Pan Tealight i Zbyt Duży Sen…

„Pojawił się nagle, opadł na nią z zamysłem wcale nie seksualnym i postanowił, że nie puści. Że wcale, a wcale i nigdy. Że ona będzie już tylko jego, bo ktoś w końcu musi go śnić. Bo przecież ktoś w końcu musi się poświęcić, zresztą wielce tam poświęcić, w końcu był z niego bardzo intrygujący, choć mocny, wciągający i duży, głęboki oraz wyrazisty, ale także niesamowity, taki Zbyt Duży Sen.

Ale jednak…

… jedyny w swoim rodzaju!

Pełen tego, czego pragnęła, tego co znała, ale i tego, co było tylko jej marzeniem, czymś, co chciała, by się spełniło, ale jednak… nie wszystko. Tak wiele tam było w nim nowego, tak wiele niesamowicie nęcącego, ale jednak i wstrząsającego. Może i zbyt wiele, może i zbyt mocno, może i… nie dla niej?

Ale on chciał!!!

On chciał jej.

Właśnie jej.

Tylko i wyłącznie. Bo ona chciała śnić, bo właziła w sny tak łatwo, bo mieszała się z nimi, stawała się jednym. I na dodatek, zawsze dorzucała coś od siebie. Coś nowego, coś, co sprawiało, że nawet on, Zbyt Duży Sen, stawał się… zaskoczony. Dlatego nie chciał jej wypuścić. Nie chciał żeby się budziła… ale przecież byli tacy, którzy rościli sobie do niej prawa właśnie za dnia, za wrednej przytomności. A on nie chciał. Nie chciał przerywać, nie chciał znikać na tę chwilę, więc… więc się o nią kłócili. Każdego wczesnego, lub późniejszego, tudzież szokująco późnego poranka lub i popołudnia nawet zrywali się do walki. Do walki o nią.

Zwykłą wiedźmę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1685

Z cyklu przeczytane: „Mroczna zemsta” – … koniec. I nie ma już nic. I co teraz będzie? A może będzie ciąg dalszy, może?

Zarazem i bohater i świat, jak i sam autor podbili polski rynek. Mają swoich wyznawców, mają swoich wielbicieli i oczywiście fanów wyskokowych. Tak po prostu. Bo jakoś to połączenie magii, wiedźmostwa i anglikańskości wypaliło. A może chodzi o to, że autor nie traktuje człowieka jak głupka? Wiecie, dzieciaka?

Nie wiem, ale Delaney jest mega.

Jeżeli jeszcze nie znacie opowieści o stracharzu, to zacznijcie od Kronik.

Warto!!!

IMG_1726

I miało padać.

I padało przez sekund pięć. Poza tym duszno, ciepło i tak dalej. Ptaki szaleją. Trza podlewać ogródek. Mam ochotę dorwać ludzi z DMI, straszących i niszczących turyzm i wiecie, przetrzepać im tyłki. No bo serio, jak oni mogli tak Turyściznę nastraszyć. Tosz przecież nie można tak. Tosz przecież jak oni teraz na nas spojrzą. Okłamani przez internety, appki i gazety… poczują się oszukani i serio niechciani!!!

I miało padać.

Teraz zapowiadają 3 tygodnie pełnego słonka, od dziś… jak na razie jest pochmurno i żniwa na całego. Wszyscy chyba jakoś podskórnie czują, że już nikomu nie można ufać, więc zbierają i to i tamto. Ciężkie, ciężarne kłosy kołyszą się na wietrze, a w tle biały wiatrak. Ech, jaka to idylla, bo gdy staniecie na górce, to w oddali te fale i wiecie… piękne to jest wszystko. Tu zielono, tu złoto, tu miedzianie, a tutaj nagle pole pełne kolorów. Człek depcze po hamulcach, znajduje dobry spot i leci sprawdzić, czy coś mu się nie przewidziało.

Nie przewidziało się i nie jest to ten mityczny pasek, który miał powstać wzdłuż pól z nasianych kwiatów. Wiecie, nie wiem co nim chcieli osiągnąć, ale nie wyszło. W większości kwiatki nie wzeszły, bo i ziarna marne i idiotyzm tak wsadzać to, co niedzikie i ziemia spieprzona zbyt inwazyjną gospodarką i jeszcze oczywiście wszelkimi GMO. Tak się skończyły wizje pasków kwiatowych wzdłuż dróg, co to miały wiecie i oko cieszyć i zdjęć więcej nadgonić…

To, co ja widzę, to jednak coś innego. Pole pełne astrowatych, czy czegoś w ten deseń. Wiecie, pełne kolorowych kwiatów – pewno na nasiona. Mieszańców o wszelakich środkach i wszelakich płatkach. Piękne, niesamowite, bajeczne… aż człek się zastanawia, czy to dla ludzi, czy dla wróżków, jednorożców i wiecie, całego onego magicznego tałatajstwa. Włazisz, balansujesz na brzegu, bo nie chcesz zniszczyć i nie wierzysz. I choć o wiele lepiej pachnie pole zwykłej koniczyny, to jednak te kwiatuszki, tak rozkładające się wokół wielkiego kurhanu po prostu czarują. Są jak nie z tego świata. Jak bunt przeciwko wszystkiemu.

Jak znak z innej strony świata…

IMG_2107 (2)

Etape Bornholm też skończony.

Wiecie, jak ktoś chciał wziąć udział, to zapraszamy za rok. Aczkolwiek przygotowania oczywiście warto zacząć już teraz. I bieganie i pływanie i rowerki. Aczkolwiek co do pływania, to mądrze to róbmy, bo znowu trzeba było ratować idiotów, którzy pływali podczas wysokich fal. A raczej się wiecie, podtapiali. Aż ręka świerzbi, by rodziców przyzwalających na coś takiego, trzepnąć.

A może w końcu należy zacząć karać? Bo przecież w tym świecie za nic się nie karze. Nie ma norm moralnych, etyki, czy jakichkolwiek praw. Wszystko nagle chce być hippisowskim love, ale nie wie o co chodzi dokładnie, więc tylko… wsadza petardy w gówna. Ja rozumiem, że możesz nie mieć ni kszty szacunku dla tych czadowych ludzi, którzy w sezonie jeżdżą i sprawdzają te nasze cudne kibelki, ale żeby nie mieć szacunku dla bliskich? Bo co jeśli twojej mamusi się zachce, a ty właśnie swoje gówno wysadziłeś w jedynym miejscu, gdzie mogłaby spokojnie i w czystości zrobić to, co robią nawet królowe!!!

Ech, powiem wam, że z każdym rokiem Turyścizna gorsza, ale to chyba jest tak wszędzie, czy nie? Nie wiem, sama jestem zawsze za bardzo przerażona, żeby sprzeciwić się czemukolwiek, albo spróbować niegrzeczności, więc skąd w tak wielu bierze się agresja, głupota i bezczelna okrutność? No tak serio?

Macie jakieś teorie?

Bo ja już chyba nie…

A na razie wróćmy do zieleni za oknem, trawnika, który trzeba skosić, bo po pierwsze prawo, po drugie wiadomo kleszcze, a po trzecie lubię taką swoją odrobinę luksusu. Pomijając fakt, że u nas to głównie mech, bo z tą ziemią tutaj jest serio coś nie tak. Zeżarła mi właśnie dobrze już wyrośniętą brzózkę i nawet przysięgam, widziałam jęzor wyłażący z zieleni i się oblizujący!!! No dlaczego? Bo wiecie, jeżeli chodzi o mniejszą słoneczną ekspozycję, to roślinkom chyba to naprawdę odpowiada!

Szaleją na całego.

IMG_2085 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbyt Duży Sen… została wyłączona

Pan Tealight i Szalone Krowy…

„Nikt nie wie co brały, ale od pewnego czasu Wiedźma Wrona Pożarta z wielkim koszyczkiem wyplecionym z traw łaziła za każdą widoczną krowiną. Że brały? No wiecie, brały, bo nagle krowy poszalały na Wyspę i zaczęły pląsać po drogach. A jak pląsać, to i latać i ogólnie super się czuć, to czemu ona nie, więc… zaczęła stalkować rogaciznę. Bezczelnie i całkowicie jawnie…

Niby mogła przy okazji jakieś wiaderko brać ze sobą, wiecie kupa krowia, taka wysuszona szczególnie, to czadowy nawóz a w ogródku byłoby miło trochę trawki, ziółka i inną roślinność wspomóc. Ale nie, jej tylko chodziło i te ziółka, o te trawki, o te liścieje, a może i kwiaty jakoweś, które sprawiają, że krowom tak…

… wesoło.

Chciała spróbować onej szczęśliwości ekologicznej, bo przecież nie mogły mieć tego z innego miejsca. Wyłącznie z tego świata, tej Wyspy. Bo wiecie, życie było jakie było. Biczujące, masakrujące, męczące. Niby z jednej strony wciąż fascynujące, pobrzmiewające wczesnymi żniwami mimo chłodniejszego lata, kroplami pojedynczymi deszczów przelatujących nad Wyspą, ale niezostającymi na dłużej. Z rybą z frytkami, nowymi magnesami, których nie mogła mieć i całą masą marzeń, które odmówiły się spełnienia. Miała dość, więc chciała tego, co przeżuwające…

Choćby miała do końca dnia siedzieć i nic nie robić ino żuć te liścieje, to jednak tego właśnie chciała, choć…

Krowiny przebiegały obok niej dziwnie tanecznym krokiem, coś jak rumba czy salsa, a może jednak czasem i walc: raz dwa trzy, raz dwa trzy, raz dwa trzy… jakby to wszystko było jakimś żartem, formą wyśmiania wszystkiego. Jakby tak po prostu nagle odzyskiwały świat, bo choć hodowlane, to przecież z wolnego wybiegu, czyż nie? W końcu jak psy mogą bez snorrów, to czemu krowinom nie wolno tak po prostu po ścieżce, po drodze, po rowerzystach dobrze odpasionych… No co?

Równość i wolność rządzi… ino oby potem ktoś wydoił. Wiecie, głupio tak z niewydojonymi po Wyspie się lata.

Mocno niewygodnie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9806

Z cyklu przeczytane: „Przeklęty prom” – … ale no? Tak serio? Wiecie, oczywiście że przeczytałam opis, dlatego kupiłam oną powieść, ale mroczna siła mogła oznaczać wszystko. No przecież wszystko! Istniały mroczne siły przed wampirami, zombimi i lalkami Barbie!!!

Wierzcie mi, istniały.

Takiego Manitou w pewnym czasie pobił komputer!!! Bardzo wielki. Takowe wtedy istniały. Ogromne, zajmowały całe domy. Ale… wróćmy do książki.

Powieść jak tytuł wskazuje, dzieje się na promie. A na promie fajno jest. Jedni płyną z miejsca na miejsce, jedni po to by się zabawić, inni znowu by się zabawić i zrobić zakupy, a jeszcze inni właściwie żyją na promie, bo to trochę inny świat na tych północnych wodach. I oczywiście jest też starsza pani z dzieckiem. I znany piosenkarz po best before i tutaj książka strasznie zaczyna przypominać ten serial/książkę tego reżysera… „The Strain”. Sorry, ale nie można uciec od podobieństw. Jest ich aż nadto, choć tylko podobieństw, bo tak naprawdę cała ta krew jest wątkiem pobocznym, dla mnie głównym tematem byli ludzie i ich stosunki oraz animozje.

Te nacjonalistyczne i seksistowskie.

IMG_5666

Lipiec się kończy…

Ludziska w gazetach panikują, że od początku lata nie było lata. Mało to trochę gramatycznie poprawne, no ale. Mało pewno też logiczne, ale no ale też ale no… wiecie. Panika, strach, wszelakie teorie spiskowe!!! A mi się to wszystko tak podoba. Ona pogoda niegorąca, one kąpiele w wodzie cudownie chłodnej, gęstej, wzburzonej. Spacery, których nie trzeba się bać, no wiecie, które wam skóry nie palą i włosów nie dymią… cudownie jest. Tak, jak najbardziej oczywiście chłodno, niepaląco, ale po prostu, no jak dla mnie oczywiście genialnie!!!

Takie lato to ja mogę przeżywać nie ma boja.

Mogę spokojnie. Podoba mi się.

No i sorry, ale jakoś takie lato jest bardziej właściwe tej porze roku w tym miejscu, więc nie marudźcie no. Ile z was dzisiaj bawiło się z falami? Ile tak naprawdę czuło się zajebiście, bo krople wody roztrzaskiwały się wam na twarzach… słone, świeże i niesamowite? Proste, logicznie naturalne. Fale czyste, miejscami szmaragdowe… uderzające w one kolorowe fale. Bujające statkami w porcie w Gudhjem. I oczywiście ci genialni rodzice mające gdzieś swoje dzieci, a te pakujące się na skały, w fale, a moc w falach wielka i pokrętna, tak naprawdę przez długi czas może być cicho, fale niby wysokie, ale nie dalekie, aż w końcu przychodzi seria takich, które zwalają, porywają i zwyczajnie… kończą twoje życie. A skały u nas, mimo tej całej wodnistości, to raczej ostre i wciąż twarde – ha ha ha, więc lekkie klepnięcie i po życiu.

Ale życie chyba w obecnych czasach mało jest ważne.

Czy się zamoczyłam?

A jak myślicie? No przecież ja to kocham, a zdjęcia się same nie zrobią. I choć zapowiadali te deszcze, to wiecie, nadal deszczów brak. Ja już nie rozumiem. DMI, serio? Założyłam się sama ze sobą, że na pewno do środy nie będzie padać i co… i kurna wciąż ciepło i wczoraj troszku ino, kilku siuśko-kroplów, więc…

IMG_6584

Po mieście plątają się ludziszczaki, a mnie przeraża Golgota w Gudhjem pod muzeum.

To pierwsze, czyli Turyścizna pozawijane jest w szaliki, ma seryjnie grube kurtki zimowe i czapki!!! Serio takie wełniane czapki! Jakby kurna Syberia nadeszła no! Może w morzu znowu Rosjanie, ale bez przesady, kurna może jeszcze uszatki, co? Przecież ciepło jest, miejscami nawet duszno, kąpać się można, cudnie jest, a ci robią z siebie nie wiadomo co. He he he!!! Jak nic w sklepach z pamiątkami wykupią wszelkie sztuki wszelakiej odzieży. Będą obroty!!!

A co do Golgoty…

Sprawa jest większa, cięższa i ogólnie mówiąc koszmarna. Otóż pod muzeum stanęły wysokie sosnowe chyba krzyże. Serio. Takie stykające się mniej więcej czubkami ze sobą. I to jest chyba sztuka. I już mnie telepi. Jeszcze ino wielkiego Jezuska niech dorzucą no!!! Seryjnie, duńska sztuka to chyba jakaś mega pomyłka. Wiem, że ludziska w meblowaniu to ino styl skandynawski, ale sztuka jako taka w tym kraju, to sorry, ale ekhm… jest przerażająca. I co gorsza ma się podobać wszystkim. Właściwie wszystko, co się nazywa sztuką ma ci się podobać, bo jak nie, to znaczy żeś niedouczony kmiot, a nikt nie chce kmiot być.

No i tyle.

Ale te krzyże.

Krzyże sosnowe… jasne, na tle czerwonego muzeum, niegdysiejszej pociągowej stacji… no one mnie telepią. Ja chyba wezmę jakiś baniaczek i wiecie. Może spojrzą na mnie sądownie potem z przymrużeniem oka, bo i tak ze mnie ćpun i wariatka? Rozmawiam z pluszakami, kamienie macam i całuję… nadaję się na psychiatryka. A i z trzeciej strony, moja sztuka po takiej akcji mogłaby pójść w końcu w sprzedaży stronę. A byłabym bardzo za… bo cholernie ciężko jest.

IMG_6808

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szalone Krowy… została wyłączona

Pan Tealight i Bunt Porowodorostków…

„A bo dlaczego wszyscy mogą, a one nie?

No serio?

Dlaczego?

Że co, że za mało komórek, że nie mają może główek i rączek, czy czegoś tam? A kto powiedział, że to jest właśnie wyznacznik inteligencji?

A może są i inne inteligencje?

Nieznane dwunogom?

I się zbuntowały.

Jednakowoż z powodu kiepskich wzorców bunt nastąpił wyłącznie przy brzegu z mokrymi transparentami. Wiecie, skupiły się wzdłuż linii brzegowej i stwierdziły, że nikogo nie przepuszczą. Nie do końca wiedziały, po co i dlaczego, ale tak sobie umyśliły, więc się zagęstwiły… i co? I Wiedźma Wrona i tak przez nie przeszła, bo chciała do wody. Bo musiała popływać.

Bo przecież jak bez pływania?

No więc wiecie, zaczęły się buntować bardziej gromadnie, porowate takie, brązowawo-szklano-szklisto-zielonkawo-bursztynowe. Próbowały ją dorwać, próbowały przekonać, ale ponieważ nie do końca wiedziały o co im chodzi, więc wiecie, no po prostu się narzucały jej. Onej czarnej koszulce i gaciom, onej pływalności i wszelakiej nierównej się poważnej od wody odpychalności. Te zaczepiły ją o palce u stóp, tamte do rąk chciały, a te zboczone nawet wlazły tam gdzie nie trzeba i wylazł dopiero w Chatce pod prysznicem bardzo zaskoczone swoją suchością, oraz dziwną przestrzenią wszechświata, w której się nagle objawiły i która zdała się nie do końca być morzem i oną chwilą, nim spłynęły pożarte przez Bulgota…

Ale żeby nie było, nikt nie mógł powiedzieć, że się nie buntowały. Że nie mają rozumów, że naprawdę nie umieją o siebie zadbać i o swoje zdanie!!!

Nikt!!!

Nigdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7172 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zapisane w wodzie” – … utonęła. I ona i ona. Jakby woda je przyzywała, jakby tak naprawdę istniało jakieś przekleństwo, ale jakie naprawdę?

Jakie?

Podobno książka bardzo reklamowana w Polsce.

Podobno świetna, podobno jadąca na „Dziewczynie z pociągu”, która była taka sobie… wiecie, ile ludzi tyle opinii. Ja kupiłam z powodu opisu. Z powodu wody, która rzeczywiście ma dla mnie taką moc, oraz miejsc, które zwać można i trzeba, czarownymi. Co dostałam? Nie do końca dopracowany kryminał. Z jednej strony pomysłowy, intrygujący, z dobrym szkieletem, z drugiej jednak strasznie połamany ze zbyt ubogim językiem. A jednak… bawiła się jakoś. Dopóki nie zrozumiałam kto co i dlaczego i… no wiecie, po połowie człek już przestał mieć złudzenia. Do tego znienawidził gliniarza.

A tego nie powinno się robić.

Dla tych, do których późno dociera sens. To na pewno, im się książka spodoba. Dla tych, co lubią odrobinę paranormalności, aczkolwiek tutaj została ona rzucona i zdeptana, więc może nie do końca dla was? Nie wiem. Wiem jedno. Jak przeczytacie, to się dowiecie. I tyle. Jedno wiem na pewno. Pomysły autorka ma, ale z wykonaniem już gorzej. Ona potrzebuje pomocy, albo psarskiej kooperacji.

IMG_5670

Dla was może nic, dla mnie ważna sprawa.

Chociaż może nie do końca zgadzam się z postawioną tezą, no ale… to odkrycie to dla mnie moment, w którym mogę powiedzieć: a nie mówiłam!!! A wyście się ze mnie śmiali. Brzydale jedne. Ale im tego nie powiem, bo i po co? W końcu to i tak tylko chwila w czasie, a moje hjulkorsy wciąż są rzadkością. I wciąż kryją masę tajemnic. No wiecie, wiadomo że wakacje to sezon na wykopaliska, sama za zdrowych rąk siedziałam i smażyłam się w słonku, teraz obrabiam to, co znajdują inni, tudzież znalezione zostało lata temu. Naprawdę jestem zdania, że ludzie powinni zacząć wykopaliska w muzealnych i uniwersyteckich podziemiach i innych tam kanciapach, w których zawsze kurzą się one znaleziska. Nie oszukujmy się. Nie ma nikogo, kto by wiedział, co tam i gdzie jest. Możliwe, iż odpowiedzi na wiele pytań, a może i kolejne pytania?

Bycie archeologiem już niegrzebiącym, czy raczej wyłącznie odkrywkowym to przyjemna nuda. Z jednej strony się już nie pieczesz, ale też nie ma tego dreszczyku, z drugiej masz inny dreszczyk, gdy łączysz puzzle, o których różni znalazcy nie mają pojęcia. Kocham to. Bycie naukowcem, to zwyczajny sposób na życie i pozwala na sztukę… szczególnie, gdy chodzi o archeologię. Ech, za młodu człek myślał, że tylko rycie w ziemi się liczy, potem z wiekiem dopiero do niego dociera, że najważniejsze jest dokładne wyjęcie tego z ziemi, dokładne opisanie i nie pomieszanie karteczek i oczywiście… zbadanie tego później, gdy już kurz opadnie. A tego wielu archeologów nie lubi i zmieniają się w gości łażących z pipkaczami…

Ech!!!

No nic. Nadal badam ryty naskalne. Bo kocham je strasznie!!! Znowu chce mi się na północ. Kurcze, aż mnie coś swędzi, aż coś mnie pcha i coś depcze, no nie wiem jak to się skończy, ale chyba muszę, bo się uduszę. Na obrazkach to nie jest to samo!!!

W przypadku sztuki to nigdy nie jest to samo.

IMG_4621

Zapowiedzieli u nas pięć dni deszczów…

Popłoch padł na Wyspę. Na Turyściznę w namiotach, na tych rowerowych, na wszelakich chodzących, na imprezy zaplanowane… no i mamy dzień numer dwa, który powoli odchodzi w zapomnienie i popadało kilka kropel i tyle. Jest chłodniej, ale też i słodko, przyjemnie, powietrze jest jakieś takie miękkie i niesamowite. Po prostu aż chce się żyć. Po prostu… czyż to nie cudowna pora na spacery rowerowe wycieczki? W końcu się człek nie zapoci.

Oczywiście, że wskoczyłam do wody. Sorry, ale brak słońca i temperatura poniżej 15 stopni cieczy raczej nie przeszkadza. Może trochę mnie stawy skokowe bolały na początku, ale jaka ta woda zajebista, jaka tłuściutka i gęsta. Jaka niesamowita i czysta. I nawet przez jeden dzień była spokojna, więc od kamienia do kamienia, długość za długością, aż człek już nie wie gdzie góra gdzie dół, siedzi na piasku, pije gorącą herbatę i po prostu dobrze się ma. Rozgląda się a tam ino jakaś ludzina na horyzoncie. Bo wiecie, plaży u nas dostatki wielkie, białe są i piaskowe, więc nie ma co się kotwasić jedno na drugiego łbie. Aczkolwiek na niektóre uważajcie. Szczególnie tam przy Boderne, bo brzydackie bakteryje w wodzie się znalazły. Pewno komuś przepuszcza kanalizacja i tyle. Albo wiecie, te  Chińczyki i oczywista Rosjany, które ganiają się po naszych wodach coś wypuścili do przestrzeni Wyspy. Ostatnio poza śmieciami polskimi – weźcie no te plastikowe butelki ze sobą z powrotem, znajduję chińskie worki!!! Serio, takie plastikowe, wiecie plecione. Z wielkimi, chińskimi napisami. Pierun wie co to za cholerstwo, no ale…

Wkurwiają mnie śmieciacze. No weźcie no. Przecież można to zabrać ze sobą do domu i umieścić w odpowiednim koszu. To nie jest takie trudne!!!

Naprawdę!!!

PS. Na zewnątrz szumi i morze i trochę wiatr, wróble wariują, do tego jakiś piskacz w krzakach piskuje na granicy, którą słyszą ino pieski… niebo jasne, miejscami szarawe, zieleń wszędzie oczywiście i nadal nie pada!!!

IMG_4655

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bunt Porowodorostków… została wyłączona

Pan Tealight i Jebana Pełnia…

„Niby wiecie, można się było jej spodziewać. Tego zimnego blasku, dziwnej poświaty, mącenie umysłów, paraliżowania członków… w końcu był dość mocno regularny. Ale wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta miała dziwny stosunek do księżyca, a już z pełnią jako taką, to stosunków mieć nie chciała żadnych. Przerywanych, wszelako analnych, dziwnie pokręconych, czy z pejczykami… O nie. Za nic w świecie. Serio. Nawet za to, czy za to. Nie. Nigdy w życiu i poza nim.

Jebana Pełnia nadeszła i miała się całkiem dobrze. W jej połyskującym świetle opadały płatki jasnoróżowej róży i tej wielkie, o mocno czerwonych, właściwie burgundowych liściach. Trawy się kładły, inne znowu wstawały. Ogólnie mówiąc, tak naprawdę chyba nikt się z oną pełnią dobrze nie czuł. Brzuchy niektórych bolały, jeśli je mieli, nogi, albo tylko duże palce u małych stóp. Albo głowy, czy włosy… bo tak, jak najbardziej, włosy też mogą boleć, choć nikt w to nie wierzy…

Ale ona sobie była.

Czy miała wszystkim za złe to jęczenie? A kto ją tam wie. Przecież z nikim nie rozmawiała. Nawet słowem się nie zająknęła, wzeszła, przechadzała się po nieboskłonie, który też nie był w sosie, a przynajmniej nie w tym swoim. Wiecie, mocno znajomym… takim o właściwej gęstości i wszelakim zabarwieniu, które nie przerażało i nie pachniało jak zmarła dawno, wcale nielubiana babcia… No nic nie mogli na to poradzić, a ona im wcale nie pomagała w zniesieniu onej swojej obecności. Jakby wiecie, wrednie się cieszyła z ich zaniepokojenia i wszelkiego pomieszania.

Właściwie, to nie wiedzieli jak ona to robi i dlaczego?

Czy miała na to wpływ i zwyczajnie była wredna, czy jednak wiecie, po prostu taka była, no jak komary – część natury, która na pewno jest potrzebna, jest ważnym elementem nigdy niemożliwej do zrozumienia całości, ale jak z ciebie żłopią, to jakoś tracisz poczucie i związku z naturą i oczywiście wszelakiego dla niej zrozumienia; i nic nie mogła na to poradzić. Chociaż tak bardzo się starała. I zostawiała wszystkim prezenty, ale jakoś nikt ich nie rozumiał, a co gorsza większość była dla wszystkich niewidzialna bez jej światła, więc ogólnie kiła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4536

Z cyklu przeczytane: „Zanim zniknęła” – … dobra. Zabrzmi to dziwnie, ale chyba znalazłam książkę, jakiej jeszcze nie było. No dobra, nie było współcześnie, tak d końca. Nie ma wyprasowanego, łatanego wielokrotnie tematu choć…

… opowiada o zniknięciu córki…

Powieść jest niesamowita. Właściwie wszystko już się wydarzyło, ona zniknęła, ale jej matka wciąż ma nadzieję. I szuka jej. Straciła już rodzinę, dwaj synowie tylko ją odwiedzają, ona mieszka w letnim domku i czeka… na jakiś znak.

Książka doskonale oddaje wszelkie emocje rodzica utrudzonego, zmęczonego, przerażonego, ale też tego pełnego nadziei. Tego, który nagle się dowiaduje, że tak naprawdę wcale nie znał swojego dziecka. Wcale nie zna swojej rodziny. Wątki poboczne wyłącznie pogłębiają oną… hmmm, otoczkę, którą widzą wszyscy, którą akceptują, ale też dzięki niej nie widzą…

PRAWDY.

Mocna i niesamowita, świetnie spisana, z jednej strony delikatna, z drugiej mocna i brutalna, z zakończeniem, którego się domyślałam, a jednak…

… i tak mnie poruszyło!!!

Bardzo polecam!!!

IMG_5659

Czereśnie…

Na Wyspie nie ma wiśni.

Tak serio to nie wiem, czy Duńczycy wiedzą w ogóle, że istnieją wiśnie, ale mamy na oczywiście czereśnie. Maciupkie, małomięsne… he he he, ale za to przesłodkie. Właśnie dojrzewają, więc oblepiają je nie tylko ptaki, ale i ludziszczaki. I to wiecie, wszyscy. Na szczęście my mamy jedną pod oknem, co znaczy, że daleko iść nie trzeba. Ale… problem jest taki, że komuś się chyba coś poplimkało i poobcinał dolne gałęzie. Czereśnia jest wysoka, wiekowa, słodziutkie ma owocki, maciupkie, pewno cudne na zupę lub kompot… Jadaliście takie słodkie zupy? Wiecie, za małego? Pewno nie, przeca w biednych czasach wychowywali się ci 40 plus… ale owocowa zupa, szczególnie pita w formie chłodnika jest miodzio!!! Babcia robiła najlepszą!!! Właśnie z dzikusek, wiecie, żeby wydobyć cały smak i ze skórki i pestki i miąższu, który tak serio prawie wcale nie istnieje.

No to mamy czas czereśni…

Poza czereśniami dostępne: młoda kapustka i cebula. No i w Allinge są wyspowe kalafiory!!! Serio!! I to tylko i wyłącznie tam, czego kompletnie nie rozumiem, bo rok temu były w Dagli chyba na całej Wyspie. No ale, jak ktoś pragnie prawdziwego jedzenia, i tak odnosi się to obecnie też i do warzyw oraz owoców!!!, to zapraszamy. Smak jedyny z swoim rodzaju. No i jeszcze są oczywiście ziemniaczki w różnych miejscach a mi się udało nawet dorwać maliny!!! Aaaa!!! Są czerwone porzeczki, ale wiecie, to jednak nie truskawki. Poza tym dość ubogo. I to chyba jednak głównie chodzi o kradziejstwa… ale nic to. Miesiąc się kończy, sierpień się zbliża, a to oznacza, że w końcu duńskie złe dzieci wrócą do szkoły!!! I te wielkie rodziny przestaną się panoszyć po Wyspie. Wiecie… bo jak obecnie się dzieci nie wychowuje, to strach się bać.

I to bardziej tych najmłodszych.

IMG_4555 (2)

Uwaliłam się wczoraj na kamieniu nad Gråmyrem i stwierdziłam, że spróbuję spokoju. Nawet mi wyszło przez kilka minut. Wiecie, onego leżenia na rozgrzanym głazie, może niegdyś otoczonego innego stojącymi głazami, może nawet ołtarzu znaczonym dziwnym, pogańskim krzyżem… z jednej strony woda i lilie, z drugiej piękny dom, dość wiekowy, ale bez przesady, dziwna opoka i strażnik.

Oczywiście są i żaby i te piękne błękitne ważki.

Jakie one są niesamowite.

Leżysz tak i nie wpatrujesz się w niebo no, chyba że jednym okiem, bo przecież słońce akurat po trzeciej świeci tak, że wali ci w twarz, więc starasz się od niego trochę osłonić. I nagle czujesz, po raz pierwszy, że mógłbyś tu zostać. Przechodzi ktoś z goldenem, osobnik w różowej koszulce, ale nic to. Nie ma nikogo, bo przecież jesteś tutaj tylko ty i te żaby i ważki i ptaki śpiewające tak czarownie.

A leżącego przecież raczej nikt nie ruszy, co nie?

Może to jest sposób na to, by ludzie przestali człowieka zaczepiać? Kłaść się gdzie popadnie? Wiecie, odmawiając rozmowy, kulić się, niczym przed atakiem zwierza jakiegoś…

Może?

Po raz pierwszy mogłabym chyba tak zostać, wiecie przynajmniej na dłużej, a mi się to nie zdarza. Oj pewno zmoczyłby mnie deszcz, bo w nocy będzie lało, a kolejny dzień będzie wilgotny i zimny, ale nic to. Może tak zostać tutaj na zawsze? Pocałuje się jakąś żabę i zwyczajnie wiecie, zmieni w jakiego ropuszka żeńskiego? Chociaż nie, no reumatyzmu się nabawię od tej wody i oczywiście będą mnie te lilie gilgotać. Nie no…

Trzeba wstać. Nie ma innego wyjścia.

Tylko po co? Może nadam się jednak na nimfę szuwarkowo-bagienną, wiecie, taką po best before i jakoś tak, no jakoś tak się będę pałętać po onych mokrościach z szatą porwaną, mokrą i prześwitującą… eeeech, to chyba już nie, no i jeszcze ono włosie bujne, eee, chyba peruka, czy doczepy…

Może jednak wstać?

IMG_5813 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jebana Pełnia… została wyłączona

Pan Tealight i Kurna nędza…

„No powiedziała to. Naprawdę doprowadził ją świat na skraj tego miejsca, gdzie już nic dobrego nie mogło się stać, nic, czego pragnęła, chciała… ale jednak wciąż zachowała wiecie, ladylike personality, więc nie mogła zacząć od najstarszego zawodu świata, więc stanęła na skale i wrzasnęła:

– Nosz Kurna Nędza… –

I ona przyszła…

Ona Kurna Nędza.

Przyszła oczywiście w dość przewidywalnym stroju, w szmatkach jako tako trzymających się siebie wzajemnie do kupy. Kolorowych, wszelako nadżartych, naderwanych, ale też i jakoś tak po prostu doskonale ze sobą połączonych. Tworzyły naprawdę malowniczy patchwork, choć może nie każdemu się takim wydawały… No i wiecie, w tej chustce na głowie, w tych podoczepianych dzwoneczkach, jakby była co najmniej trędowatym z czasów zaprzeszłych… a może i była? No i oczywiście z wózkiem. Wiecie, takim z supermarketu, do którego podoczepiała kolorowe balony, sznurki i wstążeczki, który wypełniła foliowymi torebkami z różnych dyskontów i poduszkami, które dało się dostać od kogoś… i z latawcem chwiejącym się nad tym wszystkim, choć akurat nie było wiatru i jeszcze… wiecie, z tym specyficznym zapachem.

No cóż, wszystko w zestawie.

Nie da się tego rozłączyć. Kurnej Nędzy i jej mocnego, zniewalającego wszystkie zmysły, wdzierającego się w człowieka przechodzącego we wszystkie jego pory, czepiającego się wszystkich włosów, nawet tych intymnych i oczywiście sprawiającego, że noszone ciuchy i ozdoby były do wyrzucenia… Zapachu.

No chyba że polubiłeś jego unikatowy aromat.

No chyba…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1094

Z cyklu przeczytane: „Ulubieńcy” – … ale? Czy naprawdę tak jest, że matki wolą jedne dzieci od drugich? Jest. Wiem to na swoim przykładzie, ale powiem wam też, że chujowo takie matki kończą… też przykład własny.

A co jeżeli się w końcu zemścić? Na tych wychuchanych, ukochanych, dzieciach, które choć z tych samych rodziców, to jednak mają inne prawa. Lepsze rzeczy, łatwiejsze życie, mniej kar… wiecie, onych siostrach Kopciuszka!!! Tylko, że zabijanie to niezbyt wielka kara? A końcu co one poradzą na to, że są bardziej kochane? Ale przecież dzieci uczą się wcześniej o tym, jak manipulować dorosłymi. W jaki sposób korzystać ze wszystkiego. Dzieci są okrutne i mściwe… więc dlaczego nie?

Dlaczego nie pomóc Kopciuszkom?

Powieść jest niesamowita. Pokręcona, z jednej strony okrutna, z drugiej kurcze dziwnie prawdziwa. W końcu dochodzi do zemsty, o którą tak wielu się modliło… której tak wielu pragnęło, choć wstydziło się do tego przyznać. Jednak… policja musi znaleźć zbrodniarza. Jak to zrobić, gdy ten wyprzedza ich zawsze o co najmniej krok? Jak to zrobić, gdy porwanie jest takie łatwe?

Dobra powieść. Naprawdę. Na pewno różnie odbiorą ją rodzice, dzieci, oraz ci z nas, którzy byli tymi gorszymi… Warto.

IMG_5660

Kolejne prmiery…

IMG_1722

Najruchliwsza droga…

… okay jedna z najruchliwszych i co? I na środku stoi baba, na podwójnej ciągłej, bo zdjęcie se robi. Z racji, że nie ma mi już co opadać, to wiecie, po prostu tylko klnę. A tamci uchachani, że przecież no lato, no wakacje… w dupie mają to człowieka właśnie wezwali do roboty, bo cholerne maszynki, do których Chowaniec pisał program się znowu zjebały, bo postarzanie produktu i tak dalej i nagle parkometry w portach nie działają…

Serio?

Stanie na drodze?

Kurwa?!!!

Pomijamy fakt nieużywania migaczów? Czy serio ludziom pourywało wszystko? Bo jeżeli tak, to może nie powinni jeździć? Może… Nie no. Wszyscy wiemy o co chodzi. Prawda jest taka, że nie ma kar. Za porno dziecięce jeszcze wsadzają do ciupy, ale niestety chronionej, więc sorry, ale porządku z nim nikt nie zrobi. Za to za każdą inną zbrodnię, złamanie przepisów poklepią po pleckach, dadzą psychologa. Czasem może jakąś karę finansową. Ale czy coś więcej?

Cokolwiek?

Ten świat nie karze winnych.

Nagradza ich. Sprawia, że młodym idiotom ścigającym się po ulicach zrobią jakiś jebany tor tutaj, na cichej Wyspie. Bo przecież młodzi się muszą wyszumieć. Kurna jak chcą się wyszumieć, to do roboty, kamienie tłuc, sprzątać, pieluchy zmieniać staruszkom. W końcu zrozumieć, że ten świat boli, że jest straszny, że odebrano biednym i starym wszystko i dano kurna… tym, którzy mają wszelkie siły…

Pomijamy fakt ślubów z młodymi Tajkami i wszelakimi uległymi Azjatkami? A tak. Nie jest to nowa moda w Danii, ale ilość starych facetów poślubiających młodziutkie, właściwie jebane dzieci wciąż, wzrasta strasznie. Rzygać się chce. Ale macie swój nowoczesny świat. Żaden face nie weźmie normalnej kobiety z okolicy, bo po co jej ktoś, kto ma rozum? Kto umie powiedzieć nie? Po kiego grzyba taki problem, o sami pomyślcie. Ale jeżeli wydaje się wam, że to tylko sprawa damsko-męska, to buba! Sąsiad właśnie poślubił młodziutkiego Azjatę.

I ja nie mam więcej pytań.

IMG_7031 (3)

Eeee…

To chyba ino dla zainteresowanych. Nie mam pojęcia kim jest ów Kessler… wygooglałam sobie of course, ale i tak wciąż mam to gdzieś. No wiecie, jednakowoż podniecenie mediów trochę mocno człeka rozbawia. Tym bardziej, że przecież skupili się na jego dziewczynie i ich dziecięciu zwanym księżniczkom, bo toto ma wózeczek ze złotymi elementami. I wiecie, teraz jest polowanie na Czerwony Październik, znaczy no na ów wózeczek… jakby to było ważne. Po pierwsze, jak już są na wakacjach, to niech sobie będą i odpoczną, a nie ludzie będą teraz za nimi latać i wózka wypatrywać. Zresztą wsio można sobie na jej blogu obejrzeć.

Ech…

Tomasz Kluczewicz komisarzem policji… eee… nie no, niezłe. Trzeba przyznać, że facet musi mieć jaja, że sobie choć imienia nie zmienił, no ale. Jest sobie komisarz policji, którego nazwiska żaden miejscowy za nic nie wymówi. Czujecie to? Dość wysokie stanowisko i nagle trzeba się zapytać, gdzie on jest, tudzież, coś napisać i kicha… KLUCZEWICZ. Dobrze, że nie Brzęczyszczykiewicz ludzie!!! Ha ha ha!!! Oczywiście pan komisarz ślicznie po duńsku mówi, ale podpisy i tak dostaje. Wiecie, to taki przytyk nacjonalistyczny. Nie no, nie dotyczy ino Polaków, bez przesady, podpisy dostaje i przyszła królowa i oczywiście sam mąż królowej.

Serio…

A wiecie, co w tym najśmieszniejsze? Że język duński został uznany za ten, który jest najbardziej niezrozumiałym dla samych Duńczyków!!! I to słychać. Niby ze sobą rozmawiają, niby coś, a jedno drugiego nie kuma. A już na Wyspie z tymi wszystkimi dialektami… jesteśmy pogrzebani w chrząkaniu, odpowiadaniu NEEEEEJ, na wszystko, bo się da, to odpowiedź na każdą emocję… i po prostu kiwanie głową oraz uśmiech. I chyba zacznę pić, bo wszyscy piją, no i wiecie, to podobno dobra sprawa na wszelkiej maści problemy. Podobno?

Jak myślicie?

IMG_7039

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kurna nędza… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Zasmucona…

„Taka była jakaś ostatnio.

Zasmucona, przybita, poddająca się, nawet niestarająca się walczyć. Dziwnie milknąca, uśmiechająca się oczami, skrzywieniem ust i powiek, w które jednak nie można było uwierzyć. Jakby miała coś przyczepione do twarzy, albo jakby może coś od środka poruszało mięśniami, ale jednak nie była to ona…

Jakby była wyłącznie pustym naczyniem.

Ale jeżeli tak, to co się stało z Wiedźmą Wroną Pożartą? Czy zeschła się tak jakoś kompletnie i po prostu opadła gdzieś poniżej kolan… może w okolice stópek nawet? I tylko jej ciało udawało, że wciąż jeszcze żyje, że wciąż jeszcze kto tam jest, że działa, myśli i wszelako jeszcze tworzy. Ale poza tym wszystkim, wielki smutek i wszelaka depresja złapały ją, wyusiły, zdeptały, pocięły na konfetti i jakoś tak…

… zdechły do końca.

A oni niczego nie zauważyli, no bo przecież wciąż chodziła, gadała, nawet pisała. Wciąż docierała do kibelka i czasem zdarzały się jej bączkowe przypadki, ale jednak… coś było nie tak. Nie do końca tak. Tylko co teraz? Podlać ją? Nadmuchać? A może wystarczy czymś nawieźć? A może jednak… sama powstanie? Może w ten sposób się chowa? Może naprawdę ma już dość? Do końca dość.

Ale ten smutek był przerażający i co gorsza, oczywiście zaraźliwy. Ojeblik – mała, ucięta główka rwała sobie włosy z czachy, a Wiedźmy z Pieca przestały zdobić sobie kiecki. Z Księżniczkami i Królewnami też nie było dobrze, nawet Jednorożce i Smok z Komina… no po prostu coś trzeba było zrobić.

Tylko co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones

IMG_8625

Z cyklu przeczytane: „Diabelska gra” – … nadal. Nadal nie wiem, czy lubię tę bohaterkę, czy jednak nie. Czy jej ciągłe wspominanie przeszłości działa mi na nerwy, czy jest logiczne? A może lubię tylko jej przyjaciela? Prawdziwego. Zwyczajnego… który ma swoje życie?

Nie wiem.

Ale powieść jest intrygująca!!! Tym bardziej, że dochodzi do starcia dwóch silnych osobowości, naznaczony. Tej dobrej, choć poranionej i złej, czysto socjopatycznej. I oczywiście jak zwykle faceci nie wierzą w babską socjopację. Wiecie jak to jest, gdy jesteście kobietą? Faceci nie uznają tego, iż możecie coś wiedzieć… muszą sprawdzić sami, tudzież od razu twierdzą, że nie jesteście w stanie myśleć aż tak. I widać to w tej powieści ogromnie mocno!!!

Naprawdę świetna, druga moja powieść tej autorki. Chyba jednak czekam na więcej. Chyba raczej na pewno nabędę kolejną część, bo na szczęście bohaterka się zmienia. W jakiś sposób ewoluuje i drugi tom daje nadzieję na coś jeszcze więcej. Coś głębszego. I choć wciąż nie do końca ujmuje mnie sposób narracji i pisania autorki, to jednak się przełamuję. A co…

Zrobię to dla psów!!!

IMG_5671

Słoneczne dni przetykane lekko mokrymi wieczorami. No po prostu pięknie jest. Temperatura idealna, aż człek se myśli, że to niemożliwe, by tak było. Mewy wrzeszczą znowu wieloma językami, wrony im wtórują. Bo wiecie, tak to już jest w czasie sezonu, że naśladują ludzi. Jakoś chyba robią sobie z nas jajca, choć kto je tam wie. Większość już wysiedziała młode, niektóre szykują się z ptaszencjów do ponownych narodzin, więc tupot małych łapek na rynnie i w jej wnętrzu obecny. Znowu z kibelka słychać naparzanie się wróblowatych.

Milusio…

Wszystko pachnie, kwitnie… jakoś tak jest bardziej wietrznie w tym roku, jakoś tak bardziej wyspowo, normalnie. Wiecie, tak jak człek pamięta z przeszłości. Tej bardzo dziwnie dawną się zdającej. Omiata se człowiek zioła i róże i nagle, jakoś tak bliżej ziemi w końcu czuje się troszkę bardziej wyluzowany. To ostatnio chyba jedyny sposób na stres. Ziemia, liście, kwiaty. Wiecie, zwykłe wyjście na zewnątrz i zerwanie sobie kwiatka czy dwóch do wazonu. Tak po prostu. Dzikich, lub róż. Bo przecież po to tutaj są. I tak jesienią trzeba będzie je podciąć.

Gdyby tylko jeszcze było jakoś spokojniej na świecie, można by pomyśleć, że to raj… ale nie. Wyspa nadal ma całą masę problemów. Przerzucana między jednymi politycznymi i drugimi, jakoś tak się ledwo trzyma. Jakoś tak. Ale widząc kolejnego faceta w wieku dziadkowym poślubiającego młodą Tajkę… mam problem z myśleniem o tym jako o miłości. Bardziej jak o kupowaniu sobie pielęgniarki na potem, ale tutaj to chyba norma. Czy to dlatego, że Tajki są grzeczniejsze, bardzo usłużne i tak dalej… wiecie, no uległe, a Dunki nie dają sobie w kaszę dmuchać? Chcą być sobą, chcą zaznaczać swój teren. Z jednej strony chcą ogrodów, kwiatów i wszelakiej rodzinności, ale chcą też pracy i podróży, więc najczęściej żyją po polsku. Wiecie, tak tutaj się mówi na tych co żyją bez ślubu. Choć to takie dziwnie duńskie, to jednak z onej drugowojennej zaprzeszłości wywodzące się powiedzenie, wciąż jest tutaj jakoś tak… trwałe.

W internetach znowu marudzą…

Lepiej to wyłączyć i iść do lasu. Gdyby tylko nie ci ludzie…

IMG_7064

No dobra, zostańmy w domu. Bo przecież mieszkam na Wyspie, więc właściwie podług większości świata mam wiekuiste wakacje. Ale wiecie jak rozpoznać Tubylca w gromadzie Turyścizny? Po pierwsze będzie depresyjny i wkurzony jednocześnie, a po drugie w ciuchach całkowicie roboczych. Bo wiecie, my dopiero wyleźliśmy z pracy, albo do niej idziemy, albo w niej jesteśmy…

Gdzie wyjeżdżają Tubylcy?

No to różnie. Ale one Tajlandie są nadal wysoko w rankingach. Potem chyba wszelakie inne ciepłe wyspy. Jakby kurcze nie mieli tego samego tutaj. I to czyściejszego? No dobra, może woda trochę zimniejsza, ale bez przesady.

Przynajmniej rekinów jeszcze nie mamy.

Jeszcze…

Ogólnie mówiąc pogoda seryjnie spacerowała i taka do leżenia na zewnątrz i odpoczywania. Tylko żebym jeszcze wiedziała jak to się robi? No nie umiem, od razu mnie nadgryza poczucie sumienia, potem zaczyna mi żuć prawą stopę, zawsze zaczyna od prawej, nie wiem dlaczego… może smaczniejsza, czy coś? A może jednak nie? Nie wiem, nie próbowałam, zawsze wychodziłam z wrażenia, iż obydwie mam taka samo zajebiście smaczne. Może się myliłam?

Kurcze…

A wam jak lenistwo wychodzi? Tubylcom serio fajnie. Większość leniuchuje jak już wszystko zrobi, ale spora część zwyczajnie lubi siedzieć sobie w ogródkach i patrzeć w przestrzeń. Oczywiście zawsze z zapalonymi świeczkami – głównie tealightami, o które teraz jest wielka gównoburza w eterze, bo podobno gorsze niż białe pieczywo i tak dalej. Ogólnie mówiąc, to może lepie nie relaksować się, bo zaraz wyjdzie, że to złe ekologicznie i ktoś mnie poleje farbą i to nie niebieską? Zieloną na przykład, a ja w zielonej niezbyt i pomarańcz też mi nie leży…

IMG_7103

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Zasmucona… została wyłączona

Pan Tealight i Złoty Łoś…

„No przecież był cielec, to czemu nie łoś? Co to za brak równouprawnienia, co? Co to w ogóle za brak wszelkiego zainteresowania się pragnieniami rogacizny? Przecież takowe bydło rogate, łosie, jeleniowate i inne też mają swoje marzenia i pragnienia! Przecież nie można tak wywyższyć jednego, a innego olać. I jeszcze potem wsuwać we fleksję jako coś totalnie negatywnego.

Ty łosiu… no przeca jak to brzmi kurna!!!

No jak?!!!

Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta założyła zakon męski, zakon Złotego Łosia!!! Dlaczego męski? Bo od nadmiaru bab miała migreny, a faceci, no wiecie, zawsze jakoś tak lepiej w onych szlafrokach ze sznurkami wyglądali. To jednak niezbyt twarzowa dla formy kobiecej konstrukcja strojna. No i wiecie, podobno trza się golić na głowie, a cała reszta może zarastać, nie nie nie… ale regułę oczywiście ułożyła sama Wiedźma. A bo co? Jakieś protesty? Jakieś pretensje?

Jakieś ansje?

Ogólnie mówiąc, to nawet Pan Tealight nie do końca się orientował o co chodzi w tej regule, sposobach czcenia i ogólnie mówiąc co tam będą czcić i do czego się modlić. A może powinien był zapytać o co będą prosić i błagać?

Może lepiej było się dowiedzieć? Wiecie, podpytać ją, może naćpać mleczkiem z Makowej Panienki, świeżutkim… aczkolwiek zanosiło się na to, że ona sama panienką długo nie pozostanie, bo nagle się okazało, że jeden z Mikołajów Nieświętych zapłonął do niej takim uczuciem, że gaśnicy musieli użyć. Może lepiej podpytać? Bo jak na razie zainteresowanie było spore. Faceci oni bardzo szczuplisk oraz mięsisk, właściwie pozbawieni tkanki tłuszczowej, zrzucali trykoty, rękawice, buty i kaski, porzucali rowery – więc od razu Wiedźmy z Pieca komis założyły przydrożny – no i narzucali na siebie, często przykrótkie, szarawo-burane łaszki.

Dziwnie aż nazbyt chętnie…

Przerażająco.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1226 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niepoliczalne” – … mocna. Ciekawe, że pojawia się właśnie na wakacje. A może i o to chodzi? Żeby w wakacje przemyśleć parę spraw? Jak własne zdrowie? Jak… życie?

Kolejna poważna książka podnosząca nie tylko temat zaburzeń odżywiania, ale też i nastoletniej ciąży. Opowieść o dojrzewaniu, poświęceniu, o egzystencji, której nie można zwać życiem. Ale ona chce zrobić przynajmniej to w swoim życiu – ze swoim istnieniem. A może tylko to? Może jeden człowiek uratuje drugiego człowieka? Ale czy można zwalać taką odpowiedzialność na dziecko?

Kiedyś jedna z młodych matek powiedziała mi, że nie mogła uwierzyć, że tak po prostu pozwalają im wyjść ze szpitala ze swoim dzieckiem. Tak zwyczajnie. I właśnie tak zwyczajna jest ta powieść. Historia walki o każdy kęs i o miłość. O rodzinę. O coś, co mogłoby się wydarzyć. Spisana prostym językiem, ale nie stroniąca od retrospekcji, od dziwnej, współczesnej samotności…

Piękna książka, ale nie ciężka jak mogłoby się wydawać, Prawdziwa, ale jednak i zwyczajna. Codzienna, jak choroby nas wszystkich, Jak nasze codzienne walki i zmagania. Historia o tak naprawdę trzech kobietach: Heddzie, Rose i Niej. Warta przeczytania przez nastoletni świat.

IMG_8826

Niektóre pola już pożółkły.

Niektóre maki już powiędły. Niektóre liście nabrały już onej dziwnej, przyciężkiej zieleni… ale za to wyłażą malwy. One są po prostu nie do zdarcia, a ja mam z nimi takie problemy jeszcze z dzieciństwa. No wiecie, uraz mam i tyle, nic na to nie poradzę, piękne są, ale kiepsko mi się kojarzą, więc na zdjęciach owszem, ale wiecie, pod swoim domem nie mam. Za to poglapić się na nie, no baja!!! Szczególnie przy tych domkach szachulcowych, przy onych kolorowych chatkach. Przy tych pomarańczach słomianych, ceglastościach, pomarańczach i krwistościąch. No pięknie wyglądają. A do tego drewniane, białe okna, w które zaglądają… podobno wróci u nas moda na zasłonki, bo jedno nastoletnie coś nagrało parę, która robiła to, co pary robią i wiecie wysłała im filmik. Bez PRZYPADEK podobno wysłała go też całej masie ludzi i jest wielka sprawa. Czy serio będziemy teraz mieli zasłonki? Firanki kurde może jeszcze? Nienawidzę… W końcu Wyspa słynie z tych otwartych okien prześwitujących światłem przez całe pokoje na wylot. Tymi wystrojami w nich, onymi figurkami i wiecie, wszelakimi drobiazgami. Takie dziwnie otwarte na wszystko, nie skrywające szkieletów w szafach… znaczy…

… eee za oknami.

Sprawa sprawą, ale młodej chyba hormony poszalały i wyrok jednak jakiś będzie, bo wiecie, u nas zwykle wyroki są odpuszczane. No bo przecież się dzieci wyszaleć muszą. Kurde, dzieci. Obecnie dzieckiem się jest do trzydziestki minimum.

A spotykam i większe bachory!!!

Wróćmy jednak do malw.

Bo to w końcu temat bezpieczniejszy i jakoś taki milszy. Cudne są takie, wysokie i wyrastają z betonów, a przynajmniej tak się wydaje. Wiecie, zimą nie ma ich w ogóle, a latem nagle pojawiają się patyki, pchają się ku niebu po drodze wypuszczając kwiaty. Od dołu do góry… i w końcu gubiąc płatki. I czerwone i karminowe, bordowe i lekko fioletowawe. Są białe i kremowe, a nawet takie bardziej ecru. Można się zakochać w ich środkach fallicznych, które zaglądając w szybki lekko je opylają. Jedyne co przeraża, to kurcze brak pszczół i tylko pojedyncze bączki na płatkach.

Smutne to, straszne to…

IMG_0755

A poza malwami oczywiśce cała reszta zieleninki.

Na przydrożnych stoiskach jednak pustki.

Szerzące się kradzieże – już teraz nie tylko kasy, ale i towaru, bo w Danii obecnie wszędzie właściwie można płacić mobilepayem – sprawiły, że ludzie odchodzą od onej niesamowitej tradycji. A kiedyś było tak miło… choć może to i wina pogody. Pola malinowe zniknęły. Kwiatów też o wiele mniej. Jakby wszystko jakoś wyginęło, jakbym kurcze znowu miała powiedzieć, że MIAŁAM RACJĘ!!! Znowu coś rozpylili, jakby chcieli sobie poszaleć nim im zabronią na amen i zawsze.

A pola… wiecie, że pole pod moim oknem nie tylko ciężkie od kłosów, niziutkie oczywiście, ale przede wszystkim już totalnie złote. Ale jakoś tak dziwnie złote, jakby nie do końca było pewne onej złotości, no i ta ilość ziaren trochę przeraża na chudawych łodyżkach. Co jak co, ale to nie jest normalne. I jakoś tak ptaszencje pole omijają ostatnio, dziwny traktor po nim jeździ wyłącznie nocą i świeci mi w okna niczym porąbany ufok na sterydach.

Co jak co, ale natury w tym niewiele.

Na innych polach dziwne cichości. Jakoś tak kucze mało czegokolwiek. Mało tego, co ma dać jedzenie, mało tego, co w ogóle się światu przyda. Jakoś tak… smutno. I nic nad tym nie lata. Motyle można policzyć na palcach jednej ręki, o pszczołach już przestaję wspominać, bo tak. Bo mnie to przeraża. Aż zbyt strasznie. Idę se coś łyknąć.

Człek nie da już dźwignąć codzienności na trzeźwo.

Oj nie.

IMG_0746

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Złoty Łoś… została wyłączona

Pan Tealight i Grotto…

„Ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta przebywała w niej co noc. Jaskini, która sama odkryła, zdobionej rzezanymi symbolami, ale i malowanej, z małym szkieletem po środku i dwoma wnękami przy wejściu, wystarczającymi by przysiąść, wniknąć w skałę… Siadała w jednej z nich i czuła, że świat się jej znacznie nie zgadza. Że coś ją woła, wzywa, ale nie daje możliwości, by przybliżyć się do onego miejsca, które tak głośno wołało. Że coś ją popycha, ale też miesza w głowie i…

Nadszedł dziwny czas i nic nie pomagało. Nawet nowy łapacz snów z czarnymi niczym bezpieczeństwo piórami. Piękny upragniony, a jednak… od czasu, gdy zgubiła, a raczej, gdy morze zabrało jej ukochane wisiorki, coś ją powoli zabijało. Kawałek po kawałku zjadało i nie wypluwało. Nie żeby miała coś przeciwko odgryzieniu kawałów tłuszczu z pośladków, udek, czy brzucha, ale jednak…

Bała się…

Od dłuższego czasu siedziało w niej coś, co naciągało wszelakie sznurki lęków, obaw i przerażeń i bawiło się nimi. Wygrywało na nich dziwne melodie, splatało je ze sobą w najprzeróżniejsze wzroki, makatki i dywaniki… tkało z nich poncza i inne tam wdzianka, a nawet podobno plotło koszyki i kapelusze. Bo to w końcu sezon na takowe ustrojstwa, czyż nie? Jak nic dobrze by się sprzedawały… a z płynnością finansową Wiedźma Wrona Pożarta miała zawsze problemy. Ile by nie pracowała i tak jej nie płacili, albo płacili tyle, że świat sie śmiał…

… więc bała się.

Bała się wszystkiego, każdy nagły dźwięk zmuszał ją do dziwnych akrobacji gimnastycznych, każdy cień sprawiał, że krzyk wiązł jej w gardle i nie pozwalał oddychać, coś w piersiach dusiło, coś gdzieś siedziało na klacie, a nawet w nią tupało, a nawet i dźgało… a nawet…

Bała się.

Dlatego pojawiła się ta grota.

By mogła się schronić, uciec, być pewną, że nikt jej tutaj nie znajdzie. Bo nikt było dobrym uczuciem. Grota pełna intrygujących symboli do zbadania, tajemnic do odkrycia, ale i wnęk by schować się nawet wtedy, gdy grota nagle stawała się czymś zbyt wielkim, odkrytym i widocznym… I nikt nie był pewien, czy jest to tylko zbyt częsty sen. A może już dawno nic nie było snem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1122

Z cyklu przeczytane: „Skazani na sukces” – … trzecia. Koniec. Kolejna trylogia Echols za nami.

„Flirt roku”, „Para idealna” i „Skazani na sukces”, czyli cudowna mieszanka nastoletnich hormonów, wszelakich miłostek i tego całego dojrzewania do dorosłości. Jak to ktoś opisał: słodkie i pogodne, czyli doskonałe na wakacje. Parafrazując. Typowa Echols. Wiecie, pragnąca szczęśliwych zakończeń i tego, by wszystkim było dobrze.

Najlepiej kupić od razu wszystkie tomy. Jak znam życie, ci co się zagapią mogą nie poznać końca, albo środka. A jeżeli chodzi o zakończenie tego… właściwie albumu. Opowieści o trzech parach. To jest po prostu perfekcyjny w swej słodyczy. Ona jest zdyscyplinowana, ok znowu szalone. A przeciwieństwa wiadomo – przyciągają się. Ale czy im się uda? Czy wiecie, to co zaplanowane, już ułożone, należy zmieniać? A może jednak nie rezygnować z pewności?

Które uczucie jest prawdziwe? Czy ważniejsza jest wygoda i pewność, czy jednak drobina szaleństwa w życiu? A może uda się mieć wszystko?

IMG_8818

Pada.

Ale cudnie jest, gdy pada!!!

Po prostu… ten zapach, ta świeżość, ona cudowna miękkość powietrza i jeszcze zapadający zmrok. No dobra, może i jest po 22giej i wciąż jasno, ale jednak to już nie jest to jasno rażące w oczy. I nie trzeba podlewać ziółek w ogródku!!!

Za miedzą mamy taki ekologiczny ogródek/pole. Wiecie, odkrywają na nowo nawożenie świnkami, mają nawet dwie osobniczki do spulchniania gleby i wyżerania starych buraków i pyrek, no i do wszelkiej tam świńskości. Strasznie to słodkie, choć czuć… no ale wiecie, przynajmniej czuć normalnie, znajomo, po świńsku! I nagle co!!! No olaboga!!! Otóż okazało się, że w truskawkach – cena obłędna, więc człek się nie naje – jaja złożyły sobie kuropatwy. Teraz trza będzie troszkę ostrożniej wokół onego nowego przychówku chodzić, ale fajne to. W końcu i kuropatwy i bażanty od czasów wszelakich polityk agrarnych mają przesrane. Wycinają im schronienia, kończą się krzaczki, bażanty robią za kury na moim trawniku razem z wronami i mewami… więc fajno, że przynajmniej będą nowe maluchy kuropatwowe. Słodkie ptaszki.

Podobno w smaku też, no ale…

Wracając do braku światła i kończącej się pełni, to przyznaję się do wszelakich myśli samobójczych, pragnienia cięcia się i tak dalej. Jakby ktoś czegoś dosypał do powietrza, a może i do tego deszczu. No jakoś tak kijowo jest. Wciąż człek się trzęsie i telepie… i nagle napadają go trzy kudłate psiaki, w końcu takie nie chcące mi ogryźć dupy i na chwilę człek wtula się w rude futro i to białe… samojedowate. Jak mnie pan poinformował, ino pięć tysi i mogę mieć takiego. Terapia jak się patrzy, ale podatek… nie, nie stać mnie na pieska. Na mnie samą mnie nie stać, a co dopiero słodkie szczeniączątko. No przeca nie musi być duże. Ale włochate…

IMG_1030

Znowu mieliśmy ten tydzień światowego żarcia, wiecie, jak rok temu. Budki porozstawiane w Rønne, niby to samo, ale ludziska ucieszone. Na razie jednak przebojem roku wciąż jest nowy minigolf. Ten pomiędzy kościołem a średniowieczem. Ten sam, co wygląda szpetnie, a jednak przyciąga masę ludzi. Nie wiem, czy to z powodu pogody, czy reklamy… w końcu wymienili nawet znak u nas w Gudhjem… już nie ma takiego na Middelaldercenter czy kościół, ale na minigolf!!!

Dziwne priorytety.

O drzewo nadal walczymy. Polityczni mówią, że trza ściąć, bo ono dzieło sztuki to prezent i stać ma. Ludzie na to, że miejsc jest wiele i underjordiski z chęcią się wprowadzą, no ale nie na rondzie. Wyobrażacie sobie takie porozjeżdżane nisseny?!! Nosz przeca skandal byłby na miarę żyrafy!!! Drzewo jednakowoż na razie wciąż stoi za to na pewno przy kolejnych wyborach osobniki co są za sztuką mogą nie liczyć na głosy sporej części niewielkiego, wyspowego społeczeństwa. Czyżby ludzie mili już dość? I czy serio każdy prezent trzeba od razu wystawiać? Podziękować okay, ale potem można przeca gdzieś skitrasić z tyłu supermarketu i dorzucić zjeżdżalnię dla pudli?

No co?

Poza tym problemy w rybołówstwie, problemy drogowe, jedna zagubiona dziewczynka, która się odnalazła, ale nagle z wielkim jęknięciem rodzice wszyscy się obudzili, że to kurcze podobno o dzieci trzeba dbać. I je nawet wychowywać. Na pewno im przejdzie, ale chwilowe przebudzenie jak najbardziej zauważono.

Na śrubki wciąż należy uważać.

Odkręcają…

A poza tym… połowa lipca. A ja ODPUKAĆ wciąż nie załączałam ozimniania!!!

IMG_1101

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Grotto… została wyłączona

Pan Tealight i Potwory…

„Nie chodzi o to, że Wyspa nie miała dziwnych, tudzież specyficznych bytów, które prowokowały taką definicję. Nie chodzi też o Wiedźmę Wronę Pożartą czasem będącą w takim stanie, że naprawdę lepiej było zmykać. Chodziło o potwory i jednym z nich była Gruba Baba w Niebieskiej Tunice. Poruszała się po Wyspie na rowerze, czarnym z koszykiem z przodu, mocno niknącym w jej ogromnych, zwisających pośladkach, które jakimś cudem jednak nie robiły za wyboje na drodze… Przemierzała Wyspę, by wybranych, już widocznie nadgryzionych, ranić.

Dosadnie.

Była jednym z Potworów świata współczesnego, przed którym uciekały te starodawne, wiecie zwane duchami, południcami, damami z różyczką, czy jakoś tak. Tymi, co to mleko warzyły, dzieci porywały i zasadzały różne wypryski w miejscach intymnych nieuważnie sikającym osobnikom. Kto by tam ich się bał teraz? Kto w nie wierzył? No tak serio? Duchy, upiorzyce, odwrotne krakeny? Przecież nauka wszystkie dobiła, zniechęciła do aktywności i zmusiła do pracy na kasie w Netto. Albo wiecie, wypalania roślinek w chodnikach. Czy czegoś w ten deseń. Nawet na śmieciarzy ich nie chcieli, bo podobno za bardzo niewyraźne…

Potwory Wyspy były obecnie inne. Znaczy te straszne, bo Potwory Niestraszne były tymi, z którymi Wiedźmie Wronie Pożartej bawiło się najlepiej! Bo one jakoś nie oceniały i nie miały problemów z dziwactwami innych. Tolerowały, gdy tylko same były podobnie traktowane. Wielbiły, gdy były wielbione, a straszenie… ech, ze straszeniem to wiecie, już sobie powoli odpuszczały.

Bo i po co…

… jeśli nikt się nie bał? Tak naprawdę? Gdy bardziej przerażająca była codzienność i oczywistość wszelkich praw, zasad i opłat. Oraz ci, którzy zwyczajnie umieli ci dosrać tak, że czułeś się winny nie tylko tego, że żyjesz, ale że zmusiłeś ich, by się zdenerwowali. Choć tak naprawdę tylko cykałeś zdjęcia lilijów…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2311

Z cyklu przeczytane: „Hatszepsut” – … boska. I bohaterka. I książka, a uwierzcie mi przeczytałam ich wiele. Więcej, czytałam je tak jak wychodziły. Najpierw przedstawiając ją jako uzurpatorkę, potem wielką władczynię, potem znowu…

… niepewność egiptologów.

Cooney jednak w jakiś dziwny i tajemniczy sposób, może chodzi o to, że poświęciła powieści kilka lat, może o to, że jest kobietą, może o to… że naukowcem, który potrafi też porwać ludzi w mediach społecznościowych… nie wiem, ale udało się jej napisać powieść o kobiecie nie tylko dla kobiet, ale jednak wszędzie zaznaczając właśnie oną kobiecość. Nie zapominając o żadnym z jej aspektów. I niektóre, ekhm, opisane dość dosłownie mogą zohydzić. Serio… jak sobie pomyślicie, że wasza mała córeczka miałaby być żoną boga i robić mu las… znaczy dobrze.

Ekhm…

Powieść jest wciąż książką naukową. Wciąż bazującą na zdobytych zabytkach, wiadomo, w większości zniszczonych, ale też i powieścią intuicyjną. Bo w końcu jak już my baby mamy oną intuicję, to dlaczego z niej nie skorzystać? To nie oznacza, że autorka mów, iż tak było NA PEWNO. Nie. Ona jako naukowiec zadaje pytania, odpowiada na niej, tworzy teorie, włazi w skórę zaprzeszłej egiptości. Staje się nią… Hatszepsut.

Na chwilę.

Powieść dla wielbicieli tematu i raczej obeznanych przynajmniej z podstawami egiptologii. Pewno, że niektóre ze zwrotów, czy dystynkcji zostaną wyjaśnione, bo Cooney chce dotrzeć do szerokiej rzeszy społeczeństwa, ale dla niej tak wiele jest oczywiste, że lepiej coś o tym Egipcie wiedzieć. Zresztą, czy całkowici laicy sięgaliby po książkę o babie, która czasem udawała faceta? Wiecie, dla dobra polityki?

I była córką boga?

Polecam!!! Bardzo!!!

IMG_5332

Bizonowo!!!

No i są problemy. Wiecie, tak to jest jak się nie do końca przemyśla wpuszczenie w ograniczony ekosystem gigantycznych ssaków. Nie wiem, czy ludziom się wydawało, że to serio będą bardziej krowy, czy takie zwykłe, milusie zwierzaczki, ale problemy są… Bizony z Polski przyjęły sie całkiem nieźle. Po kilku problemach nadal są sobie, łażą i wiecie, robi się ich więcej. A sorry, ale więcej się nie zmieści. Czy zjedzą bizona? Na razie ograniczają ludziom poruszanie się po pewnej części lasu i tyle. Wyłącznie z przewodnikiem. I nagle nie wolno iść do lasu, co ludziom tutaj, którzy muszą do lasu, którzy naprawdę nie potrafią żyć bez spacerów… nie w smak to. I wiecie co, całkiem ich rozumiem. Ale też rozumiem zabizonowanie, choć… tak nie do końca. W końcu to dziwny dość eksperyment. Może się źle skończyć dla obydwu stron.

Sama nadal nie widziałam żadnego z bizonowatych. Wyprawiliśmy się tam dwa razy, dobrze wiedząc, że trzeba być ostrożnym, ale żaden się nie pojawił. Może takie przeznaczenie, a może zwyczajnie nie chcą się ze mną wiecie, fotografić? Pierun wie, najważniejsze że zwierzaki są szczęśliwe. Mi styknie zając za oknem, czasem sarna czy bażant… no i wiecie, wieczorny jeż. Ech te jeże. Wieczorny jeż jak nic zwiastuje dobrą noc. Dziwnie niekującą!!!

No dobra… a wy widzieliście bizony?

Czy też wam się wydaje, że niedługo wytną nam wszystkie lasy, zabiorą wszystkie zwierzątka i zmienimy się w coś z którejś depresyjnej powieści postapo? Wiecie, gdzie nie ma ni ptaszków, ni zwierzaczków, nawet pieski zeżarli i tak dalej? W końcu pszczół nadal nie ma, a zwiększyli liczbę uli na Wyspie. Może rzeczywiście w ciągu tych kilkunastu lat uda się przejść na czystą i zdrową żywność? A może jednak będziemy dalej się okłamywać? Wiecie, że robimy to, ale tak naprawdę…

Ostatnio któraś z gazet zarzuciła konsumentom, że przecież lubisz lody, a jeśli lubią lody, to muszą się godzić na E. Bo przecież po powtórnym zamrożeniu… i tu moje serce stanęło. Bo to oznacza, że ludzie mogą ponownie zamrażać lody? A salmonella? Czyżbyśmy już w ogóle nie mieli niczego w lodach prawdziwego? Nawet salmonelli? Bo za moich młodzieńczych czasów, to lody się jadło i to do końca. Robiło się je samemu i zawsze trzeba było uważać, a teraz…

… hmmm, co my jemy? Może przejdźmy już na tą energię kosmiczną?

IMG_8745 (2)

A z Sassnitz będzie cały rok!!!

Cieszycie się?

No wiecie, nie żeby ktoś brał pod uwagę Polaków, bez urazy. Ostatnio opinia i ataki nacjonalistyczne się zwiększyły, więc… ekhm, bez urazy, ale Niemiec to widać zbawca, co to chce na Wyspę przez cały rok. Jak zwykle. Robią serio to, co zwykle. Wcześniej zabrali Ibizę i Majorkę, teraz chcą północy? Na pewno zachowują się jak panowie Wszechświata. Długo nie chciałam tego przyznać, ale od zeszłego roku mam dość.

Tylko…

Widzicie, dla mnie Wyspa piękna jest przez cały rok, ale dobrze wiem, że wszystko jest zimą i późną jesienią pozamykane!!! Że nie będą mieli czego jeść, że czasem wiać będzie tak, iż ludzie będą fruwać, a ich umysły mocno wariować. Czy oni to wytrzymają? No i te sztormy? Wiecie? Co będzie wtedy, gdy promy się pozatrzymują? Gdy nic nie będzie wypływać, ni wpływać, albo co gorsza stać pod Wyspą, ale nie móc do niej wpłynąć? Co zrobią, gdy ograniczone zasoby Lidla ograniczą się jeszcze bardziej? Czy wytrzymają? Bo nie będzie tak, że da się uciec od razu…

Oj nie.

Ciekawy to będzie eksperyment, ale na razie przeżyjmy to lato… które jest cudowne i pada. Woda w morzu lodowata i niesamowicie gęsta od wszelakich alg, soli i mikroelementów, o których może jednak nie chcę wiedzieć zbyt wiele. Najważniejsze, że mimo chłodu da się popływać. Ponurkować, zabawić, a na dodatek jest się samym na całej, długiej i czystej plaży!!!

IMG_8749 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwory… została wyłączona

Pan Tealight i Najazd Szarych Potworów…

„Pojawiły się razem z dziwnym tętnieniem Wyspy, z jakimś poruszeniem, drżeniem, strachem… wczesnoatawistycznymi przeczuciami. Z jakimś takim niepokojem, który wcinał się w każde słowo, myśl, czy krok.

Pojawiły się, ale z jednej strony, nie jak zwykle, jak co roku, ale jak zwykle zaskoczyły. Pewno przez ten wiatr, pewno przez sztormowość, która postanowiła nawiedzić wyłącznie połowę Wyspy. Tą niewiedźmową. Pewno dlatego nagle, pewnego poranka Szare Potwory, zwiastuny wszelkich wojen, pojawiły się na jej morzu. Zamajaczyły na horyzoncie we wszelkich rozmiarach, niektóre, te największe podeszły bliżej, jakby szczerząc zęby i strasząc swoją monochromatycznością.

Pojawiły się…

Wiedźma Wrona Pożarta się ich panicznie bała.

Choć przecież tylko zasłaniały jej horyzont, powodowały jakieś fale, choć tylko hałasowały, choć TYLKO przypominały o bólu, krwi, głupocie tych u władzy, o sztormowatości chłopców bawiących się w wojnę. O tym wszystkim, co nie powinno się zdarzać, gdyby tylko ludzie zwyczajnie brali się za robotę, spełniali marzenia nie raniąc innych, nie pragnęli cudzych fantów… Bo przecież to byłoby możliwe, choć to utopijna mrzonka, jak zwykle. Jak zawsze… Bo od tysięcy lat ludzie się nie zmienili, choć tak bardzo im się wydaje, że jest inaczej.

A nie jest.

Bo ludzie się nie uczą. Chociaż zdają się tworzyć wszelkie cywilizacje, być dumnymi ze swoich podobno dobrych uczynków, a jednak, a tak naprawdę… nic się nie zmienia. Bo przecież wciąż wszystko jest takie samo. Kompletnie takie samo. Tylko gadżety się zmieniły. Tylko one…

A Szare Potwory stały i dudniały przez kilka dni. I Wiedźma Wrona Pożarta się telepała. I nie rozumiała, dlaczego, gdy tyle rzeczy jest do zrobienia. Tyle lasów do zasadzenia, pól do obsiania, nowych domów do zbudowania, starych do naprawienia, albo wyburzenia, bo niektóre nie chcą już ludzi. Zwyczajnie. Wolno im, choć ludzie rzadko to rozumieją. Jakby już nie czuli, nie widzieli naprawdę…

Jakby… już się nie uczyli?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1506 (2)

Z cyklu przeczytane: „Łowca cieni” – … powinnam najpierw? Serio powinnam najpierw przeczytać poprzedni tom?

Nie przeczytałam, a i tak wciągnęło, nie pozwoliło się pogubić, mocno trząsnęło, nawet trzepnęło, lekko… Książka naprawdę nie jest zła. A ja ostatnio niezbyt przepadam za współczesnymi, włoskimi autorami. Może i nie do końca rozumiem w ogóle użyteczność osobnika liturgicznego, ale młoda fotografka i jej nos do sprawy, całkiem niezły!!! Choć lekko przewidywalny.

Powieść ogólnie jest bardziej kryminałem, śledztwem, niż mieszanką tego i tajemnic Watykanu. Watykan nie ma żadnych tajemnic. Ot państwo jak każde inne ze swoimi świństwami i mocno większą mocą oddziaływania, więc zawsze spodziewam się po nim i jego mieszkańcach najgorszego… Jedno, co kompletnie nie rozumiem, to ona reguła. I ta „moc” Marcusa. Bo przecież gdyby wiedział wcześniej, gdyby to wszystko wylazło na wierzch miesiąc przed całą sprawą, to co by zrobili?

Przecież koloratkowi zawsze wygrywają, nawet jak przegrywają.

Ogólnie? Da się przeczytać, dzięki temu, że nasza bohaterka to fotografka, książka intryguje, nęci kostnicą… co do onej magicznej mocy – dziwnie zdaje się być kompletnie niepotrzebną!!!

IMG_5667

Gråmyr…

W ogóle to jest akcja.

Akcja smycz. Ale… akcja ta, po prostu to śmiech na sali. Ogólnie mówiąc psy powinny być prowadzona na smyczy, czego nikt już nie przestrzega. Lepiej, kilka lat temu smycz była normą, ale teraz: no przecież on nie gryzie, przecież jak można nie lubić zwierzątek. Powinnam dorzucić, że to cytaty, gdy para wielkich bestii dobierała mi się do dupy. Zaatakowały mnie na Gråmyrze właśnie i to kilka razy. Ale te pamiętam najbardziej, bo byłam tak bliska przyjęcia bezpiecznej pozycji, że… i co usłyszałam: one nie gryzą. Nie no, super fajnie. Moje obślinione pośladki przecież tylko są in fashion, co nie?

Zrobiły mi manicure dupy.

Wracamy do akcji… łażą sobie gliniarze i przypominają ludziom, że bestie mają być na smyczy, ale to pikuś. Oni to gliniarze w końcu. Mają jakąś pozycję, ale jeśli ty zwykły śmiertelniku staniesz twarzą w twarz z wielkim, szczerzącym zębiska psiskiem… masz powoli i spokojnie wyjaśnić właścicielowi, że BYŁOBY MIŁO, gdyby wziął go na smycz, bo ty się boisz. Masz być MIŁY. Właściwie masz robić to samo, co z gwałcicielem. Wiecie, spokojnie, przedstawić się, uczynić z siebie człowieka i tak dalej. Oczywiście, że właściciel cię wyśmieje, ale przecież pan psycholog z gazety nie może się mylić, co nie? I tak, to właśnie są rady dla wszystkich na Wyspie. Ciekawe, czy taka owca zdoła wyartykułować to wszystko? Bo widzicie, głównie chodzi o zwierzaki. Podgryzione, zagonione owce. Coraz mniej ich na skałach… na dodatek coś się dzieje z krowami i wybiegają na ulicę. Coś jest mocno nie tak.

Nie polecam wakacji tutaj.

Serio.

Dziwne, co nie? Zresztą, nigdy nie polecałam. Szczególnie, że tak milusio zimno jest nocą, po prostu miodzio. W dzień zresztą kąpiele też raczej wyłącznie w piankach. Na waleta tylko dla wytrzymałych i pragnących mocnych wrażeń. Wciąż jeszcze tak jasno, wciąż jeszcze…

IMG_1320 (4)

Ale miał być Gråmyr…

I lilie.

Otrząśnijmy się ze złych wieści i popatrzmy na lilie i spieprzony staw. Po tej koszmarnej akcji, którą zwali NAPRAWĄ, lilie są marne. Oczywiście wszelakie skrzypy już wzrastają i mają się super, ale uszkodzone liliowe cuda po prostu są w opłakanym stanie. Ale i tak warto je zobaczyć. Bo są takie… plastikowe. Kurcze, no jakby sztuczne. W liliach jest ta dziwna tajemniczość, kosmiczność, alienowatość, ten środek taki żółtawy, taki perfekcyjny, fraktalowy.

Aż człek jest pewny, że widzi Calineczkę. Ale wiecie, ciut ciut większą ciut. Odpasła się na onych smakowitych nektarach, aż się pod nią lekuchno listek ugina, ale tylko lekuchno, bo to przecież wciąż Calineczka. Maleńskość w maleńkości. Upragnione dziecię tych, co ich mieć nie mogą, ale mniejsze, by łatwiej w torebce chować, no i jak nabrudzi, to przecież pewno nawet czuć nie będzie. Bo taka mała.

Bo śliczna taka.

Wot akcesorium bardziej, niż dziecię.

Ale w dzisiejszych czasach, czyż nie tak się je traktuje. Nie małych ludzi, ale coś, co ubrać trza w metki, co ma mieć to i tamto i ogólnie nie można urodzić bez najnowszego wózka jakiegoś tam peżota… bo i po co. Dzieciństwo przeca bez tego będzie straszne. Na pewno też bezrozwojowe, czy coś tam. W końcu patrzcie na mnie, bawiłam się w piachu na budowie, a zamiast laleczek miałam patyczki i na co wyrosłam. No kiła i mogiła!!! Lepiej więc Calineczka. Ale jaką wybrać, zastanawiają się przyszłe matki zebrane nad stawem… którą? Z białymi włosami, czy błękitnymi, no przecież do auta ma pasować i wnętrz nowoczesnych, albo gorzej do onych złoconych antyków i innego zaprzeszłego tałatajstwa. Może srebrnowłosą, albo taką z gracją w sobie. Może trochę wyższą, niewiele, o milimetr, a może i niższą…

Może?

Ale lilie śliczne. Kilka zaledwie, mniej niż rok temu, ale śliczne…

IMG_1340

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Najazd Szarych Potworów… została wyłączona