Pan Tealight i Jej Pierwszy Wilkołak…

„Nie nie nie… wierzyła. A może raczej wiedziała. Z nią to nigdy nie wiadomo, więc lepiej uznać za nadrzędną ową drugą opcję. Wiecie, tak na wszelki wypadek. Wiedziała, że wampiry, wilkołaki i wszelakie inne, książkowe dla większości cuda, istnieją. Ale jednak… namacalnie nie miała jeszcze przyjemności. Albo nieprzyjemności, no wszystko zależy od punktu gryzienia. Ni wilkołak połyskliwy nie ucapił jej w swe ramiona i nie zaproponował wiekuistej wieczności z nim… znaczy do czasu, aż jednak skusiłaby się na czosnek, czy chrześcijaństwo, chociaż… Podobno wampiry już się nie boją krzyżyków tak jak podatków, ale, lepiej chyba je nosić? No i srebro. Tym była obwieszona zawsze, więc wilkołaczy tan jej nie groził, chyba… chyba że były takie wilkołaki, które były na nie odporne? Ona nie była… kochała srebro miłością na amen.

Taaak…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nigdy jeszcze nie miała przyjemności z wilkołakiem. Znaczy, może i miała, a on się nie przedstawił, nie komingałtnął, może… Prawda była taka, że pod choinkę Pan Tealight dostał włochatego szczeniaczka miniaturkę miniaturki, która była też wilkołakiem. Wiecie, genetyczną pomyłką, przesłodką cudownością, pełną włochatej skomliwości, lizania po uszach, śmierdzących bączków i ciągłej uśmiechalności. A w drugiej postaci… no cóż, na razie nie mieli przyjemności, ale tajemniczy darczyńca – żaden z Mikołajowatych nie przyznał się do tego prezentu – dołączył instrukcję obsługi i paczkę ludzkich pieluch.

Na razie dziwny prezent spał pochrapując w kieszeni szlafroka Pana Tealighta, zawieszonego tuż przy kominku i sprawiał, że wszyscy stąpali ciszej, nawet ciszej niż wtedy, gdy wykluły się Smocze Bliźniaki. Na wszelki wypadek, gdyby z prezentem było coś nie tak, Smok z Komina zaoferował się, że może go zjeść, no ile to, jedno kłapnięcie, czy coś… ale na razie czekali.

W niepewności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3878

Z cyklu przeczytane: „Summoner” – … i jest. Podobno cud i wszelaka nowość. Podobno geniusz z wattpada, czy jak to zwą. Podobno. No bo ma i młodzieńca i najeźdźców i elfy i krasnoludy… Ha ha ha! Chyba w innym świecie żyję, jeżeli ma to być nowość, no ale. Może i żyję…

Zaczynam czytać i mnie nie poraża. Oj tak, jest prosty świat, dobrzy są dobrzy, źli są źli, a młodzian jest geniuszem w polowaniu, oczywiście z problemami rodzinnymi, wiecie szablonik i nagle, ni w pięć ni w dziewięć… jego codzienność nagle się zmienia. Jak dla mnie zero nowości. Nauka, walka, przyjaźń. Trochę pokemonów, trochę Eragona, pragnienie stworzenia świata lekko Potterowego.

I tyle. Coś w tym jest, ale i jednocześnie… niczego tutaj nie ma. Przykro mi, ale radosne, entuzjastyczne słowa Wydawnictwa odbiły się ode mnie i pozostawiły absmak. No bo… przykro mi, ale ja w tym nie widzę nowości. Ni nawet czegoś, co ma pomysł na siebie. Czegoś wciągającego, tworzącego w literaturze jakąś niszę… chociaż, czy chodzi o niszę? A może ponownie tylko o coś… co się sprzeda? Co stworzy modę? Co… ech, może już po prostu jestem zgorzkniała?

„Summoner. Początek”, to coś dla nader młodych czytelników, wczesnych nastoletnich, którzy nie zaznali zbyt wielu opowieści. Ale jedno oddać trzeba, co jak co, ale wydanie śliczne!!! Okładka zintegrowana, mapka… no i demoniczna osobowość Ignatiusa. Ech, może jednak chwyci?

IMG_3140 (2)

Gdy wszyscy w nerwach podskakując szykują się do Wigilii… ja po prostu sobie siedzę i nadrabiam prace wszelakie. Chyba coś we mnie nie teges, jeśli idzie o szykowania wielkich kolacji, rodzinność i inne tam. Pogaństwo pełną gębą, jak nic. Nie dość, że religijnie, to jeszcze na dodatek społeczne. I chyba nawet nie zapuszczę sobie Kevina… jakoś tak po prostu, wolę dziś coś innego.

Właśnie.

Moja wola.

Podobno wolna i wszelako moja wyłącznie. Podobno wszyscy ją mają, więc dlaczego tak wielu z niej nie korzysta? Spoglądając na chłodny, aczkolwiek słoneczny dzień na Wyspie, nie rozumiem. Z jednej strony wszyscy tak trąbią o wolności, a z drugiej… wszyscy zniewoleni. A jednej równość rządzi, a tak naprawdę na babę się wydrzesz: znowu Ci hormony skaczą, a swojej upierdliwości mężczyzno nie widzisz? I odwrotnie. Sorry, nie jestem feministką. Jestem wiedźmą. Czyli szczerze, chociaż często na psychikę mi to oddziałuje, olewam. Czy mi wolno? A wolno mi, a kto mi zabroni? Okien nie myję dla Jezusa, czy Odyna, czy kogoś? Przedwczoraj spacerując po pustym porcie zauważyłam kilka białogłów – co u nas często jest tłumaczeniem dosłownym, ech te cudne geny białowłose – szorujących szybki. Czy ludzie nie myją okien wtedy, gdy te są zwyczajnie brudne? No tak… logicznie? Czy potrzebują uczczenia boskości, by przetrzeć sobie szybki i wyjrzeć przez nie na świat… inaczej?

Okazuje się, że nie.

Właśnie wstrząśnięta i zmieszana siedzę sobie ze świadomością, iż ludzie nie sprzątają domów cyklicznie ino od święta. Hmmm… no cóż. Ale jednak, to po kiego nagle przed świętami i sprzątać i gotować dla dwóch pułków i to samych generałów? Wiecie, tych takich z wielkimi brzuchami?

Moja wola, moja wola, moja bardzo wielka wola… i grzeszna.

Nad głową mam kartki świąteczne z całego prawie świata. Bo tak, bo dziwna jestem i nie mam telefonu i nie uznaję mejli, chyba że wiecie, w ważnych sprawach. Kartki muszą być jak książki, papierowe. Może rzeczywiście jestem tradycyjnym antykiem? Może… kto tam wie jakie teraz na świecie są definicje w modzie, no i w jakie się człowiek łatwo wpasowywuje? Czy jestem hipsterem, czy nie? Dziecięciem kwiatem? A może jednak starą miotłą? Kto to tam wie? Przecież nie będę ganiać definicji i ich się dopytwyać. Brać wysłużoną miarkę i sprawdzać… pasuję, czy nie?

Wyłącza człowiek internety, gapi się w okno, w którym chmurki dają popis swoich możliwości. Na te kolory, szarościowe kształty. Na twarz z długim nosem i dziwnie wypukłymi ustami. Jak nic ofiara plastycznych operacji… i tak z każdą chwilą ów ryj mu się rozjedźdża. Kurcze, może jednak zrzygnuję z kremu z botoksem? Albo może nie? W końcu kolejny rok za pasem… a to ino chmurki… Choć, może to i przepowiednia? Ej, chyba nadmiar stopni ponad zerem daje mi popalić.

IMG_4751

Choinka się świeci…

Piękną mam choinkę tego roku. Wiem, że mówię tak co roku, ale wciąż mnie choinki fascynują. Świerki i jodły i inne tam iglaki. Wcale nie muszą być obwieszone bombkami, zresztą… mam uraz bombkowy ostatnio. Po pierwsze w tej dziwnej współczesności trudno dostać bombki z prawdziwego, tłukącego się zdarzenia, a po drugie… no bo one to nie są wiecie, komplementujące. Znaczy tych, co je wieszają. Przeglądaliści się ostatnio w bombce? No popatrzcie w jakąś! Widzicie już, co mam na myśli. No więc, jak Was taka bombka obraża, bo mówi prawdę właściwie, więc możecie ją pacnąć i zakończyć jej marny żywot… ale z plastikową się tak nie da. Ona tylko Was wyśmieje, a potem po prostu odbije się od podłogi i wróci na gałązkę, a Wy będziecie się mieli z pyszna.

Serio!!!

Lepiej nie szaleć z plastikami.

No to się świeci, na szczęście nie pali. I piękna jest niesamowicie. Na gałązkach ma wyspowość wszelaką, soli pewno trochę, piasku i kamyczków, a poza tym włochate bombki, wygnane a raju mroźnego bałwany i oczywiście saneczki, bo nadzieję na śnieg ma się zawsze i ptaszki, no i domki, bo dom… to coś więcej, niż tylko dom. Wiecie, to jednak wielkie marzenie. Ubierzcie swoje choinki w marzenia, może się nie pokłują i jakoś wiecie, spełnią się? Bo choinki mają to do siebie, że potrafią więcej, niż tylko dwutlenek węgla przetwarzać…

Za oknem ciemność i cisza. Dziwne, posępno szaro-fioletowe chmury zniknęły. A może spać poszły wyłącznie te kremowo-różowe cuda, które sprawiały, iż miał one tak niesamowicie wymowne kształty? Kto to tam wie? Czy kształt jest kształtem sam w sobie, czy jednak tylko czymś, co wyrysowało tło? Ech… Wyspa sprawia, że człowiek bardziej zagapuje się w naturalną codzienność i zapomina o tym, co uciążliwe. Może i zaczyna wyglądać powoli jak pierwszy lepszy wioskowy głupek szukając najładniejszego kamienia na plaży, ale co z tego? Przecież szczęśliwość niejedno ma imię, niejedną definicję i ogólnie jest niejednym.

Pozwólcie sobie być szczęśliwymi w ten świąteczny czas! Zwyczajnie tak! Najzwyczajniej w świecie.

IMG_7285

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jej Pierwszy Wilkołak… została wyłączona

Pan Tealight i Po Yule…

„Kac żywieniowy. Wszelaka depresja. Modlitwa o śnieg… bo widzicie, wiało przez całe Przesilenie, padało, ale gdzie tam, temperaturka nadal na nadmiernym plusie, więc… przekichane. Goła Wiedźma Wrona Pożarta pomiędzy kamieniami. Z czasem to serio przestaje być nawet zabawne, znaczy nigdy nie było ciekawe, ale chociaż pośmiać się można było naście lat temu, albo kilkadziesiąt lat temu, no gdy była berbeciem jeszcze, ale teraz to już nie było to. Nawet nie tańczenie, nie kroki i nie figury. Raczej podrygiwania nadmiaru tkanki tłuszczowej i skóry, oplatanie się wokół niewidzialnych partnerów, ignorowanie tempa i powtarzalności kroków…

Ale tańczyła.

Tańczyła dla śniegu i mrozu, dla szadzi i wszelkiej frostowości. Dla kominków rozpalonych, kominów pełnych aromatycznego dymu, dla kaloryferów i to nie tych na wydumanych brzuchach muskularnych inaczej. Dla grubych skarpet, swetrów i koców. Da pierzyn odrzuconych w zapomnienie lata temu. Dla… kominiarzy, dla zdunów… Czy jeszcz ktoś wie kim jest zdun? Dla długich gaci, bielizny wszelako ogromnej i wstydliwej, dla podstępnych farelek i starodawnych flaszek z wodą. Dla rozgrzewaczy łoża, nie tylko dla obłych kochanek i kochanków, ale dla owych węglowych, dla tych wszelkich termoforów, dla dziwnej z łóżka niewychodzeniowości. Dla pary z ust i rzęs zlepionych soplami… dla ścieżek w zaspach rzezanych i dla…

Wszystkiego śniegowo zapomnianego.

Tańczyła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4757 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zwiadowcy. Wczesne lata” – … popularność? Nie ma chyba na nią przepisu? A może jest? Jednak czym ten akurat autor się w nią wpasował? Bohaterami? Światem?

A może kawą z miodem?

Zwiadowcy. Seria, która podbiła serca młodszych i trochę starszych. Dzieciaki dorastają wraz z Willem i Haltem i ich opowieściami. Uczą się przyjaźni, obowiązkowości, a może jednak… tylko się bawią? Gdy autor przyjechał w zeszłym roku do Polski, czekali na niego w zwiadowczych płaszczach dumni, zaintrygowani i zafascynowani człowiekiem, który ubarwił im dzieciństwo. Sprawił, że strzelanie z łuku jest czymś fascynującym, że las, nie jest czymś przerażającym.

Słuchając próśb swoich czytelników John Flanagan postanowił poszerzyć swoją serię nie tylko o serię „Drużyna„, ale i o ten tom, a dokładniej serię minus jeden. Opowieść o tym, co działo się przed właściwą serią „Zwiadowcy”. Przygodówkę, zabawną, ale i przejmującą. Bohaterów, młodszych, ale przecież to wciąż oni… i to dopiero początek tej opowieści. Wiecie, takie „zwiadowcowe mapeciątka”. Coś, co dla zakochanych w serii naprawdę jest powrotem, a dla tych, którzy dopiero zaczynają…

… może niesamowitym wstępem?

IMG_7771

Opowieść o misiu…

Był sobie miś, co się zgubił, a zwał się Junior. Junior był, no i jest, misiem całkiem sporych rozmiarów i… trzeba przyznać, że uwielbiał podróżować. Chyba? Wiecie, ponieważ miś zaginął, więc nie możemy go spytać o zdanie, wiemy jedynie, iż rodzina na niego czeka. To miały być ich pierwsze razem świąteczne wakacje na Wyspie! Przyjechali nocnym promem, czy raczej przypłynęli i jakoś tak…

MIŚ ZAGINĄŁ!!!

Został na promie, właściwie nikt nie wie jak, co i gdzie. Kiedy i wszelako dlaczego i co powodowało Bóstwami Zagubienia, ale ten, który był ze swoją przyjaciółką nawet w Chinach, na Wyspie został z nią rozdzielony. Ludzie szukali go przez cały dzień i noc. Pytali ludzi, obudzili niektórych, innych znowu doprowadzili do łez. I wiecie co… może to nie do końca Christmas Miracle, ale Junior się znalazł. Ponownie przepłynął się i kolejnego dnia powitał znowu swoją rodzinę. Ciekawe, czy uda się nam go spotkać, gdy w świąteczny poranek będziemy spacerować? Może akurat na niego wpadniemy? W końcu Wyspa jest dość malutką wyspą, co nie?

To pewno zabawne dla większości z Was, że pierwsze strony Wyspowych gazet zajmują się misiem, ale takie tutaj mamy problemy. I wiecie co, to serio fajne. Raz opowieść o śmierci żubera, potem o narodzinach, stres związany z sekcją zamordowanego jeża… tak to się kręci życie w tych okolicach, raczej powoli i wietrznie. Raczej, miejmy nadzieję, że przejściowo, ciepło i bezśnieżnie. Ciepło tak, że krótkie gacie się przydają. Znaczy po zawietrznej bardziej, no wiecie. Po tej samej, gdzie mewy nie srają na umyte okna. No serio! Umyte okna!!! A one se robią prysznic oddupy!!! Uparte małpiszony. A może ino złośliwe? Kto je tam wie? Jednak dokarmić je czasem trzeba.

W końcu jak tu żyć bez owych obsrańców?

Jak na razie…

… świąteczność zamyka się w pojedynczych choinkach z nikłymi światełkami, w oknach ozdobionych sporadycznie, w owych odsłanianych 24ech w Gudhjem. Jedno nawet w Star Warsy zrobili, inne znowu nadmiernie nowoczesne. Oj, każdy chce se pośpiewać i popić po nocy, co nie? No, może jednak nie każdy. Świąteczność troszkę siedzi w kącie i jęczy. A może zwyczajnie wzięła którąś z łódek, tych na brzegu śpiących i wypłynęła w morze? Kurcze, a co jeśli zatonęła? Wypłynie na wiosnę i będzie straszyć swoim nie do końca obżartym szkieletem zjawiając się na Wielkanoc?

IMG_5074 (2)

Kąpiele…

Tak, są w tej części świata tacy, co to pływają przez rok cały, ale są i tacy, co to wolą balię wrzątku w porcie w Gudhjem. Jakkolwiek zamyślam sobie spróbować kapieli w tak zwanym zimowym morzu… które przy 11 stopniach na plusie raczej nie do końca urzeka zmarzliną, więc czemu miałby się człowiek bać? Może tak wskoczyć, ale nie przy sztormowych falach? Może? Ale jeśli chodzi o balię, to mimo iż pięknie pachnie drewienkiem dookoła i ciepło, mimo iż cudnie się wszystko dymi i strzela… to jednak podziękuję. Jakoś przeraża mnie siedzenie w jednej, drewnianej misce razem z kilkorgiem całkiem obcych osób. Chociaż w porcie i okoliczności przyrody cudowne, miasteczko za plecami, kołyszące się łódeczki, pojedyncze z przodu… to jednak jakoś nie. No raczej nie, no jakoś nie, dziękuję.

Nie dziwuje się człowiek widząc starsze panie w kostiumach, zażywające zimowych kąpieli, jakoś nie, wcale. I chociaż nie ma w sobie wystarczającej mocy, widać się w nim jeszcze ona do końca nie przebudziła by wyleźć z portek i bluzy… to może kiedyś? Może jednak do tego trzeba dorosnąć? A może zdziecinnieć? A może jednak dojrzeć do totalnej i totalitarnej wolności? Może…

No to… miłego LilleJuleAften!!! Znaczy wiecie, małej Wigilii. Takiej dla rozwiedzionych rodzin raczej, w których dzieci chce mieć w ten dzień i mama i tata i ci dziadkowie i tamci oczywiście. I jeszcze nowe rodziny i nowej kæreste. No wiecie, takie czasy. Totalny brak rodzinności, wszelakiej wspólnoty… może dlatego u nas w sklepach i sprzedawcy uśmiechnięci i kupujący. Nikt się nigdzie nie śpieszy, na nikogo nikt nie czeka, może… Trochę to wszystko smutne, ale z drugiej strony, może po prostu tak wszystkim wygodniej? Może… Strasznie wiele tych MOŻE.

Może więc ino GOD JUL!!!

IMG_4746 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po Yule… została wyłączona

Pan Tealight i Ambasada Świętego…

„Ryczała, wyła i rozdzierała szaty biorąc za przykład swe miejsce urodzenia, które to z rozdzierania szaty jest raczej słynne. Zadziwić mogłaby swoją finezją ruchów serio wszystkich tych chłopców na telefon i innych szołbojsów. Stała w porcie i robiła za fontannę, gołą już miejscami, lekko się poruszającą, zapatrzoną w Żółtego Olbrzyma, kadłubka strażnika, który od tylu lat czekał na swoją dziewczynę. Widzicie, obiecała mu miłość, ślub i tak dalej, ino do mamusi na chwilę chciała, niby po kieckę, czy coś… i wciąż nie wróciła, a lata mijały… on wciąż czeka. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki łzy wielkie i przejrzyste leje.

Bo Święty ino dla dzieci?

Tłuścioch z Grenlandii, no może i uzurpator, może… może i wszelako tylko świętości prezentacyjnej odbicie, może… ale chciała go sobie obejrzeć. Może i pogadać, tak o śniegu, no czy będzie, czy planuje opadać, czy jednak wiać i tańcować, no i o mrozie, za którym tak bardzo tęskni, o swojej do zimy miłości, a on jej nie przyjął. Wynajął sobie swarne muzeum, obwiesił się igliwiem i stwierdził, ten wypierdek nieludzkości, że jej nie przyjmie? Że jest za DOROSŁA?!!!

A przecież jest niska!

No i co z tego, że ma cycki! To dyskryminacja!!! Przecież nie da się określić upośledzenia w dorosłości i przenieść go w zgrabnym równaniu na zmarszczki, obwisł skórki, nadmiarowość tkanek, wzrok słabnący…

Bardzo płakała, ale nauczony doświadczeniem Pan Tealight pozwolił jej płakać dopóty, dopóki nie osłabła, nie wyżęła się z łez, nie dosoliła odpowiednio morskości, nie zmartwiała jakoś tak. Dopiero wtedy zabrali ją do Chatki. Mokrą taką i skapcaniałą, posmutniałą i drżącą… całkiem udupioną i wielce nieczułą na wszelkie przyjemności. Zeżarli przy niej smażon pierogi z cebulką, pięć pizz, a ona nic. Pożarli skumulowane na zimę przetwory i czekolady, a ona nawet nie mrugnęła, ino siedziała na podłodze kuchni i gapiła się w ścianę pod stołem. Gdy już nie było nic do zjedzenia, a i nic do zrobienia jej takiego, coby komuś ulżyło, w końcu niektórzy mieli coś tam na sumieniu skierowane w jej stronę… dopiero wtedy Chochel z Panem Tealightem zaprowadzili ją do łóżka, no i całą taką zryczaną nakryli miśkami.

A nocą…

… tak jak to powinno być, chociaż wiecie, poza całkowitą kolejnością dostała się jej pogawędka ze wszelkim Władcą Świąteczności. I wcale nie był on gościem w czerwonych gaciach, bo jak sam mówił, to cholera spróbuj taką czerwień utrzymać. Po pierwszym praniu się wybarwia, a i maskowanie chujowe… i sobie pogadali. A w prezencie maksymalnie magicznym od siebie i od misia Gustafffa Wiedźma Wrona dostała Samonapędzającą Się Wiekuistą Zimową Chmurkę i to z dwoma koniami, znaczy płatkami mocy!!! I już było lepiej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8578

Z cyklu przeczytane: „Królowa i Faworytka” – … ale dlaczego? Dlaczego akurat ta seria tak przyciąga czytelniczki a nawet CZYTELNIKÓW, którzy nie wstydzą się przyznać, że kochają Selekcję? Nie wiem. Nie ma tu seksu, jest miłość, nie ma dobrze rozpisanych dialogów, dobrze zarysowanego świata, czy osobowości, a jednak… ludzie czytają. Może chodzi właśnie o to… o opowieść o Kopciuszku i jej potomkach?

Może?

W tomie znajdziecie nie tylko dwie tytułowe nowele, czyli: „Królowa” i „Faworytka”, opowieści o królowej Amberly, matce Maxona, oraz o Marlee, przyjaciółce Ami. Opowieści sprzed trylogii i inne ujęcie tego, co wydarzyło się już w niej. Specjalnym prezentem dla czytelników jest część z antologii „Happily Ever After”, czyli opowieści o Celest, Pokojówka, pytania do autorki.

Niewielki tomik, który dobrze przeczytać tuż po „Jedynej”, po przebrnięciu przez „Księcia i Gwardzistę”. Wiecie, dla tych, którzy uwielbiają rywalkowe opowieści. O tiarach, kieckach i wszelakiej ekshibicyjności. O koafiurach, wyglądzie i Big Brotherze. Może to właśnie owa transmisyjność tak ujmuje czytelniczki? Wciąż jakoś tego nie rozwikłałam.

Dla wielbicieli serii.

IMG_7772

Nexø

Wmaszerowywując niedzielą na rynek miasta usłyszycie dziwne pokrzykiwania. I zobaczycie stadko choinek strzegących owe wrzaski. 25, 46, 30!!! Liczby wybrzmiewają w chłodnym, wietrznym powietrzu… zresztą, co tam chłodnym, przecież to prawie 9 stopni, więc… może od wody tak ciągnie, a może po prostu ta wilgoć w powietrzu sprawia, że człowiek się jakoś tak kurczy, zwija sam w sobie, ale jednak wciąż prze do przodu. Człowiek jest jednak cholernie ciekawski, co nie? Już widzi te dwa drzewka obrzucone sporymi serduszkami i ogromną choinkę, na której poza jej własnymi szyszkami ino garść światłek… trochę to smutne, ale z drugiej strony lepsze to, niż nic? Czyż nie? Tu i tam jakieś białe światełka, wiadomo, jedyne właściwie na Wyspie… a w tej niwielkiej klatce, w owej choinkowej zagrodzie… No sorry, ale tak to wygląda, no to tam odbywa się BINGO!!! Czyli po naszemu BANKO!!!

Julebanko trwa sobie w najlepsze, gdy cała reszta uwija się w przedświątecznym zapale, szczerząc się do siebie nawzajem i wyłapując przecenione, świąteczne zabawki. Bo u nas to już wiecie, w sklepach po świętach. Tutaj jeszcze ostatnie czerwone saneczki, tam jakieś bombki, a tam znowu ostatni bałwan z pluszu. I po wszystkiemu… Pojawią się te wszelkie ustrojstwa noworoczne, ot na chwilę, na dwa, trzy dni i po wszystkiemu, wiosna nadchodzi!!!

A na rynku nadal BANKO!!!

Numerki padają, ludziki pokrzykują, ktoś się cieszy, a wszystko i wszystkich strzegą te choinki. Już nie wiem, czy grają ino o drzewka, czy może o coś więcej. Może to jednak jest inaczej? Może nie widzę? Może ten dzieciak na wyłączonej fontannie, to ino przykrywka? Bo przecież nie widać ludzi, tylko słychać głosy… więc może to choinki grają o ludzi? Może ta właśnie, o ta nastroszona po prawej, bliżej tej wielkiej, może ona właśnie wygrała sobie człowieka i ubierze go w bombki i położy pod nim prezenty? Takiego człowieka to nawet podlewać pewno nie trzeba? Tylko ile stoi taki człowiek? No i… czy jednak ekologiczne, mieć prawdziwego człowieka w domu? A może to wszystko tylko przykrywka? Może tak naprawdę choinki zebrały tam ludzi, tych wiecie najsmaczniejszych i teraz ich zjedzą? Bo to wielce tam zombiczne drzewka? Albo przerobią ich na ozdoby? Ze skóry byłyby fajne bębenki i dmuchane ozdoby, z kości różne kołaczące i łańcuchy… coś się uplecie z włosów, uszy i nosy to kurna ino obtoczyć w czymś sypkim i błyszczącym i działa!!!

To co? Kto ma ochotę na Wyspiarskie Kpiarskie Bingo?

IMG_3309 (3)

Ambasada Świętego…

A w ambasadzie nikogo. A miał być. Dziesiątego i dwudziestego miał być… ale przecież i tak mnie nie przyjmie, bo wstęp ino dla dzieci. A ja może i dziecięcy wzrost mam, ale cycków raczej nie schowam za pazuchą. Ej… Mikołaj z Grenlandi. Też mi cudaczności. A co z tym Fińskim? Czy oni się w ogóle znają? A może to bliźnięta? Jednojajowe? A może tak naprawdę Mikołaj był kobietą?

Patrzy człowiek na miejskie muzeum, na czapeczki czerwone na balustradach, na te choineczki, na słodki znak samej ambasady na nim teraz. Takie to wszystko nierealne bez śniegu. Takie dziwnie obce. I nawet ten port po lewej zdaje się być nieprawdziwy. Szarość i niebieskość jednoczesna nieba, dziwnie zimne słońce starające się podejrzeć, co też w tym roku robią te człowieki… zwyczajność przecież, a jednak. Zamiast flag w olstrach na maszty i inne tam szturmówki, powsadzali maleńkie choinki. Strasznie mi ich szkoda, bo przecież zdechną zaraz, takie bezkorzenne, może i dzięki temu deszczowi postoją długo, ale u nas i tak zaraz po świętach polikwidują wszelaką świąteczność julową… ale z drugiej strony, lepsze one, niż coś innego. Światełka kołyszą się w ostrych powiewach wiatru… Do tego śpiew masztów w porcie, pustki wszelkie na ulicach.

Jest świątecznie?

Nie wiem. Może jednak wszystko co świąteczne ma imię mrozu i śniegu? Może bez nich nie da się już czuć niczego brokatowego, soplowego i bałwanowatego? Może? W końcu w przeszłości miewaliśmy śnieg. I więcej śniegu. I jeszcze więcej. Pamiętam mrozy takie, ż gil wydmuchiwany zmieniał się w perełki, albo coś podobnego… twardego jednakże. Kryształki łez na rzęsach i wszelaka powolna zasypialność…

Wychodzę ze sklepu, mijam wcale nie zabieganych ludzi, jakichś takichś zwyczajnych. Może u nas na Wyspie ludzie się nie napinają świątecznie? Pewno, paczek mamy wiele, poczta ciągnie ostatkiem sił. Zatrudnili więcej ludzi, bo przecież większość i tak musi skorzystać z internetu, w końcu co tam u nas jest otwarte teraz? Nawet tego obiecanego Lidla nie ma. A ma być… nie żebyśmy potrzebowali kolejnego marketu, ale oni chcieli, ludzi podobno o zdanie pytali, ale jak wszędzie, oczywiście sami zadecydowali. Jak z tymi świńskimi kotlecikami… Ech!!!

To jak? Bingo?

IMG_5164 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ambasada Świętego… została wyłączona

Pan Tealight i Okładka i Treść…

„Cały świat rzucał się ostatnio na Okładkę. Bo ona taka kolorowa, błyszcząca i wypukła miejscami. Twardawa, ale nie oporna, gładka, ale jednak i mocno trzymająca się dłoni. Taka jest… no wiecie, TAKA, a nie taka inna. Bo obrazek, bo zdjęcie, bo retusz, bo literki jednak nie takie, bo czcionka, a może czerwieni za mało, albo niebieskości? Może? Może jednak inną postać wrzucić, a ja to bym wolał zieloną…

A Treść?

A widzicie, Treść od dawna mieszkała na Wyspie. Niepotrzebna, zbędna i ochoczo negowana. Bo jej się nie dało postawić na półce i ogólnie mówiąc, taką Treścią kurcze trudno się pochwalić w mediach. Niby możesz opowiedzieć, niby możesz zdjęcie środka zrobić, niby możesz tak wiele… a jednak to Okładka, ona wciąż najważniejsza. To o nią się pytają, o niej rozmawiają, nią się nakręcają, często tylko z jej powodu kupują nią… KSIĄŻKĘ. To dlatego tak bardzo Treść chciała pozostać, już na zawsze, tutaj, na Wyspie, nawet z tą dziwną zbieraniną człekokształtnych, w miarę człekokształtnych, wcale nie człekokształtnych… i innych. Całkiem nie zbliżonych do znanych jej wzorców, a pamiętajcie, że była Treścią. Gawędziarską nutą, opisem wyobraźni, postaciami, przeżyciami, emocjami…

Całkiem nienamacalną, ułudą sklejoną ze słów i dźwięków. Obecnością całkiem niepozorną, a jednak… obecną. Sypiającą w wielkich, różowych, napufionych papuciach Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Tych, co stały zawsze w kuchni, czekając na Zimę, która nie chciała nadejść, która chyba się za coś, lub na coś obraziła? Może Pan Tealight znowu za nadto narzucał się nowej choineczce? A może to ta sosenka wysoka i szczuplutka? Kurcze… kto ją tam wie i kto wie jego? Kto wie ich obydwoje? Kręcili ze sobą, ale tak dziwnie, atypowo… nikt nie wiedział co się naprawdę działo w owej szarej, miękkiej makówce? A ona… cóż. Z babami już tak jest, dlatego Treść mogła spokojnie spać tam, gdzie chciała. Pod obrazami, tuląc się dość namiętnie do Zapomnianej Pary Białych Parasolek. Bo przecież wszyscy mają problemy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7571 (2)

Z cyklu przeczytane: „Droga do Nawi” – … zaskoczenie. Naprawdę. Dla mnie to pierwsze spotkanie z tym autorem i niezwykle udane, to muszę przyznać od razu. Bo ta powieść to sympatyczny powrót do miejskiej magiczności i to naszej, środkowoeuropejskiej. Znajomej, ale i nieznajomej zarazem.

Oto trójka specyficznych osobowości. Polak, Rosjanin i, wydawałoby się, spokojna i nudna dziewczyna. Za chwilę się spotkają i nikt już nie będzie takie samo. Kompletnie nic. Nic już nie będzie zwyczajnym, światem. Codziennością poranka i nocy, ateistycznego właściwie życia, dbania o siebie i innych. Nic już nie będzie takie, jak było. Nadszedł czas Peruna i Welesa, ludzi o wilczych postaciach i wilków, które nie są zwierzętami. Magii, przenikania ścian, odrastania kończyn i spotkać z ludźmi, o których nawet mity milczą.

Magiczna, niesamowita, sensacyjna opowieść. Trzy silne osobowości, genialne postacie, bohaterowie, w których każdy odnajdzie trochę siebie. I ona… Dola. Tutaj właściwie nie ma dobra i zła, nie ma owej najwyższej władczości, bo to wojna między bogami, a może… chodzi tylko o Peruna?

A może jednak, ktoś inny pociąga za sznurki.

Podzielona na trzy części, naprawdę dobra opowieść. Wciągająca, nie tylko przywracająca pytania o mitologię Słowian, ale przede wszystkim ich prawdziwą, nie nastawiającą drugiego policzka, twarz. Niesamowitą, pełną duchów, duszków, magiczności i czarów. A z drugiej strony, czystą sensację, w której nic do końca nie jest pewne. Nic nie jest białe, lub czarne. Nie tylko dla tych, kochających fantastykę.

IMG_2633 (3)

Musza sprawa

Uwielbiam te WIELKIE sprawy na Wyspie. Naprawdę. Bo one są najbardziej… zwyczajne. Przemile swojskie, znajome i najczęściej, no sorry, ale zajebiście zabawne. Tym razem Wyspę obiegła wieść o aresztowanej musze. Kurde, chociaż nie wiem, może i obiekt zbiegł. Ona terrorystka? A może on? Jak się kurna rozpoznaje płeć u muchy? No wiecie, u takiej zwykłej, codziennej, gównianej, wkurzającej, brzęczącej, bzyczącej, nie mogącej spokojnie usiedzieć muchy?

Sprawa cała początek swój miała oczywiście w obywatelskim, spełnionym obowiązku. Bo wiecie, u nas się kapuje… znaczy spełnia obowiązek. Znaczy no wiecie, jeżeli widzicie coś niepokojącgo, to zgłaszacie to do glin i oni przyjeżdżają. I to serio przyjeżdżają, nie tylko, że tak mówią, że przyjadą, a potem wiecie, długo długo długo nic… Teraz też przyjechały. Przyjechały wezwane przez kierowców, którzy zaniepokojeni byli osobnikiem jadącym zygzakiem. Logiczny pomyślunek przyniósł im oczywiście obraz zapijaczonego kierowcy, więc nic dziwnego, że zgłosili, ale jakże policjanci się zdziwili, gdy wymachujący kończynami osobnik za kierownicą w rzeczywistości próbował pozbyć się z pojazdu jadącej na gapę muchy? Że nie pił, w ogóle nie miał nawet wódeczki przy sobie, nawet w postaci perfum, czy wiecie, nalewki ziołowej, tej tam echinacei, czy jak to tam…

To on został zaatakowany!!!

Przez Muchę!!!

Niestety nie zdobyłam wiadomości w typie: Czy mucha zapłaciła za gadanie z kierowcą, bo przecież jeśli dobrze pamiętam z napisów w autobusach, rozmowa z kierowcą w czasie jazdy zabroniona… A może za karę mucha musiała oddać swoją ukochaną kupę? No wiecie, za narzucanie się męskiemu człowiekowi? A w ogóle, to może była ona z szeroko pojętej zagranicy? Kurcze, kto to może teraz wiedzieć? Poza artykułem w gazecie i odrobiną śmiechu na Facebooku, to wiecie, normalność na Wyspie. Mucha sprawcą wszelkich zbrodni to jednak przemiła odskocznia od mordujących się człowieków ino dlatego, że jeden nosi worek na głowie na swojej żonie, a drugi pozwala jej kąpać się w sznurkowej garderobie podciuchowej. A czy jeżeli Mucha z zagranicy była, to miała papiery w porządku, bo wiecie… teraz jeśli chcecie przyjechać na Wyspę, albo wyjechać z Wyspy, to musicie zamachać paszportem. A dokładnie, od grudnia nie tylko nim zamachać, a pokazać i udowodnić, że jesteście tym, kim jesteście. Ot, cytując: skończyło się rumakowanie ludzie!!!

Wyciągać papiery, siedzieć w domach!!!

Pamiętajcie o tym, tak przed wakacjami 2016!!!

IMG_2836

Tularemia… czyli opowieść, o czymś mniej zabawnym. No cóż i nam się zdarza lekko przeciągnąć się na ciemną stronę mocy. Przyznaję, że guzik wiedziałam o tularemi, więc zasięgnęłam języka: choroba zakaźna, ostra i bakteryjna i ogólnie kanał. Niby się nie umiera, niby da się wyleczyć, ale ryzyko jest. Dlatego uprasza się o niespożywanie tak zwanych „roadkillów”, znaczy się nie kreowanie kiełbasy poprzez uprzednie rozjechanie zwierzaka i nie macanie padlinek w lesie, nie lizanie kory, trawy, czy wiecie, coś w ten deseń, a poza tym bawcie się jak zwykle.

Bo u nas lasy to jednak najpopularniejsza rozrywka. Spacerowaniem łażenie, biegani, czasem konna przejażdżka, czasem rowerowa. Dzięki niezłym drogom można spacerować sobie nie bacząc na aurę. I niekoniecznie zakładając kaloszki, choć należy zauważyć, że kaloszki są obecne w każdym domu na Wyspie. Kaloszki i drewniaki. Czasem mi się wydaje, że nawet do każdego z tego typu obuwia ludzie tutaj mają specjalne skarpetki… Jeszcze nie zbadałam tego problemu, ale antropologiczna dusza we mnie łka. Bo może jest w tym coś powiązanego z cudownymi bieliznami Mormonów? Słyszeliście o tym? Mają je magiczne, są ino dla dorosłych, mają magiczne znaki na górze i dole i ogólnie mówiąc… eee, no wiecie, istnieją!!! Magiczne gacie i koszulki. Białe zwykle, ale jak ktoś woskowy, to może dostać w maskujących barwach, może na Wyspie moc jednak kryje się i w skarpetkach? A ja nic o tym nie wiem…

Pobrali się po 20 latach zaręczyn, czyli z życia miłosnego na Wyspie… bo wiecie, kochamy się. No i mieszkanie samotne jest tak drogie, że mało kogo na nie stać, więc obalając mit o Wyspiarzach Bogackich… miłość i sakrament. A dokładniej, czy wyjdziesz za mnie, bo zimno mi w łóżku?

Podział ról u nas jest pseudo nowoczesny. Z jednej strony jak wszędzie obie strony pracują, z drugiej dzieci nikt nie wychowuje… więc po kiego się żenić, tym bardziej, że rozwód jest bardziej niż idiotycznie prosty. No i się nie żenią. Żyją po polsku, wiecie na kocią łapę. Mówiłam kiedyś o tym, o czasach wojennych i powojennych, gdy z braku księdza Polacy mieszkali tutaj, właśnie na kocią łapę. Bez ślubu. Bo i kto miał im go udzielić. No i tak się narodziło powiedzenie, choć wspólnego z prawdą ma ono niewiele, wciąż bije, tętni i wszelako się z nas ono nabija. I z Tubylców pewno też. Szczególnie z tych, wiecie, zaręczonych przez naście czy dzieści lat. Ale dzieci są. Bo jak bez dzieci. Tym bardziej, gdy się ich nie wychowuje, bo za wszystko najlepiej obwinić szkołę, obrzucić ją dziwnymi obowiązkami…

Śluby sporadyczne, ale jednak cudownie nietuzinkowe. Wiek od naściu do mocno ściu lat. Jak kto woli, jak komu pasuje i zawsze z obowiązkową sesją fotograficzną i fotką wysłaną do gazetki. Bo u nas nikt się nie wstydzi samego siebie… pewno dlatego nagusowanie na plaży jest takie zwyczajne. Tylko czy to wpływa na miłość? No wiecie, może i powinno? W obliczu tularemi jednak odradzamy seks na trawce w lesie. No wiecie, na wszelki wypadek. I tak bez kocyka, to serio cokolwiek może wleźć w człowieka, a trudno to potem z siebie wyciągnąć przez długi czas. Cokolwiek to jest…

Cokolwiek Wam świntuchy na myśl przyjdzie.

IMG_6798 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Okładka i Treść… została wyłączona

Pan Tealight i Panowie Mikołajowie…

„Ubrani odświętnie, a może wyłącznie umundurowani? Gdy tak się zebrali w kuchni Białego Domostwa, po opędzlowaniu i tak ubogiej ostatnio Spiżarni Wiedźmy Wrony, gdy tak zaczęli gotować, smażyć i piec… wyglądali, szczerze, niczym szalona i całkiem podejrzana wizja kogoś, kto pił, pił i pił. I nie wierzył w białe, tańczące myszki, które przytupują do najnowszego hitu Adele, czy innej Beyonce. Bo byli tacy… świąteczni. Tacy, aż nadmiernie podchmieleni i zaangażowani. Nie tylko pomogli upleść masę stroików, nie tylko wzbogacili choinkę, wysprzątali Białe Domostwo, nie tylko postanowili uczynić te święta doprawdy świątecznymi…

… ale przede wszystkim działali Wiedźmie Wronie Pożartej na nerwy. Z jednej strony chętnie by łyknęła to, co oni brali, a z drugiej, jako że zapoznała się już ze stworzoną przez nich w przybudówce, czy raczej szopce koło rzeczki, całej finezji wszelkich, nie do końca alchemicznych rurek, kanalików, flaszek i bulgotań… Z całej okolicy zniknęły ziemniaki i inne okopowe, a ze sklepu z cukierkami wszystkie twarde karmelki, więc nie pozostawiali wiele do domyślenia. Zresztą pachnęli ździebko… aptecznie, więc. Zresztą, co im się dziwić, nagle zabawki nie są już tym, na co każdy czeka, rózga i węgiel nie jest nauczką, a dzieci kurde karać nie wolno, więc…

Skończyli tutaj.

Przy Wiedźmie Wronie, kochającej na zabój zimę i święta, ale wszelką radosność mającą raczej w wątpliwym pożądaniu. No i wierzącą w Mikołaja. Do końca, na zawsze, prawdziwie, a teraz, spoglądając na gromadę starszych panów, takich, jak inni, zderzającą się ze swoją „wiarą”… i boleśnie wątpiącą. Oni i ona i Pan Tealight, który postanowił tylko z tego wszystkiego korzystać. Bo dlaczego nie? Od dawna tak wszyscy nie jedli i się nie lenili. Gromada Mikołajowopodobnych Osobników sprawiała, że wszyscy, łącznie z Ojeblikiem, popuścili przysłowiowego pasa. U tylko Chochel spoglądał na nich podejrzliwie, włażąc im pod nogi w tych swoich gaciach Chowańca, w tych czerwonych, lekko już wytartych…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4276 (2)

Z cyklu przeczytane: „Krew nie woda” – … zaskoczenie? Nie. W końcu akurat tego autora już znam, troszeczkę. A może troszeczkę inaczej? Kto to tam wie czytelnika? Niektórzy z nas, to trochę stalkerzy. Może nie upierdliwi, ale podglądający. Podpatrują w mediach społecznościowych tych swoich ulubieńców i czekają… napisze coś, czy nie? A może jednak coś mi umknęło?

„Krew nie woda”, to taka nówka Pawlaka. Opowieść polityczna całkiem, zwyczajna, wyborowa, ale bez procentów… aczkolwiek też nietuzinkowa, bo bohaterami są wampiry, zombie u gulasze!!! Ha ha ha! No sorry. I jeszcze groza! Bo t oto nadnaturalne byty stanęły w obliczu wydania ich ludziom. Jeden z ich krwi postanowił dokonać coming outu i po prostu opowiedzieć światu o tym, kto nim naprawdę rządzi… I się zaczyna. Niesubordynowanego arystokratę po krwinkach należy wyśledzić, albo po czym innym, ale im szybciej tym lepiej. Bo przecież w takiej Polsce taki coming out nie może się skończyć dobrze!!!

Dowcipna, zgryźliwa, plastyczna opowieść. Odarcie polityków z magii wszelakiej. Zwyczajne stwierdzenie, że kimkolwiek by byli, i tak nas zrobią w kła! Znaczy konia. I tak za nic mają poddanych. To czy są zombie, czy nie, tak naprawdę nie ma znaczenia. Politycy mają nas gdzieś. Żerują na nas, a potem, oj sami wiecie. Al i tak fajno ich popodglądać, bo i oni mają jakieś osobowości, rodziny i wyrzeczenia. Tajemnice, szkielety… oj tak, szkieletów sporo, chyba że ma się dżina.

Poznajcie polityków! Ci gryzą!

Dowcipna, zabawna opowieść, w której niestety zakończenie leży. Z jednej strony potencjał, maszyny, eksperymenta, a jednak… coś nie gra. Dobrze się czyta, bez urazy, wciąga i mami, ale szkoda, że nie ma w sobie więcej ognia. No i co się z nimi stało? Z połową obsady – czuję się niedoinformowana taka!!!

Czyżby miała być kolejna część?

A może czegoś nie wiem?

IMG_2638

Drzewa.

Coś jest w tych drzewach na Wyspie, coś takiego dzikiego, podstawowego, cudownie atawistycznego. No wiecie, wydaje się, jakby one wszystko wiedziały i o wszystkim plotkowały. Pewno, że większość z nich ludzie sadzili i wciąż sadzą, mało które to samosiejki wieloletnie, ale i tak… coś w nich jest. Na pewno więcej, niż w tej całej pisaninie. Co krok to blog, co blog to inspiracje, to kup, tamto kup, no u nas tak też jest. My mamy rację, a nie, bo my, jedz ino trawę, nie jedz cukru, żuj gumę z majtek, nie marnuj… Ci ułożą ci życie, tamci nauczą pić i oddychać, bo się okazuje, że nigdy tego nie robiłeś poprawnie, a właściwie, to nie srasz też dobrze, ogólnie mówiąc z życia masz lufę, a drzewa… drzewa mają to w korzeniach. Albo korze, kto je tam wie. Cudownie nieczułe na reklamy i ascetyczne w stosunku do najnowszego ajfona. Sikasz pod drzewem, oddychasz, a ono to lubi… ni tylko akceptuje, ale widzi w tobie coś… intrygująco potrzebngo. Przyroda cię chce niezależnie od tego jak wyglądasz i co depilujesz, ma gdzieś nie tylko twoje łonowe włosy, seksualne zachowania, ale i te kłaczki w nosie.

Masz ino oddychać i będzie dobrze.

Kocham drzewa.

Gdy tak na nie patrzę, to one tańczą… nie tylko dlatego, że człowiekowi wzrok się już zrąbał, depresja dowala znowu, a i umęczona mózgownica, oczywiście wyprana internetami, jakoś męci… one po prostu nie są nieruchome. Jedne proste, dziwnie wojskowe na pierwszy rzut oka, w rzeczywistości to straszni flirciarze… bo widzicie, dla mnie drzewa w większości są męskie, a może takie częściej spotykam? Kto tam mnie wie? Mniejsza, są męskie i aż nadmiernie przypominają mi starszych panów mówiących przy kiosku, że mam takie piękne oczy… na wysokości klatki piersiowej. Ale, co tam, co to ja gorsza od Potworów i Spółki? Pewno, że nie, więc widać i tam mam oczy. Te proste liściaste są po lewej, po prawej iglaczki, też proste, też dziarskie, ale jakieś takie melancholijne bardziej, takie z nich mózgowce, takie zadziorne, ale jednak bardziej stabilne dusze. Głównie stoją w kwadratach, niczym armia wdychania i wydychania, ale czasem, gdzieś pomiędzy nimi są one… zdrewniałe dusze. Drzewa, które zdają się być obumarłe, a jednak żyją. Spotykam je na cmentarzach, gdzie łapią dzieci i karmią nimi zombich… ale bez boja, ino dzieci Turyścizny! No dobra, żartuję, chociaż, kto mnie tam wie? No i spotykam je w lasach. Stoją takie niesamowite na mikroskopijnych polankach pomiędzy kolejnymi polami lesistości, jakby strzegły jakiś tajemnic.

Jakby wiedziały i nie bały się… milczeć.

Dęby i sosny, w dziwnych kształtach, z jednej strony bardziej rozpuszczone, z drugiej dziwnie, fabrycznie zgrabne. Jakby strzegły dwóch światów, co najmniej, lub zaglądały jednocześnie za dwa welony… a może to strażnicy świata Pomiędzy? Tego, który nie zdaje sobie sprawy z istnienia czegoś po prawej i po lewej stronie, czegoś ponad nim i pod nim, czegoś za i czającego się na przeciwko. Jakby tak naprawdę zajęte były wyłącznie sobą. Bogowie egoistyczności? A może jednak nie?

Może jest w tym coś więcej? Przecież to Wyspa!!!

IMG_3351

Drzewa…

Tutaj, może przez morze, może przez Turyściznę, jakoś tak zmienne są. Zasiane zagramaniczne cuda przynoszą owoce i nie chodzi wyłącznie o figowce. Czekam na banany i ananasy, na strusie może też? A na razie podglądam miniaturowe dąbczaki i jabłonki, które podobno przyszły z basenu Morza Śródziemnego… pewno dnem szły, bo lekko słonawe na liściach. Wiecie, Wyspa przygarnia wszystkich. Ale ci, co są niegrzeczni, czsto dostają wilczy bilet i mogą łapać zatopione w czasie II wojny światowej skarby, oczywiście na dnie.

Czasem, gdy świat już serio mi dogryzie, dopali i dokopie, idę w las si uleczyć. I to działa zawsze. A już wymęczenie się, szybki spacer dróżką, ścieżką podbiegnięcie, to raj prawdziwy. Jak już się człowiek zasapie, to lepiej mu na duszy, może zjeść w spokoju ciastko, podzielić się z drzewnymi ludkami i posłuchać ile to dusz w takich drzewach, pod korą siedzi. Bo co jak co, ale drzewa na Wyspie są aż nadmiernie człowiecze. Na przykład te przydrogowe, karnie zaczesane na jedną, jedyną właściwą stronę, albo te sosnowate, co to wyglądają jak odwrócone znaki zapytania… może po hiszpańsku gadają? A może nie? Może to ino takie geny, bo przecież w tych miejscach, nie mogła to być tylko wina wiatru, noł łej!!!

Macam drzewa i czasem, a może częściej niż czasem zastanawiam się, czy to nie tutaj znikają wszystkie byty. Pośmiertnie wtapiają się w pnie, a w przypadku ścięcia, przechodzą na następne. Bez boja, nie siedzicie teraz na prababci, nic z tego, natura nie jest taka przewrotna. A może… bo widzicie, te drzewa opowiadają historie! O człowieku na morzu, o człowieku na wojnie, o kobiecie, która tylko czekała, i czekała i czekała. O tych, co przechodzili od razu do czynów i tych, którzy zapatrzyli się w niebo. I o tych, którzy mieli tak wiele marzeń, że nie wiedzieli jak wybrać. I jeszcze o tych, którzy zwyczajnie byli zadowoleni z tego kim byli, co mieli i jaką drogą podążali. Po prostu. Ludzie. Różnorodni, a jednak kurcze, tacy sami. Kochający, nienawidzący, zazdrośni, albo po prostu nie dbający o to wszystko.

Zwykłe drzewa?

Jakoś nie chce się w to wierzyć, gdy patrzy się na owych tancerzy zatrzymanych w czasie, przestrzeni i wszelkiej nisamowitości. Baletnic, wielbicieli tanga i salsy. Tych, którzy są swawolni i ci, co tylko walczą… znaczy z walcem walczą!!!

Cudowne są drzewa, zaprawdę.

IMG_5025 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panowie Mikołajowie… została wyłączona

Pan Tealight i Zagubiony Santa…

„Trzeba pamiętać, że Pan Tealight był jednym z Przedwiecznych. A może pierwszym i jedynym? Bo wiecie, to co było Pierwsze i rzuciło marzeniem, już po stworzeniu jego, jakoś tak pomyślało, że może to był błąd, że może powinno było nie próbować, może… a może jednak to on był Pierwszym? Mniejsza, lepiej nie myśleć, a już na pewno nie w Wygódce, bo jak wiadomo, ona podsłuchuje… trzeba przyjąć to na pewnik, że szary gość wiedział wszystko, a jednak, może za nadmiar mając tj wiedzy, wolał to wszystko wymijać. A może kurcze jednak nie wolał, tylko wymijał, bo znał aż nazbyt? Nie wiem, ale tego dnia wszystko się spieprzyło. A miał to być zwykły spacer z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki? Spacer po zdrowie, wszelkie wiedźmie wybieganie…

Ale ona najpierw znalazła Splecione Dęby, dziwne, sparowane drzewo o pajęczych gałązkach i oszalała na jego punkcie, a potem… niestety zauważyła wiszącego na szczycie owej pary, niczym krwisty aniołek, stek, tudzież udziec, czy coś równie smaczngo i zwróciła na to coś nadmierną uwagę. Trzeba było wleźć na drzewo, oczywiście obydwa pnie stawiały opór, krzyczały, drapały i namiętnie uprzykrzały Panu Tealightowi życie, więc obiecał im trzy worki nawozu ze zwłok i jakoś poszło… i Santaklaus znalazł się na ziemi. I… nie była kobietą.

Worka nie stwierdzono, co Wiedźmę napędzaną PMSem bardzo zmartwiło, a nawet zagniewało, choć może i zdepresjonowało, kto tam może wiedzić, jak to jest z babami… Panu Tealightowi nigdy nie udało się podjąć jakichś decyzji w tym temacie, więc… milczał, jak zwykle. I pomógł zmarzniętemu, przemoczonemu, dziwnie blademu grubaskowi o krótkich nóżkach, dotrzeć do Białego Domostwa. A tam oczywiście od razu wszyscy się obrazili, bo worka nie było…

A Santaklaus milczał.

Dziwnie szarpał tylko swój czerwony kubraczek, pocierał jeden czarny but o drugi i nie chciał niczego powiedzieć. Wypił herbatę i podpierany przez Krampusa, który od szóstego grudnia miał ostry napad trzęsawki i nietrzymania moczu… ten podobno znowu próbował nawracać nie tylko okoliczne dzieci na pogaństwo i tłumaczyć im prawdę świąt, i oczywiście poniósł porażkę, bo bez kuzyków Pony i tych tam Starwarsów, to nikt z nim gadać nie chciał… Wodan i Czarny Piotruś pili na umór i nawet się nie pokazali, ale podobno przyjęli nowego napitkiem i mięskiem. Gwiazdor zaś znowu zabrał się za pieczenie ciasteczek, bo w stresie potrafił robić tylko to… a Spas Zimowy, cóż, z nim to ogólnie był trudny kontakt, bo było mu za ciepło, grzał lepiej od Smoka z Komina i cicho sobie podśpiewując, zapewne coś sprośnego, stukał łbem w ścianę, a tam mu nie odstukiwała. Za to Dziadek Mróz wraz z Pogwizdem, Zimnikiem i Koruchem kręcił loda!!! I to przerażało…

Naprawdę było świątcznie w Białym Domostwie, naprawdę, nawet choinkę już ubrano Upadłymi Sprośnie Anieliczkami. Wiecie, tymi, co nie potrafiły upaść jak należy i tak jakoś, no wiecie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3056 (3)

Z cyklu przeczytane: „Krwawe rytuały” – … i znowu. Na szczęści Wydawnictwo Mag wydało dwa tomy za jednym zamachem, kolejne już na początku 2016, więc czekam bardzo mocno i całkiem niecierpliwie, bo przecież Dresden poznał TAKĄ tajemnicę dotyczącą siebie samego i ma pieska teraz!

Serio, każde przygody wzmacniają swoją potencj, gdy dorzuci się szczeniaczka, a od początku wiecie, że przy magu zostanie szczeniaczek. Inaczej być nie może. Nawet wtedy, gdy wampirom mocniej odbije i wszystko naprawdę może się w końcu zakończyć śmeircią. A może i… czymś gorszym? Kurcze, ten tom naprawdę mami. Z jednj strony Hollywwod, z drugiej kurcze, jakieś wyższe sfery Białego Dworu. Ale przecież nie istnieją na tym świecie dobre wampiry, czyż nie?

A może jednak?

Ten tom jest oczywiście kontynuacją poprzednich, więc zaczynajcie od początku i nie dajcie się zwieść względnym spokojom i magii wszystkomocnej! Bo tym razem wampirzy klan naprawdę ma ochotę na kawałek Dresdena, a najlepiej na niego samego w formie sproszkowanej i dodanej do puddingu. Ale dzięki temu możemy popodziwiać tn bezwzględny świat pełen kłów. Chociaż jest blisko i do końca nie wiadomo, czy on przeżyje. Bo widzicie… przecież mógłby zmienić się w ducha, albo coś w ten deseń!

Co nie?

IMG_2550 (2)

Słonko…

Jak człowieka słonko budzi owym pseudozimowym porankiem, człowiek czuje się lekko oszukany. A Wiedźma to już kurde w ogóle!!! Człowiek zastanowiłby się jednak nad zostaniem w łóżku, ale Wiedźma nie… bo Wiedźmę pędzi do przodu coś dziwnego, moż i babskiego, przymus tworzenia, pracownicze obowiązki i wszelakie inne syfy. Człowiek dzięki temu pozostanie lekko wkurzony, gdy nagle po pierwszej słonko zniknie, ale nie Wiedźma. Wiedźma się wkurzy, bo właśnie szykowała się, by wyleźć w przyrodę z aparatem. A tutaj kicha… Bo słonko wzięło i się zwinęło. Naświeciło się przed południm i stwierdziło, że kurna za mało mu płacą, żeby dalej tak wystawiać swoją żółtą dup na tn zimny świat. Bo tak… w nocy był przymrozek. Oczywiście nie oznacza to u nas tego, co oznacza w innych częściach świata, no ale…

Nadal czekam na śnieg, ale chyba w tym roku to przegrana sprawa. Pocieszę się przymrozkiem, lekko wirtualnym i wszelką wietrznością, chociaż i wiatr znowu ucichł. Wiecie, chyba nie lubię jesieni i zimy bez wiatru. Czuję się kompletnie nienawturalnie. W końcu jak to… Wyspa bez wiatru? Chyba wszystki wyspy są tak, czy inaczej wietrzne? Czyż nie?

Tak bardzo tutaj cicho. Tak dziwnie pusto i może i… dla niektórych nudno, chociaż nie rozumiem, jak może byc nudno, gdy wszystko się tak zmienia. Gdy liście powoli przechodzą na zbutwiałą stronę mocy, gdy wszystko odchodzi gdzieś, gdy tak wiele jest ostatnie. Ostatni liść na drzewi, ostatnia stokrotka, ostatnie… hmmm, wiecie, że kurcze znowu forsycja zaczyna kwitnąć? Kurcze? O co tutaj chodzi? I te takie różowe? Co to jest i czemu kwitnie akurat teraz? Miała być zima! Ja się serio nie zgadzam na takie zmiany pogodowe i to całe globalne ocieplenia!!! Ja chcę zimy takiej, jaką znam, śnieżnej, mroźnej i niesamowitej, a nie kurna wyjścia nocą do kibla i spotkania wybudzonego pająka!!! Czy tam pajęczaka, ech!

Czasem się zastanawiam, czy ludzie wciąż jeszcze potrafią żyć w takiej zimowej ciszy? Wiecie, w tym niezupełnym spowolnieniu, naturalnym zaspaniu i wszelkiej leniwości? Gdy tak naprawdę nic się nie dzieje i całkiem z tym jest człowiekowi dobrze, bo wciąż jeszcze jesteśmy lekko zmęczeni latem i sezonem wakacyjnym. Potrzebujemy wypoczynku, ale czy Wyspa potrafi wypoczywać? Czy po prostu zrzuca wszystkie problemy i pozwala sobie tutaj gnić, tam już pączkować, a tam znowu tak wezbrać wodami, że naprawdę nie da się myśleć sucho… Bo przeciż tn spokój, cisza i wszelkie zaspaanie jest tylko ułudą. Tam już pestki napęczniały, tam już ziarenka ino drzemią. Tam już wszystko gotuje się na wiosnę, a mi się tutaj ZIMY ZAKAZUJE!? Odbiera się radość śniegowania, mrożenia dupska i oczywiście sopli zwisających z miejsc nader niefallicznych.

IMG_6806 (3)

Ale miało być o porankach…

No więc taki poranek zaczyna się z cicha pękł. Serio, całkiem zupełnie nieświadomi, możliwe, iż nawet dla siebie samego. Bo czy taki poranek wie, że się porankuje? A może żyje w błogiej nieświadomości? Kto go tam wie, bynajmniej nagle coś się różowi, potem kremuje i fioletowi. I szaleje…

Wszystkie kolory dostają kręćka i walczą ze sobą o moce przerobowe. Albo coś w tn deseń. Nie wiem na pewno, ale niebo płonie. Jest niesamowite. To tylko chwila, więc fiolety i róże, czerwoności skrajne wielce i karminy na dokładkę, no i te fiolety w różnych stanach skupienia, i wrażliwości na towarzystwo innych. Niesamowite, a jednak przerażająco krótkotrwałe. Odwrócisz się, żeby zmienić baterię w aparacie i już… nie masz po co wracać. Nie ma już fioletowych fal, połyskujących srebrno, nie ma piasku, odmawiającego przesypywania się, nie ma kamieni, które wydają się być nie tylko polukrowane, ale i potraktowane posypką. Niczego nie ma, jest tylko ten Szary Poranek, który odmawia zeznań.

Szary Poranek oczywiście może się przeobrazić w coś walącego ostrym słonkiem, z białą całkiem niebiańskością i tak dalej… i ciszą. Bo czemu nie? Od czasu jak wyremontowali co mieli i postawili, co chcieli, to jest cisza. A cisza, powiem Wam, jest kurde super!!! Bo przecież ciszę zawsze można zanieczyścić dźwiękim, nawet jeżli chodzi wyłącznie o dźwięk kobity w śrdnim wieku, któa wrzeszczy na wkurzająa ją Żabanty… tak wiem, bażanty, ale nas to są jak nic Żabanty, bo Wyspa nawet te złote ptaszory jakoś tak przekształciła, że wierzyć się nie chce. Większe są i jakieś takie bardziej upasione i szalenie rozumne, a czasem podrzucające piórko na schody, całkiem nie rozumiem tej metody proozumiewania się…

Cisza…

Oj tak, cisza jest super i pośpiewać sobie można i niestety usłyszeć jak bardzo się fałszuje, ale co tam! Z tym się da żyć. I może odpędzę Świadków Jehowy? Strasznie mnie na nerw działają, a jeszcze jak przyjdą tacy z Polski, to staję się Potworem z Piątku Trzynastego. Cisza jest o wiele lepsza. Wiecie, no poza kurierem, na którgo się czeka, czy listonoszem, na którego też się czeka, bo przecież tutaj u nas nie dostanie się wszystkiego, a to zima, trza się pocieszyć pewnymi elementami…

Cisza jest piękna.

IMG_6883 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zagubiony Santa… została wyłączona

Pan Tealight i Karmienie Piersią…

„Kochany Pamiętniczku…

Nigdy nie myślałam, że moje życie tak się potoczy. Właściwie wszystko, czego mnie nauczono, to kłaniać się, kochać i dobrze rozpoznawać wszelkie skazy na klejnotach. No i jeszcze jak jeść, by jednak nie utyć. I co robić z włosami, by zawsze były tak strasznie blond i długie i jak wypychać poduszki, by nie twardniały… miałam być królewną. Doskonałą, piękną, współczującą. Idalną. Po prostu kobietą poduszką, kobietą kołdrą i kobietą kucharką. Kobietą kochanką i kobietą matką, ale też i kobietą, która będzie, choć ro obrzydliwie brzmi… matką dla niego. Ostoją wyrozumiałości i studnią wszelkiego wsparcią. Tą, która zawsze jest na wyciągnięcie rki, albo innego tam członka. Wiecie, niby głową koronowaną, a jednak…

niesobą.

I wtdy pokazali mi to jajo. I wszystko się zmieniło.

Drogi Pamiętniczku, dlaczego nie ma blogów o karmieniu piersią smocząt? Dlaczego ino te dzieci, dzieci i koty czasem, ale smoków to już nie można uznać za potomstwo? Bo ja poczułam coś. Coś dziwnego, ale i ostatniego, coś prawdziwego. Coś, co mnie odmieniło i coś, co pokazało mi życie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9855

Z cyklu przeczytane: „Śmiertelne maski” – … już piąty tom? Serio? Nie pomyliło się Wam? Bo ja jakoś nie wiem. Jakoś wlazłam, po pierwszy potknięciu w tę historię i wyleźć z niej nie mogę. Bo choć szkielet opowieści, każdego tomu, zawsze ten sam, to i tak skurkowaniec wciąga!!!

Tym razem, do poprzednich perypetiów naszego maga dołączają kolejne. Wiecie, gdy już człowiek myśli, że gość głębiej nie może wpaść, to on nurkuje, potm ktoś w kieszenie wpycha im kamieni i jeszcze przydusza żelbetonową belką. No tak… Dresden tonie. I chyba nie uratuje go nawet ten Całun Turyński, co to zaginął, i którgo musi odnaleźć, bo przeciż kasa się skończyła. Nie pomoże mu tż ona… bardziej wampirza, a jednak i piękna i taka niesamowita i wciąż ją kocha… I Archiwum. Żesz też te niektóre osobowości są bardziej intrygujące niż inne i jeszcze… Starzy przyjaciel, nowi przyjaciele i jeszcze pojedynek. Ale co tam, przecież to w końcu najbardziej wypasiony wampir, więc co tam, najwyżej go zabije, spokój będzie. Nagrobek po Dresdenie…

… a może tylko…

… więcej tajemnic?

Dobra historia. Kurcze, pogmatwana, poplątna, ale jednak ma jajca. Znaczy on je ma, ale i ona i kolejna ona… Bo żeby stawić czoła wszystkim, najsilniejszym, wszelkim kipiącym mocą trzeba być… a może tylko trzeba być szalonymi?

Kurcze.

Jeśli lubicie kryminalności miejskie skąpane w całkiem nadnaturalnym krwiopijstwie i magii, to zacznijcie przyjaźń z Dresdenem. W końcu gość ma czaszkę, co gada i jeszcze kota, który… nie gada!!!

IMG_2553

Na Wyspie zaczął się okres ciszy.

Pod lasem widać tylko samochody i żadnych ludzi, jakbyśmy wybywali z domów, wsiadali w pojazdy, a potem wnikali, na całego, do końca w ową wilgotną, miękką lesistość. Jakby poobalane drzewa nas pożerały, kumulowały w sobie na chwilę, a potm wyrzygiwały i od nowa budowały. A może… może jednak każdy z nas gnije w tej baśniowej bagnowości? Bo w tym okresie bagna się poją, poją, aż bardziej już nie mogą i zwyczajnie… stojąca woda skrada kawałki nieba i się nimi bawi. Przechodzisz ostrożnie, z kępy na kępę, z pnia, śliskiego, oszronionego mszowatością, na kolejny pieniek, a potem… oczywiście, zawsze lądujesz w jakiejś kałuży, albo strumieniu. Bo chociaż spotykasz często drzewa, które niczym księżniczki szukające swoich książąt, kładą się na trawie i przekraczają strumienie, jakby chciały krzyczeć, ale jednak nie mogły…

Idziesz dalej.

Mijasz kolejne stojące kamienie, znaki przeszłości i pogrzebane ciała, które serio olewają wszystko to, co codzienne, ale… pamiętają to, co dla nas jest zaledwie historyczną notką. Skradasz się krętą drogą, a gdy tylko się odwrócisz, nagle uświadamiasz sobie, że przeszedłeś przez kolejny tunel, przez który nie przeszło światło, a jednak czujecie na sobie jego promienie. Bo tutaj, nawet w mroczny dzień, światło może się pojawić nagle i z nienacka. Jakby chciało udowodnić swoją moc… a może jednak jesteśmy wyłącznie owymi ciałami zatopionymi w bagnach? Może tak naprawdę to my ściągamy do siebie te kawałki nieba, by naprawdę… się zbawić?

A może to wszystko jest wyłącznie wspomnieniem kogoś, kto leży pod tym wielkim głazem? Może? Któż to może wiedzieć? Kto może opisać to jako pewnik? Skradając się lśną drogą widzisz co prawda gościa na koniu, który koniem bąbie łeb gościa, który siedzi w takiej dziwacznej półkarcie… napędzanej jednym koniem, czujesz ten wybitnie – koński zapach, ale… jednak i tak nie powiesz, że na pewno to jest prawdą?

Ale… w takim razie, co jest?

IMG_9959

Cały problem z Wyspą, to ten jej rozmiar.

Zaczynasz spacer z jednej strony i jakoś tak, po kilku godzinach wychodzisz z drugiej, całkiem znajomej.  Bo tutaj wszystkie drogi prowadzą w miejsce, które znasz. Jakoś tak. Wszystkie.

Nie wiem o co chodzi w tych lasach, ale ten specyficzny podział na działki, te kratki liściaste i iglaste, ten brak piętrowości, ten… mszowaty podkład pod drzewami, to wszystko. Pewno, że człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że las tutaj jest człowieczy bardziej, niż gdziekolwiek indziej. Że tylko dzięki jednemu człowiekowi Wyspa nie przypomina czaszki łysego bejzbolisty, który kocha się bić… Ale, czy człowiek jest w stanie stworzyć aż taką magię i tak bardzo nie umieć jej stworzyć? Bo po pięknym spacerze podjechaliśmy do Aakirkeby zobaczyć świąteczne cuda i ich nie było. Oj pewno, że był dziwny Mikołaj ze złamanym kręgosłupem w chudych saniach i para pedałujących i dwoje na dziwnej huśtawce i choinka, która się nie świeciła i jeździł wokół niej pociąg i igloo było i rnifery… a jednak, całkiem nic nie było. Ino smutek. Może to jednak przez ten kościół? Bo ta ogromna bryła, niczym rąbnięta arka, która osiadła i postanowiła wszystkich obarczyć winą za jej stan śmierdzący i zwierzęcy, przytłacza. Coś tutaj jest serio nie tak z magią miejsca, bo jedyne, o czym można myśleć…

… to uciec stamtąd!!!

… więc uciekłam. Z powrotem do lasu.

Może jednak kiedyś ludzie umieli tworzyć magię, ale teraz… mają ją w zaniku? Kurcze, od kiedy gadam jak nawiedzony njuejdżowiec? Ale przyjazd tutaj, to wszystko co się wydarzyło i to co nie miało miejsca, może kurcze dotąd… To wszystko zmienia człowieka. Ta Wyspa coś z nami robi. I to coś serio pokręconego. A jednak te kościoły tutaj przerażają. Tylko czy bardziej, czy słabiej niż w reszcie świata? Może zwyczajnie człowiek się zdiablił i z szatanił?

Może?

Najważniejsze, że był człowiek na spacerze, że omsknął się na nim promień tego słonka zimowego, które wygląda, jakby ktoś je porwał, ściskał i więził, wiecie tak za chmurami i jakoś… nie pozwalał mu świecić, więc każda chwila, gdy ono tylko się wysmyka oprawcy, świeci jak najęte, jakby od tego zależało jego życie. A może zależy? Może tak naprawdę niczego nie wiemy o świecie…

I jakoś serio ludziom nie chce się zabawiać z choinkami…

IMG_9977

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karmienie Piersią… została wyłączona

Pan Tealight i Wigilia Smoczego Porodzenia…

„Wieczór był ciemny i głęboki, chociaż był też i rozświetlony milionem, a może i nawet miliardem gwiazd. Jakby wszystko, każde uczucie, każda barwa, każde odstępstwo od normy chciało być przy tym obecne. Jakby… problem w tym, że Pana Tealighta nikt nie poinformował o tym wszystkim. Nikt a nikt. Może i jako Przedwieczny powinien był wiedzieć wszystko, ale… no wiecie, po pewnym czasie wszystko może być aż nazbyt sycące, więc lekko czuł się osowiały i to od samego rana. Przestało go interesować wszystko to, co się działo dookoła niego. Te podskakiwania, łomoty i trzaski, owe dziwne gdakania, ćwierkania i nucenia, a już ogromnego gniazda na środku kuchni oficjalnie i z wielką nonszalancją nie zauważał. Herbatę robił sobie dzięki Gorącemu Źródełku, które niedawno wybiło w Podziemiach Białego Domostwa i dzięki dziwnym, ręcznie suszonym listkom… jakoś kurier z herbatą, pewno po ostatnim, miłosnym napadzie Ojeblika – małej, uciętej główki, go unikał… Ale kto by nie unikał, jeżeli napadła by go rozczochrana główka bez korpusika i to śliniąca się nadmiernie, miaucząca podobno miłosny trel? No jak?

… i dlatego teraz popatrywał na całą ową zmrokowość za oknem siorbiąc z kupka dziwną maź, wciąż jadącą siarką i… tak, to wtedy, gdy ten listek wpadł mu nie w tą dziurkę, bo zamotał się z jego szlafroczek, usłyszał dziwne popiskiwanie…

W jakiś dziwny sposób, bo przecież Dziwne Sposoby się tym szczyciły, w momencie, gdy doszło co do czego, był przy gnieździe sam. Całkowicie i niewyobrażalnie niemożliwie… sam. Dostojnie i zadziwiająco… sam. Ale jajo też było samo. Chyba? Bo gdy na nie zwrócił uwagę, nagle czubeczek się oderwał, odleciał i uderzył w jasną szafkę, z której spadły papierki po cukierkach a potem odpadł jeden bok i drugi… co do dna, to Pan Tealight jakoś nie zauważył, bo otrząsnął się w kierunku rzeczywistości w momencie, gdy dwa maciupeńkie smoczki dudliły jego miksturę z jego ukochanego kubeczka, śliniąc się aż nader obficie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3790

Z cyklu przeczytane: „Paskudna historia” – … nienawidzą go. Serio, wszyscy pisarz muszą nienawidzić Miniera, bo tak jak ten człowiek mami, mota i opisuje świat, to rzadko który autor potrafi. No po prostu ma to coś. I ma tgo COŚ ogromne w sobie ilości. Przeogromne.

Dlatego… jeżeli kręci Was thriller, sensacja lekka, kryminalność i psychologia… to powieść dla Was. Na dodatek tak plastycznie opisana, że zachce się Wam popłynąć na opisaną Wyspę i spotkać orki. A może i popływać w tych wodach, pobyć częścią owego, specyficznego świata?

Świetnie napisana, choć na pierwszy rzut oka dość prosta opowieść. Jest chłopiec – adoptowany i dziewczyna. Ona umiera, a on zostaje oskarżony o jej zamordowanie… no i są tajemnice, bo takie miejsca, uwierzcie mi, wiem z autopsji, są naszpikowane dziwactwami, świństwami i wszystkim tym, co z gruntu rzeczy obrzydliwe. W jakiś sposób idylliczność przyrody nacechowuje ludzi, którzy pragną się upodlić, więc… na co jeszcze czekacie? Poczytajcie Miniera i zacznijcie od której książki chcecie, bo wszystkie są NIESAMOWITE. Ale w tej… w tej jest coś więcej. Jest napięcie i wciąga jak cholera, ale przede wszystkim pozwala rozejrzeć się po swoim środowisku i zrozumieć, iż nic nie jest tym, czym się wydaje. I że… zbrodniarzem może być każdy.

Naprawdę każdy…

I dobra, domyśliłam się tego, kto zabił zbyt wcześnie, ale i tak bawiłam się

ŚWIETNIE!!! Polecam.

IMG_2634

Wieje…

A tak, wieje znowu, a jednak i tak człowiek chce wyleźć i pomacać ten świat. Oczywiście po chwili mu się odwiduje i zwyczajnie stara się jakoś wrócić do domu, ale wiatr go odpycha. Najpierw miota nim po wzgórzach, po skałach i nabrzeżach. Trzepie nim po piaskach, młóci w pożółkłych trawach, by potem nagle rzucić na wilgotne pole i wytarzać w zielonkawych zbożach, wyglądających nieśmiało ponad powierzchnię gleby… albo w polnych drogach, też lekko błotnistych i wszelakich leśnych zakamarkach. Tam, pomiędzy drzewami wiatr wie, że niczym piłkę z mokrego, czy też nazbyt suchego dookła od tej dziwnej gry… golfa, człowieka trudno będzie wysupłać spomiędzy bezlistnych drzew, ale nagle wiatr znalazł sobie oliścione wciąż drzewko i zabrał się za granie. Uderza i miota gałązkami, bawiąc się i tworząc nowe muzyczności. Kruche, wydawałoby się, listki, zbrązowiałe, a raczej całkiem zmiedziałe, wydają niesamowite odgłosy. Gdyby nie to, że wiatr potrafi dostać się nawet do owych intymnych, aczkolwiek zakrytych miejsc, możnaby posłuchać dłużej… ale chyba się nie da. Gdy tylko ci się wydaje, że wiatr trochę ucichł, po prostu wybiegasz spomiędzy drzew, owych gołych gałązek, pni całkiem zaspanych, pojedynczych opgryzków gałęzi…

I wiatr cię znowu łapie. I wieje. Wpycha cię oczywiście w ową piękną zaspę stworzoną z opadłych liści i… już wiesz, że się nie da, że po prostu musisz się mu poddać, więc zwyczajnie dajesz się mu sobą zabawić. Niczym całkiem darmowa panna na wydaniu. No wiecie, ta wersja „dajki”, która jakoś nikomu przez usta nie przechodzi. Owa… spragniona pieszczoty, wygnana, wywieziona na gnoju, na taczce… nimfomanka.

Wieje…

Czasem wydaje ci się, że kiedyś istniał czas, gdy nie wiało, gdy wiatr nie narzucał ci odmiennej wolności.

Wieje.

W końcu to Wyspa, jak ma nie wiać. Chociaż, może i w tych dziwnych, egzotycznych ostępach, całkiem nieznanych, wiecie, świeci poza Wyspą, też wieje? I też ludzie łykąją przeciwbólowe pastylki, bo łupanie pod czaszką żyć nie daje, a potm wpatrują się w choinki, postawione tutaj wcześniej, nie dopiero w Wigilię, bo po co tracić czas na życie bez choinek…

To już niech sobie wieje…

IMG_7282

A czasem jak wieje, to i pada.

Leje, zacina.

Owo zewnętrze, poza tymi ścianami pełnymi nissenów, bo przecież wilki w ścianach są aż nazbyt pospolite, poza oknami zdobionymi świeczkami i lampkami, krasnoludkami i wszelakim świątecznym tałatajstwem… jest ciemne, mroczne i wszelako mało pogodne, a jednak… chce się w nie wyjść. Chce się po prostu wyskoczyć w ten mokry wiatr i zmienić się w element tego tańca, śpiewu, czy czego tam jeszcze?

Bo przecież ta pogoda, to wciąż coś szalonego. To część tego miejsca, wszelaka zmienność aury i niebywała wolność. Mocna wolność, taka do końca, niczym sikanie w miejscach zakazanych i jedzenie mięsa w piątek. Piątkowe imprezy i postne libacje. Nagłe wykorzystanie mózgu i zaprzeczenie mitom. Niesamowite uświadomienie sobie, że w końcu wszystkie klocki są poukładane…

… w końcu.

Bycie sobą, do końca, pląsanie w kałużach, zabawy ze sobą samym bez wymyślnych, plastikowych laleczek i nie posiadanie za plecami owych okrutnych, obrzydliwych, odstraszających tłumów dookoła siebie, które starają się nam uzmysłowić, jak bardzo jesteśmy dziwni, nienormalni i jak szybko powinniśmy się zmienić, nie tłumacząc jednak dlaczego… wszystko to zawarte w słowie WYSPA. Kompletnie wszystko. Doskonałość własnego myślenia, nie nacechowanego wpojonymi zasadami, szalone, codzienne odkrywanie na nowo wszystkiego.

A wszystko wtedy, gdy u nas w sklepach kończą się święta.

A tak, zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi, ale tak właśnie jest. Niektóre wystawy już zrzuciły czerwone, zielone i bielone cuda. Co ja tam mówię, tak serio, w drugi dzień świąt tutaj choinki mówią PA PA i donośnie tupiąc odciętymi nóżencjami udają się na wysypisko śmieciów, albo w inne miejsce, w którym w zamian za choinkę można dostać słodką, iglastą sadzonkę… Wiecie, ordnung taki. Podobnie jak z wyborczymi plakatami, w pewnym momencie wszystko jest posprzątane, jakby serio się nigdy nie wydarzyło. I może rzeczywiście tak jest?

No wiecie… nic nie zaszło?

IMG_8666 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wigilia Smoczego Porodzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Sadzony Obowiązek…

„No cóż… w końcu Wigilia coraz bliżej, więc czemu się dziwić? Natura naturą, legendy i mity sobie ino pieją arie, a ty robisz to, co trzeba. Czasem zwyczajnie trzeba, może z marudzeniem, siąpaniem nosem, może i z kilkoma łzami, może… ale po prostu, czasem trzeba. I nie ma innego wyjścia. Bo przecież jak powiedzieć NIE tym wielkim, ogromnym, wilgotny oczom? No jak? Temu owłosionemu pyszczkowi, temu proszącemu jęczeniu, owej wszelkiej słodkości?

Nie da się, dlatego postanowili robić to na zmianę. Rozpisać dyżury. Znaczy, oczywiście, że na początku chcieli udupić ino Wiedźmę Wronę Pożartą, w końcu to była jej wina i ona to pierwsza macała, ale… jak się okazało, że jednak nie ona ma największy zadek w okolicy, to popuścili. Zrobili gniazdko z szmatek, papieru toaletowego i owiewani ciepłymi oparami ze smoczego… pyska, wysiadywali jajo. Robili przy tym tyle zamieszania, że jeśli ten malutki smoczuś pod skorupką chciał się przespać, to sorry, ale nic z tego. Dodatkowo, każdy coś smarowało na jajku. Ojeblik obwiązała go wstążeczkami, Wiedźmy z Pieca dodały ziół i run, Królewny Przeterminowane zrobiły jajku maleńką koronę, a Księżniczki pomalowały je na różowo… w kremowe kotki, a Smok z Komina, wciąż twierdząc, że zamawiał Kopię Faberżego, czekał, rumienił się i do końca nie był pewien tego, co czuje. No bo czy to znaczy, że zaraz będzie…

… TATUSIEM?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9948

Z cyklu przeczytane: „Posłaniec strachu” – … Grant? Oj, oczywiście, że znam to nazwisko. Seria GONE, czyż nie? Opowieść o dzieciach, nastolatkach, kopule i wszelakiej niepewności. Życiu bez tzw. dorosłych… To był przebój. Jeżeli nie znacie, polecam szczerze. Ale to… co to ma być? Okładka mroczna, ponownie dreszcz i już od pierwszych stron wciąga…

Tak naprawdę mamy przed sobą tom zawierający trzy powiązane ze sobą opowiadania i krzyk przeciwko przemocy. Przeciwko temu, co zawiera w sobie modne słowo „bullying”. To opowieść o wielu stronach człowieczeństwa i o tym, iż nie należy oceniać, nie znając tak naprawdę wszystkich faktów… a nawet wtedy… Oto historia specyficznych bohaterów, innego świata, posłańców strachu. Ludzi, a może i demonów, które starają się wymierzać sprawiedliwości, wskazywać na to, co dobre i złe poza ludzkim wymiarm sprawiedliwości. Okradziona artystka, przejechany pies, molestowana dziewczyna i jej oprawca. Może i z łatwością, trochę rozgryzamy te historie, ale…

Dobrze napisana, tajemnicza, miejscami drastyczna, przerażająca historia ludzkiego okruciństwa. Opowieść o winie tych, którzy tylko patrzą, nie robiąc niczego, o tych, którzy decydują się nie krzyczeć. Może i kontrowersyjna historia, ale… we współczesnym, nazbyt aż jawnym świecie chyba potrzebna.

IMG_3135 (2)

Wiedzieliście, że sikorki potrzebują pewnej prywatności, gdy spożywają co im się tam pod dziobek nawinie? Nie? Kurcze, może rzeczywiście ino na Wyspie, ale siedząc przy oknie i gapiąc się bezczelnie, niczym stalker jakiś, na piorące się wróble widzę, że taka sikorka, to woli jeść sama. Arystokratka jedna, kurcze. Nie z wróblimi niepomazańcami, oj nie. Ona woli sama i już. I najlepiej ze szczytu karmniczka, albo od dołu, jakby ptasie trawienie lepiej przebiegało do góy nogami? Coż, może i tak jej lepiej, ale wygląda to komicznie. Gdy tylko napadają na karmnik wróble – te zwykle oczywiście gromadnie, głośno i rozsypując więcej, niż zjedzą, ona ucieka. Chowa się w żywopłocie, zerka z gałązek i czeka… przyleci znowu za chwilę, gdy pospólstwa nie będzie. Gdy nawet te, które urzędują na dole, wyżerając bałagan, znikną w jakiś krzaczkach. Wtedy wraca… dostojna, połsykliwa, no żółci się, jakby jej za to płacili, ale żre łapczywie jak wróbel…

Wróbel… niby coś znajomego, zwyczajnego i pospolitego, a jednak kurcze kręci. Brązowy samiec z ciemniejszymi skrzydełkami i jaśniejsza samiczka. Tak samo zadziorn, ale jednak to ona częściej pojawia się na uczcie nasionkowej. Czyżby wyrwała się na pogaduchy z dziewczynami, a może jednak… no wiecie, mają patriarchat i to ona ma dokarmiać chłopa? A może po prostu mają podział obowiązków, a na dodatek, to serio wolą jadać osobno, bo on to je jak świnia? Kto je tam wie. Niby wszedobylskie i zamieszkują człowiekowi rynnę składając tam kilka wiązek jajecznych, a jednak jakoś tak chyba wciąz nie mamy do siebie zaufania. Ja je karmię, one czasem obsrywają mi dzielnicę i drą się, jak akurat mogę sobie pospać. Jedno co zauważam… nie lubią tak zwanego: zdrowgo jedzenia! No kurcze ni w te ni wewte, za to kochają frytki i wszystko to, co spadnie tem mniej „ekologicznie” żrącemu człowiekowi. Wcale się im nie dziwię. W końcu ta cała ekologia to taki sztuczny twór, że aż płakać się chce…

Ekologicznie jednakowoż mówiąc – karmcie ptaszki. One żyją z nami, obok nas, no i ogólnie mówiąc najczęściej dzielimy te same budynki, a jak się kończą ziarnka na polach, robaczki się mrozują i jagódek już ni ma na gałązkach, to wiadomo, ptaszki głodują. A przecież nie śmiecimy już tak, no dobra, część nas nie śmieci, śmietniki pozakrywane, do domu wlecieć nie mogą, ciast nie chłodzimy w oknie…

Dokarmiajcie ptaszki.

IMG_0053

Niebo ma serio ostatnio coś z kolorami.

Przestroiło się chyba? A może serio niebo nad Wyspą jest wielką bezą? Czasem zwykłą, kremową, czasem z dodatkiem pomarańczy, czasem jagód, albo brzoskwiń? A czasem posypane białym, sypkim cukrm? Chociaż nie… często to taka serowa muffinka. Serio, aż chciałby człowiek podskoczyć i ugryźć. Szczagólnie, gdy księżyc ma rozmiar zakrzywionego włosa, a Wenus świeci jak najęta. I chyba coś jeszcze… jakby serio cała ta gwieździstość i planetarność ponad nami miała ochotę na więcej podglądania. Mówię Wam, że oni też mają jakiegoś instagrama, czy innego snapa.

Zmieniające się barwy nieba sprawiają, że tak zwana rzeczywistość się zaciera. Nagle trawa nie jest już zielona, ale żółto-odblaskowa. Nagle wszystko zaczyna świecić własnym światłem, nie wiadomo skąd wziętym. I nagle każdy oblany jest wąską warstą konfitury jagodowej ze śmietanką. I te mazy. Skąd w nich tyle finezji? Skąd? Czy mają jakiś plan, może szkice nocami tworzą? A może codziennie idą na żywioł? No wiecie, nie zważając na nic?

Można się zagapić na niebo, gdy nagle wszystko ucicha, w końcu nie wieje, dziwne ciśnienia znad Islandii nie przynoszą więcej orkanów. Nagle rzeczywiście możnaby się ponudzić, gdyby nie to niebo, bo tutaj to nie woda jest największą inspiracją, ale właśnie ono… a może się mylę? Może z każdym jest inaczej? Kto to wie? Może tak naprawdę każdy ma swojego bzika i tyle… ale jednak każdy z nas zauważa niebo. Ci, którzy wstają wcześniej, a nie robią sobie jak ja, z nocy czytelnię, widzą wschody w tak płonących barwach, że rozmiękają od środka. Na szczęście owe kolory widzialne są ino przez chwilę, bo mielibyśmy plagę niepewnych swojej stałości osobników!!! Ha ha ha! Takie przepuknięte baloniki…

Kolory na niebie znowu się zmieniają. Z czasem zyskują na sile, intensywności, jakby mimo braku słońca, wszelakiej ciepłości, cały dzień był jednym wielkim zachodem słońca. Kurcze, ale w takim razie, co ze wschodem?

A może na Wyspie mamy ino zachody?

IMG_9974

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sadzony Obowiązek… została wyłączona

Pan Tealight i Zgrabne Jajca…

„Właściwie, to Smok z Komina był dla Białego Domostwa skarbem nad skarbami. Cudem właściwie. Nie potrzebowali dzięki niemu ogrzewania, ni klimy latem, nie martwili się o bezpieczeństwo okolicy, bo kto by zadzierał z zaskakująco gigantycznym łbem wyzierającym z maleńkiego, białego komina? Nie myśleli o koksie, węglu, wszelkich drewnorąbaniach, ni o kozach… mieli kominek i mały piecyk, ale w końcu nikt nie rozpalał ognia wiedźmami…

Ale ten dzień powitał wszystkich siąpiącą nosem Wiedźmą Wroną i dziwnym chłodem. Coś było nie tak i tylko dziwnie zatkana zatokowo Wiedźma była w stanie coś z tym zrobić. Chyba? A może po prostu jakoś tak tylko ona była na tyle szalona, by wsadzić łeb w niewielką dziurę kominowego wywietrznika? Bynajmniej gdy tylko to zrobiła buchnął z niego dziwny, siarczany zapaszek, a potem część Wiedźmy, ta, która pozostała poza kominem dziwnie zadrgała. Usłyszeli jęczenie, jakieś takie wzdychające, nietypowo wzruszające dla niej dźwięki, nagle Chochel w gaciach Chowańca, tych szarych, słodkich, wiecie, tych zdobionych w Ciasteczkowego Potwora podskoczył i zaczął coś notować w notatniku, który trzymał… ee, no tam.

A potem…

… świat się zaskoczył. A Pani Wyspy z wrażenia dostała aż czkawki.

Bo Wiedźma Wrona Pożarta wyciągneła z komina nie tylko własną głowę, nie tylko dziwnie nastroszoną czuprynkę i wszelakie zamazani twarzy, ale i wielkie, srebrzysto-białe, ćapane niebieskimi plamkami… jajko. I nagle wszystko, co tworzyło podwaliny tego świata, czyli męska płeć Smoka z Komina, zawirowały, zawahały się, zatupały i rażone myślami nieczystymi upadły na glebę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8706 (3)

Z cyklu przeczytane: „Potworaki usypiaki” – … i dzieci. Dorośli, czyli byłem dzieckiem i mało pamiętam i dzieci… w których pamięć to sprawa trochę odmienna. Książki potrafią sprawić, że się lepiej dogadujemy, czyż nie?

Oto jedna z nowszych pozycji autorstwa mamy i córki. Opowieść o kilkuletniej Jadzi i jej przyjacielu ze specyficznej krainy. Z tej samej, gdzie pewno giną skarpetki i wiecie, my dorośli wcale tam nie zaglądamy, aczkolwiek… kto z Was wciąż odczuwa strach przed wysunięciem stopy spod kołdry… gdy one się tam czają?

Potwory?

Cóż, Jadzia jest od nas mądrzejsza i z potworami się zaprzyjaźnia, a dokładniej obłaskawia codzienność… Dzięki swojemu przyjacielowi nie tylko pokonuje strach, udowadnia, że jst mądrą i miłą dziewczynką, ale przede wszystkim uczy się jak żyć. Jak być coraz większą i bardziej… intrygującą. Bo w końcu jak ktoś ma tyle piegów na nosku, to musi taki być! No i takich przyjaciół.

Ślicznie wydana, niesamowite ilustracje, którymi chciałoby się ozdobić dziecięcy i trochę starszy pokój. Naprawdę warta przeczytania i znalezienia się pod choinką. Nie tylko dla maluchów, ale może i dla Babci czy Dziadka, by mogli znowu zrozumieć jak to jest być bardzo małym człowiekiem?

IMG_3159

A dziś nie będzie o Wyspie!

Ha ha ha! No dobra, będzie ale nie do końca, bo postanowiłam zobaczyć jak to jest, gdy Tubylcy ruszają poza nią. I muszę się Wam przyznać… że bujało, ale aviomarin dał radę. I chociaż w pewnym momencie mózg zdawał się zmieniać w płynną masę, która utrzymywała z trudem na swojej powierzchni kompletne bezmózgowie moich myśli… nie było tak źle. Torebka rzygetka się nie przydała. Aczkolwiek były dostępne w kibelku. Zresztą, po informacji, że bujać będzie i przy poruszaniu się należy pilnować gdzie są poręcze, człowiek raczej ruszył po nią. No tak na wszelki słuczaj!

Siedząc w wygodnym fotelu, mimo pędu katamaranu, jakoś tak mija podróż spokojnie. Może i na zewnątrz dują szkwały, huragany, czy inne Helgi, ale w środku kawiarnia, sklepik i wszelkie cuda wianki. Nawet część dla alergików! Nie wiem jak to miało działać, ale nie kichałam. Może to ten brak wykładziny, może jakiś wysysawk-nawiewki, ale nie było kichliwie. I zatoki jakoś trzymały się własnej strony czaszki. A dookoła… ludzie. Może i niewielu, kto tam jest na tyle zboczony by świtem ciemnym wybywać na kontynent? Niewielu. Ino Ci, co muszą, albo ich porąbało dostatecznie i chcą zobaczyć kamyczki. No… bo ja chciałam zobaczyć kamyczki i sztachnąć się IKEAą!!!

No i światełka…

Widzicie,Wy umęczeni konsumpcjonizmem, reklamami i wszelkim nachalnym świętowaniem nie zrozumiecie ludzkiej potrzeby zobaczenia choineczek z lampkami. Tych wiszących dyndaków, światełek i cudów. No czegoś, czego u nas się nie spotyka. No dobra, rozumiem, że wieje, ale czy serio nie można tak jakoś inaczej obwiesić choinek na Wyspie? No wiecie, trochę więcej niż lampka na metr kwadratowy drzewka? No tęskni mi się za tymi marketami, światełkami, zapachami… za tym czymś więcej, może i jakąś ułudną radością, ale mi się tęskni, to wstrzymuję na Leonorze Christinie wodną zawartość żołądka aż do Ystad.

A w Ystad... nic. Ranek, wsio pozamykane. No tak jak u nas, sezon się skończył, ludzi niewiele, więc może Simrishamn? A nie, nic z tego. Tyż po sezonie, ale miasteczko śliczne, ustrojone i w choinki i drapaki i światełka… może i kiepsko widać w dzień, ale są!!! Cel osiągnięty? Oj nie, bo przecież ja chciałam kamieni… Ales Stenar. Tych nie mogli wyłączyć, a może mogli… nie, stoją tam, są. Chociaż w huraganową pogodą oglądanie ich nie było może najlepszym pomysłem. Może i było dość dziwnym pomysłem, ale nikt nas nie widział. Nawet ptaki dały nogę, czy też skrzydło raczej… Siekący deszcz, grad, wiatr mroźnisty, klif, a na nim kamienna łódź. Może i bez desek, ale jest. Może to i kalendarz, kogo to obchodzi. Może i grób – nie stwierdzono… Coś tam jest, ale wybaczcie, przy takim wietrze po prostu odfrunęłam. Nic nie trzymało mnie ziemi i trawy wciąż zielonkawej. Nic kompletnie. Na ziemię opadłam tylko po to, by skulać się z powrotem i ze smutkiem spojrzeć na pozamykane sklepiki.

Wrócę tutaj. Może jak nie będzie wiało. Znaczy jak nie będzie wiało aż tak… te białe plaże też bardzo korcą.

IMG_5103

Sztorm sztormem, światełka czekają. Z mijającym czasem pogoda trochę się przetarła, a może chodziło wyłącznie o to, że człowiek odjeżdżał od wybrzeża? Bo przecież kierował się ku światełkom, konsumpcyjnej rozpuście i możliwej pizzy…

Czyli witamy w Malmö, co wygląda jak Wrocław. No serio. Toćka w toćkę!!! No bo i woda, może nie taka sama, ale jednak i architektura i te bloki i te… ekhm, centra handlowe. Przyznaję, że jak człowiek dociera do tego całego konsumpcjonizmu, to jedyne o czym myśli… to uciec od tego. Nasyca się światełkami szybko, przeraża go strasznie ogrom ludzi i… żebracy. No sorry, ale coś z tym światem nie jest tak. Z jednej strony te wystawy kapiące GMOwskim pozłotkiem, a z drugiej, pod nimi… wyciągnięta ręka. Oj tak, nie jestem nowicjuszem, zaznajomiłam się z kulturą żebraczą za czasów wojny na Bałkanach, ale… nie wiem.

Jakoś tak smutno.

Miasto całkiem ładne, ale znalezienie magnesu z nim, eee raczej wymaga większego obycia i nie wrzeszczenia na cały głos ŁOSIE… gdy się w końcu jakiś zobaczy. Bo widzicie, Wiedźma z Wyspy zapomniała o łosiach. Ma je w sobie gdzieś, a może raczej ma w sobie specjalne dla nich miejsce i kocha je nadmiernie, ale… zapomniała, że są i tutaj!!! Jak to możliwe? Nie wiem, ale mimo wszystko udało mi się upolować ich kilka. I te koniki… o co chodzi w Skandynawii z tymi konikami i czy się różnią? Czy Dania ma swoje i Szwecja i Norwegia? A może jednak… nie, trzeba ten temat zbadać, a na razie… uciekam stąd. Z miasta. Z tłoku i hałasu.

Bo jestem dzikusem z Wyspy, który wciąż nie zobaczył światełek, ale załatwił i pizzę i IKEAę. Ha ha ha!!!

Wracam do Ystad.

Ciemno, mijam masę świateł. Ludzi, którzy jeżdżą jak wariaci. Co jest z nimi? No kurcze? Wracam… mijam i ciemności i dziwne, dalekie rozbłyski i dwie sarny… Wracam do domu, ale najpierw… SĄ!!! Ystad jest pełne świateł. Białych, bielszych, lekko niebieskawych, w barwach moczu, kremu, ecru… Zwisają girlandami i oplatają balkony. Są i choinki i gwiazdki, ale najcudowniejsze są one – okna. W każdym pali się szwedzki świecznik, albo wisi jakaś lampka. Jakby w końcu każdy dom był świętością i grzał się oznaczeniem własnego tabernakulum. Jeżeli jakieś okienko się nie świeci, to sorry, ale musieli im prąd odciąć, albo wyjechali, albo nie wiem… bo tutaj chyba zbrodnią jest nie mieć niczego w oknie. Nie błyszczeć… A rynek miasta. Jak tu pięknie. Kamieniczki, kościół, wielka choinka obwieszona cudami i otaczające ją mniejsze, światło elektryczne i zwykły ogień, diody, czy inne dziwactwa mieniące się na codziennych drzewach. Odchodzące od rynku uliczki pełne blasku. U góry girlandy świetlne, dołem wielkie prezenty przewiązane czerwoną wstążką i zrobione z… igliwia. Na każdej, staromodnej lampie wieniec z karminową kokardką, a przy trzonkach lamp choinki. Wszędzię… do tego owe, bardziej przypominające cienie kamieniczki. Drewno i cegła…

Bajka…

Może i zimno, wieje… wszystko się już zamyka, prom na Wyspę odpływa za kilka godzin, ale tak tutaj pięknie. I kij tam, że kartek czy magnesów nie ma. Moje zboczenie daje upust w sklepie z maciupeńkimi krasnalami. I dobrze mi!!! Ale… tęsknię. Tęsknię przez cały czas, tęsknię i myślę o Niej. Jakby mi ktoś odbierał powietrze, jakbym nagle nie była całością, rozsypane szkiełka, rozczłonkowany Terminator, ten wiecie, co się łączył sam… tylko, że ja nie mam takiej mocy. A co, jeżeli nie będę mogła wrócić na Wyspę? Co jeżeli wielkie fale nie pozwolą nam wpłynąć? A tak, to jest możliwe, widzisz Wyspę, czujesz ją, a jednak nie dają Ci wpłynąć, odsyłają cię z powrotem…

I boję się. Czy mi się uda? Czy wrócę…

Proszę.

IMG_2551 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zgrabne Jajca… została wyłączona