„Tak ich opadła nagle… jakaś dziwna, inna, bardziej niespokojna, bardziej wyrazista. Bardziej bardziej… bardziej niż zwykle, bo przecież mgły miewali, mgły szanowali, wykorzystywali je, czasem kroili niczym torty, czasem zwijali w ruloniki i palili skręty mgielne, a czasem…
No tak, o tym może lepiej nie mówić?
Widziecie, cała niespójność była w tym, iż mieli mgły, miewali je, znaczy nie niczym jakaś wstydliwą przypadłość, ale raczej jak coś przyjaznego i cudownie odświeżającego, coś intrygująco nowego, chociaż wszelako raczej powtarzalnego i jeszcze, jeszcze naturalnego, a jednak, jakoś tak, wciąż… te mgły były zawsze powodem do świętowania, ale ta… ta opadła na nich nagle.
I tym razem nie było świetowania.
I tym razem nie było jedzenia.
I tym razem…
Może nie było inaczej, tak, to też trochę niespójne myślenie, bo przecież mgła wyglądała jak zwykle, jednak nie był to zimny i wilgotny, letni havgus, a raczej jakaś taka londyńska maź, której… nie wiedzieli kto jej dał papiery. Nie wiedzieli, kto ją tutaj wpuścił i czy w ogóle była na legalu?
Ale być była.
Gęsta i miałka… mączysta…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Deszcz…
Nagły, dziwny dźwięk, jakby dach polewali ze strażackich wozów.
Jakby naprawdę niebo spadało nam na głowy, czy coś w ten deseń… tak było 28go. A potem ino ciepło i dziwnie wilgotnie w powietrzu i jeszcze to zmęczenie, jakieś spowolnienie, ale… wróćmy do onego dnia deszczowego… padało rano, w okolicach 7ej było ono urwanie chmury, a już o 8ej pojawił się koleś wypalać roślinki w chodniku. Nadal tego nie rzoumiem, weźmy, po prostu nie myślmy o tym jak bardzo to idiotyczne, ale niech mnie ktoś oświetli… jak…
Po co?
Dlaczego?
Gospodarka żarowa? Serio… schyl się i wyplew to, a nie próbujesz to podgrzać… i tak zostanie, i tak wciąż tu będzie i co z tego? Tak szczerze? Co to komu przeszkadza ten jeden czy dwa chwasty… i tak wciąż susza, więc nie ma co dobijać wszystkiego i wszystkich. A dźwięk tego urządzenia… jeśli przez przypadek oglądaliście odcinek Młodego Indiany Jonesa I WŚ, to wiecie…
Te plujące ogniem bestie.
Bez urazy, ale mnie to lekko mocno wciąż nurtuje.
Jak tak można, w ekologicznym świecie?

Ale padało.
Oj pięknie popadało… szkoda, że krótko.
Ale… nie płaczmy nad minionym deszczem. Ważne, że było, trochę się ochłodziło, potem znowu ciepło, potem, no wiecie, jednak lato, ale lato takie trochę jak drzewiej bywało. Wiecie, niby na plaży patelnia, a w lesie w cieniu trza jednak się otulić sweterkiem i tak dalej. Kiedyś Wyspa nazywana była przez Chowańca miejscem z klimą. Teraz cierpi jak wszyscy inni. Chociaż…
No dobra, wiadomo, u nas przymus posiadania varmepumpe jest przymusowy, więc jest opcja chłodzenia też, ale to jakoś tak dziwnie jest. To powietrze nie takie, ale wiadomo, jak żar z nieba, to jednak człek ma gdzieś. Ma gdzieś, że szumi, że nie pachnie jak w lesie, jednak nie marudzi…
Byle ino chłodniej!!!
Tak sobie czasem myślę, co ci ludzie uznający piekło za zło, a przecież tam tak raczej ciepło, myślą określając palące Malediwy rajem? No przecież gorąc tam straszliwy! A to, że można do wody wejść na chwilę i rekin moż kogoś przeżuć lekko? No wiecie, jednak to jakoś nie tak… Nie rozumiem was ludzie. Na wakacje koniecznie w tak zwane ciepłe kraje, ae do piekła to nie?
Czy to ta smoła?
Nie wiem…
No ale… lipiec. Ja pierdziele, co to się dzieje z tym czasem?































