Pan Tealight i Martwota…

„Wszystko zdawało się spowijać martwe powietrze.

Ciężkie od soków rozkładających się i zwierząt i ludzi i roślin, zarazem tych naziemnych jak i wodnych… tych latających, już nie, pełzających, skaczących, pląsających i wszelako chodzących… kroczących i tańcujących. Bytów widzialnych i niewidzialnych, w te łatwiej było wdepnąć, jak się czołgało, starając się od wszystkiego uciec. Te nagle się ukazywały, gdy się je dotknęło.

Było gorąco.

Było parno i duszno.

Nie padało od tak dawna, że nikt już nie pamiętał onych deszczowych nut, tego jak przywołać desz, jak w nim się przemykać, jak się moczyć, jak po prostu być częścią onej wodnej muzyki. Nikt nie pamiętał jak to jest… chociaż, przecież minęły tylko miesiące, a jakby lata…

Zbyt wielu zależnych było od deszczu.

Zbyt wielu.

Między innymi rośliny Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. I jej książki. I ona sama. Tęskniła za deszczem i choć kochała onych umartych, to jednak, jakoś tak, zwyczajnie, chciała wody. Chciała tej wilgoci, zapachu, pieśni, arii i wszelakiej tonacji w powietrzu… poszumów i cieków. Nawet jakby miała latać wciąż do kibla, co chwilę, wiecie… na siusiu.

A Martwota…

Martwota nie chciała deszczu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gromady szpaków dookoła…

Okupują moją śliwkę…

Zaczynam się zastanawiać, czy w tym roku nie tylko czereśnie im w łebkach, czy jednak nie. Czy jednak dietę rozszerzają, może jakowyś to szpakowy wegetarianizm? Kto je wie, raczej nie są tak gadatliwe jak wrony, nie żeby były ciche, o nie… gdy zleciały się po raz pierwszy, myślałam że grad rozjebuje nam dach, delikatnie to ujmując. Choć czy damie godzi się używać takiego słowa? Nie wiem… tam, damą nie jestem, nie mam problemu, problemy mają w Folkekirkecie, bo się okazało, że właśnie tam najbardziej się kobiety, a też i damy i panie szpakowe dyskryminuje. A tak… wielkie oburzenie poprzedziło gigantyczne dziwienie i zaskoczenie, że jak to tak? Że w kościele i to jeszcze takim, kobietom bliskim…

… ble ble ble…

Wróćmy do ptaszków, niekościelnych.

Chociaż, kurde, kto tam wie co szpaki wyznają?

A może jednak wierzą w Najświętszą Pestkę wybitą z czubka czereśni do buta Nieznajomego, który przez nią uszkodził sobie system chodzący i nader mocno z tego powodu wkurwiony na wszystko, jakoś czereśni nie zauważył, a tak, po wszystkim, jak już doszedł do siebie, bez chodzenia, no wiecie, ino z guzem, to od razu siekierka i huzia na drzewko i nagle, na moment, ot piórko, włos, chwilę nim łupnęło ostrze o korę, zatrzymał się, a może powstrzymało go jakoweś skrzydło najświętsze… no nie wiem… ale się opamiętał i przemienił w największego szpaka, który usiadł na najcieńszej gałęzi i się z niej spierdolił na beton.

Na amen z pacierzem.

Co? Że nieprawda?

A kto mi udowodni?

Ale…

Wracamy do pierwszego spotkania…

… czyli ja kontra koniec świata, niebo nam na głowy i dachy i ten nasz cały dach, każda dachówka zamieniona w szpaka. No po prostu szaleństwo. Szpacza chmura, która z nieba niebieskiego, rąbanie błękitnego bez chmurki i na deszcz nadziei, osiadła i dziobie, dłubie, coś kombinuje, a przede wszystkim tupie tak głośno tymi malutkimi pazurkami jakby nosiła te najbardziejsze brzydkie, wielkie buciory… te najdroższe jakieś, wiecie, może i drewniaki… to też kiedyś w modzie było?

… więc ono tupanie, strach, wybiegam, a one co?

Gapią się na mnie z wyrzutem, że im niby zakłócam spokój, czy coś?

A potem się uniosły, ale nie wszystkie, część została by patrzeć na mnie bym czuła się jak jakiś podglądacz, albo okrutna baba, co cukierka dzieciom zabrała, czy coś w ten deseń… z drugiej strony, ej, to mój dach… wróciłam po aparat, oczywiście przeniosły się na dach sąsiada i powiem wam, że to trzeba mieć umiejętności, by tak się czepić bardzo pochyłego, namiocika dachowego sąsiada, nawet na kominie usiadły.

Nosz niesamowity widok w świetle zachodzącego słońca…

A jaki wrzask!

Wot i to rozrywki u nas na Mniejszym Krańcu Świata.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.