Pan Tealight i Obraz Niespełniony…

„Milczenie, cichość… Wiedźma Wrona Pożarta Niemalująca zapatrzona w niebiałą ścianę, zwyczajność. Codzienność. Jej palce stukają w klawiaturę, jakby w rzeczywistości były innym elementem, nie czymś połączonym z nią samą. Jakby miały własne dziesięć rozumków, które tylko przez przypadek w tej chwili współgrają ze sobą.

– No podejdź tu, ty z małymi rączkami. Z palcami krótkimi, z odnóżami skąpymi i beczułkowatymi, depilowanymi cotydzienniowo. No chodź tutaj!!! Chodź!!! Pójdź k mnie. Ałuuuu, ja Cię wzywam!!! Bierz ten pędzel i maluj mendo plącząca!!! Szlajasz się gdzieś indziej, podobno pracujesz, ale ja już wiem, że mnie zwyczajnie unikasz. No i co z tego, że wymagam więcej pracy i więcej zamyślenia… i co z tego, że męczysz mnie już dwa miesiące wciąż zmieniając koncepcje! Takie mam prawo, akceptuj to i maluj. Może w końcu pozwolę Ci skończyć podłości Ty!!! Niebarwna, niepełna beze mnie istoto Ty!!! Maluczka, dziwnie anormalna, a jednak… tylko Ty jesteś tą, która jest mi dostępną, więc przecież nie mam wyjścia! Musisz mi być posłuszną. Też nie masz wyjścia, nie myśl sobie. Jak mnie nie namalujesz, jak mnie skończysz, jeżeli w końcu nie uzgodnimy jakiejś koncepcji, to się serio wkurzę!!! Wyjdę z ram i tak Ci przypieprzę, że się nogami nakryjesz i to nie w ten dziwaczny sposób, którym probujesz wszystkim zaimponować! O patrzcie, ja mam krótkie nóżki, o zarzucam je na plecki sobie, ahahahahaha!!! A patrzcie, językiem mogę sobie w nosie pogrzebać!!! Ojojojjj! Taka jestem zdolna a Obraz, ja sam, stworozny do cudów… nadal jestem nieskończony!!!

„Jingle bells, ho ho smells, farting all the way…” Oj tak, Chatka Wiedźmy naprawdę ma gdzieś to, co dzieje się w jej wnętrzu i nadaktywnie szykuje się do świętowania… oczywiście jak zwykle po swojemu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9299 (2)

Z cyklu przeczytane: „Klejnot” – … niepiękny. I miłość… bo przecież bez niej, to chyba kurcze niczego być nie może i pomysł. Wiecie, jeśli chodzi o sam pomysł, jeśli odepchniemy wcześniej czytane „Opowieści podręcznej”, to może Was zaintrygować. Ale wykonanie… ja błagam, gdzie owo wykonanie!!!

No więc chodzi o to, że ona jest surogatką. Jej zadaniem jest porodzić dziecię, dla arystokracji. Bo wiecie, jak to w życiu bywa, biednym biednie, ale płodnie, a bogatym ino bogato. Nasza bohaterka – wywodząca się z najniższej kasty specyficznego świata, podzielonego na: Bagno, Farmę, Dymy, Bank i Klejnot – Violet… jest pusta. Idealnie i doskonale. Jeśli macie nadzieję na poznanie jej naprawdę, na jakieś pasje, to zostawcie sobie ową nadzieję, na inne powieści. Tia, gra na wiolonczeli i co z tego? Ale jeśli chcecie wiedzieć co założy, albo tudzież, co inni będą mieli na sobie – oj, to dostaniecie w pełnym wymiarze! Jeśli widzi się Wam opowieść o przyjaźni… tyż nic z tego, ale będzie miłość. Znaczy takie tam, no i masa dziwnych zabiegów medycznych z lekarzem, który nie zauważa, że jego pacjentka już nie jest dziewicą, ale…

Ogólnie mówiąc… oj nie. Ni to rozprawa dyskredytująca porządek światowy, ni to marzenia o utopii, ni to… nic. Bo przecież nawet owej walki o zmiany tu nie ma, a przecież… nosz kurde, jak ona może być tak głupia i ślepa? No jak? Przecież nawet w książkach dla nastolatek można zawrzeć coś bardziej mądrego, niż rozprawę o tym, co założyli jej na dupę. I kurde! ONA MA MAGIĘ! Violet ma w sobie magię, magię, która może niszczyć, a jednak nic sobie z tego nie robi?

SERIOUSLY?!!!

Nej Tak!!!

IMG_3130

Pada i wieje.

Wieje i pada.

Leje i zacina, błyska się i grzmi, a potem znowu cisza. Chwilowa i przejściowa. Dziwnie anaturalna cisza. Może i na świecie wydarzyło się coś, co sprawia, że FB zmienia się kolorystycznie, może i wszystko białe i niebieskie i czerwone… może. Gdy coś takiego się dzieje, to cieszę się, że nia mam ni telewizji, ni radia, czy gazet pod nosem. Nic na mnie nie wrzeszczy, nic mnie nie straszy. Internet wyłączam po odrobieniu pracy, usuwam z widoku to, co tak bardzo chce mnie przerazić. Tak, taka jestem. Obrzydliwa egoistka, czyż nie? Oj, pewno, że tak myślicie, ale widzicie, ja to robię z polecenia lekarza. I co? Teraz nagle się wszystko zmienia? Czyli co, tylko to, że jestem psychiczna, wszystko zmienia? Jestem jak ten Szalony Jaś na pylistej, wiejskiej drodze, co gada sam do siebie, ale gdy tylko wyciągnę papierek z filuterną diagnozą już ino bo jestem ekscentrykiem, oczywiście jeżeli na to mnie stać, czyż nie? Widzicie… nie toleruję ludzi, którzy źle mówią o mojej Wyspie. Nie toleruję tych pieprzących o tym, że ludzie tutaj się izolują, tych nierozumnych, którzy pieprzą o wspólnocie, nie dzieląc się swoimi kiszonymi ogórkami. I wiecie co… Wy jesteście tacy tolerancyjni, więc buba, musicie tolerować i mnie.

I Wyspę.

Miejsce, które zbiera ludzie stroniących od szaleństwa, od owej mtnej „wspólnoty”. Tych, którzy zbierają papierki z plaży, któzy dbają o dom, oraz wszystko to, co dookoła. Tych segregujących papier i szkło. Zwracających plastikowe butelki. Bo czysta Wyspa nie bierze się ot tak z niczego. Ona potrzebuje miłości i szacunku… i oddalenia się od świata. Wyspa, to schronienie dla tych, którzy nie chcą dróg szybkiego ruchu i multipleksów oraz tzw. markowych sklepów. Bo… może będzie to dla Was szokiem, ale chcę przypomnieć: bo ludzie mają wybór. Mają wybór i mogą unikać żółci, zakłąmania i plastikowości. Mogą nie chcieć botoksu, mogą się starzeć i grzebać w ogódku. Mogą robić z okien pozbawionych firanek piękne wystawki… i mogą wciąż być ludźmi. Pełnymi artyzmu i potrzeby przelania go gdzież… Tak, Wyspa, to w pewnym sensie i ochronka. Osamotnienie posezonowe, cisza i ciemność. Głośność zrywanych dachówek i nikłe zabieganie. To bycie bez tego, co obecnie uznaje się za „człowieczeństwo”. To po prostu coś innego. Coś więcej, ale tylko dla wybranych.

Obecnie wietrzne miejsce dla pokrzywdzonych, rozjechanych, rozpłaszczonych, takich co zderzyli się z codziennością kontynentu i uznali, że nie są w stanie tam oddychać, albo takich, co zawsze wiedzieli…

IMG_4788

Wiatr…

Przez całą noc duł ten dziwny, który przynosi strach. Owo duszenie w dołku, dziwne sny… na przykład Scully kombinująca coś na ulicy i ja sama ratująca świat przed faszystami. Ekhm, nie wiem serio jak, ale w końcu udało mi się skołować dynię z telefonem w środku dzięki dziwnej parze starszych pań mieszkających w kamieniczce, która zmaiast drzwi miała płotek. I one nie mieszkały na dole, tylko z dolnej ściany biegł dziwny, wąski tunel do góry i ja… ja się rozpłakałam, bo za bardzo się bałam, by nim przejść. Na moje zdrowie psychiczne panie miały jednak ukrytą kuchnię na parterze i pozwoliły mi zadzwonić, oczywiście wtedy przybył ów faszysta w garniaku – serio nie kumam czemu, ale on był faszysta – i próbował mnie ułapić przez szklane drzwi. Nie wiem, skąd one się wzięły!!! I chowałam się za ciuchami i ta pomarańczowa dynia i telefon… I uratowałam świat. A dokładniej kawałeczek go. I nie, nie był to Paryż.

Sorry!

Poranek budzi człowieka ostrym słońcem wyskakującym zza granatowo-szaro-błękitnych chmur. Naprawdę! One są właśnie takie. Takie z jednej strony przyciężkie, a z drugiej jakoś tak bardzo lekko drżące. Zaskakujące, bo wiadomo, że zaraz zacznie i lać i wiac i wszystko znowu będzie fruwało. Nagle jednak traci się poczucie czasu, zapatruje się człowiek w te promienie buchające zza chmurek niczym ze świętych obrazków i jakoś… nagle ten dziwny nocny hałas z niego ucieka. To przerażenie, gdy wiatr starał się wybić drzwi… a przecież otwierają się do środka, jak wszystkie tutaj… też odpływa. Jakoś wszystko to, co było skrywane ciemnością, co wydarzyło się wcześniej, odchodzi. Jakoś tak, normalnie. Nie ważne są już poprzewracane doniczki, bo przecież można je zwyczajnie podnieść, ani te liście, gałązki. Na szczęście dachówki są nadal na dachu, czyli wiecie, jakoś zwyczajnie wszystko gra. Nie ma czym się martwić. Kompletnie.

Nadzwyczajnie nawet.

Jutro też ma wiać.

Ciekawe, jaki będzie ten nowy wiatr, no i czy za każdym razem ten wiatr jest zwyczajnie inny, czy jednak dostajemy wiatr jakiś taki przechodzony, jakiś taki wykorzystany, kupiony za trzy złotówki na wagę!!!

Kurcze… no i teraz w ogóle już nie wiem, co o tym myśleć? No?

IMG_8671 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obraz Niespełniony… została wyłączona

Pan Tealight i Mucha jesienna…

„Chatka Wiedźmy bujała się i kiwała. Leciutko unosząc ściany, przestępowała z kąta na kąt, postukiwała schodkiem wejściowym, wybrzuszała Cierpiętniczo Pleśniowe Drzwi i ogólnie mówiąc… miała ubaw z wiatrowości. Poleciałaby, ale jakoś zbyt dobrze wiedziała jak wygląda jej Wiedźma Wrona od środka, więc postanowiła na razie nie, a przynajmniej nie za jej przytomności… Bujała się, tańczyła i podrygiwała, pozwalała wiatrom macać jej, powieszone przez Chowańca lampeczki, burzyć ostatnie listki w krzaczkach, zabawiać się z choineczkami, kłapać zawsze nienażartą skrzynką na pocztylisty. Zwyczajnie.

Bawiła się.

A w jej środku Wiedźma Wrona Pożarta pracowała. A dokładniej robiła różne rzeczy, za które jej nie płacono, albo płacono mało skrupulatnie, albo wmawiano, że powinna się dzielić tym, czego nie miała, albo wiecie, ogólnie mówiąc… olewali ją wszyscy i tyle. A ona wciąż miała nadzieję, jak kurcze te ubogie umysłowo dzieci, które kurcze wiedzą, że powinno być inaczej, a nie jest… że coś się zmieni. Że nie będzie trzeba wciąż jeść tej Turyścizny. Że no ile można! Ona też chce te kawiory i wypasione sałatki warzywne, no i te zupki z selera z prażonym słonecznikiem, czy jakiś inne frykasy. Owoce morza, tudzież kurcze jakieś no wiecie, cuda wianki. Te wszelkie kolorowe cudactwa, którymi ludzie się chwalą na cholernych Instagramach, tudzież innych snapchatach. I nie chodzi o to, że ona się panicznie boi telefonów… i tak wie, co tam robią.

A miała ino muchę.

Niby głodnemu wszystko jedno. Kiedyś zjadła karalucha i to raczej niejednego, chociaż wiecie, jak je miksowano, to kto by tam odnóża szukał w koperkowej, wszystkie wygladają jak zieleninka, tudzież resztki czegoś podobnego do mięska… a mucha była senna. Ociepliło się, owietrzyło, więc pewno ohydnica jedna wylazła ze swojej pościeli atłasowej, zeskoczyła z puchowego posłania, odgoniła dwórki i służące, podjechała karetą zaprzężoną w mikre mustangi… by ją wkurwiać. Tłusta, wielka i połyskująca. Od razu widać, że mieszka w jakimś pałacu, że żywią ją kawiorami, że ma służbę, ruszać się nie musi, tłuściutka z manikjurem skrzydeł.

Suka!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8151

Z cyklu przeczytane: „Kości zaginionych” – … twardość. Taka jest Reichs. Ona jest twardością. Najwyższym jej stopniem. Nie zabawia się w słówka tulące się i lepiące do naszej podświadomości. Nie. Ona od razu wali z grubej rury, rozbiera wszystko na cząstki i dokopuje się do największych brudów i drąży…

Tym razem wraz z nią wpadamy na dziwny, dla większości nieistniejący trop. Ot zwłoki dziewczyny, na pewno zwykła prostytutka, no przecież przy drogach pełno takich, ale czy na pewno? I co z tym wspólnego ma zbrodnia w Afganistanie? Jak to wszystko może się łączyć? Jak przenikać?

Ponownie Tempe prowadzi nas poprzez dziwne zakamarki ludzkich obrzydliwości. Poprzez chciwość i zawiść, stare rany, które nigdy się nie zamknęły i te nowe. U niej z jednej strony wszystko jest białe lub czarne, ale z drugiej są i takie sprawy, których nie da się nawet wytłumaczyć.

Twarda, bezkompromisowa, pozbawiona romantyzmu, ot same kości i fakty, powieść. Z jednej strony może i za „twarda”, może i toporna miejscami, ale wiecie co? Lubię taką Reichs. Prawdziwą. Nie silącą się na lirykę, nie zdobiącą faktów.

Będącą sobą…

IMG_2552

Słonko i wiatr. I chmurki w dziwacznych kształtach. Oto Wyspa tegorocznego listopada. Tego, jak na razie niewiele deszczowego, tego dziwnie wciąż ciepłego, aż kurcze facet w krókich portkach wcale nie wydaje się być powodem dla dreszczów, a raczej przytaknięciem – no on to przynajmniej się nie spoci!!! Na horyzoncie ni człowieka, znaczy wiecie, poza city, no i oczywiście autko to raz na godzinkę przejeżdża. Cisza, w oddali stukot fal, ptactwo się na nich białawe rozbija, pewno jakieś rybki rzucili, czy coś? Pierun je wie, ale jak na razie olewają wywieszone w ogródku kuleczki smakołykowe. Wolą dzicz i leśność. A owa w niektórych swych zakamarkach pochowała drzewa z liściami. Drzewa żółtawe i czerwonawe, pojedyncze brzózki, które opierają się wietrznemu ogołacaniu i dębinki, a nawet niektórym klonom się udało… pozostać w ciuszkach. Wpadasz na te kolory, na owe obmywane miękkim, niskim, zraszającym je światłem słonkiem i… nie wierzysz. Bo to jest tak piękne, tak cholernie artystyczne, że dech ci zapiera, więc nie baczysz na podmokłość, grząskość i bagnistość i leziesz w te kolory. A błotko wtedy cię zeżre i będzie. W ten sposób, mówię Wam, powstały owe sławetne błotne zwłoki. Jak nic zapatrzyli się na przyrodę i tak im zostało. Nie żadna ofiara, nie zbrodnia, czy inne ludzkie wymysły…

Tylko natura.

A ona się recholi. Znaczy natura. Jak już człowieka namokrzy, jak go ubłoci, a jednak on wciąż ma takie rozmarzony wyraz pyska, to w końcu go puszcza, człowiek się wywala i zwyczajnie budzi się z tego dziwnego snu… zapatrzenia. Bo to wszystko jest takie piękne. Tak wie, ot zwyczajowa natura, ale tutaj ta natura, może i zwyczajowa, może i europejsko pospolita, jest jednak bardziej specyficzna, bardziej pociągająca, zmuszająca do nierządu. Do macania się z drzewkami, wpatrywania w rozgrzane do białości trawy, w łapania ostatnich much. A bo się wybudziły małpy jedne świniowate i wkurzają. Jak pacnęłam jedną dziś łapką, tosz kuchnia taki rzucik pozostawiła po sobie na szybie, że zastanawiam się na ramką. Serio… zresztą w dzisiejszych czasach to sztuka to wiecie, coś całkiem innego.

IMG_0247

W porcie na falującej tafli bujają się łódeczki. Odmalowane, odpicowane i wylakierowane, cieszą się swoją ruchliwością. Raczej sporadycznie ktokolwiek je osiada, więc co mają zrobić. Chociaż… kurcze może jednak nocą, gdy serio jest u nas ciemno jak w du… znaczy wiecie w tym miejscu u cudownie opalonej osoby, no to porusza się morskość bardziej, rozbłyskuje, a potem wypływają z niej wszelkie Utopczyce i Topielice, Nęcówki i Syrenidy, Odbijaczki i Wciągaczki… i te wszelkie nienazwane. I wiecie, bawią się. Biorą łódki i wybierają się na zabawę. Na zabawę, na którą dostać się można ino nie dotykając morza, unosząc sie nad nim, ale też i płynąc. I tylko raz w nocy można się dostać na małą wyspę, na której stoi zamek pełen kwiatów, muzyki i gwiazd na swych nibynóżkach, które rozgrzewają atmosferę. Z cateringiem i wszelaką zabawą, z wystrojem, który jakoż dopasowywuje się do każdego i napitkiem, który sprawia, że wszystko nie ma znaczenia…

I bawią się.

I wiecie co? Nikt się nie skarży, bo przecież wszyscy są zadowoleni. I łódeczki są wyprowadzone na spacerek i szczęśliwe, a i ludzie nie muszą sobie w nich moczyć w wietrzność dupek. Bo w naturze, to kurcze wszystko jakoś tak się układa. Nawet, a może szczególnie wtedy, gdy nie jesteśmy tego świadomi. Chociaż… kurcze u nas przecież owe normy są odrobinę inne. Takie wiecie, znajome z odciskami małych łapek na lodówce, dziwnych przedmiotów przenoszących się w zaskakujące miejsca, tudzież… miejsc przenoszących się w dziwne przedmioty.

Kurcze! Ale dlatego wciąż jest tak ciepło?!!! Nawet z tym wiatrem, który pachnie jak północ, ale nie ziąbi jak północ, jakoś to wszystko zdaje się być wciąż nietypowo zbyt ogniste. Zbyt, jakoś tak, wiecie… ciepłe!!!

IMG_0235

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mucha jesienna… została wyłączona

Pan Tealight i Latanie…

„Wiało…

Dudniło i buczało.

Przewalało się, miotało i ogólnie zmuszało wszystkich i wszystko do niestania w miejscu i skradania się na czworaka. Wiedźma Wrona Pożarta, która starała się właśnie dotrzeć do Białego Domostwa, przekonała się o tym, aż nazbyt namacalnie. I to całym ciałem!!! Jak zanurkowała w lekko błotną tożsamość zielonkawego pola, to stwierdziła, sama do siebie i do Chochela, że raczej kuracji odmładzających jej więcej dziś, a może i w roku całym, już nie trzeba! Ale podniosła się jakoś z zaskakującą ją samą godnością, otrzepała się, obtarła, reszta wiecie, na tym wietrze wyschnie sama i odpadnie, więc po co się tym martwić… i poszła.

Gdzie szła…

Na początku myślała, że omam ma. Może coś było w codziennych pigułkach, może jednak czegoś zapomniała połknąć, może to owo dziwne jabłuszko od tej starszej pani? Kurcze, no przecież na nią działało wszystko, więc jak to poukładać? A te kolory dookoła Białego Domostwa to chyba ino po grzybkach, a dawno ich nie jadła… z kilka dni będzie, więc… O co chodzi?

A oni się poprzywiązywali. Za odnóża, za macki i łapki, do ścian, okiennic i dachówek… i latali. Każdy zaś, bo przecież wiatr miewał swoje czkawki i wpadki, miał barwny, malutki spadochronik… wiecie, na czas mniejwiania i niewiania, by nie obić się zbytnio o mokrą ziemię. Unosili się, zaśmiewali… nawet Pan Tealight, leciutki, najlżejszy, przymocowany został do drzwi i unosił się. Nad głową miał jakąś kwiecistą plandekę i zdawał się być… uradowanym! Pisków i pokrzykiwań była cała masa, więc i Wiedźma Wrona postanowiła spróbować. Odstawiła swoje lęki na bok i przywaliła je głazem, a potem łyknęła coś od Wiedźm z Pieca… na wiecie, wzrost mocy metafizycznych. Na wszelki wypadek dostała trzy spadochrony i zestaw poduszek, wiecie, na wszelki wypadek i dlatego, że była cenną dla wszystkich, nie dlatego, że była gruba i mogła zrobić zbyt wielką dziurę w ziemi, lub czymś tudzież kimś innym…

Ileż nowego można się dowiedzieć o podobno znajomych, gdy tak się lata. Co jedli na przykład, co noszą, albo czego im w garderobie brakuje, tudzież ile z pań grzeszy zbędnym owłosieniem, a ilu panów sobie owo owłosienie mocno dodaje. Wypadające wszelkie implanty powodowały na ziemi nielotnej wybuchy gardłowych rechotań i dziwne poskrzypywanie, gdy Jednorożce skwapliwie  rogami notowały coś w kajecikach… ale co tam. Zabawa przednia!!!

Może naprawdę wyłącznie tylko prawda cię uleci? LOL”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5106 (2)

Z cyklu przeczytane: „YOLO” – … ale jak to? Bo widzicie, dla mnie książka to książka, zeszyt do ćwiczeń, to co innego, co innego kolorowanka… A to? YOLO? You Only Live Once? No to jeśli once, to wolę książkę!!!

Wzlatujący na fali tego tam niszczonego dziennika, YOLO nie poraża niczym. Tutaj masz coś napisać, tam wyrwać, zwymiotować – a tak, serio. Ekhm. Nie wie już człowiek, czy ma to być performance, czy coś innego? Czy ktoś patrzy, nagrywa nas na youtube? A może to tylko owa nowoczesność, której nie rozumiem? Bez urazy, w dzieciństwie jadałam papier ze smacznych gazet – były takie, chrupkie – ale ta książeczka nie wydaje sie być smaczna, nawet wtedy, gdy nakazuje: „polej babeczkę swoim sosem”. Nie wiem, czy bardziej to wszystko jest dwuznacznością, czy jednak…

A może komuś przyda się takie coś? Może…

IMG_3145

Wieje…

Wichuruje się i sztormuje. W całkowitej, szarej wilgotności po plecach uderza dziwnie ciepły powiew. Ciepło jest i wilgotno, nosz kurna tropiki, czy co? Możnaby się pomylić, gdyby nie to, że w eterze pojawia się ow zimowy aromat. Intrygująco przebojowy. Cudny i przesmaczny… więc czemu do grzyba tak ciepło? To ciepło mnie przeraża. Wszelkie moje komórki pragną zimna, wszelkie członki chcą marznąć, trzeszczeć i pokrywać się cudownymi mrozowymi rysunkami. A tutaj co? Piętnaście na plusie? Ej no! Ja rozumiem, że to najbardziej nasłoneczniona Wyspa na Bałtyku, ale jednak pragnę zimna!!! I choć wietrzność ni pozwala się spocić, to w duszy coś łka za tymi zaspami z dzieciństwa. Oj pamiętam takie fajne tunele… w Nałęczowie zaspy, albo te cuda wszelakie rysowane na szybach. Gdzież one, no gdzie? Lodowce topnieją, istnieje spora szansa, że zaznam wiekuistego lata przed śmiercią, a ja tak bardzo tęsknię za zimą!!!

Ciepłe powiewy zmuszają człowieka do łyknięcia czegoś na łomot pod czaszką. No sorry, ale tak to już jest, że w okolicach wzburzonych sztormów i tak dalej, trzeba się na Wyspie uzbroić w przeciwbólowe, bo kota można dostać. Łupie pod czachą przed wiatrem i łupie w trakcie, ale i tak… nie można żyć bez tego wiania. Jakoś tak wianie usprawiedliwia najlepiej dłuższe leżenie w łóżku, więcej zżartej czekolady i grzaneczki na śniadanie. Jakoś ta szarość i mglistość sprawia, że wydajemy się sami sobie dziwnie bezkarni i całkowicie od razu wyspowiadani. A może mamy nawet jakąś dyspensę od chudych dupek i zwiewnych ciał? Nie wiem… żyję w rytm Wyspy.

Jak ona wieje, to i mnie coś tam przeleci w te i wewte.

Ogołocone z liści gałęzie może i czasem zdają się grozić palcem, ale co tam. Ja jestm tutaj pomiędzy ścianami, za szybką mytą deszczem, no co mi zrobią? No co? Oj Pani Brzozo, pani tak nie wywija tymi mackami, co się na jednej ostał ostatni listek, pani tak nie epatuje ową nagością, bo serio się jeszcze zgorszę. Ja przynajmniej założyłam gacie po wyjściu z łóżka, a pani? Pani zrzuciła te listki i teraz pławi się w wietrznej, wilgotnej rozkoszy. Proszę się przyznać do orgazmów, jak to jest być goła i przelatywaną? Oj się pani nie czerwieni patriotycznie pod ową białawą miejscami korą!!!

Nie ma czego się wstydzić!!! LOL

IMG_4811 (3)

Wieje…

Tak serio, to człowiek się zastanawia czasem, czy dach trzymać, czy jednak ściany, a może lepiej nie podskakiwać, bo podłoga w końcu pofrunie i będzie buba, a ja się nie nadaję na Toto, a już na Dorotkę na pewno. Zabić wiedźmę, nie no… a potem łazić w butach z trupa? Serio? Rozumiem i wiatr i strach i pragnienie powrotu do domu, ale te buty z trupa? Czy tylko mi wydaje się to być odrobinę nie higieniczne? Wiem, że to mocna fiksacja, ale jakoś po prostu nie mogę tego od siebie odsunąć. Patrzeć na ową morderczynię zwyczajnie… i jak mogła na to wszystko narazić biednego pieseczka? No jak?

Bezczelność i tyle.

Wieje…

Gdy wszystko się unosi, jakoś tak lżej się robi na duszy. Jakoś tak wszystko nabiera perspektywy, układa się, no i serio… łatwiej się podobno niektórym lenić, albo sporty wodne uprawiać. Ale wiecie, ino tym nadzwyczaj niepokornym. Bo co jak co, ale zbyt wysokie fale nie są bezpieczne. Ale gdyby tak, czasem się zastanawiam, co by było, gdyby tak zaczęło wiać i duło przez kilka tygodni? Czy wyginęlibyśmy z głodu? Wiecie, niby zwykle wieje ino z jednej strony, a druga pozostaje raczej cicha, ale… gdyby tak wiało, że sztormowość nie pozwoliłaby dotrzeć do nas statkom? Kurcze… jak szybko byśmy w zimowym okresie z głodu pozdychali? No bo, bez urazy, ale całe żarcie to nam Kopenhaga zabiera. Z drugiej strony może i fajnie byłoby się przekonać, że Wyspa jednak jest samowystarczalna? Prąd by był, woda też, a reszta… cóż, na polach wciąż jest coś do zjedzenia, zboże też mamy. Może nie byłoby tak źle?

Może?

Wieje… więc człowiek myśli ma wiecie takie powywracane na drugą stronę, na trzeciej stroni połatane, a na czwartej to już w ogóle czarna rozpacz. Ma jeszcze trochę wiać, więc może jednak otworzę okno i polecę?

IMG_6846

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Latanie… została wyłączona

Pan Tealight i Plemię Zgryźliwych Myszy…

„Szczury Spod Znaku Psów Ogrodnika były stałym elementem Białego Domostwa. W ogródku, pod nawisem skalnym, całkiem wydumanym, żyły Utępione Jeżynki – amazonki świata jeżowego, oraz Wróżki Atomówki – całkiem nieskładne i przez nikogo nie sklasyfikowane. Dwunogie i paroskrzydłe, ale jednak wciąż niezbyt do końca nazwane. Muszki owocówki skrzyżowane z mikrymi ludzinkami? Coś w ten deseń chyba…  Ale wiecie, przez kilka pierwszych lat nie było myszy… no dobra, może i były, ale się nie ujawniały?

Może były zarazem i niewidzialne i zombie? A może jednak były po prostu takie jakieś… mało namacalne? Dopiero w zeszły wtorek, lekko uginając się pod wiatrowymi kulami i motając w dziwnych przydługich szatkach pojawiły się białe myszki. Totalnie białe myszki, a wino letnie właśnie się skończyło, jesienne wciąż jeszcze dojrzewało więc nie mogło to być delirium. Serio!!! Musiały być żywe, zresztą lekko zalatywały kukurydzianymi chrupkami. Jak nic prawdziwe myszki… ale czego chciały? Wtorek był wietrzny, choć ciepły, pochmurny, ale i dziwnie spokojny. Stadko myszek w kolorowych ciuszkach było dość intrygujące… dopóki nie otworzyły pyszczków.

Zamieszkały w Białym Domostwie, wynajęły całą sieć zakamarków, przebudowały ściany w swych wnętrzach, zamurowały kilka dziur, jakoś tak wszyscy się na wszystko zgadzali, byleby tylko… bo one były od początku kostycznie kąśliwe, agresywnie apodyktyczne, nie tyle złośliwe, co raczej osowato swarliwe… prowokacyjno zwarzone i wariacko żmijowate. Nikt nie chciał usłyszeć czegoś aż nazbyt dosadnego i raczej zawsze prawdziwego na swój temat… a one kurcze zdawały się wiedzieć WSZYSTKO. I to wszystko z tej gorszej, mroczniejszej, mocniej zagmatwanej strony.

I tak wprowadziły się Myszy Zgryźliwe do Sklepiku z Niepotrzebnymi. I wiecie, chyba żyły tam całkiem szczęśliwie… co do innych, to kurcze, nie można mieć tej pewności. Ale, raczej każdy z nas jakoś tam naznacza swoje okolice… czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1589

Najpierw posucha, a teraz proszę… znowu coś do poczytania!!!

IMG_3129

A pomiędzy książkami coś…

IMG_3109

… a może KTOŚ?

IMG_3112

Demon słodszy niż wata cukrowa!!!

IMG_3119

I coś jeszcze… Bo przecież dlaczego nie? LOL

IMG_3123

Po ciepłym dniu, lekko mglistym i wilgotnym nastała noc. Jak to zwykle na Wyspie bywa, wiecie ciemno jak w dupie u… niepoprawnego politycznie na śnieżnym zawisie. Ale tym razem nie cicho. Wprost przeciwnie. Dookoła coś się przewala i łoskocze, wielkie powietrzne kule przerażają wielkością i ciężkością i jeszcze… no właśnie, to wcale nie brzmi jak deszcz, raczej, jakby ktoś zbił i rozsypał kryształową miseczkę. A uwierzcie mi, wiem jak się rozbija kryształowa miska na cukierki. Rzezana oczywiście. Oto, co moje maleńkie, niegdyś dziecięce dłonie w czasie swej młodości dokonały – zapoznały się z dźwiękiem i rozbryzgiem takiego DROGIEGO cuda. Uuuu ale dorośli wrzeszczeli, jakby coś się kurcze stało. No więc wiem jak się kryształ sypie i mogłabym przysiąc, że to jednak on spadł z nieba w kropelkach i rąbnął mnie o szybki… ale jak to sprawdzić? No nie da się… za ciemno. I chociaż mogłabym przysiąc, że coś tam połyskuje na wciąż zielonej radośnie i soczyście trawie, to nie wyjdę przed domek, no przecież mnie zdmuchnie. No i kurcze co jeśli to nie kryształki, a jednak jakiś dziwny Terminator? No wiecie, ten srebrzysty, co się rozwalał na kropelki i cząsteczki, a potem się zbierał do kupy… no kurcze nie będzie przecież walczyć z kimś takim. On jest tak wypolerowany, że moje zmarszczki się pogłębiają!!!

Deszczowość wiatrowa ma swoje intensywności i chwile spokoju. Raz chata się człowiekowi buja, okna się nieźle myją, a potem, przez chwilę jest cicho i nagle… nagle rozumiesz skąd się wzięło powiedzenie: cisza przed burzą. Wszystko jest jakoś inaczej. Z jednej strony wilgotno, z drugiej wciąż ciepło, z jednej zimno z drugiej dziwnie niesucho. Krople w owych napadach, niczym wilczek próbujący rozpirzyć świnkom domek, wybijają na szybach dziwne nuty. Nuty się łączą, muzyczkę podejmuje wiatr, a potem wszystko się jakoś tak rozsypuje. Aż nadchodzi noc i uderza wietrzna zapomoga. Ogromna, ciężka, nagle powietrze zdaje się być aż nazbyt materialne. Aż bolesne, telepocząc nie tylko dachem i ścianami, rzucając liściami w okna, twarde… rzucasz się trzymać sfit, wspinasz się na strych sprawdzając dach i ściany, nie zauważasz jak odlatujesz. Bo przecież po co zabierać wszystko w kawałkach, gdy można razem, wiecie tak do kupy? Czyż to nie bardziej ekonomiczne?

I lecimy. Wszyscy. I Wyspa i domy i drzewa i wciąż zielone trawniki i cudownie brązowo-szmaragdowe pola. I skały i ruiny i ludzie uśpieni lub nie. Ale przecież kto nam w to uwierzy?

IMG_6845

Sobota – ludzie w mieście. W końcu rodziny mogą zebrać się do kupy i pooglądać wciąż jeszcze nieliczne wystawy świąteczne. Ciepło… Wiatr znowu nadejdzie, chociaż zdaje się, że ucichł na chwilę. Każdy stara się złapać trochę powietrza, zrobić w ciągu kilku godzin zakupy. Zaraz przecież wszystko zamkną, wczesnym popołudniem znowu pustka zaleje miasto. Jakby tak naprawdę nigdy tutaj nikogo nie było… i w niedzielę znowu zapełnią się uliczki, ale te w lesie. Tutaj na mszę nawet w niedzielę niewielu się stroi, a nawet jeżeli, to niezbyt się wiecie, jakoś tak strojnie stroi, ogólnie mówiąc jakoś tak się nie stroimy… Najważniejsze, by było ciepło, a jak jest ciepło, jak teraz, to najważniejsze, by było względnie wygodnie i już!

Gra gitara!!!

Wiało w nocy.

Wiało tak, że wydawało się, iż nie ma niczego poza tym wiatrem. Moze i była to sama Freja? Może? Kto ją tam wie, ale tak właśnie nazwano ową wichurę. Wichurę, co to wyrwała mi wywietrznik z dachu i teraz kurcze świat zagląda mi do środka. Całkiem bez rumieńców zawstydzenia. Na dodatek wieczorna cisza jest tylko zapowiedzią kolejnych wyziewów i wwiewów…

A w niedzielę mówili, że będzie słońce i wiecie co, było!!!

Piękne słońce, ostre, ale niskie. Za to powietrze… z jednej strony całkiem ciepło, ale w powietrzu czuć coś tak bardzo mroźnego, że spoglądasz pod nogi szukając mrozu. Owych czadowych kałuż spowitych białawą chmurką. Tych wszelkich, szadziowych tworów, sztuki powstającej poniżej zera… zapomnienia, zastopowania, zamarzania. Ale przecież jest ciepło, a raczej jest i go nie ma. Zupełnie. Termometr szaleje, słońce mocno się napręża, ale wszystko dookoła zdaje się być niezdecydowane. Wieje, mroźność wszelaka wdziera się pomiędzy poły rozwichrowanych kurtek, a potem… się pocisz. Zwyczajnie. Jakby Twoje ciało też nie mogło się zdecydować.

Kroczysz przez świat pozbawiony liści. Właściwie zmiotła je tylko ta noc, ten wiatr, owo huczenie. Ale jagódki wytrzymały. Trzymają się splątanych gałązek. Silne, czerwone i połyskujące. I tylko na ziemi brunatny kocyk zdaje się być bardziej namoknięty, niż zwykle. Gdzieś tam siedzi sobie względnie mocne jeszcze, twarde zielone jabłuszko. I śmieje się z tgo wszystkiego, bo przed nim kolejny etap, następne życie. Będzie drzewem. A może i kilkoma drzewkami?

IMG_1465 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plemię Zgryźliwych Myszy… została wyłączona

Pan Tealight i Świat Się Przyglądający…

„Świat zawsze przyglądał się Wyspie. Ot taka tam Świata rozrywka. Każdy sobie w życiu wynajduje jakąś, a Świat, z powodu wieku i tak dalej, wciąż szukał czegoś, co go zaskakiwało. W Wyspie było tego wiele. Nie tylko kształty skał i drzew, dziwne twory, porażające, nurtujące, przechowywane w gałęziach myśli i sny, zboczone zabiegi, porosty wzmacniające porost włosów w niechcianych miejscach, purchawki wzmacniające wydzielinę w nosie, przeczyszczające wiatry, wszelako różnokolorowe plaże i Wiedźma Wrona Pożarta.

Tak… ona.

Tym bardziej, że ona znów śniła, więc było i na co popatrzeć…

Wyprawa zdawała się zwykłą na pierwszy rzut zamkniętego oka. Naukowo się odbijała od powieki. Ot  Amazonka dość spokojna, zieleń, robale i Wszelkie Askradliwe Poszepty. No i oczywiście oni – naukowcy w khaki i tank topach. Zapatrzeni w te wszelkie liście i wody, w ową wszelką ruchliwość i płodność. Tragarze, wodniacy, chybotliwa łódź, czy też stateczek. Wszystko gotowe. Czas oczekiwania, ale chyba nie ma znaczenia co chcieli odkryć. Rzeka zdecydowałą za nich. Pojawia się nagle Inne Plemię… i staruszek podrzucony na łódź i wąż. Który z nich przeznaczony jest na śmierć, a który ma zjeść jego duszę? Który zostanie z nimi na zawsze, a który nie będzie tymczasowy? Dlaczego śmierć w tym świecie jest wyborem? Nie nakazem, nie odchodzeniem, ale zwyczajnym zmienianiem świadomości, świata, ciała i czasu?

Sen się toczy kolorowo, opaska starszego pana, połyskujące wężowe ciało… małe klapki pani naukowiec, wcale niezainteresowanej tym, co się dzieje. Jakby przebywała w innym świecie, za niewidoczną granicą… i może tak naprawdę jest? Może to nie ona, tylko jej odbicie przenikające do tego snu? Czy to jest w ogóle możliwe? Sen nagle nazbytnio odchodzi od łodzi, od staruszka, węża, dziwnej kobiety i zagłębia się w zielonkawo-brunatną wodnistość. Bo przecież sen sam soba kieruje, nie lubi, gdy się ktoś wtrąca w jego intrygę. Taki to zazdrosny autor… despota i całkowity dyktator. A może tylko i wyłącznie perfekcjonista? Cóż w tym złego?

Czy wąż zjadł staruszka? A może jednak naukowcy go złapali wypreparowali, znaleźli w środku coś intrygującego i dlatego teraz Cumberbatch w Szerlokowej Racji ściska mocno Wiedźmę Wronę?

Świat lubił podglądać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2111

Trochę nowości… Naprawdę książki po takiej głodówce to cud przerażający, ale tak psychicznych jak ja przeraża wesołość. Może i czuję się lepiej po ciemnej, złej, mrocznej i bolesnej stronie mocy?

Może?

IMG_2650 (4)

Pada…

Wilgoć wdziera się każdą szparką. Nikt się nie schroni przed wilgocią, nic z tego. Wejdzie ci i w uszy i w oczy dziwnie łzawiące, jakbyśmy sami się już nie składali z wody ino z czegoś, co w końcu ma dość namakania. Skóra nie wysycha, wszelaka dymność pozostawia po sobie tylko lekko wędzony aromat i zero ciepełka. Ale z drugiej strony… no przecież wcale nie jest zimno! Nic a nic! Wprost przeciwnie w owej niewiejącej aurze, w której krople nawet nie zacinają, nie tańczą na szybach, wszystko zdaje sie być aż nad ciepłe. Załączanie domowego ciepełka nie ma sensu… no dobra, nie ma sensu u nas, bo reszta Wyspy grzeje się już od września, jakby doznawała odmrożeń poniżej 21 stopni. Plusowych oczywiście. Takie miejsce. Najbardziej nasłoneczniona Wyspa w tym rejonie tworzy i dziwne wrażenie w swoich Tubylcach. Pragnienie ciągłego światła i ciepła. Nadmierne zużycie świeczek i wszelakich ogniorobnych tworów. A może jednak to tylko kompleks latarnii? Może chodzi tylko o owo światło? O miejsce, które widać, dla wszelkiego bezpieczeństwa, no by nikt się o nie nie rozbił i by… nie naśmiecił swoimi szczątkami.

Bo kto miałby to sprzątać?

Krople opadające na Wyspę wciąż jeszcze nie nawodniły jej tak, by zwyczajowe zmiany koloru morza były obserwowane. Wciąż widać nam mało wody, by glebowatość mogła powrócić do swoich źródeł. W tym roku wszystko jest jakoś… inaczej. Nie było i ciepłej jesieni, zdolnej konkurować z latością, ni owej czadowej opadowości, która sprawia, że wszystko pleśnieje. No dobra, może nie do końca czadowej, ale jednak intrygującej. Łapiącej każde drewienko i każde pakuły i porastające je laskiem niemrozowych igiełek… Pleśń. Już nie wiem, czy wciąż nazbyt sucho, czy jednak wilgotno, czy wieszać świąteczne lampki, czy jednak tylko po prostu przeczekać?

Bo może i zimy też nie będzie?

Oj tak… na Wyspie gada się głównie o pogodzie i o tym, czy zima tegoroczna będzie czymś na miarę tej słynnej z 2010 roku. Bo widzicie, cała reszta nie jest taka ważna. Ten czas trzeba przeżyć, przeoddychać, przepracować. Nie ma innej opcji. No i przeimprezować, bo dlaczego nie? W końcu gdy mokro i ciemno, najlepiej upakować się w jednym pomieszczeniu, popić, pojeśc i może pograć w karty? Albo wiecie, w coś bardziej nowoczesnego?

IMG_2756 (2)

Nagle w ścianach poootwierały się małe drzwiczki. Mogłabym przysiąc, że dotąd moje domowe krasnale mieszkały wyłącznie na strychu, no i w tej wielkiej szufladzie pod lodówką, do której boję się zaglądać, ale chyba zmieniły miejsce. Może wymieniły się z królikami i wilkami mieszkającymi dotąd w ścianach? A może zwyczajnie kochają drzwi? Jak ja? Nie wiem, ale spore czerwone, oraz mniejsze drewniane, swojsko brązowe z e sznurkową drabinką pojawiły się w moich ścianach. Mogłabym przysiąc, że czuję czasem zapach świeżej farby i lakieru – no pewnie, że wciągam, lubię, a i grube pisaki z dzieciństwa wspominam z nostalgią i benzynkę i klej… ekhm… – oraz kanapek z mortadelą. Mortadelą z mikrokangurów!!! Może więc mamy w tym roku w domu nowe krasnale. Może i całoroczne? A nie jak dotąd sezonowe? Przy jednych drzwiach stoi patelnia ze stygnącą jajeczniczką, para drewnianych chodaków, śliczna czerwona skrzynka na listy i skarpeta czekająca na Julemanda. Jak nic ten krasnal, albo i cała rodzina, jest raczej przygotowany na świąteczny sezon. Ten z drewnianych drzwiczek ma na drabince znak God Jul i całkiem spory worek na przenty. Widać olewa tradycję skarpetową i idzie na całość. Albo dalesz Julek wszystkie gifty, albo tracisz codzienność… Trzeba mieć sporo odwagi, by powiedzieć tak do Świętego.

Takie mieszkanie z całą masą magicznych stworzeń nie jest może nowością, ale jednak każdego roku przypomina o specyficznej inności Wyspy. Takiej lekkiej Islandzkości, legendarności i mityczności. A może tyko specyficznemu widzeniu świata? Może tak naprawdę tutaj traci się wzrok, a potem uczy się widzieć na nowo. Widzieć prawdziwie. I już tego nie można odmienić? Nie wiem, wiecie, nie chcę nawet próbować. Wolę moich cudownych, nowych mieszkańców. Może i kruszą i chyba podpieprzają mi zabawowe pigułki, ale co zrobię. W końcu są raczej niewielcy, drzwi mają rozmiar mojej dłoni, więc ile zeżrą tych pigułek. Jedna im starczy na tydzień… wpiszę ich może na listę domowników i rozejrzę się za bardziej świadomym psychiatrą? Pójdę i powiem, że krasnale mi wyżerają leki, czy nie uwierzy? Hmmm… jeżeli nowy na Wyspie, to pewno nie, więc może jednak nie przeginać. Ech tam, pójdę zapukam do tego krasnala, co mieszka w sypialni, może pożyczy jakieś ziółka. Coś tak czuć mile, miętowo i szałwiowo, gdy przechodzę obok jego drabinki. Jak nic pędzi, tudzież grilluje, coś intrygujacego.

W końcu mieszkamy w tym samym zamku, więc dlaczego nie. Podrzucę mu jakieś fajne jagódki, podobno lubią je w lukrze… a może skusi się na ostatnią, lekko zmurszałą krówkę z Polski? Eee chyba nie, krówki to mi kurde szkoda!!!

IMG_1467

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świat Się Przyglądający… została wyłączona

Pan Tealight i Mglista Nenufaria…

„Romantyczność…

Raczej nikt nie podejrzewał, iż ten dzień, zwyczajnie mglisty, lekko wilgotny a i suchy w tym samym czasie, nie tyle ciemny, co szaro-srebrzysty i… dość okrutnie śpiący i jeszcze głodny, bo jakoś nikt nie zaproponował Ojeblikowi śniadania do jej szufladkowego łóżeczka… no nikt nie podejrzewał, że okaże się być tak… mało zaskakującym, nudnym wprost. Wcale a wcale nic sie nie wydarzyło. Wszędzie było cicho, zegary nie cykały, dzwonki nie dzwoniły, większość wyposażenia Białego Domostwa zwyczajnie się lenił i nicnierobił. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, które w końcu po trzymiesięcznej abstynencji dostała coś do czytania, postanowiła dać sobie na wstrzymanie z robotą i tylko czytać. Jak zwykle poległa i tylko azaliż tęsknie spoglądała na świeżutki zastęp karteczek klikając w klawiszki i przekłądając kamyczki…

Nic się nie działo. Serio, całkiem nic. Nawet to, co ukryte, o czym wiadomości miały dopiero dotrzeć na Wyspę… tyż spało. No kompletnie nic się nie działo i chyba dlatego Ojeblik wybrała się na wycieczkę. Wycieczkę po wewnętrzu. Po schodach i podziemiach, dachach i kominach, po stopniach i progach, ścianach i oknach… no wiecie, ot tak po prostu… zwykłe wścibstwo i tyle i całkowite pragnienie niezmoknięcia, możliwe tylko pomiędzy ścianami.

No i tak się turlała i podskakiwała. Większość nawet nie podejrzewała jak ogromne było Białe Domostwo wewnątrz, jak bardzo powalające. A ci, którzy mieli jakieś pojęcie, to wiecie, albo byli zombie, albo już nie żyli całkowicie, albo kruszeli w spiżarni, bo pewne tajemnice muszą pozostać tylko i wyłącznie tajemnicami. Jej powiązane w warkoczyki włosy lekko podskakiwały, sprzątały i wilki i koty spomiędzy kątów, przeszkadzały, wkurzały, ale niektórym nawet pomagały, bo co to za alchemia, jeśli nie ma na czym wypróbować smakołyków… a ostatnimi czasy Pan w Spiczastej Czapce mieszkający w Jaskini pod Schodami coś znowu kombinował. Duchy w ścianach nawet uważały ją za pewną rozrywkę. Gdy tak kurcze była w stanie wcisnąć się w każdą szparkę, w każdy pozostawiony but i papierek.

Jednak… w pewnym momencie pojawił się krzyk, potem dziwny łoskot. Z dłoni zbyt wielu wypadły skrywane wstydliwie sekrety, wszelkie wilgotności zadarły nosa… coś się zmieniło, coś poskładało. Ojeblik wróciła na swoje posłanie blada i dziwnie drżąca. Nigdy nie powiedziała, co widziała. Nie przyznała się, co sprawiło,  że zamilkła na tydzień. Nie narysowała tego, nie pokazała na lalczanych główkach w gabinecie psychiatry… nie pisnęła, nie wyartykułowała uszami. Ale podobno nauczyła się, że czasem lepiej nie pukać przed wejściem, że czasem lepiej nie zamykać oczu… nie zaglądać przez ramię czytających. Bo sekrety winny czasem zostać sekretami.

A Pan Tealight nauczył się chować swoje zboczenie troszkę bardziej i obwijać harlekiny w papierowe okładeczki z męskimi obrazkami.

A ona? Cóż, jej w ogóle nie było… to tylko mgła, mgnienie, oj tam zwyczajnie jakaś spiskowa teoria, całkowite zaćmienie zmysłów.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2666 (2)

Książki!!!

IMG_2562

Książki, książeczki, książunie!!! 3 miesiące nieczytania… znaczy wiecie, nieczytania czegoś nowego, żywienia się tym, co już przetrawione, miejscami wkute na pamkę… Nie wiem co z nimi zrobić. Nie wiem od czego zacząć… nie wiem. Czuję się, jakby ktoś mi dał telfon do łapy i kazał się nim bawić… a ja wciąż ciosam krzemienne siekierki.

IMG_2547

Oczywiście wymieniłam dostawcę. Tym razem, po upadku Merlina postanowiłam oddać się w ramiona innego maga… świniuch mnie zawiódł po raz ostatni! Wszystko tam teraz ma czas dostarczenia dwa tygodnie, a na dodatek nie wysyłają za granicę i wciąż robią w konia… jak mają upaść, to i tak jestem niska, może nie mam owłosionych stóp, ale jakoś tak wymieniam go na innego maga…

IMG_2548

Gandalfa!!! Przysłali szybko, sprawnie, a i dostałam zakładkę gratis!!! Małe, ale strasznie miłe to…

Ale dostałam też smakołyki z Nowego Targu!!! DZIĘKUJĘ!!!

IMG_2565

Mgła

Od kilku dni nie tyle wisi, nie tyle się przewala, tańczy i absorbuje dookolność, ale raczej przyciska wszystko do ziemi. Przywala i wciska się w każdą najmniejszą szparkę, pod każdy kamyk, pomiędzy gałęzi i kupki liści, w ludzi i samochody. Opada, przytłacza i namakrza wszystko. Może i dobra jest dla cery, może i owa szarawość sprawia, że jakoś tak nagle każdy kolor pasuje do otoczenia, ale jednak… Może i pachnie śniegiem, ale jednak przytłacza. Ciężka ta mgła, przyciska cię do ziemi, gdy tylko odważysz się w nią wyjść, więc z czasem zaczynasz się jej obawiać. Jakoś tak. Niczym nieznajomego radioaktywnego opadu, czy czegoś w tym sensie. A jednak… czasem dobrze się dać przekonać i wleźć w mgłę, bo wiecie co? Bo ona jest szalenie smaczna. Ta nad Gudhjem pachnie lakridsem i słodkością wszelaką, troszkę orzeszkami i mocno ciągnie karmelem. Taka troszkę jak mglista krówka ciągutka. Wychodzisz, prostujesz się i od razu wyciągasz jęzor. Bo czemu nie? No przecież w tej mgle nikt niczego nie zobaczy. Samochody ślamazarzą się nie widząc na odległość maski, więc co dopiero sporadyczni przechodnie? Ci, co musieli wyprowadzić pieska na większe siku, albo dziecko uśpić, czy coś w ten deseń? Kto mnie tam podejrzy jak mgłę wpieprzam? Wyciągam śliniaczek za pazuchy, sztućce i małą filiżankę. Wiecie, co jak co jesteśmy tutaj cywilizowani mocno!!! Do tego srebrny nożyk i już można i ciąć i obierać i wpierniczać aż się uszy trzęsą i popijać nie trzeba! Bo ona taka soczysta i wilgotna, nawet jak lukrem zajeżdża.

Taka mięciutka, rozpływa się w ustach…

Jak już się obeżresz mglistości, to się lżejszy jakoś robisz. Nie wiem w jaki sposób, bo przecież przez cały czas namakasz, ale jednak to fakt. W pewnym momencie nawet się wydaje, że mógłbyś pofrunąć, polecieć, wznieść się ponad mgły, ale próżne to nadzieje. Zostajesz na ziemi i dalej wcinasz mgielne spaghetti. Może to jednak nie był dobry pomysł? Bo wracając do domu zdajesz sobie sprawę, że zostawiłeś w amoku drzwi otwarte i teraz już nie możesz uciec przed ową mgielnością. Jakoś nie wiem dlaczego, ale w domu pachnie ona kiszonymi ogórkami, więc nie jest źle… w końcu ile można lecieć na tym słodkim, co nie? Wcinasz dalej, a mgła pcha ci się i do szafy i do łóżka, przymierza twoje ukochane ciuszki i strasznie je rozciąga, jakby się nabijała z twoich przyszłych kilogramów, a w łóżku zostawia wstydliwe, wilgotne plamy. Nosz kurcze i co teraz? Jak wygnać z domu mgłę? Jak ją delikatnie wyprosić, bo przecież jak się wkurzy, to jak nic sprawi, że znikniesz i choć to nie wydaje się być aż tak przerażające, to jednak kurcze… no jak zniknięty człowiek będzie jadł? Spał i żywotował? A może jednak się uda, może zniknięcie nie jest takie złe? Może tak naprawdę cała Wyspa zasnuta mglistością zniknęła i tylko niektórym promom wydaje się, że ją mijają, a jeszcze bardziej nielicznym, że do niej cumują? Może tak naprawdę jesteśmy tylko taką szklaną śnieżną kulką, której tymczasowo nikt nie porusza?

Może?

IMG_0066

Nie, to wcale nie dziwactwo, zwyczajnie jak się mieszka w dziczy, to nagle i dziko się myśli. Wszystko jest możliwe: jednorożec w różowych trampkach żłopiący dziwny koktajl z zielonkawej kałuży i wszelako mikry troglodyta w bikini, a już mężczyzna w jaskrawopomarańczowym wdzianku z serduszkową łatką na pupnym policzku to norma. Wiecie, taka tam wyspowa zwyczajność. Może to i ta mgła, a może jednak owo słonko, które od czasu do czasu zza niej wyziera – jakby kurcze szybki myło i za bardzo na nie dyszało, aż nie chce się myśleć, co też za tymi szybkami owe słonko wyprawia. lepiej nie myśleć, bo gdzie słonka ma te no… narządy? W środku, na zewnątrz, a może kurcze w promieniach i w rzeczywistości ono nas tymi narządami wciąż tak dopieszcza? Przyznacie, że takie ujęcie sprawy lekko wszystko komplikuje, czyż nie? I nage każdy sięga po krem, bo ochrona to konieczność. A niektórzy wybierają czapeczki ze srebrzystej folii, kaloszki z futerkiem i płaszczyki… Wiecie, dla każdego coś miłego, bo w końcu kto nas podejrzy. Turyścizny nie ma, a mgła dookoła, to co? Na youtuba nas nagrają? A gdzie tam! Wolność rządzi!!!

Ave Wyspa!!!

W internetach ludzie jęczą, że święta, że ozdoby, że coś tam, ciekawe jak by im było bez nich? Bez kolęd w sklepach, co ja mówię bez sklepów też. Z przymusem wyprawy za morze do IKEA, a potem spotkaniem połowy mieszkańców na tym samym promie. Oj tak. Jesień i zima uświadamiają nam jak bardzo Wyspa jest niewielka. Na pierwszy rzut ucha 40 tysięcy duszyczek zdaje się być ogromną ilością, dopóki człek sobie nie przypomni, że mieszkał we Wrocławiu. Tam jakoś jazda z Biskupina na Leśnicę nie wydawała się tak wielką podróżą jak z Gudhjem do Rønne. Hmmm? Czyli prawdą jest to, co mawiali, że mieszkając tutaj wszystko się zmienia. Nawet odległości. Ludzie zamiast dojeżdżać do pracy wolą zamieszkać bliżej… a mówimy o kilku kilometrach. Jakby epoki się wszystkim pomieszały, a może jednak chodzi tylko o to, że człowiek się przystosowuje do natury, a nie odwrotnie? Niby to logiczne, a jednak… Siedzisz w domu, czekasz na kuriera, który jak zwykle wczoraj poinformował cię, że Wyspa to Narnia, a szafy nie otwiera sie codziennie, więc czekasz…

Tia, na Wyspie często się na coś czeka. Albo na kogoś… i tylko mgła to rozumie. Powiem Wam, że ona serio rozumie wszystko!

Doskonale.

IMG_0070

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mglista Nenufaria… została wyłączona

Pan Tealight i Dziewica Marynowana…

„Normalność niezwyczajna. Najpierw cztery patyki zmieszane z Pitagorasem w gęstym sosie, lekko ubite… i połączone sznurkiem, niczym kpina z monogamii. Bo właściwie, to jak to jest? Mono, czy poli, hetero czy homo? Drewniane patyczki, więc raczej lekko homogenizowane, ale… czy jednak płciowość patyczków nie zależy od obecności kory, albo odrostów? A może tylko porostów, lekkiej mszowatości? Kto to tam wie… na razie ten temat można było odłożyć, wraz z darnią lekko kasowaną, cieniutką warstwą odkładaną na potem, niczym kożuszek odłożony z wrzącego mleka dla kogoś, kto lubi. Zwyczajnie nadzwyczajny zboczeniec to być musi, ale są i tacy. Potem powoli, warstwa za warstwą, misternie ściągana, odkrywana, niczym operacja, całkiem plastyczna, całkiem jakby wybuchowość odkrywająca…

Wszystko się zaczęło od tego, że Wiedźmę Wronę Pożartą coś nęciło, wizje miała, sny, no i wyrażała wszystkimi częściami potrzebę ciężkiej, ręcznej i brudnej roboty. Dlatego dali jej ten kawałeczek pola, ot niewiele, dwa na dwa i pozwolili pokopać. Mieli ją podglądać, mieli podpatrywać, ale przecież ile można, tym bardziej, że ślepawa Wiedźma to kurcze nosem każdą grudkę macała… przysnęli. Nikt nie widział jak i kiedy, nikt nie mógłby opisać ni murków, ni dziwnej piwniczności, tudzież zamczystości ukrytej w trzewiach Wyspy… nikt. Nie widzieli ni smoka na klejnotach, ni bandy dziwnych, ślepych, podziemnych stworzeń, ani skarbów wielkich, ogromnych, przytłaczających… nie widzieli ni tęcz pogrzebanych pod skrzyniami, ni złotych mgiełek. Mikstur dających wieczną radość, młodość i spełnienie, oraz kamieni, z których niektóre nawet wyglądały dość… filozoficznie.

Nie widzieli.

Gdy się ocknęli, wszyscy, zobaczyli na ponownie równej nawierzchni łąki, znowu nakrytej darnia, jakby nic się nie stało, jakby wszystko się śniło… Wiedźmę Wroną tulącą w ramionach wielki słój z ostatnią Marynowaną Dziewicą. Marynowaną w całości, w gigantycznym, szklanym pitosie zakorkowanym i pakułami i kamyczkiem. Szmatką lekko pleśniejącą na brzegach oblepiony, ale jednak… ukazującym wszystko. I dziewczę blond, o włosach wstrząsanych przyprawami, papryczkami, pieprzem i garścią dyniowych kwiatów. Z niewielką warstwą chyba oleju na górze, liściami czereśni i dębu na dnie, by było jej może miękcej… Ale najdziwniejsze było to, że ona się chyba ruszała. Chyba wciąż jeszcze… pojedyncze bąbelki powietrza zdawały się przenikać przez specyficzny korek i koronkową tkaninę pajęczyn.

Żyła?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8671 (3)

Jakoś nagle dookoła więcej szarości, gdy łapiesz sie na tym, że liczysz liście na przypłotowej czereśni i przypatrujesz się bacznie, jak powoli spływają w dół. Albo szybciej, w zależności od wiatru… już wiesz, że jesień przeszła w fazę śpiącą. Coraz częściej oczekujesz wiatrów i łupania pod czaszką i opóźnień w poczcie i tych dni, kiedy nic i nikt tutaj nie dotrze, bo fale będą zbyt wielkie. I właściwie nic cię nie będzie obchodziło poza herbatą w kubku, robotą odbębnioną na kompie, książką na potem i oczywiście czymś na rozchmurzenie świata. No wiecie… czekoladka!!! Bo przecież ta cisza, ciemność i wszelaka leniwa odpoczynkowatość wpływa na każdego Tubylca. Na tego większego i tego mniejszego, ale… poza tym miłość rozkwita. Jedni szukają damy swego serca poprzez ogłoszenia w prasie, inni znowu przez internety, a jeszcze inni wystawiają znak przed domem i już. Jeżeli któraś z pań chętna, to zapraszamy. Panowie szukają pań, a panie… cóż, pewno też szukają. Potem kupując masełko do chleba i jabłka, możesz zobaczyć rozmarzonego starszego pana, uśmiechniętego, kupującego coś słodkiego i wielki bukiet kwiatów.

Wiadomo, w zimę lepiej w kupie siedzieć.

Z kominów czasem unosi się dym, gdy mocniej przywieje wiadomo, ludzi atawistycznie do ognia ciągnie. Nie wystarczają już tylko świeczki i ciepła dmuchawka w domu, potrzeba czegoś więcej. Tego trzaskania i aromatu, tego ciepła bardziej namacalnego, tej żółcienowatej złocistości, iskierek, lekko przypalonych paznokci i zwęglonych brwi. Tych klocków z wiórków, które pachną tak super, że mimo braku kominka mam w domu jeden, by sobie zwyczajnie… wąchać. Bo powietrze, lekko mroźne, lekko szarawe, liściowe – pachnie doskonale. Zapachów jesienią nie można zepsuć nawet jeśli zanosisz do lasu swój żołądek napchany kapustką i grochem z fasolką. Bo wszystko jest wtedy/teraz jakoś taki głębsze. Mocniejsze i bardziej przenikające. A może to tylko ta szarość tak wpływa na zmysł węchu i smaku? Bo przecież w ustach też coś się dzieje, czarownie pomieszanego takiego, jesiennego.

Na gałęziach ostatnie jagódki, owoce głogu, róży czy jarzębiny kuszą swoją lekko przemrożoną zawartością. Możeby tak jednak coś z nich ugotować? Zalać spirytem, jakoś tak zabimbrzyć? No przecież zima idzie!!! Może jednak spróbować i posłużyć się najstarszymi, przekazywanymi z dziada na wnuczka i wnuczkę przepisami? I tą wielką, rozbryzgniętą butlą, co się rozpukła nad moją kołyską… coś w tym wszystkim musi być, co nie? Może jednak…

IMG_5162

Ciemność na Wyspie jest prawdziwa. Głęboka, mocna, naciągnięta do granic możliwości. No kroić ją można, lukrować i patrzeć jak ładnie kruszeje w pudełeczku na ciasteczka. Albo zaszaleć z ciemnościowymi zabawkami na choinkę. Nawet jeśli na waszej drodze stanie jakaś lampa, to bez boja, zaraz zniknie. Zresztą u nas jak z Kopciuszkiem, o północy koniec balu, wszystko wyłączamy, nie ma się szlajania! Spać ludzie, spać… i spać!!! Nawet te pojedyncze, przystrojone krzaczki, oczywiście białymi, mlecznymi, czy też żółtawymi lampkami, zdają się przysypiać. Jakby po północy serio się wstydziły swoich blasków. Może i tak jest… dynia znowu nie jest karocą, myszki i szczurki do domu, z kota chciałeś gronostaje, ale one znowu miauczą. Pierścionek od Księcia zmienia się we włos, pałac ginie… cóż, wydawało się, że po ślubie czar ten nie będzie miał miejsca, ale kurcze co, gdyby jednak co noc Księżniczka Kopciuszek zmieniała się w zwykłego, lekko woniejącego spalenizną Kopciucha? Czy Książę zamieniałby ją na Macochę? Może i starsza pani zagarnęłaby trochę szczęścia dla siebie? No bo przecież życie nie jest przewidywalne, czyż jest może?

Książę porzuca Kopciuszka na noce, w których ten siedzi w swojej dyni i wybiera pestki z koafiury, sypia z myszami i ogólnie mówiąc nie pachnie najlepiej, a Macocha… widzicie, Macocha jest jeszcze całkiem rajcowna, więc czemu nie? Bo kurcze co to za mąż, co nie potrafił rozpoznać tej, którą pokochał? Jak można się kierować ino woniejącym pantoflem, wtłaczać w niego, w ową relikwię miłości, każdą kostropatą odnóżną stopę? No jak można było… Książę się nie popisał. Ogólnie kicha z niego i szambo! Jak z tym Pinokiem. Uch, nienawidzę drewniaka!!!

Że miało być o ciemności? No przecież jest… przecież, gdy jest ciemność, to wtedy wszystko zdaje się być o wiele bardziej prawdziwe. Bardziej intrygująco przejmujące, bardziej… No dobra, nie mam co czytać, czekolada wyszła, to logiczne, że mi odbija. Po trzeciej ciemność na zewnątrz i wewnątrz. Od razu wszelkie baśnie nabierają prawdziwych kształtów. Nic w nich grzecznego, nic porządnego i całkiem ugładzonego. Siostry Kopciuszka nie mają stóp, ino ogryzki kości takie, trochę pięty, u tamtej zwisają jakieś paliczki. Królestwo spływa krwią tych, które chciały się na bucik załapać… i tak serio, to o co chodzi? O to, że Kopciuszek był dobry? Ale, czy była naprawdę dobra, czy ino niedojdowata…

Wcale się nie dziwię, iż pod duńskim niebem takie baśnie się narodziły, że z pokrzyw pleciono wdzianka, wcale a wcale!!!

IMG_6244

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziewica Marynowana… została wyłączona

Pan Tealight i Anioły na niebie porozjeżdżane…

„Nie planowali tego, bo przecież z Wiedźmą Wroną Pożartą planować, to najlepiej od razu strzelić se w łeb, wytrepanować kulę, połknąć ją, wydalić i zacząć od nowa, a przed tym dobrze się zamumifikować. Serio! Z nią się zwyczajnie nie da planować i to NICZEGO!!! A raczej może czegokolwiek? Dlatego nawet nie byli zaskoczeni, gdy wylądowali na polu, plecami na glebie gapiąc się na anioły.

Najpierw pojawiło się halo, dziwnie złorzecząc na budzące je słońce, totalny błękit jesiennego, mroźnego nieba… potem przeleciały wrony i mewy, przebiegły dwa bażanty goniąc Ojeblika – małą, uciętą główkę, która chciała jajko na maseczkę upiększającą z wodorostami. W końcu obok uwalonej na glebie Wiedźmy Wrony ułożył się wychudły, lekko kostropaty zając i pojawiły się one.

Porozjeżdżane Anioły.

Dziwnie papierowe, kartkowe sylwetki w białawych kieckach we wzorki, z płaskimi główkami, odrzuconymi aureolkami, z rozmazanymi rysami twarzy i nieistniejącymi stópkami. Bez hymnów i psalmów, ze skrzydełkami rozmytymi i całkiem płaszczącymi się, jedno oderwane, dziwnie skręcające nad plażą, drogie mocno związane, jakby nie chciało polecieć. Tamto odpadło chyba przed odjechaniem aniołka, bo pasujące do niego unosi się nad morzem, a to drugie nad polem wciąż prężnej kukurydzy dla świnek. A to, takie mikre dziwnie, chyba podgryza mała, płaska myszka, której skrzydełka wciąż są na miejscu. Oto i jest dowód niepodważalny, że Rozjechane Anioły mają myszy. Bo widzicie, paskudnie śmiecą i tyle… Obżartuchy jedne. Ale co się dziwić, jak tak siedzi się w niebie, gapi na ziemię, ma tyle rozrywek siedzących, no to ma się i myszy. I może się i tyje, ale wiecie, kurcze kiecki mają spore, więc kogo to obchodzi, że aniołkowi przybyło z prawej, czy lewej, na boczku czy z przodku?

Leżeli tak na polu patrząc na Anioły dopóki one… nie odleciały. Nie nadmuchały się nagłym wiatrem i nie odeszły, by któregoś dnia, może wiosennego, może letniego, znowu rozjechać się na niebie. Walcem lekko zadowolić, bo przecież każdy ma jakąś rozrywkę, czyż nie? Niektórzy zwyczajnie wolą raz na jakiś czas tak się sprasować i nie mieć problemów ze zmarszczkami, czy pogniecionymi gaciami. I myślami, dziwnie nieułożonymi. Czasem lepiej dać się rozjechać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8260 (2)

Dobra…

Chyba już nie mam pojęcia jak to jest żyć z reklamami, bilbordami, plakatami. U nas przecież najwyżej coś postawią małego w rozmiarze A5 na patyku, ale szybko zdejmą. Ot i cała informacja. W sklepie pięć Mikołajów na krzyż, nikt nie goni za mną z kolędą, a chciałabym… Nikt do niczego nie zmusza, ogólnorozwojowa pustka sprawia, że nikt cię nie ocenia, bo zwyczajnie nikt nie widzi, a nawet jeśli gadają, to co z tego, przecież nie słyszysz? No i przede wszystkim horyzont… o tej porze roku dziwnie rozmyty, nieistniejący, pochmurowany i pomglony… To wszystko sprawia, że jesteś i Cię nie ma.  Dzicz. Mniejszy Kraniec Świata, czy coś w ten deseń. W sklepie wiedzą lepiej od Ciebie, co chcesz dziś kupić i wcale się nie dziwują, że jako pierwszy wykupiłeś małe, czerwone saneczki dla krasnali. W internetach ludzie z innych stron świata narzekają na podobno nachalne reklamy i wszelaką świąteczną rozpustę od września… a ja? A ja nawet nie wiem, którego dziś mamy, Żaden bilboard mnie nie goni, budynki nie sięgają wyżej niż drzewa, a drzewa pozbawione liści stoją, całkiem nieruchome, jakby czas i świat się zatrzymał. Może i widzieli nad Wyspą jakąś wielką asteroidę przypominającą Dartha Vadera, ale… dokładniej do Dartha, który kurcze lekko skruszał i się odmięsił. Wiecie, wersja czaszka taka. Może to i zwiastun nieszczęścia, może… ale kto tam wie, jeśli tak naprawdę, to nikt nie wie. Była też ta kulka płonąca, coto podobno najbardziej nad Poznaniem, ale i od nas było ją widać…

Jak nic, koniec świata. Znowu.

Ale z drugiej strony, to przecież tutaj już jest Mniejszy Kraniec Świata, więc… chyba mamy to już poza sobą? No i co tutaj kończyć? Ciszę, spokój i pojedyncze muchomorki przy drodze. Wesołe czerwone czapeczki, które chcą przejść chyba przez drogę, ale jakoś nie mogą się zdecydować. Żyć po tej stronie, czy jednak po tamtej? Oj pewno, że Wyspa mała, ale jednak strony tutaj mają znaczenie. 20 kilometrów do roboty zdaje się być OGROMNĄ odległością… kiedyś człowiek był w stanie przejechać tyle tramwajem trzęsąc się i szarpiąc, a teraz to wielka wyprawa. Ekhm, no chyba że wiecie, trzeba pójść na spacer z krówką. Taka czarna jałówka. Stoi sobie człowiek pod kamieniami, dokarmia dzikich małych człowieczków, patrzy… a tutaj polem zaoranym bieży sobie króweczka wyglądająca na byka. Znaczy wiecie, bez niczego… lekki zawał, ale nic to, może wdrapię się na drzewo, może. No nic, obracam się szukając pnia odpowiedniego, a tam dwie osoby prowadzą inną czarną krowinkę. Rozdzielone szosą – którą nikt niczego, ani nikogo nie prowadzi – tęsknie do siebie wyją. I nagle ta bez ludzi wyjąc zaczyna pędzić. Jak nic zeżre mnie, w końcu to Halloween, zombie z krowy też się da zrobić, nie chcę umierać tak młodo… może i nie jestem taka młoda, ale jednak bez przesady, nie zeżarłam jeszcze tych największych lodów, tyle mam jeszcze do przeczytania i namalowania!!! Ciekawe, czy gdy znajdą między kamieniami moje ciało zeżarte w połowie przez czarną krowę, bo przecież całości nie zeżre, no weźcie no, zostawi mnie sobie na potem, bym skruszała…

Na szczęście krowinka dotarła tylko do swojej przyjaciółki nie konsumując mnie po drodze, nie zwalniając nawet, nie bacząc na mój zawał – kurde chyba to jednak nie był byk – i wraz z ludźmi polami poszła na spacer… hmmm, nie wiem, jakiś taki jogging krowi, czy co? Jak myślicie?

IMG_8117 (3)

Mrok się dziś skrada. Taki jest szaro-karminowy. Taki mleczny trochę, gęsty, spokojny. Jakby wiedział, że co jak co, ale on to ma czas na wszystko. Na zdeptanie owego tymczasowego, chwilowego zimowgo już słonka i promyczków i chmurek i tej wszelkiej, mglistej gęstości. Możnaby go jeść łyżką, a przynajmniej mam takie wrażenie. No nie próbowałam, sorry! Ot co człowiek po chleb wyskoczył, przelecieć się, sprawdzić, czy niebo wciąż jest na miejscu i morze… czy przed tą całą, dookolną mieszkalnością są jeszcze jakieś żywotności. Bo wiecie, czasem to mi się wydaje, że nie ma tutaj nikogo poza mną? A może jednak mam rację?

Spotkanie człowieka (żywego w jednym kawałku i pełnowymiarowego) na ścieżce wiąże sie w listopadzie zawsze z wielkim zaskoczeniem. Szczególnie w miejscach oddalonych od Rønne. A już na północy Wyspy, to kurcze ze świecą kogoś szukać. Jakby żywi dążyli do skumulowania swojego ciepła, jakby chcieli być blisko innych żywych… trochę to spooki i nie tylko dlatego, że mamy 1 listopada. Pusto jest na Wyspie. Mocno pusto. Jeszcze w okolicach południa wydaje się, że ktoś się kręci, potem nastaje godzina szesnasta i świat zamiera. Jakby przestał się kręcić, jakby też sobie odpuszczał, jakby zasypiał… bo przecież wyspy chyba też zapadają w sen zimowy, czyż nie?

Nawet jeśli nie śpi, to na pewno drzemie. Rzeczki lekko purkoczą i choć znowu susza, to codzienna rosowatość daje radę i miejscami miło błoci. W powietrzu ino ten zajebisty zapach liści i leniwości. Grzybni i kasztanów z mączką żołędziową. I jeszcze te późnojesienne kwiaty i krzaki róż wciąż jeszcze noszące na sobie jakieś pączki, jakby chciały się przekonać jak długo pociągną… i wiatr. Bo jesienią wiatr jest zawsze, nawet jak go nie ma i możesz sobie spokojnie popatrzeć jak wielkie wrońsko próbuje się wedrzeć do małego karmnika by mimo wszystko podeżreć czegoś innego niż robale i owocki. Zakleszcza się lekko, panikuje, ale już po chwili wywalają ją z karmnika niczym korek z butelki zwykłe… wronia siła woli i wszelka kracząca sprawiedliwość. A potem od nowa, bo wiecie, wrony to się nie poddają… nigdy!!! Upierdliwie wepchną dziób wszędzie, gdzie istnieje szansa na żarcie, albo psotę, albo i to i to.

Bądźcie i wyspami i wronami… bo czemu nie!

IMG_8674

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anioły na niebie porozjeżdżane… została wyłączona

Pan Tealight i Nierząd Zapomniany…

„Pojawił się taki roznegliżowany z jednej strony, z drugiej jakąś starą, patchworkową kapą nakryty. Zarośnięty strasznie, na klacie miał dziwne, krótkie włoski, jakby nie golił od jakiegoś czasu, dolne elementy miał zakryte gatkami w serduszka. Na stopach, wyraziście ogromnych, nosił ogromne, różowe kaloszki. A poza tym nic… na głowie miał kucyk i brodę, ale też jakoś tak niezbyt uporządkowaną. Po prostu przyszedł, gdy większość karmiła Jednorożce z Samonapełniającej Się Lukrowanym Dziwactwem Misy, usiadł na stopniach i zapłakał. A z oczu, białawych, jasnych, otoczonych długimi rzęsami, leciał mu sok pomidorowy.

Był smutny.

Przybity, już nie zdesperowany, raczej zrezygnowany i kompletnie rozmemłany. Ale kto by nie był, gdyby się nagle nie okazało, że… wszystko jest legalne. Z kozą można, jeśli tylko ona tego chce, a przecież koza to zawsze, z kobietą nie trzeba, bo wiadomo, religia… zresztą te baby to są kurde mocno niezrozumiałe, a i teraz to już… każda taka wytrzeszczenie sfeminizowana, a jeśli ktoś chce komuś dać przy okazji w pysk, to mówisz ino, że ty od BDSM i już. A Nierząd? Cóż, i on może w końcu odejść o Lamusa. Ale czy Lamus mu otworzy? Czy zgodzi się na to, by przyjąć kolejnego mieszkańca, lokatora w Drewnianej Szopce Nierozumianych? Czy będą słuchać, gdy zajęczy: Za to płacisz, tamto możesz mieć za darmo, a znowu to, to wiecie, no tak po prostu wystarczy spytać, czy można z ciebie pić i już… ino na zombiaka niektórych odrzuca, ale przecież wszyscy są tacy wyzwoleni!!!

Siedział tak i nie przyjął ni talerza z ciasteczkami, ni flaszki dziwnej, lekko cuchnącej wódeczki, którą od dawna Smok z Komina chciał na kimś wypróbować. Ostatnio serio rozwinął się w alchemii, ale jednak Pan Tealight podejrzewał, że coś na spółkę z Wiedźmami z Pieca pędzą… nielegalnie. Nie wziął kocyka, nie otarł policzka obślinionego przez kilka z odważniejszych Księżniczek. Nawet Koniec Świata go nie wzruszył, chociaż wystawił nos ze swojego miejsca spoczynku. Do Wygódki zajrzał, ale chyba coś nie poszło, bo wypadł stamtąd łkając… i znowu siedział na stopniach, w końcu zaczęli go wymijać, ktoś litościwie rozpostarł nad nim parasolkę i jakąś połataną pelerynkę oraz kocyk z poduszką…

I tak zostało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0343

Leżeliście ostatnio na glebie. Na ziemi, na trawie, na kamieniach? Na ławce w parku, z twarzą skierowaną ku niebu? Kiedy ostatnio po prostu siedzieliście między drzewami nie mając słuchawek w uszach, nie patrząc w telefon? Kiedy? Gdy byliście dziećmi i robiliście anioła na śniegu? A może ptaszka, bo to w końcu co kraj to obyczaj, co nie? A może jako dzieciak patrzyliście na spadające liście? A teraz? Kiedy robiliście to ostatnio? Jako dorośli, starzy może miejscami… dziwnie odwykli od tego, by uwalić się w krzakach – no chyba, że chodzi o siku w przyrodzie – skakać po kałużach, a może nawet zwyczajnie oddychać bardziej, mocniej, głośniej?

Ale kiedy ostatnio gapiliście się w niebo? To jasne, błękitne, poznaczone białymi obłoczkami w przeróżnych konstytucjach? Tutaj na przykład rozjechany anioł, co sie mu skrzydełko oderwało, a tam halo na pierdzie, a tu, wprost nade mną znowu aniołek, ale jakiś dziwny, taki szczupły nadzwyczaj. A tam prosiak! I smok i trzy psy podgryzające mu łapy i kubeł z dziwnie tryskającą zawartością. Baloniki, zaskakujące formacje na poły leśne, na poły górzyste. A tam rzeka, wodospad, a może i morze? Kto to wie? Czy niebo naprawdę jest odbiciem ziemi, czy jednak jest tylko i wyłącznie obrazem samego siebie? A może jednak to kompletnie inny świat? Leżysz, patrzysz, modlisz się, by jednak przelatujący ptak czegoś nie upuścił. No i te mrówki! A może to nie mrówki, może to kurcze zaskroniec? I pod łopatką mam jakiś głaz – doprawdy twardy to głaz!!! Ekhm, przesuwam się, więc i niebo znowu się zmienia. Aniłek do góry nogami wygląda jak diabełek, a smok jak starsza pani z koteczkiem. I wąż dziwny, kobrowaty, może i jadowity najbardziej… bardziej niż ta pani z koteczkiem. Wiedźma na piecu, wiedźma pod piecem, piec na czarownicy. Czym się różnią? No jak to czym? Kapeluszami oczywiście!!!

Jak można tego nie wiedzieć? LOL

Leżąc na ziemi świat wydaje się kompletnie inny. Prostszy nawet. Lekko mrużący, tulący i kołyszący. Jakoś tak lekko bardziej znośny. Może to jednak nie kwestia patrzenia, a ukrycia się? Zagubienia się w krzakach i trawach, w bruzdach ziemi. Może tak naprawdę cała sprawa we wzroście? Może niscy myślą inaczej? Kurcze, ale skąd mam wiedzieć, czy myślę inaczej, jeżeli nie wiem jak myślą wysocy? Wiem jedynie, że niscy widzą świat… cóż, nie tylko inaczej, ale i wiecie, troszku niżej, czasem nawet w granicach pępków wysokich!!! Ha ha ha!!!

IMG_0337 (2)

Problem z patrzeniem w niebo jest taki, że w końcu zawsze trzeba się podnieść i wrócić bardziej na ziemię. Jakoś tak. Ale tutaj też są intrygujące w kształtach sprawy. Jak na przykład jabłka. Cudowne czerwienie połyskujące woskiem. Kurcze… nawet aparat nie chwyta mi na nich ostrości tak się świecą. Jakby ktoś je wiecie, pociągnął lakierem. Odróżniam jeden od drugiego po naturalnych nieregularnościach. Po tym, co współczesność nazywa WADAMI. Kurcze, kwasieloki, ale jakie śliczne. Perełki takie, lekko krwiste, miejscami żółtawo-zielonkawe, a pod nimi wrony i kawki. Połyskują niebieskawo, niczym tytanowe kryształki… nie uciekają zajęte wyciąganiem robali z króciutkiej trawy, która w końcu odpocząć może od kosiarki i cotygodniowych dekapitacji. I znowu wyłażą rumianki i stokrotki… raj kurcze! Choć w powiewach raczej chłodnawy! Ale przecież to w piekle miało być gorąco, czyż nie?

Zima idzie. Liście opadły, gałązki szarpią nisko sklecone niebiosa. Oj pewno, że bywa pochmurnie i potępieńczo, gdy wietrzysko wieje, szarpiąc za drzewko przy oknie lekko postukuje w szybkę… nie ma to jak Halloween. Ale tutaj wiecie, dynie już pozdychały, promocji na znicze nie ma, ogólnie mówiąc… kurcze grobów tyż niewiele. Bo widzicie, żeby tutaj być pochowanym, to trzeba się zapisać, a jak się nie zapiszesz… do kościoła, no to kicha. Za to polecisz z dymem i zwyczajnie użyźnisz ziemię. I co w tym złego? Może i kamyczki a cmentarzach są niezłe, ale po co? Jeżeli nie chcesz, wybierz sobie kamyk i kochaj go teraz… a potem dym i popiół i wszelkie odejście. Czy jest w tym coś złego? Sami pomyślcie? Z drugiej strony czekamy właśnie na kolejne urodziny przekraczające seteczkę, więc może nie będziemy umierać?

Wciąż zastanawia mnie w jaki sposób ludzie tutaj jakoś się nie do końca starzeją. A czasem… wcale. Lekko to przerażające, bo może są jakieś eliksiry, które wstrzymują upływ czasu, a może jednak ofiary z dziewic, stek z Turyścizny i wampiryzm? A może my wszyscy zombie, ino mniej smrodliwi? I jakoś tak w kupie? Ekhm! Powiem Wam w sekrecie, że Wyspa skrywa wiele tajemnic i niektóre z nich pachną zaskakująco, a inne znowu nie. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić, czyż nie?

IMG_8095

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nierząd Zapomniany… została wyłączona

Pan Tealight i Burek The Pies…

„Okazało się, że nie taki straszny Potwór, na jakiego wygląda, myślała sobie pod różową spineczką Wiedźma Wrona Pożarta, patrząc na niewielkiego, włochatego ponad wszelką miarę – taką mikrą lamapakę – pieska ciągnącego niewielki wózeczek, na którym siedział jeden z jej misiów. A dokładniej Ten Jedyny. Biały, lekko wytarty, sarkastyczny i zawsze głodny. Pan i Upierdliwy Władca… Ale dziś świat kręcił się dookoła Burka. Nikt nie wiedział w jaki sposób zmienił się w słodką, kudłatą kuleczkę. Co prawda istniały pewne dowody, ale strzępki mięsa znikały z trawki tak szybko i smrodliwie, że nikt nie zamierzał ich śledzić. Ogólnie mówiąc, mieszkańcy Białego Domostwa wrócili do siebie i zwyczajnie uznali fakt obecności czworonoga… nowego czworonoga.

Wiedźma Wrona, może z powodu książkowego głodu, wyraziście wyszczuplona – ale nie tam, gdzie trzeba – a może jednak z powodu tego, jak walniętą była, znaczy sorry… specyficzną, przeczuwała problemy. Szczeniak, jeśli w ogóle nim był, zwyczajnie zdawał się za słodki, za miły, za wielkimi ślepiami zawsze wilgotnymi spoglądał na wszystko i wszystkich. Dawał się czesać, pielęgnować, a nawet Niepotrzebnym Księżniczkom i Królewnom pozwolił założyć sobie malutką złotą tiarę. To… było raczej katastroficzne. W przyszłości, która wcale nie musiała być odległą. Na przykład, mógł nagle zacząć kapać z pyska kwasem i wypalić dziury w Jednorożcach, które z taką czułością go obwąchiwały – a to oznaczałoby koniec świata. Albo mógłby przemienić się w toksyczną mgławicę – a to oznaczałoby koniec świata… albo zwyczajnie spowodowałby koniec świata w jakiś inny, mniej skomplikowany sposób. No wiecie, jakoś tak, poruszające się skrzydła motyla, a on go zjada… normalnie.

Coś było nie tak w słodko oklapniętych uszkach, w tych tłustych łapkach i króciutkim, wciąż poruszającym sie ogonku… w tych brązowo-białawych łatkach i czarniawych cudach dookoła o wielkich, wilgotnych ocząt. I w tym jak się poruszał, jak owłosiona, lekko spleśniała kiełbaska porywana przez dwa plemiona mrówek, z których jedno jest wyższe od drugiego… no słodki był. A te łapki, jak poduszeczki dmuchane, i różowy języczek i ten lekko przekrzywiony nosek…

Był taki słodki!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5496

Złoto przechodzi w brąz, powoli wszystko się goli, obcina, depiluje… wszędzie ino nagie członki, w których odkrywam dziwne kręcistości, złożenia i misterne zdobienia. Świat teraz jest całkiem odmienny. Jakby to wszystko, ta cała listowość, była tylko przykrywką, fałszywą pozłotą. Teraz nie ważną już, bo przyszedł czas na prawd. Na nagą prawdę!!! Na tafli jeziora, ale i na dziwnie nieruchomych strumieniach kładą się kożuszki liści. Kolorowe, pachnące, niesamowite. Chciałby człowiek zatrzymać to na dłużej, zamroził… ale mimo zapowiadanych przymrozków, to jednak chyba nic z tego nie będzie. Nie da się zatrzymać jesienności. Tego zapachu, mroźności w powietrzu, ale i zapachu płonących polan w kominkach, ale przede wszystkim oczywiście liści. Nie butwiejących jeszcze, nie miękkich i brązowych, ale kolorowych i szeleszczących… suchutkich, bo znowu nie pada, a sama rosa to niewiele wilgotności.

Żywopłoty przycięte, te wierzbowe na nowo powiązane, dynie powoli rozkładają się na polu, bo… w pobliżu szykuje się ekologia. Mówiąc dosadnie, spora część Wyspy planuje przejście na ekologię, a to oznacza powrót do kup, kompostów i oczywiście wyrzucania wszystkiego poza chwastami w pole. Nie do końca rozumiem, dlaczego nie wolno, u nas zawsze przekopywało się z chwastami pole, usuwając tylko cholerny perz, ale… co kraj to obyczaj, co nie? Tylko, czy wszystko tak naprawdę nie jest chwastem? No tak serio? Pomyślmy… jedno jest pewne, u nas ekologia mogłaby się udać. Odosobnienie pewne, woda dookoła, mała mieszalność z uprawami spoza Wyspy. Pewno, że przenoszenie nasion nadal będzie możliwe, ale nie aż tak, więc warto spróbować. Tylko kurcze, co uprawiać najlepiej? No co?

Czekając na ową ekologię, a raczej w końcu obserwując powrót świata do pewnych logicznych źródeł, każdy wpieprza jabłka. Albo mini marchwki, czy inne zielska. By dodać sobie animuszu, by po prostu jakoś takoś przetrwać pochmurność, choć dziś… znowu słonko, ciepełko wyganiające pierwszy nocny przymrozek.

IMG_0073 (2)

Kolejny słoneczny dzień. Prosta sprawa, mroźność w eterze, halo nad głową… kurcze, co z tymi tęczami wszędzie? W jaki sposób tyle ich tutaj? W jaki? A potem droga, sporadycznie jeżdżona i to jedno miejsce, z którego doskonale widać i Gudhjem i ten drugi koniec Wyspy. Niewielkie zakręt, wyjście z lasu… na horyzoncie zakręcająca Wyspa. Piękność… pierniczone Hawaje, czy inne tam blue laguny. I czego chcieć więcej? Błękit rozmywa się w lekką różowatość, a potem znowu błękit, tym razem wodny. Nie da się tego odmalować. Nie da. Pewno, że można próbować, ale po co? Lepiej patrzeć i kazać zapamiętać to tym trollom, które trzymamy w głowie. Lepiej… Siadasz na polu, pobrużdżonym i gdzie niegdzie naznaczonym zielonkawością, gapię sie na pustkę, na błyszczącą szosę, na drzewa, które wciąż jeszcze trzymają kolory. Okay, niektóre z nich trzymają. I pięknie jest. I nikogo nie ma. A mówią, że na Wyspie jest nas 40 tysięcy? No chyba kurcze jak wliczyć krasnale i trolle, serio. No i elfy… bo te znowu się obudziły i trzepoczą skrzydełkami. To te malutkie, maciopkie, cudownie mgliste, takie lekko złotawe. Może o i muszki, może… ja tam widzę elfy. Naprawdę!!!

Siedzisz i patrzysz na ową otaczającą nas wodność, na Szwecję w oddali… hmmm, niby tak blisko, możnaby dotknąć, a jednak nie. Daleko i dalej. I podobno i tam mieszkają ludzie? Nie wiem, ale gdy człowiek wliczy ową pustkę dookoła, to nagle przestaje wierzyć w te inne światy, inne życia, inne codzienności. Wydaje się mu, że nie ma tam nikogo. Nikogusieńko i wiecie co, to mnie nie przeraża. Ale wielu jednak tak, więc powolne ucieczki na Majorki i inne Ibizy już sie zaczęły. Przyznaję, że nie mam pojęcia, co jest teraz najbardziej modnym miejscem na spędzenie jesieni i zimy, ale sporo Duńczyków ma tam jakieś posesje. Nagle sommerhus zmienia się w wersję winterową. A może jednak wszystkim chodzi o ludzi… o jakąś większą gęstość zaludnienia…

Bo tutaj naprawdę można zapomnieć o wszystkim. O problemach dziwacznych, innych niż błotko wlewające się do butów, niż mucha upierdliwa, jeszcze widać nie śpiąca, co wlatuje we włosy, albo zaspana pszczółka, dziwnie zakłopotana, ale jednak bzycząca… tak bardzo można się tutaj skupić na byciu tylko. Podziwianiu, oddychaniu i całkiem niezauważalnym trawieniu. No chyba, żeście się napchali ostatniej, jesiennej fasolki, to wtedy wiecie, jest jednak napęd.

Po prostu iść…

IMG_0071

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Burek The Pies… została wyłączona