Pierwszy śnieg…

Zawsze czekam na pierwszy śnieg. Więcej, ten pierwszy jeszcze dziwnie nieśmiały, zarumieniony od zachwytu i podziwu wszystkich, zabieram ze sobą do pudełeczka i chowam na specjalnej półeczce. Żeby wierzyć… przez cały rok.

Przez to w „Sklepiku z Niepotrzebynymi” mamy specjalny dział dla zwiędłych kwiatów, zeszłorocznego śniegu i wiatru, który przeminął. Ale spoglądając na specyficznych mieszkańców sklepiku, jak garną się do Pana Tealighta, jak nagle wszelkie spory milkną, a to co dzieliło zbliża, czuję w powietrzu pierwszy śnieg. Bo on ma zapach. Taki subtelny, lekko ostry, ale też słodki i zaskakująco aromatyczny. Nawet ciepłość Pana Tealighta, którą skrupulatnie wydzielają sobie wszyscy dookoła, nie jest w stanie go wymazać.

Aromat pierwszego śniegu wisi w powietrzu niczym obietnica czegoś tak niezwykłego, że śmiało konkurującego z pierwszym pocałunkiem, tęsknotą za powtórną taką chwilą, którą tulimy w objęciach duszy, pełną nadziei i marzeń. I pewnością ich spełnienia.

To tak jak z domkiem Pana Tealighta.

Większość twierdzi, że to tak bardzo niemożliwe. Że to tak dziwne, by tulić się do guzika z drewna jabłkowego i specjalnej łyżeczki. Może i to wszystko to zwykłe śmieci, ale to one sprawiają, że Sprzedawca ze „Sklepiku z Niepotrzebnymi” jest tak wyjątkowy. Zresztą nie tylko on. Jego TOWAR to zaskakująca mieszanka cudów. Niekoniecznie chcąca wyjść ze sklepiku. Czasem może i pokurzona, jak dzwonki bez duszy, zawsze milczące…

Ale przecież nic nie jest niemożliwym… poza samą niemożliwością!

PS. Listonosz na dziś to cudowna nagroda z bloga: czytanki-przytulanki. Czyli mam prezent dla pluszaka na Mikołajki 🙂 Zaraz zawinę w papier bo wścibski Śnież dorwie się do każdej niespodzianki 🙂

No i wygrana 🙂 Czekam na „Pragnienie” Carrie Jones!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Ja symboliczna…

Moje życie to symbole. Poszukuję ich, wytapiam skrupulatnie z codzienności, lub wprost przeciwnie same mnie znajdują. Jakby tylko czekały na mnie za każdym progiem, kryły się w cieniu uchylonych drzwi, czaiły we wszystkich zakątkach i załamaniach ścian wykorzystując wszystko to co niejednoznaczne, niepełne. Dla mnie wszystko ma duszę i to co najmniej jedną… Sparaliżowana ciągłym strachem, boję się, że nie będę w stanie odczytać ich przesłania.

Że nie zauważę tego, co dla nich tak jasne.

Przegapię podpowiedź mojego życia…


Moje życie naznaczyły symbole.

Przepowiednie.

Przeczucia i wizje.


I… krzyżyki.

Jestem jak Pytia.

Siedzę na tym chwiejnym trójnogu i ciągle snuję prorocze myśli, plotę o obrazach, które zwidują mi się odbite w kłębiącym się dymie. I tylko grzybki odstawiłam. Nie potrzebuję, jestem wystarczająco szalona!!! Kątem oka wyłapuję cienie, które dopiero stoczą przede mną swą bitwę o pierwszeństwo przedstawienia swej wizji. Mam swiadomość, że nadejdą niezależnie ode mnie.

Niezależnie od którejkolwiek z nas… niezależnie.

Przez tą całą, jak wielu zwie, ponadnaturalność – dla wielu świrowatość zwyczajną – gromadzę przedmioty silne i fascynująco przesączone moją nadzieją, że tak będzie, lub też magiczne własną mocą. Dla wielu to śmieci… dla mnie cząstki dusz.

Dla jednych niezauważalne, dla mnie są tym, czego nie mogę przegapić. W całkowitą nieskończoność…

Od początku do końca, tego, który pożera początek i jednocześnie ofiaruje go swym własnym zakończeniem. Węża Apophisa. Uroburosa… Bo moje życie ciągle zatacza krąg i zawsze przechodzę przez to miejce zwątpienia by potem znowu mieć nadzieję, że akurat to miejsce w życiu zostanie mi choć raz oszczędzone… choć też mam w sobie to przekonanie, iż to niemożliwe.

To jak listnosz. Czasem przychodzi codziennie 🙂

Tym razem Wydawnictwo Replika oraz Portal Kryminalny, dziękuję!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Mój Kemet…

Moja kraina piramid, kamieni, palm, Nilu nocą… dziwnie pełna bezpieczeństwa, nasączona magią, wciąż żywa starożytnością… Wraz z autorką powieści „Heretycka królowa” Michelle Moran odwiedziłam go znowu. Wpadłam tam tak na niewiele ponad 300 stron wprost do XIII wieku p.n.e. W czasy panowania Ramzesa II i potomkini faraona heretyka. Obciążonej ach swych przodków, Nefertari.

Prawdziwie ukochanej przez faraona, tej, o której sam pisał: „Moja miłość jest wyjątkowa i nikt jej nie przyćmi… Odchodząc skradła mi serce.”.

Michelle Moran ponownie nie zawiodła. Mimo iż zastrzega, że jej historia przede wszystkim jest powieścią, to jednak przepełniona faktami historycznymi, klimatem i żarem Kemet, porywa faktami historycznymi, prawdziwością bohaterów, oddaniem świata i dopracowaniem szczegółów. Zamyka czytelnika w gorących objęciach żaru pustyni, cieniu sykomory i pragnienia wylewów, zdobi złotym pyłem i lapis-lazuli.

Tutaj bogowie naprawdę są blisko, a przeznaczenie nosi ich oddech…

„Heretycka królowa”, oo druga, po „Nefertiti” książka tej autorki, której nie powinni przegapić nie tylko wielbiciele powieści historycznych czy Egiptu, ale też zwyczajnie dobrze napisanych historii. Historii, które przecież cała ludzkość ma wpisane w swój genetyczny bagaż.

Tych, które są prawdą…

I nad którymi czuwa Maat.

A teraz zabieram się za „Psalmodię”!!! 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Czytu czytu czyt…

Co jest takiego w zapachu książki? Czy Wy też wolicie te tomy o ciemniejszych stronach, czy jednak bardziej Was nęci papier kredowy?

Ja preferuję ten lekko kremowy, taki drukowany jak to drzewiej bywało, gdy krasnale jeszcze nosiły swoje czapki normalnie a nie na bakier i niektórzy jednak w nie wierzyli… Bo dziś to rzadko kto wierzy w krasnoludki…

Czy ludzie wciąż wierzą w książki?

Niektóre mają takie magiczne okładki jak ta powyżej… Tak, wiem, że to nie moja kategoria wiekowa… ale bajka cudna. Albo ten fragment z fantastycznej, pięknej opowieści pt: „Maleńki król Grudzień” Axel Hacke

Czyż Jego Wysokość niewysoka nie jest urocza?

Ale… Pada. Chyba deszcz złożył podanie o duże krople i przychylono się do zmiany jego rozmiarowści. Dotąd był zwolennikiem anorektycznych kropelek i ogólnej wilgotnosci, teraz krople jak kulki do gry tłuką o daszek nad łazienką. Wybijają rytm do sobie tylko znanej melodii… i chyba gwiżdżą?

Ech! Ten świat.

Dzisiaj dostałam prezent 🙂 I nie wiem od kogo, ale bardzo dziękuję. Oto nowinka! Mam co czytać – to prawdopodobnie stan chwilowy aczkolwiek cudowny 😉

No i… ulegając manii stosików oto mój 🙂 A co będę sobie żałować?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Listy pisuję…

Cały problem w tym, że bazgram… no jakbym z tego typu pisania doktoryzowała się u samej, wielce mi słynnej, pazurzastej kury. Takie połączenie prawnika i lekarza – czyli nawet Champollion nie pomoże 🙂 ale kocham pisać listy. Dostawać też 😉 Pewnie dlatego już wysłałam mesydż do Świętego Mikołaja. A co… nie ma na co czekać, taki tam ścisk, trza Świętego trochę odciążyć…

Wiadomo JUL nadchodzi!!! Ale jak dla mnie, to już dziś była prawie Wigilia… nawet drapaczka w doniczce wczoraj znaleźliśmy 😉 Nazwę go… Konusik 🙂 Zawsze nazywam choinki. Gorzej, mam takiego bzika, że pewnego roku wywaliliśmy drzewko w 1 dzień świat, bo miało złą karmę… było to co najmniej dziwaczne, ale wiecie, ze mną tylko dziwnie! Drzewko serio miało w sobie coś złego, ale tak to jest jak się je ścina nie pytając o pozwolenie… dlatego kocham doniczkowe, potem do ogródka, to już będzie druga wsadzona tutaj! Druga na Wyspie! Co to przetrwała od 2008! Wytrzymała bez wody pół roku i pzeprowadzkę w ciasnym autku na Wyspę!!!

Dzielny iglaczek.

Za to listonosz na dzisiaj to LUIZA co to ma zdolności do bycia Świętym Mikołajem 😉 no i dzięki niej też jest u mnie w końcu wygrana zdjęciami: „Psalmodia”!!! Podziękowania dla RUNY!!!

Ale to nie tylko, bo jest jeszcze to:

… uczucie pełnego wruszenia!!! No i pewne dopełnienie, spełnienie marzenia sprzed 3 lat? a może 4?

Śnież Miś za to kąpał się dziś w kisielach i galaretkach 🙂 no ale cóż, jemu wolno… pluszowi to mają dopiero swobody!

Melduję wypisanie kartek i zapakowanie prezentów… no przynajmniej na razie 🙂 Szaleństwo JULOWE!!! Łaaa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

I wieje…

Gdy tak wieje jak dziś, mam w sobie to dziwne uczucie, zadziwiające, zaskakujące, że nic złego stać się nie może.

Niestety… owo uczucie mija.

Wiatr zawsze przynosi ze sobą coś nieoczekiwanego, a mimo mojej szaleńczej, dla wielu niezrozumiałej panicznej, nieoznaczonej i łapczywej lękliwości, która pojawia się na hasło niespodzianka!, przez ów huczący dźwięk, fale docierające wprost do mojego okna, słone krople, którymi płaczą szyby… czuję się bezpieczna? Plany człowieka miażdży natura. Zmusza go do pozostania w domu, by przemyślał, może odpoczął, a może wprost przeciwnie nadrobił zaległości?

Jak na przykład mieszkańcy „Sklepiku z Niepotrzebnymi”, którzy zatkali – dość malowniczo – właśnie komin. Nie do końca jestem w stanie zrozumieć dlaczego, ale na pewno mają swoje powody…

Wydaje mi się, że eliminują wejścia, ale dotąd komin był jednym z najistotniejszych… jeżeli nie wprost reprezentacyjnym. Nie mogę się zapytać Chochela, bo mój pisarski durny chochlik znowu gdzieś wsiąkł. Po ostatniej kłótni z panem Tealightem zajumał mu cybuch fajki i zbyt wiele magii, żeby ta cała wariacka gromada mogła wrócić do domniemanego, spokojnego stanu.

Magia się burzy i… może tak naprawdę przez to ten cały wiatr? W końcu Wyspa patrzy na nas dość łagodnie, aczkolwiek często czuję jak mi grozi. I to nie palcem 😉 A czy to moja wina, iż własna co prawda, ale wrodzona jednakowoż, wariackość nie pozwala mi jakoś ograniczyć, a już zupełnie zapanować, nad tworami rozchełstanej wyobraźni? No nie moja… popatrzcie w te oczy…

… ale bez gapienia!

Choć czy to możliwe?

Kto miał wejść przez ten komin?

A może to tylko dalszy ciąg sporów o zewnętrzną, widzialną dla wszystkich formę sklepiku? W końcu niby się już zdecydowali, ale tak naprawdę jak można dojść do ładu z aką gromadką zgorzkniałych, niepokornych, zbuntowanych depresantów? Szlańców i niezdecydowanych, tak róznych jak to tylko NIEMOŻLIWE!!! No i wysublimowanym smakiem architektonicznym pana Tealighta?

Czasem naprawdę myślę, że tylko on jest normalny… ale nie wypowiadam na głos, mógłby się poczuć urażony.

Miało być tak… ale kto ich wie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Co widać z okna domku dla lalek?…

Wyobraźcie sobie, że… nie, nie jesteście kolejnym wcieleniem rodziny Pożyczalskich, ale po prostu ktoś zmniejszył was i dał w prezencie cudowny domek i to z garderobą bujną i wszelako szaloną, oraz aż 68 pokojami. Czyli moja recenzja „68 pokojów” Marianne Malone na kanapie.

Książki, którą naprawdę można polecić młodszemu czytelnikowi, który Alicji by jeszcze by nie zrozumiał, ale na bajki z obrazkami jest troche za duży. Mądrej i zmuszającej do tego, by zatęsknić za takimi wnętrzami… jak te w Instytucie Sztuki w Chicago.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Okna mojego świata…

Patrzę na świat przez nieswoje okna. Namiętnie wynajmuję cudze ramy, szybki. Tylko przez nie jestem w stanie zrozumieć to, co mnie otacza.

Jakbym była zupełnie nieprzystosowana do rzeczywistości? A może zwyczajnie nikt nie dołączył mi do duszy instrukcji obsługi właśnie tego: „dziś” i „teraz”?

Bo mój świat jest jakiś taki odbity. Jakbym nie była w stanie objąć rozumem tego, co inni pojmują jako stałe i rzeczywiste. Wymiernie zwyczajne, normalne i objęte opisanymi definicjami?

Dlaczego?

Może zwyczajnie wystarczyłoby przetrzeć sobie szybki i trochę odnowić witrażyk w prawym górnym rogu mojego własnego, posiadanego okienka? A może jednak wciąż zapominam rozchylić okiennice i tak naprawdę jestem owym ślepcem pośród najbardziej widzących? Tylko czy dobrze czułabym się w tych objęciach owej własnej świadomości? Może jednak byłoby to owo zbyt wiele, ta kropla, która popędziłaby wodospad i zatopiła mnie niczym malutki, dziwnie pogięty, kobaltowy płatek nieznanego kwiatu?

Jedno jest pewne. Postrzeganie świata przez okna innych wiąże się ze zdobywaniem historii obcych, tak odmiennych ludzi. To co dla nich jest nieciekawe, dla mnie urasta do granic niewyobrażalnej tajemnicy. Odkrywanie ich życia, stawanie po drugiej stronie okien i zaglądanie do środka, sprawia, że wciąż jest wiele tego, co zaskakuje. Bo każdy z ludzi naznacza silnie swoje własne okna.

Bo każde okno ma co najmniej dwie strony. Co najmniej, bo co najwyżej to jakieś 896. A przynajmniej tyle ostatnio naliczyłam, uwzględniając nieistniejące drzazgi w plastikowych ramach. To dlatego te drewniane są bardziej magiczne. Jakby same drzewa postanowiły decydować o tym, co widzę. Bo plastiku wciąż nie jestem w stanie pojąć.

A może jednak to co się widzi zależy wyłącznie od patrzącego? Moze okna w rzeczywistości są tylko dziurami do rozmaitych światów, które może zobaczyć tylko ten, który jest w stanie je sobie wyobrazić? Bo przecież w widzeniu wiara nie jest aż tak koniecznym czynnikiem. Wizenie, to sposób opisania i przekrzywienia głowy, dzięki któremu świat widziany rozumie, że jest… widziany.

Tylko co takiego widzę ja?

Nieśmiało próbuję dotknąć swojego okna i zawsze cofam rękę. Boję sie go. Może jednak nie jestem gotowa? Może lepiej nie zaglądać przez to moje okno. Przez te zawijasy i ciemny błękit ram. Może lepiej wpuszczać tylko czasem drobinę światła do mojego świata, ale zrezygnować od spoglądania na zewnątrz?

Może inne okna są tak naprawdę bardziej odpowiednie?

Tylko czy przez te cudze okna na pewno widzę swój świat?

Kto spoglądając z drugiej strony… tak naprawdę widzi mnie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pluszowa trauma… i KLIK!!!…

Nie wiem dlaczego niektórzy nie rozumieją, że pluszaki są żywe. Że można stworzyć sobie pluszowy świat. Że życie nie musi być jednomyślnie przegłosowane na korzyść tych, którzy są wiekuiście smutni i wyprani z wyobraźni na wieki wieków, amen…

Każdy z moich pluszaków ma swoją własną historię. Rozdarty bok, rozpłatany nosek, wiszące na ostatniej nitce oczko. Każdy pluszak szepcze dziwne opowieści i każdy z nich domaga się uwagi. A wy w nich nie wierzycie… może to i lepiej.

Obejrzałam wczoraj „Aksamitnego królika”, zdołował mnie podobnie jak traumatycznie wspominam misia z „A.I”…

Na zdjęciu ZulZezul 🙂 Siedział bidulek w oknie wystawowym, przykurzony na koszmarnej poduszce w zamkniętym sklepie… ale w chwili gdy mogłam, w prawie dzień moich imienin ktoś się w tym sklepie pojawił i Zul został uratowany. Co prawda całe dnie ciamka z Brutusem płatki róż ze stokrotkami, ale i tak kocham gościa. Udało mu się przyszyć główkę do korpusiku i przetrwał operację.

KLIK!!!

Usłyszałam właśnie KLIK!!! w mojej niedokończonej beztytułowej opowieści, a to znaczy, że chyba już wszystko wiem… dziwne uczucie. Jakby zezwolenie świata z wymyślonej – chyba? – historii na spisanie. To zawsze mnie zaskakuje. ZAWSZE i WCIĄŻ. Mimo lat, stron, kartek, rysików, wkładów, długopisów, ołówków… nawet książek, które czytając przy okazji zapisywałam – jak się okazuje mimo druku można znaleźć dużo wolnego miejsca… na inne historie.

PS. Zaczęłam spis wszelkich posiadanych książek… jestem na pozycji około 193 i już jestem wykończona.

No i dostałam to 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Bente…

Na zewnątrz pada specyficzna mutacja… coś pomiędzy mżawką a kapuśniaczkiem. Raczej słono doprawiony opad o zmieniającej postrzeganie świata, konsystencji. Dowcipny ten listopad.

Od dwóch dni mam napisać o Bente, ale ciągle coś mnie powstrzymuje (chociażby może na przykład to, że to jedna z moich głównych bohaterek „Opowieści z Wyspy”). Najpierw ona sama. W piątek miała urodziny, 60!!! Wierzcie mi, wcale nie wygląda na tyle, no gdyby nie ten fioletowy nos, właściwie całkiem całkiem… zresztą babka wciąż ma powodzenie…

Ale od początku.

Każda miejscowość ma swoją wariatkę. Nieskromnie myśląc wydawało mi się, że to mi w udziale przypadnie korona, berło, jabłko Miłościwie Panującej Dziwaczki, ale nic z tego. Pobiła mnie Bente. I to nie tylko stażem mieszkania na Wyspie. Urodzona w Szwecji, w młodości szalenie piękna, znająca Chagalla, mając propozycje pozowania dla wielkich malarzy… zakochała się. I w ten sposób trafiła tutaj. Po drodze zaliczyła wystarczającą ilość traum, by zostać najgłośniejszą, najbardziej upierdliwą sąsiadką Wszechczasów. Ale też człowiekiem, który paradując przez świat z butelką piwa, najbliższym przyjacielem tuż obok suczki Sziry, jest totalnie, z gruntu i ponad niebiosa… DOBRY.

Jej urodziny miały chyba przebiegać jak to u kobiet bywa – totalna depresja i udawanie, że sie nie istnieje. Ale… rano zaniosłam jej obraz, który namalowałam po pierwszej z naszych poważnych, szczerych rozmów, no i jakoś tak wyszło, że zaraz wparadowała – bo ona nie wchodzi, wpada, robi burzę, piorunuje i wypada – z tym:

Bo Bente przede wszystkim kocha Beatelsów, Boba Marleya, ale nade wszystko Johna Lennona. Jako, jak sama o sobie mówi, stara hippiska, wyznaje wyłącznie „MAKE LOVE NOT WAR” i w ogóle ogólnie PEACE. Wciąż każe się wszystkim uśmiechać, choć sama często znika na wiele dni w swoim małym domku, by przetrawić kolejne czarne chmury nad duszą. Ale gdy mijają, potrafi wparadować i zażądać zawiezienia jej do miasta… (w trakcie wożenia robi tyle wrzawy, że tzw. Mąż ma jej dość).

Po Marleyu nadszedł czas na kolejną opowieść, aż w końcu siadła na podłodze. Mój Mąż się ewakuował wcześniej, brzydal 😉 Siadła i chyba po prostu nie chciała być sama, a jej luby od „foki foki” akurat dziś nie miał przyjechać. I tak się zaczęły „Christmas for Bente” – bo po co nazywać to urodzinami – z historiami z przeszłości, no i prezentami. Najpierw przyniosła wszystkie swoje nieodpakowane prezenty, a potem do drzwi zapukała pani-posłaniec z kwiatami i wielką paczką. Cudo paczka 😉 Brat Bente postawił na wiktuały specjalne, szampana i wino, a może wino był od kogoś innego? Za to wiktuały w stylu oliwkowe krakersy i migdały, czekolada i inne tam mecyje, ambrozje i takie śmakie, owakie, jakich na oczy nie widziałam, a moje podniebienie nawet nie słyszało.

Nie wiem, zgubiłam się rozpakowując jej te prezenty, potem dzierżąc kawałek upieczonego wczoraj ciasta i strasznie fałszującą świeczkę „berzdejową”, patrząc jak Bente jest wzruszona i szklą się jej oczy. Niby łatwo ją chyba wzruszyć, bo jest uczuciowa i wbrew pozorom bardzo delikatna – może nie wtedy gdy wrzeszczy do sąsiada z góry „Anas ja słyszę jak ty się masturbujesz!!!” po angielsku – ale w tym było coś takiego, co sprawia, że człowiek czuje się jakby robił coś dobrego.

Bo choć Bente jest uciążliwie szalona, to w tej jej dobroci się ją kocha. Jakoś tak zwyczajnie, tą pełną miłością, która często przypierniczyłaby stojącym najbliżej meblem w obiekt wzruszeń.

Wszystko przez to, iż Bente taka jest, skrajnościowa. Jak ja… chyba? Ma na pewno lepsze nogi niż ja 🙂 W tym miejscu powinnam pokazać Wam jej zdjęcie, ale nie mam. Kiedyś zrobię, muszę, bo to intrygujący temat, ale jeszcze nie teraz. Najpierw jakoś ją zwiążę, bo po dobroci nie pójdzie, no i przycisnę, żeby przetłumaczyła na angielski swoje wiersze… bo to od niej dostałam jeden z najpiękniejszych prezentów – wiersz 😉 Ale mogę Wam pokazać ją, namalowaną, od środka, sekcję zwłok jej życia… pełny symbolizm. Czyli obraz „Bente B. F”:

A! Zapomniałabym. Najnowszy nabytek do biblioteczki, oczywiście dzięki konkursom na kanapie 🙂 Ratują mnie. Inaczej mój książkowy głód po prostu zaliczyłby taki odwyk, z którego mogłabym się nie podnieść…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz