„Ogólnie mówiąc nadszedł ten czas…
Pan Tealight popadał coraz częściej i coraz mocniej w dziwną zadumę, z której nie można było go ni wyrwać, ni wybudzić i wypijał nadmierną ilość zielonej herbaty. Ojeblik – mała, ucięta główka, chodziła oblepiona taśmą klejącą i obwiązana kokardkami. A Wiedźma Wrona Pożarta chodziła po ścianach. Jakoś tak na nich wpływał grudzień. Miesiąc, w którym serio wszystko było możliwe.
Wszystko i nic.
Wisząc do góry nogami, z głową owiniętą zbyt szeroką koszulką i cyckami nadmiernie zbliżającymi się do linii żuchwy… Wiedźma Wrona Pożarta była serio nie w sosie. Znaczy może i była w jakimś sosie, ale nie był to jej własny sos. Nie był to ten sos znajomy, mało się lepiący, ale miło nabłyszczający zmysły i ogólnie upiększający. Nie było to to, do czego była przyzwyczajona. Brakowało w tym swojskich rytuałów, bezpieczeństwa, o które od tak dawna zabiegała, które oblepiała stronami, literowała, numerowa, a czasem nawet obdarzała jakimś kolorowym rzucikiem. I naprawdę nie czuła się dobrze do góry nogami, dlatego ostrożnie zlazła na ziemię nogami do niej, podniosła głowę, zwalczyła mdłości, usiadła na podłodze i palcami prawej ręki zastukała w swoją głowę.
Czekała przez dłuższą chwilę, aż w końcu zakręciła oczami, załopotała rzęsami, zajęczała, westchnęła i pociągnęła się za trzeci kolczyk prawego ucha. Dopiero wtedy w jej czaszce, tuż nad lewym uchem, otworzyły się małe drzwiczki i wyjrzała przez nie pyzata, lekko owłosiona głowa… Dokładniej to łysa głowa, ale z owłosionymi uszami. Z maleńkimi warkoczykami spływającymi z małżowiny usznej i puszkiem znaczącym środek przewodu słuchowego. Z wielkim, kartoflanym nosem, wielkimi oczami i ciałem owiniętym czymś, co przypominało starodawne, rąbkiem koronkowe chusteczki…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Tajemnicze przygody Kubusia” – … i dzieci. No dzieci, wiecie, mogą być inspiracją, nie dziwota, że niektórzy tatusiowie postanowili je trochę popodglądać. Jednym z takich ojców jest Maciej Orłoś, który wcześniej zaintrygował swoim współczesnym spojrzeniem na dzieciństwo. Może i „Kuba i Mela” przerażają nadmiarem techniki, ale czy nie takie są Wasze pociechy? Teraz cofnijmy się trochę w czasie i poznajmy Kubusia…
Przedszkole, rodzina, tajemnicze okulary, przybysze z kosmosu, trochę angielskiego… do tego rysunki i śliczne wydanie. Wyprawa do lekarza, codzienność pięknej Warszawy i zwyczajność, która w tym wieku jest bardzo specyficzna i zawsze jest przygodą. Oto świat chłopca, dziecka, zwyczajnego, bliskiego prawdopodobnie Waszym pociechom. I to z obrazkami!!!
Może to pomysł na coś, co poczytacie sobie wzajemnie pod choinką? A może następnym razem idąc na spacer też założycie specjalne okulary?
Wieje i leje.
Czasem się serio zastanawiam, może i niektórych to depresjonuje? Może ta ciągła muzyka… nie no, serio? Przecież tutaj ten wiatr tak specyficznie muzykuje. Aż chce się zaśpiewać, i chociaż wiem, że może to nie być najlepszy pomysł w moim wykonaniu, to jednak… coś korci. Bo wiatr nie jest jednostajny. Czasem duje przez dłuższą chwilę, potem znowu rzuca wietrznymi kulami, by w końcu ucichnąć na chwilę, rzucić deszczem, zagrzmieć, zagradzić… Ale Gorm przyniósł też coś więcej, to dziwne uczucie strachu. Przerażenie, które nagle stawia nas twarzą w twarz z naturą. Z tą siłą, która wymiata durne problemy w stylu: przysłali mi nie taki pokrowiec na komórkę, jak chciałem. Nagle przypominasz sobie gdzie są dokumenty, gdzie schowane leki, gdzie ta torba spakowana tak wiecie, na wszelki wypadek, by po prostu, gdyby coś… być gotowym. Może to i przesada, ale z drugiej strony… czy naprawdę? Czy powiew, który – jesteś pewien – porwał ci dach z twojego domu, nie sprawia, że wolisz jednak zrobić więcej, niż mniej? I co złego w tej zwykłej wiedzy, gdzie też są twoje dokumenty?
Wiatr potrafi naprawdę zszargać samopoczucie. W moim przypadku musi osiągnąć nie tylko ciągłośc, ale przede wszystkim odpowiednią moc. W okolicach 30 kilometrów… zaczynam chodzić po ścianach, a powyżej, jakoś tak po prostu padam ze strachu. Chowam się, łkam, ogólnie mówiąc potrzebuję medycznej pomocy. Ale na szczęście takie wiatry zdarzają si najwyżej kilka razy w ciągu roku i można się na nie przygotować. Znaczy przynajmniej wiecie, odrobinę… bo przecież jak już wieje i telepie twoją chałupką, że aż po raz kolejny załączasz „Twister” na komputerze, mając nadzieję, że czegoś cię nauczy… a potem mocno zastanawiasz się nad budową schronu, albo chociaż wiecie, no piwniczki jakiejś… A to przecież TYLKO wiatr. Nic to, że doniczki poleciały. Musiało naprawdę wiać kosmicznie, jeżeli wiatr uniósł nawet donicę z jabłonką. Rozumiem dźwignię, ale bez przesady! Łapy wietrzne od mojej jabłonki!!!
Wieje.
W ciągu dnia przestało padać, za to rozświetliło sie słonko. Gdyby tak wyłączyć powiewy, możnaby pójśc na spacer, oj, ale korci kurcze!!! Ale tylko wysuwam nos za drzwi, czuję jak powiew mnie zgina i przypiera do podłogi i… jakoś mi przechodzi ochota na spacerowanie. Niczym doczołgałabym się do jakiegoś mniej wietrznego miejsca na Wyspie, jak nic zrobiłaby się wiosna!!!
… więc siedzisz w domu i dziękujesz współczesności za możliwość pracy z łóżka, fotela, spod koca. No wiecie, z tego świata, który nie wymaga ubrania się, malowania, w którym możesz występować w pełnym, piżamowym umundurowaniu. Oj tak, po prostu. Bo przecież kto Cię obejrzy. Jeśli tylko nie przytrafi ci się video konferencja, taka, która obejmuje coś więcej, niż tylko Twój nos… ujdzie Ci to na sucho!
Siedzisz człowieku w ciepłych, domowych pieleszach i słuchasz dziennego wiatru. oczywiście, wraz z tymi dzikimi promieniami słońca, jakoś tak owa wietrzność jest całkiem mniej drażliwa. Mniej przerażająca, ale i tak współczujesz tym, którzy wybrali się handlować na świątecznej łodzi. Słyszeliście o juleskibecie?
Juleskibet jest wtedy, gdy cała Wyspa pakuje się na… no skibet! Biorą wszelkie wytwory rąk własnych, jak na przykład czekolady i cukierki, przetwory wszelakie, dzieła rękodzieła i dzieła srebrodzieła. Są obrazy, są rękawiczki i czapeczki i oczywiście… no kiełbasy są!!! I jadą tak wypakowani, a raczej to chyba płyną, co nie? Płyną i płyną, a po drodze płynienia ustawiają te swoje cuda i wianki, by jak już dopłyną na kontynent, to móc od razu handlować. Wynajmują w tym celu całego shipa! Znaczy skibeta. Dzięki temu wiadomo, niczego nie trzeba przenosić, handel od razu pod dachem, a na dodatek w porcie tak nie buja, więc… Może i w tym roku sztormowo było, ale i z tym sobie jakoś poradzili. Bo wiecie, nas jak są problemy z promami, to raczej z tymi nowoczesnymi, nie dobrymi, starymi skibetami.
Na Wyspie już stanęły choinki. Jedne w doniczkach, inne już pofrunęły, a jeszcze inne mocowane są takimi linkami, żesz kurcze aż człowiek ponownie zastanawia się nad tym, jak to jest z Wyspą… czy coś nas trzyma ziemi, czy może jednak wciąż latamy? No wiecie, obyśmy nie zatonęli, bo po kiego kopiować pomysły Atlandtydy? Trza wymyśleć coś nowego… lećmy!!!




