Pan Tealight i Pan Jesień…

„… no z nią przylazł. Jakoś tak się wkradł? A może jednak było odwrotnie i tak naprawdę to on się wkradł, bo jej nie było? Ale gdzie była…

Właściwie, to Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wróciła, ale nic nie powiedziała. Przywiozła cukierki i pół kilo muszli, dwa kilo magnesów i dziwnego prosiaka, tonę kartek i oczywiście zdjęcia i wspomnienia i piach, jakby tutaj nie było. Ojeblik – mała, ucięta główka, udawała obrażoną dopóki nie dostała swojego prezentu, małego łosia… dla Pana Tealighta była sól, bo czemu nie, a inni dostali taki rzeczy, o jakich lepiej nie gadać, więc zamilczmy. W końcu nie wszystko o wszystkich trzeba wiedzieć, czasem lepiej, no… nie wiedzieć…

Wróciła i wszystko jakoś tak było już lepiej, bardziej balansująco, bardziej wszelako poprawnie. Wróciły spacery, lekkie pojękiwania, wszelakie marudzenia i lody wieczorem i jeszcze te dziwne uściski z drzewami i… Wyspa znowu tak jakoś była dla nich w porządku. A co Pani Wyspy na to? Cóż… ona przecież, jak zwykle zresztą czego nie wolno ukrywać, wszystko wiedziała.

Wszystko!!!

Ale dlaczego ją puściła? Może po to, by Pan Jesień przyszedł? Wiecie, niespodziankowo, bo Wiedźmie z Latem nigdy po drodze nie było? A może miała inne intencje? Może tak naprawdę ją wypożyczyła, a może… Szkołę Wiedźm ktoś planuje założyć i one zaleją świat i już nudno nigdy nie będzie, choć wkurzająco zawsze?

Może?

Bynajmniej Pan Jesień był w tym roku dziwnym, szarym człowieczkiem o długich, jasnych włosach i małych, przymrużonych oczkach. Miał na sobie zwykły, szaro-czarny dresik i buciki w tym samym deseniu i uśmiech miał piękny i równy. Szczuplutki był, ale silny i w ogólnej sile wieku… i tylko, widzicie, tylko jego oczy były tak naprawdę jesienne. Pełne tych barw, mocnych i szeleszczących, tej dziwnej nostalgiczności, ale i dziwnej uległości ostatnim ciepłym promieniom słońca, leniwości i wszelakim rozrywkom przynależnym letniej porze roku.

Jak nic… dziwny był. A może tylko dziwniejszy niż to wszystko, co tutaj zawsze i codziennie, zwyczajanie dziwne?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3345

Z cyklu przeczytane: „Summoner. Zaklinacz 2. Wyprawa” – … tom drugi przygody. A może tak naprawdę życia młodego Fletchera? Zaklinacza i sieroty? Chociaż, czy wciąż sieroty? Bo przecież drugi tom wniósł wiele…

Nie uprzedzając faktów, oto opowieść o procesie. O wojnie, przyjaźni i oczywiście dorastaniu. O prawdzie i zaufaniu. I jeszcze o polityce, bo w końcu wszystko dzieje się w miejscu aż od niej tętniącym. Sympatyczna młodzieżówka dla młodszej młodzieży, która jeszcze wiele nie przeczytała.

Jeżeli potrzebujecie pasjonującej przygody pełnej magii, dobrze trafiliście. Jeśli jesteście młodsi wiekiem, tym lepiej trafiliście, bo starsi zauważą pewne wtórności i zapożyczenia. I jeśli… właściwie, to przecież każdy potrafi powiedzieć, czy chce coś przeczytać, czy nie? Może wystarczy nadmienić, że książka zawiera pokemony – znaczy sorry, wciórności te wszelkie modowe wstawki w opisach, demony zawiera ta opowieść, oraz krasnoludy i elfy? Wystarczy?

PS. Trzeci tom się pisze!!! LOL

IMG_5644

Skagen…

Płasko.

Bardzo płasko.

Może i rozpieściła mnie Wyspa swoją różnorodnością, ale to miejsce, czubek Danii, zdaje się być tylko przez przypadek nie do końca zalany. Przecina go cos na kształt autostrady, która prowadzi do końca. No dobra, do prawie końca. Do tego miejsca, gdzie już tylko wydma, a potem płaski piaskowy brzeg i woda, a raczej wody. Niemieszalne. Dziwne to wszystko.

Tupta sobie od parkingu człowiek niecałe dwa kilometry, by popatrzeć na cypelek zalany lub nie, w zalezności od fal, gdzie stykają się Morze Północne i Bałtyckie. Stykają, ale nie mieszają. Muszę im uwierzyć na słowo, bo z punktu widzenia niskiego człowieka, raczej nic nie widać. Ot są fale, kotłują się, przepychają, drażnią się ze sobą, dziwnie atakują się wzajemnie, jakby nie potrafiły się dogadać, a może w rzeczywistości się kochają i wiecie, czubią się? Tak od wieków i wieków? Może… kto to może wiedzieć? No kto? Stoję tutaj, przede mną grupka ludzików różnistych, jedna parka w kaloszach… po kiego grzyba kurcze w kaloszach nad morze? Rozumiem, że temperatura nie tropikalna, ale serio mocno ciepło, pod stopami wielgachne zezwłoki jakichś meduz, może to o one im chodziło… całkiem kolorowych, jak nic bardziej żracych niż chełbie. Ogromnych, większych niż męski łeb. Niż patelnia. Duża patelnia. Do tego muszelki i pojedyncze krzemienie. I piasek… taki inny niż na Wyspie. Brudniejszy dziwnie, jakiś ciemniejszy i bursztyny, ale nie widzę żadnego, a może widzę, tylko nie umiem rozpoznać?

Koniec świata.

Stojąc na owej płaskości czuję się dziwnie goła. Odkryta i całkowicie przemakalna. Taka wystawiona na pośmiewisko, wszelkie Twittery i inne tam Instagramy.

Goła… potrzebuję jednak do życia i lasów i buszów, krzaków, a nie tylko tych dziwnych latarni, które były ino ogniskami na patyczkach, zakopanych kościołów i wszelakich wodności. I bunkrów. A tak, bunkry tutaj mają, ten z napisem Zimmer Frei – naprawdę wzbudził we mnie szalony rechot.

IMG_3317 (3)

Muszle, kraby i rozgwiazdy…

To fascynujące, że na tak oddalonej północy jest to wszystko. W niewielkim, ale jak zaznaczają media wielce się rozwijającym, Sæby świat się muszeluje i bursztyni. Pewno za sprawiają miękkości wybrzeża, pływami i wszelakimi cudami morskiego świata, ale wciąż oszałamia to jak różnorodne i wielokrotne muszelki tu mają. Nachylam się nad sporą łachą onej bogatości i już wiem, że szybko mnie stąd nie wyciągną. Oj nie. Bo tutaj taka spiczasta, tu okrągła, różowa, niebieska, z szarymi wstawkami…

Muszele!!!

Bajka.

Może i ten lekko zielonkawy stwór, krab subtelny z wielkim, wymalowanym na grzebiecie okiem, lekko doprawił mnie zawałowo, ale trzymam się dzielnie… maciupeńka rozgwiazda najzwyczajniej w świecie mnie rozczuliła. Łażą po niej mrówki, różowiutkiej takiej, lekko koralowej, jaśniejszej dołem, ale może jeszcze, może jeśli ją rzucę w wodę… pożyje? Może? Miękka jestem… a może zwyczajnie jakos tak życie mnie fascynuje. Wole gadać z tymi mniej żywymi, ale jeśli chodzi o zwierzątka i roślinki, wolę je w formie dziarskiej. Może nie tak bardzo rozwrzeszczanej wolę, ale… niech żyją!!!

Dziwna ta Dania, serio.

Płaska, a jednak wcięta fiordem. Wyspowa, a jednak tak bardzo uciekająca od tej różnorodności. Kolorowa, dziwnie naturalistyczna, ale i spokojnie unormowana i przygwożdżona wszelakimi prawami. Zestawami praw nawet i darmowymi kibelkami. To lubię, ale jednak Wyspa to Wyspa. To coś więcej, coś innego, niby Dania, a niby nie. Rzut beretem od Szwecji, a przecież nie mamy łosi… może kiedyś, gdy morze stawało szkłem kamiennym, morze… Może… warto zobaczyć świat, ale jak to jest, że w podróży tęsknisz za domem, a w domu zastanawiasz się, czy znowu nie zdecydować się na podróż? Na wycieczkę chociaż? Na coś tam takiego…

IMG_0021

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.