Pan Tealight i Kamienna Wiedźma…

„Stały tam.

Świadome wszystkiego i zaskakująco ogromne, różnorodne, a jednak czy zwracające na cokolwiek uwagę? Czy w ogóle obchodziło je coś poza nimi samymi, a może jednak… nawet to nie miało znaczenia?

Może? Może tak naprawdę ich tutaj nie było, a był tylko i wyłącznie ten zimny, przejmujący, wysysający z kości szpik, wiatr? Może. Siekło zamarzniętym deszczem tak, że skóra z twarzy Wiedźmy Wrony Pożartej odchodziła z płatami i odradzała się na nowo… a może jednak nie. Nie tak było. Skóra złaziła, a zamiast niej tworzyła się nowa właśnie z tej wody, z tego nibygradu. Z tej mroźnej wilgotności, która odbijała się od kamieni i czepiała się jej samej.

By dojść do kamieni trzeba było iść i opierać się wiatrom. Jakby serio przejść należało jakiąś dziwną krainę, odpowiedzieć na setkę zagadek, udowodnić swoją odwagę, miłość, wrażliwość, odpowiedzialność i dostępny, aczkolwiek i odporny pęcherz. Tutaj Wiedźma Wrona przegrała co prawda, ale chyba i tak ją wpuściły… duchy. A może po prostu i tak nikogo nie było, więc zwyczajnie odpuściły. Dały jej mierny na egzaminie kończowym, pozwoliły nie wywrócić się na dziwnych, mokrych schodkach… tu ją przytrzymały, wietrząc w tej dziwnej kulce, zasmarkanej i dyszącej, depczącej sobie po szaliku, jakąś nietypową rozrywkę? Bo nikt inny w sztormową wichurę nie odwiedzał kamieni. A może tyko nikt specyficznie anormalny…

Kamienie.

Nie były nowe, nie były chyba nawet kamieniami. Ustawione w formę łodzi czekały na coś, a może na kogoś? Na pewno nie na nią, bez przesady, może i była pocieszna, ale nie aż tak, by poruszyć głazami. By zatańczył ten specyficzny „stonehenge”. Szwedzki. Inny. Może i mniejszy, a jednak, patrzący w morze, wzburzone, z białą plażą, do której zejście było raczej mało bezpieczne nawet przy zwyczajowej aurze… może tak naprawdę są arką? Tą Arką? Może tylko czekały, przez wieki drewno zniknęło, zniknęli ci, którzy pamiętali, odeszli ci, którzy chcieli zapomnieć…

Jednak, czy wciąż były gotowe?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6582 (2)

Z cyklu przeczytane: „Wyspa zombie” – … intrygujące? A może jednak nie? Może to zwykła tęsknota za wiecznością? Za nieumieraniem, nie starzeniem się. Za czasem, który można podporządkować sobie.

Posłuchajcie opowieści o wyspie. Niezwyczajnej. Bo widzicie, tutaj nikt się nie rodzi, nikt tutaj ie umiera. Ludzie się pojawiają, odrobinę inni, niczego nie pamiętający, specyficznie zimni i pokryci plamami. Bledsi i trochę bardziej powolni. Ludzie? Któż to może wiedzieć…

Oto opowieść na poły o jednym człowieku, na poły o dziwnym świecie. Znanym i nieznanym. Tajemnicy państw, pokręconej rzeczywistości. O wyspie, państwie, społeczności. O… zombie, tylko że, nie do końca o takich, do jakich przyzwyczaiła Was telwizja. Może nawet Was zaskoczą…

Niesamowicie spisana, wcale nie sensacyjna historia. Z jednej strony, nie mam pojecia dlaczego, skojarzyła mi się z „Przygodami Guliwera”. Z tym pisaniem z dalekiej przeszłości, kiedy to słowo miało znaczenie. Kiedy każde słowo je miało, więc wolno było sobie ich nie żałować. Powolna, drapieżnie ekshibicjonistyczna. Pełna opisów, ale i fascynującej intrygi. Bardziej powieść historyczna, niż coś z pogranicza sensacji i thrillera. Emocjonujące, ale i trochę przerażające. Bo co, jeśli jest to możliwe?

Jeżeli… to nie kłamstwo?

IMG_2639 (2)

Tia…

Zastanawiam się czasem, jak ludzie widzą Wyspę? Czy jest to dla nich specyficzna dzicz, coś co można zdeptać latem i o czym zapomnieć zimą? A może coś na tyle kuriozalnego, że lepiej w ogóle o tym nie myśleć? Oglądacie zdjęcia i co widzicie? Co tak naprawdę jest dla Was Wyspą? Miejsce, a może kamienie? Zabytki, artyści, morze i te wyczesan plaże? A może jednak tylko owa niedostępność? Czy dziwią Was ludzie, rowery, spacery, odporność na wietrzność… a może jednak nie? Może nic Was nie dziwi, a raczej po prostu zdumiewa? A może kurcze przeraża?

Po latach traci się ową inność. Nagle przestaje się rozumieć ludzi, którzy tutaj nie mieszkają. Nagle odrywa się od świata. Wiadomo, że on tam jest, ale tam przecież nie wieje. Nie mają sztormu, nie urywa im dachu. Nagle wszystko się nie rozświetla i pędzi Tubylców do lasu. Nagle… zresztą, może serio nie ma innego świata? Może to, co było przed Wyspą było tylko snem? Może? Któż może być pewnym, że tak nie było? Dokumenty? A tam, kto o nie dba? Przecież liczy się to, co teraz? Czyż nie? Wspomnienia? Bez przesady! Pamięć dawno już je zmieniła. Nadała inne odcienie dobrego, lub źle spędzonego czasu. Prawda nagle jest czymś szalenie umownym. Każdy widzi słonia, dla każdego to prawda, a jednak… no wiecie. Jak w tej przypowiastce o mędrcach z kiepskim wzrokiem i słoniem od przodu, tyłu i z łapami. Każdy widzi to samo, każdy widzi inaczej i każdy inaczej opisuje.

Czy w rzeczywistości każdy widzi Wyspę inaczej? Czy dla jednych jest ona więzieniem, a dla innych ucieczką i chrzanionym rajem? Skąd mam wiedzieć? Widuję małżeństwa, w których jedno jest zakochane w Wyspie, a drugie tęskni za czymś odmiennym. Z jednej strony, latem w szczególności, ta tęsknota jakoś ich nie rozdziela, ale z drugiej strony… no cóż… Zdarza się. Może tak naprawdę to jakaś klątwa? Wyspa!? Może ta ppowina i oddanie, owo zaskakujące posłuszeństwo, to tak naprawdę jakiś zamysł ciemnych mocy? Takich wiecie, co to nie przyniosą prezentu, ale wyżrą całą czekoladę, którą zakamuflowaliście na gorsze dni.

IMG_8665

Powoli… bardzo powoli, robi się zimniej.

Nie oszukujmy się. Pewno, że u nas minus dwa to rzadkość nad rzadkościami, ale wiecie… tęskni mi się do mrozów. Z drugiej strony, gdy wieje północny, uszczypliwy wiatr, to jakoś tak nie tęskni się za tym? No nie wiem. Gdy tak stoi człowiek na skałach i patrzy na to całe bujanie, to serio nie chce mu się jechać na zakupy. Znaczy płynąć. No dobra, nie tyle na zakupy, co raczej na wycieczkę. By zobaczyć to wszystko, czego tutaj nie ma. Masę drzewek, światełek, z których nie wszystkie są mleczne, żółtawe i białawe… bombeczki, krasnale, IKEA… Sorry, ale jak już tgo chcesz, no to musisz popłynąć. No dobra, mógłbyś polecieć, ale też buja, a po drugie, nie przywieziesz raczej samochoda i fotela i jeszcze rozmontowanych szafek. Trzeba wsiąść na prom. A promów mamy kilka. Cudowny Povl Anker. Kocham go! Ciężki, powolny, ale nie buja jak podskakujący na pierdach kork. Mózg jakoś tak nie podskakuje pod czaszką i ogólny brak ciążenia ku ziemi nie znika. Płynie dostojnie, jakoś tak mierzy się z wielkimi falami, gdy małe katamarany zostają uziemione w porcie. Uziemione?

Ale najczęściej dostanie się Wam Villum Clausen albo Leonora Christina. Katamarany. Nie takie mocne i ciężkie jak Hammerode, mniejsze, ale i bardziej… eee bujające. Viluś ma to do siebie, że buja jak matka dziecię w kołysce. Wyobraźcie sobie siebie już doroślejszego, matulę lekko wkurzoną i kołyskę, która czasem dziwnie i plastikowo pyka. I buj… buj… buj. Właściwie, nawet na spokojnej względnie wodzie… trudno się chodzi. Nie tak jak na mojej kochanej Pomerani. Oj jak kocham ten prom. Szkoda, że Wyspa go nie kupiła. Mocny i spory i nawet przyfali, która właściwie zalewała wszystko, spokojny dziwnie. Jakby nie takie cuda widział. Niestety już od kilku lat nie pływa na trasie Świnoujście – Rønne. Szkoda…

Mi trafił się wczoraj dzień z Leonorą.

Wiedział człowiek, że bujać będzie, więc zwyczajnie… pusty żołądek, trochę wody i milusia pigułka, bo po co się męczyć i… zaskakujące sprawdzenie paszportów przed wjazdem. Kurcze, świat się zmienia. Co prawda trzeba było tylko pomachać tym paszportem i chyba wyglądać dość biało, co o takiej porze u kogoś, kto ma chorobę morską nawet na widok spływającej wody w kibelku nie jest trudne… mniejsza. Wjeżdżasz w tgo metalowego potwara. W ową otrzymującą w końcu dary boginię, a ona cię, nie przebierając, pożera. Wciska w siebie te auta, jakby miała napad promowego wilczego głodu. Potem zaparkować, nie trafić pana w świecącej kamizelce, wysiąść, podreptać do góry, znowu do góry, znaleźć sobie miejsce i jednak nie nabyć śniadania. Oczywiście pogadanki od załogi, na telewizorkach reklamy, instrukcja zakładania kamizelki… wszyscy zamuleni i senni o ciemnym wciąż poranku. Oczywiście do czasu, bo przecież jest sklepik wolnocłowy. W jedną stronę można dostać tańsze czekolady, bo  nas mamy podatek, w drugą zaś tańsze napitki procentowe, bo wiadomo, to samo w innej dziedzinie. Na oknach kołyszą się świątczne serduszka, małe choineczki…

Ale buja. Spoglądam na faceta wpierniczającego ot tak, z łatwością, jakieś pokaźne śniadanko dziwuję się, że niektórym błędnik nie działa, a innym działa nadmiernie. Ech… nie mogłabym być żeglarzem, ale i tak, choć niewielki, ten prom mnie zadziwia. Człowiek zna fizykę na tyle, by wiedzieć, że to możliwe, a jednak… kurcze no jak? Może i ona jest z aluminium ta Leonora, może i historia jej, kobiety, fascynuje wielu, ale buja specyficznie… ekhm…

Lepiej chyba o tym nie myśleć, lepiej szczęśliwie wysiąść. Stopy wody pod kilem wszystkim!!! I tych torebeczek na rzygi w dużej ilości!!! LOL

IMG_9962

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienna Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Implant Awiedźmowy…

„Każdy w końcu do tego dojrzewa. Do wątpliwości, do wszelkiego nadmiaru pytań, posiadania mniejszej dupy, posiadania większej dupy, większych cycków, albo wacka zamiast cycków… albo wiecie, nagłego sfarbowania się na blond, na rudy, srebrny lis, lub brąz misia w krzakach robiącego kupę. Rzadką…

Wiedźma Wrona Pożarta, choć trudno było w to uwierzyć, w końcu dotarła do tego miejsca w życiu, gdzie przestaje się aż tak nad tym rozważać. Co prawda nadal żarła trawę i popijała orzeszkami, ale jednak w miarę swojego rozpasanego umysłowienia, jakoś tak… dochodziła do wniosku, że zawsze może być gorzej. Że mogłaby mieć tak wielką dupę, że ta miałaby własne satelity, garść światów równoległych i charakteryzowałaby się zbyt częstymi wybuchami atomowymi o nieznanej etiologii… Pewno, że chciała być szczuplejsza, ale poza tym, to mógłby ją przestać boleć kark, w który coś jej wlazło, przewiało, strzyknęło, no i napierdzielało stawiając pod znakiem zapytania wszelako spokojne nocki. Czasem serio była z niej taka baba, że aż Chochel, jej pisarski chochlik najniższego stopnia, zakładał gacie Chowańca na głowę i latał dookoła Chatki wystawiając swoją męskość i niemęskość na podziw i zgrozę obecnych. Na szczęści poza Błędnym Rycerzem – sąsiadem kaszlakiem zza prawego żywopłota, mało kto tamtędy przechodził… a jemu to chyba i tak było wsio rawno.

A jednak… postanowiła zamówić poprzez Pierdliwą Sieć Apajęczą implant. Cudo, które miało ją odmienić. Na chwilę sprawić, że będzie normalna, względnie wyględna, pożądająca reklamowanych cudów i lekko telewizyjna. Ściankowa, instagramowa i snapczatowa. Będzie miała telefon, zegarek, wczasy w Ciepłych Krajach i marzenia normatywne. Wiecie, no będzie jak inni. Zapolityczona, a nie zakonfundowana dziwnym kształtem chmurki na niebie. Znajoma, ale nie dla samej siebie. Żeby nie było, nie zapłaciła za niego wiele. No dobra, nic nie zapłaciła! Była promocja nazywana w sieci „nawracaniem”. Obiecywała rodzinną wspólnotę i wszelkie upusty, jeśli tylko wrzucisz sobie implant do ucha, więc… Wiedźma Wrona czekała. Miało przyjść kurierem, więc czekała bardzo i w godzinach popołudniowych. No i… widzicie, cały problem był chyba w tym, że w okresie przedświątecznym, w tym zamęcie chcenia i niechcenia, wąchania igieł, sklejonych żywicą palców i wszelkiej wiatrowości… no jakoś się pomyliła. Paczki przyszły, coś zawiesiła na choince, coś wpakowała w ucho…

… coś zadziałało, coś nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5720

Z cyklu przeczytane: „Minionki. Znajdź je wszystkie” – … eee. Żeby nie było. Może i metryka mówi inaczej, ale sama do dorosłości mam zaległości. Znaczy bez przesady. I kocham Minionki… ale jak widzę je i tu i tam i jeszcze z lodówki jeden, to zaczynam mieć dość.

IMG_3158

Z drugiej strony, może Wy nie macie, więc proszę bardzo. Zabawa z Minionkami. Trzy książeczki, które umilą pochmurne wieczory, które sprawią, że czas przedświąteczny będzie niesamowicie zabawnym oczekiwaniem.

IMG_3157

Coś do poczytania, coś do pobazgrania, coś do pogłówkowania… razem i rodzinnie. Oczywiście z małymi, żółtymi osobnikami…

IMG_3156

„Minionki. Bazgrolnik” i  „Minionki. Śnieżny dzień”… przygotujcie nożyczki, kredki i sporo czasu.

IMG_3151

Po wietrze, to strasznie człowiekowi trudno przyzwyczaić się do tej ciszy. No cicho jest. Nagle doniczki stoją na ziemi, jakby nigdy nic i paszcza skrzynki pocztowej się nie telepie. Jakby już nie była głodna, jakby serio nie chciała ni jeść, ni gadać. A może śpi? Może te gnomy, co zawiadują jej zawartością właśnie się wyprowadziły? A może wyjechały na dłuższe, świateczne wakacje? Albo, co gorsza, postanowiły wynająć swoje/nasze mieszkanko? Kurcze… no kto ich wie?

Cicho jest. A każdy wie, że jak cicho jest, to myszy nie harcują ino coś tam kombinują w tych swoich cichych norkach. Na pewno coś cichego, co jednak jest ciche ino przez chwilę, a potem… wybucha!!! Wybucha w najmniej oczekiwanym momencie, jak właśnie przymierzacie za małe portki, w które już prawie się zmieściliście, ale zabrakło oleju, albo wiecie, jak teściowa ma przyjechać, wszystko posprzątane i nagle łubudu… i odkurzacz wypluł z powrotem całą kurzową swą zawartość. Jakoś tak się okazuje, że kompletne cicho jest bardziej przerażające, niż niecicho. I gdy owo cicho serio zaczyna sprawiać, że załączyliście wszystko robiące dźwięk w domu… ponowny powrót wiatru i łoskoczące dachówki sprowadzają spokój.

Oczywiście po chwili, gdy całkowity wietrzny łoskot da Wam popalić, to wszystko się zaczyna od nowa… czasem ponownie łazicie po ścianach i takie tam… ale wiecie, że kiedyś ten wiatr ucichnie. Znaczy, no zwykle tak jest.

W okresie późnojesiennym i zimowym wyjazd z Wyspy jest… eee, no wiecie, ograniczony. Bardziej lub mniej, mocniej lub kosmicznie wymiotnie, ale nie da się ukryć, że dostać się z Europy na Wyspę nie jest łatwo. A i opuścić nią też. Zresztą, kto by tam chciał. Oj pewno, że są tacy, co pracują gdzieś poza i dzień w dzień kotłują się w samolocie, tudzież na promie, ale tak serio… większość z nas woli siedzieć na Wyspie. No wiecie, w domu! Bo ten mały skrawek ziemi i kamieni, to dom. Może uzależniający i wietrzny, ale jednak dom… i kurcze, serio ciężko się z niego wyrwać. Jakby nie tylko doczepiał pępowinę, ale i doklejał stopy, łapy i dupska. Ale wiecie… czasem trzeba wyjechać z Wyspy. No na chwilę, na sekund właściwie pięć, no dobra godzin w rzeczywistości, bo przecież o ile lot trwa pół godziny, to jednak promowa wyprawa już ich kilka. Szybszy, mniejszy i o wiele bardziej się kolebiący katamaran to doprawdy przeprawa okrutna w okresie wietrznym. Co jak co, ale sprawa ino dla wytrwałych, odważnych i wiecie… no naćpanych lekami na chorobę morską. Większe, ale wolniejsze, stare promy są o wiele milsze i bardziej wytrzymałe, ale też… bujają.

Na promie cisza już nie jest tak męcząca…

IMG_2593 (3)

Z racji, że są sprawy na niebie i na ziemi, a raczej pod nią… znaczy zaraz, pod nim, no niebem pod, nie kurna pod ziemią!!! Ech, wybaczcie, ale wiatry działają też na zatoki, które serio uprzykrzają życie!!! No mniejsza. Są te rzeczy i sprawy i czasem, raz na rok, raz na stulecie, wiecie, jak się nie da pocztą, netem, czy innymi współczesnymi ustrojstwami i trzeba osobiści i to przedśmiertnie, nie że użyjecie siebie w sypkiej postaci i po prostu dmuchniecie się w kierunku pożądanym… no czasem trzeba wyjechać z Wyspy. Wtedy wiecie, najlepiej po drodze załatwić i to, co trzeba, i to, co całkiem może być potrzebn, to co potrzebne raczej wątpliwie i to, co serio całkiem zbędne, ale wiecie, może i kiedyś świat zmieni swoje zdanie i sprawi, że potrzebujecie długich, fioletowych gaci w różowe serduszka…

No czasem trzeba.

Wtedy oczywiście najpierw należy napisać/zadzwonić do Polski i błagać o aviomarin. Inaczej się nie da!!! Szczególnie jeżeli jesteście mną i buja Was wiatr na trawniku i przejażdżka krótka autem powoduje mdłości i ogólnie mówiąc, nawet jeżeli ktoś kręci, to też się Wam od razu ulewa… musicie mieć małą, bielutką pigułeczkę. Inaczje ni hu hu!!! A takie cuda ino w Polsce. Ogólnie Polska ostatnimi czasy stała się trochę takim Meksykiem. Bez urazy, ale tylko tam są fajne leki bez recepty i te na receptę też!!! Tutaj już nawet nie dostaniecie przecież dobrego ibupromu w większej ilości. Oczywiście wszystko z troski o klienta, ale ja tam im nie wierzę. W końcu wystarczy pójść do lekarza i dostaniecie zlecenie na wielkie opakowanie… bez niego sprzedadzą Wam ino malutkie, które i tak niczego nie uciszy, a bólu już zupełnie. Zresztą… całkiem możliwe, iż traficie na lekarza całkiem polskiego i ten zwyczajnie, i całkiem oficjalnie, powie Wam, cobyście przelecieli się do Polski i zakupili dobre rzeczy w jakiejś aptece. Ech… nie ma to jak szczerość. No mówię Wam, no Meksyk. Jazda po leki, tańsze i lepsze, po żarcie i inne specjały…

Świat jest dziwny.

IMG_2631 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Implant Awiedźmowy… została wyłączona

Pan Tealight i Atypowe Wspinaczki Umysłów…

„Ogólnie mówiąc nadszedł ten czas…

Pan Tealight popadał coraz częściej i coraz mocniej w dziwną zadumę, z której nie można było go ni wyrwać, ni wybudzić i wypijał nadmierną ilość zielonej herbaty. Ojeblik – mała, ucięta główka, chodziła oblepiona taśmą klejącą i obwiązana kokardkami. A Wiedźma Wrona Pożarta chodziła po ścianach. Jakoś tak na nich wpływał grudzień. Miesiąc, w którym serio wszystko było możliwe.

Wszystko i nic.

Wisząc do góry nogami, z głową owiniętą zbyt szeroką koszulką i cyckami nadmiernie zbliżającymi się do linii żuchwy… Wiedźma Wrona Pożarta była serio nie w sosie. Znaczy może i była w jakimś sosie, ale nie był to jej własny sos. Nie był to ten sos znajomy, mało się lepiący, ale miło nabłyszczający zmysły i ogólnie upiększający. Nie było to to, do czego była przyzwyczajona. Brakowało w tym swojskich rytuałów, bezpieczeństwa, o które od tak dawna zabiegała, które oblepiała stronami, literowała, numerowa, a czasem nawet obdarzała jakimś kolorowym rzucikiem. I naprawdę nie czuła się dobrze do góry nogami, dlatego ostrożnie zlazła na ziemię nogami do niej, podniosła głowę, zwalczyła mdłości, usiadła na podłodze i palcami prawej ręki zastukała w swoją głowę.

Czekała przez dłuższą chwilę, aż w końcu zakręciła oczami, załopotała rzęsami, zajęczała, westchnęła i pociągnęła się za trzeci kolczyk prawego ucha. Dopiero wtedy w jej czaszce, tuż nad lewym uchem, otworzyły się małe drzwiczki i wyjrzała przez nie pyzata, lekko owłosiona głowa… Dokładniej to łysa głowa, ale z owłosionymi uszami. Z maleńkimi warkoczykami spływającymi z małżowiny usznej i puszkiem znaczącym środek przewodu słuchowego. Z wielkim, kartoflanym nosem, wielkimi oczami i ciałem owiniętym czymś, co przypominało starodawne, rąbkiem koronkowe chusteczki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8652 (4)

Z cyklu przeczytane: „Tajemnicze przygody Kubusia” – … i dzieci. No dzieci, wiecie, mogą być inspiracją, nie dziwota, że niektórzy tatusiowie postanowili je trochę popodglądać. Jednym z takich ojców jest Maciej Orłoś, który wcześniej zaintrygował swoim współczesnym spojrzeniem na dzieciństwo. Może i „Kuba i Mela” przerażają nadmiarem techniki, ale czy nie takie są Wasze pociechy? Teraz cofnijmy się trochę w czasie i poznajmy Kubusia…

Przedszkole, rodzina, tajemnicze okulary, przybysze z kosmosu, trochę angielskiego… do tego rysunki i śliczne wydanie. Wyprawa do lekarza, codzienność pięknej Warszawy i zwyczajność, która w tym wieku jest bardzo specyficzna i zawsze jest przygodą. Oto świat chłopca, dziecka, zwyczajnego, bliskiego prawdopodobnie Waszym pociechom. I to z obrazkami!!!

Może to pomysł na coś, co poczytacie sobie wzajemnie pod choinką? A może następnym razem idąc na spacer też założycie specjalne okulary?

IMG_3150

Wieje i leje.

Czasem się serio zastanawiam, może i niektórych to depresjonuje? Może ta ciągła muzyka… nie no, serio? Przecież tutaj ten wiatr tak specyficznie muzykuje. Aż chce się zaśpiewać, i chociaż wiem, że może to nie być najlepszy pomysł w moim wykonaniu, to jednak… coś korci. Bo wiatr nie jest jednostajny. Czasem duje przez dłuższą chwilę, potem znowu rzuca wietrznymi kulami, by w końcu ucichnąć na chwilę, rzucić deszczem, zagrzmieć, zagradzić… Ale Gorm przyniósł też coś więcej, to dziwne uczucie strachu. Przerażenie, które nagle stawia nas twarzą w twarz z naturą. Z tą siłą, która wymiata durne problemy w stylu: przysłali mi nie taki pokrowiec na komórkę, jak chciałem. Nagle przypominasz sobie gdzie są dokumenty, gdzie schowane leki, gdzie ta torba spakowana tak wiecie, na wszelki wypadek, by po prostu, gdyby coś… być gotowym. Może to i przesada, ale z drugiej strony… czy naprawdę? Czy powiew, który – jesteś pewien – porwał ci dach z twojego domu, nie sprawia, że wolisz jednak zrobić więcej, niż mniej? I co złego w tej zwykłej wiedzy, gdzie też są twoje dokumenty?

Wiatr potrafi naprawdę zszargać samopoczucie. W moim przypadku musi osiągnąć nie tylko ciągłośc, ale przede wszystkim odpowiednią moc. W okolicach 30 kilometrów… zaczynam chodzić po ścianach, a powyżej, jakoś tak po prostu padam ze strachu. Chowam się, łkam, ogólnie mówiąc potrzebuję medycznej pomocy. Ale na szczęście takie wiatry zdarzają si najwyżej kilka razy w ciągu roku i można się na nie przygotować. Znaczy przynajmniej wiecie, odrobinę… bo przecież jak już wieje i telepie twoją chałupką, że aż po raz kolejny załączasz „Twister” na komputerze, mając nadzieję, że czegoś cię nauczy… a potem mocno zastanawiasz się nad budową schronu, albo chociaż wiecie, no piwniczki jakiejś… A to przecież TYLKO wiatr. Nic to, że doniczki poleciały. Musiało naprawdę wiać kosmicznie, jeżeli wiatr uniósł nawet donicę z jabłonką. Rozumiem dźwignię, ale bez przesady! Łapy wietrzne od mojej jabłonki!!!

Wieje.

W ciągu dnia przestało padać, za to rozświetliło sie słonko. Gdyby tak wyłączyć powiewy, możnaby pójśc na spacer, oj, ale korci kurcze!!! Ale tylko wysuwam nos za drzwi, czuję jak powiew mnie zgina i przypiera do podłogi i… jakoś mi przechodzi ochota na spacerowanie. Niczym doczołgałabym się do jakiegoś mniej wietrznego miejsca na Wyspie, jak nic zrobiłaby się wiosna!!!

IMG_5494 (2)

… więc siedzisz w domu i dziękujesz współczesności za możliwość pracy z łóżka, fotela, spod koca. No wiecie, z tego świata, który nie wymaga ubrania się, malowania, w którym możesz występować w pełnym, piżamowym umundurowaniu. Oj tak, po prostu. Bo przecież kto Cię obejrzy. Jeśli tylko nie przytrafi ci się video konferencja, taka, która obejmuje coś więcej, niż tylko Twój nos… ujdzie Ci to na sucho!

Siedzisz człowieku w ciepłych, domowych pieleszach i słuchasz dziennego wiatru. oczywiście, wraz z tymi dzikimi promieniami słońca, jakoś tak owa wietrzność jest całkiem mniej drażliwa. Mniej przerażająca, ale i tak współczujesz tym, którzy wybrali się handlować na świątecznej łodzi. Słyszeliście o juleskibecie?

Juleskibet jest wtedy, gdy cała Wyspa pakuje się na… no skibet! Biorą wszelkie wytwory rąk własnych, jak na przykład czekolady i cukierki, przetwory wszelakie, dzieła rękodzieła i dzieła srebrodzieła. Są obrazy, są rękawiczki i czapeczki i oczywiście… no kiełbasy są!!! I jadą tak wypakowani, a raczej to chyba płyną, co nie? Płyną i płyną, a po drodze płynienia ustawiają te swoje cuda i wianki, by jak już dopłyną na kontynent, to móc od razu handlować. Wynajmują w tym celu całego shipa! Znaczy skibeta. Dzięki temu wiadomo, niczego nie trzeba przenosić, handel od razu pod dachem, a na dodatek w porcie tak nie buja, więc… Może i w tym roku sztormowo było, ale i z tym sobie jakoś poradzili. Bo wiecie,  nas jak są problemy z promami, to raczej z tymi nowoczesnymi, nie dobrymi, starymi skibetami.

Na Wyspie już stanęły choinki. Jedne w doniczkach, inne już pofrunęły, a jeszcze inne mocowane są takimi linkami, żesz kurcze aż człowiek ponownie zastanawia się nad tym, jak to jest z Wyspą… czy coś nas trzyma ziemi, czy może jednak wciąż latamy? No wiecie, obyśmy nie zatonęli, bo po kiego kopiować pomysły Atlandtydy? Trza wymyśleć coś nowego… lećmy!!!

IMG_5495

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Atypowe Wspinaczki Umysłów… została wyłączona

Pan Tealight i Wypożyczalnia Blondynek…

„Loczki… blond totalny. Długie, kręcone za pupę, a może proste, może tylko zwykły paź, może tylko coś tak krótkiego, co wygląda jak aureola nad całkiem jej niegodną czaszką? Może? Może jasny blond, może ciemny, może pasemka słonecznie, może zwykła słoma… a może jednak coś tak błyszczącego, że aż oczy wypływają? Albo biel. Typ: dzieci kukurydzy. Włosy tak jedwabiste, że zdaje się iż wystarczy kichnąć, a rozniosą się w eterze niczym srebrzysta mgła. Albo…

… tyle tych typów. A wszystko określają jako blond i wciąż, mimo wszelkich żartów i poszturchiwanek, pragną. Wciąż bardziej pożądane niż rudy czy skrzydło kruka, niż nawet srebrzyste pasemka, niż fiolety i tęczowe szaleństwa. Mieć je. Prostować, kręcić i spinać. Wiązać, albo rozpuszczać na wietrze. Podcinać, a może nie więzić, nie zmieniać? Uznać za żywy byt i nawet nie plątać, nie pleść, nie krępować?

Wiedźma Wrona Pożarta, mają u boku wiernego Chochela, cichaczem i w całkowitym niezainteresowaniu, postanowiła tym razem pobyć zwykłym człowiekiem i użyczywszy sobie siły i wszelkiej normalnej, wypożyczalnej ludzkości Chowańca, wybrała się na Średniowieczne Targowisko Bezwzględnej Próżności. Wybrała się tam, by dopieścić swoją julowość, by zabawić się z choinkami i popatrzeć na włochate krówki, by umknąć Gęślim Rabusiom i oczywiście… zabawić się z kamyczkami, ale tego się nie spodziewała. Ich. Blondynek. Prostonogich i pięknie zaokrąglonych. Z oczętami, w których każdy się zakochiwał, z lokami, które wszyscy pragnęli dotknąć, pogłaskać, pocieszyć się ich złocistością i miękkością. Z twarzyczkami, które urzekały słodyczą. Z tymi grzywkami, głosikami, którym nikt nie mógł się oprzeć. Bo było w nich coś z syrenic, owych jątrzących swym kwileniem i pieniem w męskich duszach. Tych wyduszających z nich wszelkie soki… oszukańczych dziwek!

Dobrze choć, że były tak niskie… choć spora część mężczyzn zdawał się być oczarowana ich wymiarami, piersiami jasnymi, boczkami zaokrąglonymi przyjemnie… i jakoś nikomu, ale to serio nikomu nie przeszkadzało, że były świniami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5026 (3)

Z cyklu przeczytane: „Tajemnicze przygody Meli” – … myślę. Serio, tak sobie myślę, że o cywilizacji świadczą najbardziej… właśnie bajki. Nie oszukujmy się, jeśli w dzieciństwie karmi nas się odpowiednimi opowieściami, życie dorosłego jst ekscytujące. Bajki to najłatwiejsza szkoła! Najcudowniejsze opowieści, które kształtują nas w nas samych. Są przecież takie, które pamiętacie do dziś…

… czyż nie?

Maciej Orłoś zaintrygował swoim współczesnym spojrzeniem na dzieciństwo. Może i „Kuba i Mela” przerażają nadmiarem techniki, ale czy nie takie są Wasze pociechy? Teraz cofnijmy się trochę w czasie i poznajmy Melę… Maleństwo, dziewczynkę, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę ze światem. Ma przecież dopiero pięć lat. Na spacerach z Mamą czy Dziadkiem poznaje świat. Czy to krasnoludki, czy bursztynek… wszystko jest przygodą, opowieścią, wspomnieniami. W każdym zakątku tego świata kryją się historie i jakoś tak bardzo łatwo pociągnąć je za język.

Ślicznie wydana, przyjemna, współczesna bajka.

IMG_3146 (3)

Afera truflowa?

A dlaczego nie? No przecież nie możemy być gorsi od reszty świata, czyż nie? No weźcie no! Może jesteśmy ino niewielką Wyspą na Bałtyku, ale przecież co… my truflów nie mamy? Przecież mamy świnki wolno się, nie niewolniczo pasące, więc dlaczego nie trufle? I przecież cóż innego mógł pomyśleć człowiek jak znalazł takie coś w ziemi… no pomyślał właśnie o truflach…

I zaczęło się. Cała Wyspa zaczęła szukać trufli, bo przecież jak jeden znalazł, to dlaczego nie ja? I szukali, szukali i szukali. I wiecie, okazało się, że nic z tego. Temu się pomyliło, tamtemu się porąbało, a jeszcze tamten to się chyba ogólnie na grzybkach nie wyznaje i tyle… Tak się skończyła wizja – u niektórych – grzybowej, truflowej Wyspy. Świnek pląsających pod drzewkami, ludzi, którzy wymieniają pieski, szczurki, węże i kotki na prosiaczki.

No wiecie, można mieć i dziwne marzenia.

Julemarket w Middelalder

Po raz trzeci chyba udało mi się trafić na świąteczny market w Middelaldercenter. I wiecie co… co roku czekałam na niego w oczekiwaniu, odmawiając sobie wiele miesiąc wcześniej, gromadząc wszelaką kasę… ale w tym roku była to porażka. Porażka na całego i w pełni. I nie chodziło nawet o pogodę. Piękny, słoneczny, bezwietrzny poranek nagle przemienił się w deszczową zawiejkę. Ale przecież jesteśmy do tego przyzwyczajeni, więc jedna para gaci więcej i już stawiamy czoła pogodzie. Zresztą, bez przesady! To tylko woda i wiatr mroźnisty. Ale w tym roku coś się zmieniło. Jakoś tak market przeniósł się do „średniowiecznych” zabudowań. Pomieszczenia gospodarskie były puste, wszystko do zobaczenia w grodzie, a tam… a tam pieruńsko zimno, nadmiar ludzi poprzebieranych w stroje epoki odstraszających od stoisk i same stoiska… Ech, po takim miejscu jednak oczekuje się czegoś innego. Czegoś bardziej magicznego, czegoś starego, wiecie, pradawnego… Tutaj przychodzi się po magię przeszłości. Nie tylko po to, by pogłaskaś gęsi – wredne, rozdarte paszczury – no i świnki – kurcze, wiedzieliście, że istnieją świnki totalne blondynki. Serio, świnki z loczkami. oczkami blond w stylu nie tyle mokrej włoszki, co raczej wiecie, porannie splątanej lekko, ale grzywki im się nad ryjkami kołyszą… słodkie takie!!! Ludzie, no przecież te potworki są po prostu picture perfect!!! Aż się niektórym zachciało hamburgera.

No i są oczywiście krowisie. Kudłate, czarne i brązowe. Zaczepialskie, ale jakoś w tym roku całkiem słabo zainteresowane człowiekami spieszącymi do ludzkiej zagrody. Zagrody, w której jest CIEMNO!!! A tak, w każdym miejscu brakowało na markecie światła. Jak już przedarłeś się przez zastępy osobników poprzebieranych, przez zastępy sprzedających i ogólnie trzęsących się… to sorry, ale w moim przypadku nie wychodzi podpatrywanie cudów na stołach, gdy wszyscy gapią się na mojego Misia!!! No nie idzie. Zresztą, wiecie, cała ta atmosfera, ciemność i facet przygrywający na harmonii, jakby chciął ją rozpuknąć… było kiepsko. Na szczęście mój ulubiony Pan Od Kamieni był i mam kolejnego krzemyka, ale cała reszta – kciuk w dół!!! Serio! Rozumiem średniowieczne klimaty, ale jeżeli mamy pośród nich nabywać aniołki z gazet, to sorry, ale potrzebujemy światła. Wlezienie do chatki, w której okna mają rozmiar igielnego ucha i oczywiście nie mają szybek ino błonki – to nie przejdzie przy sprzedaży.

Kurcze, a dotąd był to mój ulbiony julemarket. Czuję się oszukana!!!

IMG_8453 (3)

Julemarkety w Sandivg?

Najpierw… latarnia. Przegapiłam ten malutki market rok temu i… serio żałuję, bo nawet w kosmicznych porywach wiatru, w deszczowej aurze, zatopić się na tym wzniesieniu w otaczającą przyrodę… spojrzeć na latarnię, uzmysłowić sobie jak ważne jest światło, gdy strach jest wszystkich, gdy nie ma już bóstwa, do którego możesz się pomodlić i w końcu je widzisz. Światło latarni. Przystań.

Ratunek…

Niewielki może julemarket – w kilku pomieszczeniach mikrego, ale romantycznego, białego domku z przepięknym krzakiem przy wejściu, z widokiem na Szwecję, z marzeniem przesiedzenia tutaj najkrótszej nocy… jest zajebisty! Jedna kobieta, masa cudów. Renifery z iglaków, przecudne skrzaty, no i świnki na choinkę!!! Cuda do powieszenia, do postawienia, a do tego na zewnątrz misa z drewienkiem, gdzie możecie sobie podpiec kiełbaskę. Oczywiście w środku można usiąść, zjeść coś i wypić. Jasno, kolorowo i ciepło. A do tego ta wąska, kręta droga w górę. A! I jeszcze krowy w lesie. A co! Nie wiem co one tam znajdowały, ale jadły w takim niesamowitym skupieniu, że aż chciało się spróbować tych trawek pod zbrązowiałymi listkami. Ale jakoś tak zatrzymać się na tej wąskiej dróżce, krętej i całkiem mało bezpiecznej nawet przy sprzyjającej aurze… wiecie, nie jest to raczej zalecane.

Oj nie!!!

Ale to nie wszystko w Sandvig.

Tuż nad wodą, w cudzie zaprzeszłej architektury, z widokiem na hotel, który bardzo chce się sprzedać, mamy kolejny market. Świąteczny i przemiły. W ciepłym, jasnym wnętrzu, a dokładniej w dwóch wnętrzach macie nie tylko miejsce by sobie przysiąć i coś wypić, czy zjeść, pogadać z sąsiadką, czy spotkać się z ukochanym… ale przede wszystkim macie świąteczność. I to żadne tam pierdu pierdu! Na jednym stoliku ozdoby z… futra foczego. A tak, mamy tych foczek aż nazbyt wiele, więc odpuście sobie pierniczenie. Czyż nie lepsze to, niż plastiki? Z drugiej strony piękne stroiki i przezabawne, świetnie wykonane ozdoby na choinkę. Od razu przy wejściu złapałam dwie świnki. A co… takie mam zboczenie świńskie w tym okresie. Potem ptaszek na choinkę, ale po prostu mieszanka zamszu i bawełny, no magia czysta. W kończu powąchać trochę drewniane miski, artysta namaszcza je pod koniec woskiem pszczelim, więc wyobraźcie sobie ten zapach… No i sztuka. A tak, trochę metaloplastyki, trochę gliny – domek i świnka dla mnie. Bo lepiej nakarmić artystę, niż przypierniczyć korporacjom!

Do domu człowiek wraca świąteczny, zwinąwszy ze sklepu jeszcze paczkę kartek z krasnalami, bo przecież nigdy nie wiadomo… może napisze do mnie ktoś, od kogo kartki się nie spodziewałam? Bo wiecie, ja to chyba zawsze, niczym durny w ścianę walący, zawsze mam tą cholerną nadzieję…

A teraz Gorm.

Wieje…

Znaczy, widzicie jeszcze przez chwilę nad nami cisza. Dziwna. Nic się kurcze nie rusza. Nic, a nic. Ale za chwilę jak nic… poleci. Orkan jest już za rogiem. To ograniczyli, postraszyli pomarańczowym alertem. Tu coś zamknęli, odwołali promy…

Gorm?

IMG_6077

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wypożyczalnia Blondynek… została wyłączona

Pan Tealight i Krowy Wielce Nieświęte…

„Muczenie…

Tak, najpierw pojawiło się, w siąpiących ramionach poranka, z których nikt nie chciał się dać wybudzić, właśnie ono… muczenie. Dziwne, drążące sny, które serio nie chciały odpuścić i przestać być śnionymi wchłonęły muczenie i skumulowały je w kolorach i innych dźwiękach, ale… niestety nie na długo. W końcu, powoli jednakowoż, Białe Domostwo zaczęło się wybudzać. Znaczy, najbardziej pomogły wrzaski obudzonej i wściekłej Wiedźmy Wrony Pożartej w negliżu, która czym się dało łomotała w drzwi, okna i ściany. Wszyscy wylegli, głównie w dość zaspanej pozie, ale w pełnym umundurowaniu, gotowi odebrać zakłócony im spokój…

I wszyscy raptownie, niczym żona Lota, stanęli nieruchomo pocąc się całkiem na… słono. Bo w końcu zobaczyć coś takiego o mało radosnym, lekko wietrznym, mroźnym piątkowym poranku nawet tutaj, nie zdarzało się często. I powodowało nagłe odwodnienie, drżenie członków i nawrót wszelkich, zaleczonych tików. U wszystkich i wiecie co? Było w tym wzajemnym przerażeniu coś jednoczącego ich wszystkich. Coś spajającego ich w prawdziwą rodzinę, zdolną pokonać każde zło, wspierać się, kochać i zawsze na sobie polegać. Zawsze…

Dzielić się każdym deserem, pamiętać o urodzinach, imieninach, rocznicach, pamiętnicach i świętach. Pozwalać im na nerwowość i zawsze wysłuchiwać do końca. Po prostu być, nie tylko dla siebie, ale i dla innych i… nigdy się nie bać. Czuć, że jest się wspólnotą, czymś więcej, niż tylko atypową jednostką. Czymś ponad samotne objady i wstydliwe podjadania, kimś, kto nigdy nie musi dojeść tortu sam do końca… kimś…

… a potem nagle Smok z Komina upuścił trochę pary, opary bajkowości się rozwiały, spore ognisko płonęło radośnie, a Wiedźmy z Pieca przy pomocy -nieudolnej – Niechcianych Księżniczek i Niedziewic targały wytłuczoną w jakiejś krasnoludzkiej kuźni, gigantyczną patelnię…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7232

Z cyklu przeczytane: „Zemsta stracharza” – … i koniec. I właściwie nagle człowiek ogarnia wzrokiem te trzynaście tomów i myśli sobie, no kiedy to minęło? Kiedy minął ten czas? Dopiero poznawaliśmy Toma, jego rodzinę, jego umiejętności, a teraz co?

Koniec?

Ale może jednak nie…

Może te 13 tomów, które było naprawdę niezłą zabawą, na poły opowieścią o przyjaźni, o potworach, bohaterstwie i dorastaniu… to wstęp do Twojej własnej wyobraźni? Bo przecież kto Ci zabroni śnić o znajomych bohaterach, bawić się z nimi, przeżywać kolejne przygody, poznawać kolejne… potwory. Bronić tego, co kochasz, a może dopiero uczysz się, co znaczy to słowo. Stać za tym, za co jesteś odpowiedzialnym. Dopiero, po raz pierwszy, zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo ten świat jest odmienny od tego, co znasz, jak bardzo inną jest Twoja własna rodzina…

Ale może jednak to nie koniec?

Bo widzicie, to wszystko kończy się tak, jakby naprawdę się dopiero zaczynało, więc… nie ma boja! W przygotowaniach kolejna seria!!! Ciekawe, czy będzie tak samo dobra, jak Kroniki Wardstone? Czy tak samo pociągnie za sobą czytelników, czy będzie wraz z nimi… dorastać? Nie wiem, ale mam nadzieję, bo te trzynaście tomów, to naprawdę niesamowiata historia.

IMG_3134 (3)

Tym razem afera z kotem.

Bo czemu nie? Widzicie, u nas serio nie ma wiele rozrywek, za co jestem wdzięczna Wyspie! A może są, tylko jakoś tak głupio o nich pisać? W końcu i u nas giną ludzie, zwłoki w morzu to nic dziwnego i czasem… czasem nawet zwłok nie odnajdują. Życie na morzu, życie z morzem sprawia, że robisz się bardziej ostrożny. Robisz się wyczulony na inną barwę nieba, szczególnie teraz… gdy słońca mniej, ludzi mniej, ma się tylko niebo, wodę i ziemię. I skały. Dlatego nasze wielkie wydarzenia czasem mają nóg trzy no i wyraziście miauczą. Miauczą tak mocno, że ktoś je łapie, oddaje w rce władz i denuncjuje za śmiecenie! Gorzej, denuncjuje za żarcie ze śmietnika i ogólną, no wiecie… eee… flejtuchowatość. I w ten sposób śliczny, trzynogi gość pojawił się na pierwszych stronach Wyspowych Gazet. A jak się pojawił, to i został rozpoznany. Okazało się, że on zwyczajnie pracuje na Wyspowym Śmietniku. Wiecie, taki tam przynieś-wynieś-pozamiataj i daj się pogłaskać.

A oni od razu, że bezrobotny!!!

Ech! Ale przyznacie, że oto i jest opowieść intrygująca. Lepsza niż wszelkie zamachy, bomby, interwencje polityczno-wojskowe i wciąż się nienawidzący ludzie. Jakoś tak sprawa jeża, kota, tudzież może poszukiwania zagubionego psiaka bliższe są temu miejscu, temu odosobnieniu… Bo nie oszukujmy się. To jest odosobnienie. Tylko, czy jest w nim coś złego? Czy naprawdę taką karą jest przebywanie ze sobą samym i internetem? Ha ha ha! No pewno, dopóki znowu Szwedzi nam nie podetną kabelka, ale… może jednak ni przytną nam sieci?

Poza kotem oczywiście na Wyspie wykopki.

W wielu miejscach, mimo w końcu chłodniejszej auty, pracownicy w radosnych ubranakach kładą i ciepło i internety. A wszystko oczywiście pod ziemią. A na ziemi już choinki. Tu i tam pysznią się swoją zielonkawością. Przyszły weekend to przecież już właściwie święta. Cała ta adwentowość sprawia, że serio można sobie przedłużyć owo kolędowanie, a wraz z nim pogryzanie aromatycznych ciasteczek, tudzież popijanie julowego piwka.

IMG_6585 (4)

Sumpviol ino u nas!!!

Szwedzki fiołek, ot zwyczajny byście powiedzieli, malutki, uśmiechnięty, niski… a znaleźć go można ino u nas. Znaczy w całej Danii tylko tu! Kargård Mose i Vallensgård Mose zapraszają. I to teraz, tak tak, mimo zimy fiołki są. Ekhm, widać jak szwedzkie, to może i odporne, kto je tam wie? Trzeba by się wybrać na te bagna, ale kurcze nie sądzę, by moja cielesność była mocno odporna na przemoczenie, wciągające w głębi wilgotności i takie tam. Może jednak sobie darować? A z drugiej strony, no to głupio tak. W końcu to przyrodnicza wyjątkowość. Chociaż… wiecie, no logiczna trochę geograficznie, no ale… jednak ino u nas. Gdyby ktoś chciał sprawdzić, to zapraszamy.

Może nie będzie wiało?

Bo w końcu jesteśmy w tym okresie wyspowym, który sprawia, że odcięcie nas od reszty świata jest czymś całkiem zwyczajnym. Ogromnym dar, no przynajmniej dla mnie. Bo wtedy jakoś tak wszystko można i wszystko jest wybaczone, w dziwny sposób całe zło tego świata zostaje gdzieś poza szklaną bańką i wcale się nas nie czepia. Szczególnie jeżeli jak ja nie macie TV czy radia w domu i całkowicie jesteście aspołeczni. Polecam! Serdecznie!!! Może to i egoizm, ale nie macie pojęcia jak bardzo zdrowy. Może i nie mam pojęcia jakie zabawki czy kremy są najpopularniejsze, tudzież czy rzeczywiście nasz Minister od Nauk Wszelakich powiedział, że Bóg stworzył świat – tia, takie rzeczy nie tylko w Polsce, nic z tego!!! Zwyczajnie pogoda jest taka, jaką pokazuje okno, do jedzenia to, co w lodówce, a cała reszta, cóż… nie istnieje. I jakoś nikt nie mówi, że mój krasnal ze ściany nie istnieje. Nikt nie pyta, czy te portki na mnie to z sieciówki, czy markowe, tudzież… ogólnie nikt nie zrzędzi, że nie mam zajebistych metek na sobie.

Wyspa sprawia, że człowiek zwalnia, ale zwalnia ino pozornie. Zwalnia w tym pędzie po coś, co ogólnie mówiąc jest do niczego i z niczego jest. Bo tutaj wciąż chcesz zobaczyć i to i tamto, pomacać te skały wdech wziąć po północnej stronie, a wydech wypuścić na zachód… bo tak. Nie chodzi o to, że każdy leży i gapi się w sufit, ale że pędzi po tych torach znanych od prawieków. Po naturalnej koleinie rzeczy i sprawy. I dobrze mu z tym, oj jak dobrze. Z ową cichością, chociaż bażanty się naparzają za oknem, z ową szarpaniną wron i mew na dachu i tym szybowcem białym zaraz za szybą… kurna, ale te mewy ogromne, jak indyki!!! GOBBLE-GOBBLE!!! No i z tym myszołowem siedzącym na ławce u sąsiada. Kurna, ale piękne ptaszysko…

Ot zwyczajność.

IMG_7149

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krowy Wielce Nieświęte… została wyłączona

Pan Tealight i Taki Sobie Las…

„Niby tylko las.

No przecież drzewa są takie milusie. Może i niektóre potrafią zrzucić ci szyszki na głowę, może i swędzą pod koszulką ich igły, a żywica sprawia, że się od nich oderwać nie można… ale to powietrze, to poszumienie, ściółka milusia, wszelkie pomiędzy pniami strumyki i gniazda nad głową się do pni tulącego… Po prostu raj. I to zmienny. Nie można się nudzić. Najpierw gołe wszystko i zimne, potem pączkujące, liściaste i gęste, zmieniające kolory, aż w końcu i znowu… gołe.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki od zawsze czuła pewną bliskość jeśli chodzi o drzewa. Od dziecka do nich uciekała. Jako berbeć zwyczajnie przełaziła przez płoty, darła gacie na siatkach i drapała skórę… ale tam czuła się najlepiej. Nawet tam pająki tak jej nie przerażały, dziwne głosy w głowie jakoś były też na miejscu i ciągłe widzenie innych, dziwnych, kątem oka łapanych postaci. Las i wszelkie jego cienie, dziwne pomruki, szelesty, poruszenia i ciągłe wzrastanie sprawiało, że w końcu się uspokajała. Jakoś tak zwyczajnie las zabierał z niej ten nadpobudliwy nadmiar myśli i pozwalała znów oddychać, żyć i egzystować tylko w jednym planie…

Bez rozrywania się.

Ale Taki Sobie Las miał w sobie coś, na co nie była przygotowana… nawet ona, znająca las. Nawet ona, śniąca czasem jgo sny. Nawet ona…

Widzicie, bo on był naprawdę smaczny. Niewielki, szczupły, chudy nawet, tylko górą rozłożyście lesisty, z małą rzeczką, jednym mostkiem i jedną Wyspą Nieprzystojną. Niebzyt wiekowy, mało piętrowy… był smaczny.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7003

Z cyklu przeczytane: „Dora i Witkac. Ropuszki” – … opowiadanie opowiadań. I znany z heksalogii świat. Magia i zwyczajność, niezwyczajność i magia. Wiecie, ot Toruń. Miasto i kraina, z której można przejść w całkiem inny świat, czyli Jadowska dorzuca do swojego cyklu przygrywkę. Ot kilka opowiadań, które można przeczytać dopiero po zakończeniu cyklu. Nie przed!!!

Oto niewielkie perełki, małe wyjaśnienia, powrót do znanego świata, znajomych postaci. Oto wszystko to, co już się wydarzyło, wyjaśnione bardziej. Jakoś tak nagle jaśniejsze. Spotkacie tutaj nie tylko Dorę i Witkaca, nie tylko moce niebiańskie i piekielne, ale w szczególności tych, których polubiliście, chociaż nie udzielono im przecież głosu w nadmiarze. Są przyjaciele i wrogowie, są ci całkiem nieznani i ci, za któymi tęskniliście najbardziej. Ale przede wszystkim jest akcja, zbrodnia i wszelaka magiczna dysfunkcja!!! I komizm oczywiście, giętko-cięty język…

… i zabawa!!!

Jeżeli tęsknicie za Jadowską, oto i ona!!! W formie, która pozwala powrócić do wspomnień, wyjaśnić to, co wciąż w Was jątrzyło… albo po prostu się zabawić. Bo przecież o to chodzi!!!

IMG_2631 (5)

Czasem… a może raczej coraz częściej wydaje mi się, że cała Wyspa została zanurzona w bursztynie. Serio. Gdy tylko wiatr na chwilę ucichnie, gdy tylko słońc wyjdzie ekshibicjonistycznie zza chmur i rozświetli wszystko, świat się tutaj zatrzymuje. Jakoś tak, a światło… no właśnie, to owo niskie światło, dziwnie zimne, a jednak ułudnie wrzące bawi się z liśćmi. Większość z nich już zaczęła brązowieć, zmieniać się… ale jednak, gdy pojawia się słoneczne okno, słoneczny dzień, czy raczej garść godzin przecinające zasłony ciemności, po prostu wychodzisz i patrzysz jak bardzo inaczej wszystko wygląda. Jak liście potrafią się bursztynić i złocić. Jak bardzo to, co nazywają patyną, jest logiczne, jak przemijanie może być piękne. I choć za cholerę nie będziesz tak myśleć o swoich zmarszczkach i obwisającej skórze, to liście przekonują o swojej urodzie. Wystarczy położyć się na ziemi i spojrzeć przez nie na Wyspę. Tak zwyczajnie. Oj wiem, że mokro i wszelakie gnicie dookoła, wiem, że błoto i na pewno wrócicie do domu w wersji: szlajał się i podtapiał… ale warto!!! Naprawdę. Nawet mimo iż zimno jak pierun, a raczej jak tutaj sporadycznie. Nawet było poniżej zera!!!

Hurrra!!! Ale bez śniegu… BUUUUUUU!!!

… więc leżysz. Gleba, droga w lesie, wszelkie wyciszenie. Patrzysz przez liście i widzisz całkiem inny świat. I nagle rozumiesz, dlaczego ten mały ludek w dębowej czapeczce dźga cię spiczatym patyczkiem w ucho i przesuwasz mu się z drogi, albo płacisz za parking swojej cielesności tiktakami. Serio, zawsze można się dogadać z podziemnym ludem. Także i z tym podziemnym, co nieortodoksyjnie woli mieszkać na powierzchni. Wiecie, każdy ma swoje preferencje…

… więc leżysz i się gapisz. Na te bukowe listki, brązowe, słoneczne, aż miodowe właściwie. Taki późny miodek, spadziowy, całkiem jeszcze wczesny, płynny, jeszcze się nie skrystalizował, możnaby sobie nim polać chlebek i gdy łapiecie sie na tym, że zaczynacie ze smakiem obgryzać suche liście, przekręcasz głowę, a tam jasne, serowe żółcienie. Oto klonowe cudo. Spadło jako pierwsze, więc już powoli zaczyna tracić blaszki i przeobraża się w koronki. Miękkie, drastycznie wytrzymałe, przepiękne i zmuszające oczy do patrzenia na wszystko w specyficzny sposób. Jakoś tak nagle przekręcasz głowę i już nic nie jest takie, jak ci mówiono. Wszystko ma skrzydła, jednorożce paczkują fastfooda w gazety, a małpy latające prowadzą ożywioną dyskusję dotyczącą ptasiego radia. Gdzieś tam elfy kopcą jakieś ziele, a krasnoludy… ekhm, nie nie nie, to moje kolczyki, żadne tam Wasze znalezisko kopalniane!!!

… więc leżysz. Bo wiatr ucichł i chociaż wiesz, że powinieneś wstać, bo ten spory, łaciaty niczym krowinka pies omal nie zszedł na zawał, gdy dojrzał, że nie jesteś spodziewanym, zwyczajnym kawałkiem drewna, ino oddychać; jak nic, gdyby nie odskoczył, wpadłby na tego miękkiego kamienia, który ma nóżki i właśnie ucieka… a może teraz goni psa i jego właścicielkę?

Może się zakochał? A może głodny?

Chyba czas już wstać, czyż nie?

IMG_3047 (2)

Fale całkiem leniwie, trochę tak na odwal obmywają Wyspę. Jakby odpoczywały po serii karkołomnych aerobikowych ćwiczeń. Po tych sztormach, wichurach i wszelakich tam podmorskich imprezkach…

Myślicie, że takie fale też piją? Znaczy no serio? Pociągają z gwinta? A może kieliszkami? I czy ino rum? A może piwsko z wodorostów guglają? Bo tak serio, to mimo wszelakiej jakiejś tam regularności, to czasem jak pijane tańcują. No serio, jakby się chciały tylko bawić, a wiecie, przy procentach to i wszelakie hamulce puszczają, więc… i falom wolno wszystko. Zresztą, kto to tam wie, co w podmorskościach siedzi? Szczególnie dookoła takiej wyspy, jak moja Wyspa. Nie dość, że w okresie jesienno-zimowym to podobno jeden z bardziej zwodniczych akwenów, tak na dodatek pod powierzchnią kryje w sobie potęgę zaprzeszłą II wojny światowej, cudactwa, coto skazić nas mogą i zabić w ciągu chwili, a i podobno… syreny. Nie wiem już komu wierzyć poza swoimi zmysłami, ale wiem jedno… jeżeli chodzi o Krakena, to na pewno mamy go też. A nawet jak nic ma rodzinę i to powiem wam same kurna wkurzające nastolatki. A i głośne kilkulatki, co to za nic mają ból innych i przypieprzą ci drzewnianymi klockami, ot bo tak.

Bo się rozwijają…

Widzicie. Jak wieje, to człowiekowi się pod mózgownicą kotłuje, ale jak na dzień lub dwa wiać przestanie, to kotłowanie ino nadzwyczajnie zmienia kierunek i myśli szaleją. Bo przecież w takich okolicznościach względnego i wyględnego się Wyspy naturzenia, to jakoś wszystko jest możliwe, a może… może tylko to, co w innych miejscach jest skrajnie niemożliwe, tu u nas nabiera całkiem znajomych kształtów, smaków i zapachów? No nie wiem… ale wiatr wraca. I wieje znowu i duje i każdy, kto pracuje w domu zastanawia się nad mocą tak zwanego: egzystowania piżamowego. Bo przecież po kiego wstawać z łóżka, gdy wszystko na zewnątrz raczej przytula do kołdry?

No jak?

Spoglądając na miotające ziarnowymi kulkami powiewy jakoś człowiekowi jednak przechodzi ochota na przekąskę. Co jak co, ale i na powierzchni sporadycznie chwiejnej, jak Wyspa, można dostać morskiej choroby patrząc na te ptaszki. Żesz kurcze, w jaki sposób one się bujają, buj, buj, buj… a jednak i jedzą, a potem buj, buj, buj, i odrywa je wiatr od jedzenia i fikołek robią i buj, buj, buj…

Wybaczcie…

IMG_2989

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Taki Sobie Las… została wyłączona

Pan Tealight i Niebiański Grad…

„Serio, ale co do owej niebiańskości, to wciąż wszyscy spekulują zamiast dorzucić jakieś fakty. Jakieś amorki, aureolki, czy skrzydełka. Może jednak był piekielny? Taka dywersja, czy coś? Może tylko garść diabołków podrzuca je w górę i wiecie, no one spadają. W końcu nie znają innego przeznaczenia… lodowe kulki w jednym smaku. Różnowymiarowe, różnie różniste, dziwnie nieśniegowe, a jednak jak wpadną Ci za koszulkę, to podrywasz się z wrzaskiem i wierzgasz…

Pod Białym Domostwem siedzi zaś Wyklęta Zimna Księżniczka. Wiecie, ta, której w małżeństwie nie poszło, której nawet nie rozdziewiczono, ale jednak tyle widziała, że za czystą tyż nie może uchodzić, a wszystko przez to, że on ją naprawdę kochał. Kochał podobno ponad wszystko i wszystkich, chciał z nią spędzić życie, zasadzić las, spłodzić armie, no i oczywiście wybudować jakąś Tower albo coś w stylu Mrocznego Zamczyska, tudzież Mniejszą Twierdzę, dla bardzo miniaturowych złoczyńców z nader miniaturową salą tortur ale z właściwą mocą… A jednak nie kochał jej na tyle, by znieść dotyk jej mrożących lodowych dłoni, na swojej eeee… no wiecie, okazywanej w poślubną noc męskości. Nie żeby nie robili pewnych rzeczy w lesie, na łące, wtedy nad stawem, w czasie tej podróży łódką, albo wtedy, gdy ona oblała go sokiem, a on zdjął koszulę? No wiecie, wtedy…

Okazało się jednak, że macanki w lecie ino na powierzchni ciała, a noc pośludna późnolistopadową nocą, gdy mróz rozwija swoje szpony, w kamienistej wieży, zaraz po lodowym posiłku… to nie to samo. Ale przecież nie jej wina, że on się tak zmroził, no i wiecie… no odpadł!!! Nawet on nie zdążył zrozumieć, że poza mrożeniem, jej prawa ręka robi smak mieszanki z granatów, a lewa jagodowy z dodatkiem maślanki. Nie polizał. Nic a nic, po prostu uciekł. A potem dostarczyli jej unieważnienie małżeństwa, tak zwyczajnie, listem, podobno z powodów niekonsumancji, bez „przepraszam”. Nie zdążyła nawet powiedzieć, że gdy tylko pocałuje, to BUBA minie i wszystko powróci, odrośnie, znowu będzie całością…

A niech się ugryzie kurna i sika przez słomkę!!!

Dlatego siedziała, łapała teraz ten Niebiański Grad i ładowała do kubków specyficzne lodowe desery. I złorzeczyła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6601 (2)

Z cyklu przeczytane: „Królowie przeklęci tom 2” – … bajka. Znaczy wiecie, ogólnie to koszmar, ale jeśli chodzi o sposób pisania, narracje… To bajka! Coś pięknego, stara zawsze jara cudowność. Opowieść czysto historyczna z masą nazwisk, które trzeba spamiętać, z wydarzeniami i miejscami, o których nie można zapomnieć i… I wiecie co? Tak, jak najbardziej je pamiętacie i mimo wszelkiej pradawności lektury, wciąż porywa!!! Sorry, ale Druon to mistrz!!!

Po raz pierwszy wpadłam na ową – wtedy wielotomową serię – jako dzieciak buszujący w bibliotkach. Nigdy nie udało mi się znaleźć wszystkich tomów, więc… oj pewno, że mogłam sprawdzić sobie w książkach co się wydarzyło, ale czy na pewno i do końca? Nie! Bo zwyczajowa książka od historii to nic w porównaniu z Druonem i dlatego jestm ogromnie wdzięczna za kolejne wydanie tego cyklu. I to przepiękne wydanie. Twarda okładka, śliczny druk i zapach…

A w środku historia.

XIV wiek, koronowane mniej lub bardziej głowy, albo ludzie bez głów, trucizny, podmienione dzieci, intrygi, walki, męskie wściekłości i babskie gdybania. Kobiety i mężczyźni tak różni, gdy przychodzi stanąć im przed sądem. Tak bardzo poniżane, ale i tak cudownie inteligentne, kobiety. Tak zapatrzeni w siebie mężczyźni, zawsze liczący na to, że ktoś odwali za nich całą robotę, bo oni są przecież szlachtą… ale i ci, którzy zaskakują. Błyskotliwi i pomysłowi…

Ot ludzie… i przeszłość, która sporadycznie pachnie różami!!! Pasjonująca, niesamowita i wybitnie wciągająca…

IMG_2636

Pierwsze julemarkety zaliczone.

Ten w Rønne, na rynku, właściwie co to za market, co za świąteczność. Garść nagrobnych wieńców, kilka zabawek na choinkę i szmatek. Pogoda też wiecie, nie należała do tych radosnych, więc… Cztery namioty, obwoźna kawiarnia, prażone migdały i żadnych światełek, mikołajów, nic. Zrobiło mi się bardziej niż smutno. Wiecie, takie miejsca, które jakoś próbują, bo trzeba, ale jednak nie wkładają w to serca… strasznie mnie dołują. Obejście rynku dookoła też nie zwala z nóg wystawami sklepowymi, ni domowymi. Jakoś tak… gdy słucham o Kontynentalnych, co to mają dość tych kolęd, Last Christmas i dmuchanych Mikołajów, to mój dół się pogłębia. Wierzcie mi, nie spodobałoby się Wam, gdyby ich nagle zabrakło. A może, choć to mnie przeraża, może po prostu ktoś chciał być… wiecie wyrozumiały dla tych, co nie uznają Jula? Jeśli tak, to dajcie mi go, dajcie mrozu, szronu i jego gołą dupę… powożę ją po szadziowych drogach!!! Bo sorry, ale mroczność listopadową należy rozświetlać, a nie pogłębiać dołowanie. Ludzie no!!! Żyjemy na PÓŁNOCY! Mimo wszystko!!!

Zgaszona kompletnym fiaskiem przejechałam Wyspę. W okolicach południa nawet było słońce! Czadowo wyglądało niebo. Wiecie, taka mieszanka ociężałości, ale jednak bezchmurnej, raczej jakby ktoś wszystko cudownie wygładził poza… poza szarawą chmurką w kształcie ślimaczej, wydłużonej muszli. Ociężałej od śniegu, ready to pop. Ale nic z tego, oczywiście chmurka upuściła śniegu, ale nad Kopenhagą! A nam pozostało to fascynujące niebo. Niesamowite, dziwnie nimożliwie, szczególnie przy tych cudownie wciąż zielonych polach i nagich, powykręcanych gałązkach. Niczym wyrazista, ale jednak bardziej graficzna sztuka.

Naprawdę można się na to wszystko zapatrzeć. Jakoś tak wymownie. Zrozumieć więcej, jakby Wyspa, w ten jedyny sposób była w stanie w końcu naprowadzić wszystkich na odpowiednią drogę. Na taką, na której i jednorożec bryka i wiecie ta gryka tam sobie duma, jak śnieg biała, gdzie elfik treluje i dzięcielina też puszcza oczka. Bo przy takich niskich promieniach słońca wszystko zdaje się wzmacniać w swojej boskiej wyspowej niesamowitości.

IMG_2960

Drugi julemarket był już u nas w Gudhjem. Z widokiem na naszą Chatkę.

W sporym białym gårdzie… Lauengårdzie. Cudownie usytuowanym na lekkim spadku z widokiem na miasto, Melstedową Riwierę i wszelaką zieloność pól… baśniowy. Biały z czarnymi lementami. Czysty i wypełniony choinkami. Na zewnątrz choinki, gałązki i ostatnie keiwaty, widać jakieś serio wytrzymałe potwory. Wielkie sanie, mniejsze sanie i przesłodkie saneczki. W niewielkiej misie pali się ogień. Ciepło i ten zapach żywicznych brewion. Oj od razu człowiek myśli o tych kiełbaskach, o kromkach chleba i ziemniakach parzących się w węgielkach… Zapuszcza się człowiek do środka, a tam kurna niby obora, a jednak luksus. Wszystko bielone i piękne. Z jednej strony czysto i ciepło, a z drugiej wciąż względna surowość krzywych ścian. A na ścianach wszelakie cuda i to nie jakiś krap… oj nie, raczej sztuka. Metalowe prace i gliniane. Coś od Hjorta i czekolada ze Svaneke. Bębenki własnoręcznie robione, świeczniki. Na ścianach obrazy, które ktoś skomplikował z płaskich kamieni i nachoinkowe wieszaczki. Gwiazdki, nibybombki. Cuda i wianki i świece wszędzie. I choinki i stroiki. I oczywiście owa północna niedopowiedzialność. Nic nazbyt barwneg, aczkolwiek jest też stół z ciężarną kobietą na środku, z pomiędzy której nóg… wypływają warzywa.

Niby się zgadza z Wigilią, a jednak jakoś tak…

Kupiłam sobie krasnala. Wygląda jak Majowy a może Inkaski bóg, gwiazdkę wprost z Betlejem i świeczkę z pszczelego wosku no i… oczywiście krem z białej czekolady z prażonymi orzeszkami makademii. Ech! Oto i moja rozpusta. Dobrze było odłożyć trochę finansów, aczkolwiek chciałam też orzeszka!!! Odglinionego, czadowego i niesamowicie prawdziwego. Ino co trzymać w mikroskrzyneczce w formie orzeszka? Mózg krasnoludka? Czy z elfa? A może jednak te ludzkie już tak zmalały. Na julemarkecie oczywiście masa ludzi. Takie wiecie, spotkanie wszystkich i nikogo. Zamiast parkingu wszyscy stoją na drodze, ale… kto tam jeździ?

No kto?

Przecież wszyscy są tutaj!!!

Drogą wyjaśnienia, wiem, że podobno śnieg zasypał całą Danię… a przynajmniej tak krzyczą niektór nagłówki, ale bez przesady! Kilka miejsc ze względnym opadem, a oni od razu, że niby CAŁĄ? Kto pisuje teraz te artykuły? Ja tam żadnego śniegu nie widzę. A czekam na niego jak na perwszą gwiazdkę!!! Był grad, nawet spore ilości, ale co do śniegu, to raczej deficyt.

IMG_8393 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niebiański Grad… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Julemarkjetanka…

„Nie no… oczywiście, że wiedziała, iż wystąpienie w formie Wielkiej Kucharzycy, tak oficjalnie, no i wystawienie słoiczków z Turyścizną na tradycyjnym, Wyspowym Julemarkecie, nie byłoby dobrym pomysłem, ale i tak ją korciło. Znaczy pewno, że chodziło jej o kasę, znaczy materialność całkowitą, ale też o… no wiecie, bycie nią. Julemarkjetanką. Bo ona zwyczajnie kochała JUL! Miłością wiekuistą, dziwaczną, zaskakująco pokręconą i całkowicie niezrozumiałą. Tą, która bardzo chciała być każdą choinką trzepoczącą igiełkami na wietrze, całą masą światełek i wszelką cudownością. Każdym prezentem pod nią i tym zawiniętym w papier, przewiązanym wstążeczką i tym tylko w woreczku, papierowej torbie, albo tym w wymyślnym pudełeczku i tym, który po prostu tylko tam stał. Bez światełek, bez błyszczących frędzli i krajek i bez tajemniczości. Ale przecież i na niego ktoś czekał?

A może chodziło tylko o to? O czekanie?

Bo przecież dla niej tak naprawdę nie liczyły się same święta, to, co inni za nie uważali, tylko to czekanie. Ten czas przed: pakowanie prezentów, pisanie kartek, a jeszcze wcześniej ich wybieranie i łączenie ich z malutkimi drobiazgami, kupowanie zawsze na zapas i nadzieja, że sznurek obiegający dookoła Chatkę Wiedźmy nie zostanie pusty, że ktoś odpisze, napisze, będzie pamiętał… i czekanie na to, na pamięć, na słowa, na obrazy, na często jedyny listowy kontakt, coroczny… Jakoś tak liczyło się tylko to, czas przed, no i oczywiście on… ŚNIEG!!!

I nadzieja, że może pod tym wieczkiem,w tym papierku, albo w owej dziwnie puszystej reklamówce będzie to, o czym zawsze marzyła… o czym nigdy nie śniła, ale zawsze gdzieś w niej tkwiło. Może i naprawdę nie wiedziała co to jest, ale była pewna, że gdy w końcu to zobaczy, będzie dopełniona i…

ŚNIEG!!!

ŚNIEG!!!

Oj tak, jeśli chodzi o mróz, śnieg, zawieje, zamiecie i szadź i szron, i te rysunki na szybach, snestormy i wszelkie tunele w białym puchu. Bałwan, sopel zwisający z dachu, który smakuje lepiej niż lody granatowe. Chociaż z drugiej strony, czy jest coś lepszego… bo wiecie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki spróbowała ich w tym roku i zakochała się w nich na zawsze, na zabój i do końca. Jeżeli chodzi o same lody, to wiecie, wyszły jak większość strawionego…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6969

Z cyklu przeczytane: „Koszmar stracharza” – … w nowej okładce, ale zawartość wciąż ta sama, czyli „Kroniki Wardstone”. Jedna z najlepszych serii dla młodzieży i tej młodzieży, która jest wiecie… trochę starsza. Opowieść z cyklu był sobie mistrz i był sobie jgo uczeń. Oczywiście mistrz, jak każdy z nich, wydawał się być lekko przerażający i idealny, ale w rzeczywistości za młodu broił jak… jego uczeń teraz.

Chociaż.

Widzicie, w tej powieści, a to już siódmy tom cyklu, Tom jest nie tylko tym młodym, który popełnia błędy, ale przede wszystkim jest tym, który wydaje się być nadzwyczaj inteligentny. Może i jest młody, ale jego przyszłość chyba nie będzie teraźniejszością jego ucznia. Bo Tom pokochał Alice, a ona nie jest typową czarownicą. Tak naprawdę owo nowe pokolenie jest zaskakująco… dorosłe.

Kolejny tom, nowe przygody, pogoń za Złem i walka o Dobro. Powrót z Grecji, wspomnienia, które zmieniają wszystko i świat… do którego tak naprawdę nie mogą wrócić. Bo wszystko się zmieniło, a w okolicy pojawiła się przebiegła i okrutna Koścista Lizzie. Jeśli chcecie ją spotkać, to zapraszam!!! Zresztą nie tylko ją. Wszelkie złe czarownice, wszelkie demony, ghule i nie wiadomo co, znajdziecie tutaj. I uwierzcie mi, naprawdę lepiej nie czytać… po zmroku!!!

IMG_3141

Jeżeli chodzi o facetów… to w tym czasie większość z nich gada o piłce. No wiecie, oglądanie TV, kibicowanie, warzenie piwa, picie piwa – normalka. Jak wieje, mokrzy i ogólnie mówiąc na zewnątrz pokopać się nie da, posurfować, popływać też raczej mało bezpiecznie, więc… piłka. Kursując o poranku przez Wyspę widzi się okienka rozjarzone… plazmami. No cóż, sorry. Może i większość Tubylców uznaje się za naturystów – znaczy eee naturników? No ludzi kochających naturę, to jednak… TV oglądają namiętnie. Kochają też wszelaką technikę, coby wiecie, gdy w kozie się pali, posłuchać jednej muzy w każdym pokoju. Znaczy nowocześnie, a jednak… jednak na plaży nie widuje się osobników z telefonami, jednak jakoś tak idąc w las czasem mają tylko słuchawki w uszach, więc jak to jest?

Nie znam się na ludziach. Unikam ich, więc sorry. Mogę tylko powiedzieć, że dookoła coraz więcej światełek na domach, krzaczkach i drzewkach, że wszystko jakoś tak połyskuje i lata dookoła. Bo przecież wciąż wieje. Nocą latają doniczki, lampki i wszelkie to, co mało przymocowane, ale… wszyscy czekają na zimę. Zapowiadają i mrozy poniżej 10 stopni i ogólnie mówiąc cuda wianki i biele, ale jakoś im nie wierzę. Taki ze mnie Tomasz niewierny… Bo u mnie co macane, to jest, znaczy to, co nie macane to właściwie też, no ale, nie jeśli chodzi o śnieg!!! Zresztą macanie śniegu jest trudne. Zależy czym się maca, ale jak człowiekiem żywym, to jak nic się stopi, więc raczej uważajcie! Nie śpijcie z bałwanami, bo wam zafundują mokre sny!!!

Mniejsza… objeżdżając Wyspę szarawą i ciemną porą zaskakują nie tylko pustki na ulicach i chodnikach, ale i wszelaki brak światełek w oknach. Może to i wina owych popularnych lampek na długich kabelkach, o które zawsze ktoś się uderza, a może serio nikogo nie ma w tych domach, za czystymi oknami pozbawionymi zasłonek i firanek. Strojnych i zbrojnych w intrygujące cuda… Może tak naprawdę jesteśmy tylko Wyspowym Snem?

Może?

IMG_6601

Afera sowia!!

Suria ulula, czyli sowa jarzębata, cudo przesłodkie i nader rzadkie u nas. Właściwe tajgom, przestrzeniom chłodniejszym… w jakiś dziwny sposób trafiło do nas, na Wyspę!!! Popatrzcie jakie to cudo! Młodziutka sówka niestety widać lekko skołowana ciepłotą klimatu tego, co jednak zowią Północą, zderzyła się z autem. Na szczęście niezbyt groźnie, ale kierowca od razu zareagował. Nie wiedząc co może z nią zrobić zawiózł ją do Rovfugleshow i… i zaczęła się afera. I wiecie, jakoś nikt nie zmartwił się wszelkim uchodźstwem sówki, nikt jej nie zapytał czy je koszernie… a może ucieka przed jakimś reżimem. Nikt nie spytał jej o wyznanie, tudzież o wszelkie poglądy, zwyczajnie porwali ją lekko obitą i oddali tym, którzy się znają na ptakach, a oni… Oni się przerazili. Przetrzymywanie sowy jarzębatej w zamknięciu jest nielegalne. Maluszka o długim ogonie, puszczykowata, wyglądająca i brzmiąca w locie jak sokół – co naprawdę zmienia moje spojrzenie na niebo – należało od razu obejrzeć, więc nie było wyboru, ale pracownicy Rovfugleshow od razu skontaktowali się oczywiście z władzami wyższymi, coby ich nikt nie posądził o sprowadzanie tego osobnika, co to podobno sam nie buduje gniazd… nosz cwaniaczki te sówki, co nie? Zmyślne gadzinki, a piękne przeraźliwie!!! No i objęte ochroną, więc nikt się nie dziwił pracownikom poza garstką „bogobojnie uczciwych”, co zaczęli od razu – w sieci – najeżdżać na ludzi, że pewno se sprowadzili, wykradli z tajgi, tudzież lasu mieszanego, północnej Eurazji, Ameryki Północnej, czy innego śniegolubnego cuda… a potem RZUCILI NIM W AUTO!!! Eeeee… kurde, ludzie to są dziwni. Jakkolwiek teorie spiskowe coraz częściej okazują się prawdą, tak ktoś rzucający sowami w auta nie do końca mieści się w moim świecie człowieczego podejrzliwego postrzegania…

Najważniejsze dla mnie, Wam powiem, jest to, że sówka żywi się lemingami!!! Ha ha ha! Co jak co, ale świat ma ich nadmiar wielki, niech je!!! Niech się mnożą cuda jarzębate, co latają w dzień i zwyczajnie wyłapują te upierdliwe osobniki, co to serio się lemingują i kompletnie wkurzają innych… Takie otępiałe w wersji zombie, co to kroczy za przewodnim światłem swojej plazmy, czy w czym się teraz TV ogląda. A może za światłem komórki? Ech, kto to wie?

Jedz sóweczko, jedz!!!

IMG_6618 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Julemarkjetanka… została wyłączona

Pan Tealight i I Nic Się Nie Działo…

„Właściwie to… serio kompletnie nic. Napchali się wszyscy kamieni, by nie polecieć w Sztormowej Nawałnicy i patrzyli jak spragniona Większych Doznań (przelecenia, przewiania i wietrznej emancypacji) Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki przycinała ostatni krzaczek róży. Znaczy nie, że on był ostatni, ale do późna kwitł, a przymrozki zapowiadali, no i tak jakoś… Wiedźma po prostu musiała się sztachnąć wietrznością. Nie przeraziło ją nawet, gdy wychodząc zza rogu Chatki złapała przelatującą doniczkę rozmarynu. Wcale a wcale jej to nawet nie zdziwiło. Potem jeszcze była ta turlająca się lampka, ale z tą już nie było tak łatwo. Dół był, daszek też, ale kabłączka, co powinien je łączyć już nie dojrzała… Cóż, wiatr był, wiatr pożarł, wiatr w końcu strawi i wypluje. Tylko… głupio tak tego szukać…

No wiało.

Znowu wiało, a to oznaczało nudę wielu bytów Białego Domostwa. Niektórzy zabrali się za pędzenie czegoś z niczego, inni znowu za pieczenie, gotowanie, sprzątanie, knucie spisków, zmywanie głów innych, genetyczne wariacje, naukę, udawanie, że jest się bardzo zajętym i… latanie. Ale byli i tacy, którzy serio nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. I jakoś ni mieli z tym problemu, za to Wiedźma Pożarta naprawdę odczuwała gigantyczny zapał do pracy. Najpierw posprzątała Chatkę, potem znowu ją zabrudziła szukając czegoś, co jakoś jej zniknęło w trakcie dezynfekcji, a czego potrzebowała, by w końcu oczywiście znaleźć to we własnej kieszeni. Jak się jej znudziło sprzątanie, zabrała się za gotowanie, potem wyrzucała śmieci, wyrzucała to, co ugotowała i zmywała. A potem zabrała się za malowanie. Bo wiecie… bo mogła. Ale coś jej kompletnie nie szło, więc po ubrudzeniu wszelkich pędzli stwierdziła, że mogłaby się ponudzić…

I wtedy świat się wywrócił na drugą stronę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4720

Z cyklu przeczytane: „Reputacja” – … odświeżające i prawdziwe. Cudo!!! I nie chodzi tylko o to, że serio ostatnio mam problemy z trawieniem na coś dobrego. Wybitnego nawet nie, raczej porywającego, intrygującego i wciągającego… Nie! Wcale a wcale, po prostu… Pilipiuk w opowiadaniach jest cudny! Intrygujący, wciągający i niegrzeczny. Nie rezygnujący ze swoich przekonań, zawsze prowadzący bohaterów po prostej linii. Bogaty i przezajebiście intrygujący! Ile się można dowiedzieć z takich perełek? Z tych kilku opowiadań?

Oj wiele!

Tym razem co prawda mamy głównie młodego niegrzecznego, zakochanego w Marcie Storma i drobinkę doktora Skórzewskiego, ale nie można się nudzić. Błąkamy się po świecie z tej niezbyt dalekiej przeszłości. Poszukujemy tajemnic, uczymy się jak konserwować ikony i jak nie odpuszczać. Jak pytać i zawsze drążyć…

Pilipiuk powienien być podsuwany wszelkim młodym gniewnym, serio! Mielibyśmy wtedy więcej naukowców! I ludzi, którzy czcą swoją wolność.

IMG_2554

Słońce…

Pojawia się teraz nagle. Najpierw wieje, duje, rzuca doniczkami, majta wszystkim, a potem nagle ucicha. Chmury zmieniają się w obłoczki, podświetlone od owej niewidzialnej strony zdają się być bezami! Pamiętacie bezy z dawnych czasów? Nigdy nie były białe, oj nie, one były właśnie takie chmurowe, ni to kremowy ni ecru. Po prostu specyficzny, brudny boczkami, żwawy i żywy dziwnie. Zmienny, bo zaraz sę rozwiewają, rozdzierają się chmurki i wszystko się zmienia, gdy spod nich wyłazi ten błękit. Dziecięcy niczym śpioszki… i nagl na błękicie majtają się strzępki ostrzępków. Szarawe, jagodowe i kremowo niewiadomojakie. Bajka. A może coś więcej? Może wiadomość, esemes od niebios? A może ino chwila wytchnienia przed ponowną zadymką?

Bo czekamy na sztorm.

Kolejny, czyli zwyczajność zwykła dla tej pory roku. I wiecie co? Można się bać ciszy. Nagle bardziej niż zwykle chce się wepchnąć słuchawki w uszy, w duszy rodzi się dziwny niepokój i już wiecie, że pogoda się zmieni. Że coś się pojawi… i jakoś tak sprawdzacie co jest w szafce i spiżarni, czy woda wciąż w kranie płynie, czy ciepło jest na wyciągnięcie ręki. Może to i moje przed „dobrobytowe” naloty, a może nie, może zwykłe, atawistyczne połączenie z naturą… ale się szykuję i na Armageddon i Ragnarok. Co macie, stawię temu czoła. Pod kocem. Pod stołem. W kompletnej aświadomości. Drgając i łkając, trzymając i dach i ściany i dyskretnie dyskredytując własną odwagę z pomoca wszelkiej chemiczności… i opiatów, jak Wyspa pozwoli. Bo tak…

Bo widzicie, czasem aura sprawia, że i sama Wyspa chodzi po ścianie…

IMG_2637 (2)

Ale nic to, bo od tego weekendu zaczynają się julemarkety!!!

Uskładał człowiek sobie odrobinkę gotówki, by się wiecie lekko sponiewierać i już. Może nie będzie jak na wielkich, europejskich marketach, ale co tam. To w końcu nasze, autonomiczne i patriotyczne!!! Może niewielkie, może i nie ma mejdinczajnów, a i Mikołaje dość specyficzne, ale jak fajnie. Na każdym markecie oczywiście zawsze jest kaffe og kage! No bo jak inaczej tak bez przegryzki i popitki. Ludzie wylegają z domów nie bacząc na pogodę i bawią się. W końcu mogą się spotkać i po prostu pobyć z innymi. Oczywiście spora część przychodzi na market z wyprodukowanymi cudami. I serio – można dostać tutaj wszystko. Są i czapki i rękawiczki i skarpetki, a i inne, robione na drutach czy szydełkiem, cuda. Są elemetny wystroju, wszelako świąteczne, ale i takie mniej typowe. Oto czas, by przywieźć to, co dopiero się wytworzyło, abo to, czego nie wykupiła Turyścizna. Są i drewniane cuda i biżuteria, coś na zewnątrz i coś do domu. Coś na choinkę i coś, czym umyjesz sobie paszki przed Wigilią. Albo – co mnie osobiście cieszy najbardziej, odwiedzisz sobie Middelaldercenter za friko i załapiesz się na sklepik z pamiątkami!!!

Ogólnie mówiąc… święta idą. Miejmy nadzieję, że u nas nie będzie problemów z choinkami, bo wyraźnie zauważam braki na sklepowych półkach, jeśli chodzi o świąteczny asortyment. Moje pogaństwo czuje się aż nadmiernie zmechacone. I pogrąża się w wielkiej rozpaczy, aczkolwiek już ma ustrojony domek. A co! Ja tam wolę świętować dłużej… i raczej ino przed 21szym grudnia.

Jakoś tak…

Dobra, sztorm za oknem, więc sorry, ale wracam do mojego fortu z poduszek i koców mieszczącego się pod stolikiem, rzut kamieniem od lodówki. Bo wiecie, ja się boję i jakoś zwyczajnie, gdy się boję, to się boję!!! Ale… zostawiam Was z najnowszym żartem – by był zrozumiały, trzeba przetłumaczyć na duński:

Wchodzi Dumbledore do kwiaciarni:
– Harry Potter?

IMG_7161

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i I Nic Się Nie Działo… została wyłączona

Pan Tealight i Nicniczego…

„Bo czasem tak zwyczajnie lepiej – tkwić w nicości. W nicości zaprzeszłej natury, w smakach całkiem nienowoczesnych. Bo tak lepiej. Bez nowoczesności, dmuchanej lali, deski nadświetlnej, bo czasem… bo przecież każdy potrzebuje czasu, by się do nowego przyzwyczaić, a Wiedźma Wrona Pożarta wciąż była na etapie koła i druku. Właściwie nikt już jej nie przekonywał, że papier jest gorszy od sieci i komputera. Śmiała się wtedy tylko i kichała na kartkę i laptopa. Gdy obydwa wyschły – działało tylko jedno. Może trochę rozmyte, ale jednak… działo.

Nie dziwota, że z czasem z tego jej ruchu oporu przeciwko nowoczesności wzrósło i bóstwo. Chudzinka niska, elfia lekko, aczkolwiek bez skrzydełek. Nazywało się Ono od Nicniczego. Było raczej rodzaju męskiego i pokryte dziwnym, jaśniutkim puchem, który podrygiwał, gdy kroczyło i pełzało. No wiecie, taki z niego bóstwowy osesek. Niski i chudziutki, ale raczej dobrze wykształocony z puchem na główce, który dochodził do brwi i wielkimi, błękitnymi oczami, które świeciły w nocy – pomocna rzecz, gdy Wiedźmie znowu chciało się po ćmoku czytać. Znaczy, wiecie, jak zwykle. Odziany w coś w rodzaju śpiochów, z maleńkim, króliczym ogonkiem przyczepionym… no tam, gdzie one zwykle są przyczepiane. I z uszkami na kapturku. Ogólnie mówiąc słodziak był z niego, ale jednocześnie dziwny. Patrzący w niebo i na trawę, macający korę i nigdy nie pytający: a co to jest?

Nigdy.

Łaził za nią wszędzie. Za Wiedźmą… wszędzie. Ona to i Ono tu, ona tam i Ono tam… nawet intymnie, jakby nie mógł popuścić, znaczy jej jakby nie mógł puścić, a ona… ona się nie dziwowała, bo za stara na dziwowanie się była.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8669 (2)

Z cyklu przeczytane: „Narcyz spętany” – … eee nie. A czekałam na tę książkę tak bardzo i mocno, tak… długo i kurcze co teraz? Co mam teraz zrobić? Bo to, co przeczytałam, jakoś całkiem nie jest tym, na co czekałam. Nie ma tutaj Anity, jaką znałam i chociaż świat zdaje się być taki sam… No dlaczego czytałam tak naprawdę kolejną część o pannie M. Gentry? Może pomyliłam serie?

Widzicie, w poprzednim tomie Anita obrastała magią, zmieniała się tak intrygująco, a teraz… jest tylko i wyłącznie napaloną cizią! Na dodatek wszystkie sceny przecigają się tak, że w rzeczywistości cała ta misterna otoczka, ów sensacyjno-kryminalny ciąg zdarzeń staje się tylko momentem, chwilką, czymś kompletnie nieistotnym. Tylko bzykanie, połączone znaki i więcej bzykania.

Nie, nie jestem pruderyjną cnotką, chociaż może jestem pruderyjna? Pierun wie, i Pierun wie też to, że nie można ciągnąć bzykania przez 3/4 książki! Bo nagle napięcie odchodzi, czytający się nudzi i nie ma w tym nic wilgotnego. I ile można pleść o białawym pasku skóry, co tak podnieca? Eeee… może jednak jestem pruderyjną cnotką? Kurcze? Kto to wie. Pewna jestem jednego, że to nie jest to, czego oczekiwałam. To rozwalcowane dwie sceny, które mogłyby być intrygujące, ale na kilku karteczkach. I nic poza tym…

… nic…

IMG_2551

Białe morze…

Były białe noce i niegdyś białe róże na białym misiu, ale białe morze… czy ktoś o nim pisał? O mlecznym, jakby ponownie Hera odmówiła poczęstunku Herkuleskowi. Jakby butelka się stłukła, jakby rozlała dziwnie nieruchomą plamą. Jakby ktoś postanowił, iż kapiele w mleku serio pomagają, ale jakoś nie widzę nigdzie pluszkającej się Kleopatry. A może gdzieś tam jednak jest i nurkuje? Tylko jak w tym białym bezruchu odnaleźć garstkę bąbelków. Kurcze, a co jak utonęła? Bo dopiero się Wyspie dostanie, za zatopienie Kleopatry! No konflikt polityczny jak znalazł, ale… przecież tamtego Egiptu już nie ma, więc kto nam uwierzy?

Kto nam zagrozi?

Białe morze jest niesamowite. Miejscami białe na białym, owa dziwnie połyskująca, ostra śnieżna biel, na lekko owczej wełnie, albo mlecznym kożuszku. Gdzie niegdzie szarość, jakby komuś rozlał się jagodowy kefir, czy jogurt może… aż się chcesz pochylić i liznąć, ale głupio tak jakoś, więc tylko patrzysz i zastanawiasz się jakie fajne by z tego wszystkiego były lody. I jak byłoby ich wiele!!! A wszystko to dzięki nagle ucichniętej aurze, niemym wiatrom, nagle rozdanym zatyczkom do uszu. Jakby wszystko zatrzymało się na chwilę, przystanęło, by się sobie, albo komuś, przyjrzeć. A może to tylko to światło, niebo ultramarynowane z fioletowymi wstawkami i błękitnymi paćkami? A może to tylko światło? Któż to może wiedzieć, kto odważy się powiedzieć: tak jest na pewno?!!! No kto? Ja nie. Ja tylko tu siedzę i patrzę. Na białe morze, na zamarynowane niebo, na wszelkie, niedostępne lasy. Na ową wilgoć wszelaką i chmurki, które zdają się nie odbijać dziś w niczym i nikim, jakby same kałuże odmówiły im przywileju sprawdzania w sobie urody. Nie da się już poprawić chmurzystych baczków i koczków, przyciąć grzywek, czy zapleść warkoczyków z rozmemłanej chmurności. No bo jak?

Jeśli kałuża nie pomoże, to co?

Białe morze jest piękne i uspokajające. Dziwne takie, niemożliwe. I chociaż wciąż się zastanawiasz, czy nie ma w nim jakiejś zacierki, albo zwykłych kluseczek w chrzanoym sosie, albo kurcze ozorków… oj ozorki z dzieciństwa, kochałam je prawie jak rosołek z samych żołądków kurzych z lanymi kluseczkami!!! Ale wiecie, najpierw zupka, mięsko osobno, mieszać nie wolno!!! No więc, chociaż wciąż myślisz zbyt wiele i nazbyt, serio nazbyt, gastronomicznie, to niesamowicie jest.

IMG_2831

Domy za bezlistowiem…

I drzewa… jakoś tak przyzwyczajają człowieka i do lini brzegowej – niewidocznej miejscami i do lesistości i braku drzew. Jakoś tak i pnie i gałęzie tworzą obramowania naszego świata, ale na Wyspie… oczywiście i z drzewami jest inaczej. Bo widzicie, u nas drzewa zazdrośnie skrywają tajemnice. Stare tajemnice i te młodsze bardziej. Inaczej niż pola, którym łatwo wszystko jakoś wyrwać, pakując się między drzewa od razu masz i wyrzuty sumienia, więc ino chodzisz, patrzysz i wąchasz, a stoisz, niczego nie widzisz i nie czujesz. Drzewa panują nad tobą nie tylko gabarytem, bo przecież brzozowy młodniak też ma taką siłę oddziaływania, ale czymś innym… może to jednak liście? Może to on sprawiają, że we łbie się człowiekom na Wyspie miesza i układa od nowa podług wzorca znanego tylko samej Pani Wyspy? Może… któż to wie.

Ja wiem jedno…

Gdy liście opadają, gdy znikają z gałązek, a na ziemi szybko tworzą brunatną maźgajowatą masę… nagle coraz częściej człowiek sam sobie wyrzuca: To tutaj był dom? Ale jak to? Ta skała zawsze tutaj była? A ten dach, czy on nie wyglądał kiedyś inaczej? No i te kamyczki, ta plaża, ta ścieżka… Nie no, ten dom tutaj na pewno nie stał, a tamten był całkiem inny! I o co chodzi z tymi sadzonkami wszędzie? Wysiało się tego w lesistości, same choineczki kurcze, może to dla krasnali? Wiecie, one też chcą mieć choinkę w domu na Święta, czyż nie?

Tak, opadające liście sprawiają, że nie tylko ludzie wyglądają inaczej, ale i cała Wyspa zmienia swoje kształty. Nagle pewne wybrzuszenia zdają się być mniejsze, a inne znowu wzrosły o kilka miseczek – ekhm!!!

IMG_2965

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nicniczego… została wyłączona