„Zbudziła się zwyczajnie.
Z opieszałością i lękiem, że kurcze pewno znowu zaspała do roboty! Ot jaka to ulga, gdy robota we własnym domu, bo z nieumytą facjatą, a i oddechem zdolnym śmiertelnie ukorzyć wielkich i małych, zwyczajnie można czas nadrobić. Leci do komputera, czeka na światełka, przez chwilę ma ndzieję, że a nóż widelec i łyżka Szwecja odcięła neta, ale nie… nic z tego. Czerwony dolny migacz raptownie odcina jej dopływ powietrza. Zmienia się na zielonkawą ostrość i wszystko działa.
Niestety.
I nie ma wymówki!!!
I znowu trzeba… Palce jakby odłączone od reszty ciała, zmęczonego, skapcaniałego i lekko woniejącego rozkładem śniących godzin, lataą po klawiaturze jak szalone. Zdaje się czasem, że odłączają się od dłoni, ale to tylko chyba ułuda, czyż nie? Wzbogacony flaszką wody umysł, wciąż jeszcze śni, więc cokolwiek płodzi zdaje się mieć i nie mieć miejsca. Ot trzeba nadgonić prześnione godziny… temu odpowiedzieć, temu pogratulować, tamtemu znowu po raz kolejny przypomnieć, że jest ino homo, bo na dwa sapiensy nie zasługuje… Taka praca no. W końcu nie można codziennie wydobywać z ziemi przeżartych szkieletów i w symbolach się kąpać. Trzeba też robić coś wyłącznie dla kasy. Nie ino iść w dzicz i myśleć, ale i działać bezmyślnie…
Właściwie byłby to dzień jak co dzień, ale… no właśnie. Po chwili, dłuższej może z powodu sennego zamroczenia, a i dziwnej powolności ciała w stosunku do umysłu… zauważyła, że za oknem prowadzącym na taras, szklanym i pokazującym, a nie odbijającym, na szczęście, bo by zobaczyła może przez przypadek zbyt wiele… ale zauważyła. Dziwnego, szarego, chudego mężczyznę, chyba mężczyznę, w pelerynie z kapturem, który u swojej bułowatej stopy w wielkim kapciu miał… BLEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!! turlającą się głowę, której poruszały się i oczy i włosy?
– Ale jak to? W ogóle? –
Ojeblik, mała ucięta główka, która w końcu jakoś dostała się do zamroczonej Chatki Wiedźmy, z lękiem spoglądała na Pana Tealighta. Stali obydwoje w pokoju głównym, nad wciąż śliniącą się na dywan Wiedźmą Wroną Pożartą i nie rozumieli, dlaczego tak na nich zareagowała. No może i nie była wybitnie przyjazna, ale przecież spotykali się prawie codziennie… i raczej nigdy nie krzyczała, bladła, krwawiła z uszu i mdlała na ich widok!!! Nigdy!!!”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Stopniał!!!
No jak on mógł.
Wziął i stopniał.
O tempora o mores, o dżem ze śliwkami i figowe rozkosze!!! Śnieg mi zabrali… usz! Widać wiosna, czy coś? Ale to jeszcze miesiąc mojej zimy! Oddawać zimę!!! Mrozić robale! Serio, one chcą być kryształkami na wieczne do mej Chatki nieprzychodzenie!!! Cóż… cokolwiek bym, chyba z tym sobie nie poradzę, widać po zimie, czy coś, ale nie tracę nadziei. Pani Wyspie złoży się w ofierze przypadkowego turystę i może jeszcze pozwoli na zimowanie? Bo widzicie… u nas jak się o coś prosi, to najczęściej się to dostaje. Nie no, bez obaw aż wszystkich życzeń nie spełniamy, ale zwykle co chciałeś, to się dzieje. Może i minie zbyt wiele czasu, ale się dzieje!!!
Zielona trawka uśmiecha się radośnie, dumna z siebie, iż ponownie ni nie zgniła, ni nie zszarzała, ni w ogóle serio nie zauważyła zimy. Że wciaż rośnie, zmuszając firmy dziwaczne do produkcji koszarek trawnikowych podśniegowych. Bo co… bo przecież jak jest luka, to zaprawdę wszystko wcisnąć współczesnemu odbiorcy można!!! Jeszcze się naklei jabłuszko, czy inne owoce jej na maskę i będzie…
Czasem mi się wydaje, że serio nikt mi nie wierzy, jak przypomnam, że do poczty to mam kilkadziesiąt kilometrów, a co do sklepów, to jest ino w tych dwóch to, co jest, a raczej nie ma tego, czego nie ma… To mój Mniejszy Kraniec Świata ze wszelkimi za i przeciw. Chociaż jak dla mnie to wszystko ma ZA!!! Bo przecież bez tak wielu rzeczy i spraw można się obyć, bez dupy bólów i problemów tych, co to je sobie sami przędą, by później tkać dla nas koszmary… a po co komu cudze, jak się ma swoje!!?
I tylko bez tego powietrza się nie da żyć.
Tej kurna riwiery, wody i drzew. No nie da się… więc olać brak serka homogenizowanego i kiszonych ogórków! No dobra, olać ino tymczasowo, iść po prośbie potem… i oddychać. Nawet tą wiosną, co to miała być zimą. Co to teraz, w tej chwili z dziwnym promienistym rzężeniem, wdziera się w płucka. Ostre, czyste, lustrzano-kryształowe powietrze nie tylko włazi w ciebie przy lekkiej temperaturze stopnia jednego, ale i przede wszystkim odbija twoje grzechy i przewinienia. A potem usprawiedliwienie wypisuje, kojąc nadmierne myślenie. I ten wiatr…
Usz tarmosi dziś niesamowicie!!!
Wietrzysko dzisiejsze nosi miano: Sprzątaczki, co Olemu nie pozwoliła na trzy w łóżku praczki.
Hihihi…
Bo tak sprzątają te powiewy. Tutaj zamiotą pod gałązki liściowie zeszłoroczne. Tam znowu strząsną jakieś ostatnie wzrosty i zarosty. Bo widzicie… wiatery nie mają problemów ze sprzątaniem. Jakoś nikt ich nie oskarża o zamiatanie brudów pod dywan, bo nawet jak wciskają coś pod ściółkę i trawniczek, to przecież ślady tego zabiegu niedługo znikną. Bo przecież w tym przypadku na tym to polega. By ponownie wróciło w dół to, co było na górze i znowu górą się stało.
Spoglądam na te szalone, maleńkie białe dzwonki i zwyczajnie ponownie się dziwię. Ponownie nie wierzę, że znowu się udało. Że ponownie wszystko rośnie, odradza się, budzi i płodzi. Ot zwyczajność codzienności pór roku. A może tylko dla nich zwyczajność? Dla cebulek pod grubą warstwą ziemi wciąż chłodnej, dla korzonków i nasionek? Bo dla mnie… nigdy nie będzie to zwyczajność. Raczej cud za każdym razem. Raczej niemożliwe, które staje się po kilku dniach zwyczajnością. Odrodzenie, które w końcu przyjmuje barwy codzienności…
… tylko…
Taka moc w tej naturze!!! Ot lekko może i kanibalistyczna, ale i co w tym złego? Przecież tak jest od zarania dziejów. Jedni odchodzą, inni się nimi karmią. Jedni rosną, by stać się jedzeniem tych, którzy wciąż wzrastają. Prostota… której my ludzie chyba nigdy nie pojmiemy. W obliczu kolejnych mód na życie, na jedzenie, na bycie, oddychanie, sranie i pierdzenie… wyłączamy w sobie naturalność podpowiadającą jak żyć. Wrodzoną siłę miażdżymy słowami tych, co się podobno znają… I po kiego żółwia? Świat się kręcił bez nich, więc po co nam oni teraz?
Jeść by przetrwać.
Nie mieć jedzenie… oddychać i jeść, dach nad głową, czysta woda, myślenie, intuicja i wyobraźnia. Rozwój, ale nie szalony, nie ten, któy sprawia, że przestajemy być ludźmi, a stajemy się maszynami, czy raczej marionetkami w innych rękach. Cholernymi pacynkami, które mając awersję do anala, wciąż pozwalają sobie wsunąć w ciało całą dłoń. Ech!!! Pytasz dlaczego mieszkam na Mniejszym Krańcu Świata? Ot by samej wybrać co chcę widzieć i słyszeć. By być głuchą i ślepą, gdy mi pasuje. By żyć, a nie tylko… być dla innych kwestią finansowego bożego dopustu. Oj tak, nie mam telefonu, co na pewno będzie oznaczać, że wkrótce pozbawią mnie uprzywilejowanych bezeceństw jak dowód osobisty, czy coś… więc przestanę istnieć. A może tak naprawdę współczesność już zdecydowała, że jak nie śpisz z ajfonem, to nie istniejesz…
A może tylko ja istnieję, a wy to appsy?



