„Tak go nazywali, a jednocześnie, jakoś tak, dziwnie może… czuli się przy nim bezpieczni… i to zawsze. Ale przecież to oszukaniec powiecie, więc, cóż, może i to potrafił, wywierać na innych, ale i na sobie, takie wrażenie, któremu nie mogli się oprzeć. Nikt nie mógł. On nie mógł, oni nie mogli…
Wrażenie…
A może chodziło o to, że był prawdziwy.
Aż nadmiernie, jakoś tak autentyczny.
A autentyczności w świecie było tak niewiele, że po prostu chcieli go zatrzymać. Jakoś tak utulić, nakarmić, opatulić, odziać i inne imię nadać, specyficzna, a potem… przypiąć łańcuchem do budy, może i w złoconą klatkę wsadzić, bo w końcu Oszukaniec, więc nie może być ze złota, czyż nie? No i mieć go zawsze przy sobie, blisko. Tak by był, ale też nie mógł odejść…
Autentyczność.
Tylko, czy ich nie oszukiwał, albo może oni siebie oszukiwali? Czy nie mogło to wszystko być zwyczajnie zaraźliwe… ona jego osobowość, te kłamstwa, mamrotania oraz dziwne poblaski na jego skórze. Ich wrażenia, ta niesamowita chęć udomowienia go, służenia mu, ale jednocześnie i niewolenia go…
Może…
Ale jak poznać prawdę?”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zapomniana dziewczyna” – … zapomniana…
„Układanka„, to pierwszy tom serii z Andreą Oliver, ten jest jego kontynuacją, ale można pominąć pierwszy. Tak naprawdę niewiele wnosi do tej historii… opowieści, która dzieje się w dwóch przestrzeniach czasowych, z jednej strony młoda dziewczyna prosąca o pomoc, o to, by ktoś jej uwierzył, z drugiej… agentka, która dopiero rozpoczyna swoją podróż, a jednak… tak, jej życie jest już nadwycaj skomplikowane. Ona wie, co to znaczy cierpieć… jak mieć pomiesaną przeszłość… wie, zna, pamięta… chce zemsty, a może tylko być pewną tego, iż nic nie przytrafi się jej rodzinie.
A może…
No tak, jej preszłość naznacza jej pracę, opieka nad sędzią przynosi jej kolejne kawałki do układanki, do jej własnej opowieści, ale… to nie jest historia o niej, a o młodej dziewczynie… ona tylko musi…
… odkryć prawdę i przetrwać.
Nie wiem dlaczego, ale ostatnio ciężej mi się czyta powieści Slaughter. Brakuje mi w nich człowieka. Są niesamowicie skonstruowane, skomplikowane, przemyślane, a jednak, jakoś tak… nie wiem, nie mogę… dopatrzeć się onych odłamków uszy. Postacie są pomysłowe, pełne, cudowne, ale jednak, jakieś takie puste. Nie brakuje komizmu, osobowości tak barwnych, że człowiek się w nich zakochuje od razu. Dialogi… och, po prostu majstersztyk, ale wciąż, cegoś brak. A może… jest tego za wiele?
Sami się przekonajcie.

Wieje…
Dziwny, całkiem niewiosenny wiatr pochyla witki, gałązki, malutkie listki szarpie, nie muska… kwiatki wiosenne, one na chudziutkich łodyżkach, ale wodnistych takich, pochyla do ziemi, o tej świeżo zaoranej, do trawy młodej, dopiero co się rozwijającej, szalejących już robali… Wiosna, chłodna na moje szczęście, ale wciąż sucha. Trochę popadało, jednak za mało na potrzeby tej ziemi.
Niestety.
Poranki oczywiście coraz wcześniejsze, słońce szaleje. Noce przestają być ciemne, ech, nadchodzi jasność, która naprawdę tak bardzo mnie wykańca, ale czas biegnie tak szybko, zapindala jak szalony, to już właściwie maj, więc… zaraz będzie listopad, grudzień, czy w ogóle martwienie się tym ma jakikolwiek sens?
Nie…
Lepiej wykorzystać to, popracować dłużej, jak drzewiej bywało…
Ech…
No ale wiosna… Turyścizna już jest, człowieki marudzą na rowerach, jakby to było najgorsze na świecie, ono wtłaczanie dupska na dziwne siodełko, które jest kompletnie nieprzystosowane do naszych… ekhm, anatomii… no ale, w końcu to taka przyjemność, rozpędić się, nogi do góry. W końcu jeszcze Kopenhaga nie zjechała, więc drogi wszelako niby bezpiecne, ale jednak…
Uważajcie na siebie!

Sobota, 6:30…
Wciąż planują pierwszy, jak to tam piszą dziewiczy rejs – nomen omen słowo takie samo jak Dziewica Maryja, więc dla mnie zabawnie brzmi, no ale, logiczne… po pierwsze, jaki to dziewiczy rejs jeżeli płynęli prez te tygodnie tutaj, a po drugie, kurde, co będzie, jeśli się zepsuje? No co?
Brak wiary.
Mówię wam, to brak wiary… a majówka już tuż tuż.
Znaczy dla kogo zabawa, dla tego zabawa, jak dla mnie, to wiecie, może da się nadgonić robotę, a może poczytać więcej, dla zdrowotności. W końcu człowiek musi się nauczyć onego odpoczywania, no musi.
A może spacer jakowyś, a one centymetry, których człek jeszcze, wciąż na Wyspie nie zobaczył? Chociaż… po chorobie, to chyba nie będę szaleć. Już poszalałam i mi się to czkawką odbiło, mocno… Ale, z drugiej strony była i witamina D i oczywiście nowe coś… niewielkie skrawek Wyspy, a jakże intrgujcy, ale to następnym razem wam opiszę… coś, bajkowego. Wiecie…
W miniaturze oczywiście, jak to u nas zwykle bywa.
A co o majówki u nas, to ostatni rok takiej będziemy mieli… znaczy się nie na początku maja, ale później… trzeba będzie to wykorzystać, oj trzeba będzie. W końcu jak na razie tylko każą pracować więcej, a jednocześnie się dziwią, iż ludzie jacyś tacy zmęczeni i prygaszeni… no cóż, logika się kłania.

