Pan Tealight i Delfinowie…

„Panowie Delfinowie nosili się zawsze z francuska i według odpowiedniej epoki, więc ubaw był niesamowity, aczkolwiek co poniektórzy zazdrościli im onych łydek odkrytych i koronek, wiecie… są zboczenia, no a te peruczki… to dopiero sztos. Ile tam można skarbów skryć, skradzionych, tudzież wszelako niedozwolonych, na przykład na jakiejś imprece wegańskiej wsadzacie tam kurczaka i co wam zrobią, nic. Nie zobaczą, może poczują, ale wiecie… kto poczuł ten zbączył!

I jeszcze one telefoniki i inne ustrojstwa, ciągłe pikanie zwiastujące zainteresowanie, tudzzież wpływ na konto, one pozy i wywroty, one teksty zaczerpnięte od innych, nie oszukujmy się, istnieją granice.

Nie tylko pewne…

… więc,,,

Jednak poza onym mało ambitnym, aczkolwiek działającym, influenserskim zajazdem faszionistycznym, to znaczyli nic. Kompletnie i w ogóle, ale kasę potrafili z innych wyciągać jak… jak…

No wampirowie juchę.

… więc…

… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, wszelako zawsze błądząca w rejonach konsumpcji i finansów… chciała się u nich uczyć. Ale nie wyszło. Po prostu nie dała rady i coś buchnęło, pioruny poszły i w ten sposób powstał niesamowity monumencik… w granicie.

Ale po prostu masterpis!

Pan Tealight z Ojeblikiem – małą, uciętą główką, nawet się nie zdziwili. Na szczęście zdążyli uciec, umknąć, schować się nim wsio nadeszło… i postanowili, że co jak co, ale o tym mówić nie będą. I to nigdy. Nie. Po prostu. Nikt sie nie może dowiedzieć. Nikt. Wszelako i najbardziej ona sama… bo wiecie, gorąco, więc wiadomo, że moce wszelkie i mocniste działają i jeszcze ten brak chłodniejszych nocy i wiatrów motała jej w głowie, choć motać nie potrafiła, więc…

Nie.

Oto narodził się monument wany Milczeniem.

A nad nim gołąbek, a pod nim krwawnik biały i różowy, ech te nowomysły jakieś, oraz wszelki wrotycz się bawi…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Następuje taki dzień, gdy…

Gdy człowiek, w tym momencie kobieta, czyli ja, no niestety, taka mało interesująca jestem, ale powiedzcie do mnie PROSZĘ PANI, to nie zdzierżę… dociera do jakiegoś punktu w życiu, gdzie… się odwraca.

I patrzy w tył.

I widzi.

Widzi w rzeczywistości masę lat i wiele spraw, które się zakończyły, spraw, które jakoś wciąż trwają, oraz… tych marzeń spełnionych, marzeń utraconych i tak dalej. Wiecie, czas sprawia, tudzież pomaga człowiekowi sprawić wiele spraw. Dotrzeć w miejsca, w które chciało sie dotrzeć, albo uronić łzę nad tym, co się nie udało. Bo przecież nie zawsze się udaje. Kurde no…

Dlaczego?!!!

Z drugiej strony, jakby tak się wydarzyło, co człowiek sobie bzdurzył za dzieciaka, oj kurde, nie no, to dopiero było szaleństwo.

Nie!

Kurde… klawiatura zaczyna mi niedziałać. Z mi szwankuje… no wiecie, Z na klawiature. Ech, ale z drugiej strony, no tak, prawda, niektórzy mierzą swoje życie zużytymi telefonami czy innymi laptopami. Z racji, że telefony rzuciłam jak telewizor, miałam jeden w swym życiu, a co do telefonów… hmmm…

… więc miałam je w życiu chyba 2?

Pierwszym była ta wiecie, ta NOKIA ze wszelkich memów, oczywiście niebieska… wciąż też pisuję listy, kartki i tym podobne…

No ale…

Mamy sierpień, a z tego co wiem, w Polsce problemy z cukrem… jakby co, to u nas jest. I biały i mniej biały. Nie używam, więc nie wiem, więc wysłałam Chowańca i sprawdził, że jest na pewno i jest relatywnie tańszy niż w Polsce, więc jakby co, na wakacjach możecie sobie kupić.

Albo zacząć samemu te buraki cukrowe kręcić.

Ale…

Mówiąc już o tym upływie czasu i wszelakich sukcesach i upadkach życiowych, to nie wiem, ciepło. Sąsiad znowu kosił nieistniejącą trawę, a ja ze swojego trawnika krwawnik zbierałam. Nie rozumiem typa, bo susza wciąż szaleje, ale wiecie, może jak to czytacie i widicie braki Z… to już popadało? Nie wiem… jakoś też i do morza człowieka nie ciągnie. Co się kurna ze mną dzieje?

No nie!

Z drugiej strony, to jednak w lato ta woda taka jakaś brudna i czasem po niej człowieka swędzi w miejscach, w których nie chce naprawdę by go swędziało, więc… czy warto ryzykować? No i ludzie. Inni niż wykle… nie wiem. Podobno na północy parzące meduzy się rozpleniły, więc szczerze tego nie widzę.

Tej wolności się unoszenia…

… bul bul bul…

Ale wciąż spoglądając wstecz… to powiem wam, że nie lubię patrzeć tam gdzieś za siebie. Bo to boli. Często też nie przepadam za wspomnieniami, bo też bolą, albo smutno się robi, bo to nie teraz i jeszcze… nie wiem… fajnie jest, jak jest chociaż okay prez cały czas. Nie muszą być fajerwerki, ale jednak…

Niech to życie nie boli!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Delfinowie… została wyłączona

Pan Tealight i Kłamliwa Istota…

„Kłamliwa Istota miała sekret.

Wielki sekret miała…

Widzicie, zawsze mówiła prawdę. Ale to zawsze. Nigdy nie było inaczej, a wszystko zaczęło się wtedy, gdy zrozumiała, że i tak nikt jej w prawdę nie wierzy, więc… po co się wysilać? Po co tworzyć one bujdy? Po co? Przecież to ono tworzenie kłamstwa tak naprawdę było czymś doprawdy cholernie czasochłonnym i nadzwyczaj, oraz wszelako upierdliwym w pleceniu.

No i jeszcze to spamiętaj!!!

Nie, miała dość, więc waliła prawdę, a potem udawała, że zmyślała… i ludzie zawsze się na to nabierali. Bo prawda nigdy nie była w cenie, a już w tych czasach to w ogóle. Kompletnie. A zamieniona na kłamstwo zyskiwała nowe życie. Wprost nim tryskała niczym ona fontanna, czy coś? Czuła się jeszcze lepiej, niż kiedyś. Nadzwyczajnie. Jakby ją wcielili do jakiś iksmenów, czy czegoś w ten deseń. Ale bez noszenia rajstopek, kompletna swoboda gaci na tyłku, aczkolwiek jak już chodziło o latanie, to wiecie, jednak te pończoszki przewiewały tu i tam.

No i zwykłe leginsy sprawdzały się nawet przy maściach, którymi trza się było natrzeć, więc w końcu przywykła… ale jednak wolała sama decydować o reszcie.

Bo mogła.

W końcu, kto by jej uwierzył?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Małe kobietki” – … bo śliczne. Bo moje pierwsze było takie dziecinne, bo film… bo… no wiecie, wiem jak się kończy, jak zaczyna, ale naprawdę nigdy się nie wczytałam. W tę opowieść o siostrach. O małej rodzinie, która zaraża optymizmem, nawet jak jest już bardzo źle… do końca ma nadzieję, ale też o ososbowościach, które wcale nie są takie… wiecie, gładko ulizane i ugrzecznione.

I oczywiście o miłości.

I śmierci.

O życiu… wtedy.

Koniec XIX wieku, wojna secesyjna, ctery siostry i matka. Niby damy, a jednak pragnące… cóż, wolności? Miłości, życia, tego, czego każdy szuka w życiu… siebie… rozwoju. Ale też, nie oszukujmy się, nie jest to opowieść dla wszystkich. To trochę lepka i cukierkowa historia. Strony nie przytłoczą, ilustracje nas zmiękczą, wiecie, coś, wydaje się, raczej dla młodszych dziewcząt?

I tak, jest to element pewnego rodzaju kanonu literatury, ale jednak…

Hmmm…

Oj, po prostu trochę baśń. I tak, o wiele inaczej się przyjmuje te strony jeśli oglądało się wcześniej film. O wiele łatwiej znosi się pewnego rodzaju umoralniania i grzeczność… więc dlaczego czytać?

A dlaczego nie?

Myślę że to taka KLASYKA, która nie dla każdego klasyką jest i okay. Można mieć swoje zdanie…

Gorąco…

Niektóre dnie narzucają na nas swetry inne błagają by zdjąć skórę, tłuszczyk, mięsko i mięśnie z kości, a i tak nie zapewniają, że będzie lepiej, iż da się oddychać, pracować, tworzyć, chociaż po prostu być, jakoś tak, no wiecie… człowieczeństwo i te sprawy i tak dalej? Jak być, gdy temperatura wyniszcza fizycznie i psychicznie? Gdy nie wiecie już gdzie dół a gdzie góra i w ogóle macie to w dupie.

Naprawdę.

W okolicach 40 C jakoś tak… czuję się zwolniona z bycia.

Czymkolwiek.

Do tego jeszcze wrzący wiatr, susza, wszystko umiera, albo tylko zamiera gotowe choć na kropę, ale świadome tego, że ona kropla może nie pomóc. Że może spalić to, co się jeszcze ostało, że… właściwie, bez urazy, ale prognoza pogody to jakaś komedia! Nieszczera całkowicie. Piszą, że popada i co…

Nie pada.

Wyłaniam się z wrzątku we wrątek nalać wronom wody… nawet nie uciekają już, dziwnie osowiałe, a na nalaną, chłodną wodę rzucają się. Stoją na pojemniku, moczą i dziób i pazur, krople spływają po tych piórach, niewchłaniając się, ale jeśli chodzi o dziób, musi być suchy, więc wycierają je o poręcz tarasu.

Drewno od razu wysycha.

Wrony te wolą cień, więc jest źle.

Siedzą i milczą, no jak nie one.

A co do człowieczego jestestwa… cóż, wieczorne 30 C przynosi niepokój i pogodową depresyjność, więc trzeba zwyczajnie to jakoś przetrwać. Inaczej się nie da. Przetrwać z nadzieją na ochłodzenie i deszcze. Kurcze, nawet te drzewka oliwne jakoś tak, nie dają rady! No to już musi być źle.

Musi.

Ale… lato pełną gębą.

Trawy nie ma, kleszcze są. Wody w rzekach mało lub brak wciąż, obietnice pogodowe wciąż niezgodne z rzeczywistością… Turyścizna jest. Inna już jest, bo i czas się zmienia… wszelako wciąż i lato. Przy Vestermarie wylali podobno nowoczesny i wszelako posh i w ogóle ekosreko… no wiecie, trzeba do wszystkiego ideologię dorobić, a chodzi o szlam. Znaczy ble… i ono ble cuchnie szalenie, ale to i takie uroki lata. Rzepak wciąż stoi, bo podobno lepszy taki odstany… inne zboża też jeszcze, ale już powoli coś się rusza. Coś się rolniczy. Wiadomo…

Te sprawy są już kompletnie zależne od natury i pogody w szczególności.

… więc tak, śmierdzi.

No szczerze… kupą wali!!!

Taki urok tego miejsca i już. Trzeba przeżyć, przyzwyczaić się, albo po prostu kląć na czym świat stoi… czy też Wyspa!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kłamliwa Istota… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Języków…

„Jęczał i się miał dobrze, bo karmili go dobrze, a nawet jeśli jęczeli oni, to jakoś tak nie na niego, jakoś tak dookolnie, w końcu on tylko się obracał, mlaskał, zwyczajnie odwalał swoją robotę. Czasem puchł, ale jednak… nie zawsze. Czasem jakaś wysypka, czy coś, wiadomo, grzeszne życie…

Czasem…

Czasem coś obiecał, ale czy dotrzymywał?

Cóż… kto to wie…

Dokładnie? Bo przecież raczej nikt nie sprawdzał, dbał o swoje, najwyżej o okoliczne okoliczności, by rykoszetem nie oberwać i tyle. W końcu to on, Pan Języków, ten co gdzieś ma dosłowności, czy poprawność gramatyczną, świszczenie oraz wielką, zapomnianą już pewno gwarność, może miejscami na nowo odkrywaną… Ten Pan Języków nie znający tak naprawdę innego poza swoim, zrozumiały wciąż dla każdego, ale znający je wszystkie…

Wielki projektant.

Ten miał być spiczasty bo kłamliwy. Słowem tnie jak maczetą i zapobiega zaleczaniu się ran. Ten kolejny miękki i dziwnie puchaty, niczym wnętrze bułki, w którą naładowano zbyt wiele ulepszacy… leniwy język, nadmiernie potliwy, sporadycznie, ogólnie mówiąc, używany do czegokolwiek poza…

Jedzeniem.

A ten, ten dziwny, twardy, prawie kamienny.

Leży w twarzy dziwnie nieruchomo, nie trącają go jagódki, nie martwi wlewany tonami napitek procentowy. On już dawno obumarł, chociaż wciąż żyje… bardziej płaskorzeźba w ustach mężczyzny niż oratorska pomoc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

To tak…

Po pierwsze pamiętajcie, by na rowerach bać się samochodów. W szczególności onych z niebornholmską rejestracją, bo one nie wiedzą. Właściwie nic nie wiedzą i jeżdżą jak wariaci. Do tego motory też nie są wam przyjazne, ale nie wyżywajcie się na chodzących, bo mogą kijkiem pomachać. Bez urazy, ale jakoś tak, wciąż na drodze jest jak na tych kreskówkach z Goofym.

Świdczy o tym ostatni wypadek przy minigolfie.

Rowerzysta przegrał, ale na szczęście przeżył.

Prawda jest taka, że ludzie przełażą przez ulicę jak one owce. Tudzież wróć, nie obrażajmy owiec, w końcu to o wiele mądrzejsze zwierzaki. I bardziej przydatne. A te człowieki, toto idzie z kilkulatkiem, dzieciak na ulicę, rodzic zagapiony w wystawę. I kto teraz będzie winnym, gdy coś się stanie?

No wybierajcie…

Na wakacjach ludziom się często wydaje, że są dziwnie nieśmiertelni i nietykalni. Że w końcu wolno im wszystko, bo po pierwsze, to nie ich dom, po drugie może tutaj już nigdy nie wrócą, a po trzecie, czemu nie. W końcu na Instagramach tak pokazują i w ogóle… dlaczego mają być gorsi?

Dlaczego?

Może czasem słonko zza chmurek, ale bawić się trzeba, przymusowo, w końcu wakacje. Urlop rzecz święta…

Czasem mi się wydaje, iż nie rozumiem wakacji.

A czas wolny, to czas cały czas, zwyczajnie trzeba czasem coś zrobić i tyle. Czasem się wyspać bardziej, czasem na kiblu posiedzieć… kwestia wypoczynku jest dla mnie raczej zawsze jakaś… zajęta. W znaczeniu robienia czegoś. Wiecie, nie że człek leży i nic, nawet nie myśli… nawet nie dycha, zbyt często, wsio się spowalnia i… nie, no wkurw by mnie od razu złapał i cholera wszelaka.

Muszę coś robić.

Zdjęcia, książką, pisać, sprzątać, pielić, zbierać… kombinować, komponować, po prostu coś robić, a nie tylko i wyłącznie nic… Ale, no i czy w ogóle ono mityczne NIC istnieje? I jak się je definiuje? I dlaczego odpoczynek to dla wielu impreza i picie procentów? Jak ja imprez i procentów nie lubię?

Nigdy nie lubiłam…

To dla mnie wizja któregoś z piekielnych przedsionków, bo na środku, w najgłębszej czeluści gdzie bym miała siedzieć jest stół z jedzeniem, krzesła i jakaś tam rodzina i słuchanie mlaskania, przymus jakiejś tam rozmowy i jedzenia przymus wszelaki… i nie można odejść od stołu, czy pod stół, uciec jakoś, bo przecież komuś przykrość sprawisz, no nie… nie… to jet dla mnie piekło.

I na pewno panuje tam lato wiekuiste.

Bleeee!!!

Naprawdę jestem kiepska w wakacjonowanie się.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Języków… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Wkurwa i Na Amen i Lullabaje…

„Czasem Pan Tealight postanawiał się nie zastanawiać nad tym, co się dzieje z tym światem, przy którego narodzinach/stworzeniu przecież był. Jako Pradawny, jakoś tak, czasem, naprawdę starał się być niezainteresowanym, co doprawdy odpowiadało mocno ostatnio przeładowanej Wiedźmie Wronie Pożatej Przez Książki Pomordowane… i ona miała dość nowości.

Choć ona to chyba raczej zawsze…

Cukier, masło, ceny, wszelakie zapędy dziwnie wielkich niewielkich, bogącący się bogaci, biedniejący już biedni, niby normalność, zwyczajność właściwia wszelakim chronologiom, a jednak… coś do niej docierało. Nie dało się pewnych rzeczy nie zauważyć, nie poczuć. Nawet ją to dopiekało.

I ostatnio wcale nie chciała już…

No i jeszcze sąsiedzi chcieli jej Syrenie Lilaki pociąć, wstrętne kutfy… znaczy kutfy one sąsiady, nie że kwiatki krzaczki… więc chyba dlatego, z tego stresu i wszelakiej niepewności wzięli się nie tylko ganiający ją w śnie Uruk-hai, liczenie kolorów, senne wyprawy, na jawie błądzenia i jeszcze więcej, ale też i ta dziwna dwójka.

Para wprost z jebanego żurnala.

Bóg Wkurwa i Na Amen i Lullabaje.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Więcej niż zło” – … ooo… Od razu przypomniały mi się lata dziewięćdziesiate. A dokładniej ich końcówka, gdy to w ciągu pięciu lat na półkach zaczęła pojawiać się niesamowita, anglosaska fantasy.

Ojej… co to były za czasy!!!

Dlaczego o tym mówię? Bo ta książka jakoś tak przypomniała mi o nich. Nie no, pewno że nie ma gołej baby, która kiedyś zwykle mieściła się koło mięśniaka na okładkach takowych powieści… serio, taka była moda… raczej chodzi o sposób pisania. O oną treść, bajdurzenie, bajanie, opowiadanie prawdziwe, na amen i do końca, z przytupem, na całego… o oną magię, o przygodę, o wszelakie osobowości, o coś… innego, nowego, starego opowiedzianego…

Od nowa?

Nie wiem… ale mnie urzekła. Niby nic nowego, jest tajemnicy starzec, jest żołnierz i jest konflikt, do tego magia, czyli zestaw raczej podstawowy, gdy dorzucicie do tego czarownicę, ale… ale jakoś tak, te słowa, ono pisanie, te Ścieżki, ci najeźdźcy, konflikty, tajemnice…

Dobra powieść.

Naprawdę warto.

Warto dla postaci, słów, konfliktu, opowieści. Starych i młodych… no właśnie, to też i o to chodzi, że to jest fantasy dla nas takich bardziej dorosłych. Wiecie, co to pamiętają te niesamowite historie o Thomasie Convenancie Niedowiarku czy Szarym Lisie czy też Czarnych Elfach… i te baby cycate. Ech te okładki z przeszłości… ta tutaj, jest po prostu przepiękna!!! Niesamowicie pogańska i ekscytująco fantazyjna.

Dzieło sztuki samo w sobie!!!

Brawo!

Ach!

Lato!

Te plaże, te wycieczki, one wszelakie siedzenie w domu i kichanie, bo nagle na starość człowiek się uczulenia na słońce nabył. Nabył się? No wiecie sami, dopadło go, bo obecnie wiek oznacza, że można być pewnym jednego, niczego. Ni emerytura, ni zdrowie, ni kurna trądzik wieku starczego… szczerze, oj nie, dziękuję za takie cudowności. Jako obiekt żeński mam dość problemów sama ze sobą.

Ale…

Jest… chłodno.

Znaczy, jak na razie i wieczorami.

A już w nocy bajka po prostu. I tak, wiem, pod namiotem może prewiać, ale chyba po to dają główkę by się zapoznała z prognozą pogody? Chociaż, nie oszukujmy się, mylą się i Google, i DMI. To pierwsze w szczególności. Czasem się zastanawiam, czy wygodniej by nie było, gdyby mieli kogoś w każdym miejscu na Ziemi i pytali się: ej, co tam za oknem masz, a on na to descz… i wklepują…

… teraz deszcz w Google.

Byłoby łatwiej, bo jakoś tak często w Google pada, ale u nas.

Nie.

Taka pogoda oczywiście nie oznacza, że wigotność powietrza wzrasta, tudzież deszcz pada, ale jednak kondensacja się bawi nami. Raz człeka przesuszy, potem znowu schrapi mu wszystko i jeszcze dokopie w zadek biegunką… a czemu nie. To słońce pali, potem znika i człek zamarza. Ciało szaleje…

Nie wie o co chodzi.

Jednak… to po prostu wyspa.

Znaczy Wyspa!

Należy przyznać, iż przez ostatnie kilka lat susza i gorące lato, a czasem i wiosna czy też jesień, była zwyczajnością. Wcześniej wielu narzekało na deszczowe aury czy też niską temperaturę. Kiedyś też było więcej śniegu czy wiatrów, ale teraz… teraz jakoś tak jest trochę chłodniej. Jednak. Mimo onych wrzących dni, wydaje mi się, że są one rzadsze. I te chłodne wieczory sprawiają, że można oddychać, ale susza… susza stała się plagą i na pewno nie pomogło wycięcie znowu masy drzew i krzaków, co doprowadza mnie do pasji szewskiej, kowalskiej i kucharskiej.

Susza sprawia, że nie mamy onych wodospadów, rzeki są pustymi korytami, tudzież ciekami ledwo wilgotnymi. I to boli, bo jednak nasze rzeki są niesamowicie malownicze. I tak, oczywiście że to sprzyja pewnym odkryciom, skamieliny, narzędzia krzemienne, ale jednak… nie jest to coś dobrego dla nas i w ogóle, całego ekosystemy Wyspy. Jest kiepsko. Wyspa się odziemnia. A już po tym wietrznym nadzwyczajnie lecie jakie mamy. Oj tak… nie jest łatwo utrzymać się ziemi na skale…

Bo wciąż jesteśmy skałą.

Bez urazy.

I to radioaktywną!!!

Czyli… jak na razie wiadomo, raz zimno, nawet nie chłodno, raz wrzątek ponad 30 C. Czyste szaleństwo i zero deszczu. Ciała szaleją, mózgi są na dziwnym „standbaju”, więc… jakbyśmy wszyscy czekali…

Ale na co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Wkurwa i Na Amen i Lullabaje… została wyłączona

Pan Tealight i Nicniemnożenie…

„Właściwie…

Wiecie, zawsze było dodawanie.

Wiadomo, że po mnożonemu to raczej szybciej, ale jednak, jakoś tak… dodawanie wydawało się być ostatnimi czasy o wiele bardziej, no takie, bezpieczne. Jak się pomyliłeś to ino o kilka a nie miliony. Łatwiej było wrócić do początku, zamiast przeć ku końcowi, który w mnożeniu jakby…

Nieistniał.

Do końca.

Jakby mnożone mogło się nagle stać doskonałą nieskończonością i jak każde inne nieskończoności, przerażało. Bardzo… więc raczej dodawali. Masło do chleba do tego szynkę, masła nie zeskrobiesz, ale mięsko możesz odjąć i rzucić Fafikowi, który to obgryza ci kostki. Zwyczajnie…

Nicniemnożenie mówił, że jest awatarem Czegoś Większego.

Nie pytali o co chodzi, uznali, że „czegoś” wchodzi w element nazwy, imienia, czy jak mu tam i zwyczajnie, po prostu zaakceptowali jego istnienie. Istnienie w najgłębszej piwnicy najgłębsego lochu, gdzie nie docierało nic poza tym, co było tak dawno temu, że zwyczajnie nie ma to już wpływu na teraz i łkanie przyszłości, która jest tak zaprzyszła, że nikt z nich jej nie doczeka, więc…

Niech se tam siedzi i piece te naleśniki z grzybami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W mieście… sierpień.

Na polach i łąkach też sierpień i na skałach i w lasach, nieistniejących rzekach, onych stawach, wodnych oczkach, które lustra są właściwie… niewidoczne… tak, wszędzie sierpień i wszędzie jesień. Znaczy się, nie no, wciąż lato, oczywiście, ale jednak, jakoś tak, jesiennie już…

W sklepach pojawiły się wrosy, a i pod nogami, jakoś tak, wrzosy. Ludzi oczywiście wciąż masa, ale już ona inna masa, jakaś taka mniej wrzaskliwa, jednak w zamian, jakby w tym roku trochę później zjechały się motory, które jako rowery świętymi krowami są i domagaj się dziwnych praw… no wiecie… nie no, pewno, że wciąż rozbrzmiewają echa onego meczowego szaleństwa Polaków… wiecie, tych co to na nasz bus napadli wyspowy, a potem w Kopenhadze mieli się nazbyt dobrze… jednego nawet chyba w końcu aresztowali… i tak jakoś wciąż nie rozumiem, jak tak można?

Kurde…

Z drugiej strony, to nie rozumiem też policji Szwedzkiej i Duńskiej… że co? Że prosili, perswadowali im, zaraz, jak, znaczy próbowali wyperswadować siedzenie w autobusie? Że ino część miała bilety… Znaczy wiem, iż istnieją KIBOLE, ale szczerze? Żeby policja nie mogła po prostu tak… wypierdolić chłopów z autobudu? No weźcie no… jak to? Jeszcze kumam, że Szwedzi, oni są grzeczni, ale nasi?

Nie wiem.

Ech.

Wynik tego taki, że nasi do roboty nie dotarli, tudzież nie wrócili, tudzież w ogóle i ogólnie po raz kolejny Polacy górą. Pewno za potop czy coś. Wiecie, w końcu to, że byli w Danii, nie oznacza, że i o Szwecję nie zahaczyli… he he he.

Z kolejnych szokujących spraw…

Może z Wyspy wydostać się jest trudno, dostać na nią czasem też… ale jednak koty mieć można. Pożądane są takie dzikie, które robią porządki w świecie myszowo-szczurowym, ale takowych mało, bo ludzie głupi są. I już. Nie będę się rozpisywać na temat różnicy zwierzęcia domowego i tego niedomowego, bo szkoda wkurwa, zotawię go sobie na potem, marnować nie będę.

I tak, jeże są lepsze w te sprawy, ale, nie o tym dzisiaj…

Chodzi o koty w ogóle.

Na Wyspie wiadomo, metraż mały i by ekosystem mógł istnieć nie może być zbyt wielu i psów i kotów i koni i krów i ludzi tyż. Taka prawda, z której oto prawdy czerpać winien i cały świat, ale, znowu, po co strzępić wkurwa? Przyda mi się na pewno na później… więc, koty u nas zwykle są jakieś łażące, mają, tudzież powinny, ganiać gryzonie, ale czy to robią, to już sprawa inna. Natomiast dostarczenie do schroniska 37, czy bardziej tak w okolicach 40 kotów, po prostu wstrząsnęło pracownikiem, który ten cały przychówek przyjąć musiał. Od razu rozdzwoniły się telefony…

Wiadomo.

My nie przygotowani.

Tutaj jak jest kot, to ludzi więcej niż kotów. Podobnie z psinami, więc jakby problemu nie ma… a jednak problem jest. Taki wiecie kot pana Schrödingera. Jest i go nie ma. Ale smród jest na pewno, więc… jeżeli jest smród, to chyba kot też. No ale… smrodu podobno tym razem nie było – tutaj wspominamy one remonty duńskiej telewizji prowadzone w mieszkaniach i domach wynajmowanych przez szaleńców, bo inaczej tego się nie da nazwać. No weźcie. Tutaj kotki pchły miały, ale były zadbane raczej i zwyczajnie, starza pani, która je… nie wiem? Więziła? Czy ino karmiła? No kurna nie wiem… więc ona kobiecina podjęła decyzję, że se nie razi i zwaliła wsio na schronisko… jakby kurde ktoś miał za nią posprzątać.

I tak, wolę psy.

Nie, nie jadam kotów, ale rozumiem kolesia, który łapał srajdupy srające mu na trawnik i wywoził je do lasu. No weźcie no, to cuchnie przeraźliwie!!! I zabijają mi ptaszki, nie daltego, ze są głodne, weźcie, u nas takie ptaszki chronione, a te skurkowańce wredne… pewno, że przez posesję przechodzą mi jakieś dwa dziennie, ale wiedzą, że przejść można, ale nic więcej z tego nie będzie.

To dom wron i mew i wróbli i innych skrzydlatych.

Won…

A więc jak sprawa ze staruszką oddającą koty do schroniska? Nie wiem do końca. Wiem, że po Wyspie wieść się rozniosła, więc na pewno już się rozeszły niczym one bułeczki. Weźcie mi kurna pozwólcie zrozumieć jak to tak można mieć tyle tego w domu? Przecież wiadomo, że to terytorialne bestie, nie do końca udomowione i tak dalej… no i żarcie jest drogie, więc… i srają…

Dlaczego nie ma podatku od kotów?

Od psów jest…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nicniemnożenie… została wyłączona

Pan Tealight i Dziennik Nieśpiącej…

„Istniał…

I powodował senność u każdego.

Był nadzwyczajnym przykładem literatury z wyrazistym przekazem. Śnij i śpij i nie wstawaj, bo nie ma po co… no, chyba że to siku czy kupa, okay, to możes, pić, dobra, ale tylko woda, nic więcej, nie ma…

Śnij i śpij.

Śpij i śnij…

Dlatego najpierw stwierdzili, że może najzwyczajniej go spalą.

Ale jak to tak, prawie książkę, no wiecie, niby nie była wydana, nie miała reklamy, gołej baby na okładce, czy innych, podobno zachęcających do lektury elementów wystroju zewnętrznego, wiecie… eleganckiej może okładki, tchnącej osobowością i spirytualizmem, która sprawiłaby, iż byłby z niej super kofibuk… no tak, w dzisiejszych czasach jednak tak się spogląda na książki. Niestety. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie potrafiła wciąż tego zrozumieć.

I w ogóle to stwierdziła, że nie będzie się nawet starać, bo jakoś tak…

Nie.

… więc po pierwsze wykopali dół, na dno nasypali żwirku i wsio obłożyli najpierw kamyczkami, potem zalali betonem, wsadzili w niego ku ochronie krzemieni, wsadzili Dziennik, potem znowu krzemienie, cement, żelazobeton i jescze dziewica. Wiecie, sezon na Turyściznę, to się jakaś znalazła. Po przejściach, ale wiecie, w dzisiejszych czasach się bierze co jest.

Trzeba sobie radzić!

Może teraz, obłoony jarzębiną i bzem czarnym nie wyjdzie. Wiedżmy z Pieca dowaliły znaków, Mikołajowie zaczantowali jak umieli i mieli nadzieję, że nie odbierze im nikt snu. Bo to zbyt ważne, ale kurna może nie w formie wiekuistej. Przecież na to jeszcze mieli czas, albo też sami woleli wybrać…

Kiedy spać i kiedy… może nie do końca spać?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zwracanie się „na TY”!

Co to za język bez proszenia się?!!!

No dobra… tak, rzeczywiście, duński jest językiem, który się nie pieści, ale jednocześnie ma niesamowity, choć nazbyt dla mnie tchnący germańską ciężkością, nie jak śpiewny szwedzki, czy kompletnie dla mnie niezrozumiały przy pierwszym uderzeniu norweski… ale podobno daje się dogadać. Znaczy wróć, da się… w końcu i tak obydwie strony przechodzą na angielski.

LOL

No ale…

Skandynawskie języki na papierze to dla mnie często coś nierozpoznawalnego, jeszcze jak ktoś zapomni literek. Bo wiecie, tak poza ilomaś tam zwrotami, słowami, tym szkłem angielskim opisującym szwedzkie lody… no jejku no! Te literki są niezbędne!!! Takie jak w duńskim wyspa, rzeka… no wiecie… jedna literka, a taki urok, no i rozpoznaje się, że to nie duński a norweski, no i to boskie hygge. Chociaż, jak pewno niektórzy zauważyli moim osobistym, ulubionym słowem jest pewne…

… inne słowo.

Ale…

Czy to fika czy hygge, nie da się niezauważyć, iż zwroty duńskie pozbawione są onej tytulatury, która naprawdę na początku dziwnie nam wchodziła. Bo wiecie, do starszych osób tak po imieniu? Dziwne to! No kurde, ale jak… niby można dodać coś, ale tutaj nobody cares!!!

I to nie tylko w języku.

Jednak, może trzymajmy się jeszcze przez chwilę gadania i pisania.

Nie dziękują?

Ale przecież dziękują… to, że Polak odbierze to jako potakiwanie, to jednak ono TAK, to jednak dziękuję, wielokrotnie powtarzane HI, zawsze z uśmiechem, kiwnięciem głową… wydaje mi się, iż tutaj robią TO po prostu inaczej. I tyle. Chociaż coś, co powoli wymiera niegdyś mnie rozczulało, czyli ono HI na drodze w lesie, gdy spotyka się innych „w naturze” wymiera, to jednak było…

A teraz… nie wiem jak to jest.

W ciągu chwili, mrugnięcia okiem jakoś tak wszystko się zmieniło.

Co do proszenia, cóż, też jest wyjście…

A już na pewno jest coś takiego jak intonacja… i tyle. Teraz mamy inny problem, jak ktoś z Polski na nas napadnie, to wiecie, to Pani/Pan, to jednak nie jest w stanie przejść mi przez gardło. W ogóle się zapowietrzam…

Dziwne to.

No ale…

Duński jest językiem dziwnym, bo wsadzają w słowa masę liter, albo ich niewiele, a wystarczy beknąć i facet daje wam hot doga i colę do tego. Oczywiście fransk hot dog, szanujmy się, co nie? Duński język to masa zapowietrzenia się, dławienia i dźwięków, które zdają się nie mieć nic wspólnego z tym, co napisane na papierku. Poproście Duńczyka by przeczytał wam stronę w książce i posłuchajcie jakie to fascynujące. Polecam zrobić ten sam bajer ze Szwedem… nosz jakie zaśpiewy, one intonacje, a te uśmiechy czasem. No dobra, te uśmiechy czasem…

Takie same.

Ale…

Tak, ludzie przestają się jakoś tak uśmiechać.

Jak doświadczyć onych języków i dźwięków północy? No cóż… proste. Polecam to też jako pomoc naukową. Na pewno każdego napadł serial czy film skandynawski. W znaczeniu, wiecie, Netflixy i te sprawy. Nie znam się, ale wiem, że macie podobno w Polsce tureckie seriale, więc kryminały raczej z północy może? Polecam podsłuchać to, co pod lektorem, albo załączyć sobie oryginał z napisami.

I próbować powtórzyć zdania widząc je na dole ekranu w onych literkach…

Zróbcie sobie takie wyzwanie.

Może być… zabawnie.

Szczególnie jak zapoznacie się z… no właśnie, z babciami. Czyli tym w jaki sposób nazywa się dziadków, tudzież, lepszy hardcore: sąsiedzi!!!

Polecam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziennik Nieśpiącej… została wyłączona

Pan Tealight i Fałszywy Prorok…

„Pojawił się wraz ze światłami, oną łuną na niebie od słońca, które dawno już zaszło, lekko poszarzałą, dziwnie brzoskwiniową, jakby się komuś ulepek konfitur rozlał po okolicy, nic ino brać łyżeczkę, herbatniczki i… i tak jakoś wstąpił, wślizgnął się w ich świat… cały brzoskwiniowy i niepałający do niego natychmiastową ansą. Azaliż z czasem, ona ansa, tudzież inaczej mówiąc Bóg Wkurwa i Bogini Wkurwienia się napracowali, no i było jak było. Ansa się znalazła.

Nie polubili go… resztą, nie był pierwszym.

… więc…

Powiesili go…

Nieistotnym było to czy fałszywym był czy nie, zwyczajnie, mieli już ich dość. Onych większych i mniejszych proroków głoszących pierdolety o umartwianiu się i byciu lepszym, z brzuchami, kontami na Malediwach, gdy tymczasem tutaj i teraz nie ma co do garnka włożyć, a tak, jak sobie Prorok Fałszywy obeschnie, to może i nawet część go będzie na zimę.

A przecież ma być groźna.

Żeby nie było, najpierw sprawdzili…

… mięso było jak najbardziej prawdziwe.

Właściwie… nawet nie było potrzeby go doprawiać. Żadnych ziół, wot trochę soli i pieprzu, ale szczerze tylko tak jakby dla ruchu, dla onej całej maestrii gotowania. Machania nad mięsem, jakby naprawdę miało to znaczenie. Jakby odprawiali jakiś rytuał. Albo i coś więcej, chociaż, czy było coś więcej?

Ale w końcu… Prorok.

Tera już Suszony.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mitologia nordycka” – … no oczywiście, że nie wiedzy kompendium, no weźcie no. Książeczka niewielka, piękne wydanie, zarysowanie wieczka, onej otoczki… nic więcej. Podstawowi bogowie, ale przecież jeśli sięgasz po Gaimana, to chyba oczekujesz czegoś innego…

Słów.

Opisania świata.

I to tutaj jest. Obecne i drżące, tchnące mieczem, magią, potworami, stworami, bogami, bóstwami, światami ułożonymi na barkach drzewa… po prostu… lekka, prosta, pewnego rodzaju wprowadzenie. Jak będziecie chcieli więcej, to będziecie wiedzieć, gdzie szukać. To nie jest trudne…

A jeśli to wasz początek w tym temacie, pobawcie się.

Małe, czarne, jebane…

Wkurwiające, popieprzone, chude żmije rąbane…

No wiecie, te muszki letnie.

Podobno nazywa się je przecinkami i to superancka nazwa jest, bo skurczysyny może nie gryzą, ale od nadmiaru przecinków nawet najbardziej wytrzymały człek, po prostu pęka. Ocierasz się o wszystko, ściany, ludzi, ręczniki, niekoniecznie twoje, wpadasz w wodę, wypadasz z wody jak trawisz na muszki… kolejna cudowność życia w cieple i suszy. No wiecie, robale.

Okay, robale jakie u nas są, każdy widzi. Poza naszym endemicznym pająkiem nie ma chyba tutaj nic więcej takiego… dla robalogów specjalnego, ale, jeśli przypatrzycie się bardziej, możecie spotkać dawno przeze mnie niewidziane Filipy. Znaczy te no, pasikoniki. Cykadują tak, że cholera bierze, no ale…

Potem są przecinki, są muchy, chociaż – odpukać – końskiej na przykłd dawno nie widziałam. Mamy i pchły, mamy muszki w piachu, mamy pająki, w zależności odległości od lasu zmienia się i wielkość i grubość, ale też i między skałami można spotkać ogromnego… a jeśli o skałach mowa, uwaga na nierobale. I nie golasów się opalających, a jadowite żmijki.

Po prostu.

I te robale co trują.

Śliczne są!

… więc jeśli chodzi o robale, to na pewno wielokrotnością upierdliwą, wszelaką nieustępliwością w obejściach, często nadmiernie są one… erm, alleluja! Znaczy naprawdę. Nawet w tych zwykłych domkach, z małymi ogródkami… Jeśli zobaczycie klinkierowe domki, uciekajcie, albo pryskajcie od razu i w środku i na zewnątrz, one w podłogach betonowych siedzą… bo tym ekologicznym czymś jak pryskają, to wiecie, sobie mogą. Kurde! To nie pomaga. Nic się nie dzieje… wrzątkiem polane nawet się odradzają, popsikane jednego roku, zniknęły by pojawić się znowu.

W dywanie!!!

No po prostu klątwa!!!

W lasach oczywiście mrówki są o wiele większe i przystosowane do lepszych warunków posesji bardziej zalesionych, chłodek pod choinkami, te igły, latem trzaskające szyszki od gorąca tam w górze. A one wciąż do tych gigantycznych kopców coś noszą. Wzięłyby i ciebie, ale kurde, nie chcesz dłużej postać. Od razu się ruszasz i drzesz japę, że gryzą i pbrażasz mrówki!

Jak tak można?

No, naprawdę?!

… i jeszcze ślimakowie.

Tia, ślimakowie, to odrębny element istnienia. Zeżarły moje te „to become” kalafiory! Na pewno one albo inne tam motylowie. Nosz nie mogę. Dlatego posiadanie ogródka, to tutaj szczera i przepotężna opieka, ochrona i ciągłe sterczenie z jakąś bazooką przy grządkach. Wiecie… jak nie robal, to sarna, jak nie one to ptaki, a jak nie to i to i to, to są jeszcze zwykłe palącego słońca promienie.

Nie mogę!!!

Ktoś mówił, że to raj?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fałszywy Prorok… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Nietychświąt…

„… ale właściwie?

Właściwie, to o które chodziło?

No wiecie, świąt na świecie wiele. Religie je mają, zbiorowiska ludzkie je mają, miejsca je mają, pojedyncze osoby też i wszyscy uznają je za swoje i dla siebie najważniejsze, więc… od jakich świąt on był? I czy Dickensowsko przeszłych, przyszłych czy teraźniejszych… może właśnie coś trwa…

Czy on przyczepi się do każdych?

Będzie chciał prezentów?

Na razie siedział w kącie przebrany za Kacpra Duszka i ino mrugał tymi oczami za prześcieradłem. Prześcieradłem, które pożyczył od jakiegoś sąsiada, i który nie chciał go widać z powrotem, bo się nie rzucał, a może i szczęśliwy był, że problem mu z głowy, czy raczej spod tyłka, zdjął? A może zwyczajnie to olał? Wiecie… w końcu to tylko prześcieradło, nie święty całun…

Chociać…

Teraz?

Może już się stał?

Właściwie… to jakoś tak mocno nikogo nie obchodził ten duch, straszny nie był wcale, wszelako dziwnie mało widzialny i jeszcze… nie wydawał dźwięków. Wiecie, ni jęków ni skrzypnięć, ni dziwnych kroków, zresztą te już tutaj mieszkały, ni kajdanów żelaznych nie było słychać…

… właściwie, nie wiadomo, czy on tam wciąż…

Czy tylko to prześcieradło?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wczorajszy wieczór był… dziwny.

Najgorętszy chyba dzień w roku – 22.07 – w okolicach 40 C, wiadomo, zdarza się, ale wcześniej te kilka dni dziwnie męczących. Okay, lato, wiadomo, zdarza się… jednak nie chodzi o ciepło, na szczęście dzień później już było o połowę mniej stopni i podobno padało, ale wiecie…

Kropla w morzu.

Nocą grzmiało, a pioruny były tak wielkie, że kurde, można by było na plaży postać i niezłe zdjęcia zrobić, ale… ale o tej porze ja już chowałam się w domu z powodu… światła. Czegoś, co pojawiło się na niebie, niczym scena z Independence Day. Dziwne chmury, jeszcze jakoś wytłumaczalne, pomarańcze, różowości, a pod nimi dziwna jasność. Światło prawie oślepiające, dziwnaczne, wynaturzone, odmienione…

A przecież słońce już zaszło…

Więc…

Skąd to?

No dobra, wiadomo, że kwestie lustrzanego odbicia, woda w chmurach i tak dalej, wsio da się wytłumaczyć, ale uczucie, takie pierwotne, wiecie, coś w stylu: gniewu bogów, apokalipsa nadchodzi, wszelaka radosność z odejścia i spotkania zmarłych bliskich lub też nagłe poczucie ku kajaniu się i tak dalej…

W takich momentach postawić konfesjonałek i można kasę zbijać.

LOL

Ale…

Ostatnio całkiem sporo onych wydarzeń niebiańskich, już nawet te pioruny, zwykle nie są takie wielkie, zwykle to wszystko rozgrywa się tak daleko, że widać ino poświatę, czasem coś na horyzoncie, a one, takie białe, aż wymazujące wzrok, walące znienacka, potem to czekanie na grom, a jego nie ma…

Jakieś dudnienie na skraju słuchowej mobilności…

Pioruny, niczym rąbane niebiańskie drzewa domgające się… no właśnie…

Czego?

Niebo krzyczy, morze ino lekko pośmiardowuje, ale to raczej norma o tej porze, bo chociaż u nas tych ukropów nie było tak wiele, to jednak morze to morze, jeden pojemnik, naczynia połączone, wszystko się miesza… jak było gdzieś ciepło, to i zakwit przyniesie do nas. Na razie czuć tylko intensywny aromat wodorostów. Wodorostów, które wciąż nie niezmiennie polecam jako nawóz czy środek do rozpalania ogniska czy też palenia w piecu. Naprawdę… co prawda iskrzy, bo takie mocno tłuste, ale jak się fajnie wsio hajcuje!!! Mniam!!! Ciekawe czy na grilla by się nadało?

Nie wiem.

Takam niegrillowa.

Ale… mamy już sierpień. YAY dotrwaliśmy. Turyścizna się zmienia, wszystko jakoś tak okrzepło w onej letniości. Idioci robią sobie wyścigi na drodze, RIP jeże i inne zwierzątki. Ale zapewne, znaczy mam nadzieję, że jak zwykle przynajmniej policja się obłowi. Wiecie, bogatych można doić za szaleństwo na drodze. A doi się u nas nieziemsko… tia, to też takie wiecie, cud na nieboskłonie jak co poniektóry zobaczy one zera na papierku. Czy też raczej dostanie toto pocztą…

Kurde… nie wiem jak to jest z mandatami!

Wiem ino, że mnie na nie nie stać.

Motywujące!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Nietychświąt… została wyłączona

Pan Tealight i Ostroprawiec…

„Lato.

Lato tego roku było doprawdy dziwne.

Początkowo było raczej znośnie. Kilka dni nazbyt ciepłych, ale znośnych, chłodna wiosna rozpieściła Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, więc strach przed latem onym wrzącym był wielki… ale nadszedł czerwiec, pierwsza połowa lipca… i kurde, chłodno nawet, no a potem się zaczęło…

A wsio przez te barbakju Ostroprawca.

Ostro prawił i doprawiał!

Grill to chodził nie tylko jak zwykle, wiecie, pufając i dmuchając na wszystkich, wszędzie kopcąc i cuchnąc podpałką, ale przede wszystkim nagle chodził dziwnie spokorniały i stojąc ino grillował, czyli robił coś, do czego kompletnie nie był przyzwyczajony, ale jednak wszelako przeznaczony.

Zwyczajnie był królem onych grillowanych kurczaków i mięsiw czerwonych i jeszcze bakłażanów i cukinii i… serów, oj te haumi, a nawet żółty zwykły. Nawet niejedząca publicznie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane przychodziła i przyprowadzała Misia. Ten to szczególnie na szaszłyki, ale ino mięsne i to jeszcze z tłuszczem i bekonem i…

Tia… dziwnie nieznajomo nagle się zrobiło pod Białym Domostwem.

Dla innych na pewno zwyczajnie, ale dla nich… chyba po raz pierwszy jednocześnie ktoś tutaj pasował i kompletnie nie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak…

Każdy sezon oznacza nowe atrakcje na Wyspie i miejsca, które prawdopodobnie nie przetrwają onego sezonu, chociaż możliwe, iż dostaną nagrody, poklepanie po ramieniu, wywiadzik, kasa… Naprawdę. Tutaj sezonowość niektórzy uznają za pewnego rodzaju miernik czasu. Nie tylko czas dzieli się tygodniami, nikt nie wie kiedy jest 20 marca, ale każdy wie, w którym to tygodniu. I rzeczywiście, świat tutaj bardziej logiczny jest w tygodniach niż pojedyncych dniach, więc…

No cóż, nie wiadomo co więc…

Widomo, że jedną z atrakcji jest market i piaskownica w Nexoe w porcie. To tam, gdzie wcześniej stawał, dokował, Żywgolot z Kołobrzegu… a jak już o nim mówić, to… jak tam, przywrócicie go czy nie? Nie żebym tęskniła, ale jednak sklepik polski upadł, znaczy wróć, nie że sklepik z polskimi rzeczami, ale jadłonomia z podobno polskim żarciem. A na pewno prowadzona przez Polkę.

Niestety… już tylko wspomnienie.

A kurcze, tak ładnie szło, naprawdę, nawet przez pandemię…

No ale, cała rozbudowa portu w Nexoe to osobna opowieść, kiedyś, a właściwie, gdy tutaj się przenieśliśmy, wciąż jeszcze istniała jakaś piramidka, fundusz, który miał na celu przenieść część promowości właśnie tutaj. Pogłębić port, powiększyć, czyli właściwie to, co dzieje się teraz i… będzie się działo, w Rønne. Naprawdę, szaleństwo. To co było kiedyś, a jest teraz, stolica nie daje wytchnąć tym, co mieszkają blisko wody. A i tym, którzy po niej podróżują…

No ale… nie o tym miało być.

W końcu na to nie mamy wpływu, w ogóle.

Jakby co, zawsze wyciągną kartę ekologiczną i leżysz…

Ale… Nexoe.

Co jak co, miasteczko miejscami naprawdę urokliwe jak zdecydujecie się na więcej łażenia, jak nawet w ogóle ino łazicie, zaskoczy was ścieżka nadmorska i te aromaty. Ojojoj. Pamiętajcie, uważajcie na ptaki, to ich tereny i one o tym wiedzą. A ludzie tam mieszkający mają naprawdę odporne…

Nosy?

No dobra, teraz cały market.

Podobno pomysł zaczerpnęli z marketu świątecznego, który okazał się być chyba sukcesem, no ale… nie pytam. Widać musiało być wystarczająco, by wystawić budki i teraz, ale po co jeżeli nie dość, że nic nie wpływa, to na dodatek większość artystów sprzedaje swoje rzeczy z sezonowych miejsc, sklepów własnych, czy na przykład domów? No weźcie no, logika!!! Oczywiście nie dość, że zgłosiła się do niego ino garstka ludzi, to jeszcze kurcze mało kto tam łazi… i chociaż przez te piaskownicowania możnaby pomyśleć, iż to wypali, ale…

Okay, no dobra, rzeźby z piasku w industralu…

Chcę zobaczyć, ale wiadomo. Po zdjęcich widać, że jest intrygująco… no dobra, niezbyt intrygująco, macie tutaj filmik, ale ilość reklam jakimi mnie obrzuca cokolwiek, co otworzę… no weźcie. Połączyli się i z promami i jeszcze z Middelaldercentretem… i ciągle to widzę. Mam dość. Nagle uruchamia się we mnie ta dzidzia piernik tupiąca nóżką, że nie, nie pójdzie bo już za często to widziała i ją terroryzują YouTuby… LOL Bo… no weźcie no, po kiego mi reklamujecie promy, jak i tak nie mam innego wyjścia. Tak, wciąż nie chodzę po wodzie!!!

Albo coś, co znam?

Jeszcze może Dagli mi podrzucicie?

Okay… dziś gorąco… blech!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ostroprawiec… została wyłączona

Pan Tealight i Pośmierć…

„… przecież Wszechświat jest nieskończony.

No jakże mogliście myśleć, że Śmierć i koniec, nie… Śmierć miała kuzynkę, Pannę Pośmierć. Której nikt nie lubił, a już Śmierć z żoną w ogóle!!! Nie znosili tej suki, tego wymądrzania się, że taka ona najpiękniejsza i najcudowniejsza, i jeszcze posiadłość jej największa i boska wprost, no i oczywiście podatków nie płaci, bo przecież i doprawdy właściwie… no tylko ona jest Końcem Prawdziwym i Oną Nicością… japa bezzębna jej się nie zamykała. Wyglądała w ogóle jak jakaś jasnowoskowa kukiełka z dolepionymi włoskami, lekko taka, śliwkowo sina pod oczami i w dziwnych innych miejscach, zagłębieniach…

I wszystko umiała.

Wszystko.

I w onym wszystkim była najlepsza i najgenialniejsza i w ogóle…

Bardzo dużo mówiła. Bardzo, lekko sepleniła, do tego mlaszczyła, mlaskała, ogólnie wydawała dziwnie wilgotne dźwięki z każdym słowem, westchnieniem, przytupem, kropką i przecinkiem, które akcentowała na sobie tylko znany sposób, ale wiedzieli, że one tam są… czuli je.

Siedziała tak i bleblała. A ona cała hossanna i alleluja na jej własny temat była narwna, bogata i przenikająca każdego. Przenikająca i niepozostawiająca w niesłuchającym ni nawet trzepotu motylich skrzydeł, tudzież długich dziewicy rzęs… wiecie, takie prawdziwej dziewicy, co się za torebkę jeszcze nie sprzedała i za komplet od Gucci, czy innego tam od kostki do kibla.

Influenserki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sługa honoru” – … okay, drugi tom. Drugi tom drugiej trylogii, ale nie do końca ciąg dalszy, chociaż z drugiej strony tak, ale jednak… tosz to przecież całkiem inny czas, inne postacie, inne…

Okay, nasz główny bohater wciąż żyje i jego „kuzyn” jak najbardziej też… ale to nie Polska i Rosja, nie… tym razem mamy całkiem inne krainy, zalatujące azjatycką estetyką, która zdaje się być w literaturze fantasy ostatnio nader… modna. I nie, nie podobała mi się na początku, nie przekonywała mnie do siebie, ale… to wciąż ten sam, dowcipny autor, na szczęście trzymający się pewnych schematów, ostro rysujący swoich bohaterów, za co jestem wdzięczna…

Konsekwentny, więc…

O tym razem ofiarujący nam nowych przyjaziół. Nowych, a jednak dziwnie znajomych. Zabawnych mężczyzn, dzielnych, pełnych sprzeczności, nieodgadnionych, oraz… oj, jak on te kobiety musi kochać. Jego bohaterki to po prostu, kurna, jak ci szpili zatrutej która nie wsadzi, znaczy, że nie kocha!

Oj tak!

Drugi to, lekko przewidywalny, może miejscami dziwny, może i lekko niespójny, ale tutaj cłowiek ma takie oczekiwania, że… czyta się to jak niesamowitą przygodówkę i tak, powinno się najpierw przeczytać tomy z pierwszej trylogii i pierwszy tom tej… Materia secunda to w końcu! Nasz bohater uczy się coraz więcej, i więcej obrywa, ratują go cuda, ale… to wiecie przecież…

Chociaż… może nie wiecie?

No dobra, wrzątek w końcu przyszedł w drugiej połowie lipca… ale wciąż, nie taki powalający, odbierający dech. Wystarczy cień i jakoś daje się oddychać, a może zwyczajnie człek stara się już we wszystkim odnaleźć chociaż coś pozytywnego, bo cały ten świat jakoś tak, no zwyczjanie…

Opierdala nas na każdym kroku.

No ale… ten heatwave z UKeja… Najpierw miało być 30, potem trochę mniej, w końcu wyszło chyba znośnie, choć jak dla mnie zbytnio i nazbyt, weźcie te gorąca no! Dajcie nasze zwyczajowe mniej niż pokojowa temperatura!

Pasuje nam.

I popływać można spokojnie.

No ale… mamy lato, drugi miesiąc lata wakacyjnego nadchodzi, a to oznacza oczywiście zmianę Turyściznowego przedziału wiekowego. Oczekujemy mniej dzieciarni, więcej młodych i rowerowych, może i mniej hałasów, ale jednak, wciąż trwa sezon. Jednak dla Skandynawii sierpień to już jego końcówka. Jakoś nigdy nie wliczali września do tego wycieczkowego czasu. Pojedźcie do Szwecji we wrześniu i poza miejscami, gdzie znajdziecie przeceny ponad 50%, znajdziecie i wiele takich, w których po prostu pocałujecie klamkę…

I to już zaczyna się z końcem sierpnia, bo lato tu trwa ino jeszcze miesiąc. Kurcze, miejmy nadzieję na chłodniejszy sierpień i jesień liściastą, niewietrzną nazbytnio… tak, by liście jeszcze były…

Malwy w tym roku, ten kwiat wyspowy, jakże charakterystyczny, wyrastajacy z i tak wąskich przeraźliwie, a najczęściej właściwie nieistniejących chodników, przytulające sie do domów… no cóż, w wielu miejscach, jak w Svaneke, nie istnieją już. Niestety. Nie wiem dlaczego. Wiem, że wiele drzew też zniknęło i szlag mnie trafia w tej całej pustocie, bo choć rozumiem ludzki strach przez powalonym na dom drzewem czy gałęzią w oku, to jednak, no nie wiem, jak tam latem się gotujecie?

Trudny temat.

Co do deszczu… nie pojawia się, a nawet jak coś tam spadnie, to człek jakoś pewien jest, że te sikające aniołki to prawda… tia, w dzieciństwie mnie tak straszyli, że deszcz to sikające aniołki. Trauma na całe życie!!!

Ale… wracamy na Wyspę.

Czasem się zastanawiam, co kieruje ludźmi, którzy chodzą do sauny?

Szczerze.

No bo, choć oczywiscie świadoma jestem różnicy wrzątku i pary, a suchości i wrątku, to jednak, okładanie się witkmi, gołe tyłki na drewnianych stołkach, woda, para, bez urazy, ale jak ktoś chce się n golasów popatrzeć, to rozumiem, ale jeśli nie jest zboczony, a wprost intymnym woli być i sam ma oną saunę w domu i latem korzysta… albo te balie z wrzątkiem, w tkórych ludzie się kąpią…

Często co to dopiero się zapoznali…

Serio?

Rozumiem parówkę i pozbycie się toksyn, syfów i tak dalej, ale jak tak wszyscy w jedną balię, pomiezczenie, to serio… po tym szorowałabym się tydzień, a nie skakała w zimną wodę. Ili przerębel… tak wiem, ja to ja a inni to inni. a jednak sorry, lecz większość, prawie każdy marudny jak gorąco.

A jak już pogoda dobiega stopni czterdziestu… ojej!

Dramat…

… więc jak to jest z saunami?

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pośmierć… została wyłączona