle siebie zacząć dopieszczać? Usz, to dopiero wyzwanie!!! Nusz trza będzie zajrzeć na strony z gadżetami pieszczalskimi…

IMG_0499 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cmentarz Marzeń, Życzeń i Snów… została wyłączona