Pan Tealight i Zerkadło…

„Jakoś tak… no dobra, obok zegarów to właśnie lustra nie objawiały się często w Sklepiku z Niepotrzebnymi. Po pierwsze wciąż cholernie były w cenie i pożądaniu, a po drugie, no wiecie… Wiedźma Wrona Pożarta. Jakoś nie lubiła, nie trawiła, nie pasjonowały jej własne fizjonomie, więc… no zwyczajnie. Nie kochała płaskości, taflowatości, odbić i tych dziwnych szeptów, które często z nich dochodziły i oczywiście onej obsesji pokazywania… nosz kurna, ile można? Jakby nie mogły sobie wziąć wolnego…

Ale pojawiło się Zerkadło i wszystko się zmieniło. Bo Zerkadło, choć było lusterkiem, dość niewielkim, owalnym z dziwnymi różyczami z drugiej strony i przeraźliwie czystą powierzchnią szklistą, ale…

… nie odbijało.

No serio, ni hu hu hu! W ogóle. Jakby całkiem go to dobijanie nie obchodziło, a jednak, zawsze czuło się, że jest gdzieś blisko i, że patrzy. No wiecie, jakoś tak dobitnie i obraca się dookoła własnej osi i oczywiście przechylało się i dziwnie krzywiło i opierało o Ojeblika – małą, uciętą główkę – i jeszcze, robiło miny!!! No serio, te dziwne zajączki robione bokami, te szalone potrząśnięcia, te dziwne… jakby przeglądało się w każdym, kogo spotyka i we wszystkim… Jakby tak naprawdę niczego nie odbijało, a i sreberko było na miejscu i szkiełko, i ta różana obudowa, a jednak nie działało. A może działało, tylko inaczej? Bardziej przerażająco? Może zerkało gdzieś indziej, gdzieś głębiej, gdzieś tam, gdzie nikt nie chciał, nawet jeśli to było jego własne coś.

Zerkadło było milczącym kawałkiem swojego własnego świata. Niby nie umiało się poruszać, ale jednak… wciąż znajdywano go w innym miejscu. Wciąż i wciąż. Raz na parapecie wiedźmiej łazienki, raz na ścieżce, którą wcale nie planowała iść, raz z plecaczku, który sprawił sobie Pan Tealight z jakiejś dziwnej skórki… a raz w takim miejscu, o którym nikt nie chciał mówić.

Nikt!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7588

Z cyklu przeczytane: „Córka pustyni” – … ech. Niby się nastawiłam, no strasznie na ona biografię, ale zderzyłam się ze ścianą i wciąż mnie boli.

Bo takiej meczącej historii w życiu nie czytałam. Opowieści tak powolnej, bez polotu, bez tego czegoś, bez iskry, skry i powalenia… Wydaje się niemożliwym, że ktoś, kto zaczynał istnienie właśnie w taki sposób, jakoś tak skończył, by stać się i filmem i intrygującą postacią i w ogóle…

Należy powiedzieć, że kocham biografie. Poznawanie ludzi, ich wersji zmagań się z codziennością sprawia, że uczysz się pewności siebie, mówienia nie, a tutaj macie rozpieszczoną, wkurniczająca młódkę… ekhm, i jej rodzinę, której historia strasznie mnie irytowała… więc…

Wrócę może kiedys do tej powieści. Może… może będę umiała przebrnąć przez nadmiar słów i nie dość życiowej skry. Przez to twarde pisanie. Może…

IMG_8143 (2)

I znowu rakieta…

A tak, nie pierwszy raz i przyznam się, że nawet nie chce mi się zerkać, od kiedy to ciągną. Może to przyzwyczajenie, może tak naprawdę niczego w tym nie ma… poza cudnymi duńskimi przekleństwami, na które można się natknąć w rakietowym eterze. No i śmieciami, których potem nie ma komu zbierać, a na które pieruńsko jestem cięta, no sorry, ale to wkurzające…

Bynajmniej pod linkiem możecie obejrzeć jak to dokładnie było. Od początku do końca, no i jak się skończyło. Powiem tylko tyle… ekhm, komentarze pod filmem są dość druzgocące. Łącznie z tymi o odwadze przyszłych kosmonautów, bo przecież to o to chodzi, by kiedyś wysłać zwykłego człowieka w kosmos… Tak się zastanawiam, że jak na naukowców, to kurna sorry, ale USA zbanowało program z powodu kosztów – albo może i spotkali kosmitów i oni im powiedzieli, że sobie nie życzą zaglądania w ich pola, wianki i posesje, no i zakładanie im googli jakiś i oczywiście facebooków, czy innych internetów. No przecież na pewno wszystkiego nam nie mówią, czyż nie…

Rakieta rakietą, ja tam wolę zostać na Wyspie. Na ziemi, kamieniach, pod drzewkiem, bo słonko daje jak uparta, żarząca się sąsiadka, która serio nie rozumie moich praw do jakiejś tam odrębności cielesnej i własnego spejsa… Wiecie, taką, która dużo gada, nie wymaga interakcji poza spoglądaniem na nią i oczywiście ciagle garnie się do waszej lodówki. I jeszcze nie ma jak się jej pozbyć… I oczywiście uznaje, że przecież robi to wyłącznie dla ciebie, bo to tobie tak potrzeba towarzystwa.

Żar z niebios żarzy się, dookolność grzmoci o deszczu, ale u nas jak nic susze. Aż człowiek stara się pocić nad roślinkami, chociaż pewno owo słone człowieczeństwo się skraplające nie działa na nie dobrze, no ale… nie wybrzydzają w takich okolicznościach. Powoli zastanawiam się nad sikaniem w ogródku. Podobno działa na koty, ale nie wiem, czy nie wyłącznie ono męskie… Próbowaliście? LOL

IMG_8771

Ostatnio staję sobie w cieniu i spoglądam na Turyściznę męczącą się na rowerach. Ktoś im nie dość, że wmówił, iż u nas Północ, to na dodatek jeszcze powiedział, że Wyspa jest płaska. Serio… to widać. Rozpoznaję własny wyraz ryjka u tej pani w niebieskiej koszulce, która wcześniej zlazła z rowera i zrezygnowana drepcze powoli w górę… w pełnym słońcu. Oczywiście, on, jej przyjaciel/partner/cokolwiek nadal próbuje udowodnić sobie lub jej własną wyższość, wszelaką moc i superanackość… ale i on w końcu staje. Przez chwilę drży na jednośladzie, przez sekundę zdaje się, że może tak po prostu stać na onych dwóch, wąskich, wypasionych, zapewne drogich kółkach, ale…

W końcu z niego złazi. A raczej się stacza, lekko się trzęsie, męczy się… mocno spocony, dziwnie zaczyna blednąć… Idzie powoli, spokojnie, jakby przypominał sobie jak się to naprawdę robi. Ale dobrze będzie, byleby tylko dotrzeć do jakiegoś cienia. Byleby tylko w jakiś sposób dać radę…

Ludzie kochani…

… kto Wam powiedział, wmówił, że poruszanie się po Wyspie w pełnym słońcu – czyli w okolicach południa, tudzież na zachód pod wieczór – nie jest dobrym pomysłem. Słonko wali jak szalone, jakby nie miało już żadnej osłonki, jakby naprawdę odbijało się od morza, a ono dookoła nas, a potem rżnęło Wam krwawe tatuaże. To naprawdę nie jest dobry pomysł. Potem takie osobniki, w tych swoich sztucznych ciuszkach, które nie pachną różami, męczą się w miejscach dostępnego cienia. Leżą na trawie i ledwo dychają, gdy jeden z nich, ten najbardziej chodliwyw, udał się do sklepu w celu nabycia wody i jakichś batoników… oczywiście batoników nie dostał, bo przecież u nas ino po zdrowemu się żre. Nawet Nutellę chowają!!!

PS. Do dziś pamiętam wyprawę na Christiansø i spotkanie biednej dziouszki, która oczywiście dostała okres, a z Gudhjem miała wrócić na pole namiotowe po drugiej strony Wyspy… do dziś pamiętam jej ból. I moją ulgę, że ja nie muszę. Panowie! Dbajcie o damy, bo one często mówią, że mogą, a potem… umierają.

IMG_8811

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.