Pan Tealight i Gekonu…

„No dobra…

… tak naprawdę nie do końca byli pewni tego zaszufladkowania, no wiecie, te nazwy, one gatunki, czasem przecież mutacje tak poszalały, iż wszelako nie mogło się do końca, nie można było, dziwnie nie wypadało, albo i wpadało, wiadomo, co jak co, ale kulturka… a i z jakąś tam grzecznością niektórzy chcieli wciąż być za pan i za brat i za siostrę… i powiedzieć: proszę pani… albo pana. Jedno lub drugie. Widzicie oną wielką osobę, z wąsem, a do tego długie, kręcone włosy, pełny makijaż i wszelaka, popierdzielona czerwień strażacka na ustach.

Straszna!

No i paseczkowe, z dodatkiem łańcuszków w spłowiałym złocie, oczywiście fioletowe szpilki, oczywiście z odkrytym palcem i grubymi rajstopami, w których mimo reklam jednak poleciało niejedno oczko, jakby składały się tylko z tych oczek, jakby tak miało być… dziwna, artystyczna manifestacja czegoś, co ma zasłaniać grube włosy na nogach, bo się nie chciało ich usunąć. Ale przecież grube rajstopy miały maskować wszystko i mówić, krzyczeć: jestem kobietą!

Może i wodą i ogniem i były Ewą, ale…

Co tam.

… no więc sprawa była taka, iż z jednego wypadów do miasta Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wróciła z żółtym żabojazczurem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciepło, coraz cieplej…

Oto i lato, czas szczęśliwości i tak dalej. Ludzie się wakacjują, czy co tam robią… chyba nie do końca wiem, jak teraz ludzkość żyje i wygląda. Szczerze. Po prostu nie wiem. Nie mam znajomych, a jak już, to siedzą po drugiej stronie ekranu i nie wiem czy piszczą, nie wiem czy wciąż są wgapienie w swoje maszyny, czy mają te dziwne zegarki, czy oddziaływują na nich reklamy…

Nie wiem.

I chyba mnie to nie interesuje, a raczej, dokładniej, zwyczajnie tak się żyje łatwiej. Nikt cię nie ocenia, znaczy ocenia, jak najbardziej, ale mi tego nie powie. Nie wypomną mi braku dzieci, w końcu można też odłączyć social media. Naprawdę. I wtedy jesteś ty i przyroda. Ona przyroda domowa i ogrodowa i okoliczna, ile się da. Jak się da. Można pójść tu i tam, można też… w końcu popływać.

Można.

Wrona właśnie wylądowała na poręczy tarasu i moczy starą bułkę w wodzie. Po niej przyleciała mewa i chyba się uczy, od wrony, że nie trzeba się napychać, a znalezione można zmienić. Można zwyczajnie zjeść coś nie od razu, ale zanieść, doprawić, odkształcić, dokształcić… i wiecie…

Mieć inne.

To fascynujące… a może to podglądactwo?

No wiecie, niby ornitologia, ale jednak, podglądam ptszki, uzupełniam im wodę i inne tam, w zależności od pór roku i podglądam. Chcę je złapać na zdjęciach. Wyrafinowanie czy jednak zwyczajność?

Wyrafinowanie!!!

Tak samo chyba można powiedzieć o imprezie u sąsiadów…

Ekhm.

No wiecie… nie, że zagldam im w okna, czy coś, ale wyjebali muzykę na najwyższe tony i po prostu przywlokli ludzi na taras, na trawnik, dookoła domu i wszelako nie dało się tego odzobaczyć. Okna mam na nich i tyle!!! Dzięki temu zobaczyłam jak to się bawią studenci… nie, nie mylcie z tymi, co piją na Uniwersytecie. Chociaż wróć, ja akurat dobrze wspominam ten czas, lepiej niż dobrze, choć było i kopanie w dupę i w ogóle kopania cała masa, to jednak…

Chodzi o to, że tutaj, studentami określa się ludzi po liceum.

Czymś w ten deseń, wiekowo.

Potem mogą iść na uniwerek albo nie. Mogą też mieć przerwę czy coś… mogą też nic. Mogą robić zdjęcia… hej, to wychodzi na to, że wiem coś o ludziach. Poprzez przymuszone podglądactwo. LOL

No więc piękne i młode dziewczęta, wiecie, białe topy, dżinsy oczywiście i te charakterystyczne czapeczki na głowach. Głośna muzyka i dużo picia. Dziewczęta chowają się w cieniu, a panowie, pierun wie, mówię, że nie podglądam, to widzę, bo widzę, nie da się inaczej, dobra, mogę zamknąć oczy, ale dlaczego?

Dlaczego?

Na szczęście koszmarne dudnienie po godzinie umilkło, a dziecięcia poszły pić do miasta, albo pojechały do stolicy, też by pić, bo jak utwierdziła mnie w tym przekonaniu jedna z rodowitych Dunek, tutaj często młodzi piją i ćpają. Po prostu, bo tak się robi. Jakakolwiek impreza, dużo picia… ale czy na pewno tak wszyscy robią? W końcu może i ona obyta i z kontynentu i wiem, że na Wyspie mamy problem z dragami… znaczy nie mamy problemu, podobno dostępność wszystkiego jest bardzo łatwa, ale jednak… wiecie, nie ten rocznik, za głupiam by znaleźć dilera, nawet dla wywiadu środowiskowego. Zresztą, mi już tak odwala, że prochy niepotrzebne, a procenty…

Nienawidzę ich.

Z przyczyn osobistych…

… więc jak to jest… z tymi ludźmi, stadnością i tak dalej. A może to tylko lato i ciepło i tak dalej… szukanie cienia… telefony, laptopy, zegarki. I ja z notesem, ołówkiem, długopisem i książką… dziwadło.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.