Pan Tealight i Ona…

„Najpierw zrobiło się nocą znowu ciemną, tak wiecie dziwnie ciemniej, ale oni tego nie zauważyli. Może i spali, może tylko drzemali, może nie chcieli już patrzeć, myśleć, być i ogólnie mówiąc sprawiać wrażenia żywych i żwawych?

Potem zrobiło się chłodniej, ale nie było nikogo, kto by ich przykrył… utulił, zrozumiał, że nie chcą piosenki, lecz chcą bajki, i to całkiem złej i niedobrej bajki. Nie było tego, kto by wiedział, potrafił zrozumieć, nie oceniać…

Aż w końcu wszystko znowu toczyło się zwyczajnie. Jakby nigdy nic, jakby nie stały się te cztery dni, jakby naprawdę wszystko było snem i marą i wszelaką zmiennością, no i w ogóle serio nieistnieniem.

Aż w końcu… coś zaskrzypiało w rejonie Chatki Wiedźmy. Sama Chatka odetchnęła i onym dechem poruszyła Pana Tealighta, którego ktoś w ostatniej chwili złapał, nim ten wywalił się na totalną glebę tarasu. Ktoś spojrzał w tą jego zawsze wyrażającą jeden stan twarzy, bezoczną szarość, która teraz zdawała się tchnąć… ulgą i poklepawszy po plecach, lekko wilgotnych od rosy pchnęła go w kierunku Białego Domostwa. A on usłuchał. I podreptał z powrotem. W końcu znowu jakiś taki pełny i dziwnie niesamotny, choć prawdę mówiąc, w życiu się o coś takiego nie podejrzewał…

Drzwi Chatki zaskrzypiały, ale nie obudziły Ojeblika, którego otulono szalem i pozostawiono tam, gdzie przysnęła. Bo przecież wszystko mogło poczekać do rana, teraz już się nie spieszyło nikomu i niczemu… nawet onemu Panu Jesieniowi, który nagle spojawił się i pyknął kilka brzozowych liści na żółto. Wiecie, tak, coby już powiedziec, że jest, ale jednakowoż nie być nazbytnio ostentacyjnym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7354 (2)

Z cyklu przeczytane: „Mademoiselle Chanel” – … cudo!!! Ale powinnam była się tego spodziewać, to w końcu Ten autor. Autor, który podjął się już opisania tylu…

Tym razem to nie koronowana głowa, chociaż, czy do końca? Może jednak w pewnym sensie… oto jest opowieść o Coco. Niesamowitej, silnej, a jednak… też wkurzającej, zapatrzonej tylko w siebie kobiecie, która wiedziała czego chce. A jednak, też kochającej i będącej kochaną, pełnej sprzeczności…

Oto biografia, ale i opowieść o życiu. Może i postaci znanej, może i flakonika perfum, ale jednak przede wszystkim damie. Inności i odwadze bycia odmienną – sobą.

To nie sucha, nudna biografia, to raczej opowieść o dziewczynie, która zapragnęła dla siebie czegoś innego. I oczywiście o czasach, które w pewnym sensie jakoś jej pomogły – choć w tym stwierdzeniu kryje się tak wiele sprzeczności. Oto opowieść o epoce zmian, wszelkiej wolności, ale i bólu, koszmarze, zagubieniu… Oto jest ona: legenda, opisana dodatkowo przez kogoś, kto pokochał modę. Wysłuchajcie jej historii, a może nie tylko Wam coś ona wytłumaczy, ale i doda… odwagi.

IMG_4379 (2)

Dużo kamieni i deszcz.

Ale wiecie, jak trzeba zwiedzać, to trzeba… a może nie? Ze mną to jednak jest tak, że deszcz nie przeszkadza. Aparat w worek foliowy i jazda. No przecież to tylko deszcz… ale ten okazał się być lodowatym i dość grubokroplowym pokazem mocy niebios nad Lindholm Høje. Oczywiście, że człowiek najpierw może zwiedzić muzeum. W końcu może przestanie padać? Przecież jesteśmy wciąż w lecie, na dodatek w miejscu, w którym na plażach leżą i kraby i rozgwiazdy, więc… ciepło jest. A w muzeum jakoś i ciepło i sklepik z suwenirami wymiata, więc… kamienie mogą poczekać. Najpierw budynek, a w nim Wikingowie. I realistyczne konstrukcje i skarby i wszelakie cuda, wianki i skakanki.

Świat w muzeum zdaje się być jakiś taki inny. Zatrzymany w przeszłości, choć przecież to tylko realistyczne odtworzenie przeszłości… i przecież nie tak dalekiej przeszłości, bo ta, którą sama się zajmuję tutaj ma tylko kilka gablotek… Ale są i szkielety i garnki, ozdoby i ciuszki. Ot zwyczajne życie. Takie jak było i takie jak jest ino te tam, gadzety się zmieniły, a i zagubione w bagnach cudowności nie zdarzają się tak często. Czy raczej, tyle ich osuszono, że trudno im się przydarzyć.

Muzeum jest spore, dwupoziomowe. Można się zapatrzeć, przemyśleć teraźniejszość i przemijanie. Wjazd może nie najtańszy, ale warto. Jednak ja… ja przyjechałam dla kamieni. Deszcz ani myśli przestać padać, więc biorę zakupiopny ołówek z wikińskim hełmem i idę. Bo przecież muszę je zobaczyć… kamienie. Kamienne obudowy grobów, głównie popielnicowych, kształt łodzi, różnorodność… Jakby ziemia rodziła w większości spiczaste głazy. I pomyśleć, że kiedyś było ich o wiele wiele wiele więcej. Ale historia kołem się toczy i ci, co żyli przed nami i potrzebowali kamieni… można ich poszukać w budynkach, przy drogach, w ścianach…

Leje… i fajnie. Człowiek czuje się dziwnie uświęcony. Stojąc pomiędzy tym wszystkim… zaskoczony, zadziwiony, ale i wdzięczny, że żadnemu konsorcjum ów widok na miasteczko nie spodobał się tak, by zlikwidować po cichu to wszystko i walnąc tutaj jakiś hotel. W końcu codzienność przyzwyczaiła mnie już do tego. Leje… na cmentarzu. Ogromnym, jak na te standardy. Gigantycznym wręcz. Jakby ziemia chciała wypchnąć całą historię, jakby tak naprawdę to wszystko miało być zapomniane, a jednak…

Ona zdecydowała inaczej.

IMG_0203

Kopenhaga

Wygląda nadal jak Wrocław. No sorry, ale tak. Te kolorki, otaczające je bloki, a potem woda. Całkiem, jak Wrocław. Tylko wiecie co… jakoś brudniej się zrobiło od ostatniej wizyty. Wszedzie papierki i dziwne, arabskie napisy na ścianach brudnych i śmierdzących kibli publicznych. Ogólnie mówiąc… to już nie jak Wrocław.

Przeraziła mnie.

Ale pewno zdziczałam na Wyspie. Dookoła drzewa i morze, sezon się skończył, więc i ludzi mniej i znowu ciszej i jesień powoli wkracza i cudownie jest, znowu jakoś tak normalnie… powolniej. Znowu nie trzeba się bać, że nawiedzony rowerzysta wpadnie na ciebie i serio całkiem oleje wszelkie reguły ruchu drogowego. Powoli znowu kazdego w sklepie znasz i ser żółty jest codziennie, a nie ino, gdy się trafi. Wiecie, koniec sezonu… znowu. Zaskoczyło mnie to wszystko… jakbym wyjechała na kilka dni, a w międzyczasie ktoś posprzątał, gdy ja widziałam inne.

Na przykład Vejle.

Vejle… zaskoczenie.

Nazywają to miasto duńskim San Francisco! Nie wiedziała o tym, ani tego, że zwą je Górskim Miasteczkiem. Niczego nie wiedziałam, więc wjazd w ona różnorodność pagórków, widok na fiord i wszelaka lasowatość po wielu kilometrach płaskich równości z nieliczną roślinnością okalającą autostradę… zaskoczył. Mile oczywiście. Tutaj naprawdę warto zajrzeć. To taka straszliwa, duńska inność. Niespodzianka na szlaku. Coś dla tych, którzy nie lubią płasko i monotonnie, co to lubią sobie połazić i poczuć to w pupie, ale wiecie, też poleżeć na plaży i pogapić się na widoczki…

Taka Wyspa troszkę… te drzewa, ten bruk, wzgórki i pagórki. Świeżość dziwna w powietrzu, jakaś taka lekkość, mimo auta mozolnie się wspinającego, jakby i koła były zaskoczone podłożem. Może kiedyś uda mi się tutaj wrócić? Tylko jak to zrobić, by być tylko tutaj, a nie znowu ta autostrada, znowu szaleni kierowcy ciężarówek, ludzie kompletnie niemyślący…

Wyspa

IMG_4278

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.