Pan Tealight i Syrenieczątko…

„No połkła no…

Nie żeby specjalnie, dyć się zdarzyło, mogło każdemu, przecież to był przypadek, nielogiczny, całkiem nieobliczalny, ale akurat padło na nią. Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki. I trudno nie dodać… znowu padło. Może rzeczywiście ma coś w sobie, co przyciąga wszelakie cuda i wianki? Może zachętę jakąś wytwarza, a może jednak… no wiecie, taka już jest.

Mniejsza…

… zaraz po kąpieli wzięli ją na spytki i prześwietlania. Merlinowie z Podziemi i Nieświęci Mikołajowie zaczęli coś warzyć i mieszac, opłukiwać ją, postukiwać, prześwietlać, puszczać w nią bańki i świetlne zajączki, postawili ją przy jednorożcu, skąpali w święconej wodzie, która poza wypryskami na odkrytych częściach ciała i ogólnym wiedźmim wymiocie, nie zrobiły nic… Zaczęli ją nakuwać, upuszczać wszelkich ciecz, nawet chcieli ją ogolić, ale wtedy już jej nerwy puściły, zwymyślała im od Mengelów Czarodziejskich Światów i po jadowej, ocznej wypluwce, oraz kilku ciosach rozdanych czym się dało, wypełzła z Podziemi Sklepiku. Nie mogła jednak zakazać im obserwacji i dziwnych kradziejstw… To zniknęły jej włosy, to znowu dziwnie zaczęła bulgotać woda w Łiszingłelu… na odwrót, a potem, no właśnie, ktoś zaczął grzebać w śmieciach, a przecież nie było tam niczego, chyba?

W końcu dorwała ich wszystkich i zażądała wyjaśnień. Na początku kłamali. Oj w żywe i martwe oczy. Strasznie i przebrzydliwie. Wulgarnie i filuternie. Ale nie z nią te numery! Oj nie… gdy zaczęli pękać, na początku nie wierzyła. A może chciała się tylko oszukiwać przez dłuższą chwilę? No bo jak uwierzyć w to, że ma się w środku Syrenieczątko? No jak? Bulgoczące w sokach trawiennych. Nieumyślnie połknięte podczas wodnych rozkosznych zabaw? No jak? Zgodziła się na wszystko i w końcu jakoś tak je wydłubali z niej. Spokojnie – nie z TAMTEJ strony. Spokojnie…

Było trochę odurzone, może i lekko nadgryzione zębem kwasu, ale przede wszystkim wściekłe! Bo całkiem się mu w Wiedźmie Wronie podobało i nie chciało wracać do morza. W ogóle!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2080

Z cyklu przeczytane: „Czerwony rycerz” – … tak. To chyba mój bubel roku. Serio. Zdaję sobie sprawę z tego, że dopiero sierpień, ale ta powieść, jest straszna.

Najarałam się na nią jak dzik na wszelako miękkawą, trufle skrywającą powierzchnię. Wskoczyłam w jej objęcia zmamiona opisem i co… i nie, to nie jest to, czego obiecywała okładka. Oj nie.

Powieść jest ogromna, ciężka i trudna. Świat niby średniowieczny, rycersko-królewski, mamy ludzi i Dzicz, więc zdaje się, że nic nowatorskiego. Masa dialogów, lekko dziwnie przycięte opisy, ale co najtrudniejsze dla mnie… masa osób, każdy chce być pierwszym planem, autor przerzuca nas od jednego do drugiego, miesza. Chce być dziwnie wulgarny, aż nadto, co serio nie ma wpływu na fabułę… Jest on – Rycerz, twardy koleś z dziwną przeszłością, jest Królowa, Rycerz, Leśnik, potwory, zakonnice. Śmierć i drobina magii. Dziwnej, nieokreślonej do końca.

Powieść nie jest humorystyczna, jest ciężka, toporna. Niczym średniowieczna rekonstrukcja sprawek jakiejś krainy, ale przez te ciągłe przerzucania nas pomiędzy bohaterami, brak uwalniającej głównobohaterskości i króciutkie wstawki/rozdzialiki… nie, nie dla mnie.

IMG_6667 (2)

W końcu… serio, po koszmarnym miesiącu przepychanek z Gandalf.com… Tak, w końcu ponownie wysłali mi książki. Ponownie… ale oczywiście kurcze nie wsadzili wszystkiego. I ponownie to moja wina. Obsługa klienta na tak niskim poziomie, że do diabłów od spodu nawet nie stukają. Serio… Nie polecam. Nie zderzcie się nagle ze ścianą, gdy ktoś po drugiej stronie jest mega zadziwiony, że brak wszystkich książek, że pewno nie zauważyłeś. No jakoś Kornewa nie widzę…

IMG_4264

Pada.

Takie to niesamowite, że po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy mogłam założyć na tyłek portki. No wiecie, serio, gdy pracuje się na kompie można po prostu siedzieć w gaciach! Zwyczajnie. Nawet chyba gadając przez Skype’a. A już w szczególności przy tych upałach… ale w końcu trochę chłodniej. Pada cudnie, mocno i wyraziście. Pada taka jakoś, że aż chce się wyjść na dwór, a kurcze nie można. Wciąż jeszcze rąbią mnie zatoki po ostatnich pląsach z H2O.

Pada.

Człowiek mógłby po prostu zwyczajnie położyć się w drzwiach na tarasik i gapić się i cykać fotki i w ogóle… takie wiecie, nagłe odkrywanie normalności. Słońce-deszcz. Deszcz i słońce. Wszelakie mokrości, suchości, żniwa. Mam nadzieję, że zebrali to, czego słońce nie wypaliło. Strasznie to dziwnie wygląda z takimi przedwcześnie wygolonymi międzymiedzami. Tak nago, dziwnie… chorobliwie?

Pada.

Ciekawe jest to, że człowiek, a może tylko ja, z wiekiem jakoś tak kompletnie szaleje na punkcie deszczów, gradów i wszelkich opadów. No wiecie, jakoś tak? Może to już starcza demencja, a może jednak… coś więcej?

IMG_2086

Morze się lekko przeczyściło, niebo oczywiście bawi się z kropelkami wody, a tęcze wytryskują, niczym dziwacznie pokrętny obraz naigrywania się z mojej nieumiejętności odnalezienia onego mitycznego garnca pełnego złota. Zresztą, nawet jeśli bym go znalazła… po pierwsze: jak bym go przetransportowała? Po drugie: jak bym je wymieniła? No i w ogóle, co sie w dzisiejszych czasach robi ze złotem? Kiedyś robiło się zęby, kiedyś… obrączki i wszelakie inne cuda, a dziś? Czy ludzie wciąż jeszcze uznają złoto za skarb? A może tylko bitcoiny i inne cuda wianki?

Zdrowie?

Oczywiście, że lato kręci się dalej. Co ma robić. Rozpędziło się i tyle. Dzięki chłodniejszej aurze pływanie, to serio szaleństwo. Aż się nie chce wyłazić. Można by tam po prostu zostać. Wpatrywać się dalej w tą dziwną linię pomiędzy niebem a wodą. Niebem lekko ultramarynowym, z paskiem jasności chmurkowej. Wodą dziwnie szklistą tym razem, lekko zielonkawą, niebieskawą… gdy tylko lekko muśnięcie ową gęstość dłonią, światło się załamuje i tworzy srebrzyste plamy.

Dziwnie jest.

Jakby czegoś brakowało. Ludzie coraz bardziej agresywni, stłuczki, wypadki. A przecież to tylko mała wyspa… moja Wyspa! Strach pomyśleć, co będzie dalej? Co stanie się za rok? No co? Z drugiej strony, po co się martwić. Czy coś można zmienić poza samym sobą? A może jednak… nic. Dobra, serio jest depresyjnie. I znowu wyszło słońce, po deszczu ni śladu. Może zwyczajnie lepiej kupić sobie doniczkę z kwiatkiem i jakoś tak… zostać w domu. po prostu…

Schować się znowu?

IMG_2087

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Syrenieczątko… została wyłączona

Pan Tealight i O tym, który wstawał, gdy inni spali…

„Był wrzący, letni dzień. Niebo wybrało totalną niebieskość, miejscami przechodzącą w klarowną biel. Taki dzień, w którym okładasz się lodem i najpierw starasz się przemyśleć usunięcie tkanek miękkich i pozostanie w wersji szkieletowej, a potem…

… odwodniony czekasz na śmierć.

Jemu temperatura nie przeszkadzała. Przylazł chudy, niski i zawzięty. Przebrzydliwie zamęczony, ale jednak wciąż intrygująco ruchawy… wiecie, ten, co to zawsze wstaje pierwszy, zawsze robi wszystko na czas, zawsze jest najlepiej do wszystkiego przygotowany… Przyszedł, by go zmienili. By nauczyli go odpoczynku, lenistwa i wszelakiego olewactwa.

Wiedzieli, że będzie trudno.

Najpierw było leżenie. Całkiem bez niczego, całkiem bez żadnej myśli, z możliwym zaledwie wgapieniem sie w sufit, niebo, myśleniem wyłącznie o tym, czego się nie zrobi, bo po co. Związali go oczywiście, ale przegryzł pęta i pozmywał, umył okna i wyczyścił wszelkie, nawet oporne tapicerki nim go złapali.

Kolejne było oglądanie telewizji. Specjalnie wynajęli odbiornik, bo jakoś ostatnio w Sklepiku żadnego nie było. Na początku nawet łapał. Coś szło dobrze, prosto i tak dalej. Łapał co się dzieje, nawet się wzruszył, lekko tylko machnął rękawem i przetarł szkiełko, potem kurze, parapety. Usiedli na nim, poddusili, no to zaczął gadać i tworzyc jakieś wymyślne scenariusze…

Ostatnie… jakoś serio, nie byli stworzeni do pomagania innym, było spojrzenie w oczy zawsze zajętej Wiedźmy Wrony Pożartej. Gdy zemdlał, obandażowali go, zbili trumienkę i zrobili z niego mumię. Żeby mieć czas… żeby przemyśleć sprawę, bo przecież trzeba innym pomagać, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4275

Z cyklu przeczytane: „Cienie tożsamości” – … ech. No dobra, nie wiem co się stało, ale już chyba nie lubię Sandersona. Jakoś tak się skończyło? A może jednak ta książka jakaś nie taka, nie do końca, nie… powalająca?

Niby są bohaterowie dziarscy i dzielni, niby połączenie Chucka Norrisa, Dzikiego Zachodu i magii powinno mnie powalić na kolana, niby przecież… znam ten świat. Wszystkie poprzednie tomy przeczytane i ukochane. Siedzą na półkach… wymarzyłam sobie co stało się potem, ale nie tak. Jakoś inaczej trochę. Jakoś tak… Nie, nie chodzi mi o to co się dzieje, nie o fabułę, ale o słowa. O dziwną suchość narracji, a niby śmieszność, a jednak, niespójność komizmu, niby dziarskość… a jednak, kurcze…

To nie to. Nie mogłam przejść przez tę powieść. Z jednej strony czuję wstyd, jakby to była moja wina, a z drugiej, kurcze no!!!

Spróbuję raz jeszcze… kiedyś może?

IMG_0712 (4)

Trochę popadało, oczywiście wybrało czas wielkiego splaszoplusku w Gudhjem. No niestety, z pogodą wiadomo. Z drugiej strony przecież i tak byli mokrzy, co nie? Skacząc sobie z murków w portową wodę, kulając się w onych kulach plastikowych, no wiecie… bawiąc się. Może i deszcz im nie przeszkadzał? Nie wiem… jaj sobie go obglądałam ile się dało, ale spod dachu. Niestety dzień wcześniej kilkulatek spadł ze skał, więc było i zamieszanie. Maluchowi nic się nie stało, chociaż walnął na glebę… ale za to zamieszanie było przerażające. Jakby co najmniej kolejnego Titanica utopili. Z jednej strony dziwne, że to pierwszy taki wypadek, ludzie jakoś nie pilnują swoich małych… jakby wcale ich nie obchodziły, jakby były czymś, co łatwo można zastąpić…

Zresztą, wszyscy jacyś tacy egoistyczni i olewający wszelkie prawa, jakby uwierzyli w to, co plecie ona ciemna strona internetu. Wiecie, o wszelakiej wolności, piractwu, precz z policją, prawami i takie tam… Skurwysyn, który wyjechał nam dziś pod koła, a potem chamsko wcisnął hamulec, był jednym z nich. Nie… nie mam zamiaru kłamać, od dziś nazywam rzeczy po imieniu. Po tym imieniu najbardziej odpowiednim, może i drastycznym, ale chyba mam dość. To lato udowadnia, że ludzie zdurnieli do końca. Na amen!!!

„Skończyło się rumakowanie.”

Kiedyś ludzie byli jacyś milsi, a może tylko było ich mniej? Może to o to chodzi? Nie wiem, ale z dziką radością spoglądam jak muszą pakować swoje graty i czekać na autobusy. Przykro mi, ale to lato udowodniło zbyt wiele… jeśli chodzi o Turyściznę. Aż nazbyt wiele. I żeby nie było… nie, wcale nie mówię o Polakach. Oj wiem, jak Polacy lubią twierdzić, iż tylko rodacy to najgorsi ludzie na świecie. Obudźcie się! Większość z nich przynajmniej umie się zachować. Może często sa bardziej zawstydzeni, może i lekko nadgorliwi w słowach, ale… nie pokonają potomków tak zwanych Wikingów. Ludzi ze wszelakiej Północy. Wszelakiej.

Zresztą i tak Polaków jak na lekarstwo.

IMG_9276

Wiadomo, coby uciec od Turyścizny, trzeba na plażę… na naszą pływowo najlepszą. Wiecie, szeroki i długi pas białawego piasku, kilka głazów, cisza, spokój. Gdzieś tam dalej można dojechać autem, więc siedzi garstka obznajomionych z geografią Wyspy, ale tutaj… kurcze ino my i zbierająca się grupka maluczkich. A woda… oj, woda piękna, czyściutka taka, smaczna… Na szczęście trochę popadało i powiało, więc wszelkie wodorosty poszły sobie papa i można pływać. Cudownie…

Pływa sobie człowiek i pływa, a słonko skrywa się za chmurkami i nadaje wodzie oną nietuzinkową, grafitowo-niebieskawą barwę. Maciupkie fale odbijają chmurki pod takim kątem, że od razu zakochujesz się we wszelakiej sztuce. Wiecie, tej naturalnej. Załamania, tańce, przysiąc mogę, że widziałam wodne wróżki i maciupkie syreny. I choć wstyd się przyznać, z wrażenia, no nurkując, najprawdopodobniej którąś połknęłam. Cóż… jakoś to chyba odpokutuję. Może nie są trujące?

Wypełznąwszy na plażę, niczym ów pierwszy osobnik, co ssakiem się stał coś mi zmigotało po lewej. Coś dziwnie jasnego, fosforyzującego nawet… całkowicie goły facet, tak CAŁKOWICIE, przespacerował się sporą częścią plaży. Wiecie tak z pół kilometra zrobił. Niczym na defiladzie: pierś wypięta i ten tam chyba też, nie wiem, skromna jestem, oczy zakryłam niczym płoniąca się dziewica, panienka z onego okienka Deotymy… Myślałam, że zwyczajnie gdzieś szedł, ale nie… Przedefiladował przed nami, przed oną grupeczką ludzików, a potem, gdzieś za skałami zawrócił i od nowa Polsko Ludowa!

Hmmmm… dobra, podobno część tej plaży jest miejscem dostępnym dla naturystów, znaczy nie tylko, po prostu można, ale… czemu miały służyć one defilady? Może czegoś nie doczytałam? Może miałam klaskać? Wstać, na baczność, trawę w dłoń i zaśpiewać pieśń jakąś podniosłą? Ale chyba nie Bogurodzicę, co?

Serio… to lato jest dziwniejsze niż one przed nim.

Może to te upały?

IMG_6695 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i O tym, który wstawał, gdy inni spali… została wyłączona

Pan Tealight i Poradacz Żywieniowy…

„Szpaki i wróble…

Wróble i szpaki. No jakby ktoś je klonował i zrzucał na Wyspę. A może wzmocnił płodność, narzucił krótszy okres ciążowego gotowania i wiecie… no więcej ich. Naprawdę więcej. Mnogość koszmarna… więc na początku go nie zauważyli. Podobno niektórzy mawiają, że to tak jak mieć ogrodnika na stałe, no nie zauważasz go, ale wiesz, że gdzieś tam powinien być. A może… Może nie chcieli widzieć? Ale jak mogli zobrazować oną chęć, jeśli się go nawet nie spodziewali?

Może…

Pojawił się między żarłocznymi ptaszynami chudy taki. Wiecie, od razu widać w nim to oskarżenie, od razu rzuca wyrok, ładuje w was ta pliki, wytyka każdą fałdkę, syfka, każdą nierówność, każde… niechudzenie. No jest tak idealnie chudy, niczym kości i ścięgna obciągnięte idealnie jasną skórką, bez żadnej kurna plamki, no jebanie idealną… patrzy się i od razu padasz na kolana, gorąco żałujesz tej zjedzonej wieki temu drożdżówki i tego serniczka, i pieczonego kurczaczka z ziemniaczkami i w masełku z ziołami, czosnkiem i… zeżartego samotnie, ze smakiem i do dziś budzącego burczące w brzuszku, rytmiczne wspomnienia! Przepraszacie za lody, wszelkie napitki, a przede wszystkim za odpoczynek i lenistwo. Nawet jeżeli od zawsze jesteście aktywni i tak czujecie się… winni. I tak przepraszacie.

Chudy był, skórą obciągnięty, oczywiście w idealnym garniturku, blisko ciała, krawat, chusteczka w butonierce, bez kwiatka, bez cudactw, grafit ciemny, skarpetki pewno dobrane kolorystycznie, ale ich nie widać, za to na lakierkach ni plamki. Ni jednej, nawet maźnięcia od czyszczenia! Spojawił się od strony drogi, tej co w pola uciekała… wiecie, niechudej takiej… Stanął, spojrzał na nich wszystkich i powiedział tym swoim poprawnym głosem, że przybył im pomóc.

Podobno ktoś go zjadł. Ale niesmaczny był…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9475

Z cyklu przeczytane: „Wielka księga opowieści o czarodziejach” – … antologie? No tak, z nimi jest tak, że czasem pożera się książkę w całości i nie można złapać tchu, a czasem… jest jak teraz. Że coś gra, coś serio plumka, ale jednak…

… nic.

No sorry, nic. Jakoś się nie zgrałam z tymi miniaturami. Jakoś były takie przewidywalne, jakoś… Okay, z opowiadaniami to ogólnie tak jest, że lubić jednak krótką formę trzeba. Lubię, nie zawsze, ale lubię. Miałam na nie ochotę, a jednak. No nie. Niby różnorodne, niby nietuzinkowe, a jednak to już było, a z drugiej strony onej czarodzicielskości na lekarstwo. Może to nadmiar moralizatorstwa? Może zbyt wiele kur w jednym koszyku jaj pełnym, a może to tylko ja…

Przyznam, że zależało mi na tej antologii od lat, ale teraz nie będę już szukac drugiego tomu. Jednak, chyba nie…

IMG_6122

Wróble i szpaki…

Szpaki i wróble. Łażą takie z rozdziawionymi dziobami i próbują wiecie, pokemony w trawie łapać. Bo przecież raczej kurna nie jedzenie, jak jedzenie otwrtym dziobem, co? Chyba się nie da? Że niby rozpieszczeni tacy? Ino czekają, aż starzy podejdą, podskoczą, no i nakarmią… bo oczywiście to ptasi smarkacze. Wkurzająco głośni, bardzo płochliwi i zawsze w grupie. Czyli żadnego tam odróżnienia od ludzianych młodych. Natarczywi też i oczywiście wielce wszystkowiedzący… I tak jak serio lubię ptaki, tak te skurczysynki mnie wkurzają!!! Są koszmarnie głośne i  zdają się atakować całą moją dookolną przestrzeń. Nosz kurde no…

Oj, oczywiście, że to się skończy… połażą jeszcze, pogrzebią, podrą się, a potem wydorośleja i staną się cichszymi, nudnawymi miejscami ptakami. No, chyba że mówimy o tych ładnie wybarwionych. Ech, dorwałam kiedyś takiego z dobrym światłem i ustrzeliłam gościa przy pomarańczowej skrzynce. Ależ kurcze spokojnie siedział, ale był uśmiechnięty jakoś takoś… ech! Może uda się i w tym roku?

Ogólnie mówiąc, kończy się ten najgorszy okres w nalocie Turyścizny na Wyspę. Teraz oczekujemy tych trochę starszych i zwykle – odpukać – cichszych. No i głównie z Niemiec, co nie. Dania w końcu wcześniej ciągnie swoje dzieci do szkoły… co dość fajno się składa, jak tak człek pomyśli. Może też będzie w końcu mniej menbanów? No wiecie, te nowe fryzury u facetów… lekko przetłuszczone kłaczki, dziwnie natapirowane i zwieńczone tak w połowie tyłu łba czymś na kształt koko-kupy. Do tego oczywiście broda. Ech… nie no, za moich czasów modne były czarne ciuchy i długie włosy, ale raczej faceci pletli z nich coś, gdy było gorąco, albo machali łopatami, a nie dorzucali do tego wianki i tiary… Cóż, każda epoka ma swoje płetwy i plaskacze. Wiecie, te fryzury na McGyvera?!

Kto pamięta? A kto się wstydzi wciąż?

IMG_8437

Fajnie lekko chłodniej się zrobiło, a na czereśni dogorywają ostatnie owocki. Za nic się nie dobiję do nich, szpaki mnie zeżrą i wysrają moje cząsteczki, które pragnąc znowu dopiąć całości, połączą się, reaktywują, a potem zeżrą szpaki i będą miały…

… wyrzuty sumienia. No co? To ja!!! Zawsze je mam. Gdy mnie robili musowo skurkowańce na wyprzedaży były. I jako dodatek do organów wewnętrznych. Inaczej nie można tego wytłumaczyć.

A teraz ciekawostka z gatunku… właściwie, to nie wiem jakiego: niepotrzebnych, zbędnych, całkiem nieważnych, tudzież mało wpływających na świat nas otaczający? Nie wiem. Ale duńska poczta połączyła się z Nordpostem i… zmienia kolor. A tak, taki tam rasizm, a może nie rasizm, kto tam wie. Dotąd żółciutkie – tudzież bardziej żółciutkopomarańczowe autka zmienią się na niebieskie. Kocham niebieski, ale przyzwyczajenie się, a raczej odzwyczajenie będzie bolało. Za to bez obawy – jak krzyczą zabawne reklamy – skrzynki pocztowe zostaną czerwone. A i ceny poszybują dalej w górę, oczywiście. Mało, że duńska poczta jest ona najdroższą, teraz to kurna już w ogóle będzie pogodą dla bogaczy. Podobno mają wprowadzić usługę za pół ceny! Serio 50% zwyczajowej ceny, jeżeli… sam odbierzesz paczkę u nadawcy.

I nie do końca wiem, czy to żart… Hmmm, pewno nie.

Na pewno pewna tradycja, znak, jakiś tam kolejny symbol idzie w odstawkę. Gdy mówię ludziom, że u nas poczty nie ma, to nikt mi nie wierzy. He he he! Dziwni są ludzie. No nie ma pocztów. Znaczy wróć, w całym kraju zostało kilka i zaraz poszukam ile, ale na Wyspie poczty jako takiej brak. Są 2 lub 3 oddziały, w których możecie coś nadać, ale jak mieszkacie w Gudhjem i nie macie auta… to serio lepiej stanąć na Bokulu i próbować wysłać paczkę balonem, czy czymś tam… może przywrócić sterowce? Co? A może oną rakietę, która nie działa, przerobić na taki raketpost?

A może jednak założyć własną pocztę? Przecież kto inny wysyła wciąż listy poza mną?

IMG_3676

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poradacz Żywieniowy… została wyłączona

Pan Tealight i Ważne Ważności Wszechświata Dookolnego…

„Niby był to zwyczajny dzień.

Niby niczego się nie spodziewali, ni przeczuwali… ale jednak, gdy Pan Tealight ich wezwał, coś się zaczęło, coś zabulgotało, wzniosło się, opadło, a potem cicho wypuściło powietrze wszelkimi otworami. Na stolikach rozłożonych wzdłuż rzeczki stały napoje i jakieś przekąski, koce były przygotowane, krzesła i wszelakie elementy zdolne unieść tyłeczki, boczki oraz plecki. Nawet świecie były. Zarazem te piękne, jak i owe mordrcze, mające na celu niedopuszczenie robactwa nazbyt blisko niepotrzebnych ciał i wszelako innych zwłok…

Był wieczór, ale wciąż jeszcze nie czas całkowitej ciemności, więc… widzieli siebie. Na wzajem i jego… Pan Tealight najpierw przyniósł swój ukochany fotel, potem cofnął się jeszcze po poduszkę i Wilkołaczka, oraz kubek z herbatką malinowa. Ktoś podskoczył po skarpety dla niego, bo jakoś tak dreszcze miał, może ze wzruszenia, może z przejęcia jakowego, może to, co miał powiedzieć… jakoś napawało go chłodem?

Zdawało się, że przeciągał sprawę, a może jednak na kogoś czekał? Bynajmniej ciagle cos robił, to poprawił obrusiki, to znowu polazł szukać czegoś w Białym Domostwie, a potem jakoś tak się rozkaszlał… Ktoś rozpalił ognisko, ktoś inny przyniósł jakąś mało smrodliwa padlinkę, ktoś otworzył weki. W końcu kilka kolacji to podstawa dobrego snu, czyż nie… a Pan Tealight wciąż nie był gotowy, to przygasał światła, to poprawiał wiatraczki, dziwnie milczące…

W końcu podniósł się i westchnął. Wszyscy z dziwną niechęcią wciągnęli dech poprawnym otworem i zaczęli słuchać. Rozkaszlał się. Ojeblik – mała, ucięta główka – podskoczyła po chusteczkę, ktoś przyniósł wodę. Każdy wrócił do swojej smażeninki i ciastek, gdy tylko się okazało, że nic się nie stało… Wiedzieli, że czas sam nadejdzie. W końcu siedzi w piwnicy, więc przypilnuje… gdy obudzili się rano, nikt nie pamiętał o co chodziło, ani dlaczego tutaj się zebrali, ale wiedzieli więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9790

Z cyklu przeczytane: „Niuch” – … ino jeden!? No dobra, ciąg dalszy będzie, bo mam cudowna duszę w Polsce, i nie to nie rodzina, która łazi do kiosku i kołuje mi te tomy… okay, ku prawdzie dusz miłych mej duszy mam w Polsce kilka, ale ta się zgodziła no… i kupuje mi Pratchetta na twardo!!! (tak Wentylek, to o Tobie!!!)

Oto jest opowieść o urlopie pracoholika. Oto jest opowieść o cierpliwej małżonce, konwenansach oraz małym chłopcu i… kupach. Tak, kupach! Oto jest historia zbrodni, bo przecież gliniarz gliniarzem jest wszędzie! I jeszcze… oto jest opowieść o świecie, który istnieje. Świecie POZA MIASTEM. O dziczy, inności, o wszelakich dziwnościach, które mieszczuchom zdają się torturą…

Oto jest niesamowita historia, z którą nie będziecie się nudzić. Bo przecież z Pratchettem raczej nie jest to możliwe. Opowieść o codzienności naszej okrągłej ziemi, tylko wiecie, tak trochę bardziej… opowieściowa.

Cudowna!

IMG_8373

Gorąco…

Tak wiem, że lato, ale ta fala żaru strasznie dusi i dobija. No nic, trzeba przetrwać i tyle, jakoś oddychać i w ogóle… A może wzmaga to wszystko ono wzmożenie ruchu na drodze, moc ludzi, głośność wszelaka – nie no, pewno że nie jest tak głośno jak w innych miejscach, ale jednak… Na nasze standardy to wprost zaskakujący hałas. Tuptając sobie wieczorem po północnych rubieżach Wyspy widzę jak wszystko ożyło. Pewno, że za kilka tygodni cisza znowu wszystkim zawładnie i pustka, a jednak… fajnie popatrzeć na świat tak dziwnie ożywiony. Na te okna pełne twarzy, ogródki pełne postaci i zapachów. Kolacje jedzone na zewnątrz, namioty pomiędzy ścianami…

Jest w sezonowości coś, co mnie nie zaskakuje. Może dlatego, że właśnie owa zmienność natężenia ludzinków była czymś, w czym się urodziłam, Jakoś tak. Byłam do tego przyzwyczajona. Ci odjeżdżali, tamci wracali, tych nigdy się już nie spotkało, a na dodatek od czasu do czasu… nie było nikogo. I wiecie co, w takim braku ludzi człowiek uczy się bycia zaintrygowanym sobą samym. Nic w tym złego.

Cóż więc czerpie człowiek z nadmierności Turyścizny? Uczucie upokorzenia. No sorry no, ale współcześni odwiedzający nie interesują się tym, do czego przybyli. Nie pasjonują ich cudne chatki, kwiatki i historia, słodko pokiereszowani ludzie, kuchnie wszelako podobno smaczne – wiecie, że Duńczycy uważają właśnie Wyspową kuchnię za smaczną! Muszę przyznać, że trochę mnie to zaskoczyło. Niektórzy twierdzą, że to aura, otoczenie, w którym jedzą, inni znowu, że tutaj kucharzom bardziej zależy… badania przeprowadziłam na osobnikach dostępnych w mediach socjalnych.

Nie sprawdzę jak to jest z ta kuchnią… niestety mnie na nią nie stać. LOL

IMG_9955 (2)

Pamiętacie, że kilka dni temu jęczeli, że deszcze nadchodzą i tak dalej? Że to klęska wakacyjności będzie? No więc ja zwykle prognoza pogody swoje, a Wyspa nadal parzy i tyle. Proste. To przecież kobieta… ona zawsze robi to, co chce!

A właśnie… moje stosunki z Gandalf.com uległy kolejnemu pogorszeniu i właściwie brak mi już słów. Tak nieprzyjemnej – to ładne słowo na to, czego doświadczyłam – obsługi w zyciu mego dwudziestoletniego zakupowania, nie miałam. A wystawiłam Chowańca by prowadził negocjacje, bo on jest taki grzeczny i dorosły. Widać za grzeczny i może za dorosły… dlatego wczoraj zrobiłam zakupy na Empik.com – nie nie jest to post sponsorowany… okazuje się, że teraz do 15 książek, za granicę wysyłają za niecałe 40 zł. Dokładnie 35zło!!! Szlus, ino te złotówki, bez dopłat, i wiecie co… i jeszcze załapujecie się na promocję kup 3 płać za 2! Nosz cholera jasna, jak Empik wypali, w mojej zadniej części spodnie mi wypychającej, co to siada gdzie popadnie i ogólnie mówiąc… istnieje… mam Gandalfa. Właśnie minął miesiąc od dnia, w którym złożyłam zamówienie… ponad 3 tygodnie wydzwaniania do 3 krajów, nie…

MAM DOŚĆ!!!

Nosz kurde, co to za czasu, by klient szukał kurde własnej paczki. Ja w ogóle nie powinnam brać w tym udziału! Powinniście wysłać paczkę drugi raz, a tamtej – gdyby się znalazła – nakazać powrót. Kiedyś miałam sprawę z Merlin.pl i… wiecie co, po pierwsze byli milśi, po drugie jako przepraszam dostałam dwie książki…

Widać czasy się zmieniły, co nie? Na gorsze.

A w ogóle… czyzby Merlin już wrócił na dobre, czy jednak nie?

IMG_8060

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ważne Ważności Wszechświata Dookolnego… została wyłączona

Pan Tealight i Krasnokurnaludek…

„No tia…

Zjawił się jakoś tak punkt w południe. Z nieba waliło słonko, dookoła wszystko starało się jak mogło, by oddychać regularnie, a jednocześnie się nie pocić, a on tak stał… Oświetlony od góry słabo widoczny dla Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, opływającej potem. Stał i się gapił. Całkiem bezwstydnie na jej na wpół gołe ciało, ino gacie i koszulka odkrywająca przerażająco zbyt wiele…

Stał i patrzył.

Jakby serio był chory, zafascynowany i oczywiście jeszcze mu za to płacili. I to dużo, automatycznym przelewem. W tych swoich lederhosenach i wiecie, onych butach dziwnych, podkolanówkach i górze całkiem gołej, owłosionej, kręconej, miejscami kurde… serio, czy on miał tam takie malutkie, różowe kokardki? Serio? I przekłute sutki, na których wisiały takie małe młoteczki?

Serio?

Po chwili, jakby obraz nie do końca go przekonywał, wdrapał się na pochyły parapet i wcisnął się przez niedomknięte okno. Wlazł do Chatki Wiedźmy, a ta była tak tym zaskoczona, że serio nie mogła nic zrobić, no kompletnie!!! Nic. Obydwie były chyba w lekkim szoku, bo ta dwunożna też w końcu go zauważyła i zaskoczona onym gwałtem dokonującym się na jej przestrzeni osobistej… powoli zaczynała poddawać się mocom Wielkiego Wkurwa. A on… otworzył niewielki plecak, wyjął kolorowe broszurki z dziwnie wyrazistymi obrazkami i zapytał:

– Czy jesteś gotowa przyjąć Pana Podziemi do swego serca?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6335

Z cyklu przeczytane: „Słońce w chwale” – … baja. Miodzio i cudo! Po prostu świetna opowieść o Tej wojnie. Wojnie Dwóch Róż, ale z trochę innej strony. Trochę inaczej, choć zgodnie z tym, co podają źródła…

Niesamowita biografia, a jednak… zwykła opowieść o świecie zza zasłony czasu. O pięknie, brutalności, dojrzewaniu małych do wielkości. O walce o władze, o pragnieniu wielkości, oraz o miłości, bo przecież bez niej byłoby strasznie!!!

Oczywiście to tom pierwszy, ale kolejny już dostępny, co szalenie mnie cieszy, bo przecież, chociaż człowiek może zajrzeć w Wikipedię, jakoś tak chcesz się czuć zaskoczonym. Jakoś tak. I dowiedzieć się na kogo wyrośnie On. Ten, któremu ni historia ni sztuka nie sprzyjały. Ten, który tak naprawdę… nie wiadomo kim był. Mężczyzna, władca, a może wyłącznie twór danych czasów, danej rodziny…

IMG_0705

Pola namiotowe…

No nie ma.

Jedne pozamykane – Svaneke, inne znowu sprzedane, kupione i wszelako już nie takie same. Jakoś tak, no sorry, ale miejscowych nie stać na te interesy. Może i rzeczywiście większość woli gdzieś w polu – zakazane prawnie, podlega nazbyt wysokiej karze – a inni znowu chowają się w onych kilku wyznaczonych miejscach, gdzie można coś rozbić, tudzież schować się na noc w drewnianej, leżochatce… Kurczy się ona cała sfera turystyczna w zaskakująco dobijającym stopniu i prędkości. Naprawdę! Tu zamknięte, ci tylko przez dwa miesiące, a tamci… ogólnie mówiąc wolą się zmienić w jakiś drogi kurort, ale prawo im chwilowo zabrania. Wiecie głupota, erozja gleby, wysokie fale oraz cudny widok z wielkiego hotelu tuż przy brzegu… często chodzą ze sobą. W dużej i nader głośnej, szeleszczącej eurakami grupie.

Uważajcie, gdy zaczniecie coś wynajmować, ale i wtedy, jeśli już znacie miejsce, ale nie było Was tutaj przez rok, czy dwa… nie jedźcie na pamięć. My nadal polecamy Novasol. Oczywiście, nie jest tani, choć przy sporej ilości ludzi można znaleźć niezłe oferty! Naprawdę. A co domek w lesie, tudzież słodkie mieszkanko w mieście, to jednak coś więcej niż, nawet najbardziej wypasione pole namiotowe z wielką kuchnią, pralnią i prysznicami, w których na zimno można się kąpać za friko. Dopłacacie tam przecież tylko za wrzątki. A i rowery do wynajęcia blisko…

Niektóre mają nawet minigolfa – Gudhjem.

A zresztą… upał taki, że jedynym, co się w powietrzu unosi, to smrodek gnijących w dość paskudny sposób, wodorostów na brzegu. Naprawdę nic fajnego… nie dziwota, że już powoli ostrzegają przez zakwitaniem… pieruńskie ocieplenia, jakieś meduzy z nazbyt wrzących krajów, kurna, rekina pewno też zobaczę. Może niczym krwawa potrawka, do tego palące promienie… Przez jakiś tydzień serio ciężko będzie tutaj wytrzymać. Ratują nas chłodniejsze noce… no i wiecie, cień, w którym jednak czasem jakaś bryza się zabłąka. Czasem, coraz rzadziej.

IMG_6733

Nadal sztuka…

Co jak co, ale sprawa onego dzieła nadal budzi… wkurwa. No sorry, ale na mój chłopski nader rozum, postawienie czegoś takiego na rondzie jest idiotyzmem. Co złego w zwykłych, niskich kwiatkach? A wiecie, co jest gorsze? Na przykład to, że takie „dzieła” są 3! I będą stały na trzech rondach w naszej pięknej stolicy.

Jak widać w linku, miejscowi mają mieszane uczucia, zmierzające raczej ku wkurwom, gdy człek se uświadomi, że wydano na to ponad milion… 1250000DKK. I na nic tłumaczenie, iż przecież zapłaciły za to jakies rganizacje! Nosz kuźwa no! Kasy na zmianę nawierzchni nie ma, ale na potworka jest? Przecież… to jest KOSZMARNE! A trzy takie koszmarki to raczej coś, z czym nie da się żyć. I założę się, że jak nic sprowadz to pioruny, tudzież wiecie, kontaktuje się ze swymi domowymi cywilizacjami!!!

Idę szukać ufoków! Serio!!!

A druga sprawa, to poradnia seksuologiczna… tam, gdzie był Bamsehuset. Wiecie… no, no comment. Facet będzie uczył facetów być facetami, par jak się bzykać i ogólnie mówiąc zabawne to wszystko. „Monogamia jako droga do osobistej wolności, przygody i fascynującego seksu”, wykład/pogadanka już niedługo!!! Jakby ktoś reflektował. 150DKK ino!!! Oczywiście, że po duńsku, no przecież ma to być misja całkowicie lokalna i w ogóle… Nie, no pewno, że kocham monogamię, ale jakoś tak… w miejscu, gdzie dotąd królowały misie i inne pluszaczki, zabaweczki wszelakie i cudne drobiazgi, teraz… seksuolog? Ekhm, trochę to ironiczne, czyż nie?

No ale, jeśli ktos poczuje sie problematycznie pod namiotem, to jakby co jest do kogo sie zwrócić. Ekhm, nie no, pewno… Nie, sorry, jednak nie do końca to rozumiem. Nie odmawiam nikomu lekarskiej pomocy, ale wolelibyśmy dobrego chirurga, psychiatrę, czy coś w tym rodzaju, jak dotąd co jak co, z seksem nie było problemów!!! LOL Pamiętacie te ogłoszenia w gazetach? No kilka lat temu w stylu: pan pozna panią, może być mężatka, coby jej wakacje osłodzić i ją cudnie zaspokoić…

Może to jednak wszystko przez ta pogodę… no wrzątek mamy!

IMG_6697 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krasnokurnaludek… została wyłączona

Pan Tealight i Zerkadło…

„Jakoś tak… no dobra, obok zegarów to właśnie lustra nie objawiały się często w Sklepiku z Niepotrzebnymi. Po pierwsze wciąż cholernie były w cenie i pożądaniu, a po drugie, no wiecie… Wiedźma Wrona Pożarta. Jakoś nie lubiła, nie trawiła, nie pasjonowały jej własne fizjonomie, więc… no zwyczajnie. Nie kochała płaskości, taflowatości, odbić i tych dziwnych szeptów, które często z nich dochodziły i oczywiście onej obsesji pokazywania… nosz kurna, ile można? Jakby nie mogły sobie wziąć wolnego…

Ale pojawiło się Zerkadło i wszystko się zmieniło. Bo Zerkadło, choć było lusterkiem, dość niewielkim, owalnym z dziwnymi różyczami z drugiej strony i przeraźliwie czystą powierzchnią szklistą, ale…

… nie odbijało.

No serio, ni hu hu hu! W ogóle. Jakby całkiem go to dobijanie nie obchodziło, a jednak, zawsze czuło się, że jest gdzieś blisko i, że patrzy. No wiecie, jakoś tak dobitnie i obraca się dookoła własnej osi i oczywiście przechylało się i dziwnie krzywiło i opierało o Ojeblika – małą, uciętą główkę – i jeszcze, robiło miny!!! No serio, te dziwne zajączki robione bokami, te szalone potrząśnięcia, te dziwne… jakby przeglądało się w każdym, kogo spotyka i we wszystkim… Jakby tak naprawdę niczego nie odbijało, a i sreberko było na miejscu i szkiełko, i ta różana obudowa, a jednak nie działało. A może działało, tylko inaczej? Bardziej przerażająco? Może zerkało gdzieś indziej, gdzieś głębiej, gdzieś tam, gdzie nikt nie chciał, nawet jeśli to było jego własne coś.

Zerkadło było milczącym kawałkiem swojego własnego świata. Niby nie umiało się poruszać, ale jednak… wciąż znajdywano go w innym miejscu. Wciąż i wciąż. Raz na parapecie wiedźmiej łazienki, raz na ścieżce, którą wcale nie planowała iść, raz z plecaczku, który sprawił sobie Pan Tealight z jakiejś dziwnej skórki… a raz w takim miejscu, o którym nikt nie chciał mówić.

Nikt!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7588

Z cyklu przeczytane: „Córka pustyni” – … ech. Niby się nastawiłam, no strasznie na ona biografię, ale zderzyłam się ze ścianą i wciąż mnie boli.

Bo takiej meczącej historii w życiu nie czytałam. Opowieści tak powolnej, bez polotu, bez tego czegoś, bez iskry, skry i powalenia… Wydaje się niemożliwym, że ktoś, kto zaczynał istnienie właśnie w taki sposób, jakoś tak skończył, by stać się i filmem i intrygującą postacią i w ogóle…

Należy powiedzieć, że kocham biografie. Poznawanie ludzi, ich wersji zmagań się z codziennością sprawia, że uczysz się pewności siebie, mówienia nie, a tutaj macie rozpieszczoną, wkurniczająca młódkę… ekhm, i jej rodzinę, której historia strasznie mnie irytowała… więc…

Wrócę może kiedys do tej powieści. Może… może będę umiała przebrnąć przez nadmiar słów i nie dość życiowej skry. Przez to twarde pisanie. Może…

IMG_8143 (2)

I znowu rakieta…

A tak, nie pierwszy raz i przyznam się, że nawet nie chce mi się zerkać, od kiedy to ciągną. Może to przyzwyczajenie, może tak naprawdę niczego w tym nie ma… poza cudnymi duńskimi przekleństwami, na które można się natknąć w rakietowym eterze. No i śmieciami, których potem nie ma komu zbierać, a na które pieruńsko jestem cięta, no sorry, ale to wkurzające…

Bynajmniej pod linkiem możecie obejrzeć jak to dokładnie było. Od początku do końca, no i jak się skończyło. Powiem tylko tyle… ekhm, komentarze pod filmem są dość druzgocące. Łącznie z tymi o odwadze przyszłych kosmonautów, bo przecież to o to chodzi, by kiedyś wysłać zwykłego człowieka w kosmos… Tak się zastanawiam, że jak na naukowców, to kurna sorry, ale USA zbanowało program z powodu kosztów – albo może i spotkali kosmitów i oni im powiedzieli, że sobie nie życzą zaglądania w ich pola, wianki i posesje, no i zakładanie im googli jakiś i oczywiście facebooków, czy innych internetów. No przecież na pewno wszystkiego nam nie mówią, czyż nie…

Rakieta rakietą, ja tam wolę zostać na Wyspie. Na ziemi, kamieniach, pod drzewkiem, bo słonko daje jak uparta, żarząca się sąsiadka, która serio nie rozumie moich praw do jakiejś tam odrębności cielesnej i własnego spejsa… Wiecie, taką, która dużo gada, nie wymaga interakcji poza spoglądaniem na nią i oczywiście ciagle garnie się do waszej lodówki. I jeszcze nie ma jak się jej pozbyć… I oczywiście uznaje, że przecież robi to wyłącznie dla ciebie, bo to tobie tak potrzeba towarzystwa.

Żar z niebios żarzy się, dookolność grzmoci o deszczu, ale u nas jak nic susze. Aż człowiek stara się pocić nad roślinkami, chociaż pewno owo słone człowieczeństwo się skraplające nie działa na nie dobrze, no ale… nie wybrzydzają w takich okolicznościach. Powoli zastanawiam się nad sikaniem w ogródku. Podobno działa na koty, ale nie wiem, czy nie wyłącznie ono męskie… Próbowaliście? LOL

IMG_8771

Ostatnio staję sobie w cieniu i spoglądam na Turyściznę męczącą się na rowerach. Ktoś im nie dość, że wmówił, iż u nas Północ, to na dodatek jeszcze powiedział, że Wyspa jest płaska. Serio… to widać. Rozpoznaję własny wyraz ryjka u tej pani w niebieskiej koszulce, która wcześniej zlazła z rowera i zrezygnowana drepcze powoli w górę… w pełnym słońcu. Oczywiście, on, jej przyjaciel/partner/cokolwiek nadal próbuje udowodnić sobie lub jej własną wyższość, wszelaką moc i superanackość… ale i on w końcu staje. Przez chwilę drży na jednośladzie, przez sekundę zdaje się, że może tak po prostu stać na onych dwóch, wąskich, wypasionych, zapewne drogich kółkach, ale…

W końcu z niego złazi. A raczej się stacza, lekko się trzęsie, męczy się… mocno spocony, dziwnie zaczyna blednąć… Idzie powoli, spokojnie, jakby przypominał sobie jak się to naprawdę robi. Ale dobrze będzie, byleby tylko dotrzeć do jakiegoś cienia. Byleby tylko w jakiś sposób dać radę…

Ludzie kochani…

… kto Wam powiedział, wmówił, że poruszanie się po Wyspie w pełnym słońcu – czyli w okolicach południa, tudzież na zachód pod wieczór – nie jest dobrym pomysłem. Słonko wali jak szalone, jakby nie miało już żadnej osłonki, jakby naprawdę odbijało się od morza, a ono dookoła nas, a potem rżnęło Wam krwawe tatuaże. To naprawdę nie jest dobry pomysł. Potem takie osobniki, w tych swoich sztucznych ciuszkach, które nie pachną różami, męczą się w miejscach dostępnego cienia. Leżą na trawie i ledwo dychają, gdy jeden z nich, ten najbardziej chodliwyw, udał się do sklepu w celu nabycia wody i jakichś batoników… oczywiście batoników nie dostał, bo przecież u nas ino po zdrowemu się żre. Nawet Nutellę chowają!!!

PS. Do dziś pamiętam wyprawę na Christiansø i spotkanie biednej dziouszki, która oczywiście dostała okres, a z Gudhjem miała wrócić na pole namiotowe po drugiej strony Wyspy… do dziś pamiętam jej ból. I moją ulgę, że ja nie muszę. Panowie! Dbajcie o damy, bo one często mówią, że mogą, a potem… umierają.

IMG_8811

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zerkadło… została wyłączona

Pan Tealight i Obi Brzdęk Narobi…

„Ten co się narobił i o nim nie wspomniano!!!

No tak można było go w skrócie, a jednak pełnie, opisać. Wiecie, sprzątał po wszystkich, pomysły miał i niestety nazbyt głośno się o nich wypowiadał… i jakoś tak, niby zasłyszane nie kradzione, więc…

A po wszystkim, on jakoś nie potrafił powiedzieć, że to jego dzieło, że wpadło mu pod prysznicem, gdy ulżył sobie na kafelki i ciepłym moczem omiótł ten turkusowy błękit. No nie mógł, nie umiał, jakoś tak, azwyczajnie, winić należy wychowania, matka zawsze mu mówiła, że ma nastawiac ten drugi policzek, nie wspominając o tym, że brzuszki, fąłdki i pośladki się nie liczą… Nastawiał więc. I nie umiał powiedzieć, że to jest jego dzieło. iż to jemu należą się wszelkie nagrody, ukłony, złocone toalety i limuzyny z kobietami plastikiem obdarzonymi…

Nie umiał.

Nie potrafił, a jednocześnie Wkurw Mocarny go ogarniał i tak bardzo chciał… ale mu się nie udawało. Chciał ich rozerwać, chciał tłuc pięściakiem, chciał podtapiać, mordować krwawo i boleśnie, potem wskrzeszać ich i ponownie wystawiać na bóle i pośmiewiska. I kraść ich pomysły i doić świat za cudze…

Ale nie mógł.

Dlatego Pan Tealight zaadoptowało Obiego i nawet zbudował mu komóreczkę pod schodami, tak jak prosił, by mógł się on tam skulić i wiecie, płakać i żalić się samemu sobie, ale innym zawsze pokazywać uśmiechniętą twarz… bo tak chujowo go wychowano, tak obrzydliwie skurwysyńsko!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9096

Z cyklu przeczytane: „Folklor Świata Dysku” – … takie wiecie. Etnograficzne. Socjowszelaokiczne. Opowieściowe. Czyli skąd się wzięli oni…

Wiedźmy, wampiry, małe gnomy, większe gnomy i zombie i… wszyscy. Oto opowieści, które doprowadziły do opowieści. Czyli wiecie, otwierają się przed Wami przestrzenie wszelkich bajdurzeń i mitów, opowieści, bajd, pieśni i tych strachów, które kryją się pod łóżkami. Wciąż. Przecież nawet oni, dorośli, wciąż czasem boją się wystawić nogę spod kołdry nocą ciemną…

Oto historie z całego świata… te, które stały się inspiracją, lekko dowcipne opowieści o bogach, herosach i chochlikach. O wróżkach, elfach i wszystkich tych, którzy sprawiają, że Świat Dysku jest taki, a nie inny. Cudowny!!!

IMG_6669

Wrząco…

Oto ponownie roztwarły się wrota wszelakich słonecznych piekieł i ponownie powietrze wonieje niczym pachy i mocno przeobracane skarpetki. Oto znowu żar i dary składane Bogom Wiatraczków, Dmuchaw i Eirkondiszionów!!! Oto i czas jest dla wszelkiej golizny, bo przecież nie da się nosić na sobie więcej niż skórę… a lepiej, to w ogóle i z tego zrezygnować! A może by tak zdrapać skórkę, trochę tłuszczyk potem wyrównać, opalić i zostawić ino one kosteczki…

Ino kosteczki?

Wrząco…

Serio, jeśli chodzi o świeżości, to zapomnijcie. No niby wolne przestrzenie, a żadnego friszelufta! Pewno, że to wodorosty, a i morze dziwne, ale wciąż… chyba mój pierwszy raz. Ponownie pierwszy raz, by widzieć Wyspę taką. Taką inną, dziwną, nieruchawą, smrodzącą, ale i o czerwonym morzu.

A tak wczorajsze wejście w tonie było po raz pierwszy. To nie tyle wodorosty zepchnięte z głębokiego Niewiadomokąda, nie tyle gęsta zupka, miejscami bąbelkująca, nie tyle ono morze bezsztormowe, o dziwnie niewymienionej toni… ale raczej coś na kształt planu dla kolejnego odcinka Szczęk. A serio… całe morze zrobiło się bordowo-rdzawe. A po wierzchu oczywiście granatowe. Do tego jeszcze srebrzystoszare odciski niebiańskich stateczków i… macie cudowność. Przerażającą, ale jednak i intrygującą cudowność. Mój kolejny pierwszy raz, by widzieć toń z jednej strony ponownie tak atłasową, a z drugiej…

… tak przerażającą.

IMG_0396

Z drugiej strony co się dziwić… przecież morskość to twór bardzo żyjący i bardzo żwawy, ale jebana chełbia o tej porze? Serio? Uciekałam tak szybko, że nawet do końca nie jestem pewna, czy to była ona, czy też dowód na to, że Bałtyk się ociepla…

Pola pokrył dziwnych proch, dym i wszelakie zamieszanie. Oto naczęły się sianokosy, zbożokosy i wszelakie sprzątania plonów. Ino te plony wyglądają jakoś dziwnie. Jakoś tak marnie, jakby w okresie dojrzewania nie tyle dojrzały, co raczej się spaliły. Strasznie to smutne, no ale… spoglądanie na pola ogólnie nie jest już takie jak niegdyś. Nie dość, że wszyscy straszą glutenem i nagle człek zdaje sobie sprawę ze śmiercionośności ich samych, to na dodatek są one takie dziwnie niskie i gołe. I jakieś takie… chemiczne, i to nie z tej chemicznej zwyczajowej strony.

Na ulicach oczywiście mnogość luda. Ale bez przesady, zauważalne braki w polskiej Turyściźnie, no ale… promu nie mają, więc co się dziwić. Żygolotem to serio nikomu nie polecam wyprawy. Wszyscy na rowerach, co przeraża, bo nagle małe dzieci na ulicy, tosz to w każdym momencie może się majtnąć i wyląduje pod samochodem! Zresztą, taki wypadek niedawno zaliczyła dziewczynka z Niemiec. Albo trochę większe dzieciaczki, ale kompletnie nie panujące nad rowerami. Nie mam pojęcia czy to moda, czy jednak inne dziwactwo, ale rowery nie są wybierane by pasować do wzrostu, ale… do kieszeni kupującego. Wiecie, im bardziej wypasiony, tym widać ich zdaniem bezpieczny. A potem patrz kierowco na te męczące się i zygzakujące dzieciaki i módl się by ci nie wpadły pod koła. i to od razu wal w nowenny!!!

IMG_8957

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obi Brzdęk Narobi… została wyłączona

Pan Tealight i Pustelnik Gerwazy…

„Sprawa mody?

A może jednak zwyczajny kaprys? Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Ale to kompletnie nikt, a każdy został spytany, uwierzcie. Czy żywy, czy martwy, ładny, czy brzydki, wszelako goły, czy ubrany… każdy. Nie pominięto nikogo. Kompletnie. Cudownie się okazało, iż długie nagabywania sprawiają, że ludzie robią wszystko, byle się tylko was pozbyć, wiec jakby co… korzystajcie spokojnie z naszego pomysłu w nadgorliwości. Pukajcie, aż w końcu otworzą, bo ile można wymieniać drzwi.

Nazywał się Gerwazy.

Był całkiem młody i muskularny, dziwnie filuterny i sprawiał, że zarazem Królewny, jak i Księżniczki… zaczęły więcej czasu spędzać na zewnątrz. Pod tym słupem, na którym z podziwu godną wytrwałością utrzymywał doskonała nieruchawość. Ale serio, ni w prawo ni w lewo! Musiał oddychać, co nie, a jednak jakoś tak się mu nic nie poruszało. Żeby przeprowadzić odpowiednie doświadczenie, sensu strikte naukowe wyłącznie, serio… WYŁĄCZNIE z naukowych pobudek, uwierzcie… no więc jedna, z onych koronowanych, no wiecie, ta z najlepszymi walorami, to jakoś tak postanowiła powodzić go na pokuszenie i… zrobiła to. Wodziła go w pełni, mocno, silnie i w dobrym oświetleniu. Wodziła go długo, najpierw kusząco, zza liści… ależ oczywiście, że eksperyment został udokumentowany, no oczywiście!!! Potem już zwyczajnie, zaczęła sie opalać w pełni odkryta, z tym, co jej natura dała, a błyszczyk podkreślił…

I nic się mu nie poruszyło!!! Może to związał? Zakajdanił? A może trzymał między nogami? Może zassał do środka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3675

Z cyklu przeczytane: „Ostatni kontynent” – … że Australia? Ale na pewno? Bo zdania są podzielone, chociaż, kurcze… może jednak Australia?

Oto jest opowieść geograficzna i z magami. Oznacza to masę pomyłek, dziwnych wpadek, kapeluszy, szat i wiecie, tych wszelakich spraw, które zaskakują. Oto historia powstania, narodzin, stworzenia i tak dalej. No wiecie… w końcu trzeba było o tym opowiedzieć. O początku kontynentu…

Mądra, jak zwykle czerpiąca z tego, czym aż pulsuje kulista wersja tego świata. Jak zwykle kręcąca naszą tożsamością, a jednak… odrobinę bardziej poważna. Jakaś taka mocniej filozoficzna. Bardziej głęboka nawet, a może li tylko przewrotna?

IMG_8368

I znowu afera…

Bo przecież czemu nie, co? LOL Mój idealny, idylliczny, cudowny Mniejszy Kraniec Świata… ma znowu problem. A nawet silny shitstorm i takie tam. Okazuje się, iż jeden z fotografów, tutaj, mieszkaniec Rønne… robił zdjęcia dziewczynom i młodym kobietom, od tyłu. Oczywiście bez ich wiedzy, bo i trudno przecież wiedzę mieć, ludzie zwykle nie maja oczu z tyłu głowy, chociaż, zdawałoby się, iż niektóre matki mają, no ale… Bynajmniej fotograf oczywiście umieścił zdjęcia w sieci, bo przecież i… w końcu się zaczęło. Oj, oczywiście, że podobno zdjęcia zostały usunięte, ale sorry miśki, z sieci nic nie znika. Wszystko tutaj zostaje.

Zdjęcia kursują teraz po świecie internetowym i wkurzają wszystkich. Właściwie niczego nie da się zrobić, ni usunąc ich, ni powstrzymać niegrzeczne myśli tych, którzy wolą od tyłu i takie tam… Wiecie, co jest mega wkurzające? A na przykład to, że nikt dziewuchom nie zapłaci! Te zdjęcia będą wykorzystywane, ale za darmo. Oj oczywiście, że one się zestarzeją, znaczy dziewczyny, może i o tym zapomną, może i część to oleje, może i niektóre się nie dowiedzą, jeśli ciotki i inni krewni i znajomy królika ich o tym nie poinformują… ale kurde no! To ich wizerunek, to ich sprawa, to… powinno być finansowo nagradzane. Dlaczego do cholery nikt nie rozumie, że internet to świat i kasa się należy?

Facet ma raczej już przesrane. I to mocno… tłumaczenie się, że chciał pokazać piękno od dupnej strony, że przecież to sztuka, czy inne kurna tam, nie ma racji bytu, a po tym, co Bornholmczycy pokazali po sprawie z wiatrakami, czekam na stosy i widły. I może jakieś wiecie taczki kupy gnoju. Az mnie korci im podpowiedzieć rozwiązania zza morza. Serio korci!!! Byłoby malowniczo, etnograficznie, skromne zapożyczenie, no wiecie, rozwój społeczności bazujący na mitologii…

Korci LOL

IMG_8070

Cudowne wieści!!!

Deszcz nadchodzi. Burze i wszelkie niepogody… Chmury i załamania, oblewy i ulewy. Ojojoj, zamartwia się Państwo Duńskie, że wakacje będa od czapy. Znaczy od parasola i wiecie, tych takich reklamówkowych płaszczyków, których serio nie rozumiem. No wiecie, to tak, jak nałożyć na siebie torebkę z Biedronki, czy Netto – bo żółte są też – czy innego miejsca shoppingu i… pocić się od środka. I to pocić sie straszliwie. Jak to niby pomaga, jak i tak mokniesz?

No mniejsza… ma padać i się w końcu ochłodzić. Goodbay pocące się pachy i ciecze spływające człowiekowi po szyi w najmniej odpowiednich momentach. Idźcie precz plamy na tyłku, bo przecież kurde nawet bawełniane gacie mają sztuczne metki, które tam go drażnią, aż tak, że pośladeczki łkają. Idźcie precz te wszelkie się niechciane dotykania, paszoł won masakry robalowe…

Ma padać. A to oznacza tęcze i białe króliki i dziwne stworki potworki latające po ogrodzie w końcu w gaciach. W końcu!!! I chmurki malownicze, dzięki którym zdjęcia zapierają i dech i kał w piersi… znaczy dech, no sorry, kał to nie, co nie… znaczy zapierają kał, ale nie w piersi, no chyba że kiedyś ktoś tam taki dech miał i w ogóle, oddychał złem i wdychał zło i w ogóle… Ale bez urazy, wszystko jest okay. W końcu deszcz nadchodzi, a to oznacza, że chłodziarka nie będzie działała na cały regulator! A od niej łeb mnie boli no strasznie! Nie wiem dlaczego, ale kiepsko działa na mnie…

Deszcz idzie!!!

A potem człowiek doczytuje, że… nie na Wyspie.

Miłego smażenia.

IMG_8246

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pustelnik Gerwazy… została wyłączona

Pan Tealight i Mała Skierka Mocy…

„Była niebieska i niewielka.

Oczywiście, że jakoś w towarzystwie Wiedźmy Wrony Pożartej lepiej było być niebieskim, ale gdy przychodzi czas zbierania Calineczek z Gråmyra, to lepiej być niebieskim naprawdę i do końca, jeśli chce się być zauważonym. W końcu Czas Calineczek to tak zajmujący czas, że zdarzało się, iż nasz Wiedźma mniej widzi, że mniej czuje, że tylko w objęciach trzyma ją ona chuć ich łapania…

Małych, przesłodkich, obleśnych, niskich i szczupłych blondyneczek. Doskonałych w zalewie korniszonowej!!! Albo wiecie, lekko podgotowanych, ale jak homary i ważne, żeby nogami w dół… trochę krzyczą, ale to ino powietrze ucieka, bez obawy.

Niczego nie czują…

Wiedźma Wrona Pożarta, gdy Mała Skierka Mocy się objawiła w jej otoczeniu, leżała na kamieniu, co niegdyś był jednym ze Stojących Bogów, a teraz milusio drzemał zanurzony do połowie z lekko zielonkawej cieczy i chrapał. Chyba mu ona nie przeszkadzała, ale… kto to tam wie, jak to z nimi jest? No kto? Ojtam cicho być!!! Ona leżała… a w dole, tuż przed nią, zaraz pod jej nosem, dziwnie takie nieruchome, dziwnie takie spokojne i stałe…

Lilie białe, różowe i czerwonawe i kanarkowe… i czapla.

I Mała Skierka Mocy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9134

Z cyklu przeczytane: „Piąty elefant” – … był taki. Niesamowity i piąty. A teraz wiecie, no jest tłuszcz. A nawet tłuszcz z chrupiącymi kawałkami! Taaaak! Chyba łatwo się domyśleć co za kraj zainspirował Pratchetta do stworzenia tej krainy i tej opowieści!!!

Oto opowieść o kobietach, wszelkich maści. I o władzy, polityce oraz Igorach! Kocham Igory!!! Zawsze podadzą nie tylko pomocną dłoń, ale i nogę, wątrobę, czy płucko. I oczywiście to opowieść o wampirach i wilkołakach i o miłości. Tej wiecie męsko-damskiej. I jeszcze o wieściach… tych, które są największe. Ale przede wszystkim oto jest dysertacja o symbolach!

Czasem się zastanawiam, czy można się Pratchettem znudzić? Bez urazy, pewno że człowiek czasem myśli iż przeczytanie czegoś innego byłoby super, ale potem nagle swędzi go pod płaską częścią i… nie nudzi. Jakoś tak. W końcu tylko tutaj Vetinari wie wszystko, psy gadają nibyludzkim głosem, a najsłynniejszy krasnolud winien być królem ludzi, ale mu się nie chce!!!

IMG_8370

Zaliczyłam wpadkę z UPSem. A dokładniej z UPSem i Gandalfem.

Wiecie jak to jest, no bez książek żyć się nie da, Merlin.pl podobno z martwych powstał, no ale cicho o nim, więc… przerzuciłam się na innego maga i… było okay. Serio, naprawdę. Do tego ostatniego zamówienia, które wzięło i zaginęło. Uświadomiłam sobie problem dwa tygodnie temu, no w poniedziałek. Gdy cały ten tracking przestał się ruszać i paczka we wtorek nie dotarła. W środę zaczęło się od Annasza… ale pewno z powodu mej niewiary ni Kajfasz nie dopomógł. Złożenie w ofierze dziewic różanych też nie podziałało.

Oczywiście, że gdy dzwonisz do duńskiego UPS mają cię gdzieś i twierdzą, że dojdzie, dopiero Bornholmski UPS stwierdził, że paczki nie ma. Okazuje się, iż istnieje coś takiego ja fizyczny skan i ten miał miejsce w Niemczech, a to, iż na trackingu widniej Glostrup DK, to ino tak sobie widnieje… nie miał co robić, to se widnieje, co nie? Okay, rozumiem… ale co dalej? No okazuje się, iż możliwym jest, że się nalepka odkleiła. No bajka kurcze, co oni na śluz syfilistycznego smoka to przyklejają? I jeżeli wiedzą, że tak się zdarza, to dlaczego juz tego nie naprawili? No nic… Słuchając dalej, bez urazy całkiem miłej i pomocnej duszy, okazało się, że może i paczka w ogóle nie wyszła z Polski, a ta naklejka sama tak, niczym ten uchodźca wiecie, chciała do Danii…

No nic.

Chowaniec pożegnał się z panią (pamiętajcie, że panicznie boję się między innymi własnie telefonów, dlatego twierdzenie ankieterów, że to JA dzwoniłam bzdurne jest prześmiesznie zawsze) i dzwoni do księgarni G. A tam buba… widzicie, bo nie wiadomo dlaczego mają zamknięte telefony do 14tej… a potem jakoś chyba zapomnieli otworzyć, czy co… Po jakichś dwóch dniach otrzymaliśmy słowne potwierdzenie, że się sprawą zajmą. Nagrywają te rozmowy, więc pewno gdzieś dowody na to są, ale… Mimo zajęcia, odpowiedź na wszelkie jęczenia i tak nie przyszła, dopiero w poniedziałek dostałam mejla, że przez 8 dni będą jej szukać. Paczki się znaczy.

Wkurzające, co nie? Szczególnie, gdy wydałeś kasę, a księgarnia zamiast skompletować paczkę, wysłać raz jeszcze do mnie, a z UPSem załatwiać to już po swojemu… to nie, zwala w pewnym sensie winę na mnie, jak większość ludzi, bo mieszkasz przecież durna ty Wiedźmo daleko…

IMG_9163 (2)

I tak siedzę sobie tutaj na mym kompletnym bezksiążkowiu – no dobra, przesadzam, ale zostały mi 3, więc jestem w strachu… i marnieję.

Siedzę i wpatruję się w owe lilie na Gråmyrze i znaki durnoty ludzkiej, co rozorały to piękne miejsce nie myśląc wcale, durnie nie pojmując naturowości i ogólnie mówiąc wkurzając mnie na maksa. Tia… chcieliście się pozbyć skrzypów? Serio? Patrzcie, jeszczeście je namnożyli!!!

Siedzę i widzę rąbaną, przepiękną czaplę błękitną. No siwą, dobra, ale niczym wykutą z bladego turkusu. Czaplę, która ma gdzieś mnie wiszącą na plask nad taflą, zaczepioną nogami o kamień, cycki wgniatając w to coś, co w mojej opinii kiedyś stało… i wiecie, powoduje, że nagle nic nie skrzeczy, nic spod nóg mi nie ucieka. Żadnych żab… W końcu czaplę wystraszył piesek z tymi, których postanowił wyprowadzić na spacer, ale nie odleciała daleko. Siedzi teraz na iglaku i czeka… aż wszyscy znikną. Na szczęście owych wszystkich niewiele, więc nie ma boja czaplo droga, a jedz sobie te francuskie kuchnie. Może masełka i koperku do udek?

Płaszcząc się nad taflą stawo-jeziorka, co to było na lud, człowiek zaglapia się w one lilie i nie wierzy. Są i białe i takie różowawe. Takie ciemno różowe, a i kanarkowe. Dziwnie nie do końca żółte, ale i nie zielonkawe w pełni… i te wielkie liście. I te ich końcuweczki tykające dna… i ta cała woskowatość. Takie to wszystko bajkowe.

Takie niewyobrażalne, takie dziwnie… moje.

IMG_9266

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mała Skierka Mocy… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Pleśniarz…

„Znaczy, bez urazy, oczywiście, że o nim słyszeli. Zdawali sobie sprawę z jego istnienia, no jak z pierdów i sraczki bolesnej… Jak, wiedzieli o wydalaniu i prokreacji z tymi wszystkimi mlaśnięciami, no i takich tam. Jak dobrze znali okropne zapachy ludzkiego i innotworzonego istnienia i oczywiście, jak znali przemijanie, ale to nie pomogło, gdy się pojawił. Gdy zastukał do drzwi, a one jęknęły i rozpadły się w galaretowaty niepył. Wcale, ale to wcale nie byli na to spotkanie gotowi.

Nie mieli mopów przy sobie i płynów antyseptycznych, chusteczek, ręczników, a nawet papier toaletowy się skończył, a Pan Tealight jeszcze nie wrócił ze sklepu. Wiedzieliście, że papier toaletowy jako właściwie jedyna sprawa opiera się magii? No nie można go wymagikować, znaczy wyczarować, za nic. Nie da się. Niente i nada i ogólne nic! Obsrane na dodatek…

Nie byli gotowi.

Podobno gość w dom, to i ten bóg w dom, ale nikt nie powiedział jaki. Co jeżeli jeden z tych Azteckich? Wiecie, krew, bijące serca wyskakujące z klatek piersiowych kościanych objęć… no sorry, ale serio? A Bóg Masakra, albo Bogini Wszelkich Zaparć? Co, jeżeli to oni właśnie pukają… albo on, Wielki Pleśniarz!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7329

Z cyklu przeczytane: „Straż nocna” – … on się rodzi! Straż nie truchleje! Ale za to dzieje się coś dziwnego i on, w końcu on sam, Sam Vimes wie, jak to wszystko się odbyło. Dlatego weźcie swojej jajka w dłoń, bzy za ucho i…

Oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, jak zabrzmiały te jajka, ale wiecie… u nich chodzi o całkiem coś innego. Poznajcie jedną z największych tajemnic Ankh-Morpork. Dowiedzcie się, co wydarzyło się tamtej chwalebnej nocy! Tak, tamtej!

Oto opowieść o wspominaniu i historii, o zbrodni i karze, oraz przemijaniu i narodzinach. Wiecie, o mężczyznach walczących i kobietach czekających, ale i tych, które dobre wiedzą kiedy i jak użyć patelni czy szpilki. O jajku i bzie, o tych co już nigdy nie wstaną i o tych, co jednak nie leżą w ziemi…

Wiecie, o mieście i jego przeszłości, oraz o teraźniejszości, która winna pamiętać.

IMG_8371

Gudhjem…

Wieczorem w lipcu i sierpniu tutaj nic nie cichnie. Znaczy. nie żeby był jakiś koszmarny i nieznośny hałas, ale w porównaniu z czasem pozawakacyjnym, to aż nadmierna różnica. Ale… nie jest to hałas jakiś dziwaczny. Trochę muzyki, oczywiście brzmiącej w wyznaczonych godzinach i tylko w porcie, a potem już tylko rozmowy, ludzie człapiący w tą i tamtą stronę, lodziarnia otwarta do… późna! I morze. Zachód słońca, może jakieś przekąski przed snem i ludzie, których do niego ukołyszą portowe fale…

Nic nie cichnie, a jednak… to nie rozdzierające się spektakle nad innymi morskimi miejscowościami. Nie ma parawaningów, z łatwością spotkacie kogoś, kto kąpie się nie bacząc na brak stroju. Bo przecież kogo to obchodzi co kto ma na sobie, jak ten ktoś jest metry od ciebie, jak tak naprawdę nie ma w tym nic ciekawego. Bo w końcu serio, co ma goły człek, czego ty nie masz? Oj no dobra, poza tymi aspektami!

Może nie cichnie, ale nie przeraża. Człowiek mija pogrzeb, na którym spora część uczestników  zwyczajnie pomyka w gaciach do kolan, bo przecież ciepło. Nikt się nie dusi za kirem, ale wszyscy smutni. Bo w końcu uczucia są wszędzie takie same… zwyczajnie. A smutek, to smutek. I tak ten łańcuszek ludzi, którzy zaskakująco parkują przy starym cmentarzu, koliduje z ową rozrywkowością. Ale czy naprawdę? Może to tylko moje myślenie, może zaledwie wrażenie, bo przecież…

… umarł król, więc niech żyje!!!

Nie można płakać po każdej śmierci, nie da się, a i nie ma takiej potrzeby. Po prostu przystań na chwilę, a potem wracaj do swoich wakacji. Wszyscy odejdziemy w ową inną wymiarowość i wiecie co… a może ona wcale nie jest taka zła? A co, jeśli to tutaj jest gorsze? A co, jeśli wciąż będzie na Wyspie, ale i Wyspą?

IMG_7167

Obdziergany traktor…

Wiecie, co się dzieje, jeśli pozwolicie Babci dziergać i jechać… albo gorzej, do tego pociągnie z samogona, no wiecie, onej starej nalewki, tej po praszczurach… No cóż, jeśli już tak ja opadnie, to może się wam przytrafić cudnie zadziergany traktor. No po prostu… starawa maszyna w przecudnych dziergankach!

Jako dzieciak przeprowadzałam się często, okay zostało mi to chyba do teraz, ale, przez te podróżowania poprzez Polskę A i B, jakoś tak zapoznał się człowiek z gwarami i teraz nagle ponownie zderza się ze słowem „sztrykować”. Zderzył się z nim w leszczyńskim, kielczy się do dziś, a tutaj nagle dowiaduje się, iż istnieje ono w zwyczajowej mowie i… tak sobie dumam, że zwyczajnie to wina tych dam z drutami! Strikke… aczkolwiek i stryczek, więc może w duńskim to jak z małżeństwem? No wiecie, słowo określające owo działanie jest również trucizną…

Mniejsza… Jeżeli będziecie musieli zatankować na stacji w Gudhjem, to obok braku wszelkich wygód i totalnej samoobsłudze, zaskoczą was, albo i nie, dziergania. Zwisające z dachu, łopoczące na wietrze, może w tej chwili i moknące, oraz on. Starawy traktorek, raczej rzadko spotykany na Wyspie w użytku, gdy większość szpanuje ogromnymi niebieskimi i zielonymi maszynami… Taki pieszczoszek ziemskiej pracoholiczności. Milusi, słodki i nadmiernie cudowny. Obdziergane ma reflektorki, siedzenie i te tam no bulwy na hakach i oponki jeszcze i oczywiście kierownicę! NA RÓŻOWO!!!

Trzeba przyznać, że cała ta włóczkowatość miejsca, które ma za zadanie napojenie maszyn, ma w sobie coś… rozczulającego. Gdy tak człowiek odchodzi do swoich zajęć, do spacerów, podziwiania lilii na Gråmyrze, wszelkiego się ukrywania przed słonkiem, tudzież no… podziwiania owych niebieskości, tych chatynek, które tak niepozornie wyglądają z wiaduktu… no wiecie, wzruszam się i pamiętam o Babciach!

IMG_7120

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Pleśniarz… została wyłączona