Pan Tealight i Kontrolerka…

„Że niby niewymiarowa.

Że nos nie taki długi i zakrzywiony, miotły właściwie brak, jakaś miniaturka niby, więcej drewniany breloczek, czy inna abnominacja, ale eliksiry jej nie zwiększają, więc się nie liczy; no a kociołek, to wiecie, w każdym garnku, a przecież pewna koszerność w wiedźmostwie wymagana!

Ciuchy… no serio?

Gdie te szaty powłóczyste, gdzie respekt wzbudzany już samym aromatem specyficznym, gdzie one płomienie chociażby, klątwy, czy coś takiego… no i ten Chowaniec. Serio… taka forma? To już kota mieć nie można?

A co to kotów nie lubi, że wrony…

… ale kurcze, tutaj jakieś mewy, tutaj wielce na temat drzew wrażliwa, w temacie sadzenia wprost obsesyjna, więc… nie, no tak być nie może. Należy jak najszybciej zmiany wprowadzić, bo certyfikatu nie będzie. No i oczywiście za certyfikacik trzeba będzie i zapłacić i dopłacić.

No i się zmienić.

No niby wolność.

Niby ona całkowita swoboda w wiedźmostwie, ale są jednak jakieś normy i szabloniki, więc… może i ta wrona…

Niby może być, no ale…

Gdy na to wszystko Wiedźma Wrona Pożarta się zaśmiała tak nisko…

… tak nader, jak na nią nawet, dziwnie, popatrzyli na siebie Pan Tealight i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, po drugim… no powiedzmy sobie, że trzeciego już nie usłyszeli. Za to w Misiu, Wiedźmim Domku, pojawił się komin i biały dym zwiastował… powrót do zwyczajności. A potem… w kilku miejscach ogródka dobrze wszystko zaczęło rosnąć.

Nawet bardzo dobrze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dolina w lesie Gustafffa…

No dobra, tak naprawdę ten las, to właściwie spory zagajnik, drzewa dookoła dolinki niesamowitej, wzdłuż czegoś chyba bagnistego. Coś, czego nie udało mi się kupić, ale może kiedyś. Maleństwo, ale też nie mikroszkop jakiś. Bez urazy, ma swoją długość i szerokość i widoki ma swoje i zwierzątka wszelakie.

I pustkę zwykle.

Niesamowitą pustkę poza młodymi jelonkami, sarnami, zającami… ptakami oczywiście i robalami, no bez urazy, się już obudziły, choć nocami potrafi wciąż przymrozić, co zaskakuje wciąż. Mocno…

No ale…

By tu dojść, trzeba znać sposób. Bo wiecie, nie jest to popularne miejsce, nie jest to coś dla Turyścizny. Na pewno, inaczej by zadeptali i las i pola i oną szczelinę w ziemi. Fascynującą, niesamowitą, magiczną.

Inny wymiar myślenia.

Zawsze chciałam ją przejść, tak od początku do końca, ale wiadomo było, że nie będzie to zima, ni jesień, zawsze za mokro, znowu latem też dziwnie, przecież będzie żar z nieba, no i choć tam chłodniej, to jednak… wygrywała tylko sucha wiosna. No i mamy suszę, mamy wciąż wiosnę i białe pola zawilców wciąż jeszcze pełne i liście dopiero pojawiające się na niektórych drzewa.

No zwyczajnie, magia… natura.

Po prostu świat z innej bjki, pełen bąków, pszczółek, oraz śpiewu słowika nad zielonymi polami. Zielonymi mimo suszy, bo to one otaczają to miejsce, co nie zawsze dobrze działa na nos. Wiecie… nawożenie.

Ekhm…

Wonieje.

Ale w lesie już jesteś bardziej chroniony, a na dodatek, masz zejść do szczeliny i choć wciąż coś tam chlupoce, to wiecie… idziemy. Odważni, gotowi na brud i wszelakie niepewne, dotąd widzieliśmy tę szramę z góry. Zawsze przerażeni tym, że moglibyśmy tam spaść. Czas obejrzeć inaczej.

Od dołu.

Ale najpierw…

Najpierw zagubiam się pośród onych, dziwnie prostych tutaj drzew, jakby chciały pokazać, że kurde umnieją i tak. nie tylko wygibasy w te i wewte, ale te tak potrafią. Już przy wejściu człowieka atakują. I te pola, które tak pachną… wiem, że podobno zawilce nie pachną, ale w takiej kupie pachną jednak, no naprawdę pachną i to tak mocno, subtelnie, ale nie dają o sobie zapomnieć.

I uderza mnie wiadomość, oczywiście Chowaniec coś przywlókł, że otwierają u nas fryzjerów, paznokciowców, masażystów, fizjologiczne wszelakie tam…, no wiecie LOL fizjoterapie. Ludzie pobiegli chyba od razu, a przynajmniej część z nich. Co mnie serio wali po łbie. Mocno.

Czy próżność jest tak wielka?

Czy za często patrzę ino w drzewa?

A może…

Może w dzisiejszym czasie wszystko kręci się wyłącznie wokół jednostki? Może? Kto to wie tak naprawdę? Bo przecież kto mówi prawdę? No szczerze… kto mówi? Komu można ufać, a komu nie należy?

No ale…

Niemcy nas najechali, a wiecie, Chowaniec pracuje też przy portach, więc, więc od razu dziwnie się poczuł, jak zobaczył, że Niemcy się tam pojawili. Przecież wciąż obydwie granice są zamknięte, więc nie dość, że ludzie drogą wodną przekroczyli jedną, to jeszcze wpłynęli do innego kraju, który… nie oszukujmy się, wcale ich nie chce. Nie ma… No dobra, zawinęli do portu, ale tu od razu ich ułapali i… pozwolili się przespać, a potem odprowadzili z powrotem.

Co ci ludzie mają we łbach, to nie wiem.

Czy myślimy, że ten wirus jest, czy go nie ma, czy cokolwiek, wiecie, Potwór Spaghetti… to jednak prawo to prawo kurna!!!

I oczywiście to musieli być Niemcy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kontrolerka… została wyłączona

Pan Tealight i Samotna Owca…

„Samotna owca.

Znaczy, no chyba samotna?

Nie podchodził, nie pytał… przecież social distancing. I pomyśleć, że kiedyś to ją o to zwyzywali, że to takie nieludzkie… znaczy Wiedźmę Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane… jego nie, no kto by śmiał, choć i sam przecież nie lubi tego dotykania, dmuchania mu na członki, wszelakiego zakłócania aury, czy jak to w dzisiejszych czasach zwą? Energii?

Ale ta owca… no coś z nią nie było tak. Znaczy na pewno coś z nią nie tak było. Niby włosie miała, wełnę się znaczy, cztery nogi, łeb i ogon chyba… na pierwszy rzut oka to jakoś takoś nawet by jej nie zauważył, bo stała pośród kwitnących, białych drzew, niskich takich, które obsypywały ją niczym pannę młodą swymi płatkami… więc wiecie, w tło się wtapiała, ale coś tutaj…

No nie tak było czuć.

Nie było w powietrzu onej wiosny radosnej, nie było onego kwietnego aromatu, ale też nie cuchnęło gnojówką, która to napędzić miała wyschnięte pola. Jakoś wiecie, tak bardziej, bo znowu nie padało i Wiedźma Wrona coś przebąkiwała o Tańcu Deszczu, co zawsze kiepsko się kończyło, więc naprawdę wolałby tego uniknąć, naprawdę, jak tylko by się dało, to by bardzo chciał…

… sam do siebie się o to modlił…

Ale ta owca…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Urodziny królowej może nie były z fajerwerkami, zwyczajowym Hurra z balkonu, ludźmi pod nim, ale jednak… wiecie co, i tak było ślicznie. Szczególnie, jak wszelkiej maści głowy monarsze zwracały się do niej Tante Daisy.

Bo wiecie, ona bardziej stokrotka niż margerytka.

No ale…

… słuchanie, jak do kogoś, kogo uznajesz za swoją władczynię, ktoś zwraca się, ciociu Dejzi… jest zabawowe. Naprawdę mega. Ale, przecież, jak sama mówi, ona też zwykły człowiek i tyle. Kocha to i tamto. Ale chyba najbardziej kraj i ludzi. Zawsze jakoś tak grawituje w ich stronę.

Wiecie… maluczkich.

Monarchia w Danii jest jakaś taka inna. Następca tronu znalazł sobie żonę w Tasmanii/Australii, choć właściwie to Angielka z przeszłością, w znaczeniu rodzinnym. I ma z nią czówrkę dzieci. Znaczy, no miała być dwójka, ale mam teorię, iż ponieważ drugi syn pary dostał drugą żonę i pozwolenie na one dwoje dzieci, to… no wiecie, mogli sobie pozwolić. Podobno z bliźniakami to była wpadka, ale kto to wie. Patrząc na przemądrą matkę i babcię, oraz dość rozrywkowego ojca, który zaczyna chyba w końcu rozumieć, że nie jest już nastolatkiem…

W końcu LOL

No więc… rodzina królewska drugiego syna traktuje dość ulgowo. Przeniósł się z nową żoną i dziećmi, które jeszcze są małe, do Francji, w końcu zmarły książę ojciec był Francuzem. I cóż, wyraziście zdawał się być podobny do angielksiego Filipa, ale… no wiecie, ci mężczyźni, co to nie akcpetują, że kobieta przed nimi istnieją na tym świecie w ilościach nagminnych…

… ech…

Wiecie, to się nigdy nie zmieni.

I tak, jestem pesymistką. Wolę się dobrze i miło dać zaskoczyć, niż umartwiać się i obijać sobie łeb o krawędzie Wszechświata.

No ale…

Pandemia.

Hmmm… na Wyspie, to właściwie jakoś tak… bez urazy, ale poza tymi oznaczeniami i odstępami, listonoszem, który jak już przybędzie, to zostawia wszystko na krześle i spieprza… paskami w sklepach, psikaczami, ludźmi noszącymi czasem rękawiczki, w kieszeniach telepiącymi się sanitazerami… to jakoś tak, nie jest inaczej. A, no tak, czekajcie, Turyścizny mniej.

I choć miałam nadzieję, iż obejmie to też idiotów na motorach, to niestety nie objęło, a wiecie… jak oni widzą, że drogi trochę pustsze, to jeżdżą… jak zwykle. Z czasem z miłości do motorów zrodziła się we mnie wymiotność. Wciąż jakoś mnie czarują one wielkie maszyny, ale ludzie i ich zachowanie na drodze…

To tak, jakby wsiadając na motory zmieniali się w chuje permanentne, walące przepisy na twardo!!! Niezależnie od płci.

Serio!!!

Ale, jeśli chodzi o zwyczajowych zjadaczy trawy… chleba, czy co tam co lubi, to wiecie, stosują się albo się nie stosują, robią coś albo nie… ale wszyscy się boją. Naprawdę się boją. I to nie minie tak szybko. To i tamto ma się otworzyć, podobno granice w maju, ale wciąż nie wiadomo, podobno fryzjerzy, jakby to KURWA było najważniejsze!!! Serio ino ja sobie sama włosy tnę od zawsze. Naprawdę. U fryzjera byłam dwa razy. Pierwszy jako dziecko, koszmar, zmuszona, drugi przez przypadek przed własnym ślubem. Byliśmy studentami, w dupie miałam włosy, były na głowie i tyle, makijaż też miałam gdzieś sąsiadka pomogła, nawet pożyczyła pierścionek…

Dlaczego nagle wszyscy wsio mają sztuczne?

Rzęsy, brwi, włosy, paznokcie…

A głupia myślałam, że to tylko dla osób, które śą chore, wiecie, by poczuły się lepiej, a nie zwykła próżność… a może to dla niektórych jedno i to samo? Nie wiem… książek mi się chce!!! Strasznie!!!

Nowych!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samotna Owca… została wyłączona

Pan Tealight i Różowy Rowerek…

„Stał tam…

No przecież stał przez tyle lat!!!

No przecież pamiętał go!!!

Zniknął.

Jak mógł? Jak śmiał, jak… dlaczego zmienił świat, dlaczego przestał być stałością, a może… może jednak ktoś go porwał, zabrał, wyrzucił, co gorsza, no i łka teraz gdzieś, w porywacza bagażniku, może już w częściach, może…

Pan Tealight znalazł zalaną łzami Wiedźmę Wronę Pożartą na schodku najniższym Białego Domostwa i rozejrzał się dookoła. Wolał sprawdzić, czy nikt nie widzi w braku jego oczu, w wyrazie jego szarości onego zrezygnowania, które nie winno być odczuwalne przez Przedwiecznych.

Bo przecież… to wszystko co się działo, tego było już za wiele. Było już aż ponad wszelką miarę, było… i nie ubywało.

I nie, wcale nie udało mu się ukryć onego wrażenia swej osoby… wprost przeiwnie, ono wrażenie, zwątpienie, odbiło się echem od ścian, okien, drzwi, dachów, płotów i drzew. Od tafli bajorka, strumienia i morza. Od przechodzącego człowieka i przejeżdżającego samochodu, oraz od dzwonka rowerowego, który nagle zmatowiał… dotąd radośnie srebrzysty, jakby… zamilkł.

Brzmiał, ale już… nie tak.

A przecież to był tylko dziecięcy, różowy rowerek…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Właściwie z okien widzimy rzekę… i to mnie martwi.

To, że widzimy rzekę znaczy, iż znowu powycinali drzewa. I tak, wiem, możliwe, że część po prostu od wiatru padła, ale jednak nikt nie sadzi na ich miejsce nowych. Co gorsza, stwierdzili, że są lepsi od względnej natury i wypirzyli drzewa dookoła stawu, by ułożyć tam miejsce na grille i inne cyrki.

I nie ma już żabek i pałek, choć te może się odrodzą.

Ale piękne, kwitnące drzewa już nie.

Wytłumaczcie mnie, co za jełopy wycinają drzewa, dzięki którym woda wciąż w bajorku była, a żabie trele mogły się uskuteczniać? No serio! Teraz przyjdzie susza i będzie po ptakach, znaczy skrzeku, znaczy i po jednym i po drugim.

Wkurwia mnie ta degradacja przyrody na Wyspie, która ostatnio przyjęła koszmarny obraz. obleśny obraz… wrócę tutaj do tego, co zrobili w Gudhjem, na onym pięknym skwerku, gdzie dotąd było tak wiosną kolorowo i latem, tak czarownie i pięknie… wiecie, po drugiej stronie muzeum, gdzie przystanek jest.

No to teraz tam ino to gówno betonowe i nic poza tym.

Podobno mają jakoś tak nawiązać do pociągów dalej, no wiecie, kiedyś były tu pociągi, muzeum było stacją, więc… widać lecą dalej z tematem. Kuźwa, ale w czasach, gdy ludzie mają problem z oddychaniem usuwać takie cudowności krzakowe. I nie, nie kupuję tego, że chcą przywrócić stary czar, bo bez urazy, ale… uwielbiam ciuchcie, mam do nich sentyment, w ogóle do pociągów, poza ich toaletami… ale jednak…

… serio, kogo to kuźwa interesuje?

Szczerze?

I tak wszyscy do Jobolandu jeżdżą, a nie, przecież on się inaczej nazywa teraz.

Ale…

Po pierwsze spóźnione Tillykke w kierunku naszej Pięknej i niesamowitej Władczyni!!! Królowa skończyła kolejny rok swego życia i nadal zachwyca postawą, pomysłowośćią, inteligencją, kreatywnością… bo jakbyście nie wiedzieli ona nie tylko kocha archeologię i historię starożytną, ale też maluje, tworzy scenografie i kostiumy do sztuk wszelakich projektuje!!!

Dlatego tak super zawsze wygląda.

Nie założy czegoś, czego nie lubi.

Jest niesamowita!!!

Jest ikoną i nie chcę myśleć, co będzie kiedyś tam… mam nadzieję, że będzie żyła wiecznie i tyle. Innej myśli nie mam!!!

No ale, w związku z tym całym cyrkiem, nie, nie rozumiem dlaczego nazywa się to kwarantanną… no kurna no, definicja się kłania. Kwarantanna to objęcie zamknięciem, izolacją osoby zarażonej, podejrzanej itp. A nie kuźwa, że cały świat nagle jest na rąbanej kwarantannie!!! No ale… wsio oczywiście wciąż się toczy, lecz na Wyspie nie tylko dzieci chodzą do szkół, oczywiście te małe, wiecie, co to je nazywam dziecięcą krucjatą, do szkoły chodzą. Mają jednak zachować odległość, więc intrygująco wymyślcie sobie kółeczko, każdy stoi 2 metry od siebie i w środku od nich oddalona o dwa metry nauczycielka… albo nauczyciel, no jak kto co ma… i teraz…

Hmmm?

Jak niby to ma działać?

Na krzycząco?

A co z przedszkolami, jak powiecie dzieciom, że mają się nie zbliżać? Pewno, można się tak pobawić, ale krótko, no i… pomieszczenia. Szkoły nie są okrągłe!!! Przedszkola to u nas często tylko przydomowe ogródki, więc jak to?

A na spacer jak pójdą?

Każde dziecko dwa metry, to będzie kurna długi spacer… znaczy długi kurde od pierwszego dziecka do ostatniego.

Ale… widać, że wszyscy zazdroszczą Szwecji, że wiecie, nie upada im ekonomika aż tak na łeb i szyję i zadki jednocześnie. I niektórzy próbują coś kombinować, ale kłóci się to z poprzednimi założeniami, więc, więc jest serio bardzo dziwacznie. Ale to BARDZO dziwacznie.

Już nie wiesz co robić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Różowy Rowerek… została wyłączona

Pan Tealight i Zając Powielkanocny…

„Nosz kuźwa bo się spóźnił.

Znaczy spaźnił, no.

Wiecie jak to jest, szczególnie jak się jest zającem, a jednakowosz dla niektórych królikiem, no to jakoś tak się miesza pod kopułką, leki nie tak działają i… no wiecie… jest jeszcze żona. No bo przecież w jego przypadku zawsze jest ŻONA!

I to nie tylko przez duże Ż ale i drukowanymi.

Najlepiej jakby było z neonem jakimś i tak dalej. Może i rozbłyskami, fajerwerkami i koniecznie wóziem z hot dogami, watą cukrową no i może jeszcze kawą, dla tych, którzy wiecie, mają mieć z nią styczność, ale chcą bardzo, by nastąpiło to jak najbardziej, najpóźniej, naj… po prostu najlepiej w ogóle.

Ale jednak, wiecie, no był osobistością pracującą.

… więc jakby zawsze mógł do niej uciec i jakby termin zawsze go gonił i kurna, ogólnie, z tym terminem, to u niego zawsze było nie tak. Albo rodziła, albo poczynała czy poczyniała, albo co gorsza znowu gotowała zrazy z marchewki. Nienawidził marchewki. Wolał seler i cebulę, ale po cebuli, to wiecie…

… więc znosił one zrazy.

… więc znosił jej humory.

Tak jak teraz, że aż się spóźnił!!! Z jajami. No i kurna wyszły na takie twardo, że serio, te chińskie czy japońskie to przy nich parfuma!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Córka lasu” – … pierwsza. Pierwsza część cyklu i jak dla mnie będzie ostatnią. I sorry, ale porównywanie tej książki do niesamowitej Auel czy Zimmer Bradley…

Erm…

No właśnie.

Nie lubię takiego porównywania. Nie oszukujmy się, ale te autorki, to klasa sama w sobie. Jedna jest już legendą, miejscami naprawdę pokręconą, a druga, klasą, która jest naprawdę niedościgniona i trudna do wytłumaczenia, w jaki sposób, w ogóle jej się udało… no wiecie, jak… i to tak prawdziwie.

Bez dziwactwa.

… więc nie, postanowiłam mieć gdzieś to kim książkę reklamują, chciałam magii, starowierców, jak to teraz często się miesza nazewnictwa, onej słodkiej pogaańskości, no i oczywiście Jego… Hansa Christiana. I dostałam, ale tylko tak jakoś do połowy, bo coś się spieprzyło w połowie.

Oto Siedmiorzecze.

Kraina pełna bólu, ale też i radosności dziecięcej, dojrzewania i siedmiorga rodzeństwa, których ojciec wciąż pozostaje w żałobie po swej pierwszej jedynej miłości. Wczesne średniowiecze, które sprawia, że starzy bogowie, wierzenia i obrzędy są wciąż takie same. Tak, tego chciałam i to dostałam, ale… jakby odbicie dokładnie tego, które dostaję w każdej opowieści z Wikingami, czyli stara wiara i ten od nowego boga, który się uczy… no i bohaterka. Może to mój problem, bo ona zwyczajnie jest za młoda. Sorry, ale w legendzie, znaczy w bajce gdy zła królowa zmienia braci w łabędzie, ona siostra jest już na tyle dorosła by wiecie, no być seksualna.

Tak wiem, wtedy było inaczej, ale serio, nawet wtedy…

… a zresztą, po co to tłumaczyć znowu. Wiecie to. I chyba w tym jest problem, że ona jest nazbyt dziecięca, ci co ją opadają są nazbyt męscy i przewidywalni, a te różne elementy, no cóż, nasza bohaterka jest dojrzała na tyle, by być mądrą. Tylko że, strasznie dziwnie dojrzewa.

Niby można to wytłumaczyć, jeśli zna się bajkę wiecie jak to będzie…

Ale jeśli nie…

Hmmm, może to jednak nie fantasy, a opowieść, która chciała łączyć historie? Nie wiem, ale ja nie sięgnę po kolejne tomy.

Są lepsze.

Może naprawdę jestem na to już za stara?

W lesie.

No dobra, to mamy wiosnę, chociaż wciąż jakoś tak zimno.

Jakoś tak wciąż jeszcze świat nie do końca się obudził, ale jednak… ale jednak one już są. Te niesamowite białe dywany się pojawiły. Są! Po roku, czy dwóch, bez zawilców, tutaj zwanych anemonami, znowu są i kokorycze i w ogóle… ale najważniejsze są one, bo przecież to one tworzą one skupiska tak malonwnicze, od których odcinają się i te wciąż nagie drzewa i te już się liściące…

Na spacer, by zwyczajnie sprawdzić i złapać zdjęcia, bo to jest ważne. Przy tak zmiennej pogodzie, częstych przymrozkach i wszelakich powiewach, znikną szybko. I dlatego człek od razu jak tylko się skapnął, że są, to wyruszył. Na bardzo długi spacer, wzdłuż rzeki, olewając wodospad na końcu. Zafascynowany, pędzony oną chęcią zrobienia zdjęcia innego niż te dotychczas.

I jakoś poszło.

Choć nie wiem, co ważniejsze, czy spacer, zdjęcia, czy ona dzicza. Aczkolwiek, ponieważ wybraliśmy niedzielę, to na nasze nieszczęście minęło nas kilka rodzin. Ale bez żadnych tam, oni stawali, przepuszczali, my to samo, zachować odstęp, ordnung musi być, jawohl!!! Koniecznie!!! I choć Chowaniec wrócił już do pracy, co napawa mnie strachem, to jednak…

… wiecie, no ponad miesiąc to trwało…

Ale, idziemy.

Rzeka szumi, o wiele płytsza niż ponad miesiąc temu, gdy tędy szliśmy. Onego błota nie ma, susza nas dojeżdża mocno i coś czuję, że będzie gorzej. No ale, co zrobić? Jak z tym walczyć, jak kolejni idioci niszczą zieleń wszelaką.

Tym razem w samym Gudhjem, aż mnie szlag trafia, bo stare pigwowce i wielkie hortensje poszły pod nóż…

WHY!!!?

No ale, co do reszty, wciąż pozostajemy w zamknięciu i jak ministerstwo niemagii nie oogłosi inaczej, to wiecie… z drugiej strony patrząc na to, co się dzieje w innych miejscach, może to i lepiej?

Bo spuszczenie nam teraz na karka bandy Turyścizny nie byłoby dobre. Ogólna liczka zakażonych jest podobno zaniżona, czy to 30 czy 50, na intensywnej nie ma nikogo. W ogóle zwinęli namiot, bo to całe przygotowanie, to wiecie, nie ma sensu! Nikt nie umarł, no przynajmniej oficjalnie.

Ale…

Las… wróćmy do lasu, bo kwiaty układają się tam przepięknie, gorąco, słońce wali, następne dni znowu się schłodzą, więc człek idzie i cieszy się lekko mniej trudną ścieżką. Bo jednak, co jak co, ale przejście Kobbeå bez świadomości ubrudzenia się jest utopią. Seryjnie!!! Wielką!!!

Zawsze.

No ale… idziemy.

I ptaszki świergolą i niebo niebieskie, śnieg na zieleni, bo te zawilce tak wyglądają i czy one tak pachną? Bo niektóre wydają się pachnieć. Ulotnie, ckliwie i kobieco, ale z pazurkiem lekkim. A może to coś innego? A może jednak się mylę? Ale mam oną rozkminę za każdym razem, gdy spotykam zawilce, więc…

Nie wiem.

Idzie człek i ona zieleń, słońce, ciepło…

Wszystko to sprawia, że się rozluźniasz, i gdyby tylko nie ci ludzie. Co ich kurna tu nagle tak przywiało. Oni nie muszą bloga napisać i zdjęć nie robią. Hej no!!! Sio mi z kadrów rąbane bombelki!!! YYYYYY… chcę spokoju i dziczy i co zaskakujące, dostaję je dopiero w drodze powrotnej, przez pola, gdzie na drodze nie spotykamy nikogo. Może zając w krzakach, solsroty wariują i jakiś ktoś z piłą, ale dobrze zamaskowany… może i pokroił kogoś, ale co się będę wtrącać.

I internet kładą na polach.

Cóż, widać rzepak i ziemniaki też mają telefony!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zając Powielkanocny… została wyłączona

Pan Tealight i List szukający…

„Widzicie, zwykle mają listonoszy, wszelaką pomoc, kogoś, kto odczyta, kto doprowadzi, wrzuci do skrzynki, czy wręczy i doręczy i no wiecie, jak to z pocztą drzewiej bywało, wciąż są tacy, co listy piszą…

I są one napisane.

Ten szukał Wiedźmy Wrony Pożartej.

Szukał jej wszędzie. Miał adres, ale jakoś tak… bo widzicie, on nie umiał czytać, a nikt nie narysował na kopercie mapki jakiejś, czy jak domek wygląda, skrzynka pocztowa i tak dalej. No wiecie… wskazówek nie miał. Wiedział jak ona wygląda, ale ulice były dziwnie puste, może kilka samochodów go minęło, ale jak niewielki list, polegający na wiatru powiewach i takich tam, miał, wiecie…

Wzlecieć wyżej?

Podglądać?

Zresztą, czas się przyznać.

On nie był raczej z tych, co podglądają. Naprawdę. Wolał jak to na niego patrzyli, jak ktoś się z jego przybycia cieszył, jak czytał, dotykał, macał, zastanawiał się z onym oczekiwaniem i niepokojem, co jest w środku…

Ale sam, żeby tak robić.

Nie.

Ale jednak jakoś musiał ją znaleźć… miał w sobie nie tylko kartkę i słowa, ale przede wszystkim ważne dodatki… i coraz mniej czasu. Bo przecież… bez ludzi listy powoli znikają. Zasypiają, a jak śnią, rozsypują się w popiół, który potem zbierają stokrotki zimowe, te najsilniejsze…

Musiał się spieszyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W święta policja znalazła wiadomo…

Zająca wielkanocnego przebranego oczywiście za królika.

Od razu wzięli go na dołek. I ino o wodzie i sałacie… go. Bo wiecie, nie dość, że rąbany wirus, to jeszcze pierun wie, czy on nie jest przebrany bardziej. Albo mutant jakiś? Nie no, mutant to na pewno, wielki taki, kosmicznie ogromny, dużo pasztetu by było czy coś… Ale, ponieważ czasy są jakie są, gliniarze uznali, że widać gość przyjął social distansing trochę za nadto, no i zaczęły się poszukiwania rodziny onego uszatka. Bo te uszy to seryjnie mega ma!!! Zauważalne.

Niestety…

Zgłosiła się cała masa ludzi, co okazało się mocno podejrzane. No wiecie, jeden zając tyle rodzin, no ale po dłuższych poszukiwaniach, przepytywaniach klientów żądnych świeżego mięska okazało się, iż aresztant zwie się, bo wiecie, dotąd się nie przedstawił, no kurna, mimo sałaty, marnego w końcu żarcia, nie chciał gadać… a widać nie mieli sił go jakoś mocniej przydusić…

… z ziołami na przykład…

… więc, Tommy Kaninus Maximus Langore… no wiecie, w końcu znalazł swoją rodzinę. Bo choć zgłosiło się po niego wielu, to familia oczywiście jedyna. Radosny powrót do domu, choć kto to tam wie? Może go w końcu skonsumowali, czy coś?

Nie wiadomo…

Ale historia urokliwa. No weźcie sami pomyślcie. Wielki Czwartek, czy Piątek, w dzisiejszych czasach, to człek nawet nie wie co to jest… znaczy co za dzień tygodnia, no i taki pluszak w areszcie.

Uroczy świat!!!

Łódki na skałach.

Są nowe, są super i są niewidoczne.

No wiecie…

… ogólnie mówiąc polecam spacer na Hammersholm, ale błagam, nie pląsajcie po skałach. To, co podziało się w ciągu kilku ostatnich lat uświadamia nam, jak ważne jest jednak zakrywanie onych rytów.

Znikają w zastraszającym tempie.

No ale, znaleźli w końcu, czy też raczej odkryli miejsce, które podejrzewałam o istenieni rytów od kilku lat. Zresztą, z mózgiem muszki owocówki byście znaleźli… problem? No niestety, ale same ryty są bardzo słabo widoczne. Właściwie w ogóle, ale ponieważ na razie wciąż jeszcze trwa mycie skały, to malowanie może będzie kiedyś, a może… no właśnie… cały Hammersholm chcą przemienić na jakiś pokręcony deptak, potworzyli takie kółeczka, na których można sobie postać, usiąść, nie wiem co tam, porobili nowe ścieżynki, ale znaków już nie… no i same kamieniołomy, pozotsałości, wszelakie dziury, są zwyczjnie nieoznaczone, więc…

… uważajcie.

Po drugie, naprawdę nie mam pojęcia po kiego one kółka, jak właściwie żadnych rytów nie widać. Gdzieś zniknęły niektóre tabliczki, inne zwyczajnie są już dawno nieaktualne. No i tak szczerze, to kogo to obchodzi? Nie wiem… miejsce na spacer szczerze czadowe, widoki piękne, szczególnie teraz, gdy łapie się człek na ostatnie kwitnące drzewa, gdy zieleń już wkracza, biały dywan dookoła, zawilce dają czadu…

Pięknie po prostu.

Ale ja chcę ino archeologii!!!

No dobra, nie do końca prawda, zawilce też ważne, to po trzecie, bo przecież zawsze musi być trzy… LOL Zdjęcia zrobione. Trzeba i je upamiętnić, bo podobnie jak ryty i one zawilcowe pola, i one znikają coraz częściej. Coś je wypiera, coś niszczy, nie wiem, coś im wyraźnie nie sprzyja.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i List szukający… została wyłączona

Pan Tealight i Polecony…

„Czekała na niego.

Oj czekała.

Tak długo, tak mocno.

A on, a on… on nie przychodził. Jakby o niej zapomniał, a może pomylił adresy i osiadł w czyjejś zapomnianej skrzynce, no i marzł i źle się czuł, i jeszcze na dodatek myślał sobie, że to ona… właśnie ona o nim zapomniała, nie zaglądała do skrzynki, nie sprawdzała, nie czekała…

Ona.

No przecież mogło tak być!

Mogło…

A co, jeśli było? W której skrzynce miała szukać? Co miała zrobić? Jak go odnaleźć… jeżeli nadawcy nie miał, bo sam siebie wysłał i zawsze się tak wysyłał, jak tylko gdzieś się zagubiał, zawsze, ale tym razem…

Spóźniał się.

A tak na niego czekała.

Przygotowała ciasteczka nawet, wiecie, takie papierowe z literkami, zdobione znaczkiem, oczywiście na serwetce z tytułem nadania… jak zawsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra…

Święta…

Nie wiem, czy kogokolwiek jeszcze one obchodziły/obchodzą. Naprawdę. Ludzie mają inne problemy. Wsio się zmienia, wali… i zaczynam wierzyć w ten niesławnym film reżysera, którego imienia nigdy nie umiem dobrze napisać, „Zdarzenie/The Happening”. Bo to właśnie drzew starciliśmy ostatnio wiele. I przez idiotów i przez wiatr. Jakby on chciał nas za coś ukarać. Ale…

Lurna, czemu nie.

Ja sadzę.

Kilka dni temu wykończyłam się przekopując ogród, siejąc, a potem wysadzając choineczki i podkradzone gałązki wierzby, które puściły mi ładnie korzonki w wodzie. Może by się dało podkraść więcej? W końcu i tak je spalą, więc… no kurde no, dajcie mi więcej, ja pokocham i zrobię z nich drzewka!!!

Kocham drzewka.

Kocham przeraźliwie.

I szlag mnie trafia jak się je wycina bez sadzenia nowych, wycina na potęgę, bo widok, bo może ktoś się wybuduje, choć jest zakaz przecież, a potem się dziwią, że ziemia spływa, skały spadają… susza jebana nas dojeżdża. No ludzie, więcej pomyślunku… a co jeśli ten virus to zemsta drzew?

Ja bym się mściła.

Ale ja baba jestem.

No ale… wiosna przyszła.

Chyba, bo temperatury znowu mają spaść na chwilę.

Ale podobno nie będzie już przymrozków, no cóż, zobaczymy. Nie chcę stracić moich roślinek, potrzebuję ich więcej. Potrzebuję obsiać i obsadzić sporo ziemi. Naprawdę. Sporo!!! I to na wczoraj!!! LOL

Sorry, nie jestem cierpliwa.

Chcę by to rosło, by żyło, kwitło czy nie, w zależności, wiecie, od preferencji onej roślinności. Chcę… naprawdę. Bo przecież co nam szkodzi. Co szkodzi znowu mieć powietrze, którym daje się kurna oddychać.

No ludzie!!!

Szczególnie ci zachwycający się teraz widokami, bo smog się zmniejszył.

Pomyślcie dlaczego.

No ale, święta. Jak na razie mamy wszelakie dziwne wystawki w miastach, one piórka, których najwięcej znajdziecie w Szwecji, no i jakieś tam drewniane króliczki. Są na Wyspie wariaci, którzy chcę umieścić na niej one kolorowe, dziwaczne, gigantyczne napisy i inne śmieci dla Turyścizny, wiecie, te co to podobno Instagramerów przyciągają, ale po co, po kiego, czy natura nam nie starczy. Piękna, miejscami dzika, niesamowita, bizony nawet mamy, czemu to nie wystarczy? Dlaczego potrzeba plastiku i wiecie, onej chińszczyzny…

Instagramerzy…

… też jestem jednym z nich, znaczy mam Insta i to nawet dwa Bearfrombornholm1 i BornholmDifferent. Mam 4 blogi, Youtube nawet!!!

Rany Julek, kurna, influencer ze mnie…

Nie, biedny człek, co się stara, ale mu nie wychodzi.

Nawet gówno.

Bo widzicie, z niektórymi tak jest, że zarabianie, to zwyczajnie nie ich konik. Co gorsza, oddają się za darmo. Nosz przecież byłabym idealną dziwką, ale wiecie, raczej już wiek nie ten. I nie… nie jest to nawet zabawne…

Ale w tych czasach, co jest?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Polecony… została wyłączona

Pan Tealight i Misja…

„No więc wiecie, wybrały się na misję.

Nie no, przygotowane i tak dalej, ale wiecie, tak trochę wyglądające, jakby im pierdyknęło coś dziwnego we łbach. Ale też czasy są takie, a nie inne, więc co się im dziwić. Nikt się nie dziwił. Zwyczajnie tylko postanowili to zaakceptować, pomogli w pakowaniu, zrobili kanapki i herbatę w termosie, ktoś tam nawet pozbył się lekko zleżałych cukierków, no cóż, cukier potrzebny w drodze…

Machali.

Poleciało łez kilka.

Ktoś nawet wyciągnął jakiś taki transparencik i flagi były, no ale flagi, to wiecie, zawsze być muszą. Szczególnie tutaj. Ktoś coś zanucił, ktoś nawet poemacik złożył, bo dlaczego nie, poleciał lekkim freestylem… a potem, gdy im zniknęły za rogiem Domostwa, to wiecie, popatrzyli na siebie i wrócili.

Do swoich zadań.

Świat był dziwaczny, przesiąknięty strachem i zaczęli wątpić w to, po co one w ogóle się wybrały gdziekolwiek? Jaki to miało sens? Jakie miały być tego konsekwencje i tak dalej, więc wiecie… zaczęli się martwić nagle. Zaczęli kombinować, że może, że naprawdę… a potem ktoś w drzwi zastukał i były z powortem.

Okazało się, że ino na misję poszukania niebieskich anemonerów się wybrały, a że znalazły dwa zaraz przy drodze, to wróciły.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Saltuna.

Znowu na sprzedaż.

Nie wiem, ale tak wiele domów ciągle i ciągle wraca na rynek nieruchomości. Jakby… nie mogły się przywiązać do człowieka, albo zwyczajnie, wiecie, robili nas w balona. Bo czasem robią, by podbić cenę, by zwrócić uwagę szukających domu, by jakoś tak, zanęcić, rzucić przynętę…

Od czasu, gdy człek w końcu kupił dom, nasz pierwszy i cudowny, no dobra, pewno, że wciąż w nim masa roboty, ale jednak, kochany, cudowny. I ta przestrzeń. Wciąż nie możemy się przyzwyczaić do tego, co dla wielu jest normalnością. Wiecie, ogród, podjazd, sypialnia i mały pokoik, który zamieniliśmy w szafę.

No i łazienka.

Z wanną, coś, co nieczęsto się spotyka na Wyspie, szczególnie w starszych domach, pamiętajcie, że natkniecie się na malutkie, miniaturowe łazieneczki, jakby ludzie, nie wiem, nie spędzali tam czasu? Ja tam lubię sobie posiedzieć w łazience… i ta akustyka. No i wiecie, prywatność, czasem człowiek lubi. Czasem człowiek musi pobyć sam ze sobą, chociażby podczas dłuższego prysznica, bo wanna, to wiecie, ja raz, dwa razy w roku może w nią wejdę, no nie…

… kłamię, codziennie, jak przecieram okno.

LOL

No co… to jednak łazienka.

No i jeszcze jedna sprawa, każdy dom posiada bryggersa, czyli miejsce ogrodowo pralniowe i wszelaką przechowanię. To tutaj zostawiacie rzeczy świąteczne, pudełka, które mogą się przydać i jeszcze niezużytą farbę. I oczywiście doniczki pod zlewem, bo zlew być musi i pralka. To w końcu głównie pralnia, ale zawsze z onym bocznym wyjściem, najczęściej do ogrodu, aczkolwiek… jeśli nie do ogrodu, to bardzo często ludzie uznają je za drzwi, w które należy zapukać.

Nie rozumiem…

Kompleks służby, czy co?

Ale Saltuna.

Podobnie jak Listed jakoś ludzie przejeżdżają, ale nie zatrzymają się. Czasem śmierdzi, dobra, czasem często, a domy na sprzedaż znajdziecie tutaj równie często, podobnie jak dwa strumienie i kamienistą plażę, może nie do kąpieli, bo płytko, ale jednak bardzo sympatyczne miejsce.

I fajne kamienie.

Ale to, co warto tutaj obejrzeć, to architektura.

Kapitalne domki.

Młodsze i starsze, rozmaita architektura, do tego oczywiście Hvide Hus i jeszcze ten ogród, którego wciąż nie obejrzałam. Warto się tutaj zatrzymać i popatrzeć. Na oną powolność. Typową villagowość. Ale jednak taką bardziej wiecie, letnią. Bo co jak co, ale większość domów tutaj to sommerhusy.

I tyle.

Ale są tu i tacy, co mieszkają cay rok. I się im nie dziwię, bo życie w Hvide Husie musi być niesamowite. I ta ścieżka nadmorska, którą można dotrzeć do nawet Svaneke… naprawdę warto się nią zainteresować. Tak, nie jest dla rowerów i jest raczej dla tych co się nie boją ubrudzić i nie polecam jej latem, bo miejscami napad robali może być za bardzo overwhelming.

Naprawdę.

No i te roślinki.

Naprawdę, szczerze, poszukajcie ścieżek na Wyspie, bo nawet w samym Gudhjem jest ich kilka, ukrytych, czarownych, niczym magiczne ogrody.

Naprawdę warto chodzić…

I choć Saltuna lekko się podniszczyła, idioci wycięli drzewa, potem wiatry się wkurzyły i powaliły wielkie dwa, zniknęła cudowna, magiczna kapliczka pogańska… no cóż, wibracje się tam zmieniają… szkoda.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Misja… została wyłączona

Pan Tealight i Całuśny Buziaczek Mordercy…

„No dobra, to przyszedł, mówi, że zlecenie ma na Wiedźmę Wronę, że wie, która to, ale go żałość wzięła, więc przyszedł by mu pomogli coś z tym zrobić. Może jakaś taka lekka śmierć, a może jednak jakiś wybór?

Wyjście inne?

Może?

No więc, ponieważ czasy nastały takie, że zapanowała ona Wielka Plaga, więc wiecie, w Sklepiku się nagle bardziej jeszcze interesująco zrobiło. Jedni nie wychodzili, inni się chowali, jeszcze inni byli sobą, ale serio nie można było stwierdzić, czy tak zawsze było, czy teraz są inni, rąbani introwertycy…

… a jak ofiara przyszła sama.

Cóż, najpierw zmienili go w parę śmierdzących skarpet w odcieniu morskiej bieli, pianki grzywaczy ogromniastych, ale z deseniem w brukselki fioletowe. Serio, mogli tak, więc to zrobili, a potem, po prostu pożałowali samych siebie, smród był mega… więc szybko odmienili gościa i zrobili z niego stoli z serwetą, a pod nim wiecie, taką folią, no rąbana cerata jak z lat zaprzeszłych wieku poprzedniego! I to jeszcze w takie fikuśne, ale i szpetne zarazem bukieciki i krateczkę…

Co za dużo to niezdrowo.

A potem, potem były eksperymenty wszelakie, no i wszelakie pomysły i jeszcze masa niewykorzystanych wizji i… naprawdę, bardzo, ale to bardzo wiele, ale jakoś tak… się im znudziło.

I zaczęli się zastanawiać, jak by to było…

Ale potem coś im w mózgach pyknęło, gwiazda spadła z nieba i zapomnieli o skopku drewnianym pełnym truskawkowego mleka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Miasteczko Midnight” – … autorkę znam. No bez urazy, ale kto lubiący te klimaty, nie zna, jeśli uwiebia one ponadnaturalne momenty, rytmy i różne takie… więc ryzykuję.

Książka wydana przepięknie, twarda okładka, ciemniejszy papier. Piękność po prostu. Problem… cienka. Już wiem, że na krótko starczy, ale jednak, w końcu ją biorę i zakochuję się w miasteczku. Miejscu, gdzie każdy skrywa tajemnicę, i chociaż jakoś tak nietrudno ci część z nich odkryć, to jednak sporo z nich może cię zaskoczyć. Bo widzicie, oni mimo iż wierzą i wiedzą, to jednak wciąż są jakoś tak ludźmi. No, przynajmniej co poniektórzy. LOL Ludźmi z umiejętnościami.

Książka napisana zwyczajowym, lekko humorystycznym tonem, ale też zawierająca jak zwykle przesłania dotyczące człowieczeństwa, przyjaźni, linii między dobrem a złem, ale i drastycznych wyborów, które często mogą uratować wielu… choć przyniosą wyrzuty sumienia, to jednak…

Niewielka opowieść, mam nadzieję na ciąg dalszy, bo takie oderwanie się do magiczności wszelakiej naprawdę jest potrzebne. Nie tylko teraz.

Zawsze.

Ninja.

Seryjnie!!!

Ale wodny taki. LOL

Wlazłam w końcu na molo w Snogebæku, jakoś tak po raz pierwszy od dnia, w którym go otworzyli i wiecie co… nosz od ludzi się nie można było opędzić. Ja nie wiem, ale widać większość to ma czas na spacery w każdy dzień i o każdej porze. Niby to rozumiem, ale jednak… czy starsza pani z balkonikiem powinna posuwać się pośród tłumu? Widać było, że do niej przyjechali…

No nic.

Człek się odsuwa, odsuwa i odsuwa i jakoś tak po prostu nage znajduje się prawie w wodzie. A dokładniej nad nią, bo przecież ten port tutaj płyciutki, woda czysta, szmaragdowa i niebieska w odcieniach takich, że aż chce się ją jeść łyżeczkami, albo i tak zwyczajnie łapami, walić wszystko… piękna taka, względnie spokojna, patrzy se na panoramę Nexoe i co widzi… no ninjego.

Seryjnie.

Koleś stoi kawał drogi w morze, bo wiadomo płycizna, w czarnym, eleganckim na maksa ubranku, lekko zalatującym bondydżami i takimi tam… lateks jak nic, do tego ma kapturek, na plecach dziwna konstrukcja, macza sznurek w wodzie, bo kijek ledwo mu widać, takiego cienkiego miał!!!

Seryjnie!!!

Jak nie wierzycie, możecie sprawdzić, może wciąż stoi? Bo w końcu co ma robić, wsio do sierpnia odwołane łącznie z trollingiem, Sol over Gudhjem i innymi zabawami. Gromadzenie się ino do 10 osób, a reszta…

Hmmm, no mieli powiedzieć w maju, ale…

… ale coś im się wymsknęło kilka dni temu.

Dzieciaki w wodzie, postanowienia rządowe w narodzie…

No po prostu maniana, więc wleźcie może do mojego sklepu, zapraszam, bo bida puka do drzwi, to trza kombinować, a bluzy, kubka, czy tobry zawsze mało https://teespring.com/stores/chepcher-jones-2. LOL Polecamy też Miśka, bo on śmieszniejszy.https://teespring.com/stores/bear-from-bornholm Wzorów będzie więcej, jak będzie zainteresowanie, wiecie jak to jest.

Ale wracamy do wieści.

Otóż dzieci do 6 klasy mają wrócić do szkół, reszta na razie uczy się w domu, egzaminów nie będzie liczą się oceny końcowe, no kurna jak w Hogwarcie jak Voldemorta napierdalali. Może to ten sam wymiar, kto to wie… no ale… dzieci do przedszkoli wracają oczywiście też, bo przecież…

I teraz wyobraźcie to sobie. Z jednej strony dorośli pozbywają się pociech, z drugiej nauczyciele i opiekunki zarażają się i idzieci, a ostatnie wyniki zachorowań nieletnich nie napawają optymizmem. A nawet jeśli tylko to rozniosą do domu i znajomych, w autobusie, babci, sklepie…

Jesteśmy w zadku jak nic.

Granice zamknięte. W maju nowe wiadomości. W sklepach lekko cienko z towarem, ale wciąż nie wiem czy to zwyczajność nasza, czy jednak coś więcej. Pola cuchną czymś, co trudno nazwać naturalnym nawozem i tyle…

Ale zawilce kwitną w końcu pięknie.

Przylaszczki, kokorycze i tak dalej.

Wiosna zmienia się w lato od razu, ale biorąc pod uwagę, że nie mieliśmy zimy, więc można uznać, iż wiosna była od stycznia, a teraz startuje lato. Dzieciaki już pływają w morzu, więc… trudno im się dziwić. Sama chyba se załaduję taką kąpiel. Wiecie, ku odporności umysłowej, bo na resztę za późno… Gudhjem połyskuje w onej całej słoneczności, ale pustki sa widoczne. Daje się też spostrzec jakichś dziwnych osobników, którzy w jakichś sposób przemknęli się przez granice.

Hmmm… wiecie, są lepsi i lepsiejsi.

Jak zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Całuśny Buziaczek Mordercy… została wyłączona

Pan Tealight i Żabanton…

„No stał przy drodze.

Nie no, na żadnej jednej nodze, nie… chyba stał na dwóch, odwrócony onym ogoniastym tyłkiem i… chyba tylko stał. Nie żeby coś robił, czy może zamyślał, szykował się jakoś, albo, no wiecie, właściwie już był prawie przy tym, ona myśl w nim już zdrewniała… ale żadnego od dwóch lat Wiedźma Wrona Pożarta nie wiedziała, więc od razu, że Żabanton, że może, że wróżba…

Obśmiali ją, ale tak bardzo dyskretnie, bo wiecie, ona raczej wrażliwa jest i takie tam, może wieczorem też bez wyrzutów sumienia zdzielić przez łeb, niby że przypadkiem, pamiętliwa bardziej niż stado wielkich, starych słonic!!!

… ale no stał…

I następnego dnia też stał.

Już nie pamiętano czy po tej samej, czy innej stronie, ale jednak kurna, jakiś taki był nieruchawy, więc zaczęli sprawdzać, no wiecie, zaintrygowani jego postępowaniem, bo jakoś inne żabantony, żabancice i inne takie w tym stylu, to się ruszały. Mocno i bardzo widowiskowo, czasem z piór łopotem, można było wtedy fajnych uzbierać i krzykiem, wrzaskiem, darciem się wszelakim…

A ten ino stał.

I stał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Snogebæk.

Słoneczny dzień.

Nocami wciąż zimno, ale w ciągu dnia wali słońce i susza nas dobija. Dziwne, duszne powietrze jakoś tak przytłacza, a pola walą gównem i chemią wszelaką. Oj nie, w tym roku serio sobie nie żałują onych specyfików. Widać po kolorach pól, dziwnych, nienaturalnych. Widać… czuć.

Ale raz w tygodniu człek musi uzupełnić zapasy i sorry, ale przecena na masło jest, a ceny u nas tak horrendalne, że naprawdę trzeba się pilnować. Tutaj nie ma zakupów gdy się chce, tu się je robi, jak jest wyprzedaż i tyle. Szczególnie teraz. A masło po 10 koron to po prostu tanioszka… jak człek przeliczy na polskie, to chyba drogo wychodzi, ale… ale kurnde, w Szwecji byłoby taniej…

Dlatego opłaca się mieszkać w Szwecji, a pracować w Danii.

Jakbyście mieli taką możliwość, to podrzucam, że pomysł dobry.

Ale człowiek może sobie ino na Szwecję popatrzeć z brzegu i tyle. Nic poza tym. No i na Christiansoe, unoszące się nad horyzontem niczym latające miasto z wieżyczkami, onym całym uundurowaniem murowym…

Zamknięte…

Niedostępne.

Czy naprawdę otworzą nas po świętach? Serio… chyba przestaję w to wierzyć, bo przecież większość krajów już przedłużyła czas zamknięcia do maja, więc… czyżby Dania miała przyłączyć się do Szwecji?

Hmmm…

Nie wiem, jakoś tego nie widzę.

Ale miał być Snogebæk.

No i jest.

Pusty.

Co gorsza, coś się tutaj zmieniło… i znowu dygresja… na Wyspie pojawiło się kika koszmarków architektonicznych. Jeden, to wielka, czarna szopa w Listed. Wielka, gigantyczna, koszmarna, która stoi na malej działeczce, gdzie niegdyś tak pięknie kwitły tulipany i jeszcze ine dzikie kwiaty… która była taką odskocznią, miejscem, gdzie żywiły się elfy i wróżki urządzały sabaty.

A tak, one też się sabacą.

Oczywiście, że ludzie się burzyli, że przecież to zrąbie całą architekturę uliczki, zresztą, naprawdę ślicznej, malowniczej wioseczki… mieszkałam tam przecież kilka lat. No i co, nic z tego. Pamiętajcie, że w Danii zawsze włada ten, co ma kasę. Ten może wszystko. Kompletnie wszystko. Widać i jeden z nich skołował sobie miejsce tuż obok onych starych domków rybackich, tuż zaraz koło restauracji, między wodą, a kolorami postawili wielką, naprawdę wielką, drewnianą szopę.

Gigantyczną.

Może i rzeczywiście będzie to coś na łodzie ratunkowe, może i nawet kurna Szpital Najświętszej Havfrue tam stanie, ale sam widok… przytłacza, psuje tę ulotną urokliwość, oną pustkę nawet… bo pusto jest przecież…

Pusto…

Dwie osoby w oddali coś jedzą na ławecze…

A w wodnej oddali stoi ninja… ale o nim za dwa dni. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żabanton… została wyłączona

Pan Tealight i Jeździec Przedpokalipsy…

„Widzicie, a był i taki…

… niby ci główni byli najważniejsi, a przynajmniej i im i ludzinie wszelakiej tak się zdawało, bo to wiecie, taki ciekawy numerek, no i opisy, łatwiej zapamiętać, a zresztą i Zwiastun i Sprzątacz… no co w nich ciekawego.

Ale jednak niektórzy wiedzieli o tym, który przybywał Przed i tym, który zaglądał Po… i oddawali im cześć.

Nie byli zakonem, ni nawet nie określali się jako zgromadzenie, ale wiedzieli kim są, po co się narodzili, no i dlaczego wciąż ich coś świerzbi między łopatkami. Strasznie też ciągnęło ich ku sztuce rzeźbienia w kości, zbieraniu śmieci, wirusologii oraz ostrym przedmiotom. No i… mieli długie włosy.

Wiecie… nie zawsze własne, ale je nosili…

Niekoniecznie na głowie… dlatego tak trudno było ich odróżnić od tych, wiecie, którzy pozostawali w onym słodkim zaprzeczeniu…

Słodkie zaprzeczenie na pewno było lepsze od tych ich obrzędów. No serio, jak zaprosili Wiedźmę Wronę Pożartą, to w pewnym momencie tak się opluła ze śmiechu, że aż Pan Tealight musiał udawać, że chora jest, uczulona, no i że ona piana buchająca jej z nosa to ino ta herbatka, którą podali, a którą przecież wylała na ziemię. Bo bez urazy, ale nie przyjmuje się naparów wątpliwych od nieznajomych.

Serio.

Szczególnie jeśli jeden coś dodaje do kociołka z flaszki z czaszkami…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra.

Folkemødeta nie będzie, Christiansø zamknięte…

Zimno i wieje.

To tak w skrócie. Żeby nie było, tak, oczywiście, że możemy wyjść na plażę czy do lasu, ale, pamiętajcie, że Wyspa to miejsce czysto turystyczne. Od dawna już nie rybackie, to zresztą też było przecież odwołane. No i ryb łowić nie wolno przecież, bo ekologia i takie tam, wciąż nie wiedzą, czy jeść foki, czy nie…

Jak tak dalej pójdzie, to pewno i to trzeba będzie uregulować, bo przecież… bo przecież w pewnym sensie, w pewnym sensie, to jakoś takoś, wszystko… jakoś takoś ciche jest i puste. I jeszcze… dziwnie w końu znajome i wiecie co, ludziom się podoba. W końcu po to tutaj mieszkamy, wielu tutaj dlatego zostało inni się przenieśli, a ostatni rok i całe te naloty Turyścizny naprawdę rozjechały wielu psyche, więc…

… więc problem jest taki, że ludziom się to podoba.

Tak, mają dość strachu i choroby, ale odosobnienie wielu się podoba… i jeszcze więksa ilość ucieszyła się z braku właśnie onego folkowego święta. I tutaj pies pogrzebany. A tak. Bo nagle się Burmistrzyni odezwała, chociaż wiecie, no sorry, ale jakoś pouczać ludzi w dobie zarazy, serio, i to tych grzecznych wszelako… no więc wyzwała nas w słowach nie do końca przyjemnych o tym, że odpychamy od Wyspy tych, co tu mają sommerhusy, że Turyścizna musi wrócić blah blah blah…

To, że ludzie pracują z domów, inni znowu siedzą w nich, zachowują odstęp i tak dalej i tak dalej… coś, za co byli już wychwalani, choć święci nie są, bez urazy, ale… teraz nagle są nieprzyjaźni? Bo nie chcą zarażonych na paske?

Bo kurna wielce się oni teraz obrazili i tak dalej…

No więc dobra, nie, większość ludzi nie chce. Dlaczego? Ponieważ nam zabrania się podróżować. No dobra, grzecznie odradza, ale przyjemne toto nie jest. Wszyscy wiedzą, że to zawsze gigantyczne ryzyko. A przynieść to tutaj, na Wyspę pełną ludzi starszych i słabych… to już zwyczajne ludobójstwo.

No i super…

Nagle się okazuje, że Królowa odradzająca podróżowanie na święta i tak dalej, to jakaś pomyłka? Serio? Listonosz rzuca moje paczki i ucieka, trzymamm je w kwarantannie, a potem… dopiero otwieram. Spokojnie. Pogoda jest taka, że można. Że można żyć, wyjść do ogródka i nawet na spacer…

Można.

Ale wyobraźcie sobie teraz mnogość ludzizny z daleka przybywającą tutaj. Przecież oni nie będą siedzieli w tych swoich chatkach, nie. Będą łazić i rozsiewać cokolwiek ze sobą przywloką. Nie ma innej opcji, więc po kiego my w ogóle robimy to wszystko? Po co? Jeśli nagle się okazuje, iż przez to jesteśmy NIEMILI?!!!

Wiadomo, że Winni jest na wylocie.

Ludzie pamiętają jakie cyrki odstawiała na Facebooku po tym, jak jej wszyscy nie lizali po piętach i nie wszyscy na nią głosowali. Pamiętają jak się obraziła, jak ścięła drzewo, jak wyzwała nas od idiotów i ignorantów… pamiętają. Jej odezwa, którą możecie znaleźć w internecie przetłumaczoną na angielski, jest…

Sprzeczna?

Bo kurna jeśli się nie ruszać, to nie ruszać!!!

Wszyscy.

A nie, że nagle zwali się na Wyspę tona ludzi. I co, zakupy, spacery, szał ciał i uprzęży? No dobra, niektóre miejsca są otwarte, maksymalnie 2 osoby w środku… myślicie, że naprawdę będą tego przestrzegać? Nie… bo przecież będą na jebanym urlopie, wakacjach!!! Będą mieli to gdzieś.

I tyle.

Nie wiem… ale Wyspa bez Turyścizny jest taka normalna.

I wszystkim się podoba. Tylko poczty chcą i normalności życiowej jakiejś… nie oszukujmy się, turystyczność w dzisiejszych czasach to raczej brutalna, bezwzględna i wredna siła. I tak, są wyjątki.

Ale ich niewiele.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jeździec Przedpokalipsy… została wyłączona