Pan Tealight i Wiedźmy Strach…

Pan Tealight czuł przerażenie. Wydawało mu się, że trzęsie każdą niteczką swojej szarości… ale jak mogło być inaczej, gdy u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, obecnie z deadlinem na karku, w wymiarze piszącej, odbywał się casting. Wiedźma szukała strachu, lęku, przerażenia, gwałtownego nietrzymania moczu, stukających zębów, serca w gardle i gardła w odbycie. Na czasie były trzęsące się dłonie, tiki nerwowe, obawy i lodowe poty. Choć na te ostatnie czatowała chyba gromada polarnych miśków – z całkiem chyba innej bajki?

Chatka Wiedźmy obficie skąpana była w niebieskawym połysku, posępnych chmurach, blasku czerwonego księżyca i mglistych oparach… Wszystko na raz zdawało się być przesadą, ale co tam, każdy chciał być opisany. W pobliskiej kałuży jakiś wilkołak ulizał sobie właśnie brwi, a dwa niewielkie wampiry myły zielonkawymi szczoteczkami kły. Zombie potulnie zbierały bałagan, którego były jedyną częścią składową, a duchy polerowały łańcuchy upiorom. Odgłosy przybierały na sile. Tam coś wyło, tam piszczało, skrzypiały drzwi, a zawiasy oddawały oliwienie zakrwawionym siekierom, które karmiły ruchliwe kłębki wszelakiego robactwa. O gigantycznych robalach i warzywach nikt nie wspominał… lepiej tak było!

Nie, wcale nie chodziło o postacie kryjące się w cieniu i dziwnie rytmiczne kroki pozbawione stóp. Nie chodziło o ułamki ciał, niektóre dymiące dziwnie smacznie… nawet to poczucie lochowatości wilgotnej, wiszące w powietrzu i rozmawiające z polem pszenicy nie wzbudzało w Panu Tealighcie strachu. Nie, nie chodziło o to, co już przybyło. Raczej o słowa, o zdanie wyszeptane przez Wiedźmę siedzącą w krzaku rozmarynu tuż przy drzwiach, łkającą dziwnie, duszącą się własnymi łzami… nie dbającą o zmarszczki rzeźbiące jej małą urokliwość…

– Oni się już niczego nie boją… nie boją! Ale ja już coś wymyślę, znajdę i ich do końca, na zawsze przerażę!!!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Strach jest dziwny. Mnie obecnie przeraża chyba wszystko, ale co tam… większość trza zadowolić. A ci ostatnio dość wybredni.

Dostałam wczoraj prześliczną kartkę od Kaś! Takiej wiecie cudnej duszy, co to potrafi splątywać druciki, baziać się w sreberku… i cuda wychodzą. Sami popatrzcie – oczywiście, jeżeli jeszcze nie znacie! Pocztę kocham i starodawnie strasznie traktuję, więc wiecie…

Dziękuję!

Jak Wyspę kocham!

Czy Wyspa kocha mnie?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz