Pan Tealight i Gang MendeDuz…

„No napadły ją…

Oczywiście, że mimo chłodu wody chciała się pomoczyć. Może i potrafi się unosić na wodzie, ale jednak kurcze, widok to śmiechu godzien, więc bilety były już wyprzedane. Zarazem one wodne, lądowe i powietrzne, a jednak… nie zauważyli ich. Ot pewno Syrenice myślały, że to jakieś znajome znajomych i tak jakoś zaatakowały!!! Kraken Wielki też trochę w ukropie przysypiał, a zresztą obżarł się na nocnej imprezie i mocno ekonomicznie dogorywał… a cała reszta, no cóż… raczej po prostu nie widzieli początkowo w tym czegoś groźnego, w końcu na Wyspie…

Raczej wszystko spokojne.

Kto mógłby się spodziewać, że te maleńkie, lekko przezroczyste implanty porwą Wiedźmę Wronę Pożartą? No kto? Bo i po co komu taka Wiedźma? No im była potrzebna, ale reszta świata nigdy nie rozumiała i nie partycypowała w tej potrzebie, więc dlaczego… by zmywała? No dobra, lubiła zmywać, zawsze mogła przemyśleć pewne sprawy w różnym temacie, gdy ręce głaskały metale i porcelanki, ale ile moga mieć meduzy garów? No dobra… ostatnio Wiedźma Wrona zajęta była lakierowaniem pustych muszelek, więc może o to chodziło? Może?

Czy krzyczała?

No pewno, że nie! Próbowaliście kiedyś?!!! Trudno się krzyczy, gdy człowiek stara się oddychac i panikować w tym samym momencie, a potem gdy ktoś nagle maca człowiek po tyłku, odciąga, pociąga, szamocze… nagle gdzieś cos wybucha, nagle dziwny grzyb się unosi nad falami, nagle… bo widzicie, Pan Tealight ostatnio był wkurzony. Był wkurzony tym, że pojechała bez niego. Rozumiał, ale jednak czuł coś w sobie, w tej swojej szarości stalowej, coś… i dlatego ostatnio bardziej i jakoś inaczej ją pilnował, i gdy tylko jego umysł Przedwiecznego ogarnął to wszystko, zwyczajnie skoczył i wyrwał z nieparzących odnóży onych implantów swoją wiedźmę. I sobie ją zabrał i w końcu… znowu panował nad światem. A topiona galaretka z meduz nie smakowała rybami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2046

Z cyklu przeczytane: „Hania B. Magiczny weterynarz. Skrzydła wróżki” – … dla nie do końca najmłodszych oczywiście. Cudowne rysunki, zabawna okładka w łagodnych pastelach.

Syreny, jednorożce, smoki, nimfy, duszki i elfy. Czyli wiecie, to, co zwą bajką… znaczy zwą tylko ci nieuświadomieni, bo inni wiedzą, że to prawdziwy świat. Hania Bielecka wie. Na jej ręce migoczą wisiorki, dzięki którym dobrze wie kiedy ta tajemnicza kraina jej potrzebuje. Wtedy może się do niej przenieść uciekając od problemów w szkole, ale też wiedząc, że magiczna kraina, to nie żarty i same dobrze przygody.

Malownicza, urocza, niesamowita, ale też nader bajecznie spokojna opowieść. O stracie i naprawianiu szkód. O pragnieniach i marzeniach. Wiecie, ot opowieść dla młodszego czytelnika, o przyjaźni i o tym, że warto stawiać czoła przeciwnościom, bo to, co niemiłe… można naprawić.

IMG_5657

I spaceruj…

Bo przecież to fajne jest. Uważaj jednak na pobocza wszelkie, bo skore są do noszenia w sobie gówien kocich i psich. Nie rozumiem wciąż dlaczego ludziom tak trudno zabrać ze soba do lasu małą łopatkę, swojską saperkę i zwyczajnie zakryć kupeczkę. No wiecie, ziemią i liściowiem i może igliwiem jeszcze, albo wepchnąć ją pod konar. Dobrze przynajmniej, że nie idą z workami do lasu tylko po to by idiotycznie zawiesić je na gałeziach. Kuźwa ludzie, serio jesteście w mózgowym odwrocie!

Ale dziś idę sobie i lasem i skałami nabrzeża mocno zachodniego. No… mniej więcej. Idę do Vang. Do maleńkości nadmorskiej, ot drobiny, kilka domków na krzyż, w większości i tak mało kto mieszka rzez cały rok. Do portu, który dość szeroki, ale jednak pustawy. Gdzie cudnie rdzawe sieci się suszą i domki łódkowe stoją sobie szepcząc, gdy wiatr je muska… W pustawej kawiarni ludziszczaki, co morzem przybyły siedzą i jedzą i piją… szosą nagle przebiegło stadko koni, bo przecież czemu nie, zaraz za galerią zmieniły się w morskie konie, więc spokojna głowa! Może i trochę posrały, ale dzięki temu grzyby będą za rok! A może i jagody?

Cudne te łódeczki, aczkolwiek dziwna plama alg niezbytnio. No nic na to człek nie poradzi, nosz kurcze nie damy rady, dobrze, że choć jakoś wybuchowo nie kwiatną, czy coś. Taka ilość chyba nas nie zabije, co nie? Chyba? A zresztą nawet jeżeli, to kurcze damy radę, bo raczej nie damy rady pozostać w tym skwarze w jakiejś bezwodności. Szczególnie jak się patrzy na ten błękit… widok z Vang na Hammershus. Odlotowy! Błękit nad błękitem pod błękitem. I lekka linia wybrzeża z mocnym, poduszkowatym klifem. Jakby wszystko tutaj było stworzone tylko dla odpoczynku. Tylko i wyłącznie. Ale wracajmy do łódeczek i tych wodnych odbić. Zielonkawości i niebieskości, czerwieni i pomarańczów. Pewno ktoś se pomyśli: ależ ta woda brudna, a to tylko… odbicia. Czarowne. Może i w rzeczywistości jakieś lustra z drugiej strony, z innego świata, podwodnego, a może jednak mgnienia i wrota…

Może?

IMG_2042

Tupta człowiek po skałach i szalenie się napatrzeć nie może. Ni na ową błękitność w dole, ni owe fiolety i różowości przekwitających powoli wrzosów. Pojedyncze brzozy, które w niektórych miejscach stworzyły maleńkie, pochylone niczym w burzących się domkach, ściany… złożone z kilku brzóz tak mocno splotły swoje konary, że tworzą teraz połowę namiotu. Ćwiczone solą morza i oczywiście wiatrowością, jakoś tak trwają gubiąc jesiennie liście. Genialne…

W brzozach jest jakaś taka moc i wrażliwość. Nawet, jeżeli już zaczniesz to w nich akceptować, jak już zwyczajnie wiesz, że coś takiego jest możliwe, masz na to dowody i w ogóle… to i tak sikając w kolejnym brzozowym, naklifowym zagajniku, jakoś tak możesz się zachwycić tą grubością kory i jej rzeźbieniem, albo cienkością, papierowością? Spróbujcie! Spójrzcie na brzozy. Może zauważycie, że one gapią się na nas przez cały czas!!! LOL Serio!!! Cały czas!!!

A tak w ogóle to gorąco jak cholera. Niby człek wie, że to tylko słońce i jego nadgorliwość, ale kurcze, jakoś tak strasznie pali, męczy roślinki, zabija je na śmierć… i tak mi ich szkoda. I gorąco, a w powietrzu ta cudowna jesienna aromatyzacja, a kurcze męczy. Wyjść się nie da. Zjeść lodów w spokoju, właściwie w całkowitej spokojności portu. No poza kilkoma miejscowymi, którzy coś świętują, nikogo. Nikogusieńko. Tam ino gdzieś syrena i inne tam kormorany, ale… cisza. Spokojność. W porcie na wodzie pływają kolory, słońce powoli zachodzi w to miejsce, w którym żyje, gdy zaszło, no wiecie, mówią, że to inne kraje, ale im nie wierzę. Serio. Jak nic mają kilka słońc i tak je ino wypuszczają po jednym, a tamte może zjadają? Może magiczną pigułkę ze słońca zaszniętniego robią? Kto ich tam wie kurcze! No kto?!!! I kto im udowodni, że słonko tego nie widziało?

A te pigułki jak nic dietetyczne są i można jeść wszystko, a się nie tyje! No serio Wam mówię, że są!!! Jakoś chudzi nie grubną! Muszą być na pigułkach.

Bogacze i burżuje!!! LOL

IMG_2035

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gang MendeDuz… została wyłączona

Pan Tealight i Niekochane Misie…

„Istnieją takie.

Wiecie, te nowe całkiem, jeszcze nie znające ludziów, jeszcze niepotrzebne… jeszcze zawieszone w nicości. Te produkowane w tak koszmarnych kształtach, że po prostu nie możesz ich dotknąć, zresztą plastik parzy i śmierdzi… ale jednak, to miś. Miś… więc chcesz, więc czujesz potrzebę, bo on patrzy i czeka, aż pozwolisz mu zyć…

Te niekochane misie przypominają ludzi zombie. Nocami szlajają się po miastach tworząc gangi wszelako pluszowe, jednak i całkowicie uliczne. Mocno koszmarne z naderwanymi uszkami, czy łapkami, z okiem lekko dyndającym w okolicach nosa, lub nawet miejscu, gdzie zwykła być żuchwa. Niekochane, niechciane, niekupione. Ogólnie mówiąc nadprodukcja, która jednak przecież chce… zyć!!!

Misie.

Jedne małe i słodkie, ot nazbyt wiele reklamowych tworów, miały mieć koszulki z nazwami miast, firm, ale jednak się konsorcjom nie spodobały. Albo te na prezenty robione, na dzień matki, dziadka i babci… urodziny, imieniny, wielorakie obecnie śluby i wszelakie rocznice czy święta. Gotowe na życie, przytulanie i ściskanie, bycie po prostu blisko. Czekające, w końcu powoli tracące nadzieję, aż przyszedł ten moment, gdy zrozumiały, że świat się nie zmieni. Nie dla nich…

Niekochane Misie kierowały się na Wyspę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7589

Z cyklu przeczytane: „Wodny nóż” – … prawdziwe. No sorry, ale w obliczu ostatnich zachowań USA contra ludy zwane pierwotnymi, Indianami itd. itp, wiecie, poprawności polityczne… jakoś to wszystko jest prawdziwe. Nie tyle fikcja przyszłości, co… to, co już się dzieje.

Bacigalupi.

Człowiek, który pisze tak, że wiesz, że już lepiej nie będzie i dziwnie się zaczynasz z tym czuć i już nie możesz przestać, ale przynajmniej ma kolega dziwne dla nas nazwisko. Jakieś pocieszenie? LOL Tym razem oto jest USA przyszłości. Przyszłości, w której woda to skarb niedostępny. W której o wodę się walczy… hmmm, przyszłość? Serio? Z tego co pamiętam to już się dzieje, więc może autor chce nam coś powiedzieć? Coś więcej, niż tylko: szanuj zieleń? Może…

Bynajmniej, nawet jeśli staramy się o tym nie myśleć, jeżeli tylko po prostu umiemy to odsunąć, i tak książka, ta historia… uderza. Miażdży Was swoją mistyką, ale i kopie dosłownością. Jest bogata, mocna i pełna. To na pewno nie opowieść na codzienne czytanie. Możliwe, że będziecie musieli tą lekturę przerwać i przegryźć czymś lepszym, ale i tak warto… by podpatrzeć jak można pisać, albo… by coś przeżyć. Bo oto jest opowieść o walce i odpowiedzialności, o wszelkich bytach, które drzemią w ziemi, ale przede wszystkim o ludziach… i to o tych, których osobowości nie należą do świętych.

IMG_2115

Jedzonko, jedzoneczko, mniam mniam mniam, jedzonko no… co cię pożre, zmieli i wydali. I zmieni. Bo czytanie to zło!!!

IMG_1525

Jesiennie…

Gorąco, gorąco, gorąco…

Serio, takich temperatur, duszności i wszelakiej ciężkości dawno nie czułam. Pogoda sprawia, że z jednej strony chcesz wybiec na zewnątrz i podpatrywać liście, a z drugiej, najchętniej wróciłbyś do swojej lodówki. Gorąco… doprawdy męcząco wrząco i wszelako bezdechowo! Jest…

Woda śliczności i serio może chłodniejsza, ale przy takiej temperaturze, bez przesady, spokojnie można skakać. I pływać i bawić się i fikołkować. Bo pięknie jest i pusto i cudownie. Po drodze na plażę zbierzesz sobie grzybków na sosik, no chyba, że Niemcy cię uprzedzą. Bo Tubylcy to raczej mało grzybni są. Ogólnie, u nas nawet Gorącego Kubka Pieczarkowego brak. A ja go kocham! Pieczarki są, z Niemiec lub Polski, ale cała reszta, oj nie… Człowiekowi wychowanemu na grzybach i mękach ich zbierania, albo wiecie, jagód… yyyyyy jak człowiek to widzi, to jakaś klapka się mu jednak otwiera w głowie i zbiera. Zbiera i zjada. Albo tylko zbiera i wącha… jesienność.

Problem?

Meduzy.

No niestety, są.

Spotyka się je, gdy człek zanurkuje, albo gdy macha łapami i odnóżami wszelkimi w dzikim pokazie szaleńczego tańca wodnego, który on uznaje za pływanie… mogą przerazić. No dobra, może i nie parzą, ale serio, taka galretowata masa przemykająca między nogami, to trochę szaleństwo. I po ostatnich doniesieniach w sprawie importów meduzowatych z innych krain, chcesz być bardziej ostrożny, ale… kurde, pływać się chce, więc zamykasz oczy i skaczesz i udajesz, że ich nie ma. A może i ciebie nie ma, bo woda pachnie tak jesiennie, gdy trzymasz nos ledwo jej nie tykający, gdy młócisz gęstość łapami i coś tam wyczyniasz z nogami… gdy tak po prostu płyniesz i wydaje ci się, że to takie łatwe, normalne i zwyczajne… a potem ramiona rwą.

AŁA!!!

IMG_0044

Kolory się rodzą…

Z każdym dniem jest ich więcej. Jedne dopiero się pojawiły, tamte znowu lekko się zmieniły. Niby człowiek wie, skąd się biorą kolory na drzewach i wciąż się nie otrząsnął z wrażenia po tym, gdy uświadomiono mu, że one są tam zawsze, ale… jesień fascynuje. Serio! Spotkanie na drodze burgundowych liści może zmienić bieg wydarzeń wszelakich. Może to tylko jedno drzewo i zabawnie wygląda takie inne w objęciach gałęzi tych wciąż zielonych, ale jabłonie i czereśnie tak już mają.

Obecnie spacer po Wyspie, to trochę szaleństwo. Jest tak sucho, że szczególnie chcesz wpierdolić idiotom z Turyścizny, którzy wjeżdżają samochodami tam, gdzie nie wolno. Tumany kurzu wy! Czy serio świadomość wywołania pożaru, który mógłby spokojnie pochłonąć tutaj wszystko, nie budzi w was jakiejś rozumowości? No weźcie się jebnijcie w dekle i przestańcie. Nogi są od tego, by chodzić. A te wielkie brzuchy trzęsące się nad modnymi paskami na pewo poczują się lepiej będąc unoszonymi na niewielkiej odległości kilometra czy półtora. Serio! Niepełnosprawnych nie widziałam, żeby nie było. Zresztą, dla nich mamy śliczne zejścia do sporej części plaży, więc tutaj chodziło wyłącznie o głupotę, bezmyślność i wszelakie lenistwo.

Tracę spokój ducha, gdy widzę idiotów. A już szczególnie tych, co to przyjeżdżają i ponieważ są NA WAKACJACH, więc odmawiają myślenia… nie trawię totalnie. Oj oczywiście, że robią w pióro wspaniałym elementom Turyścizny, które biorą rower między nogi i jeżdżą jak należy. To właśnie tumana zajeżdżającego ci drogę się zauważa, gdy po wykonaniu durnego i możliwie śmiertelnego w wielu skutkach manewru, idiota się rechocze… też się rechoczę i telepię po tym, jak przeżyłam jego głupotę. I dziękuję prawu, że nie dozwala karabinów i bazook na przodzie auta…

… bo bym strzeliła.

IMG_1086 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niekochane Misie… została wyłączona

Pan Tealight i W Ciężkim Powietrzu Śnieg…

„No serio…

… zarzekała się od samego rana, bo znowu coś jej śnienie nie szło, że kurde czuje śnieg. Może nie przez cały dzień, który swym żarem zachęca bardziej do rozbierania niż oczywistej przeciwności, ale jednak…

Czuła go. Bezczelnie w ryj Panu Jesieni!!! Czuła śnieg, oną cudowną, wyrazistą mroźność w przestrzeni, słodycz bałwanowatości, spokojność wietrznych dni i niespokojność wietrznych nocy. Po prostu zimę…

… ale nie wiadomo dlaczego to czuła, bo od jakiegoś tygodnia na Wyspie zapanował Pan Upał. Obrzydliwy, tłusty osobnik o dziwnych, nalanych kształtach pocący się chyba na akord i wszelako woniejący tak, jakby w życiu nie chciał się onej swej potliwości pozbyć. Wiecie, jakby ja zbierał, wałkował i nosił po kieszeniach… bo miał kieszenie. Widzicie, osobnik w formie ludzika M. ale w różowości skórki swej, z brodą pełną dziwnych wodorostów i jeszcze, na dodatek aromatyczny, w fartuszku w kwiatuszki, który niewiele zakrywał i nazbyt wiele odsłaniał.

Jak wam wiadomo Wiedźma Wrona Pożarta kochała zimę. Cudownością napawała ją też jesień, ale upały w jej prawie już jesieni były raczej niedopuszczalne, dlatego… siedziała pod Mroźnym Smokiem i złorzeczyła światu. Wszelkim pogodowym zmianom, klęła na brak chmur i ogólnej północnej wiatrowości. No bo wiecie, więcej przecież zrobić nie mogła. Bo jak? Pokręcić Śnieżną Kulą?

A może tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4746

Z cyklu przeczytane: „Julia i czarne owce” – … tom drugi opowieści dla wczesnych nastolatek. Opowieści dobitnej, nie unikającej poważnych słów, ale i zabawnej. I spójrzcie na to słodkie wydanie! Twarda okładka i słodkie kolory… można zapragnąć powrócić do tego czasu, bez wyprysków, okresów i takich tam spraw. No wiecie.

Jak dotąd, seria o Julii to moje objawienie w temacie książek dla około dziesięciolatek. Właściwie nie tyle książkę, co pamiętnik. Pamiętnik, któremu się zwierza dziewczynka. Zakochana, zajęta rodziną i szkołą. Wiecie, zwyczajność i normalność. Młodsze rodzeństwo, przyjaciółki, dojrzewanie i dziwne rozkminy…

Uwielbiam tę autorkę! Serio! Jest dobitna, a jednak prosta. Naturalna, a jednak i dziwnie bajeczna. Prawdziwa, a… serio daje się czytać. Wciąga i śmieszy, ale też w końcu, w którymś momencie wzrusza i czujecie, że czegoś się nauczyliście. A może tylko przypomnieliście sobie jak przesrane mają nastolatki?

Może?

IMG_5642

A na Wyspie zaczyna się jesień.

W powietrzu czuć już ten oszałamiający zapach i choć ciepło, to jednak inaczej ciepło. Wieczory chłodniejsze na tyle, że kurcze strasznie. Do tego w wodach pojawiła sie ta śmiercionośna żelka, znaczy wiecie, no meduza, która przybyła tutaj w wodach balastowych i straszy. A i tak ciągnie mnie do wody, bo choć woda chłodniejsza, to kurna taka czysta, że szkoda nie wskoczyć.

Plaża przy Melsted to niesamowite, białe szaleństwo piasku i kilku, pochylonych nad rzeczką wierzb. Zieleń, błękity wszelkie, niebieskości i oślepiająca biel. A jednak ludzi już niewiele, więc… można zaszaleć naprawdę. Można!!! Dookoła te trawy w kolorze ecru… po prostu bajka. I te lekko się czerwieniejące cosie wystające ze słonych fal tuż przy nabrzeżu. Kurcze, może to i zwykłe zarośla mokradłowe, a może coś innego, nie wiem, ale odcień purpury jaki czasem mają, serio cudownie się zespaja z całą resztą.

Jesień…

Może dopiero kilka klonów i dąbków przybrało swoje jesienne barwy, ale to już jesień. Serio. Ten czerwony taki już, a na tej brzozie pierwsze żółte wiatraczki. Gdy tylko wiatr zawieje, od razu coś się zmienia w powietrzu. Wspinam się na skały, które kurcze mimo iż nie zmieniają kolrów, to pasują swoimi różami i siennami do każdej pory roku, to jednak do jesieni jakoś najbardziej. Linia nabrzeżna po prawej i po lewej, maleńkie, malownicze chatki, niczym wiecie klocki Lego. Do tego drzewa i cudowna pustka na wodach. Tam gdzieś w oddali tylko biały żagiel, ale może to ten stary człowiek, co wiecie, nie powinien, ale może, więc to robi? Ludzi mniej, znaczy Turyścizna w pełnym odwrocie. Jeszcze wrócą jakoś w większej ilości pod koniec września, ale na razie… pustki. Sklepy mają przeceny, no i wiadomo, nawet miejscowy może sobie zaszaleć.

Ale miejscowi, ci co wyjechali, tez wracają z tych, czy innych Majorek. Jakby im kurcze Wyspa nie starczyła. Ech… marudzielce no!!!

IMG_4595

Nie mogę się doczekać pełnej jesieni.

Wiecie, tej gęstości powietrza, dziwnie ciepłego, a kurcze jednak chłodniejszego już. Tej wody, która też przybiera jesienne barwy, wodorostów przemieniających się i ucieczek na plażę, pustą całkowicie, z tak przejrzystą wodą, że strach. I oczywiści liści kolorów. Tych skórzanych i tych bajecznych… i wiecie, owego zwolnienia, a jednak pragnienia częstości bytności nazewnętrznej.

Po prostu.

Kocham jesień. Jest niesamowita. Piękna, zachwycająca, a to światło… ja pierdzielę! Problem z nią taki, że trwa chwilkę. I chociaż u nas nieczęsto sa jakieś słotne dni, to jednak liście w końcu odejdą i poczuję ten smutek, a jednocześnie pęd ku świąteczności, i modlitwy o śnieg. Wiecie, nowenny i psalmy i takie tam. Może niektórzy modlą się o coś innego, ja jednak potrzebuję śniegu!!! Ale na razie wystarczą mi liście, które stalkuję nagminnie. Taki ze mnie szeleszczących prześladowca. A co… wolno mi. Na razie jeszcze tego nie zakazali.

Na razie…

Kurcze…

… ale durnie tak siedzieć pod klonem i czekać, aż sie wybarwi, a potem zrozumieć, że się mrugnęło, a liście już kurcze na ziemi. Ech… Ale damy radę. Bo w końcu oddychanie Wyspą jest najfajniejsze. I lato mija, a to doprowadza mnie do rajcującej wesołości!!! Ha ha ha! Oto ja niekochająca lata! Bleeeeee!!! Jeśli jednak postanowiliście zaryzykować jesień na Wyspie bądźcie gotowi na fajne przeceny, oraz inne godziny otwarć wszelakich sklepów i jadłodajni. No… niektóre to już są zamknięte, no ale… przecież można bez nich żyć. My żyjemy pół roku co najmniej! Da się!!!

IMG_4270

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i W Ciężkim Powietrzu Śnieg… została wyłączona

Pan Tealight i Złoty Cielec…

„No przywiozła go. Złotego Cielca.

Symbol nad symbolami, aczkolwiek… widzicie, no jak zwykle to zrobiła i Złotego Cielca przywiozła w formie dziwnej, innej, całkiem miniaturowej i ogólnie maciupkiej, specyficznie mini mini i oczywiście… złoto-bursztynowej. Ze sporą, pękata dupką i dziwnym wyrazem nibyryjka. A może to jednak mutant jakiś? Kurcze, kto go tam wie? No nie mówi. Pan Tealight sprawdzał wszystkie języki i nie reagował, ale oczywiście zjadł co dali i ogólnie mówiąc grzeczny jest i sika gdzie wolno, a nie tam, gdzie trzeba. Myje się, nie śmierdzi… a może śmierdzi, ale taki mały jest, więc nie czuć?

Złoty Cielec.

Przywiozła go, bo chciał tutaj. Nie chciał siedzieć tam, w mikromuzeum i być czyconym. Miał dość tych ofiar z dziewic, onych ciasteczek i wszelakich odymiań. No dość miał. Pieśni, modłów, nowenn i innych tam psalmów. Całej tej boskości, co to cięższa jest niż komentarze na Fejsbuku. Spróbujcie. Żadne tam celebryctwa, tylko jebana krytyka, że tego nie spełniłeś, żeś mocniej kragły niż nam się zdawało…

Złoty Cielec.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0999

Z cyklu przeczytane: „Taniec w ogniu” – … tom drugi. Czyli tylko środek? A może tak naprawdę wciąż początek? Wiecie, sprawy pomiędzy nauką a magią?

Lily i Lillian, Rowan i Tristan, Juliet… tak, cała akcja znowu przenosi się w nasze czasy, ale to, co zostało tam, wciąż jest jakoś obecne. Wiedźmy i ich mechanicy, wojna, kłótnia, ale i przyjaźń. Tylko, czy po tym wszystkim ona może być znowu uczennicą? Udawać, że jest tylko człowiekiem. A może nie musi? Przecież ma przy sobie przyjaciół. Rodzinę… ale, jak zaakceptować to, co się stało? I jak… myśleć samodzielnie?

Okaleczona bohaterka i jej moce… niby już było, ale jednak intryguje. Typowa młodzieżówka, w której pełno uczuć i nastoletnich rozkminiań zostaje zabarwiona specyficzną magią. A poza tym, jak zwykle. Czyli można się bawić, można wczuć w opowieść, można nią żyć…

IMG_5639

Szwecja…

Dla mnie to wciąż niewiele, Malmö, Ystad i kilka kamiennych kręgów. A teraz i Göteborg… i tramwaje niebieskie. Całkiem maleńko… wiecie, trochę owej nadmorskości, która serio przypomina bardzo Wyspę. Trochę głębszej niemorskości, trochę skał, spokojności równej ziemi, zaniedbanych domków, zapomnianych maleńkich mieścin i tego tam Subwaya, w którym nie można płacić kartą… a tak, właśnie taką jawi mi się Szwecja. Cichością po sezonie, pustką w tych miejscach, które w lecie są zatkane po dziurki w nosie, albo w czymś innym… i gwarem, przerażającą głośnością miasta. Ale serio głośnością. Gwarem dziwnym, poruszeniem… jakby istniały dwie Szwecje w wymiarze geograficznym i dwie Szwecje w wymiarze czasowym.

Göteborg…

… wygląda jak Wrocław i trochę Krakowa. Serio. A te tramwaje są przesłodkie! Czadowe i lekko bajowe, wszystkie niebieskie, ale… no właśnie ono ALE! Niepiwne ALE. Ale brak w tym mieście jakichkolwiek znaków płaskich w centrum. Tam, gdzie autobusy i tramwaje ich nie uświadczycie, więc jeśli się nazbyt nie ogarniecie po wysiadce z promu – bo tym razem płynęłam z Danii – łatwo o wypadek. Zresztą ścisk i moc ludzia wszędzie, a wystarczy wyjechać z centrum, jakoś tak opłotkami wydostać się z miasta i już… znowu cisza. Znowu szosa, lasy, skały, wszelakie tam pustkowości. Szukałam konia, ale nie znalazłam. Widzę w tym przepowiednię, że jednak uda mi się dotrzeć do Dalarny!

Może?

IMG_1041

Svarte…

… jedyne miejsce, w którym kurcze nikt nic nie wie o kamieniach. Dziwna sprawa, co nie? Mają i nie wiedzą, a może rzadko ktokolwiek obcy o nie pyta? Może w rzeczywistości okryte są one wielką tajemnicą i wszelaką niewidocznością… może tak naprawdę niczego nie widziałam, o niczym nie słyszałam. Może pobliskie Ales Stenar zabrały cały blask i poświatę? Może?

Ale są, stoją tutaj. Na dziwnej przestrzeni pomiędzy tutaj i tam. Niezbyt duże, a może wielkie na swój własny rozmiar? Kto to wie? Dziwne, malejące, zagubione, a jednocześnie dumne. Jednocześnie? Z jednej strony szosa, z drugiej wyłom w krzakach prowadzący do maleńkiego portu, tam kilka łódek i trochę porzuconych maneli. Pewno można tutaj popływać, a może i zapatrzyć się w dal? Tylko dlaczego one tutaj stoją? Tylko dla spotkań? Tylko dla ludzkich szczątków?

Kamienie.

… przy jednym z nich pojemnik, miś i dzbanek z kwiatami. Czy wspomnienie, pamiętanie, wypadek? Przechodni pomniczek, tudzież utrzymanie chronologii stanowiska? Któż to może wiedzieć? A może wie wielu, ale nie chcą o tym mówić? Zresztą i po co? Sam obrazek jest wystarczająco przygnębiający. Ale czy tak naprawdę smutek tego miejsca przynależy do morza czy drogi? Bo te kamienie stoją w takim zawieszeniu pomiędzy ludźmi i syrenami… tym mokrym i wietrznym, pędzącym. Tym człowieczym i mitycznym, wychodzącym z wody tylko nocą, gdy ludzie udają, że niczego nie widzą, by nie stawiać czoła fanatykom religijnym i naukowym…

Dziwne miejsce. Odarte z sacrum, a może już całkiem niewidzialne? Podobno sporo takich w Szwecji. I wiecie co, chcę się dowiedzieć, czy naprawdę…

IMG_1035

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Złoty Cielec… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Jesień…

„… no z nią przylazł. Jakoś tak się wkradł? A może jednak było odwrotnie i tak naprawdę to on się wkradł, bo jej nie było? Ale gdzie była…

Właściwie, to Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wróciła, ale nic nie powiedziała. Przywiozła cukierki i pół kilo muszli, dwa kilo magnesów i dziwnego prosiaka, tonę kartek i oczywiście zdjęcia i wspomnienia i piach, jakby tutaj nie było. Ojeblik – mała, ucięta główka, udawała obrażoną dopóki nie dostała swojego prezentu, małego łosia… dla Pana Tealighta była sól, bo czemu nie, a inni dostali taki rzeczy, o jakich lepiej nie gadać, więc zamilczmy. W końcu nie wszystko o wszystkich trzeba wiedzieć, czasem lepiej, no… nie wiedzieć…

Wróciła i wszystko jakoś tak było już lepiej, bardziej balansująco, bardziej wszelako poprawnie. Wróciły spacery, lekkie pojękiwania, wszelakie marudzenia i lody wieczorem i jeszcze te dziwne uściski z drzewami i… Wyspa znowu tak jakoś była dla nich w porządku. A co Pani Wyspy na to? Cóż… ona przecież, jak zwykle zresztą czego nie wolno ukrywać, wszystko wiedziała.

Wszystko!!!

Ale dlaczego ją puściła? Może po to, by Pan Jesień przyszedł? Wiecie, niespodziankowo, bo Wiedźmie z Latem nigdy po drodze nie było? A może miała inne intencje? Może tak naprawdę ją wypożyczyła, a może… Szkołę Wiedźm ktoś planuje założyć i one zaleją świat i już nudno nigdy nie będzie, choć wkurzająco zawsze?

Może?

Bynajmniej Pan Jesień był w tym roku dziwnym, szarym człowieczkiem o długich, jasnych włosach i małych, przymrużonych oczkach. Miał na sobie zwykły, szaro-czarny dresik i buciki w tym samym deseniu i uśmiech miał piękny i równy. Szczuplutki był, ale silny i w ogólnej sile wieku… i tylko, widzicie, tylko jego oczy były tak naprawdę jesienne. Pełne tych barw, mocnych i szeleszczących, tej dziwnej nostalgiczności, ale i dziwnej uległości ostatnim ciepłym promieniom słońca, leniwości i wszelakim rozrywkom przynależnym letniej porze roku.

Jak nic… dziwny był. A może tylko dziwniejszy niż to wszystko, co tutaj zawsze i codziennie, zwyczajanie dziwne?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3345

Z cyklu przeczytane: „Summoner. Zaklinacz 2. Wyprawa” – … tom drugi przygody. A może tak naprawdę życia młodego Fletchera? Zaklinacza i sieroty? Chociaż, czy wciąż sieroty? Bo przecież drugi tom wniósł wiele…

Nie uprzedzając faktów, oto opowieść o procesie. O wojnie, przyjaźni i oczywiście dorastaniu. O prawdzie i zaufaniu. I jeszcze o polityce, bo w końcu wszystko dzieje się w miejscu aż od niej tętniącym. Sympatyczna młodzieżówka dla młodszej młodzieży, która jeszcze wiele nie przeczytała.

Jeżeli potrzebujecie pasjonującej przygody pełnej magii, dobrze trafiliście. Jeśli jesteście młodsi wiekiem, tym lepiej trafiliście, bo starsi zauważą pewne wtórności i zapożyczenia. I jeśli… właściwie, to przecież każdy potrafi powiedzieć, czy chce coś przeczytać, czy nie? Może wystarczy nadmienić, że książka zawiera pokemony – znaczy sorry, wciórności te wszelkie modowe wstawki w opisach, demony zawiera ta opowieść, oraz krasnoludy i elfy? Wystarczy?

PS. Trzeci tom się pisze!!! LOL

IMG_5644

Skagen…

Płasko.

Bardzo płasko.

Może i rozpieściła mnie Wyspa swoją różnorodnością, ale to miejsce, czubek Danii, zdaje się być tylko przez przypadek nie do końca zalany. Przecina go cos na kształt autostrady, która prowadzi do końca. No dobra, do prawie końca. Do tego miejsca, gdzie już tylko wydma, a potem płaski piaskowy brzeg i woda, a raczej wody. Niemieszalne. Dziwne to wszystko.

Tupta sobie od parkingu człowiek niecałe dwa kilometry, by popatrzeć na cypelek zalany lub nie, w zalezności od fal, gdzie stykają się Morze Północne i Bałtyckie. Stykają, ale nie mieszają. Muszę im uwierzyć na słowo, bo z punktu widzenia niskiego człowieka, raczej nic nie widać. Ot są fale, kotłują się, przepychają, drażnią się ze sobą, dziwnie atakują się wzajemnie, jakby nie potrafiły się dogadać, a może w rzeczywistości się kochają i wiecie, czubią się? Tak od wieków i wieków? Może… kto to może wiedzieć? No kto? Stoję tutaj, przede mną grupka ludzików różnistych, jedna parka w kaloszach… po kiego grzyba kurcze w kaloszach nad morze? Rozumiem, że temperatura nie tropikalna, ale serio mocno ciepło, pod stopami wielgachne zezwłoki jakichś meduz, może to o one im chodziło… całkiem kolorowych, jak nic bardziej żracych niż chełbie. Ogromnych, większych niż męski łeb. Niż patelnia. Duża patelnia. Do tego muszelki i pojedyncze krzemienie. I piasek… taki inny niż na Wyspie. Brudniejszy dziwnie, jakiś ciemniejszy i bursztyny, ale nie widzę żadnego, a może widzę, tylko nie umiem rozpoznać?

Koniec świata.

Stojąc na owej płaskości czuję się dziwnie goła. Odkryta i całkowicie przemakalna. Taka wystawiona na pośmiewisko, wszelkie Twittery i inne tam Instagramy.

Goła… potrzebuję jednak do życia i lasów i buszów, krzaków, a nie tylko tych dziwnych latarni, które były ino ogniskami na patyczkach, zakopanych kościołów i wszelakich wodności. I bunkrów. A tak, bunkry tutaj mają, ten z napisem Zimmer Frei – naprawdę wzbudził we mnie szalony rechot.

IMG_3317 (3)

Muszle, kraby i rozgwiazdy…

To fascynujące, że na tak oddalonej północy jest to wszystko. W niewielkim, ale jak zaznaczają media wielce się rozwijającym, Sæby świat się muszeluje i bursztyni. Pewno za sprawiają miękkości wybrzeża, pływami i wszelakimi cudami morskiego świata, ale wciąż oszałamia to jak różnorodne i wielokrotne muszelki tu mają. Nachylam się nad sporą łachą onej bogatości i już wiem, że szybko mnie stąd nie wyciągną. Oj nie. Bo tutaj taka spiczasta, tu okrągła, różowa, niebieska, z szarymi wstawkami…

Muszele!!!

Bajka.

Może i ten lekko zielonkawy stwór, krab subtelny z wielkim, wymalowanym na grzebiecie okiem, lekko doprawił mnie zawałowo, ale trzymam się dzielnie… maciupeńka rozgwiazda najzwyczajniej w świecie mnie rozczuliła. Łażą po niej mrówki, różowiutkiej takiej, lekko koralowej, jaśniejszej dołem, ale może jeszcze, może jeśli ją rzucę w wodę… pożyje? Może? Miękka jestem… a może zwyczajnie jakos tak życie mnie fascynuje. Wole gadać z tymi mniej żywymi, ale jeśli chodzi o zwierzątka i roślinki, wolę je w formie dziarskiej. Może nie tak bardzo rozwrzeszczanej wolę, ale… niech żyją!!!

Dziwna ta Dania, serio.

Płaska, a jednak wcięta fiordem. Wyspowa, a jednak tak bardzo uciekająca od tej różnorodności. Kolorowa, dziwnie naturalistyczna, ale i spokojnie unormowana i przygwożdżona wszelakimi prawami. Zestawami praw nawet i darmowymi kibelkami. To lubię, ale jednak Wyspa to Wyspa. To coś więcej, coś innego, niby Dania, a niby nie. Rzut beretem od Szwecji, a przecież nie mamy łosi… może kiedyś, gdy morze stawało szkłem kamiennym, morze… Może… warto zobaczyć świat, ale jak to jest, że w podróży tęsknisz za domem, a w domu zastanawiasz się, czy znowu nie zdecydować się na podróż? Na wycieczkę chociaż? Na coś tam takiego…

IMG_0021

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Jesień… została wyłączona

Pan Tealight i Ona…

„Najpierw zrobiło się nocą znowu ciemną, tak wiecie dziwnie ciemniej, ale oni tego nie zauważyli. Może i spali, może tylko drzemali, może nie chcieli już patrzeć, myśleć, być i ogólnie mówiąc sprawiać wrażenia żywych i żwawych?

Potem zrobiło się chłodniej, ale nie było nikogo, kto by ich przykrył… utulił, zrozumiał, że nie chcą piosenki, lecz chcą bajki, i to całkiem złej i niedobrej bajki. Nie było tego, kto by wiedział, potrafił zrozumieć, nie oceniać…

Aż w końcu wszystko znowu toczyło się zwyczajnie. Jakby nigdy nic, jakby nie stały się te cztery dni, jakby naprawdę wszystko było snem i marą i wszelaką zmiennością, no i w ogóle serio nieistnieniem.

Aż w końcu… coś zaskrzypiało w rejonie Chatki Wiedźmy. Sama Chatka odetchnęła i onym dechem poruszyła Pana Tealighta, którego ktoś w ostatniej chwili złapał, nim ten wywalił się na totalną glebę tarasu. Ktoś spojrzał w tą jego zawsze wyrażającą jeden stan twarzy, bezoczną szarość, która teraz zdawała się tchnąć… ulgą i poklepawszy po plecach, lekko wilgotnych od rosy pchnęła go w kierunku Białego Domostwa. A on usłuchał. I podreptał z powrotem. W końcu znowu jakiś taki pełny i dziwnie niesamotny, choć prawdę mówiąc, w życiu się o coś takiego nie podejrzewał…

Drzwi Chatki zaskrzypiały, ale nie obudziły Ojeblika, którego otulono szalem i pozostawiono tam, gdzie przysnęła. Bo przecież wszystko mogło poczekać do rana, teraz już się nie spieszyło nikomu i niczemu… nawet onemu Panu Jesieniowi, który nagle spojawił się i pyknął kilka brzozowych liści na żółto. Wiecie, tak, coby już powiedziec, że jest, ale jednakowoż nie być nazbytnio ostentacyjnym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7354 (2)

Z cyklu przeczytane: „Mademoiselle Chanel” – … cudo!!! Ale powinnam była się tego spodziewać, to w końcu Ten autor. Autor, który podjął się już opisania tylu…

Tym razem to nie koronowana głowa, chociaż, czy do końca? Może jednak w pewnym sensie… oto jest opowieść o Coco. Niesamowitej, silnej, a jednak… też wkurzającej, zapatrzonej tylko w siebie kobiecie, która wiedziała czego chce. A jednak, też kochającej i będącej kochaną, pełnej sprzeczności…

Oto biografia, ale i opowieść o życiu. Może i postaci znanej, może i flakonika perfum, ale jednak przede wszystkim damie. Inności i odwadze bycia odmienną – sobą.

To nie sucha, nudna biografia, to raczej opowieść o dziewczynie, która zapragnęła dla siebie czegoś innego. I oczywiście o czasach, które w pewnym sensie jakoś jej pomogły – choć w tym stwierdzeniu kryje się tak wiele sprzeczności. Oto opowieść o epoce zmian, wszelkiej wolności, ale i bólu, koszmarze, zagubieniu… Oto jest ona: legenda, opisana dodatkowo przez kogoś, kto pokochał modę. Wysłuchajcie jej historii, a może nie tylko Wam coś ona wytłumaczy, ale i doda… odwagi.

IMG_4379 (2)

Dużo kamieni i deszcz.

Ale wiecie, jak trzeba zwiedzać, to trzeba… a może nie? Ze mną to jednak jest tak, że deszcz nie przeszkadza. Aparat w worek foliowy i jazda. No przecież to tylko deszcz… ale ten okazał się być lodowatym i dość grubokroplowym pokazem mocy niebios nad Lindholm Høje. Oczywiście, że człowiek najpierw może zwiedzić muzeum. W końcu może przestanie padać? Przecież jesteśmy wciąż w lecie, na dodatek w miejscu, w którym na plażach leżą i kraby i rozgwiazdy, więc… ciepło jest. A w muzeum jakoś i ciepło i sklepik z suwenirami wymiata, więc… kamienie mogą poczekać. Najpierw budynek, a w nim Wikingowie. I realistyczne konstrukcje i skarby i wszelakie cuda, wianki i skakanki.

Świat w muzeum zdaje się być jakiś taki inny. Zatrzymany w przeszłości, choć przecież to tylko realistyczne odtworzenie przeszłości… i przecież nie tak dalekiej przeszłości, bo ta, którą sama się zajmuję tutaj ma tylko kilka gablotek… Ale są i szkielety i garnki, ozdoby i ciuszki. Ot zwyczajne życie. Takie jak było i takie jak jest ino te tam, gadzety się zmieniły, a i zagubione w bagnach cudowności nie zdarzają się tak często. Czy raczej, tyle ich osuszono, że trudno im się przydarzyć.

Muzeum jest spore, dwupoziomowe. Można się zapatrzeć, przemyśleć teraźniejszość i przemijanie. Wjazd może nie najtańszy, ale warto. Jednak ja… ja przyjechałam dla kamieni. Deszcz ani myśli przestać padać, więc biorę zakupiopny ołówek z wikińskim hełmem i idę. Bo przecież muszę je zobaczyć… kamienie. Kamienne obudowy grobów, głównie popielnicowych, kształt łodzi, różnorodność… Jakby ziemia rodziła w większości spiczaste głazy. I pomyśleć, że kiedyś było ich o wiele wiele wiele więcej. Ale historia kołem się toczy i ci, co żyli przed nami i potrzebowali kamieni… można ich poszukać w budynkach, przy drogach, w ścianach…

Leje… i fajnie. Człowiek czuje się dziwnie uświęcony. Stojąc pomiędzy tym wszystkim… zaskoczony, zadziwiony, ale i wdzięczny, że żadnemu konsorcjum ów widok na miasteczko nie spodobał się tak, by zlikwidować po cichu to wszystko i walnąc tutaj jakiś hotel. W końcu codzienność przyzwyczaiła mnie już do tego. Leje… na cmentarzu. Ogromnym, jak na te standardy. Gigantycznym wręcz. Jakby ziemia chciała wypchnąć całą historię, jakby tak naprawdę to wszystko miało być zapomniane, a jednak…

Ona zdecydowała inaczej.

IMG_0203

Kopenhaga…

Wygląda nadal jak Wrocław. No sorry, ale tak. Te kolorki, otaczające je bloki, a potem woda. Całkiem, jak Wrocław. Tylko wiecie co… jakoś brudniej się zrobiło od ostatniej wizyty. Wszedzie papierki i dziwne, arabskie napisy na ścianach brudnych i śmierdzących kibli publicznych. Ogólnie mówiąc… to już nie jak Wrocław.

Przeraziła mnie.

Ale pewno zdziczałam na Wyspie. Dookoła drzewa i morze, sezon się skończył, więc i ludzi mniej i znowu ciszej i jesień powoli wkracza i cudownie jest, znowu jakoś tak normalnie… powolniej. Znowu nie trzeba się bać, że nawiedzony rowerzysta wpadnie na ciebie i serio całkiem oleje wszelkie reguły ruchu drogowego. Powoli znowu kazdego w sklepie znasz i ser żółty jest codziennie, a nie ino, gdy się trafi. Wiecie, koniec sezonu… znowu. Zaskoczyło mnie to wszystko… jakbym wyjechała na kilka dni, a w międzyczasie ktoś posprzątał, gdy ja widziałam inne.

Na przykład Vejle.

Vejle… zaskoczenie.

Nazywają to miasto duńskim San Francisco! Nie wiedziała o tym, ani tego, że zwą je Górskim Miasteczkiem. Niczego nie wiedziałam, więc wjazd w ona różnorodność pagórków, widok na fiord i wszelaka lasowatość po wielu kilometrach płaskich równości z nieliczną roślinnością okalającą autostradę… zaskoczył. Mile oczywiście. Tutaj naprawdę warto zajrzeć. To taka straszliwa, duńska inność. Niespodzianka na szlaku. Coś dla tych, którzy nie lubią płasko i monotonnie, co to lubią sobie połazić i poczuć to w pupie, ale wiecie, też poleżeć na plaży i pogapić się na widoczki…

Taka Wyspa troszkę… te drzewa, ten bruk, wzgórki i pagórki. Świeżość dziwna w powietrzu, jakaś taka lekkość, mimo auta mozolnie się wspinającego, jakby i koła były zaskoczone podłożem. Może kiedyś uda mi się tutaj wrócić? Tylko jak to zrobić, by być tylko tutaj, a nie znowu ta autostrada, znowu szaleni kierowcy ciężarówek, ludzie kompletnie niemyślący…

Wyspa…

IMG_4278

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ona… została wyłączona

Pan Tealight i Co teraz będzie…

„Ale jak to?

Tak bez niej, na amen i w ogóle? Ale co teraz będzie, tosz to rozrywka spadnie i w ogóle wszystko inne też. No i czy zastąpić ją? Ale czy się da? Takie wariactwa w końcu raczej trafiają się raz w życiu wszystkich nawet Przedwiecznie Prawiecznych…

I co teraz będzie?

Bez Wiedźmy Wrony Pożartej? Lepiej czy gorzej? A może inaczej i obleśnie? Albo… w ogóle niczego nie będzie? I w ogóle, gdzie ona jest? Czy odeszła na zawsze, czy wróci, czy tylko zniknęła… Pan Tealight popadł w dziwny stupor, stanął pod Chatką Wiedźmy, bez Wiedźmy, i tak stoi. Nie można go ruszyć nawet herbata nie działa. Wydaje się smutny, a przecież jego twarz nie ma żadnego wyrazu poza swoim własny. Wyrazistym i szarostalowym. A jednak… czuć to. Coś w powietrzu, coś w Wyspie. Dziwne strachliwości, niepokoje zdają się piętrzyć, jakby…

… czegoś brakowało.

Czegoś, co musi tutaj być, bo inaczej kiła mogiła i kanał!!! Ale przecież żyli i istnieli przed nią, więc może się uda? Może…

A może to tylko sen? Może się w końcu obudzą i wszystko znowu się będzie kręcić, bo jak nie, to co? Casting, czy łapanka? A nawet jeżeli jedno lub drugie, to kurcze jak? Tak po prostu jak leci, czy jednak wyprawa w dalekie kraje? No i jakie brać? Co przypasuje? I co z Panią Wyspy… dlaczego milczy?

Ojeblik – mała, ucięta główka, tylko siedziała na progu Chatki Wiedźmy i odmawiała wszystkiego poza czekoladą, soczkami i ciastkami. Nawet nie pozwalała się czesać. A już po tym całym poszukiwaniu, to nikogo nie chciała wpuścić do środka. Zresztą, sama Chatka też popadła w dziwną senność i odmawiała komentarzy. Jakby zatchnęła się w swoim smutku, albo wiedziała coś, co umykało innym…

A może to tylko sen?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0178

Z cyklu przeczytane: „Nobliwy proceder” – … brutalnie. A niewielu o tym mówi. Wiecie, o niewolnictwie… Zawsze o USA, ale reszta świata…

A przecież byli tam. Wykradani ze swojego świata, zmuszani do życia, traktowani gorzej niż zwierzęta, podnóżki, podpórki, wystroje wnętrza… Afrykanie. Nie pierwsi, którzy dotarli do Europy, ale pierwsi traktowani… tak.

Oto opowieść o wszystkim i niczym. Podstarzała panna decyduje się na małżeństwo z rozsądku, wypada z nobliwego świata, który znała i zderza się… z brudem i smrodem handlu. Dosłownie. Ale to przecież ona, więc ma pomysł, czyż nie… uczyć niewolników. Stworzyć cudowną armię posłusznych… nieludzi. Jednak, jak to czasem bywa, dopada ją miłość i wszystko się zmienia.

Nie, nie ma tutaj wariackich przygód, nie ma cudowności ucieczki i porozumienia. Jest brud i smród i brutalność. Bez pozłotki, bez uniesień. I początek i koniec właściwie… dobija, ale takie były to czasy.

Oto jest opowieść o braku miłości. O kobiecie, która wcale nie jest lepsza od niewolnika, o niewolniku inteligentniejszym od tak zwanych panów i… Anglii, która pragnie niepamiętać tej epoki i tych wydarzeń. O chciwości i wiecznej kastowości… o ludziach.

IMG_4278 (3)

Widziałam cud muzealnictwa…

I do tej pory nie potrafię się z tego otrząsnąć. Oto… MUZEUM w Jelling. A może raczej zabawa światłem i techniką, a może tylko i aż podróż do Valhalli? Wyobraźcie sobie ogromny kształt łodzi oznaczony białymi patykami, potem biały kościół, obok niego ogromny, kolorowy głaz, obok mniejszy… Niby już powinieneś czuć się zaskoczony. Do tego kopce, cisza i lekkie dźwięki celtyckiej muzyki… groby dookoła, przeszłość tak naprawdę rodzi się tutaj i odchodzi, wszystko cały czas trwa, bo przecież stanowisko archeologiczne to ciągłość…

… a jednak…

Coś majaczy w oddali. Jakiś klockowaty budynek, oszklony, z płaskim dachem, po którym łażą jacyś ludzie. Co jak co, ale na pewno dziwaki, miejmy nadzieję, że nie samobójcy pragnący zaprotestować przeciwko dziełu Haralda Sinozębnego… trochę za późno już na odchrystianizowanie. Nie da się tego odwrócić, zresztą Dania na tym źle nie wyszła. Tutaj i tak wszyscy nadal poganie i młotki Thora mają pod brodami! Nie ma boja. Harald zrobił, co zrobił, ale… ten kraj postanowił inaczej.

Cwani byli, co nie?

Więc o co chodzi z tym budynkiem?

Muzeum?

No fajnie… że za darmo wjazd? Oczywiście, że wchodzę, no weźcie no, za darmo… A ceny w Danii, jeśli chodzi o wszelkie atrakcje historyczne potrafią dobić. Może same muzea zachowuja jakieś normy, to jednak cuda w formie grodów potrafią już powalić na kolana i obejść się smakiem. No ale jednak bezpłatnie. Hmmm, czy to oznacza, że będzie gorzej? A może lepiej? Co myśleć, co zrobić, a co jak nas tam zjedzą, w ofierze starym bogom złożą? Kurcze, no co zrobić…

Zreszta, najwyżej zeżrą i już!

IMG_4102 (4)

I wchodzimy. Miły człowiek kieruje nas do ciemnej dziury, więc jak nic nas zeżrą. Myślę, że jestem gotowa. Mogę być złożona w ofierze Pradawnym i Przedwiecznym i Pozawietrznym… wiecznym, kurcze no wiecznym miało być… więc wchodzę. W końcu dziewicą już od dawna nie jestem, ten statek nie tylko odpłynął, ale wiecie, zatonął dosadnie i pokrył się koralami!!!

Wchodzimy…

Ciemność nagle rozbrzmiewa głosami. Przystaję, by oczy przyzwyczaiły się do mroku i słucham. Duńszczyzna miesza się z angielszczyzną. Przysiadam w czymś na kształt sali rozmów. Pośrodku ogień… oj wygenerowany techniką, ale jednak ogień… i wszystko jest takie prawdziwe. Czy to przytłumiony zmysł wzroku, czy coś innego, słucham, a potem idę dalej. I chyba w pewnym momencie oniemiałam. Wyobraźcie sobie czerń. Na ścianach czarne palety, czarne postumenty z mapami i przyciskami, na czarności lezy wojownik, z wbitymi elementami uzbrojenia i… wzystkim możecie poruszać. Dotykam siekiery wbitej prawie w serce i krew oraz napis informują mnie, że raczej od tego umrze. Teraz nóż… oj, ino powierzchowna rana, ale jucha się leje, potem włócznia… Ale zabawa! Na ścianach po przyciśnięciu kolejnych przycisków nie tylko latają rysunkowe wrony, ale wiecie, czujecie ich skrzydła na twarzy… i choć trochę duszno, zimny pot oblewa mnie, nie tego gościa od ran. i te mapy, które żyją. Kolory, które pojawiają się z nienacka. I informacje, które jakoś normalnie ładują się do głowy. Legendy i mity świata przed… Dźwięki zdają się zmieniać, kolejne wystawy, dziwny brak tego natłoku znalezisk, jakby to wszystko wciąż żyło, nie było tylko archeologią, ale było wyłącznie prawdą…

Potem… światło się zmienia. Tęczowy most – no dobra, tęczowe schody prowadzące do góry… i legendy. Na ścianach oczywiście opowieści o magii i bogach. Czerwień, niby płomieni, niby wszelkiej łaski… I coraz więcej techniki. Napisz swoje imię runami, ale bez urazy nie patykiem… obejrzyj kamień, inaczej, zrozum…

I wyjdź na dach. By naprawdę zobaczyć przeszłość – takie fajne lornetki tam mają, które sprawią, że przestaniecie widzieć współczesność. Naprawdę!!! Schodząc w dół byłam nieźle oniemiała. Uczyli mnie muzealnictwa, ale nikt nie powiedział, że można stworzyć doskonały obraz człowieka przekraczającego bramy pozaświata! Wchodzącego dosłownie w grobowiec, że wojownicy, niczym hologramy w StarTreku mogą ci towarzyszyć!!! Nikt mi tego nie powiedział… W tym albumie możecie trochę zobaczyć, ale tak serio, to jeżeli macie taką możliwość, jedźcie tam!

Bo przeszłość jest teraźniejszością i będzie przyszłością, warto sobie o tym przypomnieć. Naprawdę! W imię historii!

IMG_4353

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Co teraz będzie… została wyłączona

Pan Tealight i Wielkie Zaginięcie Wiedźmy..

„Nie było jej.

Sprawdzili wszędzie.

Wieczorem jak zwykle położyli ją do łóżka, otoczyli książkami, by miała co jeść, obrzucili misiami i jeszcze dodali trochę krzemieni, jako przyprawę, no wiecie, a jednak… gdy przyszli rano, nie było jej!!! Wcale a wcale. Ni kawałka, ni zapachu, ni nawet cienia, czy mrugnięcia mocy. Tylko te wszelkie Światy Równoległe dziwnie migotały pozbawione łączenia i Bogowie Śniący się przekręcili na drugi bok, bo coś zaczęło ich uwierać… i oczywiście Ona… Wyspa…

… kichnęła.

Nie było jej.

Szukali oczywiście wszędzie. W miejscach jej bardzo znanych, mniej znanych i w onych niewielu, których jeszcze nie zmacała, bo przecież mogła nagle gdzieś poleźć, mogli nie upilnować, no mogli, dlatego… Szukali. Za drzewami, pod korzeniami, w załamaniach skał, pod nimi, w kopcach nawet, gdzie dziwnie kręcone niczym warkocze tunele prowadziły do całkiem Innych Niewiadomokądów. Szukali na plażach i na skalnych klifach, w jaskiniach, na wydmach, w latarniach morskich i chatkach. Nawet w klombach, rabatkach i pomiędzy uschniętymi malwami. I oczywiście w miasteczkach szukali, na uliczkach, szosach i ścieżynkach. Też. W konarach i na bagnach, na uschniętych polankach i na tych już polach zaoranych i tych wciąż czekających na cięcie…

Nie było jej.

Nawet w portach… nikt jej nie widział. Nikomu nie przemknęła pod oknem, nikomu nie zamajaczyła w kąciku oka. No nic. Nigdzie i kompletnie nie.

Gdzie podziała się Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0480 (2)

Z cyklu przeczytane: „Mroczniejszy odcień magii” – … magia. Ważna sprawa, czyż nie? Jeżeli jest, książka na pewno dla mnie, ale… No właśnie, to ALE! Gdy przeczytało się takich powieści już sporo w życiu, wszystkie zdają się takie same…

Ta jest dość mocno wtórna. Mamy magię i kilka światów, mamy młodziana i złodziejkę i oczywiście mamy też tych, co się lubią i tych, którzy najchętniej powyrywaliby sobie wzajemnie wnętrzności i stworzyli z nich malownicze makatki. Czyli nic nowego… a jednak wciąga. Może i lekko przewidywalne, no sorry, ale jeśli ktoś coś ma i spotyka złodziejkę, to można być pewnym, iż po tym spotkaniu tego mieć nie będzie…

Tak naprawdę raczej dla trochę młodszych czytelników. Takich wiecie, którzy nie napchali się już po czubki spiczastych uszu magią. Na pewno ma kilka intrygujacych elementów, jak… Londyn, czy bohater, który krwią może wszystko, a jednak kurcze się nie wykrwawia. Bo ona… oj kurcze, dawno mnie nie wkurzyła tak jakaś postać. Najchętniej urżnęłabym jej łeb. Nie wiem dlaczego…

IMG_4378

Wyspa…

Uzależnia.

W życiu bym nie pomyślała, że można tak kochać kawałek świata. Tak wiecie całkowicie fanatycznie. Kompletnie i na amen, razem z hosanną i oczywiście wszystkimi litaniami. Te drzewka taneczne, te kamienie, te… to wszystko!!! Szczególnie teraz, gdy wszystko powoli przeistacza się w jesień. W kolorowość maksymalną, w ową szelestliwość, w te niesamowite kształty, siateczki, konary i… to światło.

Dlaczego tak bredzę?

Bo wyjazd z Wyspy to koszmar. Bez urazy, pewno, że fajno zobaczyć inne części świata, znaczy tak mi mówiono, znaczy wszyscy przecież to robią, więc dlaczego do grzyba jasnej stopy ze mną jest coś nie tak? Na przykład taka Kopenhaga. Wygląda jak Wrocław… serio jak Wrocław, ino tutaj wiecie mówią inaczej. W sklepie, gdzie wybrał sobie człowiek czadowe magnesy i karteczki dla znajomych…  nagle się okazuje, że napada na ciebie wycieczka hiszpańskojęzyczna, kapitalni, strasznie energetyczni ludzie, jakby ktoś otworzył puszkę z małymi słoneczkami, każdy przez każdego krzyczy radośnie jaki to rozmiar koszulki chce i czy na pewno czerwony. W końcu jedna z grupy wyciąga komórkę i dzwoni do rodziny, coby dokładnie podpytać jakie to mają rozmiary klatki piersiowej i czy elka będzie okej, czy jednak schudli… Na szczęście sprzedawczyni – perfekcyjnie posługująca się co najmniej trzema językami, pewno dlatego ta wycieczka tutaj wylądowała, wiecie jak o jest ze zorganizowanymi, mają swoje sklepy od których dostają procenty – w końcu się nad nami zlitowała.

Takie to było mocno ekstremalne. Porównując do tego Wyspę… ta małośc ludzi, brak sklepów, wszelaka zieleń i wszelakie niumiastowienie… Jak nic człowiek sie odzwyczaja od tego, co większość zwie cywilizacją. Ale magnesy są różnorodne. I takie zwykłe i ceramiczne i wytworne i ceny mają też… ekhm…

Kopenhaga.

Dziwny świat. Mieszanka wszelakich mieszanek i… strasznie brudno. Wydaje mi się, że z każdą moją wizytą jest tam brudniej.

IMG_4842

Nie umiem wytrzymać  w wielkim mieście. Dusi mnie i denerwuje. I głośno strasznie i… jakos tak pełno wszystkiego, lepiej uciec gdzieś w coś mniejszego, coś bardziej w kształcie osady, zresztą, przecież kocham książki, więc… Hans Christian. On… Wielki Człowiek… pisarz, a może jednak…

Welcome to Odense.

Znaczy wiecie, oto i jest muzeum. Niby człek chciał tylko zobaczyć domeczek, niby pamięta wszystko co napisano w biografii i wszelkich rozprawach o Wielkim Bajarzu, ale… Muzeum. Dobra, nie spojrzałam najpierw w internety, nie chciałam sobie psuć niespodzianki w tym spokojnym rodzaju, ale czy spodziewałam się tego… Nie. Wielkiego, gigantycznego kompleksu z lekką nutką Disneya w tle? Wycinanek wszędzie? W całym mieście. I hałasu koszmarnego, nie wiem co to było, czy jakieś tańce, czy miejska zumba na świeżym powietrzu i specyficznie wrzaskliwym nagłośnieniu… a może zwyczajnie było tak pieruńsko gorąco… Zaskoczyło mnie to wszystko. W samym muzeum najbardziej sztuczna szczęka. Ekhm… Wszystko serio pięknie i ładnie i doprawdy niedrogo jak na muzeum i kilka godzin oglądania… ale i tak najbardziej ujęły mnie domeczki. Maleńkie, cudownie kolorowe, wciąż zamieszkane. Chciałby się wierzyć, że przez krasnoludki, ale widziałam, że ludziki były w nich zwyczajowo rozmairowe, choc lekko pochylone. Jeden naprawiał dachówki przy oknie.

Zapatrzywszy się w on brukowaną drogę, w te wszelakie cudowności, to szaleństwo niczym z bajki… człek sam chce coś napisać. Może i nie wyszłaby z tego Calineczka, ale jakiś tam Ołowiany żołnierzyk na pewno! W muzeum mają nawet kaszubskie tłumaczenia bajek! Kurcze, słyszałam o tym, ale jakoś chyba nie wierzyłam… Polskiego tłumaczenia ze trzy półeczki, wiecie zbierają wszystko co wydane.

Tylko, co z tą szczęką?

Za to wycinanki… są niesamowite. Takie fantazyjne, a jednocześnie minimalistyczne. Fajnie było to wszystko zobaczyć, ale i trochę smutno. Bo przecież tak naprawdę, współczesnośc ucieka od własnie tych bajek. Stara się je zmienić, nagle Dziewczynka z zapałkami ma być też i chłopcem, a Świniopas reformuje bogatych… Ech, czy ten świat wciąż czyta Hansa Christiana Andersena?

Samo muzeum naprawdę oszałamia. Jest ogromne, gigantyczne i trochę nudne technicznie. Szczególnie, gdy człowiek zobaczył cud nad wszelkimi cudami muzealnymi… ale o onym cudzie później. Za cudowny był on cud, by tak opisać go w kilku zdaniach… Nad wszystkim unosi się duch Hansa, a w dole żar. Ciepło. Gorąco. Hałas. Bruk śliczny… Odense ogólnie mówiąc, poza okolicami muzeum raczej wioska dla onych miejscowych. Taka bliżej podmiejskiej mieściny, która ma tylko jedną atrakcję i stara się ją włożyć we wszystko…. wciąż kocham bajki…

IMG_4852

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielkie Zaginięcie Wiedźmy.. została wyłączona

Pan Tealight i Karczma pod Zadem…

„Niewielka, całkiem kamienna. Może i mała, może i dziwnie zmienna?

No wiecie, ot ściany i okna, wielkie drzwi… choć może wrota bardziej, do tego poddasze i dach. A przed karczmą oczywiście studnia, brukowane poletko, no i… no i tutaj kurcze wszystko się skończyło. Znaczy wiecie, te podobieństwa. Bo po pierwsze, co za kołek nazywa karczmę POD ZADEM? No serio? Znaczy, że co? Że on zad wisi nad oną karczmą, czy jednak… lepiej nie poruszać tego tematu? No i co z resztą? Wiecie, resztą tego tam ciała, co to miało zad, a teraz nie ma, no i czy ono ciało oddało ten zad za darmo, sprzedało na EBayu, tudzież… no wiecie, zostało go brutalnie pozbawione, ale bez boja, ma plastikowy implant teraz!?

Bynajmniej jest na Wyspie taka karczma. W mieścinie maluteńkiej, maciupeńkiej, która cichą jest zawsze, nawet w sezonie. Właściwie, jakby jej nie było, ale jest i nie wolno w niej tupać ni szybko jeździć. Serio! Specjalnie zmutowali szosę tak, by nikt nie mógł się rozpędzać ni biegać… Miejscowi zwą ją co prawda Karczmą pod Koroną, ale wszyscy wiedzą jaka jest prawda…

Zad jest prawdą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2996 (2)

Z cyklu przeczytane: „Igrając z ogniem” – … hmmm. Intrygujące. Chociaż wiecie co? Za mało, za krótko. Bez urazy, wciąga i intryguje, ale jest też lekko wtórna. Ale tylko lekko, za to zakończenie… wkurzyło mnie straszliwie!!!

Oto ona – skrzypaczka. Zawód jak każdy, czyź nie? Młoda matka, szczęśliwa małżonka i… nuty. Kupione oczywiście a antykwariacie, które zagrane rozpoczynają serię ataków u jej ukochanej córki. Jednak dlaczego dziecię tak wyczekiwane chce zabić mamusię? Czy to muzyka? A może tylko dźwięk i jest wytłumaczenie medyczne…

Zapomniałam. No dałam ciała na samym początku i pluję sobie w brodę. No serio, jak tak można, jak można zapomnieć, iż autorka jest lekarzem?!!! No kurde… Ale nic to. Książka jest intrygująca i inspirująca, opowiada historię koszmaru często pomijanego na lekcjach historii. Warto zajrzeć… ale nie jeśli czekacie na duchy!!! LOL I nie chcecie czytać długo… Zawsze mnie wkurza w powieściach Gerritsen to, że mają kapitalne fabuły, ale są za krótkie, że przydałoby się więcej nastroju, opisu…

No więcej czytania!!!

IMG_4279 (2)

Na Wyspie koniec sierpnia. No wiecie, niby jak wszędzie, co nie?

A może nie wszędzie.

Kto to wie, czy gdzieś tam nie zmienili właśnie nazw miesiącom, albo lepiej, ktoś zakazał sierpnia? No wiecie, wylazł taki dekret i ludziska właśnie się dowiedzieli, że wrzesień się kończy. Dzieciaki się cieszą, inni się martwią. Albo lepiej, wioskowy kacyk zakazał sierpnia, bo tak. Bo duchy mu tak powiedziały, a w rzeczywistości interesy z białasami robi i chciał trochę poszaleć. Albo lepiej… przecież są takie miejsca na ziemi, gdzie nie ma sierpnia. Plemiona wciąż nie znające współczesnych norm i nazewnictw. I całego tego picu z czasem. Wiecie, oni szczęśliwi bez kredytów… choć słyszeli o tych białasach dziwnych. Może i demonach, może i niecnej przyszłości…

Powinnam cos sprostować… nazbyt się cieszyłam onym lekkim ochłodzeniem, od dwóch dni tak pali i dusi, że serio pukajcie do mnie do lodówki. Odmawiam istnienia poza wieczną zmarzliną. Nie umiem oddychać przy tak dziwnych, saharyjskich powiewach. Nie potrafię, męczę się i wcale mnie nie pociesza, że jesień za rogiem. Wcale a wcale. Pocę się!!! Dyche za dwa dychy!!! I tylko ten wieczór trochę chłodniejszy, ale… spróbuj rozerwać odrzwia, by napoić chłodkiem domostwo napalone, znaczy nagrzane, one już na to czekają. Czekają aż się złamiesz i zostawić otwarte okno czy drzwi. Wiedzą, kiedy już nie wytrzymujesz, czują, gdy tracisz czujność. Sprytne są cholerniki małe. Komary bzykające dziwnie niemoralnie, pająki chętne wleźć ci do łóżka i po prostu, zwyczajnie wtargnąć w ciepłotę twoich pieleszy domowych. Ciemy zaciemy i wszelako inne bzykacze, latacze i macacze, gdy w objęciach przyziemnej lampki nocnej, starasz się przemknąć ku kibelkowi…

IMG_5104 (2)

Koniec lata.

I jakie było? Podobno współczesność tak kocha wszelkie statystyki i podsumowania… ja nie, więc nawet nie próbuję. Ciepło było, ale na szczęście morze nie zakwitło i tyle. Rośliny mi pokarłowaciały i ogólnie odmówiły rośnięcia. Brak pszczół i motyli, no ogólnie mówiąc dziwnie i jakoś mroczno tak, choć gorąco…

Wypełzam w tą lekko już mroczniejącą wieczorność, zauważalnie wcześniej się czerniejącą, i wiecie co… słucham. Tych pogrywań, onych dziwnych pomruczeń, pierwszych spadających liści, zdających się szeptać sobie kołysanki. Fajnie jest tak popatrzeć w mroczność. Bardzo fajniel, aczkolwiek i mało bezpiecznie… gryzie ona. Bardzo gryzie i ssie… niczym masa mikrowampirzaków. Ała! I bzyczy… wybaczcie, wracam do domu, może i gorący, ale jednak mniej ssie.

Dom…

Jest w domach na Wyspie coś więcej, niż w tych, które poznałam. Jest jakieś większe zamknięcie, mocna pradawność, atawistyczne zwątpienie w przynależność do człowieka i oczywiście wciąż mają w sobie wszelkie opiekuńcze duchy. Niezależnie od tego, czy wybudowane je sto, czy kilka lat temu, underjordiski nie uznają czasowości. Chronologię mają gdzieś, wiedzą, że to ich świat. Maleńkie byty, może i krasnoludki, może i jednak wyłącznie wymysły, przywidzenia… nie, nie umiałabym uwierzyć w to, że nie istnieją. Nie umiałabym. Na pewno mieszkają na moim strychu. I wiecie co, strasznie są porządnickie i ogólnie mówiąc mało żerte. Właściwie moja Chatka bardziej należy do nich, niż spółdzielni… czy je widziałam? Chyba?

Chyba jestem tego pewna, ale w taki upał… wiecie, człowiekowi miesza się więcej. Nawet jak człowiek nie pije.

IMG_3499

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karczma pod Zadem… została wyłączona

Pan Tealight i Przystanek Wyspa…

„Autobusowy, Woodstock, pociągowy… właściwie, to jakie są jeszcze przystanki i dlaczego nie ma takiego Przystanka Wyspy? No wiecie, takiego czegoś, co sprawia, że wszystko przystaje. Że nagle wycisza się, że nagle nic nie trzeba, że można tylko oddychać i nikt nie marudzi, że się zbączyło…

Przystanek Wyspa. Jedyne miejsce, gdzie zwyczajnie przystajesz. Zauważasz bzykające się muszki, które jakoś nie potrafią się od siebie oderwać i już tak zostają, zespolone ze sobą na dłużej, może na zawsze. Nic to, że w pobliżu Twojego fisz and chipsa. Nic to, że właśnie wgryzłeś sie w soczystą rybeczkę i cieknie ci po brodzie… nic to. Bo przecież to miłość przecież. Zwyczajna, czy nie zwyczajna. Na pewno nie obchodzą ich ni kondomy ni związki małżeńskie, a może się mylimy? Kurcze, może muszki łączą się ze sobą na zawsze, a nawet jeżeli wydaje się nam inaczej, to przecież nie możemy być pewnymi tego, że to nie ich kolejne reinkarnacje? Może to ona, wielka i niesamowita, sama królowa Wiktoria i jej ukochany książę?

No co?

Już romantycznym być w muszym towarzystwie nie można? Więcej luzów, nie tylko w pasku i gumce w gaciach. Chociaż, czy wciąż jeszcze istnieją gumy w gaciach? Wiecie te takie pękające, nie tasiemki szerokie, nie jakieś haftowane cuda wianki, ale takie, co to pękają raz a dobrze, a galoty lądują w okolicach kostek? Chyba nie już, co nie? A może jednak? Taka dygresyjka.

Bo przystanek, to w końcu przystanięcie. Może i przycupnięcie, przysiądnięcie. Wyjęcie kanapek przeznaczonych na drogę, a na które bardzo teraz właśnie się ma ochotę? Wiecie, taka trochę samowolka. Można usiąść pod zadaszeniem, albo zbrukać trawnik swoim pupskiem. Bo to przystanek, wiele chwytów dozwolonych. Przystanek… ale i poczekajka. Tylko co przyjedzie pierwsze? Dyliżans, karawan, a może jednak podpłynie, nie bacząc na brak zawodowania, jakiś liniowiec. I zagrają na nim i zatańczą, i może jednak będzie miał odpowiednią ilość szalup? No i oczywiście… nie zatonie?

Tylko na co masz bilet? I czy ze zniżką?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0510

Z cyklu przeczytane: „Białe kości” – … Redondo to nie jesteś. No sorry, ale odkąd poznałam tę autorkę, to jakoś tak inni wszyscy skapcanieli… Może to tylko ja, może zwyczajnie Dolores R. tak na mnie podziałała, ale strasznie…

Strasznie!

Nawet On!

Pamiętam czytanie Mastertona w ukryciu. Wiecie, dziewczynka – nastolatka z horrorami to było cos raczej dwuznacznego. I ten mój rumieniec! Pamiętacie jakie on kiedyś miał sceny… ekhm, no wiecie, na przykład „Węże”? Musiałam przeczytać jego opowieść o Morrigan. Nie było innej opcji, sama bogini fascynuje mnie od dawna, łażą za mną wrony i ogólnie dzielę się na trzy, więc musiałam…

… książka jest przewidywalna. Z papierowymi postaciami. Niby każdy ma swoją historię, niby wszystko się układa, ale klimat żaden. Żadnego dopracowania ino suchość, nawet wtedy, gdy krew tryska, a zbrodniarz… KURDE!!! Wiedziałam! I tak, wiedziałam jak i z czym i w jakiej formie. To cholernie frustrujące!

Kolejne tomy, bo to trylogia, oczywiście dostępne, więc… nie skorzystam. Dla mnie ta bohaterka jest tak nijaka, że najchętniej rozsmarowałabym ją na ścianie i wybrała kogoś innego. A ciąg dalszy, ekhm… sarkastycznie rzeknę: oj tak bardzo się nie spodziewałam. Ojojojojjj!!! Nie trawię oczywistości.

IMG_4277 (3)

Kajakowo…

Polak przepłynął kawałek Bałtyku. W Nexø powitano go kiksami nadzwyczaj zdrowymi, ale wiecie, no nie był to tort. Z drugiej strony jeżeli ktoś wciąż gada o zdrowiu i ubolewa nad kondycją fizyczną ludzkości, to się mu należy. Nie obeszło się bez opowieści o papieżach… nie rozumiem do końca dlaczego, ale kajak nosi dumne imię Pielgrzym, więc przemyślę ona sprawę. W mojej wyobraźni koleś i jego 27 godzin na wodzie, z Polski na Wyspę. Ona samotność, ból mięśni, dziwne zagubienie, te momenty, gdy jesteś sam, kompletnie i tylko sam… może i miałam dziwnie romantyczną wizję onej podróży, może i nacechowaną wyprawami innych na tratwach… Miałam ją, dopóki nie dotarło do mnie, że za kajakarzem płynęła łódka. Pewno, że pewniej, bezpieczniej i całkiem to rozumiem, ale jakoś tak… w tym obrazku czegoś mi braknie teraz.

Po odpoczynku Kamil Sobol popłynął do Szwecji. I fajno! Oby nie wiało, niech wyjrzę… gorąco dziś jak w piekarniku, ale fal zbyt wielkich nie ma. Pewno już dopłynął… dla mnie to coś niewyobrażalnego. Pomyślcie… nawet jak wypłyniecie normalnie, ręcznie, zbyt daleko odsunięcie się od brzegu, nagle dookoła tylko woda, nie przeraża was ona bezkresność? Ta połać wilgotności i domniemane rekiny?

No wiem… wyobraźnia kurza mać!!! LOL

Pokonanie tej odległości między Polską a Wyspą, dla wielu może się wydawać niczym. Nosz przecież o tylko niewiele ponad dobę, całkiem niedaleko, ale… no właśnie ale… zbyt wielu z nas zapomina, że Bałtyk dookoła Wyspy jest bardzo niebezpieczny. Nie wiadomo od czego zacząć? Czy od pływów, czy jednak pozostałości po II wojnie światowej, czy te wszelkie informacje, które wkładali mi do głowy żeglarze… więc jak najbardziej czapki z głów. Choć z drugiej strony, ale po co? No wiem, dziwne pytanie. „Because we can?” Co nie? I fajno…

IMG_0617

Rokitnik zwyczajny…

Czas na zbiory!

Kurcze! Taka sobie roślinka, a tak zachwycająca. Ino przemrozić, a robi się słodka. Podobno całkiem smaczna, a jednak… Oczywiście jak to u nas, możecie sobie sami pluknąć. LOL He he he! Duński czasem jest po prostu tak milusi, że aż człekowi się wesoło robi, serio… To jak? Może rzucicie te dziwne owocki zza granic szerokich, cholernie pryskane i pierun wie czym nawożone, a rzucicie się na takie coś? Trochę kłuje, ale wiecie, damy radę!!!

Czyli czas zbiorów. Podobno pszenica super. Ech… dziwna ta pszenica, bo niziutka taka, bardziej jakiś skalniak z pola niż pole. Nie ma tutaj tych łan wysokich, onych rżysk i tego wszystkiego. Taka odmiana, ale czy to dobrze? Oczywiście, dla wietrznego miejsca lepiej, a jednak, gdy spojrzymy na to ile ludzi musi zrezygnować z powszedniego chleba, zadaje się sobie więcej wątpliwych pytań.

Kurcze, ale dziś gorąco.

Aż chciałoby się na plażę. Ale iśc się nie chce. Oto i absurdalność świata. Mieć plażę pod nosem, a jednak nie móc się wykulać z domu… czy raczej oderwać od roboty. No i te meduzy… już tu są!!! Niewielkie biustów implanty w ryzykowne szlaczki. Boję się ich. No niby nie gryzą, a większość i nie parzy, ale… Tia, zawsze jest ono ale i opowieści o ocieplającym się Bałtyku, zdjęcia z portów, do których dotarły te czerwone parzące stworki… jakoś tak się wzdrygam. Jakoś mnie tak fala ngle muśnie inaczej, a ja już radośnie w powietrzu!

Wyjdę sobie przed dom i spojrzę jednak w morze… Może znowu ktoś do nas płynie, no przecież każdy może, co nie? Przez morze… LOL

IMG_5214 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przystanek Wyspa… została wyłączona