„Każdy w końcu do tego dojrzewa. Do wątpliwości, do wszelkiego nadmiaru pytań, posiadania mniejszej dupy, posiadania większej dupy, większych cycków, albo wacka zamiast cycków… albo wiecie, nagłego sfarbowania się na blond, na rudy, srebrny lis, lub brąz misia w krzakach robiącego kupę. Rzadką…
Wiedźma Wrona Pożarta, choć trudno było w to uwierzyć, w końcu dotarła do tego miejsca w życiu, gdzie przestaje się aż tak nad tym rozważać. Co prawda nadal żarła trawę i popijała orzeszkami, ale jednak w miarę swojego rozpasanego umysłowienia, jakoś tak… dochodziła do wniosku, że zawsze może być gorzej. Że mogłaby mieć tak wielką dupę, że ta miałaby własne satelity, garść światów równoległych i charakteryzowałaby się zbyt częstymi wybuchami atomowymi o nieznanej etiologii… Pewno, że chciała być szczuplejsza, ale poza tym, to mógłby ją przestać boleć kark, w który coś jej wlazło, przewiało, strzyknęło, no i napierdzielało stawiając pod znakiem zapytania wszelako spokojne nocki. Czasem serio była z niej taka baba, że aż Chochel, jej pisarski chochlik najniższego stopnia, zakładał gacie Chowańca na głowę i latał dookoła Chatki wystawiając swoją męskość i niemęskość na podziw i zgrozę obecnych. Na szczęści poza Błędnym Rycerzem – sąsiadem kaszlakiem zza prawego żywopłota, mało kto tamtędy przechodził… a jemu to chyba i tak było wsio rawno.
A jednak… postanowiła zamówić poprzez Pierdliwą Sieć Apajęczą implant. Cudo, które miało ją odmienić. Na chwilę sprawić, że będzie normalna, względnie wyględna, pożądająca reklamowanych cudów i lekko telewizyjna. Ściankowa, instagramowa i snapczatowa. Będzie miała telefon, zegarek, wczasy w Ciepłych Krajach i marzenia normatywne. Wiecie, no będzie jak inni. Zapolityczona, a nie zakonfundowana dziwnym kształtem chmurki na niebie. Znajoma, ale nie dla samej siebie. Żeby nie było, nie zapłaciła za niego wiele. No dobra, nic nie zapłaciła! Była promocja nazywana w sieci „nawracaniem”. Obiecywała rodzinną wspólnotę i wszelkie upusty, jeśli tylko wrzucisz sobie implant do ucha, więc… Wiedźma Wrona czekała. Miało przyjść kurierem, więc czekała bardzo i w godzinach popołudniowych. No i… widzicie, cały problem był chyba w tym, że w okresie przedświątecznym, w tym zamęcie chcenia i niechcenia, wąchania igieł, sklejonych żywicą palców i wszelkiej wiatrowości… no jakoś się pomyliła. Paczki przyszły, coś zawiesiła na choince, coś wpakowała w ucho…
… coś zadziałało, coś nie…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Minionki. Znajdź je wszystkie” – … eee. Żeby nie było. Może i metryka mówi inaczej, ale sama do dorosłości mam zaległości. Znaczy bez przesady. I kocham Minionki… ale jak widzę je i tu i tam i jeszcze z lodówki jeden, to zaczynam mieć dość.
Z drugiej strony, może Wy nie macie, więc proszę bardzo. Zabawa z Minionkami. Trzy książeczki, które umilą pochmurne wieczory, które sprawią, że czas przedświąteczny będzie niesamowicie zabawnym oczekiwaniem.
Coś do poczytania, coś do pobazgrania, coś do pogłówkowania… razem i rodzinnie. Oczywiście z małymi, żółtymi osobnikami…
„Minionki. Bazgrolnik” i „Minionki. Śnieżny dzień”… przygotujcie nożyczki, kredki i sporo czasu.
Po wietrze, to strasznie człowiekowi trudno przyzwyczaić się do tej ciszy. No cicho jest. Nagle doniczki stoją na ziemi, jakby nigdy nic i paszcza skrzynki pocztowej się nie telepie. Jakby już nie była głodna, jakby serio nie chciała ni jeść, ni gadać. A może śpi? Może te gnomy, co zawiadują jej zawartością właśnie się wyprowadziły? A może wyjechały na dłuższe, świateczne wakacje? Albo, co gorsza, postanowiły wynająć swoje/nasze mieszkanko? Kurcze… no kto ich wie?
Cicho jest. A każdy wie, że jak cicho jest, to myszy nie harcują ino coś tam kombinują w tych swoich cichych norkach. Na pewno coś cichego, co jednak jest ciche ino przez chwilę, a potem… wybucha!!! Wybucha w najmniej oczekiwanym momencie, jak właśnie przymierzacie za małe portki, w które już prawie się zmieściliście, ale zabrakło oleju, albo wiecie, jak teściowa ma przyjechać, wszystko posprzątane i nagle łubudu… i odkurzacz wypluł z powrotem całą kurzową swą zawartość. Jakoś tak się okazuje, że kompletne cicho jest bardziej przerażające, niż niecicho. I gdy owo cicho serio zaczyna sprawiać, że załączyliście wszystko robiące dźwięk w domu… ponowny powrót wiatru i łoskoczące dachówki sprowadzają spokój.
Oczywiście po chwili, gdy całkowity wietrzny łoskot da Wam popalić, to wszystko się zaczyna od nowa… czasem ponownie łazicie po ścianach i takie tam… ale wiecie, że kiedyś ten wiatr ucichnie. Znaczy, no zwykle tak jest.
W okresie późnojesiennym i zimowym wyjazd z Wyspy jest… eee, no wiecie, ograniczony. Bardziej lub mniej, mocniej lub kosmicznie wymiotnie, ale nie da się ukryć, że dostać się z Europy na Wyspę nie jest łatwo. A i opuścić nią też. Zresztą, kto by tam chciał. Oj pewno, że są tacy, co pracują gdzieś poza i dzień w dzień kotłują się w samolocie, tudzież na promie, ale tak serio… większość z nas woli siedzieć na Wyspie. No wiecie, w domu! Bo ten mały skrawek ziemi i kamieni, to dom. Może uzależniający i wietrzny, ale jednak dom… i kurcze, serio ciężko się z niego wyrwać. Jakby nie tylko doczepiał pępowinę, ale i doklejał stopy, łapy i dupska. Ale wiecie… czasem trzeba wyjechać z Wyspy. No na chwilę, na sekund właściwie pięć, no dobra godzin w rzeczywistości, bo przecież o ile lot trwa pół godziny, to jednak promowa wyprawa już ich kilka. Szybszy, mniejszy i o wiele bardziej się kolebiący katamaran to doprawdy przeprawa okrutna w okresie wietrznym. Co jak co, ale sprawa ino dla wytrwałych, odważnych i wiecie… no naćpanych lekami na chorobę morską. Większe, ale wolniejsze, stare promy są o wiele milsze i bardziej wytrzymałe, ale też… bujają.
Na promie cisza już nie jest tak męcząca…
Z racji, że są sprawy na niebie i na ziemi, a raczej pod nią… znaczy zaraz, pod nim, no niebem pod, nie kurna pod ziemią!!! Ech, wybaczcie, ale wiatry działają też na zatoki, które serio uprzykrzają życie!!! No mniejsza. Są te rzeczy i sprawy i czasem, raz na rok, raz na stulecie, wiecie, jak się nie da pocztą, netem, czy innymi współczesnymi ustrojstwami i trzeba osobiści i to przedśmiertnie, nie że użyjecie siebie w sypkiej postaci i po prostu dmuchniecie się w kierunku pożądanym… no czasem trzeba wyjechać z Wyspy. Wtedy wiecie, najlepiej po drodze załatwić i to, co trzeba, i to, co całkiem może być potrzebn, to co potrzebne raczej wątpliwie i to, co serio całkiem zbędne, ale wiecie, może i kiedyś świat zmieni swoje zdanie i sprawi, że potrzebujecie długich, fioletowych gaci w różowe serduszka…
No czasem trzeba.
Wtedy oczywiście najpierw należy napisać/zadzwonić do Polski i błagać o aviomarin. Inaczej się nie da!!! Szczególnie jeżeli jesteście mną i buja Was wiatr na trawniku i przejażdżka krótka autem powoduje mdłości i ogólnie mówiąc, nawet jeżeli ktoś kręci, to też się Wam od razu ulewa… musicie mieć małą, bielutką pigułeczkę. Inaczje ni hu hu!!! A takie cuda ino w Polsce. Ogólnie Polska ostatnimi czasy stała się trochę takim Meksykiem. Bez urazy, ale tylko tam są fajne leki bez recepty i te na receptę też!!! Tutaj już nawet nie dostaniecie przecież dobrego ibupromu w większej ilości. Oczywiście wszystko z troski o klienta, ale ja tam im nie wierzę. W końcu wystarczy pójść do lekarza i dostaniecie zlecenie na wielkie opakowanie… bez niego sprzedadzą Wam ino malutkie, które i tak niczego nie uciszy, a bólu już zupełnie. Zresztą… całkiem możliwe, iż traficie na lekarza całkiem polskiego i ten zwyczajnie, i całkiem oficjalnie, powie Wam, cobyście przelecieli się do Polski i zakupili dobre rzeczy w jakiejś aptece. Ech… nie ma to jak szczerość. No mówię Wam, no Meksyk. Jazda po leki, tańsze i lepsze, po żarcie i inne specjały…
Świat jest dziwny.







