Pan Tealight i Kuszenie Wielkości…

„Postanowiła… choć nigdy nie chciała przecież ni sławy ni wielkości, ni jakichś świateł, czerwonych dywanów i papparazzi…

Postanowiła, że ma dość, więc kurna spróbuje.

Tylko jak?

I co?

Pokazywanie cycków nie wchodziło w grę, zresztą, każdy pokazuje, nic w tym wyjątkowego, więc może palec, dupę, kolano? Albo… sztukę… Ale z tym, to przecież już od dawna jej nie wychodziło, więc chyba trza było pójść w jakąś zbrodnię. I to najlepiej doprawdy pokrętną i krwawą, aczkolwiek w jakiś sposób, najlepiej psychiatryczny, wiecie, wytłumaczalną… w końcu trudne dzieciństwo miała…

… więc jaka zbrodnia?

Chyba trzeba było odpowiedzieć wyłącznie na to pytanie. Jednak… kurde no te wyrzuty sumienia, no!!! Z nimi, to jakoś się nie da tak po prostu zostać zbrodniarzem, więc może nakręcić porno? Ale to tam wszyscy już teraz kręcą. Jakaś kariera polityczna? Raczej też nie wypali, nie z kimś, kto kurde jest taki ludzi nielubiący…

… więc może jednak…

No co?

Jak zakusić ku sobie Wielkość Finansową oczywiście?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie wiem…

Ostatnio ogarnia mnie wielka niepewność, jeśli chodzi o mnie i Wyspę. Bo… ludzie przy władzy na siłę ją zmieniają i całkiem jej to na dobre nie wychodzi. Maluczcy nie mają oczywiście niczego do powiedzenia, gorzej, jak protestują, to wyzwani zostają od prostaków… i wiecie co, nie wiem… nie wiem co dalej.

Nie wiem naprawdę i do końca.

I boję się.

Zdaję sobie sprawę z tego, że moja depresja, myśli samobójcze i inne elementy mojej psychicznej codzienności naprawdę poszły w konsumpcji natężenia i mnie samej, do góry. Bardzo. Może i bardziej nić kiedyś. Może i… już sobie nie radzę sama tylko z przeciwlękowymi i lekkim depresantem.

Może…

Ale przecież, ja ją kocham.

Naprawdę.

Strasznie i mocno, wciąż, do końca, ale z tą koszmarną ilością głośnych, śmiecących, kopcących ludzi… czy ktoś mi może wyjaśni kiedy palenie wróciło znowu do mody? Z tymi samochodami, które mają gdzieś zasady ruchu drogowego, z rowerzystami wkurwiającymi się na tych pieszych, niedouczonymi, że ścieżka rowerowa nie oznacza, że to tylko dla nich. A przynajmniej… nie zawsze.

Są znaki i ich nie ma, winien być zdrowy rozsądek.

… więc nie wiem.

I przeraża mnie własna niewiedza. Wiem, gdzie chciałaby bym być w tej chwili, ale na to mnie nie stać, mimo iż to żadne Majorki czy Kanary. Bleeee… to ciepło doprawdy wali ludziom na dekiel wyboiście chyba…

Nie wiem.

Kiedyś wszystko było łatwiejsze, ludzie ostro próbowali się sprzedać przez trzy miesiące, a przez resztę tworzyli i wegetowali. Ale teraz… ojojojjjj, cała masa tych programów, które mają nakłonić nowych, by chcieli się tutaj osiadać sprawia, że powstają dziwne osiedla, zamiast nie pozwalać Kopenhadze i bogatym Niemcom wykupywać domów, które stoją przez 99 procent czasu puste i smutne, szarzejące i pogrążone w marazmie…

Niemyślenie mnie dobija.

Ale gorsze jest to, iż widzę powtórkę z rozrywki. Wiecie, po 2003 nastąpił boom i rozwój wielki, który w okolicach 2006 osiągnął jakieś apogeum, a potem, po 2007 zaczął powoli chylić się ku upadkowi i nagle są dziury w drodze i bałagan i nieprzyjemni subiekci… że ich tak nazwę.

Wiecie, po staremu.

Tak, może to napływ onego milenialnego dziecięctwa, ale może też… znowu ktoś się chce pokazać, więc powiększyli port w stolicy, ale promy mamy mniejsze i oczywiście nieudolne. Chamstwo Molslinjen przejdzie do historii. Fjolslinjen powinnam powiedzieć, bo na pewno nie Bornholmslinjen. O nie. Odebraliśmy im prawa do tej nazyw, a to, że wciąż ją używają, cóż, są przy kasie, wiecie…

… ci co mają kasę władają wszystkim.

Wyjście z tej sytuacji?

Więcej lasów i dzikich miejsc, pozwolenie zwierzynie na bieganie wolno, w większej ilości, ale też odgrodzenie młodników, wiadomo. Wysiewanie ziół, pszczoły. Jakieś przesianie ludności. Jakieś wnikliwe sprawdzania kto kłamie i grzeje dupę w penthousie w Kopenhadze, a kto siedzi tu rok cały. I rozpraw z tymi tańszymi biletami. Czy też raczej winnam nadmienić, biletami w normalnej w miarę cenie.

… więc nie wiem.

A nie wiem oznacza strach…

Bo ten boom kolejny który podobno się dzieje, ale mało kto go widzi poza Turyścizną w zbyt wielkich ilościach, takich, że nie ma jedzenia w sklepie, czy podstawowych rzeczy… to nie jest wyjście na tak mały metraż.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kuszenie Wielkości… została wyłączona

Pan Tealight i Bezparapetówka…

„Bo przecież ona i tak nie pije, je tylko tyle o tyle i to w wyznaczonych porach, więc… postanowili zrobić coś innego. Bezparapetówkę. Bez parapetów, bez przygotowań, bez głośności, bez wszystkiego…

… ale i z czymś.

Wiecie, ono nie tyle przyjęcie, co raczej spotkanie.

I to bez niej nawet, bo nie chciała, a jak będzie chciała to i tak przyjdzie, albo i nie, no i zresztą, przecież jeżeli dla kogoś każdy powód jest dobry dla imprezy, to czemu jej nie robić, a oni chociaż raz postanowili być tacy jak inni, szampańscy i dobitni, więc napiekli ciast i ciasteczek, nawet tort ukręcili, napitki zwieźli, Białe Domostwo wysprzątali wprost naddokładnie… ustroili to i tamto. Tych, co muzyki nie chcieli umieścili za woalem z ciszy i spokojności, a tych, co nie chcieli hałasów, ruchów nazmiernych i zapachów, za innym i w końcu…

W końcu wyszło, że tak naprawdę, to nikt z nikim wzajemnie nie chce, więc się przeorganizowali, pozmieniali wymiary, jedni wypili takie ziółka, inni owaki, a tamci znwou odstawili te, które pijali zwyczjowo codziennie, no i nagle, jakoś tak udalo się im zebrać do kupy przy wielkim kocu i stolikach, bo jedni woleli wyżej inni musieli celebrować własną nisokość…

… a potem zrozumieli, że tak są zmęczeni, że pójdą spać i tyle.

I w snach się bawili. I ona też tam była, bo jeśli chodziło o sny, to pozwalała sobie na wszelakie próby i pomyłki, więc i ją zobaczyli, ale ni miodu ni wina z nią nie pili, nawet w snach była przecież sobą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc… jesień.

Znaczy dobra, to się tak nazywa, ale prawda jest taka, że wciąż jest ciepło, że zbiory w sadach będą niewielkie, straty wszystkich owocoproducentów, oraz też tych miodorobów, będą… bardzo marne. Zboże jest okay. Pewnie i przetrwa kukurydza, która mnie przeraża, ale cała reszta, ta trochę bardziej pierwotna, drzewna… nie przetrwała kolejnego sezonu suszowego na Wyspie. Sorry, ale w mojej wizji przyszłości dla tego miejsca są gołe skały i nic więcej.

Może ino wiatr wrzący, hulający.

To już trzeci rok suszy i dziwnej pogody. Braku ustalonej zmienności, wszelkiej znajomości natury, brak… normalności. Tak wie, to dla większości obecnie dziwne słowo, ale ona normalność w naturze, coś co pozwalało nam przewidzieć następny jej krok, to coś, co było jakimś takim sygnałem pewnej bliskości, a teraz…

Susza.

Nie warto nawet wspominać się do wodospadów.

Nie istnieją.

Znaczy, jakie tam wsponać się, ekhm, w końcu one z góry na dół, co nie? Chodzi mi o ot, że wspominanie, iż Wyspa posiada ich kilka jest obecnie rechotem na sali. I to wielkiej sali. Balowej. Przystrojonej szpetnie w pstrokacizy.

Tak serio, to ostatnio wydaje mi się, że najsłynniejsze miejsce u nas, to rąbane miniaturowe pole golfowe. Serio…

Nawet nie te wielkie.

No ale, sezon się skończył.

Sklepy powoli się zamykają, tudzież przymykają, ale kto tam będzie zdzwonił do artysty, by kupić od niego obraz… wiecie jak to jest. Ci, któzy mieszkają tutaj przez cały rok, czyli ten maciupki okruszek nas… w końcu będzie mógł odetchnąć…

… chyba?

Naprawdę nie jestem tego pewna, czy ten cały tłum się wykruszy?

Tak, jest ludzi trochę mniej, ale chamstwo zostało.

Goła baba na plaży napadająca na mnie bo jej zdaniem za długo leżałam na piasku robiąc zdjęcia wyżej wspomnianemu piaskowi… i jej zdaniem jest to dziwne. Naprawdę bardzo dziwne. Jej wiszące cyce nad moją głową kosztoały mnie atak paniki – czyli 4 miligramy clonazepanu, tak jest jak molestowani są nagle molestowani, wiecie, złamanie prywatności, nie chodzi o goliznę…

… to koszmar tego lata.

Mój własny.

Wychodzi na to, że nie dość, że babsztyl nie wie, że niektórzy są w pracy, a po drugie, że nikt nie chce jej zdjęć, już szczególnie ja. Po trzecie… cały szum był o to, że aparat leżał sobie i się suszył, a to dla niej było niekomfortowe. Od razu nadmienię mniej kumatym, że tak, u nas można latać na golasa po plaży i tak Full Monty. Można też robić zdjęcia jak się chce i komu się chce – bleeee, dla mnie zdjęcia to coś więcej niż ludzie – ale wiadomo, że kwestia publikacji, to co innego.

Czasem widzę zszokowanych Polaków.

Wiem, co czujecie, ale ja tego nie czuję. Sorry. Starsza para kąpiąca się nago na wielkiej plaży, to nic złego. Ale ten babsztyl, nie wiem co to za bajer, bo jakoś telefony skierowane w różne strony, gdy mój bidny aparat patrzył tylko w piach i wodę, jej nie przeszkadzały. Lepiej, wspomnienie o tym, że mam jakieś tam problemy zdrowotne jej nie obchodziło, więc… przeklinam cię kobieto.

Na ziemię i wodę, na krew i ślinę.

Oj, szkoda że to coś z kim byłaś rozglądało się za tą śliczną dziewuszką, ubraną… hmmm, chyba problem to ty masz w innymi miejscu…

Chmastwo w państwie.

Wyspa dostała wersję Turyścizny 500 plus, z każdego kraju przez te cholerne tanie bilety, a maluczki człowiek mieszkający tutaj, który miał mieć dostęp do onych bietów, kopa w dupę, pozostanie w Ystad i ogólne spoliczkowanie…

Jest źle.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bezparapetówka… została wyłączona

Pan Tealight i Specjalne Przyjęcie…

„Płatek bardzo czerwonej róży, garść jagód, kilka winogronowych gałązek…

Doniczka z urwanym rąbkiem, ale za to ślicznie rzeźbiona, malowana w malutkie, błękitne kiatuszki… jakiś pojemniczek z gipsu, ale z zajączkiem, wstążka niebiesko-żółta i jeszcze kilka pierwszych, jesiennych liści.

I robaczywa śliwka.

I jeszcze borówki… całkiem dobre i tona jabłek.

I nic więcej.

Zupełnie nic. Bo przecież żadnego przyjęcia być nie miało. To, że Gulehus miał teraz Wiedźmę, nie znaczyło, że pozwoli wleźć innym. Co prawda jedna go oszukała i wstyd mu było za to strasznie, ale teraz już wiedział i gryzł…

Na wszelki wypadek większość.

Czasem przypadkowo i Listonosza, który to ostatnio przyniósł kilka pięknych spraw… ale poza tym, coś mu się w niej spodobało i szkoda mu jej było, gdy straciła Książki, więc… jakoś się nad nią zaczął litować. Ale łatwo nie było. Jednak na tyle ją poznał, by wiedzieć, że przyjęcia żadnego nie chciała.

Nigdy.

Ale jednak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jesień czuć w powietrzu.

Ale przecież to już koniec sierpnia, tylko jakoś, nie zauważyłam. No naprawdę. Wszystko przez oną przeprowadzkę i wszelakie zagmatwania architektoniczno-społeczne. Wiecie, przystosowanie się do życia na powierzchni, gdzie można oddychać i podłogi, co nie odgryza człowiekowi tyłka i w ogóle… nawet te kartki z życzeniami… nigdy czegoś takiego nie dostałam, to mój pierwszy raz, choć może to wstyd się przyznawać, że pierwszy w takim wieku. No naprawdę.

Może jednak powiem, że zwyczajnie poczta inaczej działa?

Bo chyba działa.

Jakoś dostajemy ją tylko w piątki.

Nie żeby listonosz nie jeździł codziennie, bo auto widać, ale chyba jak już wozi ino gazetki reklamowe i te wszelkie państwowe czy wiecie, bankowe sprawy? Tudzież pilne wezwania do spłaty, wpłaty i wszelkiego się ukorzenia.

Ale nie normalną pocztę, czyli coś najfajneijszego na świecie.

No ale… jeśli chodzi o całą oną kartkowość, to naprawdę jest to kapitalne. Przecież to coś, co człek se zatrzyma w sercu, pudełku i na zdjęciu może i na zawsze!!! Nie jak wino od sąsiada z tyłu, z którym pierun wie co zrobić ma ten, co nie pije. Bo kwiaty to wiecie, śliczne były. Kwiaty super pomysł. Albo taka doniczka, czy czekoladki, które Chowaniec zeżarł i stwierdził, że bardzo dobre!!! LOL

W sprawie doniczek… to mam pytanie.

Czy u was też tyle rodzajów mięty? No wiecie, jest mięta mięta, jest peppermintowa, jest czekoladowa, cytrynowa, truskawkowa, winogronowa, żeńszeniowa i jeszcze jakaś, ale zapomniałam jaka… szaleństwo no!!! I oczywiście wszystkie jak wysadzicie w ogódku, to jak nic wam obejmą w posiadanie całą ziemię.

Miętę kocham, ale uważajcie z nią.

LOL

No ale, dość onych ogrodniczych rozgawor, chociaż na Wyspie są one dość istotne. Ludzie tutaj uwielbiają mieć swój kawałek ziemi i choć najczęściej jest to trawa, abo kłąb krzaków, to jednak wiecie, chcieliby, ale…

Najcęściej jeżdżą do roboty i już potem brak czasu.

Albo co smutniejsze, nie ma kto im pomóc z cięciem i koszeniem. Chociaż, muszę przyznać, iż są sąsiedzi, którzy pomagają. I za to im zawsze ukłony. pewno, że to jest handel wymienny, ale czemu nie. Co w tym złego? Temu to, temu tamto, przypilnować psa, domu, zerknąć czy nikt się nie kręci…

… stare sprawy i zachowania.

Podstawy społeczności.

No ale… ogrody.

Najbardziej zaskakujące są te wenątrz miast, gdzie widać iż ktoś komunie wydarł kawał betonu i napuścił tam ziemi. Naprawdę to widać. Do tego płotek jeszcze, róże, iglaki, oczywiście jakieś krzaczki pachnące… właśnie znaleźliśmy takie pięknie pachnące, biało kwitnące, może ktoś wie co to?

No i malwy oczywistwa.

Ale te to i z chodnika rosną.

Są i te jakże romantyczne ogródeczki i ogrody, skalne mocno lub mniej, skomplikowane, przemyślane, zielono-czerwone najczęściej, i są takie, do których za wjazd musicie zapłacić. A i hortensje są częste i w tych i tamtych, no i figi oczywiście, i morwy jeszcze. Mniam!!! Dlaczego morwy są tak rzadkie? Wiem, że po nich ptaki srają w fajnych kolorach, no ale… To taki cudny drzewek.

Czy krzak? Hmmm…

… nie jestem pewna, ale uwielbiam.

Chcę!!!

PS. Żeliwna płyta wciąż na drodze. Czy poprosić onych przyjezdnych Polaków o pomoc w złomowaniu? Bo wiecie, kusi mnie.

Hałas robi koszmarny!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Specjalne Przyjęcie… została wyłączona

Pan Tealight i Pogrzeby…

„No cóż, zdarzają się takie chwile i momenty w życiu… szczególnie onych uznawanych za dorosłych, ale… ale nie tutaj.

Nie tym razem.

Nie miało być jak zwyczajnie, normalnie, nawet mając do wyboru tyle znanych jej metod i dróg, ścieżek i wszelakich wierzeń, po prostu… wiedziała tylko, że to się zmieniło, a ona musi je pochować. Umarłe. Zgniłe. Zaraźliwe. Nieżyjące. Nieoddychające. Niemówiące. Niebędące, a jednak wciąż posiadające one…

… bardzo źle jadącą postać.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki straciła te, które ją pożarły i utworzyły. Zabrane przez Żółtego Potwora, przez bezmyślność innych, przez wredność może i Pokręconych Duchów. Albo… miała to być kara? tylko za co? Dlaczego? Przecież serio jest takim workiem do walenia dla każdego…

A może właśnie o to chodziło.

Że Chatka Wiedźmy postanowiła zabić Wiedźmę?

I może ją zabiła bo od tego dnia jej imię zmieniło się… ale najpierw, pogrzeby. Dotknąć każdą, zatruć się, dobić, załkać, wspomnieć. W jaki sposób pamiętała je wszystkie? W jaki? A potem worek za workiem, niczym koroner, a raczej jego słabo opłacani pracownicy, co to nie baczą, czy przytną suwakiem jakąś część klienta. Palec, włosy, nos, kartkę, okładkę, obwolutę może…

I tak siedziała, klęczała, pakowała…

I pozostała Pożartą Przez Książki Pomordowane. Przez te, które zginęły, może i dlatego, by ona wciąż oddychała?

Czy tego się kiedyś dowiemy?

Pan Tealight był przerażony, gdy zrozumiał ogrom spisku, o którym nikt z nich nie miał pojęcia, bo przecież jak mogli podejrzewać, przecież nie, sama zapraszała, przecież czcili, przecież…

A może coś przegapili?

Więcej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Opowieści belorskie” – … ostatni tom cyklu. Czy najlepszy? Nie. Czy dobre zakończenie? Nie… więc po co w ogóle? Nie wiem, ale… to wciąż ten świat, wciąż ten humor, wciąż one postacie, więc jednak… fajnie.

Tom zawiera zbiorek mniejszych i większych opowieści poukładanych mniej więcej chronologicznie, gdy człek popatrzy na Lessę… opowieści o tych, którzy pojawili się w życiu naszej ulubionej wiedźmy, którzy jakoś ją naznaczyli…

Ale nie o niej.

Oj tak pojawia się w tle w jednej z historii, ale tyle jej, co nic. Oczywiście jest niegrzeczna, niesubordynowana i wszelako jest sobą. A poza tym. Nie liczcie na jej obecność. Na to, że to ona jest na okładce. Jeśli mieliście takie nadzieje, naprawdę się zawiedziecie. Ale jeśli chcieliście opowieści powiązanych ze znanym wam universum. Jesteście w dobrym miejscu, jednak… nie zaczynajcie przygody z Belorią od tego tomu…

Proszę.

Zacznijcie od początku.

Warto.

Za oknem żniwa.

Podobno spłonęło już kilka traktorów, czy też maszyn. Podobno w tym roku w odróżnieniu od poprzednich jednak się udało i będzie co zmielić. Tudzież zjeść zwierzątkom, czy co tam z tych pól zbierają, bo choć to wciąż kombajn i traktor, to jednak, to co zbierają… co to w ogóle jest? Niskie toto i dziwne takie.

No ale…

Wirujące nad horyzontem światełka nie są raczej nalotem ufoków. Chociaż może? W końcu kto to tam w dzisiejszych czasach wie? No serio. Kto może być pewnym, iż jego sąsiad czy sąsiadka, szczególnie ta szczupła, wciąż oszałamiająca mimo ponad sześćdziesiątki na karku, barkach i tej wąskiej taliii… no nie jest ufoludkiem?

I tak w ogóle, to jaka obecnie jest definicja kosmity?

W końcu my też kosmos, co nie?

No ale, dość rozważań nacjonalistyczno-bioogicznych. Biologia kosmosu na pewno jest zajmująca, ale pył unoszący się ponad traktorem i za bizonem, czy jak tam się teraz one maszyny zwą… no wiecie, te wielkie te pomarańczowe, no, te tam kombajnicze smoczydła z trąbkami… serio, że jeszcze tego nie wycofali z użycia. Wiecie, jacyś fundamentaliści religijni… w końcu w tym tyle seksu. Ten pomarańczowy, ten czrwony traktor, on mu podjeżdża lekko, on wyciąga w jego stronę oną rurkę…

Sam seks! LOL

Ale!

Pył oczywiście oznacza, że mimo tych kilku chwil deszczu, nadal jesteśmy suchutcy na amen z pacierzem. na dodatek rypie się linia brzegowa chociaż wichur jakichś czy ulew nie ma… no wiecie, z suchości.

I jeszcze implanty przypłynęły!!!

Bleeeee!!!

No tak, ja mam do meduz dziwny stosunek.

I to nawet do chełbi!

Już nie mówię o tych gigantycznych parzących, onych czerwonych i pomarańczowych potworach wielkości podwójnej patelnii. Serio! Szczególnie tych kołujących dookoła Szwecji… Niby u nas trafiają się naprawdę sporadycznie. Naprawdę. Chyba widziałam coś większego raz, zwykle są tylko one zwykłe chełbie, które podobno są niegroźne, ale… czy ja wierzę w tą oną niegroźność? Nie.

One przerażają mnie…

Anatomicznie.

No bo serio to wygląda jak implanty i jakoś mnie przeraża tak dogłębnie, wiecie, na poziomie onego babskiego strachu przed rakiem i tak dalej. Nic na to nie poradzę, ale takie mam właśnie odczucia. I tak, próbowałam je jakoś poznać, rozcinałam je zimniejszą porą, gdy wiadomo było, że są już całkiem zdechłe, ale nadale…

Nie mogę z nimi pływać.

A woda marzenie!

Czysta, bez fal, nosz kurcze przecież by można, ae tyko jedna się o mnie otrze i już tonę!!! Naprawdę!!! Dostaję ataku paniki i lecę bul bul bul i tyle. Po prostu. Jakoś tak i tyle. Inaczej nie będzie.

Chwilowo na pewno…

A tak w ogóle, to wiecie, sezon się kończy.

Lekko w końcu można się bardziej poruszać w mieście i poza nim, czasem tyko Polacy jadą niezgodnie z nakazami znaków drogowych, ale im to nie powiesz. No nie wiem, serio… jakoś nie słuchają, czy co? A może głusi? Bo niemi to na pewno nie byli, no i dumni z narodowości własnej bardzo.

Serio… co wszyscy mają z tymi flagami?

I jeszcze te rowerowe buty… przeraża mnie ich dźwięk, jak „kląskanie” flipflopów.

Naprawdę!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pogrzeby… została wyłączona

Pan Tealight i Jeden Grzmot…

„No więc żyła w chłopie…

Chłopu?

Chłopowi… wiem? Eeeee… no widzicie, to wszystko zaczynało być naprawdę problematyczne, ale jakoś nie dla niej samej. A może chodziło o Trzy Żółthe Szopy w ogrodzie, albo o to, co się w nich działo, co…

… umierało.

W jakiś dziwny, pokrętny sposób coś było z Wiedźmą Wroną Pożartą źle, i nie dotyczyło to Domu Wiedźmy. Bardzo źle. Już nie tyko zanikała, ale nie była zainteresowana naukowo onym swym zanikaniem. Nie robiła zdjęć, nie obchodziło jej to, w ogóle. Dodatkowo jej ciało jakoś tak w ogóle nie chciało szaleć. Napadali na nią ludzie, nie mogła się nigdzie ruszyć i…

… wszystko zaczynało tracić sens.

Wszelaki sens.

Nawet one.

A jak one już go nie miały, to znaczyło, że świat stał na głowie, machał uszami, a cała reszta traciła na grawitacji.

Pan Tealight już to kiedyś widział i wiedział, że sam sobie z tym nie poradzi. Potrzebował Wiedźmy i potrzebował pomocy, by ona została sobą, wszystkim trzema onymi osobami, którymi była, w jako takiej równowadze nierównej.

A potem walnął grzmot… Jeden Grzmot.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pada…

No pada no!

Hej, oto i radość wielka, azaliż wżdy pada nie aż tak wiele, no i sporadycznie, ale co tam, nie jest źle. Chwilę nawet była ulewa, czy coś, księżyc akurat napierdniczał jak szalony i nagle człek sobie uświadomił, że choć przeprowadził się tylko 90 metrów od poprzedniego miejsca zamieszkaia, to widok ma…

Inny.

Pełniejszy.

Bo widzicie, jeszcze bardziej człek na górce, więc nie dość, że ma te tam wschody słońca, to jeszcze widok na pola, w większości już skoszone, golizną wskrzeszone, no i na rzekę i drzewa, i wzgórki i pagórki wszelakie.

Nie tak, że tylko dom sąsiada.

He he he… z dołu sąsiada.

Ale te widoki, no nawet z deszczem, upragnioną wilgotną szarością, onymi chmurami tak ciężkimi, iż zdają się zahaczać o nasz dach… ech tam, piękne to takie. Może i róże już przekwitają, ale może i będzie ich więcej jeszcze? Tuż za posesją tworzą sympatyczny płotek, co sprawia, że naprawdę nie uda mi się ich odgłowić, żeby pozbyć się owocków, ale jednak może one tak same, wiecie, jakoś tak, dalej będą kwitły?

Czy jednak mam ruszyć dupę?

Nie chce mi się… i roboty i tak mam masę. No weźcie no, litości jakiejś, czy coś?!!! Ech, chyba jednak się trza będzie ruszyć. Bo nagle człek ma okna i może przez nie wyglądać, a nie wglapiać się w monitor, w którym wciąż nie ma internetu i CHOLERNA pier… no inwektywy same mi się rodzą na siekaczach, żeliwna płyta nagłaśniająca drogę, wciąż sobie radośnie i całkiem waląc robotę… leży!!!

AAAAAA!!!

Ubierz mnie.

Gdyby wam odbiło… he he he, to wiecie.

Hawaii style koszule, szyte na Wyspie… eeee małowierny jestem człek w tym wymiarze, ale niech im będzie… Oto i są one. Jak klikniecie sobie w link oszołomią was trzy… czy cztery wzory. Nie, chyba trzy. Kurcze no, widzicie, link ściągnięty, ale nie mogę sprawdzić, no mniejsza. Na pewno jedna jest niebieska, inna biała i kościołowo-rybna z zielonymi wstawkami przypominającymi bambusa.

Bez urazy, nie rozumiem.

Mamy coś w różach filuternego z babeczką i takimi tam. I z całkowitym moim niezrozumieniem. No ale… jest jeszcze coś i już całkowicie się gubię. Bo jak najbardziej rozumiem całą oną szaleńczą twórczość radosną związaną z takim strojem, ale jednakowoż zawsze była w nich jakaś jednomyślność, a tutaj.

Niby tak, jest Wyspa, ale…

Czy nie można było zrobić jednej w kościoły i miasta, a innej znowu w rybeczki i inne żarełko. Jednej w rzeźby i sztukę, albo poprosić twórców co bardziej abstrakcyjnych dzieł o pomysły. Wiecie, zapłacić im za specjalny design?

Widać nie.

No ale… Oczywiście, że zawsze u nas można było kupić jakieś koszulki. Zwykle tshirty z trollem i kształtem Wyspy albo jakimś kościołem, czy raczej którymś z okrąglaczków, ale teraz wiecie, rozwijają się. Plakaty i ceramika, to już nie tylko Pava, ale i inni. Często zwyczajny badziew made in China, ale trafić można na cuda.

Ale to u tych wiecie, artystów.

Tych co się po galleriach chowają.

Zajrzyjcie do nich. Dokarmiać ich trzeba, bo chudzinki to i wiecie, zarabiają ino czasem, a za twarz miejsca robią. Kupcie sobie coś unikatowego, takiego one and only. Nie idźcie za strumieniem, skaczcie po kamykach, ale wiecie, w gumowych podeszwach. Bo można się poźlizgnąć i to mocno. A ceny… hmmm, u nas obrazek większy można dostać nawet za 300 koron, więc jakoś nie wydaje mi się to wielką ceną.

Wiem ile ci ludzie wydali na same materiały.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jeden Grzmot… została wyłączona

Pan Tealight i Dom…

„Bo to już nie była Chatka Wiedźmy.

Nie.

To nie była nawet ona… a z drugiej strony przecież wciąż nią była. Była drewnianą chatą i zamieszkała w niej wiedźma, więc… ale też wciąż była sobą. Zresztą, tak naprawdę był sobą. Domem Wiedźmy, Zamczyskiem właściwie. Może i na zewnątrz wyglądał jak drewniana wariacja na temat szopy Wujka Sama, ale w środku, z oną fikuśnością, wielkimi oknami, dziwnymi załamaniami i krzywiznami, babtysterium w łazience i wielką podstawą, gdzieś tam wiecie, no u swej podstawy…

Nie wiedzieli, czy wciąż to była Chatka, czy jednak już nie. Bo to, iż przeszła przed Wiedźmą Wroną, że się wcieliła, nie oznaczało, że jakoś takoś, nagle, może i w pokręcony sposób, zmężniała.

Sfaceciła się?

Kurde, a może to już nie była ona? A może jednak naprawdę coś się zmieniło, albo li azaliż coś jakoś wytrąciło z Chatki męski pierwastek i jakoś tak… no więc nowy dom, królewskie nasienie, książęcy barłóg, czy jak to zwał, wiedźmie miejsce wszelkiego dziania się było jak najbardziej żółte i męskie.

… więc nazwała go Misio Gulehus.

I on był z tego zadowolony.

No przynajmniej na razie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie mam ni czasu ni sił, by być.

Naprawdę.

Już nie…

A powinnam przecież!!! No ludzie no. Zapomnieć przeszłość, wywalić wspomnienia, pierdolić te książki, no przecież nie pozbędę się pleśni… więc może po prostu wywalić to wszystko, wywieźć na śmietnik i już?

Ale jak to zrobić?

Jak?

Mniejsza, coś trzeba, bo przeszłość trzeba pogrzebać, jak to ciało w ogódku, którego serio jestem coraz bardziej pewna! YAY, na szczęście w końcu udało nam się opchnąć ludziom te dziwne szafy, za darmo prawie, ale wiecie, przynajmniej człek się z tym nie musi męczyć. A że nie ma mebli w domu… serio nie mamy mebli… Zaraz wam wypiszę, okay łazienka i pralnia się nie liczą, bo wiecie, w Danii one zawsze są ready to serve. Kuchnia podobnie, choć nie mamy zamrażarki. nie mamy też żelazka, robota kuchennego i innych rzeczy, ale who cares… nie stać nas, więc mogę być niegotowalna i pognieciona.

A co.

No ale.

Ławeczkę nam zostawili, mamy stary zestaw ogrodowy, więc może zardzewiały, ale robi klimat z lawendą w doniczce!!! LOL przed domem oczywiście. Parasol złamany, więc uważać na wiatr, zresztą, przecież i tak jesień idzie. Teraz środek, kuchnia wspomniana, łączy się z saonem w którym mamy stół, jedno stare krzesło sklejone taśmą… serio, podarowane dwa fotele z pufą i półeczkę, którą nam poprzednicy zostawili. No i na razie tutaj śpimy, więc wiecie, są i dwa materace…

Miejsca kopa.

Korytarz, żeby nie było, juz zaaranżowany artystycznie. Może nie w pełni, bo chcę kilka obrazów, ale nie stać mnie na ich wydrukowanie na płótnie, więc musi poczekać. Wiecie, moje zdjęcia na kanwach.

Dalej…

Sławetny „redrum” stał się naszą szafą, więc mamy tam takie najtańsze dwa wieszaki, kilka worków i pudełek i już. W gabinecie jest krzesło, pudła i proste, stare biurko… w sypialni… kilka obrazków na ścianach i pranie się dosusza.

He he he… no i tyle.

Oto i opis mojego domu.

Jest niesamowity. W końcu człek jest się w stanie zmęczyć idąc do łazienki, ale… nie do końca rozumiem dlaczego ludzie tak się nad tym wszystkim trzęsą? Może odpowiedzią na to jest fakt, iż w rzeczywistości na Wyspie jak już, to buduje się sommerhusy, a nie domy. No i nasza dzielnica jest jedną z najmłodszych.

A już patrząc na okolicę, to zwyczajnie smarkatą właściwie i tyle.

Może to to?

Koleś, który przyszedł załatwić ono ubezpieczenie ppoż… był oszołomiony. Korytarzem i drewnem i w ogóle wszystkim. Po prostu gał nie mógł oderwać i teraz zaczynam się zastanawiać… dlaczego tak naprawdę tablica ogłaszająca, że dom jest na sprzedaż była schowana?

Dlaczego wszystko to było takie pokręcone?

I czemu no…

Było i jest jak jest?

Niech to Latający Holender, ale serio, coś w tym wszystkim jeszcze jest, co na pewno ma rogi, kopyta i wyższe wykształcenie w dziedzinie gotowania ludzi na małym ogniu oraz smołowaniu tych bardziej owłosionych.

Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dom… została wyłączona

Pan Tealight i Szalona Baba…

„No żeby tak napadać… i to w biały dzień?

Kto logiczny to robi, no kto?

Przecież noże akurat wyszorowane, zamrażarka gotowa, Wiedźma Wrona Pożarta nowe plany ma… na wiecie, biznes kolejny, który oczywiście nie przyniesie wymiernych korzyści, ale jednak… przecież ona musi ciągle coś robić, myśleć za świat cały, tworzyć, wymyślać, wygmerywać z mózgownicy przegrzanej…

A ta tak na nią…

Że niby drzwi otwarte.

Jakie otwarte do grzyba ciężkiego, pleśniowego, złotego, zamknięte ino niezakluczone były i tyle!!! No wiecie, jak klamką ktoś ruszy to otworzy, ale kto otwiera? No chyba, że swoje, ale cudze, obce, macać tak drzwi innego człowieka, no naprawdę, i tak włazić bez zaproszenia, bez jakiejś zawołajki choć…

I się Nowy Dom wkurzył.

I załmotał oknami i drzwiami Prawie Francuskimi zawiał i Wiedźma Wrona Pożarta musiała je ratować, nagle pobudzone… i wiecie… przywlókł swą dupę Wielki Strach i Szalona Baba spierdoliła.

A może jednak… było w tym coś innego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nadal nie ma internetu…

Dobra, to, że nie ma internetu to jedno, to, iż codziennie zjawiają się osobnicy podnoszący jeden kamyczek i odkładający je w inne azaliż wżdy i to samo miejsce, to już jest po prostu ubaw roku. Oto i jest update z zeszłego tygodnia.

W poniedziałek nikogo nie było, albo i był, lecz nie przyuważyłam.

Może wtedy ułapanego bym wzięła i pouczyła o sedymentacji, różnicach w glebie i takich tam… bo te dziuńki w naszym totalnie twardym i gliniastym podłożu wyłożonym gruzem zwanym granitowymi kamyszkami wyryli głęboką dość i biegnącą wzdłuż i w szerz dziurę. Oczywiście ją zasypali, ale nie oną samą ziemią ino miękciejszą, więc sorry, ale to nie wymaga większych tytułów naukowych, by się domyśleć co się stanie, a raczej już dzieje, bo trochę popadało…

Tia…

Wtorek, przyjechało coś i coś robiło.

Oto moje określenie tego dnia, sorry zrąbana byłam po poniedziałku rozrywkowym, zestresowana babą i w ogóle. Płyta jebana żeliwna wciąż leży i wydaje mi się, że oni specjalnie teraz po niej jeżdżą tak, żeby robić jak najwięcej hałasu…

Środa… przyszedł koleś i przyniósł kabelek.

I tyle.

Nie, że go zamontował, czy coś, nie. On go ino przyniósł. Nic więcej. Nic ponad to. Nic li i mniej. Jak się okazuje, to co wkopali w ten chujnikowo zrobiony wykop to rureczka, w którą pójdzie on kabelek i wiecie, może za tydzień będzie internet. A może i za dwa, nie wiem, trzepie mnie już, więc…

Czwartek…

… oj, azaliż piękny dzień, przyjechała wielka koparka i zabrała kupkę ziemi, która sobie leżała na poboczu. Podejrzewam, że ziemia była moja, więc ja bym ją z chęcią odzyskała, tytuł mam z kopania, więc sobie rowa naprawię, no ale… bezczelnie okradzionam zostałam z kupki ziemi. I tyle. W kilka godzin później przyszedł ktoś inny i zabrał te takie pomarańczowe stojaczki. No wiecie…

Piątek… dzwonią, że internet może będzie za tydzień.

Jebana płyta żeliwna wciąż leży.

Wykop choć zasypany, w mym podjeździe, zaczyna być coraz bardziej widoczny.

Czasem to serio człek już siły traci, ma ochotę wziąć łopatę, pierdolnąć drągala i powiedzieć: spierdalaj sama sobie to zrobię.

Ale nie wolno.

Tym bardziej, że wiecie, wciąż czas wakacyjny, a tutaj to jak frokost, czas święty jest!!! Nie wolno naruszyć miru wolnego czasu, bo od razu strajki, ojojkowania i takie tam. Ja pierdziele, samemu też sobie zrobić nie możesz, bo odbierasz innym robotę i tyle… koło się zamyka, a ty cierp durna, cierp…

Płyta żeliwna wciąż leży.

Piątek, więc wiecie, poleży co najmniej do poniedziałku, a co bardziej prawdopodobne i do czwaartku. A przecież dziury w drodze nie ma. Jeżdżące samochody z wściekłości już ją tak poprzesuwały, że… ech…

I jeszcze jebana pełnia.

LOVELY!!!

No ale nic to.

Mold House oddany. Pieniędzy z kaucji nie ma, a zciągnęli z nas tyle, że głowa mała!!! A tak, jeżeli wynajmujecie w Danii, to wiecie, pewno różnie jest, jeśli wynajmujecie tutaj i niestety nieszczęściem waszym było nie urodzić się w Duńskim Królestwie, to macie przejebane. I to dokładnie, dosłownie i w przenośniach. Może się zdarzyć, że jesteście na liście, bo tak, są listy do każdego z Boligselskabów i jeśli myślicie o przeprowadzce tutaj, to wiecie, pamiętajcie o zapisaniu się na nie szybko.

Podobno ta w Gudhjem jest najbardziej oblegana.

Hmmm… no nie wiem, rozumiem Gudhjem, kocham Gudhjem, ale niestety pamiętajcie o pleśni. A jest ona w każdym miejscy i nie, nie obchodzi ich wasze „well being”. Nie. Wcale. Tutaj mają wymieniać kuchnie i inne tam, więc jeżeli rzeczywiście zrobią to za rok, boję się, że stanie się to, co w Rønne, czyli wyburzą wszystko, wysiedlą ludzi i wybudują potworki, więc…

O czym to ja… a internetu wciąż brak.

Pleśń problemem też w duńskich muzeach… hmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szalona Baba… została wyłączona

Pan Tealight i Macacze Wiedźmy…

„No kurna z łapami, mackami, odrostami, policzkami… zmarszczkami, obwisłą skórą, telepiącymi się polikami, uszami co nagle urosły do rozmiarów Dumbo i jeszcze cyckami do kolan, co sutkami muskają kostki!!!

Choćby dotknąć, tknąć, pogłaskać, musnąć…

Skąd im się to bierze. No ludziom no. Obskim całkowicie. Zawsze kurna się zbliżają tak mocno do niej, zawsze tak jakoś chcą koniecznie choć musnąć, choć pogłaskać, a najlepiej od razu na misia.

Może to cycki?

Kto wie…

Ona tego nie lubiła.

Nigdy. A od dziecięca będąc pamiętała, że każdy chciał ją, jej, jakoś tak, ale już dla niej to ino ochłapy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dotyk ognia” – … dobra. Przyznaję. Strasznie bym chciała by te książki były większe, bardziejn obszerne, mniej pisane współcześnie, wiecie morda-kubeł-pogrzeb-ślub-end.

Tak bardzo bym chciała z tej opowieści takie tomiszcze, gdzie więcej będzie o magii, o onych postaciach pobocznych, gdzie Mercy mogłaby sobie pozwolić na większe rozkminy… na więcej magii, na po prostu więcej słów!!! Bo to co dostajemy, oczywiście, że trzyma w napięciu, ale bierzecie to na jedno posiedzenie i tyle.

Koniec…

I znowu tyle czekania na kolejną część.

Dobra, jak ktoś cyklu nie zna, to nie wie o co chodzi. Jak zna, to i tak sięgnie po tę powieść, więc po co o tym gadać? Tak, to tasiemiec o wilkołakach, magii i świecie po ujawnieniu się wszelkich, zapomnianych mocy. O baśniach stających się prawdą i oczywiście o ludziach i nieludziach, chociaż…

… kto to tam wie, jak to jest?

Tym razem Mercy ma oczywiście problemy, ale doprawdę wielkiej mocy. I wszystko znowu może zakończyć jej i tak niespokojne istnienie. Oj będzie się działo. Naprawdę wiele. I jeszcze więcej pewno nas czeka sądząc po zakończeniu, więc… jeśli lubicie fantastykę dziejacą się bardziej niby współcześnie, gdzie tylko magia się czasem pojawia, ale i normalnych ludzi są problemy, więc zacznijcie od początku!!!

Koniecznie!!!

Bo to naprawdę świetna zabawa.

Nie tylko dla bab!!!

Dobra… słuchajcie, to już zaczyna być dziwne.

Znaczy te wizytacje. Żeby ludzie z całej ulicy się złazili? Nie wiem kogo pochowali w moim obecnie ogródku, ale zaczynam mieć więcej teorii niż radochy z nowego domu. Ale… w końcu dziś oddaliśmy stary dom – czyli Mold House i… zobaczymy jak to będzie. Oj, zobaczymy. Bo, po pierwsze, facet chyba się przeraził tym, co zobaczył, znaczy wodą w ścianie, po drugie, ogródek mu się podobał.

Nie wiem jak oni to wynajmą, ale mam dziwne podejrzenie, że wymienią wykładzinę kompletnie i do betonu spaloną słońcem, która wciąż mi zalega w płucach w postaci plastikowych włókienek, i wciąż w zatokach się mieni, jeśli zajrzycie mi przez nos, na pewno zobaczycie tęcze, serio… mienią się tak mocno, że w nocy mogę do kibelka iść z zamkniętymi oczami.

No dobra, to nie jest śmieszne, bo moje książki umarły i muszę się z tym pogodzić i zwyczajnie wywalić tonę książek. I… nie wiem, serio, nie wiem jak sobie w tym poradzić. Pierwsze wydania, wspomnienia, to wszystko… przecież ja je czytałam wielokrotnie, wciąż planowałam wrócić do wielu z braku finansów na nowe…

Nic z tego nie będzie.

Otrząśnij się…

Ale się nie otrząsnę.

To nie ja.

Ja będę uprawiała żałobę wielką i ciężką przez długi czas. Ale najpierw muszę jakoś odżyć, a tutaj… pukania nie słyszałam, wiecie, człek się jeszcze nie nauczył nowych dźwięków, więc wybudził mnie z klikania w kompa – na szczęście miałam na sobie gacie, a to akurat było po wielu godzinach wyrywania trawy z podjazdu i innych miejsc Mold Housa… wiecie, prysznic, Chowaniec aktualnie pod prysznicem, więc weźcie sobie dopiszcie całą malowniczą dramaturgię…

Ktoś włazi do domu.

Po prostu.

Wiatr się zerwał, bo baba nie zamknęła drzwi!!!

Kuźwa, jak można nie czuć przeciągu?

Jak durna trzymam te moje prawie francuskie drzwi i… wrzeszczę do niej żeby zamknęła głównę, a ta co… cóż, zamknęła je, ale za sobą. Podejrzewam, że poszła dookoła domu, bo potem Chowaniec znalazł od drugiej strony kwiaty na ławce, ale… co robię ja? Otwieram drzwi moje prawie francuskie, sprawdzam szybeczki, zamykam drzwi od tarasu i lecę do wejściowych przekonana, że ona tam czeka.

Ale jej tam nie ma.

Pewno polazła na taras, zastała zamknięte drzwi i wiecie, pomyślała sobie, że ją wypędzam niczym niechcianą teściową… chociaż, czyż nie miałam prawa?

No kurźwa mać?!!! Kto włazi do domu? No serio? Jeżeli pukacie i nikt nie otwiera, to ładujecie się komuś na chatę?

NIEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!

Kto dostał ataku paniki? Oczywiście ja.

Kto musiał poleźć, odnaleźć babę – okazało się, że mieszka na samym końcu, nie pytajcie się mnie gdzie, sąsiad z prawie na przeciwka pomógł… no Chowaniec, tak, ten co pod prysznicem był i małpa jedna nie wylazł w ręcznikus prawdzić co się dzieje. A powinien. No czyż nie powinien? Hałas był taki, jakby w końcu ten pomór z niebios na mnie za pogaństwo wrodzone spuścili!!!

A on se siedzi tam, choć oblucje już zakończył.

No nic, znalazł babę i musiał jej tłumaczyć, że przeciąg, że tak dalej…

Ja się telepię w kuchni.

Wciąż nie rozumiem jak można wleźć komuś na chatę!!!? No błagam. Wiem, że drzwi nie były „zakluczone”, ale były zamknięte do cholery!!! Zresztą nawet. Jak na pukanie nie odpowiadaja, to się nie ładujesz i tyle… chyba, że coś się zmieniło. Z drugiej strony, mieszkaliśmy już na Wyspie obok takiej wariatki, co mi się ładowała prawie przez okna, więc serio… chyba wystawię jakiś znak, ale najpierw chyba musimy zrobić jakąś imprezę żeby wszyscy się dowiedzieli jakie mamy korzenie rodowe, grupę krwi i czy nadajemy się na dawców narządów – NIE!!!

Bo te pielgrzymki to mnie na zawał…

W życiu przeprowadzka nie była takim koszmarem.

A tyle ich przeszłam…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Macacze Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Zastały Gość…

„No widzicie…

Zaśmiardł się.

A serio chcieli mieć takiego jednego, może przesuwnego nawet, coby zawsze móc powiedzieć, że są zajęci i nie przyjmują! No co… Stawiacie takiego jednego, że niby jest, że już on wystarczy, że wielki jest… no i, że więcej nie można, bo są wielce zajęci i ogólnie mówiąc busy i tak daje…

No ale…

Zaśmiardł się.

Może chodziło o to, że trza go było inaczej karmić, może jednak winien był być dłużej żywy, czy coś… A nie tak od razu, bo widzicie, skurczybyk gadatliwy byl, a jak ino się nowi sąsiedzi zwiedzieli, że to właściwie kukła ino, taki bardziej ubrany strach na wróble, to dalej znowu ładować się, Wiedźmę Wronę oglądać.

Trza go będzie serio ożywić.

Albo innego z Turyścizny ułapić i wiecie, do pieca i tym razem, to może na żywego, ale jakoś ze ściszaniem, czy coś? W końcu w dzisiejszych czasach takie są technologie, takie cuda wianki, że mogliby poszaleć.

Co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem po prostu człek już nie może i zwiewa do lasu.

I znowu idzie przez ten las, i nawet udaje mu się nikogo nie spotkać. Tylko te drzewa i ptaki przemykające po wciąż zeszłorocznych liściach i lekki zapach grzbni, i jeszcze może te szyszki i aromat onych drzew, które wiedzą, ale nic nie mówią, a może mówią, ale wiedzą, że i tak nic to nie da, więc…

I po prostu się udaje.

Wiatr się zwiększył, już człek słyszy, że raczej nie popływa, bo przecież nie chce stać się nagłówkiem w gazecie… ale wiecie, pomoczyć tyłek można. I może między falami na chwilę się zanurzyć, gdy ktoś inny pilnuje. I tyle. Piasek i tak zawiezie się do domu w gaciach i miejscach, o których serio, nie chcesz teraz myśleć.

Aua… się obetrę!!!

Ale nic to, bo morze znowu piękne, czyste, chłodne może dla niektórych, ale dla nas idealne w temparaturze. Słońce wali, na niebie gigantyczny łabędź, albo coś mutantowatego, jak łabędziopaw? No po prostu spektakl niesamowity. Ten błękit, one niebieskości i szmaragdy wody i ten oiasek, bursztynowy i biały i ta domieszka perłowa i czarniawa z muszli oczywiście… i jeszcze kilka małżowych cudów i może jeszcze kilka wodorostów…

I ten zapach…

Niesamowicie oddychający za nas.

Jakoś tak…

Morze.

Szumi i huczy, a jednak jest to dźwięk, który nie denerwuje, wprost przeciwnie, niektórym reguluje wszelkie szumy uszne. Innym znowu w końcu wyłącza nasdmiernie myślenie, abo odwrotnie, właśnie mobilizuje myślenie na całego.

I już rzucasz się na skrawek papieru i szukasz czegoś do pisania, a może jednak, na mokrym piasku, może fala pozwoli skończyć chociaż jedno zdanie?

Może się uda?

Pewnie nie, ale przecież spróbuję. Bo na mnie morze działa kreatywnie. Najpierw się trzeba namoczyć, a potem wariować, bo leżenie plackiem to wiecie, w moim przypadkiem dla tych chorych. Serio. Jak już jestem o krok od śmierci, to plackiem jak nic… sprawdzone! Niestety. Jakoś tak, no w jednym miejscu mogę tylko wtedy jak robię zdjęcia i zoom wymaga kompletniej nieruchliwości i wszelakiej bezoddychalności.

Oj mogę.

Dziwne to… przecież takam niecierpliwa.

Szczególnie jak patrzę na tych gości, co oną dziurę nam w podjeździe już dzień drugi robią. I jakk najbardziej będą ją robić i jutro, bo koparka wciąż stoi… kurcze, sąsiedzi nas znienawidzą od pierwszych tygodni no…

Ale, z drugiej strony, no przecież wielkiego hałasu nie ma, ino kilka godzin, a na dodatek każdy to robił, więc…

Może nie zabiją?

Jakby co, to pa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zastały Gość… została wyłączona

Pan Tealight i Koparka Nocny Marek…

„Nocą na Wyspie wiele się dzieje.

Większość z onego dziania wcale nie chce być obserwowane, ale są takie dziania, które wprost krzyczą: oglądaj mnie, doceniaj mnie, podpatruj, chcę być w mediach, chcę byś o mnie pisał… I ta Koparka miała akurat na imię Marek Night, więc wiecie… no po prostu tak jakoś nie mogli zostawić tego bez podpatrywania.

Tym bardziej, iż Koparka stała pod nową, inną, odmienioną, zaskakującą, większą, cierpiącą, pokręconą i ogrodową Chatką Wiedźmy, która wciąż jeszcze przechodziła swoją transformację. Wszyscy wiedzieli, że będzie z tego coś jeszcze, coś mniejszego, coś większego, coś… więc wiecie, cały Sklepik z Niepotrzebnymi, nawet z Tymi Może Tymczasowo Tylko Niezwanymi, Tymi Zapomnianymi i tymi Tak Dalej… podpatrywał.

Niektórzy spokojnie, przez wszelkiego rodzaju oka magiczne, wszelkiego rodzaju lunety i teleskopy… a inni zwyczajnie kryli się w rózowych różach od frontu guardujących nowy dom. Bo to jednak był już nowy dom… i nawet jego żeńskość zaczynała być wątpliwa, no i nagle… ta Koparka…

Pojawiła się za dnia.

Porobiła to, co koparki zwykle robią, wiecie, dziury wszelakie i tak dalej, a potem… została. Niczym szczeniaczek jakiś. Niczym maciupki labradorek o żółtawym, lekko podpalanym umaszczeniu…

Czyżby do adopcji?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Podłączanie internetu na Wyspie…

No więc jak wszelakie zachowania Tubylcze osobników pracowniczych, ono podłączenie do czegoś, co zdawałoby się być niesamowicie ważne i właściwie, bez urazy, ale szczególnie tutaj, no niezbędne. Bo przecież jak bez netu? Jak pracować? Serio… do reszty życia, to wiecie, słabo się przydaje, ale na pewno sporo ułatwia, ale robota…

No jak?

Zresztą ona współczesność, w której żyjemy przecież na internecie stoi, więc… kurde, no nabyliśmy dom bez internetu. Trzeba było załatwić przybycie gościa i tym zajęliśmy się wcześniej jak już pisałam, ale w życiu bym nie pomyślała, że postawienie kropki, to taki długi czas, kolejnej, jeszcze więcej… a teraz… no tak, po dwóch tygodniach przyjechali sobie panowie. Wielu ich było, bo się okazało, że nie mogą szparki na kabel zrobić takim fajnym pługiem, bo ziemia za twarda, ino musi być koparka… i w ten sposób zapoznaliśmy się z przekrojem wszelakim i warstwami naszego podjazdu…

Mocno się zapoznaliśmy.

Panowie oczywiście przybyli z koparką na lawecie, ale… żeby nie było, każdy swoim autem. Kopareczka najpierw stała i stała, potem w końcu się ruszyli i przyleźli powiedzieć, że oni zaczną, ale dziś – był piątek – jest dzień krótki i oni tylko do 13gej robią. Chyba coś się nam o uszy obiło, bo było jakoś po dziesiątej, więc wiecie, człek pomyślał, no spoko zdążą zrobić, co nie?

Na pewno!!!

Osz naiwności szalona!!!

Najpierw gadali ze sobą i nie wiem, no wiecie, koparka stała, a oni sobie tam okoliczności przyrody podziwiali, czy coś i inne tam… rozgawory prowadzili wielkie, a potem wjechała koparka z włączonym radiem na full. Niech mnie ktoś objaśni, czy oni mają zajęcia z tego jak słuchać radia, gdy go w ogóle nie słychać, bo urządzenie produkuje taką ilość decybeli, iż właściwie winieneś nałożyć słuchawki.

I tyle.

Przecież tak jest wszędzie, więc serio, no czy oni mają szkolenia, czy jednak specjalne jakieś magiczne umiejętności?

Serio?

No ale… okazało się, że czasu styknęło jedynie na jakieś pół metra dolka i to takiego na kilkadziesiąt centymetrów, bo mamy jakąś czarowną siatkę, która powstrzymuje rozrost chwastów… hmmm, chyba ktoś chwastom nie powiedział o tej siatce, no ale, niech im będzie. I tak przecież niedługo jesień…

I tyle… ile czasu kopali? A jakieś kilka minut.

Ile hałasu narobili… wkurzająco zbyt wiele.

Człek by pomyślał, że oni po prostu się zwiną, że coś źle może zrozumiał, czy coś, w końcu jeden z nich w ogóle nic nie mówił, ale coś mi się zdaje, że nie… bo kolejną godzinę panowie spędzili sobie na naszym skwerku, zaraz za moim żywopłotem pytlując i żrąc… Nie no kurna. Tosz nie można było już zrobić tej roboty?

Serio?

No ale… co ja tam wiem.

Poza tym, że teraz mam dziurę w podjeździe i jakby tak polało, to wsio się rozpierdzieli… tych panów, to akurat raczej na pewno mało to obchodzi, ale… zostawili mi koparkę. No serio zostawili!!! Kurde, może bym se sama dziurę zrobiła i już? No wiecie, po swojemu i mieć zrobione? Bo ja nie trawię niedokończonej roboty. Po prostu mnie to nerwuje i tyle. A u mnie to jednostka chorobowa, więc… może w sądzie jakby co, to da się wytłumaczyć? No wiecie, bo biedna koparka samotna się czuła i ją utuliłam pracowniczo? Czy spina się to kabelkiem, czy jakoś inaczej się da załączyć?

No dobra… nadal bez internetu.

Tymczasem Wyspa krzyczy, że: cały rok w Svaneke.

Znaczy…

… sklepy mają być otwarte. Co dokładnie? Wiecie co, pewno wyjdzie w praniu, ale nagle wszyscy szukają pracowników na cały rok, bo wiadomo, wakacje być muszą. Tutaj jakoś to, że pracuje się tylko kilka miesięcy w roku jest nader męczące i zmusza do długi i najlepiej półrocznych wakacji na Ibizie czy innej Majorce.

Jak to wszystko się rozkręci?

Się zobaczy…

… czarno to widzę, serio. Albo stali mieszkańcy stąd spieprzą, albo wszystko się rypnie, bo taka ilość ludzi, to męka straszna. Nagle człek czuje jak bardzo mała jest ta moja Wyspa. Naprawdę mała.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koparka Nocny Marek… została wyłączona