Pan Tealight i Elf zez Szelf…

„Jakoś popularny za tymi gramanicami był wiecie, ten taki tam Elf zez Szelf. No i wiecie… Pan Tealight, choć Przedwieczny, serio nie do końca wiedział o co w tym wszystkim chodzi, bo tradycje i mity wciąż się rodzą, a wiedzieć chciał. Bo wiecie, w jego przypadku to lepiej wiedzieć.

Naprawdę.

Nie tyle lepiej dla niego, co dla całego świata i tak dalej. No i jakoś tak, po prostu musiał, no po prostu nie mógł inaczej. Był tym, który zawsze wiedział o śmierciach i narodzinach, o wszelkich stworzeniach i zniszczeniach, ale jednak to… to jakoś trochę go dobiło. I nawet nie chodziło o oną lalczaną figurkę, tę twarz creepy bez wyrazu, one wdzianka i dziwaczne przesuwanki oraz wszelkie odnośniki do horrorów…

To po prostu było obrzydliwe.

I to w czas świąt…

Jakoś tak później, dziwnie, dotarł do innych nowych zwyczajów, tych krótkotrwałych i długotrwałych i zrozumiał, że chociaż już dawno temu zwątpił w ludzkość, to jednak nie wiedział, że aż tak bardzo i ostatecznie. Ten Elf, ta rąbana lalka w czerwonym wdzianku, pasująca bardziej do uśmiechu pod tytułem: Heeers Johnny!!! go dobiła. Tak po prostu i zwyczajnie. Po ludzku…

Może jednak lepiej było już nie mieć nadziei?

Ale ona wciąż ją miała, choć się jej wypierała, chociaż wolała o niej nie słuchać, chociaż uciekała przed ludźmi śpiewając im prosto w twarz, krzycząc, chowając się aż nazbyt zabawnie i widocznie, to jednak…

Jeśli ona wciąż ją miała, to czy on nie powinien?

A może to ona była tą bardziej Pradawną, Przedwieczną, Mitem Wcielonym… bardziej niż się mu wydawało? Bardziej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dueodde.

W święta…

… jest po prostu zawsze zaskakujące. Zawsze. W zeszłym roku, jak dobrze pamiętam, to było trochę zmrożenia i stojąca woda tworząca niesamowite zakola, jeziorka i cuda wianki z mieszanki solno-piaskowej… a w tym roku było po prostu ciepło. Tak bardzo ciepło, że aż skąpane dziecko tylko dostało wyżęte skarpetki i dalej puszczało swojego latawca. Bo oczywiście na plaży ludzie. Nie żeby tłumy, nie, kilka rodzin, kilka par, raczej średnia wieku bardzo średnia, ale jednak… są ludzie i tak sobie myślę, że u nas to ludzie nie umieją siedzieć w domu.

Wiecie, tak ciągle.

Biegacze nie rezygnują ze swoich pasji, ci rowerowi też nie, no a my spacerowicze, to naprawdę dajemy z siebie wszystko. Niezależnie od pogody. A już na pewno jak nie pada, nie gloomi się, nie szarzeje, tylko nagle, po raz pierwszy chyba od miesiąca mamy słońce przez cały dzień. No serio, aż szkoda zmarnować taką pogodę w domu. Niby w domu dobrze, oczywiście, że tak, no ale…

Kurcze no!!!

… więc idziemy na plażę. Na oną cudowną, jedwabistą plażę, gdzie piasek wygląda jak śnieg tak naprawdę!!! Gdzie wszystko jest tak wielką przestrzenią, wodno-piaszczystą, oddychającą, zaskakującą pojedynczymi muszelkami i jeszcze wodorostami i oczywiście, bo przecież… patysiami.

Ale rzadko.

Bardzo rzadko.

Coś w tej plaży jest takiego…

Może to przez ten piasek. No na pewno przez ten piasek, bo jest tak łagodny, mięciutki i w barwach śnieżnych. Tworzy też własne rzeźby, pewno nocą, gdy nikt po nim nie chodzi, gdy nikt nie niszczy, a wystarcza mu światło morza może i światło gwiazd, księżyca, gdy się zdarzą. Gdy tylko się trafią.

Ta cała przestrzeń, ta szerokość, te fale wcale nie takie wielkie, te kolory, ta czystość, tylko jedna plastikowa butelka, pewno wywalona ze statku, bo u nas wiecie, za drogo wywalać flaszki za siebie. No i jeszcze oczywiście ta świeżość niesamowita, no i jeszcze ten aromat, ta cała inność… a potem, nagle tak wszyscy znikają. Tylko w oddali para bawi się z psem i cicho jest, tylko te fale i wydmy w oddali pokryte szczątkowymi trawkami w kolorze zgaszonej zieleni i odcieniach wszelakiego bursztynu… no po prostu bajka. Natura i tyle. Co więcej trzeba?

No może domu, lasu i jeszcze normalnej pensji, ale wiecie, na plaży to raczej człek choć na chwilę o tym nie myśli…

Ale ta chwila mija.

Zbyt szybko.

Ale słońce o tej porze roku zachodzi nagle i bardzo szybko. Właściwie jakby w przyśpieszeniu. I trzeba wracać. Przez lasek, między domkami letniskowymi. Między czymś zabłoconym, a czymś dziwnie zimnym, bo tak jak na plaży było bardzo ciepło, tak tutaj, aż mrozi coś w kości.

Dziwnie…

Niektóre domki się budują, inne powiększają, widać ktoś posmarował, bo zakaz obowiązuje. I widać, że ludziom nie przeszkadzają kompletnie wybijające szamba. Ale, co kto lubi. W końcu morze mają blisko. Aromaty wszelakie, zalewy i przelewy też. Ciszy raczej nie, bo domek na domku, coś ciasno się robi, ale co kto lubi, tak. Ja wolałabym drzewa tutaj i więcej traw, wolałabym dbanie o zmniejszenie erozji, ale… who cares? Tak? Ja chyba przestanę… w końcu to wasze dzieci mają tutaj żyć, nie moje, więc dlaczego mam dbać o ich przyszłość?

Moje dziecko to pluszowy miś!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Elf zez Szelf… została wyłączona

Pan Tealight i Nierozpakowany prezent…

„Bo widzicie, on coś krył i mu się to podobało.

Podobało mu się być nieotwartym cudem, który może mógłby coś komuś ofiarować, ale kurna dlaczego miałby? Bo się nazywa prezent? Bo tak trzeba? A co jemu dali? Ten rąbany papierek i wstążeczkę, na dodatek źle zawiązaną, a on znał się na pakowaniu, serio, mega się znał, więc naprawdę, dlaczego?!!

Wiedział, że coś w nim cichutko grzechotało. W onej kolorowej tekturce złożonej dość poprawnie, w tym papierku w małe, srebrne gwiazdeczki, który nie do końca równo się układał i wstążce z lekkim halo, która opadała mu tylko na dwa boki. Jeszcze te sprężynki i dodatki materiałowe.

Tak, sporo tego było.

Nawet naklejka z zamazanym imieniem… dla kogo…

Nie obchodziło go to. Chciał być tylko dla siebie, bo czemu nie? Dlaczego i kto mógłby mu zabronić? Dlaczego wszystkie miały być otwarte? Dlaczego niektóre nie miały pozostać oną tajemnicą, dostępną tak od ręki? Może istniało plemię Nieotwartych Giftów? Może powinien był go poszukać, ale jednak lubił oną swoją samotność, a w Sklepiku jakoś nikt mu nie bronił być sobą. Nawet jeżeli prosił ich by lekko docisnęli wstążeczkę, bo się poluzowała. Nawet jeśli czasem się zastanawiał cóż to w nim było, cóż w nim siedziało, co nie czekało na wyjście…

I czy kiedyś nadejdzie odpowiedni czas?

Kiedyś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Grzesznica” – … intrygująca. Wciągająca.

Tajemnicza.

Pokręcona?

Nie no, naprawdę nie wiem jak ją określić, ale co jak co, książka rzuca was na matę, robi ścierę do podłogi i szoruje wami po wszelkich powierzchniach. Naprawdę. Bo tutaj wszystko jest tak bardzo mocno zrąbane, pokręcone i ryjące mózg, że… inaczej spoglądacie na swoje dzieciństwo. Inaczej na wychowanie dzieci. Inaczej…

Na wszystko.

Oto opowieść, jedna z TYCH! Tych wielkich, tych atypowych, a jednak dziwnie swojskich… chociaż nie do końca swojskich, bo kto by chciał tak bardzo ranić, lub widzieć takie życie i je akceptować, nie pragnąć zmiany… nie dziwota, że przenieśli to na ekran. Ciekawe jak ekranizacja oddaje powieść?

Nie wiem, czy chcę się przekonać.

Nie wiem…

Jedno wiem, jeśli pragniecie dobrze napisanej, pokręconej, wstrząsającej, burzącej wszelkie porządki, a jednak dziwacznie i prawdziwej, powieści… to jesteście w dobrym miejscu, by chwycić za tę. Ale uważajcie, to nie rozrywka. Zaczniecie inaczej patrzeć na świat. Nie tak jak po obejrzeniu Wiadomości, bo obrazy to co innego. Słowa są bardziej… prawdziwe. Bardziej włażą w duszę i serce i zmieniają nas. Nie do końca wiem, czy ono tracenie dziewictwa to dobra sprawa. Może życie w bańce nieświadomości byłoby lepsze? Dla zdrowia psychicznego?

Ale czy tak można?

PS. Warto przeczytać!!!

Śnieg na Wyspie…

No był.

Widzicie, no serio śnieg był w Wigilię. No jak nigdy prawie, znaczy chyba od sześciu czy siedmiu lat nie było, no a teraz był, no… ale. Tak, zawsze jest jakieś ale jeśli juz tutaj się mieszka. I nie takie, że ktoś ów śnieg wziął, rozsypał i zarządał opłaty, czy coś. Nie. No śnieg i niby był za darmo… chyba. I raczej nikt też nie domagał sie opłaty za równoomierność i tak dalej…

No właśnie, i może dlatego?

Może dlatego śniegu… nie dostali wszyscy? A tak… żeby znaleźć śnieg trzeba się było wybrać na niezłą przejażdżkę. Informuję, że był w okolicach Hammershusa i na środku Wyspy, ale nawet tam można było znaleźć dziwne, zielone plamy. Jakby ktoś wziął sito z wielkimi oczkami i tak se posypał. I jednym się dostało, a drugim… a może to było jednak trzeba zapłacić? No wiecie, za ten snieg i przymrozki? Bo u nas to zero, w nocy nawet 3 na minusie, ale w dziwń nie… wystarczy podjechać na północ i już zimniej, na środku Wyspy tyż zimniej. Stopień w te, stopień wewte…

Szaleństwo.

No ale, udało się i znalazłam trochę śniegu. W porcie w Gudhjem i Hammeren trochę lodu, ale tak wiało, że serio, aż mi wątroba się poruszała, więc wiecie, lepiej zmykać. I tak człek chory znowu… takie hobby chyba.

Ale potem do Ravnedalen!!!

Oj tak, przez przypadek!

Przyznaję, że dawno mnie tutaj nie było, a to miejsce jest naprawdę intrygujące. Jeszcze jeśli pozwolicie sobie na odwagę i pójdziecie i tu i tam, i wiecie, nagle jest i zimno i słonko, którego nie było od tak dawna… to macie prawdziwy, wigilijny spacer. Choć pewno niewielu coś takiego uprawia.

Reszta pierogi czy coś?

Ale tutaj, wzdłuż niesamowitej rozpadliny skalnej, wąwozu, doliny, czy jak to kto chce zwać… było w Wigilię pięknie.

Tutaj nie chodzi tylko o skały, o ono rozłamanie przestrzeni, ale i o drzewa, stojący głaz, o one zakątki, rzeczkę, o ten dół z wodą, wielce i dziwnie mitologiczny oraz ofiarny, no i jeszcze te wielkie, ogromne, niesamowite paprocie i zieleń która w wielu miejscahc już dawno zniknęła. I jeszcze o mchy i porosty i tą dziwną drogę, która nagle zamienia się w plątaninę ścieżek i…

Pięknie tu jest.

Niezależnie od pory roku.

Ale z Wyspą tak jest, że niektóre miejsca są trochę bardziej specjalne w pewną, określoną porę roku. Na przykład wiosną ta część wybrzeża, która kwitnie najmocniej, jesienią wszelkie lesistości, zimą wybrzeże… latem, wiecie, różnie jest. Zależy od człowieka. Czy chce pływać czy nie chce pływać?

Ale… w dzień później wyszło na chwilę słońce i dodatkowo przygrzało i nagle z zimy zrobiła się wczesna wiosna i serio… no naprawdę? Ja jak najbardziej doceniam oną zimę, po którą musiałam jechać pół Wyspy, bo u nas śniegu jak na lekarstwo, ale żeby tak 5 stopni od razu? Serio?

Serio?!!

PIĘĆ STOPNI?!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nierozpakowany prezent… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Śpiąca…

„Tak… no wiecie, zmiana kariery czy może błahostka, vot jakieś tam mgnienie, zmiana w umyśle, atak przez alieny…

Coś się musiało z nią stać, bo przecież tak sama z siebie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie chciałaby zostać rąbaną śpiącą dziunią w zawsze gotowym makijażu, znaczy Śpiącą Wiedźmiewną. Zawsze w odpowiedniej piżamce, ready for her prince i tak dalej. Wiecie, oną wciąż czekającą. Oną zawsze mającą nadzieję, oną zawsze, po prostu zawsze będącą na miejscu, na którym miała być…

… ale jednak, jakoś tak chciała zasnąć i nie wracać do tego świata. Jakoś tak chciała nie wyłazić ze snów, jakoś tak na zawsze w nich zostać, bo nawet horrory były jakieś takie prostsze niż to wszystko, co działo się ostatnio.

Niż to wszystko.

Zwyczajne, codzienne, chociaż może w jej przypadku i wcale, ale wcale to nie mało dziwne, czy pokręcone, ale jednak, jej. A może nie tylko jej? Może po prostu było JEJ zbyt wiele na tym właśnie świecie? Może ten świat byłby lepszy bez niej, a sny by ubogaciła? A może, po prostu tamte senne światy potrzebowały wyłącznie jej obecności. Bycia obecnością, bycia tą, która widzi, klaszcze i się śmieje w odpowiednich momentach? Bo przecież też i tak mogło być, czyż nie?

Mogło?

Ale jednak…

Śpiąca Królewna bardzo pragnęła mieć nową uczennicę… stara zasnęła i odmawiała budzenia, niektórzy nawet twierdzili, że przechodziła już mumifikację własną, więc… Wiedźma Wrona była jakby mocno pod ręką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay… to jak tam Nowy Rok?

Gotowi?

A może olewacie to wrzącym moczem? No wiecie, bo można. Można nie panikować, można nie myśleć i ogólnie schować się pod stołem, ale walcie się, pod moim stołem już nie ma miejsca, schowałam się tam z kocem i herbatą.

Bo wolno mi.

Ale nic to.

U nas oczywiście w sklepach one dziwaczne kapelusiki i te tam różne wystrzałowe sprawy. Nie mam pojęcia po co to komu, no ale. Widać jest zapotrzebowanie. A może po prostu chcą je stworzyć? Nie wiem. Czy ktoś tu martwi się o zwierzątka? Jakby to powiedzieć… a może byście się zaczęli martwić o ludzi z różnymi problemami psychicznymi, jak ja, którzy to muszą brać więcej barbituranów by w ogóle przetrwać ten cholerny czas? No serio? Ktoś współczujący?

Anyone?

Nie widzę.

Kiedy to zwierzątka są zawsze bidulki, a ludzie to już nie. A szczególnie baby. No nie, baby to zawsze są złe i mają przesrane. No wiem, że one są bidulki, ale ostatnio te najazdy na babskość, kobiecość i tak dalej, zaczyna bić na ryj średniowiecze, Inkwizycję i w ogóle wszystkie te czasy.

Serio.

I tak, wiem, że to kobiety kobietom najczęściej, ale…

Faceci też.

No ale.

W czasie przedświątecznym w miejscach wszelakiej pracy modne są bardzo spotkania. Wiecie, julefrokosty wielce tam żerte i tak dalej. Ale niewielu wie, że podobnie jak w każdy piątek po robocie, ludzie spotykają się w robocie w piątek, czy tam inny ten dzień przed świętami, ostatni dzień pracy i jedzą rybisko. I wszelakie szamają piękności kuchni duńskiej, morskiej, czy też wiecie…

Innej.

Oczywiście mało kto dba o to, by nie pić i jechać, ale u nas to chyba kurcze norma. Niestety. A raczej… HOW COULD YOU DANMARK?!!! No cóż, powiedzmy sobie szczerze, obecnie chyba każdy może mieć prawko, więc każdy je ma. No dobra, ja nie, bo nie dość, że ślepam, t jeszcze mocno dziwnam i nie lubię ludzi za mną, przede mną i tak dalej… no w ogóle żywych słabo trawię.

Martwi są lepsi!!!

No ale… siedzą sobie ludzie na onych spotkaniach, czasem śpiewają, jedzą oczywiście, a potem wracają do domów i albo jadą do domów własnych, albo rodzinnych, wiecie spotkać tych wszystkich kuzynów, których niecierpią… albo, po prostu zostają w domu samotnie. Bo samotność na Wyspie jest jakaś taka normalna. Może i ludzie lubią się gromadzić, dla ciasta i kawy, którą kurna teraz dają wszędzie… nie wiem czemu, może to taka kontrowersja wszelkich spółek?

Hmmm…

No ale… samotność.

Co w niej złego? Poza tymi, co naprawdę czują oną potrzebę macania, wdychania i przytulania, to dlaczego tak bardzo gromimy samotność z wyboru? Ja tam lubię być tylko we dwoje albo tylko sama ze sobą… wtedy jest nas co najmniej trzy i zawsze potrafimy się ze sobą pokłócić, więc…

Jak to jest z samotnością w czas świąteczny? Bo ja nie miałam ni stołu ni 12 potraw ni o czasie prezentów ni nawet pierogów. Chociaż akurat pierogów bym zjadła, trzeba będzie poszukać w Szwecji następnym razem. Bo przecież pierogi nie są tylko w święta!!! Ogarnijcie się ludzie! I tak byłam i samotna i we dwoje. I wiecie co… nie rozumiem. Nie ślinię się pod oknami wielkich rodzin.

A może już nie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Śpiąca… została wyłączona

Pan Tealight i Bez ograniczeń…

„Bez wszelakich barier.

Bez znaków stop.

Bez definicji, bez wszystkich tych NIE WOLNO, NIE RÓB, POWINIENEŚ BYĆ INNY W TYM WIEKU ci nie wypada, STÓJ, IDŹ… ale gdzie obcasy, makijaże i chciwość, zawiść ślepota na ból, smutek nad opadłym piórem…

Wiecie, takie proste, logiczne, prawdziwe i naturalne. Nie żeby komuś szkodzące, bo przecież nie wszystko dotyczy wszystkich… chociaż drzewa, prokreacje i smrodzenie tak, ale bez ograniczeń jak uśmiechanie. Jak rozpieszczanie siebie. Jak nucenie, marzenie, wzdychanie, gdy taka wola. Jak na przykład, czy kogoś obchodzić winno, czy komuś szkodzi jedzenia obiadu na kolację i kolacji na śniadanie poza jedzącym i to szykującym? Gdy ktoś myśli, nie zawraca innym łba zakupami, to przecież nie szkodzi. To przecież można, może i trzeba?

Bez ograniczeń marzenie, śnienie, a gdyby tak… no właśnie, zasnąć jak ona Śpiąca Królewna i żyć tylko w tym śnie, zmieniającym się, nie do końca zdatnym do opanowania, ale jednak… tak wygodnym, tak dobrym, choć czasem strasznym. Albo chodzenie na bosaka? Że ktoś nie zarobi na sprzedaży butów? Ale przecież dlaczego bez ograniczeń i ciągle każecie mi nagradzać i dopieszczać innych…

A co ze mną?

… więc bez ograniczeń.

Dostrzegać siebie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szarość…

Naprawdę ludzie nie doceniają szarości. I nie mówię tutaj o wystroju wnętrz, czy ciuchach, bo szarość wszelaka i jasny grafit zdają się być aż nad podziw popularne, to jednak jeżeli chodzi o pogodę, to wielce be i awful!

W ogóle zdaniem wszystkich prawie, szarość i deszczowość powinna być zbanowana. Ona deszczowość, usypianie, wszelakie znaki ciała, które kierują nas ku kocom, napojom ciepłym, ogniom wszelakim albo na przykład pieczeniu ciasteczek… powinna być zakazana. Ale naturze nie możecie tego powiedzieć. Serio. Jak ktoś próbuje, szybko obrywa po tyłku. Bardzo szybko.

I bardzo mocno i boleśnie.

Nie pojmuję w jaki sposób ludzie nie rozumieją, iż świat chce im coś powiedzieć. Najpierw pieją nad życiem w średniowieczu, czy tam jeszcze wcześniejszych wiekach, czycą je i całują w zadek, a potem nagle, gdy mówisz, że zimą ciało może jednak zmusić was częściej do odpoczynku, to nagle jest… że wielce nie. Że jak to. Wszyscy tacy świadomi, a natura im obca? Nie pojmuję…

… nie pojmuję tego świata.

Ludzkiego onego.

No ale, żyć trzeba jakoś. Tak, oczywiście wszyscy mamy zajęcie. Robotę wszelaką mniej lub bardziej lubianą. Rachunki i takie tam, zachcianki i pragnienia, marzenia i tak dalej, ale jednak, jakoś nie dążymy ku nim. Zamykamy się w bombce o imieniu NIEMOGĘ i oglądamy telewizję. A raczej wy oglądacie. Bo ja nie mam telewizji. Ale za nią płacę. Wiecie, taka durnota państwowa, masz internet bulisz za TV… ludzie krzyczą, ale kto by tam maluczkich słuchał?

No kto?

I dlaczego… to ino maluczcy…

Ale, ucieknijmy od codzienności. To w końcu czas świąteczny, czas przejścia, czas wszelakich zmian i postanowień… a walić to! W końcu każdy sobie może ustalić datę na świętowanie i olać to, co się dzieje!

Naprawdę!!!

Nie rozumiem dlaczego każdy myśli, że musi. Że jakiś miecz nad nim wisi, że są na mecie jakieś nagrody, no i, że w ogóle kurna jakaś meta w tym wszystkim jest. Sorry, ale poza zgonem, który nas wszystkich będzie dotyczył, to raczej nie ma niczego takiego. Są bitwy i walki, wygracie je, lub przegracie i tyle. Na przykład może zamarzy się wam ubiegać o obywatelstwo innego państwa? Bo widzicie, kochacie ono państwo, ma Królową, a to już 100 punktów do własnej zajebistości oraz zajebistości terenów państwowych, no i w ogóle, kochacie ten kawałek świata…

Wiadomo, że każdy ma własne powody. Ale, jeżeli chodzi o Danię, to nie polecam. A raczej polecam:

1. Urodzenie się w Danii, z ojca i matki duńskiej od kilku pokoleń i wyrażenie pragnienia od początku płodowego, że chce się tu żyć.
2. Kasa… Podejrzewam, że jeśli się ma kasę, to można wiecie, po znajomości. Bo tutaj wiele rzeczy i zakazów można ominąć czy osiągnąć dzięki kasie. więc pewno i to. A raczej na pewno. Jeszcze jak macie znajomych w lepszych sferach, to na pewno.
3. Jako zwykły człowiek możecie się ubiegać, ale pamiętajcie, że to kosztuje wiele duńskich dublonów. Najpierw zdajecie dwa pisane egzaminy w stylu matury. Bardzo dziwnej, podstępnej i pokrętnej, Potem jest test z książki, którą trzeba wykuć na pamkę. A potem jest jeszcze ustny. Ale, jeśli myślicie, że już koniec, nic bardziej błędnego. Bo egzaminy mają best before, no i musicie od razu wysłać podanie o obywatelstwo, które to… ech, ma mieć numer, ale nikt nie wie jaki, i czy w ogóle… no tak, wysyłacie. I już tylko zostaje wam modlenie się o pozytywne rozpatrzenie waszej sprawy, co może trwać kilka lat.

Jeśli wydaje się wam, że o tam, poczekam, to pamiętajcie, że o to wszystko w punkcie 3 ubiegać możecie się po 10 latach życia tutaj plackiem oraz… macie buźki, znaczy no rączki całkować, no… jest afera. MUSICIE potrząsnąć łapą borgmestera jeśli już dostaniecie ono obywatelstwo, bo inaczej wam je odbiorą. Jeden odmawiał i teraz jest takie PRAWO!!! Serio!!!

Dla tych, co planują to na przyszły rok, radosna informacja: już wiadomo, że podwyższone zostaną opłaty o kilka tysięcy dublonów duński.

Cieszcie się.

Nie wiadomo, czy ci, którzy zdali w tym roku i już wysłali papierki nie dostaną kwitka z napisem: dopłać… no wiecie, and be merry!!! Znaczy God Jul! Chociaż kto go tam wie czy God czy nie będzie, jest czy był.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bez ograniczeń… została wyłączona

Pan Tealight i Minuta Kuszenia…

„Bo widzicie, na więcej nie miał czasu.

No dobra, jak najbardziej był czymś na pograniczu Diabła, Szatana i Evila Wszelkiego, ale jednak… nudziło mu się. No sami pomyślcie. Bierzecie taką istotę i macie ją kusić. Nie dość, że robicie najpierw research, co tam lubi czego nie, nie dość, że zajmujecie się jej życiem bardziej niż swoim własnym, to jeszcze to gadanie do niej. Czy też niego. No wiecie, zdarzało się i tak… byt zagłębia się w one człowiecze widzimisię i ogólne dziwne „problemy”, a potem…

… a potem zawala obiad u Teściowej a Ślubnej obiecał i jest zgon. A ile można tak zgonić? No ale? Czy warto tak naprawdę oną robotę przekładać ponad wszystko? No oczywiście, że robił to z dziada i pradziada i tak dalej. Miał w sobie ich wspomnienia, a nawet niektóre części, bo to jednak długowieczność choć included, to wiecie, części się psują, ścierają, a jakoś odpowiednio w robocie wyglądać trzeba. Nawet dla onej minuty kuszenia, jak już się zdarza. No bo niektórzy serio puszczają szybciutko. Serio. Aż sam się czasem dziwi, że w tych ludziach to tak niewiele oporu. Wrabiacie ich w łańcuszek jakiś, piramidkę finansową, czy coś w ten deseń, podrzucacie nowy ajfon, a oni już, że wszystko zrobią, ino coby nie upadł…

Ludzie.

Najmarniejszy puch…

Zresztą, puchu nie obrażajmy, gówno najmarniejsze, takie wegetariańskie i ogólnie mówiąc wysoce przetworzone i jeszcze wiecie, z GMO. Tacy oni współcześni, pokręceni, bezmyślni ludzie byli. Tacy się mu nawet bardziej zdawali odrażający, obleśni, aż w końcu natknął się na nią…

I wszystko stanęło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szaro…

Pada.

Naprawdę nie pamiętam tak ogromnej ilości szarości, mokrości, mglistości na tej Wyspie. Wcześniej co prawda to samo mówiłam o słońcu i gorącu, no ale… widać serio ta cała pogoda się porąbała. Znaczy jak najbardziej człek rozumie, że świat jest takie, jaki jest, zmienny i tak naprawdę nieprzewidywalny. Niby widział te rąbane warstwy krzyczące o zmianach pogodowych, o wszelkich odmiennościach, ale…

Ale widzicie, na własnym cielsku to odczuwać, to nie jest fajnie.

Naprawdę nie jest fajnie. Nic a nic. Przede wszystkim człowiek niby to rozumie, ale nie jest w stanie przekonać o onym rozumieniu samego siebie, znaczy ciała. Ono ciało chce śniegu i mrozu, a nie dziwnego ciepła i onych tropikalnych aur. Naprawdę. Jakoś nie pasuje to moim europejskim kościom. I tak wiem, wkurza mnie od dawna reklama „heritage DNA”, która i tak gówno mówi, bo serio każdy nas jednak z tej mitycznej Ewy wylazł… znaczy no te praproszki i tak dalej, czy tam Lucy bardziej, ale jednak…

… no naprawdę.

Ja jestem zimnolubem!

I tyle, jestem z tego dumna!!!

Bo każdemu wolno być tym, czym jest. I tyle. Czyćmy siebie. Bo serio, może się zdarzyć, że nikt inny nas nie poczyci. A jak nas nikt inny nie poczyci, to co wtedy? Smutno tak nie być czyconym. Wiecie, czasem trzeba się samemu upominkować i miłośnie zpoemować i jeszcze spomniczkować, czy coś.

Serio!

Spróbujcie.

No ale, było o szarośći.

Jest tutaj. Jest ona i ciemna. Jest gęsta, sprawiająca, że słońce zdaje się nie móc przebić się spoza niej… gdzieś tam na horyzoncie widać oną jaśniejszą, białawą plamkę, ale jednak nic z tego nie będzie. Naprawdę nigdy jeszcze nie przeżyłam tak dziwnej, bezsłonecznej zimy. I serio, słońce wygląda tak, jakby nie chciało świecić, jakby naprawdę było takie pokrętnie przesunięte na onym nieboskłonie.

Do tego one nagie gałązki, czerwień igliwia i liści brązy… piękne to wszystko, jeszcze jeżeli doda się do tego one wysokie iglaki. Piękne i dostojne. Nieporuszające się w onym niepowiewie. Ale…

Ale dodatkowo znowu wszystko się pozmieniało.

Naprawdę.

Szczególnie w Almindingen masa drzew poupadała, inne znowu zwyczajnie umarły i nie mówię tutaj o młodych, spalonych brzózkach. Niektóre zbiorniki wodne całkowicie zniknęły inne znowu się poszerzyły. Człowiek już nie wie gdzie łapy stawiać. Boi się. Szczególnie po tym ostatnim zanurkowaniu w nowym bagienku. Oj nie, nie piszę się na spacery po bezdrożach. Boję się. Nawet kamienie zdają się poruszać. Jakby uciekały. Jakby się wyprowadzały gdzieś indziej, jakby… żyły.

Nie wiem, czy mi się to podoba.

Co ja kłamię, przecież w ogóle mi się to nie podoba!!!

Nie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Minuta Kuszenia… została wyłączona

Pan Tealight i Włochaty On…

„Prosiaczek misiowy.

Taki wiecie, grubiutki i w loczkach.

Taki z brzuszkiem i wielkimi, misiowymi uszami!!!

No włochaty o gabarytach sporego prosiaczka, cztery raciczki, ogonek niewielki, zakręcony z puchatą kitką, grube włosie, ogromny i cudowny… jak taka dziwnie uformowana poduszka, ale też wiecie, jakby był taki obronny lekko. Znaczy gdyby był twoim pieskiem czy coś…

Włochaty On po prostu i już.

I Wiedźma Wrona Pożarta poczuła do niego tak wielką, włochatą i pokręconą sympatię, że Pan Tealight został zmuszony do stworzenia ciepłej i dobrze ulokowanej, tak wiecie ochronnie, zaraz przy ścianie Białego Domostwa, zgrabnej i miłej półziemianki, bardziej ziemianki, przemiło błotnistej, ciepłej, parującej, z roślinami okopowymi oraz radyjkiem. No tak, bo wiecie, z niego wielki meloman był. Telewizja to nie, ale mądre gadanie i opera, to zawsze…

No i w ten sposób Królewny i Księżniczki, ale też Wiedźmy z Pieca, miały kogoś, kto je chronił, gdy tylko nazbyt się rozbrykały dookoła. Ryjkiem je łagodnie, ale skutecznie i dość przewidywalnie podszczypywał i czasem, ale tylko czasem, pozwalał im na swoim futerku eksperymentować tymi wszelkimi fryzjerskimi ustrojstwami i takimi tam, babskimi cudownościami…

Ale z Wiedźmą Wroną… tak, z nią łączyło go coś innego.

COŚ wielkiego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rønne…

No dobra, w tym roku nie wiem.

Nie wiem, czy niektórym w ogóle się nie chciało, czy innym chciało się mocniej i inaczej, ale wjeżdżając do miasta, już na górce widać, że niektórzy poszaleli milusi, a inni stawiają na zaciemnienie. I właściwie, co kto lubi, a jednak jakoś smutno? Ten pałąk kolory wymiata, tipi zrobione od masztów też. Światełka dookoła okien czy krawędzi dachów, po prostu bajka, a jednak…

Gdzie niegdzie taka dziura.

Czarna i przygnębiająca.

Ale nic to, u tych Mikołaj wymiotnął po wszystkim i uwielbiam takie szaleństwo. Może dziwnie, że wymiotnął tylko na żółtawy kolor, ale może to jakaś waniliowa, wegańska owsianka była, czy coś… no też bym wymiotnął na maks. „Paw obligatoryjny”, czy jak tam w „Testosteronie” mawiali? Za to u tamtych równość sopelków powiewających z dachowej krawędzi.

No po prostu baja minimalizmu i świetlistości.

Elegancja jak nic.

Ale…

No tak, na razie było o zwykłych domkach. O tych co serca świetliste wywiesili, o świecznikach w oknach, o przesłodkich gwiazdach i obrzuconych siatkami połyskliwymi krzakach – bomba pomysł, naprawdę i wiatr słabo je szarpie, co u nas naprawdę ważne, tym bardziej, że święta mają być ciepłe. A ta kaszka śnieżna już znika… Ale, na razie było o zwykłych ludziach.

O codziennych, a co tam na mieście?

Oczywiście poza pustymi półkami i brakiem obniżek…

Serio? Gdzie obniżki?

No więc na rynku głównym bajer.

Wielka, przepiękna choinka, oczywiście ze światełkami, ale nie tylko, też i z wielkimi świetlistymi bombkami. No dobra, nie ma ich wiele, kilka okrągłych czerwonych i kilka gwiazdek żółtawych i jeszcze ta biało0srebrzysta na szczycie drzewka, ale jednak jest!!! Naprawdę jest!!!

Powala.

Na dodatek dookoła sławetnej fontanny są światełka na drzewkach. Po prostu baja. I jeszcze te niektóre rozświetlone witryny. No niby jak na świecie, a jednak nie, bo u nas to chyba w sklepach już po świętach. Naprawdę. W Tigerze czy u Sióstr puste półki. W Kvickly czy mu podobnych pustki jeszcze inne na dodatek nieprzecenione, więc… nie wiem, serio ludzie nie potrzebują tego całego kapitalizmu.

Znaczy no, jak to się zwie, pragnienia rzeczy…

Bo czemu nie?

Ale może rzeczywiście? Może? No przecież też tak być może? Zresztą, najnowszy cyrk z Fjolslinjenen to to, że nie zabrali autobusu pełnego ludzi. Spóźniał się, no ale, wiecie, to nie kurna autobus odchodzący to kilka minut ino prom. Pewno, że mają wytłumaczenie, no ale… sorry ludziska przez kilka godzin czekający na kolejny prom. Będzie okay. Serio!!! Kiedyś może będzie?

Nie wiem…

Ech… te promy serio, wizję mam taką, psują nam święta.

A na razie, popatrzmy na tunelik świetlisty w Rønne, na choinkę na małym ryneczku, na te domki. Na to wszystko.

Takie spokojne, ciche…

PS. Jeśli chodzi o afery na Wyspie, to macie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Włochaty On… została wyłączona

Pan Tealight i Łabędź Wciąż Brzydki…

„No niby mówili, że po byciu kaczątkiem ci przejdzie, a tu co… kupa!

I to cuchnąca!!!

I to silnie zmodyfikowana, ogólnie mówiąc jakieś perspiranty, gmo i wszelkie parabeny czy coś w ten deseń. No naprawdę. Wystarczyło na nią spojrzeć, a już coś się z człowiekiem i zwierzakiem robiło. Coś w nim krzyczało nader głośno, coś sprawiało, że nie tyle czuł obrzydzenie, co przynosił temu czemuś dary i to wysokiej próby oraz organizował sypialnię, pomniczki i pisał psalmy…

Tak, obiecali mu, że będzie lepiej.

Inaczej.

Że będzie piękny, będzie się tak czuł, niczym król ponad brzydalami, niczym najsmuklejszy, ale krągły, najwyższy, ale nie dziwaczny…

A tak się nie stało.

Czy wyglądał jak rodzice, których tak podziwiał? Oczywiście istniało ono podobieństwo, ale jednak nie był piękny. Przeglądał w poruszającej się wodzie, morskiej wodzie, rzecznej wodzie, kałużowej wodzie… tej zgromadzonej w zbiorniku i ponad nim, w kroplach wody się przeglądał i… wciąż nie wiedział. Wciąż nie czuł się piękny. Nie umiał się takim nazwać, wgładzić się w granice onej definicji i…

… nic.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciekawe, czy Turyścizna zjechała na święta?

I ciekawe, czy jak się rozejrzeli, poczytali, to wiecie, nie wrócili do siebie, albo pojechali gdzieś indziej? Chyba nie do końca, bo jak nadszedł dzień julemarketu w Middelaldercetrecie, to jakoś było ich sporo. Podobnie jak deszczy, oodrobiny śniegu i wszelkiej błotnej mokrości.

Były też gęsi, które zawsze mnie przerażają i fascynują jednocześnie. No wiecie, niektórzy mają straszne wspomnienia z dzieciństwa, gdy go ganiały i takie tam, no i wiadomo, to nie przechodzi i w ogóle, więc… mam problem z gęsiami i gęsiną i w ogóle. Z całym tym czymś. Bynajmniej… są głośne, mają bajorko i ich jakoś ten cały bagnisty stan okolicy nie przeraża.

Kompletnie!!!

No ale… przecież leje, i choć wmawia sobie, że to śnieg to jest jeden stopień i wiecie, raczej może nie do końca ciepło. No i dlatego dość szybko zbieramy się do głównego miejsca. A tam zdziwko. Są kulki, dla szalonych co są w stanie przeskoczyć kałużę, są jakieś dziwne rzeczy w miejscu bardzo zaczadzonym i jeszcze coś do posiedzenia, ale też tam dymią, więc umykamy do wielkiej sali – tej malowanej, wiecie, a tam zdziwko, bo ognia nie ma i pizga. Zaczynam się zastanawiać, czy wolę jednak oddychać, czy ogień i nie umiem się zdecydować, naprawdę nie umiem.

Może jednak oddychanie?

Może?

Hmmm… ale ja tak kocham ogień. Nie wiem, te stroiki są przesłodkie, te lampeczki, panie, które tutaj sprzedają naprawdę się postarały, piękne srebra, zabawki, nawet gatki robione na szydełku czy drutach, jakby ktoś chciał, ale przymierzalni nie ma, to wiecie, lepiej znać swe wymiary!!!

Zaglądamy do komnaty sypialnej, wiecie, tej za skórą z dzika, a tam niespodzianka. Po pierwsze bilety, a po drugie pierniki w kształcie dzikich świnek!!! Nie do końca rozumiem o co chodziło z tym stoiskiem, ale ja ostatnio bardzo mało pojmuję, bo gdy coś nielogiczne, to wiecie…

Nie przyswajam tego i tyle!!!

Ale… tak naprawdę tutaj człek przychodzi wyłącznie dla przyrody, budynków i wiecie, tego porastającego wszystko mchu we fluorescencyjnym kolorze. Zieloniutkiego, alienowego takiego. Niesamowitego… No i dla zmian. W końcu gdy market, to wejście za darmo, co nie? Super sprawa i tyle.

Zawsze warto przyjść.

A już szczególnie dla nich.

Włochatych świnek.

Wiecie, czegoś w stylu miksu pomiędzy owcą a świnką i z niewielkim dodatkiem misia. No naprawdę. Wystarczy popatrzeć na uszy!!! A prosiaki są po prostu mega. Aż człek chciałby mieć takiego w domu. Nie dość, że włochaty, to wiecie, je wszystko, no a dodatkowo… ech, no ale jest ta groza przed oną japońską jakąś grypą świńską, czy innym tam wirusem, który podobno ludzie roznoszą w postaci żarcia, czy czegoś. Nie do końca rozumiem, bo artykuły często się wykluczają informacyjnie, a i ze mnie marny znawca świńskich zachowań, ale słodycz rozpoznać człek umie.

Śliczniutką.

I to jeszcze dwie!

Te na szczęście były we względnej błotnistości i właściwie na trawości, więc po prostu cutness overload!!! I to jeszcze w tej białawo-kremowej sierściuwie. Cudownej i kręconej. Jakby przez noc w lokówkach leżały czekając specjalnie na ten dzień. Serio… wyglądają jak ufryzowane na jakąś imprezę.

Na pewno nie na mokrą i wiecie, błotnistą.

Tak, dla świnek warto tu przyjść!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łabędź Wciąż Brzydki… została wyłączona

Pan Tealight i Kura Bezjajeczna…

„No dobra, można powiedzieć, że z niej wiecie, taka buntowniczka.

Można powiedzieć, że po prostu wybrała inną ścieżkę kariery, czy jakieś tam, ale tak naprawdę… po prostu ją to brzydziło. Wiecie, jajo z dupy. No takie mocne, twarde coś wyłażące z TAMTEJ strony ją odpychało, więc się wzbraniała, a potem zaczęła brać odpowiednie ziółka.

I wszyscy jej mieli to za złe.

Bo niby jak kura, to od razu mają być te jaja. Że jeśli już chce być taka koko, to ma znosić i tyle, zresztą, co zrobi z tym czymś, jak się jej zalęgnie? No co? No zresztą, przecież zawsze może zostać kogutem, to teraz takie modne, choć częściej w drugą stronę. No i może je oddać potrzebującym! Takie piekarnie na przykład czy coś? No na pewno nie te wegetariany, ale jednak…

… a może jest ona…

Bezjajeczniarką?

Onym najgorszym sortem kury?

A ona? Wiecie, po prostu się wyprowadziła w Bieszczady, zamieszkała w lesie, w norze z krasnalami i tam, zwyczajnie tak zajęła się ręcznymi robótkami i garncarstwem. Świetnie jej to wychodziło. I nie słuchała…

Bo niesłuchanie, jeśli chcecie być sobą, jest najważniejsze!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pogoda szaleje.

Najpierw mentalny wiatr, który schrzanił mi weekend, teraz słońce przez grube chmury. Zimno, dziwnie ciepło… kurde, no szaleństwo! O co chodzi? Na dodatek słońce wyłazi na kilka sekund mamiąc ludzki zegar by zaraz się schować i…

No wiadomo, prawie zima.

I kilka dni temu naprawdę spadło trochę śniegu. No dobra, to tak bardziej jakby ktoś wiecie, cukrem pudrem ciasto posypał, no ale. Nadal zielona trawa i tak dalej, więc… też normalnie. Na szczęście w końcu spadło trochę wody z niebios i znowu mamy rzeki. Dziwne to jest takie znowu mieć rzeki. Od tylu miesięcy to wszystko było takie puste i wyschnięte, a teraz nagle znowu jest tam woda.

Ale…

Coś się zmieniło.

W tych rzekach czegoś brakuje. Czegoś dziwnego. Czegoś naprawdę prawdziwego i żywego. Jakby nie były prawdziwe naprawdę. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi. Jakby jeszcze nie były pewne. Jakby ktoś nie dodał odpowiedniego składnika. No dobra, może to i pokręcone myślenie, ale naprawdę coś dziwnego w tej całej późnej jesieni i rzekach. Wodzie, pierwszym śniegu.

Naprawdę dziwnego i strasznego.

Ale… są święta.

I o to chodzi!!! O zwykły, codzienny Jul. O te wszelkie przyjęcia, choinki, lampeczki na domach i płotach. O te… no właśnie, o oną pustkę dziwaczną, pokręconą. Jakby tak naprawdę ludzie tutaj nie mieli obchodzić świąt? No serio?!!! Co się dzieje? Naprawdę nikt niczego nie kupuje? Naprawdę? Nikt nie potrzebuje fajnych, zabawnych ozdób i takich tam małych cudowności świątecznych?

Ale choinki stoją.

Żeby nie było.

U nas oczywiście są one przysklepowe i te głównomiejskie oraz one portowe. Ciekawe, które polecą pierwsze, bo zwykle to tak się dzieje. Niestety. Dlatego nie są ubrane, dlatego mają tylko światełka i dlatego są przywiązane, zabezpieczone i ogólnie mówiąc zrobiono wszystko, by nie poleciały.

Bo wiało i wiać będzie.

Fale za to są dziwnie nieprzewidywalne ostatnio. Wiecie, jak nasze promy. Nigdy nie wiadomo czy popłyną czy nie, bo mamy takie, co to wyższych niż 2 metry fal nie chwytają, a na dodatek tak bujają, że wszyscy jadą do Pawiolandu. I tyle… ale z drugiej strony, co się nam zachciewa jakiś wypraw. No weźcie no, ludzie! W domach siedzieć. To nic, że w sklepach nic nie ma.

Będę żyć na mrożonej fasolce.

Ale wracając do fal, to człek przychodzi na wybrzeże i nagle… nie ma go. Wszystko się wali, a potem morze odchodzi, jakby coś je zasysało. Brutalnie i mocno. Z jednej strony słychać fale, ono dziwne brzmienie, które tak szybko uzależnia. Które sprawia, że nie można już bez niego żyć, oddychać, istnieć i tworzyć. Jakoś tak. Po prostu nie można. bez dźwięku, zapachu i mokrości… ale czemu one tak dziwnie i skrycie zjadają nam wybrzeże? A potem jakby nigdy nic, chowają się i nie ma ich…

I dlaczego nie ma tych barwnych wschodów słońca?

Ni zachodów, by być sprawiedliwym?

Dlaczego?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kura Bezjajeczna… została wyłączona

Pan Tealight i Wielbłąd Nafalny…

„Seryjnie!!!

Możliwe iż to ino aberracja jakaś, czy coś w ten deseń. Albo mutacja, czy jakoś tak… ale serio, pojawił się wielbłąd surfujący na falach. Odziany w krótkie dwie pary gaci w małe gwiazdeczki w kolorach różnorakich, przepaskę na łbie, co mu grzywę podtrzymywała i jakieś takie klapki antypoślizgowe… czy coś w ten deseń.

I urządził sobie jazdę.

I to jaką!!!

Właściwie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, Pan Tealight i cała chmara, gmara i wszelaka obecność ze Sklepiku z Niepotrzebnymi poczuła się zaskoczona tymi małymi, fikuśnymi zaproszeniami. Wiecie, tymi radosnymi, pełnymi ananasów, drinków z palemkami, parasoleczek i leżaczków… wiecie, tych chmurek, wydm dziwnych i jeszcze słoneczek, szczególnie teraz. Szczególnie, gdy wszystko było cudownie mgliste, cudownie rozwalająco leniwe, chmurne i pochmurne, niesłoneczne, szare i wilgotne miejscami, zbliżające mocno w kierunku łóżka i książki, kubka z czymś bardzo wybitnie ciepłym i może nawet procentowym…

Ale dostali te bilety.

Dołączone do nich koce z wyhaftowanymi imieniami… choć często sami nawet ich nie pamiętali już… i te termosiki fikuśne, wiecie, takie niewielkie, ale jednak pojemne, no i durnie było tak odmówioć, jak już ktoś się tak narobił? No jak… więc poszli. Ubrali się mocno, ciasno i wielce niepobieżeni i poleźli na hulającą wiatrami i piaskami plażę by patrzeć na…

… wielbłąda?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jest szaro, ale chcesz…

Po prostu chcesz wyjść. W oną szarość, w oną nawet mżawkowość. Bo po prostu musi. Czasem jakoś nie może już wytrzymać onego hygge, tych świeczek i ciepłej herbaty i odpoczynków takich podkocykowych… no dobra, ja ogólnie źle znoszę nicnierobienie, ale jednak, czasem nawet ja wiem, że wyjście w nazbytnią wietrzność rozwali mi zatoki tak, że nie dam rady wytrzymać, więc staram się zostać w domu.

Ale czasem po prostu trzeba.

No trzeba!!!

… więc człek wychodzi i idzie. Może i moknie i po drodze nabywa jaja i pomidorki, czy co tam, ale idzie. Idzie dalej, bo przecież plaża tak blisko i chce ją zobaczyć. Może i widzi ją z drzwi, ale jednak to nie to samo, co macanie piasku, zapadanie się w wowdorostach, powitanie rzeki, która w końcu jakoś tak chyba powróciła. Może jeszcze nie w pełni, ale jednak jest! Woda!!!

Hurra!!!

A plaża?

Piękna.

I zmieniona. Ostatnie sztormy znowu wygryzły kawałek morza, ale woda oczywiście wróciła i znów jest jej mało. Można poleźć daleko, ale nie do Szwecji. Oj nie. Zresztą, to nie w tę stronę! Znaczy dojdziecie jakby co, po dnie, ale bliżej z północy. Wiecie, naprawdę bliżej!!! To dlatego promy skręcają!!! No ale… na wystających z szaro-błękitnych fal kamieniach siedzą sobie i wrony i kaczki i te tam kormorany, czy coś w ten deseń. Nie wiem… może i coś innego?

Są i młode względnie łabędzie, są i stare…

I nagle… nagle wychodzi słońce i zaczyna padać.

I wtedy pojawia się ono specjalne światło. Zza chmur nie do końca wyłania się słońce, chmury są kobaltowe, białawe i kremowe, podobnie z morzem i wszystko nagle wiecie, wygląda jak nienaturalnie przekształcona nudna fotografia. I warto zmoczyć sobie tyłek, by to zobaczyć. By poczuć te kolory na skórze, bo szczerze mówiąc, to ciepło straszliwie! Żadnych tam minusów, nawet ponad 5 stopni…

Ech!

No nic…

W tym roku sklepy chyba zamówiły mniej choinek, mniej wszystkiego, właściwie, by być szczerą, po pewnym powstaniu ducha kilka lat temu, ludzie znowu jakoś tam obumierają. Nie dbają o nic. I nie wciskajcie mi tutaj religijności, bo ten czas kochają ludzie wszelako religijni i kompletnie stroniący od bóstw wszelakich. To ciemny czas, więc światełka i wszelkie kolorowości są nam potrzebne, a jednak… jakoś tak ludziom chyba się nie chce, a potem wiecie, jęczą.

Bo to umieją wszystkie narodowości.

Jakoś tak, po prostu… nie wiem, może to i brak dostępności? W tym roku nie ma nawet wieńców na drzwi. Wiecie, takich zwykłych, iglastych. I nim rzucicie się na mnie, że mogę zrobić sobie sama, to… ech, no nie do końca. I tak musiałabym KUPIĆ gałęzie, a to już byłby nadmiar kasy. Przywieźliśmy jeden ze Szwecji, na szczęście. Jemioła też znaleziona. W końcu jestem symbolistą.

Sorry!!!

No to mamy światło, ono kobaltowe, mamy gdzie niegdzie białe, metalowe stożki imitujące choinki i mamy morze, dość spokojne, dziwnie miękkie, atłasowe… i wiecie co, może to właśnie wystarczy. I ten piasek… kurde, znowu trzeba będzie odkurzać i myć podeszwy. Ale tak naprawdę, bez tego, bez onego spokoju wiatrów, fal i morskości, ja już żyć nie potrafię. I nie chcę.

Oj nie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielbłąd Nafalny… została wyłączona

Pan Tealight i Najmniejszy Gnom…

„Bo niektórzy kochają nierosnąć.

Wiedźma Wrona Pożarta kochała to, że była dość kompaktowa. Naprawdę. Może nie maciupka, ale raczej niska. Wiecie, wzrostu siedzącego psa w kapeluszu czy coś tam. Ciuchy rozciąga w szerz na długość stykną zawsze. No norma zwyczajowa, co nie… jak kto lubi. A z DNA to się ma co się ma…

Ale ona akurat lubiła, więc gdy Najmniejszy Gnom się pojawił na chacie, znaczy w Chatce Wiedźmy, to wiecie, nie miała problemu. Zresztą ona ogólnie problemów rasowo dyskryminacyjnych nie miała, poza idiotyzmem, ale to wiadomo… inna sprawa i ino w człowiekach, więc się nie liczy…

Ale on przybył.

Malutki, ale dość podstawowy w stroju. Wiecie, czapa czerwona, wysoka i spiczasta, butki, koszulina niebieska… no gnom. Skrzaci w wystroju dla niektórych, nawet może i krasnoludkowy, ale jego zdaniem wyłącznie gnomi i prosił, coby tego się trzymać, bo mógł być najmniejszy, ale wiecie… gnomi! Chyba naprawdę to było to, czego się w życiu trzymał, wiecie, że wiedział i kim jest i kim był i kim chciał być we wszelakiej przyszłości, jeśli ona go na swej drodze napotka.

Wiedźmie Wronie to odpowiadało.

Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Idę…

W las. Bo przecież czemu nie?

A las teraz całkiem inny. Nawet ten niewielkie, zagajnikowy, może bardziej i parkowy, ale co tam. Dla mnie to las. Mój las. Z krzakami, i pokręconymi gałązkami i jeszcze pniami, na których piętrzą się mchy i porosty. I tymi liściami pod podeszwami i jeszcze oczywiście te ścieżki, miejscami rozjechane, bo przecież… Jakoś w naturze tak lepiej. Za pniem, obok pnia, może i ponad pniakiem. Ślizgając się na skałach, bo wilgoć nocna szaleje i sprawia bolesne niespodzianki…

Las.

Zwykła sprawa, a jednak.

A jednak coraz mniej go.

Wkurza mnie to mocno. Pewno, że mam to marzenie o posiadaniu własnego lasu, nadal je mam. Co więcej, cały czas pracuję nad onym lasem siejąc i zbierając ziarenka, ale wiecie, trochę to trwa! Nie ma co! Niektóre choinki to po dwóch latach już są sporawe, a inne znowu…

Nie.

No ale, jak słyszę, że niepotrzebne i lasy i nieużytki, to mną trzęsie. Ale już nic nie mówię. Człowiek szybko uczy się milczeć. A już szczególnie w sprawie kotów. Albo wegetarianizmu, biegania i rowerów. Rany, Hitler był bardziej skory do głębokich przemyśleń i dyskusji niż wyznawcy wspomnianych trendów. No serio! No i miał psy, wiecie, a ja psy zawsze!

I nie hot dogi!!!

Po prostu, chyba to prawda, że z czasem człek zwyczajnie odpuszcza dla swojego zdrowia. Bo to o nie najbardziej powinno nam chodzić. A las w zdrowiu pomaga. Oj i to bardzo. I o tulenie drzew i o liście, krzaki, oddychanie. O ono niebo nad głową, nawet jeżeli szare jest czy białawe.

Po prostu…

O to wchodzenie w las i wąchanie iglaków. O muskanie gałązkami, zbieranie liści i szyszek i jeszcze może… zagubione czasem sarenki. Wiecie. Po prostu o to wszystko. O oną cudną normalność. A las to normalność. Kurcze. Taka maksymalna. Wiekuista rozrywka. Coś, gdzie znaleźć można wszystko. I naukę i odpoczynek, każdy może wleźć, nie każdy może wyleźć. Pooglądać można kogoś, popodglądać nawet, no wiecie, różne są zboczenia. A i siknąć sobie w krzaczkach można. Grzyby, jagody, ech kiedyś to było bogactwo, choć ja pamiętam najbardziej świeżo stukniętą kurę i szybki powrót z wyprawy na grzyby coby zrobić rosoła!

Takie były czasy, że jadło się co było.

A jeszcze jak się trafiło za friko!

Ale… lasy u nas są dzięki onej jedynej osobie. Hans Romer. Gdyby człek mógł, ogłosiłby go świętym, ale… zaraz, przecież mogę sobie, co nie? Kto mi zabroni? No więc dzięki onej świętej osobie obrywającej od rolników i innych tam, co to na początku XIX wieku zaczął zalesiać Wyspę. Smarkaty był, więc wiecie pewno jak go wszyscy traktowali. Pewno mówili, że se wymyślił i tak dalej. A teraz… teraz też tak mówią. Nie oszukujmy się. Ekologia u nas ostatnio znowu leży i dyszy…

I wkurza mnie to!!!

Nawet już gówna wiszące na gałązkach tak mnie nie wpieniają!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Najmniejszy Gnom… została wyłączona