Pan Tealight i Wiedźmy ostrość…

„Pan Tealight od pewnego czasu odczuwał dziwne, niepokojące problemy związane z patrzeniem na Wiedźmę Wronę. Zdawała mu się coraz bardziej niewyraźna, rozmywalna, rozmemłalna, a nawet czasami dziwnie niewidzialna. Patrząc oczami coraz to innych osobistości Sklepiku z Niepotrzebnymi, ugruntowywało się w nim, zapuszczało korzenie i twardniało przekonanie, że coś jest nie tak. Co jak co, mimo nawet mikrego wzrostu, taką wiedźmę trudno było przeoczyć.

To dlatego skradał się dziś wieczorem do jej ogrodu. Może i oszukiwał się, wmawiając sobie, iż wcale nie chodzi o pierwszy przecier z turyścizny – słodkie półdupki z cynamonem i jabłkami – może naprawdę dziwiła go tylko owa wiedźmia niedyspozycja… Któż to teraz może wiedzieć?

Już jest PO i się stało.

Już minęło.

A jednak to, co zobaczył pozostanie z nim na zawsze. I przeczucie, iż tak naprawdę Wiedźma Wrona Pożarta jeszcze wiele może go nauczyć w kwesti postrzegania osobowości. To jak spoglądał na jej skórę, dziwnie połyskującą w czerni Księżyca, którego nie było. Zdejmowaną tak łapczywie, nie bacząc na ból i rozdzierające się powierzchnie. Nie martwiąc się o przyszłe blizny, ani świeże rany… Początkowo czuła na pewno tylko swoją nagość, potem dopiero dotarła do niej rdzawa wilgoć i cudny chłód Cienistej Nocy. Ból, sam w sobie, owa głębia definicji, dotarł do niej powoli. Jakby się skradał pewny zdobyczy, przedłużając swoją rozkosz oczekiwania, ów dreszcz emocji. Nie był nagły. Wzrastał, narastał, otulał ją kolejnymi warstwami miękkiego, delikatnego koca, tak pożądanego w mroźny poranek… Ale to nie był poranek i dopiero kończyło się lato. Wiedźma Wrona siedziała na krótkiej, pożółkłej, kującej trawie podkurczywszy nogi. Naga. Ulubienica bólu, oblubienica cierpienia. W rzeczywistości dobrych znajomych, ukochanych…

Przerażające…

Zdrapywała z siebie przeszłość długimi paznokciami, a ta opadała na trawę wnikając w spragnioną jej ziemię, która potrafiła zapomnieć i pamiętać jednocześnie. Wypowiada słowa, które mogą wyskoczyć z niej tylko w tej chwili. I zostaje wysłuchana. Ot wymiana handlowa. Bez dodatkowych kosztów. Nie po raz pierwszy, bo w końcu Wiedźma nasiąka rzeczywistościami wszelkimi. Musi robić miejsce na nowe. Musi też recyclingowa te stare. Trzeba dbać o światy.

Oczyszczona Wiedźma czeka na nową skórę w ciemności Nowego Księżyca, ale ta nie nadchodzi. Wie, musi wiedzieć, że obserwują jej ruchy… nie widać, by w ogóle się tym przejmowała. Czuła zawstydzona, skrępowana, może tylko dziwnie zmęczona, zmaltretowana, ale już ostra w postrzeganiu. Jednak zbyt późno, by cofnąć rytuał, myśli na pewno, gdy dociera do niej prawda. Ta znana tylko Przedrzeźniakom Cieniom, że od tej nocy Wiedźma będzie musiała stać się tą, która uważa na to, z czym przyjdzie się jej zetknąć. Pierwotna radość z oczyszczenia umyka z trawnika zasypanego przeszłością. Biegnie na tych swoich krótkich, krzywych nóżkach, na pokręconych, śmierdzących stópkach. Dumna z oszukaństwa, dumna z przebiegłej swojej miny, barwnie wrednego spryciostwa.

Wiedźma Wrona stoi oskórowana, naga do cna swoich trzech bytów, odsłonięta… jak chrzaniona tarcza strzelnicza…

BUM!

PAC!

Wziuuuuu!!!

Czy ciało rzucone w Wiedźmę odbije się, czy też przyklei? Czy odziać się można w to, co odrzucone, czy też lepiej porwać to, co się akurat nawinie…

Pani Wyspy, która akurat obserwowała wszystko z drugiej strony trawnika, nie chcąc być widzianą na jakże podrzędnym podglądactwie przez innych wyszarpnęła z czereśni kielich. Dmuchnęła w niego i gdy już miała dość tego, co widziała, po prostu wstała, udała, że wynurza się z mgły i podeszła do Wiedźmy. I wylała na nią swój oddech i ten zamienił się w skórę… ale nie mógł cofnąć tego, co się wydarzyło. I Pan Tealight, wyciągnięty z żywopłotu dostał pudding ze słodkim przecierem i nikt nie chciał o tym rozmawiać… ale ci, którzy widzieli wiedzieli, że bycie wiedźmą jest nie dla nich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Nieśmiertelny” – opowieść, której jest jakoś tak dziwnie „za”… za mało, albo za dużo, za bogato, za ubogo, za swojsko, za obco… no „za”.

Trudno to… wytłumaczyć. Z jednej strony opowieść jest specyficzna, folklor aczkolwiek mi znany. Oj ile człek się tych bajek naoglądał w dzieciństwie! Ale z drugiej… dziwny brak zrozumienia, jakim może się wykazać tylko ten, który nie był bombardowany owymi kreskówkami i kukiełkami. Przekonaniem, że nie tylko moździerz potrafi latać, a kurze łapki są lepsze niż idealne koło!

Nie wiem nawet, czy mi się podobało. Chyba tak. Znam pisanie C. M. Valente, doceniam pracę i wolę poznania opowieści innych i tą umiejętność łączenia wątków, ową pamięć do szczegółów… ale czegoś mi brakuje. Za czymś tęsknię. Może za innością, nowością, zmiennością? A może zwyczajnie marudzę. Przecież historia intrygująca. Napisana dobrze… a jednak taka… „za”.

A na Wyspie Lato odbywa swoje ostatnie podrygi – koślawe, niczym wyuczone u św. Wita i to z najwyższą notą. Raz ma siły na żar, potem znowu całkiem się poddaje. Niby je rozumiem, czuć na karku oddech nadbiegającej, wciskającej się wszędzie Jesieni, a jednocześnie wciąż być na czasie… Cóż na presja otoczenia.

Pory Roku muszą mieć dobrego psychiatrę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Fryzjera Morskiego rozterka…

„Pan Tealight nigdy nie był modny… oczywiście nie według siebie. Sam od zawsze uznawał swoją szarość za mega-wrzask mody i wszelaką wygodną elegancję. Ale jednak z Mermejdami było inaczej. Zaczęły się buntować. Zrzucały ogony, łuski zmieniały na futra… a co gorszego domagały się własnego fryzjera. A włosy Mermejdy mają długie. Zielone i poplątane. W wodzie są żywe, dziwnie żwawe i płynne, gdy tylko wyschną plączą się wydalając z wilgocią magię. To dlatego Wiedźma Wrona Pożarta plotła z nich wieńce i zaklinała życzenia… zbierała z rosą marzenia i pozwalała im żyć. Ale tym razem, wraz z Morskim Fryzjerem zwanym na piaskach Grobo Fruktis, włosy znikały. Wielkie hałdy oplatały kamienie, magia wtapiała się w Wyspę, a ona spełniała życzenia. Fakt ten niestety był bardzo krótkotrwały i nie załapało się na ów cud wielu. Słońce odbierało wilgoć bardzo szybko, poważne na swej wysokości i dumnie błyszczące. No i była jeszcze sprawa owego strasznego rwetestu… bo Mermejdy zmieniały zdanie i łkały śpiewnie, do taktu rytmicznie – choć może nie wszystkie – łomocąc łysymi głowami o granitowe głazy.

I tak Grobo Fruktis miał zagwozdkę. Jak uciszyć kapryśnych klientów, którzy domagali się owłosienia? Jak uspokoić fale, które w łysych głowach odnalazły dawno zapomnianą rozkosz przeglądania się? Jak wytłumaczyć Pani Wyspy, że nie, nie da się jednak utkać z tego włókna wytwornej sukni, w której ta mogłaby się zaśmierdnieć ładnie na przywitanie Bezpłciowo Rozkosznej w Szelestach Jesieni? Jak uspokoić siebie, no i ile zażądać za rozwiązanie tej sprawy,,,”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na Wyspie zaczyna się cisza… Dzieci do szkoły, turyści się zmieniają. Są bardziej spokojni, zrównoważeni, mniej szaleni. Jacyś tacy bardziej cisi.

Czy pokorni?

A czy ktoś w ogóle jeszcze pokorności w tym świecie zażywa? Nie sądzę by byli pokorni, ale przynajmniej wrzaski i wyścigi motorów się skończyły. Nie lubię hałasu. Lubię czuć to oddychanie Wyspy. Spokojne, równe, mimo burz i sztormów. Rytmiczne bicie ukrytego serca… Potrzebuję tego spokoju, bo pewne wydawnictwo zrobiło mnie w konia. Zresztą nie tylko mnie. Miała to być transakcja wiązana… tutaj banerek tutaj książka – no i banerek był, reklama się rozkręciła. I z powodu wysokiej sprzedaży recenzenci książek nie dostaną. Wiecie co, po TYM wydawnictwie bym się tego nie spodziewała… chociaż, czy ja jeszcze komuś wierzę?


Recenzja: „Marzenia Joy”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Trawy Sensy Bytów…

„Pana Tealighta obudził hałas. W tym, że go obudził nic nie było dziwnego, bo Pan Tealight jak najbardziej znajdował się w stanie śpiącym, a i hałas był donośny na tyle, by powołać pod ponowne ożywienie każdego umarlaka. Dziwna może była pora, bo dzień zdążył już wstać, zeżreć śniadanie, jakieś kilka przekąsek i zabrać się za komponowanie obiadu… ale nie ma w tej historii nic do rzeczy. Zaskakujący nie był też sen, choć śnił się Panu Tealightowi po raz pierwszy i był zaskakująco wyrazisty, kolorowy i soczyście brzęczał i nucił kościelnymi dzwonami, no i tulił Kobaltową Ławką o subtelnym pragnieniu opowiedzenia historii modelujących ją pośladków…

To był też tak bardzo piękny pogrzeb, a stypa właśnie miała się rozpocząć!

Mniejsza o didaskalia!

Pan Tealight został obudzony raptownie, co nawet jego pradawną cielesność, a i wszelakie zamieszkujące go duchy, wkurzyło. Do tego Ojeblik – mała ucięta główka, obudziła sie wraz z nim, potoczyła mało fortunnie, aczkolwiek barwnie rozbryzgując saganek z sokiem marchewkowym… no i chyba ktoś czochrał się o Seniora Windmilla. Zboczeniec drewniany i uskrzydlony jęczał radośnie, ale nowi mieszkańcy nie byli zadowoleni z poruszeń, postękiwań… choć niektórzy może byli tylko i wyraziście wyłącznie zazdrośni?

Ogólnie dzień zaczął się dziwny i w dziwnej porze. Co do hałasu… dochodził z trawnika Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Ale jej samej nie było widać. Tchórzliwa Miotła z niej! Pragnęli zakląć wszyscy. Za to na pewno było i widać i słychać Chowańca Wiedźmy, który tańczył. A raczej, na ile dojrzeć można było z małego okienka, wymagającego naprawdę mycia i dezynsekcji może, uprawiał on balet, aerobik, callanetics oraz tańce wojenne w tym samym momencie. To jednak nie wyjaśniało drżenia nowego Sklepiku z Niepotrzebnymi!

Pan Tealight ostrożnie doczołgał się do drzwi i uchylił je… to co stało się później było mową trawą. Jęczeniem zieleni. I krwawieniem wszelakich wonności polnych. Banda trawek, listków, chwastów i badyli pod wodzą Gwardii Nietykalnych Stokrotek próbowała namówić Seniora Windmilla na wzajemne pocieszanie oraz może i coś jeszcze. Kilka tabunów ździebełek rozłożyło się obozem na drewnianych schodkach, obrażone na ziemię, glebę i piaski. Podcięto je. Na nic się zdały tłumaczenia, iż to dla ich urody i dobra, dla mniejszych tabunów robali podgryzających… one na to, że sprytna Gildia Karłowatych ocalała, że niskich oszczędzono, a tylko wyżsi, wspinający się ku słońcu i oświeceniu… skróceni zostali.

Za co?

Za pragnienie rozwoju?

Za moc intuicyjnego wzrastania!?

I tak się czochrały trawy z wiedźmowego, krótkiego wielce łysolowego trawnika i tańczył dalej Chowaniec ze swą buczącą maszyną – Zjadliwym Podgryzaczem, Okrutnym Fryzjerem, i przybywały źdzbła i bardziej stękał Senior Windmill… i niektórym było nawet przyjemnie.

I nikt się nie spytał, dlaczego tego dnia Pan Tealight nie wstał jak zwykle o świcie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane – „Tae ekkejr!” – muszę przyznać, że zaskoczenie… które na dodatek się wrednie we mnie utrzymuje!

A opowieść taka się zdawała być prosta… Miał być on i on, przyjaźń, wyzwania, różnice i przełamywanie stereotypów. Co dostałam? Czyste, kapitalne zaskoczenie. Przede wszystkim stylu, narracji, otwartości, wolności słów i myśli. Dwie osobowości, tak podobne do siebie i tak różne…

Oj powieść dostałam, pewno, ale choć przygodowe fantasy ludzko-elfie, tak cholernie też mądrą książkę! Niektórym może się wydać przegadaną, inni wytkną jej lekkie pomieszanie, brak wartkiej, szybkiej historii, ale mnie akurat to ujęło. Owa subtelna inność i odwaga Autorki, by zaryzykować… by dać czytelnikowi coś fantastycznego, ale i coś innego, coś więcej. I choć wielu opowiada naszą codzienność poprzez fantasy, tak ona robi to specyficznie. Gawędziarsko, poplątanie, ale naprawdę wciąga i jakoś tak pozwala się łatwo czytać.

I nurtuje i męczy.

I potem człek pyta siebie… a jak widzę świat ja?

Czytać mi się chce strasznie! Książki pożeram, zapas szlag trafił… znaczy przeczytanie, co ja gadam znaczy piszę! A tutaj jesień idzie, a i zima, żadna ze nie wiewiórka, zapasów nie mam… żesz no!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Nowe…

„Pan Tealight był na nowym. Z jednej strony znał ten świat tak dobrze, Pani Wyspa jeżeli w ogóle miała przed nim jakieś tajemnice, to dobrze je ukrywała. Wydawało się, że zna ją aż nazbyt… A jednak teraz, krocząc lekko krętą drogą z Wiatraku, pomiędzy łanami pszenicy, żyta i prosa, czuł to „nowe”. Napierało na niego, powodowało zawirowania i dręczyło niepewnością. Ale też pchało ku odkryciom, ku pragnieniu odrzucenia tego, co było kiedyś, zatopienia się w coś innego, nowego, następnego… Bycia kimś może więcej, a może i mniej? I tylko Ojeblik, mała ucięta główka wydawała się być nieporuszona nowym. Wiedźma Wrona Pożarta codziennie stawała na trawniku, tuż obok zielonego, dziko rozrosłego krzaku Lubczykowego Rozpasania i krzyczała: Mieszkam w Gudhjem! Mam dom!

Przeprowadzka się skończyła, ale poszczególne plemiona i zbiory, rodziny i nieświadome połączenia, starały się ustalić nowe granice, przebiegające między ich terytoriami. Wygódka na przykład umościła się wygodnie na samym dole. W pobielonej, betonowej beczce, stanowiącej podstawę Wiatraka. Siwa Taczka znowu polowała na skrzydło. Gdy tylko zrywał się wiatr, machając energicznie plandeką próbowała doskoczyć do jednego z nich i zaczepić się na jazdę… choćby i próbną, ale nic z tego. Gdy już się wydawało, że jej się powiedzie. Wiatr ustawał.

A Pan Tealight rozpoczął Spacery. Rytuał, który teraz nie był nieświadomym, ot zwyczajnie stawianiem stóp jedna za drugą… ale cudownymi, magicznymi, kolorowymi odkryciami.

Codziennie nowymi i turyścizną w ogromnej ilości.

Nadchodził czas Weków!

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki mimo swego dziwacznego pokręcenia, powinna była już wziąć się do pracy, ale wciąż była lekko dziwnie zdechła. W końcu Zima mogła być w tym roku… inna. Może taka, jaką Wiedźma Wrona lubiła najbardziej? Ale jeżeli tak, to potrzebowali zapasów w słoikach. I książek, by utrzymać Wronę w stanie wskazującym na rozrywkę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Uczta dusz” C. S. Friedman – coś co szykuje się na potężną, zabarwioną pokrętną psychologią historię o magii.

Pierwszy tom nie powala, nie chlaszcze czytelnika po twarzy… raczej wprowadza, dość powoli, jakby lekko pieszczotliwie w dziwny świat. Świat, w którym siły magiczne zależą od jednostki i skracają życie, albo… jeżeli jest się Magistrem, od życia innych. Bo tutaj magia karmi się życiem. Ale jest też przeszłość, przeszłość, której nie znamy, a która wyjaśnia tak wiele. I bohaterowie! Intrygujący. Niektórzy prości z normalnie skonstruowaną osobowością, znowu inni – szalenie nieprzewidywalni.

Wkroczyłam w kolejną powieść Friedman znając już autorkę. Wiedziałam, że nie będzie się trzymała reguł, że puści wszelkie cugle. Ale nie spodziewałam się, iż akcja będzie tak narastać. Że pozwoli żyć mi w swoim świecie. Rozsmakować się, ale i miejscami powkurzać, że napięcie siada… że będzie tak ludzka.

Nie mogę się doczekać kolejnych tomów!!!

Na Wyspie powoli kończy się lato… w powietrzu unosi się lekki aromat Jesieni. Znowu się bestia nadmiernie uperfumowała, czy co? Ale moje kości tęsknią tak bardzo za Zimą.

Jestem Yule Skat!

Dziecięciem śniegów, mrozów, szronu na szybach i lizanych sopli lodu!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy Strach…

„Pan Tealight czuł przerażenie. Wydawało mu się, że trzęsie każdą niteczką swojej szarości… ale jak mogło być inaczej, gdy u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, obecnie z deadlinem na karku, w wymiarze piszącej, odbywał się casting. Wiedźma szukała strachu, lęku, przerażenia, gwałtownego nietrzymania moczu, stukających zębów, serca w gardle i gardła w odbycie. Na czasie były trzęsące się dłonie, tiki nerwowe, obawy i lodowe poty. Choć na te ostatnie czatowała chyba gromada polarnych miśków – z całkiem chyba innej bajki?

Chatka Wiedźmy obficie skąpana była w niebieskawym połysku, posępnych chmurach, blasku czerwonego księżyca i mglistych oparach… Wszystko na raz zdawało się być przesadą, ale co tam, każdy chciał być opisany. W pobliskiej kałuży jakiś wilkołak ulizał sobie właśnie brwi, a dwa niewielkie wampiry myły zielonkawymi szczoteczkami kły. Zombie potulnie zbierały bałagan, którego były jedyną częścią składową, a duchy polerowały łańcuchy upiorom. Odgłosy przybierały na sile. Tam coś wyło, tam piszczało, skrzypiały drzwi, a zawiasy oddawały oliwienie zakrwawionym siekierom, które karmiły ruchliwe kłębki wszelakiego robactwa. O gigantycznych robalach i warzywach nikt nie wspominał… lepiej tak było!

Nie, wcale nie chodziło o postacie kryjące się w cieniu i dziwnie rytmiczne kroki pozbawione stóp. Nie chodziło o ułamki ciał, niektóre dymiące dziwnie smacznie… nawet to poczucie lochowatości wilgotnej, wiszące w powietrzu i rozmawiające z polem pszenicy nie wzbudzało w Panu Tealighcie strachu. Nie, nie chodziło o to, co już przybyło. Raczej o słowa, o zdanie wyszeptane przez Wiedźmę siedzącą w krzaku rozmarynu tuż przy drzwiach, łkającą dziwnie, duszącą się własnymi łzami… nie dbającą o zmarszczki rzeźbiące jej małą urokliwość…

– Oni się już niczego nie boją… nie boją! Ale ja już coś wymyślę, znajdę i ich do końca, na zawsze przerażę!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Strach jest dziwny. Mnie obecnie przeraża chyba wszystko, ale co tam… większość trza zadowolić. A ci ostatnio dość wybredni.

Dostałam wczoraj prześliczną kartkę od Kaś! Takiej wiecie cudnej duszy, co to potrafi splątywać druciki, baziać się w sreberku… i cuda wychodzą. Sami popatrzcie – oczywiście, jeżeli jeszcze nie znacie! Pocztę kocham i starodawnie strasznie traktuję, więc wiecie…

Dziękuję!

Jak Wyspę kocham!

Czy Wyspa kocha mnie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wnętrze Wiedźmy…

„Wiatr się namiętnie, bajecznie frywolnie i kompletnie bez jakichkolwiek zabezpieczeń, puszczał.

Puszczał i popędzał.

Popędzał i dął, no i oczywiście dmuchał co popadnie i właściwie w co się dało. Nie wybrzydzał, to mu trzeba przyznać, ale też nie dzielił siebie po równo… był chyba dziś wybredny! Jakby tego jeszcze było mało bezczelnie wiał od Wyspy, co oznaczało, że Sztorm wciąż nie był dany Morzu. I tak Wyspa miała na sobie podmuchy i poderwania, podstępne zawirowania, dęcia i pierdnięcia; tutaj coś przybyło, tam znowu ubyło… tych wysprzątano, tamtych zabrudzono, a pośród wszystkiego tańczyła Wiedźma Wrona Pożarta i całkiem nie wiedziała co robi.

Zewnętrzność Wiedźmy Wrony oddała się podmuchom. Nie żeby dogłębnie, jakoś Wiatr wciąż nie potrafił dotrzeć do tej dziwacznej kreatury… ale psychicznie majtał nią nieźle. Bo i było czym majtać. Wiedźma składała się z malowniczych i różnokształtnych problemów, głównie cudzych, ale i własnych, które jednak zbiegały się w jednym miejscu. Ubogości kieszeni. Muszelkami, patyczkami i kamykami nie można było spłacić życia… i tak naprawdę tylko tego Wiedźma nie potrafiła wynieść z magiczności Pani Wyspy… Tylko tego nie mogła zażyć do końca – człowieczeństwa.

Ale potrzebowała go.

Musiała w jakiś sposób, dziwny, przerażający może… Pan Tealight wiedział jednak, że nic z tego. Tylko on widział ostre trawy raniące jej stopy i dziwną, połyskującą, złotą ciecz, którą krwawiła…

Tak naprawdę nie możemy stworzyć tylko siebie… wydaje się nam, że „JA” budujemy z przeszłości i teraźniejszości, nadziei na przyszłość i marzeń, ale tak naprawdę ktoś już obliczył i pokolorował świat. My tylko wybieramy drogi. Nawet, gdy jesteśmy niewielką w końcu… wiedźmą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Popadam w bardzo waleczny nastrój, bo banda biurokratów i gości przy kasie postanowiła zrobić z mojej Wyspy – Bornholmu – składowisko odpadów nuklearnych. I to dlatego, żeby sobie pod nosem zbudować wypasiony ośrodek ekologiczny…

NIE PODDAJĘ SIĘ… jak będzie trzeba złamię swoje przysięgi i sklątwię ich po kolei i każdego z osobna. Za głupotę i okrucieństwo!


Recenzja: „Czaropis tom 2”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Morza Sztorm…

„Morze pragnęło Sztormu. Całą swoją wilgocią marzyło tylko i wyłącznie o owej burzy cząsteczek, która budzi fale. O owych porywach i miotaniach, cudownej niespokojności i dziwnym uporządkowaniom. Kochało tą wrażliwą, choć gwałtowną, szaloną choć i niemożliwą do opanowania siłę. Chciało się tylko z nim połączyć.

Być jednością.

Spełnieniem i oczyszczeniem.

Ruchem i biciem piany, burzanami, bałwanami, wzlotami i upadkami… falistością wszelakich uczuć.

Problem w tym, i Pan Tealight był aż nazbyt tego świadomym, stojąc na parzących piaskach, przywierających nadzwyczaj boleśnie do jego szarości kamieniach… że by ci kochankowie się ponownie spotkali, musiał pojawić się i ten trzeci… Wiatr. Zazdrośnik. Ale też dziwaczny esteta, który ukochał dziwną miłością Farfocle. A te, korzystając z upalnej aury rozprzestrzeniały się nadmiernie. Zamykały pod sobą niebieskości i wilgotności, zmieniały Morze w gęstą zupę, zawiesistą, zielonkawo brunatną, przetykaną Niewykorzystanymi Księżniczkami – malutkimi meduzami, dla których nawet Plugawych Nawet Paskud-Księciów już nie stało.

Farfocle były nieruchawością uczuć.

I tak Farfocle kwitły na powierzchni wilgotności. Bawiły się świetnie, tworzyły rodziny  i zakładały kolonie, podbijały kolejne skrawki Morza i bawiły się na całego. Świadome niestałości uczuć Wiatrów i kapryśności Pani Wyspy, korzystały z tymczasowości… nim staną się tylko pokarmem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspa co prawda spuściła z tonu jeżeli chodzi o temperaturę, ale wiaterów wciąż nie ma. A my lubimy wiatery. Taką zmienność i ożywienie, to oczyszczenie ze śmieci codzienności i rozdmuchane aury…

Szukając podpowiedzi w końcu udałam się do biblioteki. Straszne miejsce, pozwalają brać książki do domu! Zamówiłam co trzeba i zabrałam co się dało – ograniczał mnie spacer, na który się wybierałam, ale co tam, trening z dodatkowym obciążeniem to dobra sprawa… szczególnie jak się samemu książek nie niesie!

Ha!

Życie na Wyspie? Lepiej wiedzieć jak inni dawali sobie radę, co nie?


Recenzje: „Siostra” i „Potem” Rosamund Lupton.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Grobiarka…

„Pan Tealight doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że potrzeba posiadania hobby w świecie jest wielka. Niezależnie od płci, budowy genetycznej, użytych przez Wszechświaty materiałów, czy też osobistych względów obiektów, każdy potrzebował hobby. Takiego czegoś swojego, własnego, ukochanego. Zaśmiecania powierzchni, albo wprost przeciwnie, potrzeby ich nadmiernego oczyszczania… ukwiecania, ozdabiania, zmieniania, kolekcjonowania. Ale ona była nazbyt pobudliwa. To całe hobby zdawało się być kompletnie odmienne od tego, co wydawałoby się dla niej właściwe.

Grobiarka oczywiście kochała cmentarze. I nie było w tym nic złego, gdyby nie to, że jej hobby, no cóż, odbiegało od uczuciowości. Pewnego dnia, od szarej, lekko obrośniętej porostami, dziwnie zmurszałej, granitowej płyty, na której zawsze siadała, dostała Wilka. Pokochała go od razu. Był miękki, inny, ciepły, dziwnie niespokojny i wesoły. Nie umiała się jednak zająć żywym zwierzątkiem. Kompletnie nie rozumiała jego potrzeb, ani przytulności. A już karmienie pozostawiało wiele do żywienia… znaczy się życzenia. Jeszcze jak Wiedźma Wrona czuwała nad dziewczyną, jakoś to szło, ale gdy przez kilka dni zająć Wilkiem miał się kimś inny – Grobiarka ochrzciła go lodowatą, pokrytą rzęsą, ale nad podziw święconą wodą i imieniem Zofija – coś zwyczajnie nie wyszło w przepływie informacji. I w ten sposób Wilk imieniem Zofija pożarł Mamusię i Tatusia Grobiarki, a potem Babcię i Dziadka, w ramach skruszałych dodatków… posilił się też kotem i psem, tuzinem kwok, oraz małym chłopcem, który zagubił się w okolicy szukając swojej czerwonej piłeczki. I wciąż było mu mało…

Cóż wydarzyła się tragedia, która tak naprawdę dopiero w tym miejscu się rozpoczynała, ale najważniejsze jest to, iż od tego dnia Grobiarka wiedziała, że na zimnej płycie siadać nie należy. W końcu wiecie ile wilków można dostać!?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeprowadzka… w końcu padłam. Oj nawet stare wiedźmy jak ja, mają swoje granice wytrzymałości. Choć no dobra, nie przyznajemy się do tego! Nigdy i w ogóle Wam powiem NEVER!!!

Ale kompletna nieruchliwość niestety wpływa też na zbyt sporadyczne spacery… czyli zwłoki me na podłodze spoczywają, ale wściekłość w środku pragnienia rozpalają!!! Dlaczego mi się tak chce coś robić? No przecież ludzie odpoczywają, co nie? Natręctwa, Wam powiem wsio ich wina!

Oj pewno, mogę czytać i to robię… Pożeram jednocześnie „Czaropis” tom 2 i powieść R. Lupton. Świetne!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pan Lim…

„Pan Lim był chłopcem wyrzuconym z auta w wieku nazbyt dziecięcych i naiwnych lat. Niektórzy nawet twierdzili, że rodzice przywiązali go do drzewa tęczowymi pasami, które rozpuściły się dopiero, gdy zrozumiał… Inni znowu twierdzili, że tak długo kluczyli po lasach i mokradłach, by nie mógł ich dogonić, że w końcu sami skończyli miękko, choć żarłocznie wessani przez zawsze głodne bagna…

On tego nie pamiętał.

Albo nie chciał pamiętać?

Dorósł na Wyspie, przeniesiony tutaj przez Panią Wyspy i przez nią chroniony. Potem stał się opiekunem obejścia Pana Tealighta… choć on sam o tym dowiedział się dość niedawno. Pan Lim nigdy nie wspominał o tym co było przedtem. O wyrzuceniu, poszukiwaniach, o tych, których spotkał na swojej drodze, i którzy oszukali go obiecując pomoc. Pomocne dłonie zawsze raniły. Pomocne dłonie biły najmocniej i zostawiały nie rany i siniaki, ale wieczne blizny. Odejście od świata było najlepszym wyjściem. Był w końcu niepotrzebny od początku.

Na Wyspie jednak mógł być… po prostu być! Bycie jest ważne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Lato na Wyspie w pełni. Dojrzałość oto nastała pełnej, skrupulatnej dojrzałości, gdzie soki zaczynają się gotować, a potem schładzane deszczem mieszają się, ustalają priorytety i określają smaki…

Mała Wiedźma zaopatrzyć się musi we wszelakie zielsko… dlatego prosiła i czekała. A potem suszyła, gotowała i czekała.

Cóż, teraz wydaje się, iż mam większe możliwości wyboru…

A wiecie, że w moim wiatraku wieczorami światła palą Nisseny? Może krasnale zgodzą się do niewolniczej pracy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wyznanie Żony Księcia…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wpatrywała się nie mrugając, w Chodzony Sufit. W dziwne ślady, które miały maskować rozrzucone specyficznie miarowo sęki… i słuchała opowieści. Historii łap i stóp, odnóży i odcisków brzuchów tych, co się czołgali, wszystkich znaczących drzewa. Wdeptanych, wtopionych gawęd. Słuchałaby tak leżąc cały dzień, gdyby nie nagle, z łoskotem i całą otoczką tajemniczej nagłości, przez drzwi od tarasu nie wpadł Pan Tealight i wymiotnie zwrotna Różowa Beza. To ona szeleściła tak, że aż Wiedźmę zęby bolały, a wszechświat chwiał się w posadach niezaprzeczalnych.

Wiedźma Wrona zmrużyła oczy, coby lepiej widzieć i przełknęła ślinę, poruszona nadmierną, nęcącą słodkością szelestów… zaśliniła się, ale nie roześmiała, gdy dotarło do niej co widzi. Trzy Wiedźmy w jej wnętrzu za to miały używanie! Roześmiały się tak donośnie, rechotały tak intensywnie, że powodowały lekkie poruszenia w zewnętrznej, nadmiernie tłuszczowej, aczkolwiek świeżo odpluszonej, powłoce Wiedźmy. Powłoce raczej nadmiernie wkurniczonej.

– Nie jestem Matką Spowoiedniczką! To nie ta opowieść, ja nie jestem plagiatem! – wydusiła przez ściśnięte zęby.

Pan Tealight tylko pokiwał głową. Znał to, ale też wiedział, iż nie było innego wyjścia. Tylko ona, jako ostatnia umiała TAK słuchać. Słuchać prawdziwie, do końca. Chować i tulić opowieści innych do swojej pocharatanej duszy i ofiarować im wytchnienie. Ona też była tego świadoma, dlatego westchnęła, położyła się na podłodze i oczami wodziła za sękami na suficie.

Różowa Beza przemówiła – miała dziwnie słodki głos, lekko płaczliwy, jakby ktoś zdarł pozłotę z choinkowych bombek i wysmarował jej nią wnętrze ust. Miała w głosie pobrzękiwanie dzwoneczków sań, śmiech dzieci, ale jakiś wyblakły, dziwnie przeterminowany.

– Byłam Kopciuszkiem, ale tak naprawdę zaczęłam żyć dopiero po ślubie. Wszyscy znają tę historię. I wiesz, naprawdę było dobrze. Nic z nudnej normalności, tego, czym straszą legendy dla baśniowych dzieci. Magia nie odeszła. Byłam Przeznaczoną, żoną Księcia. Szczęśliwą i zakochaną. Miałam stać się Królową. Żyłam i połykałam czas, ale oni nie umierali. A ja nie rodziłam następcy tronu, owocu miłości… tak bardzo czekałam na dzieci. Na to następne, kolejne życiowe wyzwanie. Co roku jednak na świat z mojego łona wypuszczałam kilka plamek sadzy, ukształtowany w cień dziecięcia dymny omam. Ale jednak jemu to nie przeszkadzało. Mówił, że ma rodzeństwo, że nie musimy się spieszyć, że nie musimy mieć dzieci… Kochałam go, a raczej kocham nadal! Ale ja mam 80 lat, a oni… oni się nie starzeją! Stałam się Babcią Sadzy i Popielnika, a jego rodzina się nie starzeje. Oni się nie zmieniają, ale ja TAK! Mój Książę wciąż jest młody i piękny, ja przemijam. Termin przydatności? Nie tylko minął, ale wymazano go z annałów. Starto z wieczek, woda zmyła z etykiet, ktoś wyprostował puszki, odciął metki… nikt nie pamięta, nikogo to nie obchodzi. Oni się nie zmienili, ja tak. Jestem stara. Jestem czasem przesżłym w świecie, gdzie istnieje tylko teraźniejszość. Wciąż noszę te same sukienki, innych nie ma. Krawcowe nie zauważają moich zmarszczek i plam. I te cholerne pantofelki. Minęło ponad 60 lat, a moje życie przemija tylko w moim ciele.

Oni są bajką, a ja… ja chyba jestem wymienna!? Już zbędna. Zawsze wciąż niezauważalna, bo tak naprawdę nie jestem im potrzebna. Oni nie przeminą. Są podstawą baśni. Będą zawsze tacy sami, a ja?

Ja dorosłam.

Umieram!

W baśniach Królowe i Księżniczki się nie starzeją, ale Kopciuszek jest towarem sezonowym!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Pada! W końcu pada deszcz i ten koszmarny żar-skwar zniknął z otoczenia! Marznę nawet – genialne uczucie!

W takiej pogodzie czyta się najlepiej… deszcz zdaje się być usprawiedliwieniem dla kompletnego pominięcia tzw. obowiązków małżeńskich – oj nie o TO mi chodziło, raczej o sprzątanie i gotowanie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz