„Stały tam.
Świadome wszystkiego i zaskakująco ogromne, różnorodne, a jednak czy zwracające na cokolwiek uwagę? Czy w ogóle obchodziło je coś poza nimi samymi, a może jednak… nawet to nie miało znaczenia?
Może? Może tak naprawdę ich tutaj nie było, a był tylko i wyłącznie ten zimny, przejmujący, wysysający z kości szpik, wiatr? Może. Siekło zamarzniętym deszczem tak, że skóra z twarzy Wiedźmy Wrony Pożartej odchodziła z płatami i odradzała się na nowo… a może jednak nie. Nie tak było. Skóra złaziła, a zamiast niej tworzyła się nowa właśnie z tej wody, z tego nibygradu. Z tej mroźnej wilgotności, która odbijała się od kamieni i czepiała się jej samej.
By dojść do kamieni trzeba było iść i opierać się wiatrom. Jakby serio przejść należało jakiąś dziwną krainę, odpowiedzieć na setkę zagadek, udowodnić swoją odwagę, miłość, wrażliwość, odpowiedzialność i dostępny, aczkolwiek i odporny pęcherz. Tutaj Wiedźma Wrona przegrała co prawda, ale chyba i tak ją wpuściły… duchy. A może po prostu i tak nikogo nie było, więc zwyczajnie odpuściły. Dały jej mierny na egzaminie kończowym, pozwoliły nie wywrócić się na dziwnych, mokrych schodkach… tu ją przytrzymały, wietrząc w tej dziwnej kulce, zasmarkanej i dyszącej, depczącej sobie po szaliku, jakąś nietypową rozrywkę? Bo nikt inny w sztormową wichurę nie odwiedzał kamieni. A może tyko nikt specyficznie anormalny…
Kamienie.
Nie były nowe, nie były chyba nawet kamieniami. Ustawione w formę łodzi czekały na coś, a może na kogoś? Na pewno nie na nią, bez przesady, może i była pocieszna, ale nie aż tak, by poruszyć głazami. By zatańczył ten specyficzny „stonehenge”. Szwedzki. Inny. Może i mniejszy, a jednak, patrzący w morze, wzburzone, z białą plażą, do której zejście było raczej mało bezpieczne nawet przy zwyczajowej aurze… może tak naprawdę są arką? Tą Arką? Może tylko czekały, przez wieki drewno zniknęło, zniknęli ci, którzy pamiętali, odeszli ci, którzy chcieli zapomnieć…
Jednak, czy wciąż były gotowe?”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Wyspa zombie” – … intrygujące? A może jednak nie? Może to zwykła tęsknota za wiecznością? Za nieumieraniem, nie starzeniem się. Za czasem, który można podporządkować sobie.
Posłuchajcie opowieści o wyspie. Niezwyczajnej. Bo widzicie, tutaj nikt się nie rodzi, nikt tutaj ie umiera. Ludzie się pojawiają, odrobinę inni, niczego nie pamiętający, specyficznie zimni i pokryci plamami. Bledsi i trochę bardziej powolni. Ludzie? Któż to może wiedzieć…
Oto opowieść na poły o jednym człowieku, na poły o dziwnym świecie. Znanym i nieznanym. Tajemnicy państw, pokręconej rzeczywistości. O wyspie, państwie, społeczności. O… zombie, tylko że, nie do końca o takich, do jakich przyzwyczaiła Was telwizja. Może nawet Was zaskoczą…
Niesamowicie spisana, wcale nie sensacyjna historia. Z jednej strony, nie mam pojecia dlaczego, skojarzyła mi się z „Przygodami Guliwera”. Z tym pisaniem z dalekiej przeszłości, kiedy to słowo miało znaczenie. Kiedy każde słowo je miało, więc wolno było sobie ich nie żałować. Powolna, drapieżnie ekshibicjonistyczna. Pełna opisów, ale i fascynującej intrygi. Bardziej powieść historyczna, niż coś z pogranicza sensacji i thrillera. Emocjonujące, ale i trochę przerażające. Bo co, jeśli jest to możliwe?
Jeżeli… to nie kłamstwo?
Tia…
Zastanawiam się czasem, jak ludzie widzą Wyspę? Czy jest to dla nich specyficzna dzicz, coś co można zdeptać latem i o czym zapomnieć zimą? A może coś na tyle kuriozalnego, że lepiej w ogóle o tym nie myśleć? Oglądacie zdjęcia i co widzicie? Co tak naprawdę jest dla Was Wyspą? Miejsce, a może kamienie? Zabytki, artyści, morze i te wyczesan plaże? A może jednak tylko owa niedostępność? Czy dziwią Was ludzie, rowery, spacery, odporność na wietrzność… a może jednak nie? Może nic Was nie dziwi, a raczej po prostu zdumiewa? A może kurcze przeraża?
Po latach traci się ową inność. Nagle przestaje się rozumieć ludzi, którzy tutaj nie mieszkają. Nagle odrywa się od świata. Wiadomo, że on tam jest, ale tam przecież nie wieje. Nie mają sztormu, nie urywa im dachu. Nagle wszystko się nie rozświetla i pędzi Tubylców do lasu. Nagle… zresztą, może serio nie ma innego świata? Może to, co było przed Wyspą było tylko snem? Może? Któż może być pewnym, że tak nie było? Dokumenty? A tam, kto o nie dba? Przecież liczy się to, co teraz? Czyż nie? Wspomnienia? Bez przesady! Pamięć dawno już je zmieniła. Nadała inne odcienie dobrego, lub źle spędzonego czasu. Prawda nagle jest czymś szalenie umownym. Każdy widzi słonia, dla każdego to prawda, a jednak… no wiecie. Jak w tej przypowiastce o mędrcach z kiepskim wzrokiem i słoniem od przodu, tyłu i z łapami. Każdy widzi to samo, każdy widzi inaczej i każdy inaczej opisuje.
Czy w rzeczywistości każdy widzi Wyspę inaczej? Czy dla jednych jest ona więzieniem, a dla innych ucieczką i chrzanionym rajem? Skąd mam wiedzieć? Widuję małżeństwa, w których jedno jest zakochane w Wyspie, a drugie tęskni za czymś odmiennym. Z jednej strony, latem w szczególności, ta tęsknota jakoś ich nie rozdziela, ale z drugiej strony… no cóż… Zdarza się. Może tak naprawdę to jakaś klątwa? Wyspa!? Może ta ppowina i oddanie, owo zaskakujące posłuszeństwo, to tak naprawdę jakiś zamysł ciemnych mocy? Takich wiecie, co to nie przyniosą prezentu, ale wyżrą całą czekoladę, którą zakamuflowaliście na gorsze dni.
Powoli… bardzo powoli, robi się zimniej.
Nie oszukujmy się. Pewno, że u nas minus dwa to rzadkość nad rzadkościami, ale wiecie… tęskni mi się do mrozów. Z drugiej strony, gdy wieje północny, uszczypliwy wiatr, to jakoś tak nie tęskni się za tym? No nie wiem. Gdy tak stoi człowiek na skałach i patrzy na to całe bujanie, to serio nie chce mu się jechać na zakupy. Znaczy płynąć. No dobra, nie tyle na zakupy, co raczej na wycieczkę. By zobaczyć to wszystko, czego tutaj nie ma. Masę drzewek, światełek, z których nie wszystkie są mleczne, żółtawe i białawe… bombeczki, krasnale, IKEA… Sorry, ale jak już tgo chcesz, no to musisz popłynąć. No dobra, mógłbyś polecieć, ale też buja, a po drugie, nie przywieziesz raczej samochoda i fotela i jeszcze rozmontowanych szafek. Trzeba wsiąść na prom. A promów mamy kilka. Cudowny Povl Anker. Kocham go! Ciężki, powolny, ale nie buja jak podskakujący na pierdach kork. Mózg jakoś tak nie podskakuje pod czaszką i ogólny brak ciążenia ku ziemi nie znika. Płynie dostojnie, jakoś tak mierzy się z wielkimi falami, gdy małe katamarany zostają uziemione w porcie. Uziemione?
Ale najczęściej dostanie się Wam Villum Clausen albo Leonora Christina. Katamarany. Nie takie mocne i ciężkie jak Hammerode, mniejsze, ale i bardziej… eee bujające. Viluś ma to do siebie, że buja jak matka dziecię w kołysce. Wyobraźcie sobie siebie już doroślejszego, matulę lekko wkurzoną i kołyskę, która czasem dziwnie i plastikowo pyka. I buj… buj… buj. Właściwie, nawet na spokojnej względnie wodzie… trudno się chodzi. Nie tak jak na mojej kochanej Pomerani. Oj jak kocham ten prom. Szkoda, że Wyspa go nie kupiła. Mocny i spory i nawet przyfali, która właściwie zalewała wszystko, spokojny dziwnie. Jakby nie takie cuda widział. Niestety już od kilku lat nie pływa na trasie Świnoujście – Rønne. Szkoda…
Mi trafił się wczoraj dzień z Leonorą.
Wiedział człowiek, że bujać będzie, więc zwyczajnie… pusty żołądek, trochę wody i milusia pigułka, bo po co się męczyć i… zaskakujące sprawdzenie paszportów przed wjazdem. Kurcze, świat się zmienia. Co prawda trzeba było tylko pomachać tym paszportem i chyba wyglądać dość biało, co o takiej porze u kogoś, kto ma chorobę morską nawet na widok spływającej wody w kibelku nie jest trudne… mniejsza. Wjeżdżasz w tgo metalowego potwara. W ową otrzymującą w końcu dary boginię, a ona cię, nie przebierając, pożera. Wciska w siebie te auta, jakby miała napad promowego wilczego głodu. Potem zaparkować, nie trafić pana w świecącej kamizelce, wysiąść, podreptać do góry, znowu do góry, znaleźć sobie miejsce i jednak nie nabyć śniadania. Oczywiście pogadanki od załogi, na telewizorkach reklamy, instrukcja zakładania kamizelki… wszyscy zamuleni i senni o ciemnym wciąż poranku. Oczywiście do czasu, bo przecież jest sklepik wolnocłowy. W jedną stronę można dostać tańsze czekolady, bo nas mamy podatek, w drugą zaś tańsze napitki procentowe, bo wiadomo, to samo w innej dziedzinie. Na oknach kołyszą się świątczne serduszka, małe choineczki…
Ale buja. Spoglądam na faceta wpierniczającego ot tak, z łatwością, jakieś pokaźne śniadanko dziwuję się, że niektórym błędnik nie działa, a innym działa nadmiernie. Ech… nie mogłabym być żeglarzem, ale i tak, choć niewielki, ten prom mnie zadziwia. Człowiek zna fizykę na tyle, by wiedzieć, że to możliwe, a jednak… kurcze no jak? Może i ona jest z aluminium ta Leonora, może i historia jej, kobiety, fascynuje wielu, ale buja specyficznie… ekhm…
Lepiej chyba o tym nie myśleć, lepiej szczęśliwie wysiąść. Stopy wody pod kilem wszystkim!!! I tych torebeczek na rzygi w dużej ilości!!! LOL




