Pan Tealight i Mistrzyni Najciemniejszej Ciemności…

„Oj tak.

Była mistrzynią w swojej robocie!!!

Naprawdę!!!

I wiecie, jaka w tym jej specjalistycznym zawodzie, zawsze do wynajęcia, czasem w naturze… ekologia, bo przecież nie musiała sobie świecić. Nie dość, że i tak słabo u niej z widocznością było, znaczy zewzroczną, to jeszcze kurcze twierdziła, że tak się lepiej czuje i mniej ma lęków, więc jeśli już kurna ma być od tego, od onej Wielkiej Ciemności, pieruńsko Kompletnej, cudownie Idealnej…

No to po kij i żabkę od firanek jej światełko?

No i wiecie, też nie będzie jej widać, a już szczególnie jeśli coś skopie, bo przecież ona ma obowiązki. No serio i naprawdę… no.

Zresztą była dumna z tego, kim była. Mistrzynią Najciemniejszej Ciemności. Nie tyle Panią Od Tego, Że Oko Wykol, ale jeszcze bardziej. Że nie widać nic i cokolwiek, co ułapisz, to oczywiście cię przerazi. Nawet jeśli to tylko miś… ukochany, przyjaciel od dzieciństwa, któemu nagle wyrosły i kły i pazury i zabierał się do twojej wątroby, ale tobie się zdawało, że zwyczajnie zrobiło ci się cieplej w tamtych rejonach ze strachu, czy też może, gorzej, zdarzyło się coś, co i dorosłych i dzici bardziej świadome, lekko i mocno lekko przerażało.

Naprawdę.

No co, zsikać się już nie można…

Ona była tym, co pokazywało i wszystko i nic.

Bo przecież kompletna ciemność była i czernia i granatem i jeszcze wymyslem i wydumanie, i wszelkim wspomnieniem z dzieciństwa, potworem spod łóżka, znad łóżka, nagłym stuknięciem szafy, rur pieśniami i jeszcze… tym szelestem… który sprawiał, że budziłeś się od razu przytomny i nie mogłeś oddychać, poruszać się, czując oną Ciemność duszącą cię za gardło.

Siedzącą ci na piersiach i nic to, że robiła ci właśnie ważne badanie…

Nie…

Nikt tego nie doceniał!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowy prom.

Oczywiście, że wszyscy od samego początku, gdy tyllko Molslinjen przejęło nasze i wszelkie inne promowe połączenia, złorzeczyi. I mieli rację. Oto przybyli ci, którzy gdzieś mają pracowników, robotę, a przede wszystkim klientów. Ale wiecie, dają tanie bilety, więc wszyscy mają siedzieć cicho i cierpieć. Znaczy nie pływać, gdy są fale, nie jojczyć i ogólnie mówiąc, wszelako się nie wtrącać, bo łaska pańska po onych dookolnowyspowych, burzliwych morzach hula.

Promy które Molslinjen przywlokło ze sobą są… lekko mówiąc, nieprzystosowane do tego akwenu. I kurna, przecież nie mówimy o nowicjuszach, więc o co chodzi. Postawili dwa maciupkie dziwactwa, otwierane z jednej strony, prawdziwe puszki na śledzie, skłócili załogę, skłócili ludzi i w atmosferze wszelkiej nienawiści…

Pływali.

Częściej nie, no ale… jak pływać czymś takim na tak wzburzonych wodach. Nawet najlepszy z kapitanów wciąż będzie bujał. Pawie na promie stały się częścią aromatyzacji wnętrza, które wciąż wygląda na niedorobione. Dodatkowo jedyna rozrywka, czyli wiecie, sklepik, jest maciupki i mocno kiepski.

Świat zaczął się targać, ludzie krzyczeć, nikt nie słuchał, bo przecież dostaliście tańsze bilety. Ale kto tam pamięta, że tańsze nie oznacza ZAWSZE tańsze, ani że na prom się dostaniecie, jeśli jest pełne obłożenie… a po ostatnich wariactwach naszych wszelakich władz… ech, ludzi jest więcej.

Wyspa ma być otwarta cały rok.

Tylko, że ludzie, zwykli ludzie chcą onego odpoczynku bez Turyścizny. Chcą onej wolności, pływania nago, spacerów, zbierania patyków tworzenia sztuki… bez ludzi. Tutaj wciąż osiadają ci szukający spokoju!!!

No i tak rozpoczął się trwający już kilka lat koszmar.

Trafiło się nam na szczęście tylko kilka takich mocniejszych wstrząsów, ale uwierzcie, jak byliście na kilku zwykłych promach, to nagle zdajecie sobie, że różnica taka jak międzu mikrym airbusem a boeningiem.

Czy jakoś tak…

Oczywiście na szczęście jest Povl Anker, ale wiecie, jeden prom nie obpłynie trzech kierunków. Nie ma takiej opcji. No i jest to oczywiście wolniejszy prom. Ale za to nie buja tak, ma wyższy standard i czuje się człek bezpieczniej. Co wymienić? Szybkość na bezpieczeństwo, czy powolność na wszelką puszkowość?

Z jednej strony rozumiem, ludzie chcą szybko i tanio. I coś takiego winno być zapewnione przez rząd, ale jednak… hmmm, Wyspa od zawsze traktowana była przez kontynent jako gorsze dziecię Danii, więc nikt się już cudów nie spodziewa. I tak ludzie zostawali w portach, czekali… i tak zapominano o przesyłkach, zapominano o towarach… raz nawet zostawili ludzi, no to był już serio bajer wszechczasów!!!

Prom, co zostawił ludzi na brzegu!!!

Żeby nie było, kasa, którą dostają od rządu jest mega-astronomiczna. To są takie pieniądze, że człek nawet woli o nich nie myśleć, gdy widzi po raz pierwszy malowniczego pawia wybuchającego z dzieciaka siedzącego na przeciwko. Ale nowy prom… hmmm, może będzie lepszy? Może w końcu w ogóle będzie pływał?

To, co na razie mamy, to obietnica na 2020 rok.

I specyfikacja, która jednak mocno rani me nadzieje.

Dwa poziomy dla ludzi, dwa dla samochodów, więc serio… to będzie to samo? I co, znowu nie zamontujecie wszystkiego?

Ech…

Trza zamrozić morze i jakieś konie i sanie kombinować…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrzyni Najciemniejszej Ciemności… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmar Siebie Się Bojący…

„I nie patrzył w lustra.

Nigdy!!!

Nie mógł.

Bo wiecie, gdy w nie zaglądał. One lustra bezczelne, świńskie twory, najbardziej popierniczonego umysłu twory, wypaczające wszystko i wszystkich… wcale nie odbijające, raczej od razu oceniające, wydające werdykt, który nigdy nie jest taki, jakiego byście pragnęli… zawsze negatywny.

Zawsze znajdujący w tobie coś kiepskiego, złego, gorszego, zmienionego w nie tę stronę… wykształcającego, przekształcającego.

A jego na dodatek straszące…

I to jeszcze jak!!!

Bo widzicie, to, że inni się go bali, to był jego zawód i tyle. Taką miał robotę. Fucking job i tyle. Odrobinę zrozumienia! Wystrasz się i tyle! No! Przecież nikt ci nie każe od razu na ten temat dysertacji pisać!!! I tyle.

Podskocz, zsikaj się czy coś…

Ale on sam.

Nie…

… nie, no weźcie, no nie mógł przecież się tak kompromitować przez jebane listra. Przez oną zmowę jakąś duchów odbijania wszelakich. No nie mógł! I jeszcze na dodatek na nosie wyskoczyło mu coś dziwnego. Jakby mała osoba, machająca nóżkami, i to we wściele neonowo zielonym kolorze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wschód słońca.

Cliche, czyż nie?

A jednak…

… wyobraźcie sobie taki, no oczywiście, że nad morzem, sorry, ale naprawdę bardzo blisko. Możnaby nawet z okna dalej klikać, ale jednak… znowu to jednak, no wiecie, wiatr wieje, cudze myśli i sny wwiewa mi w głowę. Ale tak tutaj jest na Wyspie. W takim miejscu naprawdę wszystko się szaleje. Wszystko się jakoś tak mieszka, gdy człek zdoła się otworzyć na to, co zwą naturą…

I zerwie się w okolicach szóstej rano…

Nie ma boja, teraz będzie zmiana czasu, więc może będzie lepiej. Może przytrafią się takie w końcu prawdziwe wschody słońca. Takie doprawdy powalające, takie wielce szalone. Z tymi kolorami na cały nieboskłon, bo jakoś tak, w ciągu tego roku, to nie wyszło. No serio, a listopad to miesiąc wschodów… może się uda, bo ten, którego dopadłam, był intrygujący, nie będę okrutna. Intrygujący zamglony i właściwie nieistniejący.

Póki nie wyszła czerwona kula.

A potem nadeszła mroźna mgła i została na dzień cały.

Może to i dusze onych pomordowanych przez morskie potwory marynarzy, a może jednak nie, kto to wie, psychiczny porąb w łeb na pewno. Bo z człowiekiem coś się dzieje jak tak długo będzie szukał dobryh ujęć, jak popatrzy na składany pomost, z którego w tym roku znowu sobie nie skoczył. Znowu…

Przyszły rok trzeba serio zaliczyć.

No ale…

Wschód.

Słońca brak jest kolor. Taka pomarańcza brudna, lekkie wtręty różu, radosne ptaki obsrywające wystające kamienie. I dość spokojne morze. Ale wszystko robi oczywiście ona mgła. Zabiera wyrazistość horyzontu, skrywa go, sprawia, że czuję się bezpieczna w mojej wyspowej kuce. Nawet koleś nagle truchtający za moimi plecami mnie nie przeraża, choć zapomniałam słuchawek… na pewno zboczeniec.

No kurde no!!!

Tak wcześnie biegać?

LOL

Wodorosty, ech te burgundowe takie piękne, ona linia piasku i wody i wodorostów… no dobra, zapach może nie jest szalono cudowny, ale jednak… te kolory, no i ona mgiełka i te wszelkie dziwne poświaty dzięki mgle wciąż gęstniejącej.

I jest… po tych mazach, pod tymi pomarańczami i różami, pod oną całą skomplikowanością… nagle pojawia się ono. Czerwone słońce, a dokładniej połowa jego, by w końcu wysnuć się w całości. Ale jakie słońce. Słońce w 4 kolorach, dokładnie w czterech warstwach. Od najjaśniejszej do najciemniejszej.

Niczym słoneczna tęcza…

Nie widziałam czegoś takiego…

I chyba wtedy właśnie to coś zaczęło się dać, słońce malało, istaniało wyłącznie ponad morzem, gdzieś w oddali, a dookoła mnie tylko mgła i te szepty. I jeszcze te dziwne myśli i chęć skrycia się w bezpieczeństwie domowych pieleszy… Może to już nagle prawie 10ta, ale jednak, zdjęcia są, więc…

Uciekać?

Uciekać!!!

Bo kto mi zabroni.

Uciekać w mgłę, która mnie fascynuje, westchnąć nią, wchłonąć ją w siebie, a potem z niej tworzyć. A potem jakoś się jej poddać. Bo na Wyspie robisz to, co natura karze Inaczej nie można oddychać.

Nie można.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmar Siebie Się Bojący… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Jednej Skarpety…

„Bóg Jednej Skarpety miał problem natury emocjonalno-personalnej.

Zwyczajnie czuł się zużyty!!!

Widzicie, wszyscy, ale to wszsycy, nawet ci użytkownicy pralek najmodniejszych, awet ci, co to tar jeszcze przedpotopowych używali… no chcieli być w tym klubie jednej skarpety. Że niby druga zginęła.

Że przecież to takie powszechne i w ogóle.

Instagramable!!!

No i była Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, której to nie spotykało. Która jakoś nigdy, ale to po prostu never i w ogóle… nie miała takiego problemu. I wiecie co, ten zagubiony, a jednak wciąż będący na ustach, mający wyznawców Bóg Jednej Skarpety… ją właśnie pokochał. I choć nie była to taka miłość jak w Potterze, wiecie, z tym zrzucaniem ciuchów i wyzwaleniem elfów, to jednak, no jakoś poczuł się bezpieczny. Że tutaj, w tym miejscu, on, tak on, będzie mógł być w końcu pieruńsko kompletny.

Jakiś taki może dwunożny!

Bo dotąd poruszał się przez świat o lasce, wiecie, jak się ma jedną skarpetkę na sobie, to wybieracie, prawa dziś, lewa jutro i tak ciumkacie po świecie. Inaczej serio buty obcierają. A rajstopki… nie, to największe bezeceństwo wszechświata i wszechrzeczy, i on nie miał zamiaru się w to bawić.

I się tego czepiać.

… więc zostawał!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Głęboki las…

Jest takie miejsce w Almindingen.

Naprawdę jest. Miejsce, gdzie coś się zmienia. Gdzie ludzie może docierają, ale rzadko, szczególnie teraz, gdy ścieżki są rozjeżdżone przez te ciężkie maszyny, gdy zejść trzeba z utartej ścieżki i po prostu, zwyczajnie zzaufać tym drzewom. W większości wysokim iglakom. I onym dziwnym bułom zieleni, między którymi musicie ostrożnie stawiać stopy, by sobie nie skręcić nogi…

Ale jak tutaj iść ostrożnie, jak wszystko rozprasza, bo przecież tutaj muszą być i wróżki i smoki i wszelaka magia, ukryta zapewne, bo ludzie w dzisiejszych czasach tak ją mają gdzieś, albo przerabiają w komerchę, że serio, naprawdę, ona wie, że nie warto się ujawniać. Nie na razie…

No i te wszelkie porosty i grzybki.

Wiem, że wspominałam już o wspaniałym urodzaju na muchomory i to te czerwone, nakrapiane, najpiękniejsze i ogromne!!! Ale poza nimi są i inne. Malutkie, purpurowe, fioletowe, szarawe z lekko rdzawymi końcami i te dziwnie kościelne, czerwone w swej czubkości. Naprawdę.

Tyle ile ich jest.

Nie no… pewno, że są też te jadalne, ale tam…

… co w nich takiego intrygującego?

Te są jak żyjątka, jak pradawni mieszkańcy tego lasu, jak coś, co trzeba zapytać o radę i jeszcze na pewno upewnić, że dobrze się zrozumiało odpowiedź. Oczywiście wszystko, jeśli tyko udało się wam przejść, tak naprawdę między kurhanami.

Tak, oto miejse, gdzie pochowano wielu.

Może bardzo wielu, ale te maszyny, te korzenie… jednak ich duchy wciąż tutaj są. Zaniepokojone? A może mnie poznają?

Może?

Mężczyzna z siekierą…

Jezioro.

Tak… oto coś, co możecie ujrzeć w tym miejscu, jeśli już zdecydujecie się opuścić te wysokie i piękne drzewa, ich mniejsze potomstwo, one wszelkie cudowności iglaste i pojedyncze brzozowate, które jakoś zostały dopuszczone do komunitywy. Tych, którzy strzegą Zapomnianych.

Tych, którzy Pamiętają.

I tak naprawdę nie chcesz opuścić tego miejsca.

Naprawdę.

Bo widzicie, tam jest cudownie, tam można się schować, choć w pewnym momencie mogą do was dotrzeć odgłosy z Kałacha, no ale, wiecie… podobno tutaj, gdzie niegdzie w szałasach ukrywają się żołnierze. Ci z PTSD. Ci, którzy mają dość tego podobno NORMALNEGO świata. I tak się zastanawiam, przecież po to ludzie uciekają na Wyspę, więc… może w rzeczywistości większość z nas ucieka?

No i wtedy zobaczyłam tego gościa z siekierą, a zobaczenie zamaskowanego gościa z siekierką i innymi utensyliami… no dobra, oczywiście, że u nas jest spora baza wojskowa i wypuszczają biedaków, by żyli z lasu, podobno nie wolno ich karmić i tak daje i zgłosić jeśli pojawią się wam na progu…

… ale jak dla mnie to świństwo.

W końcu… świat jest straszny.

A tutaj, akurat w tym miejscu z najdziwniejszymi grzybami, z duchami i wielką iglastością… gdy schodzisz ostrożnie ku jeziorze miejając dziwnych biegaczy. Kurde, ino wyłazisz na drogę nagle tłok. Nawet auto!!! Nie no, mam dość… jezioro… a w nim odbijają się kolory jesieni. Może jeszcze nie wszystkie, może nie…

… ale są.

Tylko kurcze, czemu znowu mam takie mokre nogi?!!!

Wrócę tutaj, może za tydzień. Muszę, chcę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Jednej Skarpety… została wyłączona

Pan Tealight i Muchomornik…

„Muchomornik był szczupły, w kapeluszu rozłożystym, lekko wiecie, lekarski taki, nader sterylny miejscami, i chodził sobie po Wyspie i robił swoje. Znaczy tak im się wydawało, bo w końcu tylko go podglądali.

Oczywiście, że się do nich zgłosił, niby że po pozwoleństwo, jakby mu Pradawny mógł zabronić. W końcu status mieli podobny, ale było to miłe, no wiecie, że przyszedł i przyniósł takie małe lizaczki. Wciąż je badali, ale podobno ktoś zjadł i żyje, więc… zobaczymy ile wytrwają. No i Wiedźma Pożarta Przez Książki Pomordowane bardzo chciała go poznać…

… ale nie mogła.

Nie była wciąż w stanie.

… więc go podglądali.

A on pewnie wiedział, w końcu żadne Bondy z nich nie były. I jesień ogołociła gałęzie z jakotakiej niewidzialności tego, co za nimi. Co przed nimi, to wiecie, se sami odgarnęli, ale jednak… takie podglądactwo… oj nie leżało im w życiowych liniach. Nie dość, że źle się z tym czuli, to jeszcze na dodatek Wiedźma Wrona Pożarta nie umiała kłamać, więc… Pan Tealight wiedział jak to się skończy, więc…

… więc postanowili się przedstawić.

Może jej to nie dobije?

A jego… ekhm.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Nicci tom 2. Całun nieśmiertelności” – … tom drugi, który po tym strasznym, wzruszający zakończeniu jest zwyczajnie… nudny.

Przepraszam, ale tak.

Przewidywalność 100%!!!

No niestety. Nasi bohaterowie mają swoje historie, wciąż powtarzają pewne zworty, więc wiesz co się wydarzy. Wiesz, że dotrą do tego miasta i to, co tam znajdą nie będzie piękne. Wiesz kto będzie złym, kto będzie dobrym, co będzie onym wielce zaskakującym elementem. Po prostu nie daje się NIE WIEDZIEĆ.

I to mnie wkurzyło chyba już maksymalnie. Poza tym, zabicie najbardziej intrygującej postaci w poprzednim tomie mnie wkurniczyło bardzo, więc nie… nie kupię kolejnego tomu. Zwyczajnie. Mam dość i tyle. Koniec.

Niente.

Nada!!!

Dość starych pomysłów, dość powtarzalności. Nie no, pewno, że wciąż można się zabawić i dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z taką literaturą będzie naprawdę bardzo intrygujące, ale… może miejscami dobić nudą. A może i zobrzydzić… Może i zaskoczyć nie do końca tak jak tego oczekiwał autor. A może…

On tego chciał?

Dla mnie to koniec przygody z Nicci.

Arboretum…

Miejsce, do którego zaglądam za rzadko.

Miejsce, które naprawdę ostatnio zaczyna niszczeć… odchodzić gdzieś. Niby 3 kamienie wciąż stoją, kora na onych tujach lśni na czerwono lub niebiesko w zależności od światła i wilgotności oraz pory roku…

Miejsce, które utraciło już kilka roślin, gdzie ten cudowny mostek zniknął, więc w pewnym sensie część nie jest dostępna… nie no, oczywiście, że można pójść doookoła, ale jaki w tym sens. Idziecie, wracacie tą samą drogą. Nie wiem co się stało, chyba przegapiłam jakieś informacje.

Coś mi umknęło…

Na pewno nie zapach ścinanych drzew w niedalekiej oddali.

Serio, oni ostatnio rżną ten tlen w cholerę. Och tak, pewno, dorżnijcie nam podatkiem kimatyczno-ekologicznym znowu, bo przecież kurna wszyscy tacy burżuje, ale wycinka trwa, co nie? I nie, nie kupuję już opowieści o pracujących lasach, bo jakoś uczyli mnie jak to się robi. I na pewno nie tak.

Nie rozpierdzielając drogi, grzybnie, zabytków nie wspomnę…

Ale Arboretum.

Uwielbiam je.

Dziwne miejsce, niby obce, a jednak tak bardzo pasujące do Wyspy. Wiecie, gromada roślin, głównie kraków i drzew, które jednak jakoś się tutaj odnajdują z powodu onego dziwnego klimatu. I tak, wiem, że niektóre z nich potrafią być aż nadmier się wpychające wszędzie, ale akurat te tutaj, w większości wymagają tak długiego czasu wzrostu, no wiecie, jak taka sekwoja… czujecie się zagrożeni przez sekwoje?

A rośnie sobie taka.

Piękna…

Ale…

Tutaj przychodzą rodziny z dziećmi na pikniki, starsi państwo, by spokojnie pochodzić… choć ostatnio, to jakoś tak tylko przychodzą, widzą tę niepełność dostępności i odjeżdżają. Jakby brak mostu zaburzył Ying i Yang. Nie ma już koła, nie ma nieskończoności, na szczęście wciąż są te trzy kamienie.

Chcę takie w ogródku.

Energia między nimi, to uczucie portalu, jakieś dziwnej siły… chociaż, co ja pieprzę, nawet z tą drogą zaraz za nimi prawie, nawet z tymi kilkoma drzewmi, a może dzięki nim, dzięki liściastym od wejścia, iglastym od wyjścia, a może przez to jedno, chudziutkie, które okazało się być kolorowe i iglaste i odkryłam je po raz pierwszy, bo widać trafiłam w końcu w odpowiedni moment jesieni…

… czy coś…

Wiecie, z Wyspą nigdy nie wiadomo.

A już szczególnie tutaj. W pewnej obcości, pewnej ułożoności, dziele człowieka, ale jedank, czy wciąż człowieka? Bo jakoś tak dziko się tutaj zrobiło, co mi najbardziej odpowiada, a już kształty i kolory grzybów!!!

Rany Julek no!!!

To na pewno Jesień Muchomorów!!!

Jest ich masa.

I zaprawdę powiadam wam, że są ogromne. Nie wiem czy to przez te opady, czy temperaturę, która nagle podskoczyła, a może przez coś czego nie rpzylili, nie zniszczyli, ale to moje takie pierwsze fotograficzne zbiory czerwienie od wielu lat!!! Niesamowitych czerwieni, łącznie nawet z prawdziwym wróżkowym kręgiem.

Może lekko nadgryzionym, ale wciąż działał!!!

Mam wielką nadzieję, że to miejsce nie zniknie, że ludzie nie stwierdzą, że można je zmienić, bo ono żyje już własną historią, ma własne duchy i bóstwa, ale jednak, potrzebuje tego mostu!!! No dalej, do roboty!!! Oddajcie most temu światu w świecie, które się wzajemnie jakoś umieją dogadać i poza tym…

… nic.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Muchomornik… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniany…

„Zapomniany wszelako był na Wyspie od zawsze.

W końcu byli Zapomnieni Bogowie, były Śniące Boskości, więc musiał i być ten, który był ponad nimi. Nie żeby serio właśnie o tym marzył, bo widzicie. On od zawsze chciał tańczyć i to balet najlepiej.

W takich butkach i rajtuzkach, w ogóle… puenty nawet miał, takie liliowe mocno, z wstążeczkami lekko dłuższymi, które na jego męskich wielce, owłosionych nogach lekko kiepsko wyglądają, więc…

Ale nie, on miał być Boskością Boskości Wszystkich, ale zapomnieli o nim… i o tym, czym miał być, co nie oznaczało, że tym nie był. Co nie sprawiało, że jakoś tak mijały mu obowiązki, bo przecież on wiedział, on wciąż działał, on wciąż jeszcze sobą był i wykonywał wszystkie obowiązki, więc…

A że nie wiedzieli?

Oj wiecie, może nie musieli?

Może właśnie o to w tym wszystkim chodziło?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kolejny dodatek do mojej biblioteczki!!!

I tak, tylko i wyłącznie dzięki temu „premium” w Empiku. Może nie załapałam się na darmową przesyłkę, ale stać mnie na, przynajmniej częściową, odbudowę mojej biblioteczki. WOW. Mam teraz jakieś 70 książek. Co prawda miałam zacząć od Tolkiena, Pratchetta i Bradley, od onych wiecie, najważniejszych, ale ceny zwalają mnie z nóg, łap, rzęs… ze wszystkiego.

Poczekam… Na razie mam to, co mam. Nie wiem dlaczego dostałam dziwną książkę o „niemarnowaniu” jedzenia – co jest dla mnie zwyczajnie obraźliwe, sorry, ale wiem co to głód, wiem, że głąba można jeść i nie stać mnie na jedzenie bo kupiłam książki. Jeśli chodzi o samą książkę, będzie opisik… o marnowaniu papieru.

PS. Oczywiście Empik mnie nie sponsoruje, żeby nie było, zwyczajnie mają najtańszą dostawę za granicę. Stałą poniżej 40 zł, więc…

Czasem się zastanawiam… czy ludzie wiedzą jak to jest, dla kogoś, kogo książki wychowały, dla kogo one zawsze przy nim były, czy wiedzą jak to jest stracić je wszystkie. Już nawet nie chodzi o pierwsze wydania i tak dalej, bo nigdy nie miałam fioła na tym punkcie, ale książki, wspomnienia związane z każdą z nich… bierzesz je w ręce i żegnasz wdychając truciznę… żółtą pleśń… płaczesz. Po prostu wielu nie wie. Może i nawet nikt. Może trzeba być autystycznym aspergerem ze stanami lękowymi i depresją by to wiedzieć, a może i nawet wtedy nie?

Nie ważne… moja biblioteka się rodzi. Powoli.

I mgły…

Kocham zamgloną Wyspę.

Po prostu kocham ją namiętnie, niesamowicie i szalenie!!!

Szczerze!!! Za oną miękkość, dziwną cichość wszelaką, któa nagle opada na świat i jakoś pozwala człowiekowi odetchnąć. Ale te mgły teraz. Nie one duszące letnie, ale te chłodne, jesienne, przejmujące i jakby zezwalające, podobnie jak deszczowe dni i opadające liście, na wytchnienie.

Na odpuszczenie.

Sobie i może innym, w końcu…

I tak mieliśmy znowu przez dwa dni takie mgły. Mgły kroczące, przybiżające się do domu, otulające mocniej, otulające\ochraniające… czyniące cię tylko i wyłącznie swoim człowiekiem, bo przecież, ona może…

Ona może wszystko.

Po prostu.

A już z mgłami, to serio, no kto zobaczy? Kto jej zabrni, kto ją ograniczy, przecież naprawdę ona może wszystko. Może i to robi. W końcu to Wyspa. Wolno jej wszystko, gdyby tylko nie ludzie, którzy nie ułatwiają bycia sobą? Czy oni w końcu się nauczą, że naprawdę trzeba w końcu zrozumieć, iż co natura, to natura!

Otoczony mgłami świat Wyspy cichnie.

Dziwnie i jakoś tak zwyczajnie, naturalnie, po prostu. Nadchodzi mgła i cichniesz. Chwytasz książkę, odpuszczasz internet, zapatrujesz się w oną inność kolorów, która w mgle zdaje się nagle odżywać. Nabierać świeżości, może i nasączać się jakąś intrygującą, dziwną poświatą.

Mocno nową, ale i znajomą.

Mgła.

Niby człek wie, że to tylko powietrze, woda, prądy, zawirowania, wszelakie ciepłości i chłody, one słodkie, pokręcone niezdecydowania… a jednak, za każdym razem, niczym sztorm, znowu, po raz kolejny… zaskakuje. Naprawdę i mocno. Do końca macając oną część człowieczeństwa w nas, która jest w pełni atawistyczna. W pełni jest odbiciem tych przed nami. Ich lęków, obaw, ich wszelkich pragnień i marzeń, zapomnianych modlitw, zaśpiewów i zaklęć.

Mgła pozwala na schowanie tego wymuszanego człowieczeństwa. Tego wszystkiego, co wpojono nam kiedyś, może za czasów dzieciństwa, może za czasów szkolnych, może gdy ktoś starszy, bardziej zopiniowany wpłynął na nas…

Może?

Wiecie, w końcu ilu z nas czyni sobie jakiś takiś detoks z tego, co nam wpojono? A może raczej, co wciąż nam się wpaja? Bo przecież otoczeni mediami często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego ile z tych myśli jest naszych, a ile tak naprawdę należy do kogś innego, kogoś, czegoś, wszelkiej konspiracji?

No co, może i tak być przecież?

W końcu…

… jak oddzielić to co nasze, naprawdę przez nas odkryte, a co od zawsze wpojone, zatwardziałe, zasnute pajęczynami? Coś, czego nie ruszycie, bo przecież się do tego przyzwyczailiście, czujecie się z tym naprawdę bezpiecznie.

Naprawdę dobrze.

Może jednak… potrzebujemy takiej mgły częściej, więcej?

Może… by odnaleźć prawdę?

Albo nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniany… została wyłączona

Pan Tealight i Strażnik Teksasu Nieskończonego…

„Dobra, wiedzieli, że takie rzeczy mogą się zdarzać. Wiedzieli, iż one stwory wielbione wszelako mogą się przedostać do ich zbiorczej mitologii, ale… żeby on? Serio? Dlaczego akurat on? Koleś z takimi mocami i wszelako wciąż jeszcze, no wiecie, jakoś tak, no czcony no!!! Czycony?

Cycony?

No wiecie, właściwie prawie jakieś tam bóstwo z onego telewizyjnego świadka, a jednak… przyczołgał się do nich siwy siwiuteński, stary, stareńki, wszelako kościsty, choć wciąż jeszcze jakoś tam sprawny, ale jednak, czas jego świetności, do której sam siebie przyzwyczaił, bo inni to wiecie…

Zapomnieli.

Znaczy nie no, w memach podobno wciąż się kręcił, ale jednak sam z siebie, to jakoś tak, no nie do końca. Wyglądał raczej zdechle. Naprawdę. A nawet… Pan Tealight pociągnąłby nosem, ale nie dość, że go nie miał, to nie musiał, więc wiecie… no wyczuwał jakieś takie, jakieś no… dodatki do jego cielesności.

Dziwne.

Plastyczne.

Mniejsza…

… nie oceniał, w końcu każdy miał jakieś swoje, wiecie, odchyły, więc… no może kurcze, może jednak, ale nie, niech będzie. W końcu, może coś Mikołaje z nim poradzą? No i te Hallołiny nadchodzą, więc… ekologiczna wystrojność okoliczności będzie. I to taka z hamerykańskim akcentem!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jesień czy nie, to kurcze… nie wiem.

Na pewno wieje. Na pewno dynie przemijają powoli, na pewno… ech, te liście się złocą i czerwienią, do tego niebieskość morza wszelaka, masa ludzi nadal jest tutaj, wciąż jest… nie wiem ile jeszcze człek to wytrzyma, ale… co trzeba przyznać, to to, że w tym roku na Halloween sklepy się postarały. No serio. Ale tak, jakby się zmówiły lekko, bo wszędzie dość podobny asortyment. Widać, wiecie, widać taki tutaj monopol mamy i tyle. No ale, żeby nie było, jest. Znaczy no raczej tak było…

Ciekawe jak z asortymentem na Jul będzie?

Hmmm?

Się obaczy.

A jak się nie obaczy, to wiecie, będzie jak będzie. I tyle. Bo przecież raczej człek tego nie przeskoczy. Jedni zadecydowali, że ma nas zalać potok ludzi, inni uczynili niektóre miejsca na Wyspie takimi bardzo przystępnymi dla tych, co to wolą mieszkać gdzieś indziej, a tu mieć ino domek… lub zainwestować, a potem wynajmować, no i wiecie, teraz żałują. Znaczy nie ci, co kupili domki czy ziemię, bo to wciąż się opłaca, ale ci, którzy zezwolili na taki wykup, bo tak serio to teraz nie wiadomo czy ktokolwiek tu mieszka, ile z nich czasem ot tak sobie, wiecie, kłamie, a ile…

No cóż, kłamie zawsze.

I tyle.

Bopelspligt uczynił dla jednych wiele dobrego, bo se coś tam sprzedali, a dla innych, piekiełko i tyle. Czy dla całego ekosystemu dobrze to zadziała? A bo ja wiem? Ja tam już nic nie wiem i w nic nie wierzę, więc…

PS. Co do Halloween w Gudhjem, bo zapomniałam, to było jak zwykle. LOL

No ale…

Trzeba żyć.

Znaczy nie no, można oczywiście zrezygnować i człowiek na pewno o tym pamięta, ale jednak, na razie, może jednak no jakoś się da? Może w końcu człeka cud jakiś trzepnie i wsio będzie tak piknie i cudownie i ogólnie mówiąc doskonale? No wiecie, świat się będzie układał po człeka myśli i nie będzie tych progów zwalniających i innych bumpsów na drodze. I tak dalej…

… wiecie, prosto, cicho i łagodnie…

Jak one liście odpuszczające i opadające na ziemię. Wiecie, tak zwyczajnie niby, jak co roku, ale jednak człek ma te zmiany. Te wielkie zmiany w życiu, więc może jednak w końcu się ziści? W końcu… jakoś tak.

I człek, jakoś tak w październiku zaczyna naprawdę szukać tej jesieni.

Naprawdę. Pragnąć jej. I czuć ją… a jednak w tym roku drzewa wciąż zielone w większości. Trawy, ale to wiadomo, wiecie… u nas te trawy to wciąż są zielone zawsze. Jakoś tak. Zboczone takie, czy coś? No wiecie, jak można tak zielonym być rok cały? Pojedyncze liście na ziemi zachwycają onymi nasyconymi, czerwonymi, burgundowymi, złotymi i żółtymi barwami.

Ale to cuda!!!

Człek znowu targa toto wraz ze znalezionymi kasztanami do domu. I tak serio, no na co? Pewno, że można czasem sobie spróbować drzewko wysadzić, ale… no dobra, na wiele prób mam jedno. Serio!!! A tyle razy pchało się tego kasztaniaka w ziemię i nic. No serio. Zresztą, podobnie z szyszkami.

Znaczy z nasionkami z szyszek.

Ech…

Ale trzeba żyć marzeniem, że kiedyś się będzie miało ten las, więc próbować i próbować i próbować, co nie? Nie można się poddać, no chyba, że przestanie to nam sprawiać radochę, wtedy można. Bo bez radochy nie będzie efektów.

Smuteczek za to gwarantowany.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Strażnik Teksasu Nieskończonego… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Opad…

„Nagle nadszedł i se opadł.

No wiecie, właściwie co Opad ma robić? W końcu ma jakoby jedno, jedyne przeznaczenie, więc zwyczajnie opadł. Początkowo serio się zastanawiał, wiecie, jak był jeszcze w powijakach i nie miał oznaconego ni to miejsca ni godziny, czy tak by nie dać nogi, łapy, czy płatka lub gradowej kulki i nie zostać na przykład tkaczem pajęczyn dla tych nowomodnych pająków, co to chciały wiecie…

… coś innego.

Bo od czasu Spidermana w Świecie Sieci źle się działo. Wszyscy przedstawiciele pajęczych rodów zebrały się i wspólnie ustaliły iż, trzeba kurna jakoś żyć. A muchy wciąż tłuste, a nawet ostatnio tłuściejsze, no i oczywiście, że są problemy z dzieciakami, co to za bardzo się opiją komarzych wydzielin, no ale, weźcie stuknijcie którąkolwiek nogą jako pierwszy, co tego nie robił za szczenięcia…

Nie ty Mario!!!

No więc niektórzy, wiecie, ci lepiej sytuowani i tłuściejsi, co to naprawdę nie musieli się zmieniać na jakieś norkowe życie, czy coś w ten deseń, ale jednak nie chcieli też być wiązani z tym kaleczącym mózgi filmidłem… i to kolejnym… Serio, to już „Mucha” była o wiele lepsza! Wiecie, ten Goldblum.

Ekhm…

No więc istniała taka posada i Opad ją rozpatrywał nim opadł…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Liście powoli zmieniają te swoje kolorki. Jak zwykle i krzaki i drzewa mają swoje własne timery i gdzieś moje pragnienie uchwycenia pełni wszelakiej barwności. No serio!!! Czy nie moglibyśmy się dogadać?

Ja bym bardzo wdzięczna była!!!

Szczerze!!!

Bo mi się tak marzy spektakularne zdjęcie, łączące i mgły jakieś i światło słońca i jeszcze poświatę dziwną od mchów bijącą i coś odbijające się w jeziorku i jeszcze może te drzew kształty i kamienie, i oczywiście baterię działającą przy sobie. I te liście nieopadniete. Niewywiane gdzieś tam…

No ale.

Czy będzie mi dane?

Ze spraw politycznych, przymusowo co roku ma być sprowadzonych 20 sobników. Ja już widzę te statki niewolników. Bez urazy, ale te ich próby sprowadzania ludzi tutaj mają naprawdę odwrotny skutek. Bardzo, boleśnie odwrotny. Poza tym, ekhm, bez urazy, ale co oni tu mają robić? Nie, nie każdemu wstarczy przyroda, granie w jebane petanke i jeszcze oczywiście ona depresja i dziwaczność ludzi, którzy wybrali życie tutaj.

Dlatego nagle lądują tu jacyś roszczeniowcy, co nie żrą dzikiego czosnku i dziwnie patrzą na tych zbierających patyki i kamyki… i nagle nie czujesz się już jak w domu i nagle coś masz na plecach, na zębie szpinak, którego nie widziałeś od wieków i…

… dziwnie jest.

A problem z uchodźcami, sorry, ale dlaczego mała wyspa ma nagle brać na swoje barki coś takiego. Ci ludzie zawsze uciekają do Kopenhagi. Potem próbują ich wyłapywać i zmuszać i ogólnie mówiąc cyrki są. Oni nie chcą natury. Podobnie est w Szwecji, daczego nikt się nie uczy na błędach?

Ważniejsze jednak, że most w Arnagerze jest skończony!

HURRRRA!!!

Zbierali na niego długo, budowali, no trzeba przyznać, że dość szybko, bo jakiś niecały rok, i w końcu skończyli. Jest! Nowy, wyższy, może o wiele, wiele, wiele mocniejszy, miejmy nadzieję. Może i jakoś takoś bardziej pewny, może dłużej wytrzyma, wiecie przez wieki… No pewno nie, ale jednak. Ja na pamiątkę mam gwóźdź ze starego i garść zdjęć sprzed roku i innych lat wstecz, które opowiadają teraz historię.

Dziwną.

Otwarcie wielkie pod oniec października. Pewno będzie imprezka, jak pogoda dopisze, jak nie dopisze, to wiecie, i tak będzie imprezka, ale może mniej łażenia po moście. Ekhm. I mniej pływania, to na pewno.

Tak serio, podglądaliśmy oną budowę kilkakrotnie i za każdym razem ten most unoszący sporą maszynerię metalową na sobie naprawdę mnie fascynował. Bo to tylko drewienka. Nie no, pewno, że bale wielkie i tak dalej, ale jednak, wiecie, to jak z metalowymi statkami pływającymi po morzu.

Ten sam problem… fizyka.

Rozumiesz ją, ale jakoś mózg twój nie do końca go przyjmuje.

Ciekawe, jak to jest, jak się wierzy, czy raczej jest się tego pewny, iż zmienia płaską jest? Może to rzeczywiście ułatwia egzystencję? Może trza się przerzucić na głupotę? Może jednak? Chociaż spróbować, może?

No nie wiem…

Chyba to nie dla mnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Opad… została wyłączona

Pan Tealight i Kurzawa…

„Zamiotła spódnicą.

Zawarczała.

Rzuciła drobnym piaskiem w okna, a potem, zapukała grzecznie i poprosiła o herbatę twierdząc, że przyniosła ciastka i małe kanapeczki z ogóreczkiem kiszonym oraz rzodkiewkami z drugiego pełzania. Wiecie, nasionek pełzania. No tych, co się na pierwsze kiełkowanie z powodu wielkiej imprezy nie załapały, a że pogoda wciąż ciepła i dla nich znośna, więc się poświęciły…

I urosły.

No i jeszcze miała coś w szklanej buteleczce z chwościkiem. Azaliż raczej chyba powinno tutaj stać napisane, że była to butelczyna rozmiarów sporych, w kolorze rdzawego moczu i z takim srebrystym niby to odzieniem czy też uzbrojeniem dookoła szkiełka, wiecie, wielce na pewno fancy i drogo…

Wiedźma Wrona Pożarta nie oczekiwała gości, ale ona nie oczekuje ich nawet jeśli wie, że się zwalą, więc trudno jej zarzucać brak entuzjazmu. Na widok butelki zaś stała sie podejrzliwa.

I to bardzo podejrzliwa!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, leje, świeci…

Oj tak.

W końcu ten okres wszelkich aur w tym samym czasie nadszedł. Oczywiście od razu opóźnienia w ruchu promowym, dom mi trzeszczy i tak dalej, nawet gwizdać się chyba nauczył, czy może i zawsze umiał, ale wiecie, jeszcze nie wiało z odpowiedniej strony… Wyspa zdaje się kiwa i bujać na prawo i lewo… jakby była onym niespokojnym uchem na wzburzonych morzach, a przecież po naszej stronie to chyba tych największych fal nie ma… są tam od strony portu.

Od miejsca, gdzie ludzie czekają na ludzi i się martwią.

Ale jak się okauje, nagle, chociaż wróć, to nigdy nie był problem, bo w końcu obsługa to ci sami ludzie z Leonory, więc bidocy muszą się zajmować onymi ekhm, wymiotnymi i tymi wszelako przerażonymi, ale za to, jeśli wejdą sobie na Facebooka, to mogą się dowiedzieć co i jak. Może się pocieszyć…

Czasem, gdy tak w ciemności wracamy, to przyznaję się szczerze, że staram się być jak najbardziej nieprzytomna. Aż do poziomu trudności z wybudzeniem mnie jak już trzeba schodzić do samochodu. Bo się boję. Obecnie dla mnie latanie i pływanie to to samo. Bo tymi promami buja zawsze. I zawsze jakieś talerze lecą i coś się tłucze! Mazeł Tow! Czy tam gracka OPA!

Miejmy nadzieję na szczęście…

Obecnie pływaczem najbardziej skomplikowanym jest oczywiście Max.

Maleństwo, które boi się fal i serio szkoda mi go jako maszyny, że zmuszają go do takich podróży. No przecież on taki malusi, ale…

To Wyspa.

Na morzu!!!

Gdy tak człek siedzi i pracuje a za oknami i drzwiami, za ścianami i nad dachem coś wali, łupie i dudni, to wie, że kurna, ludzie zapomnieli… zapomnieli jak bardzo żywioły potrafią namieszać w naszej egzystencji.

Zapomnieli skąd się wzięli bogowie.

Zapomnieli, ale… nie wiem czemu i na jak długo?

Nagle, gdy człek ma tego ogrodu więcej, tak naprawdę nagle się okazuje, że wiele więcej no i ogólnie mówiąc przydałaby się jakaś przyczepka i wywózka, ale poza tym, dosadziłabym tych drzewek, ale to już jesień. To już czas, gdy myśleć trzeba o cebulkach, nie drzewach. Bo choć u nas pogoda raczej nie taka zimna drastycznie, to jednak…

To jednak wiecie, lepiej uważać.

Ale pierwsze drzewa wysadzone.

Mam nadzieję, że nie poszaleją i wiecie, wyrosną. I choinki, które wyrpwadziłam od nasionka i one brzózki, podobnie od maciupkiej sadzoneczki. Tak bardzo chcę by rosły, podobnie jak te rośliny w domu, które chyba dostały jakiegoś dzikiego amoku. No szczerze. Nie wiem co z nimi, ale rosną.

Nawet te, co to się zdawało, że już nic z nich nie będzie. Cud jakiś, czy co? Może kapliczkę klecić i pątników wzywać i w końcu jakaś kasa będzie ze sztuki… ekhm, liturgicznej? No wiecie, trza kombinować. Bo obrazy nie schodzą. A jak nie schodzą, to maluje się trudno… bo to tak, jakby ktoś cię wciąż w dupę kopał i mówił, że jesteś do niczego i nikt cię nie lubi, i nikt nie chce…

A sztuka jak dzieci.

Nikt nie chce słyszeć, że ona zła, brzydka itp. itd.

Tak…

… wieje… jak zwykle wtedy człowiek więcej i dziwniej myśli. I jeszcze na dodatek wcale nie jest dla siebie miły. Chociażby częściowo. Chociażby troszeczkę. Wiecie, jakoś tak bardziej dla siebie samego litościwy.

I wszelako dobrotliwy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kurzawa… została wyłączona

Pan Tealight i Nieubogi Mister…

„Nieubogi Mister rozłożył namiot – za pozwoleniem Jednorożców musowo, bo wciąż jeszcze żył nieprzeżuwany – w kącie ich wybiegu i wiecie, siedział tam sobie skryty za ich kopytami i rogami, niemęczony przez Wiedźmy, Księżniczki, Królewny i inne tam, zainteresowane jego urodą.

Bo pikny był w trzy dupy, serio.

Nosz ta buźka taka, z jednej strony męska, z drugiej nie jakaś mocno zarośnięta, nie brudna, nie wszelako ino przystojna, ale doprawdy idealna. I niby w idealnościach podobno ludzie się nie zakochują, ale…

… on miał pecha.

Idealne usta i oczy, czoło i policzki, perfekcyjne brwi i rzęsy, kolor skóry, zawsze lekki zarost, zawsze ona bladość niewinności zmieszana z dzielnością zbrązowiałej kolorowości. Uszy, głowa, ciało. Proporcje, muskulatura i włosy… Długie, proste w kolorze ciemnym, ale nie czarnym, ciemnej niebieskości zwiastującej rozkosz nocy.

… miał przesrane.

Na szczęście Wiedźma Wrona nie dość, że niedowidziała, to na dodatek kochała tylko Chowańca, więc jakoś kompletnie na nią nie działał. Bez urazy, poczuła się nawet niewdzięczie nie czując jakiejś potrzeby dygnięcia przed nim, czy czegoś, bo podobno był też Boskim Grajkiem czy czymś w ten deseń, ale jednak… ostatnio serio miała wszystko gdzieś. Jak chciał iść z nią na spacer to mógł.

Ale miał jak inni, po cichu odwracać wzrok i trzymać jej plecack jak musiała zrobić siku w krzaczkach.

A zawsze musiała!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Nicci tom 1. Pani śmierci” – … no tak. Cykl opisywany jako opowieść o tym, co wydarzyło się po. Wiecie, była sobie piękna Kahlan i był młody wojownik i wielki zły mag… a potem, gdy dobro wygrało, a czytenik po mnogości tomów i powtarzalności dziwnej – no ile razy one baby go porywały, no serio!!! – w końcu dotarł do jakiegokolwiek happy endu.

Albo i nie, jeśli nie dotrzymał jak ja.

Ale wiecie co, chciałam wrócić do tego świata Spowiedniczek, magii, wojowniczek, zła i dobra, które nie ma wyrysowanych definicji… ale… serio, z Nicci?

I Nathanem?

No nie wiem.

Ale… oto opowieść kolejnej drużyny, która… tym razem wybiera się w podróż uświadamiającą. Ekhm, co prawda bez daru prorokowania i z magią dość kapryśną, ale jednak, jako apostołowie nowego pana chcą nieść dobrą nowinę… że wielkiego imperatora już nie ma, że nie leją już, że już można oddychać. Nawet jeśli i tak nigdy o nim nie słyszeli. Co chyba jest dość dziwaczne, no ale.

Taki pomysł autora i tyle.

Opowieść nie jest zła. Język prosty jak szpadel, a osobowości naszych głównych bohaterów dziwnie… bezbarwne. Nie wiem, no ale serio, gdzie ona Nicci, przed którą każdy się kłaniał. Ja rozumiem przemianę, ale jajca jej wycięli, czy co? No weźcie. I Nathan. Rany Julek, jak bardzo chciałam mu przywalić… ale ona, malutka ona. Oj tak, dla niej warto. I dla tego zakończenia i obietnic…

Można spróbować.

Może się niekoniecznie spodobać.

Kubek herbaty i widok za oknem.

Jesienny deszcz zacina cudownie, człek opatula się w koc, czuje jak ona mokrość pozostaje gdzieś tam na zewnątrz, morze dziwnie zszarzało, niebo się z nim połączyło, zieleń jakoś widać wciąż, dziwnie może nie neonowo, ale jednak… i to zaorane pole, wilgotne, połyskujące na krawędziach odrzuconych bruzd…

Wiecie.

Praca.

Doprawdy moje jestestwo nie rozumie jak ludzie z niesamowitymi widokami za oknem są w stanie pracować. Serio!!! Znaczy pewno, oczy dobie, łapy atają po tej klawiaturze, ale jednak czasem trzeba oderwać wzrok, ale te krzaki z krwisotczerwonym kwieciem się poruszają i wrony i mewy i wróble i sarny…

Kurde no, zoolog, czy co?

I tak sobie myślę, dlaczego ludzie wybierają oną miniaturowość w swoim życiu? Wiecie, sama mieszkałam na kilku metrach kwadratowych w akademiku z dwoma współkujonkami, ale jednak pamiętam dobrze ten ścisk, brak prywatności. Podobnie w bloku, choć trochę więcej miejsca, wciąż jednak klatka, dopiero tutaj…

Dopiero teraz…

Media lansują minimalistyczne życie – ubaw po pachy, bo artykuły mieszczą się obok najnowszych Szanelów czy innych Wittonów, ale jednak… czy naprawdę chcecie się dusić? Szczerze? Te mikroprysznice? Nie żebym zażyła kąpieli w solach pachnących i tak dalej jakoś od nastu lat, ale jednak, no weźcie no… serio? Wmawiacie ludziom, że ciasno jest super? Bez widoków, bez oddechu…

… bez siebie…

Na Wyspie każdy z przyjezdnych zawsze pyta, wciąż i wciąż, czy nie dopada mnie klaustrofobia. Nie, wprost odwrotnie. Wiem gdzie jestem, mam ograniczoną może ziemię, ale nieboskłon, widok z górki, morza, może i człek nie Jezus i nie pójdzie do Szwecji, ale jednak… ma miejsce. Ma go wielką ilość. Kaustrofobia to duże miasta, które większość z was by pewno wyśmiała. Na przykład one w Szwecji, które raczej nie przypominają New Yorku.

Ściśnięcie domostw to już brak oddechu, brak widoku na wodę, to samo… niewidzenie pól, drzew, mew… wiecie, wrony brak na dachu, od razu panika.

I tak, po raz pierwszy w życiu mam dom.

Dom, który ma więcej niż jeden pokój i łazienkę, w której można się położyć i jeszcze styknie miejsca na kibelek. I nagle, nagle człek sobie uświadamia, chodząc tak i wciaż niedowierzając, że kurna cały czas ktoś wmawiał mu, ze domem ma zwać klatki. A jak odpowiadał, iż to nie jest dom, nie taki prawdziwy, to się wielce obrażali, bo podobno dom jest tam, gdzie jesteś i inne tam bzdety.

Nie.

Dom jest tam, gdzie czujesz się w domu.

Względnie bezpieczny, schowany.

Gdzie masz swoje roślinki, swoje rzeczy i możliwość malowania ścian nocą. I kremowania dupy po prysznicu gdzie się chce. I jeszcze możliwość wydawania z siebie jakiegoś dźwięku bez obawy, że ten z góry zatupie.

Albo, że on znowu będzie cebulę smażył.

A tak w ogóle, Wyspa słynie z cebulowych dań, serio. Przejdźcie się po zamieszkały cały rok miejscach i poczujecie ów cebulany aromat. Hihihi!!! Serio. Cebula musi być, inaczej chyba obywatelstwo odbierają, czy co… Może za lakrids to nie, bo wiecie, niezdrowy i tak dalej, ale jednak cebula, musi być!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieubogi Mister… została wyłączona

Pan Tealight i Przestrojna…

„Była taka, no naprawdę.

Wiecie.

Przestrojona, przemetkowana, okapująca pozłotkiem, sreberkiem i kamyczkami łyskająca, mrugająca cekinami, przyklejonymi gdzie się dało, odbijająca i wszelako waląca światłem niczym jakaś rąbana latarnia morska na zapomnianych morzach, którymi nikt nie pływał, a która chciała onej odrobiny, wiecie, odrobiny tylko, mikroskopijnej może nie, większej trochę, no weź dołóż no, co skąpisz… wszelakiego zainteresowania. No kurna no, pierniczonej atencji!!!

W końcu była kobietą!!!

Należało się jej!!!

W końcu była Przestrojną.

Ostatnią taką z rodziny. I jakoś wychodziło na to, że raczej po niej już nikogo takiego nie będzie. Zlepku sroki, wrony, wścibskiej baby, oczojebnej biżuterii, cepeliowskiej zabawy i makijaży dziouszek z zespołu Mazowsze.

Oj tak!

I jeszcze tego połysku wschodu i zachodu słońca.

I tych wszystkich folii, którymi zdobiono ikony, bo w końcu Przestrojna nie znaczy Grzeszna w jej świecie. I jeszcze diamentowa, kryształkowa, odpowiednio szlifowana, wszelako namaszczana, odblaskowa, na pewno widoczna nawet jeśli żadne światło na nią nie padało, bo w końcu je absorbowała, by nigdy nie stracić tego, co dla niej było doprawdy najważniejsze!!!

Najbardziej pożądane.

Tylko… po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pada

Deszcz uderza, wali, morze szumi w niedalekkiej oddali, a mi się kurna aż rymuje od tej całej muzyki w powietrzu, za oknem, bo przecież tutaj jestem. W środku, w domu, ucząc się jak to jest, gdy za oknem są ino kwiaty, wciąż jeszcze kwitnące, krzewy wszelkao zmieniające barwę liści, a potem, za drogą, wąską dość…

Pole.

A w nocy to zero stopni było!!!

A wiecie, u nas to się nie zdarza często. Wprost przeciwnie. A na dodatek jeszcze w październiku!!! Serio? No nigdy. Ale nic to, bo się w ciągu dnia ociepla i pada. I leje i czasem mocniej, nawet pozacina…

Dobrze, że przynajmniej one powiewy odwołali, chociaż, jak znam to miejsce, to i tak u nas powieje jak będzie chciało. Ale na razie pada. I zapowiadają więcej padania Oby ino liście się na drzewach utrzymały, bo Almindingen zaczyna się już tak cudownie złocić, czerwienić i żółcić. No po prostu mega jest!!!

Ale to jeazcze nie ten czas.

Jeszcze chwila… może jednak w tym roku uda się nam jakaś ta wyspowa jesień. Wiecie, ta taka pełna, bogata, liściasta, wszelako słoneczna i zdjęciowa.

Może?

No weźcie, no.

Tak dawno takiej nie mieliśmy. Raz spaliło drzewa, potem był ten wiatr, a teraz, nie dość, że wszystko na razie wciąż jeszcze na gałęziach dynda, to jednakowoż wciąż zieonkawo, choć to już ona zieleń się spiesząca ku odejściu. Zieleń przemijań i gnicia wstępnego, to jednak… chcę jesieni!

A tu nawet o kasztany trudno!!!

Ale jesień.

I pada.

Jednak ludzie wciąż tutaj są… wciąż jest ich tak wiele. Wciąż jeszcze nie ma tej cudownej pustki, jakiegoś odpoczynku. Co będzie, jeśli naprawdę ludzie nie będą tutaj mogi być sobą. Wiecie, spokojnie iść w plener ze sztalugami, jakoś tak robić zdjęcia, nie martwić się, nie bać się, nie czuć się oskarżonymi, wycenionymi…

Znowu ubierać stare ciuchy…

Znowu być sobą, wiecie, jak dawniej…

Nie wiem, ale te zmiany zaczynają serio kiepsko oddziaływać na wszystkich. Ludzie się wkurzają, drą jedno na drugiego, jakoś tak, no po prostu, zwyczajnie przejmują nawyki Turyścizny, albo… znikają…

Tylu artystów zniknęło.

Pewno, że to miejsce zaintryguje innych. Oczywiście, że tak, ale czy przetrzymają rok, a po trzech się nie załamią? Wyrysowałam linię życia tych opętanych przez Wyspę. Składa się z 3 punktów podstawowych, a trzeci rozbity jest na te same etapy, jak rozpisane są w przypadku zwykłej, ludzkiej żałoby.

Ale…

Jesień jest.

I pada. I świeci słońce i jeszcze wieje i ogólnie, wsio w tym samym momencie. I jeszcze dowali takim powiewem i jeszcze…

Ale…

Jesień jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przestrojna… została wyłączona