Pan Tealight i Wiedźma co i Morze…

„Morze Wyspy było tylko sobą i Wiedźma Wrona za to je kochała, a ono ją, cóż chyba za inne rzeczy, nikt w to nie wnikał, a może woleli nie pytać? Co prawda na samym początku jedno próbowało przekonać drugie co do wielkości swego uczucia… na co Chowaniec Wiedźmy musiał donośnie zaprotestować rozdzielając ich na chwilę, ale od tego dnia, a może jeszcze wcześniej? Nie, chyba od tego dnia, gdy Wiedżma Wrona Pożarta wypiła większą część Morskiej Duszy, oni byli połączeni. Jakoś tak dziwacznie i dla wielu niesmacznie, słono.

Przez pewien czas Morze próbowało jednak zawładnąć Wiedźmą. Podtapiało ją, zakrywało falami, otumaniało kamieniami, przebiegle wybierając te mniej obtoczone, chropowate i boleśnie w nią uderzające… ale gdy tylko ukazywało swoją miłość zbyt bardzo, cóż, Wiedźma Wrona milkła i była jakaś taka nieruchawna. Nigdy nie zamierzało przestać, ale jednak ostatnio robiło to rzadziej, jakby wiedziało, że przecież ona i tak będzie przychodzić. Niczym wieloryb będzie się sama, nie przymuszana, turlać po kamieniach, bawić z falami, opijać wodą i zawsze można wcisnąć jej garść wodorostów w ten dziwny worek, który miała na sobie. Ot pamiątka. Bukiecik od zakochanego… nieszczęśliwie. Będzie i tak przecież tulić Morze i się z nim bawić. Będzie wcierać w siebie jego piaszczyste głębie i połykać płyny – choć jakkolwiek brzmi to naprawdę ohydnie, to jednak LuukMoon uważał to za całkiem normalne. Pławić w wodorostach, połykać glony i wpatrywać się w najbardziej skryte głębie… będzie to robić, ale nie zawsze.

Bo z Wiedźmy się nie da zrobić Mermejdki, a już z takiej?!

Never happen!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Świat bez turystów. No dobra, turyścizna w małej ilości oznacza bachanie się w Słimu, bez potrzeby zwracania uwagi na krzaczki, coby się przebrać – bo to wiadomo ludzie z Europy dupy niezwyczajni, lepiej ich nie straszyć – a i leżeć na kamieniach można niczym wielorybnica Wielce Ica.

Oj tak. Nawet jak Słimu przywali z jakiegośc mniej ukulanego falami głaza… to i tak fajnie jest. Wierząc w wodorostową odmładzającą moc się więc bacham. Turlam po dnie, pluskam. Tak mnie morze walne, tam utuli… ej!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Emancypacja Królewniczek…

„On łkał, a Panu Tealightowi skończyły się chusteczki. Ojeblik – mała ucięta główka, która przywlokła ze sobą aż trzy rolki papieru toaletowego, meldowała szeptem rażące braki w Wygódce. Nie można było mu jednak przerwać. Pewne historie wymagały wybrzmienia do końca.

– Przybyły nagle. Zaczęły się teraz gromadzić w bandy, tak nas niewiele. Filują na uliczkach i dróżkach, na polach i łąkach. Wiedzą, że dla nas istotna jest ekologia. A potem… cóż, nikt mi nie uwierzy! Bo one takie kruche i lica rumiane, te włosy rozwiane, cholerne pantofelki i ameby… a nie, może ameby nie? – smarknięcie. – Mnie dorwały w Parku Narodowym. Nawet nie zdążyłem machnąć skrzydłami i było po mnie. Obudziłem się przywiązany do wieży. Jak pies! Smycz krótka, wzlecieć się nie da. I ta tabliczka na szyi nucąca ciągle, migocząca światełkami, że ze smokiem, więc gwarancja dziewictwa najwyższej jakości!!! Wstyd!!! Przecież znaleźć dziewicę to… – rumieniec wypełzł zasmarkanemu na policzki. – Bynajmniej mi dostała się jędza prawdziwa. Reklamę miała agresywną. Korona, ręka, głowa, nawet mózg… bardzo była napalona na to by się wydać. Królewicz miał mieć tylko metrykę i tytuł. Nawet grupa krwi nie była istotna czy też wskrzesalność… No wskrzesalność? Nie wiecie? Królewniczki są bardzo raptusowe, takie trudne we współżyciu, okrutnie porywcze. Chwyci toto za patelnię, nogę od łóżka z łóżkiem, albo lodówkę, wymusi posłuszeństwo. Królewicz w dzisiejszych czasach musi być troll albo zombie, wampir nie, choć można oszczędzić na oświetleniu, ale w cenie są podobno krasnoludy. A smok, ja Smok stałem się gwarantem dziewiczości towaru. Nie, no oczywiście, że potem nas wypuszczają. Nawet jest wynagrodzenie, bo klątwa roboty za friko na płodność działa. Ale jednak to zianie, ten ryk, to nie przystoi. Zresztą i tak większość z nas to kobiety, mamy swoje uczucia!!! Niektórzy z nas pochodzą z królewskich rodów. Jeden został nawet przez taką Królewniczkę… no zbeszczeszczono jego cnotę!!!

Ona smoka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane – „Szczury i Morze Rozległe” – opowieści jak to mówią ciąg dalszy. Komplikacje, różnych członków racje, przepowiednie i mityczne stwory… do tego szczypta psychologii i orgazm fantastyczny. Krainy baśniowe i bohaterowie, którzy zawsze chowają coś w kieszeni.

Aczkolwiek powinnam wspomnieć, iż buja, bo w końcu czyta się po morzu!

Obfita kontynuacja „Sprzysiężenia Czerwonego Wilka” wciąga. Jest bogata, pełna i nadwyczaj przeobfita. Można się z łatwością zgubić w tych wątkach pobocznych, dokładnie opisanych żywotach każdego z bohaterów… ale można też się rozpłynąć. W treści. W opisach. W słowach. Wpakować się w opowieść z kopytami i kołem ratunkowym. W ten inny świat, tak naprawdę zamknięty na statku. W owej magii, przewidywalnej, ale i zaskakującej. Stworzeniach, które nagle otrzymują prawo głosu. Ale też czytać trzeba uważnie, by nie umknęły nam niuanse, nazwiska, by nie pogmatwały się postacie w głowie. Z czasem jednak wszystko staje się tak bardzo oczywiste, jakbyśmy nagle otrzymali mapę połączoną z drzewem genealogicznym, zespalającym wszystkich. Autor maluje obraz, przesuwa nam przed oczami klatki filmu, który wyświetlany jest tylko dla nas.

Specjalnie.

Co prawda na ten ciąg dalszy trzeba było czekać kilka lat… ale opowieść we mnie pozostała. Z każdą stroną na nowo odkrywałam to, co już przeczytałam. Pamięć się odblokowała. Ale jeżeli nie znacie tomu pierwszego, nie rzucajcie się na dwójkę. Nie warto. Pewne historie należy czytać od początku. A ta, to nadzwyczajna przygoda, w której wszystko jest możliwe i nic nie jest wiadome.

Zaś szczury… gadają.

Wszystkim Blogerom z okazji Dnia Bloga/Blogerów itp. itd. – życzę Wam zaskakująco miłych troli, żadnych spamów, krasnali pomocnych technicznie w świecie internetu wrogiego, no i stosów wielkich, oraz pomysłowości i może ludzi, którzy zrozumieją Waszą potrzebę pisania.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Purchawki…

„Wyglądały jak kamienie. Albo jak lekko zmurszałe kawałki nadmuchanego dziwacznie drewna… albo mózgi, aczkolwiek z mało rozwiniętą i porowatą strukturą szarą i białą, i tak zresztą monotonnie brązową. A może raczej jak głowy rodzących się potworków? Takich trochę mechatych, nawet wyrodnie pluszowych? Specjalnych zwierzątek dla ludzi z problemami. Wiecie, dla tych, którzy po prostu byli inni i zwyczajnie zdarzało im się usiąść na pupilu – oj przypadek i mała koordynacja dupna, albo rzucić nim o najeżoną kolcami ściankę od rozgrzanego kominka… Oczywiście, że żałowali swego postępowania, pękało im serce, więc musieli mieć kogoś do kochania, kto był w stanie wytrzymać więcej i nie pękał im serca zbyt często.

Musieli!

Ale tylko Wiedźma wiedziała jak to z nimi naprawdę jest. Od dnia, w którym pod zmurszałą, pokrytą mchami wieków ławką, znalazła je po raz pierwszy. Gdy dźgnięte niecierpliwym kijkiem, który w rękach dziecka – choć już przecież Wiedźmy i to Wrony, choć tego jeszcze nie była do końca świadoma – był okrutną bronią, zemściły się i jęknęły, no i tak zwyczajnie zapyliły jej świat. Wybuchły milionami stworzeń, które bardzo pragnęły żyć. Najlepiej w ciepłej i przytulnej Wiedźmie. A co sobie będą żałować! Zresztą sny, które w sobie nosiły, zasługiwały na nowe życie. Ktoś musiał zauważyć ich dyskretne podpowiedzi i rozpoznać znaki. Ktoś musiał. Musiał się ich bać i się w nich rozkochać, nie chcieć się budzić, albo też na odwrót, pragnąć snić i noc i dzień. A ludzie w miarę i nazbyt zwyczajni, przestali zwracać uwagę na sny. Chcieli je tylko przespać, wyspać ciała, odpocząć umysły… jakoś przetrwać ciemność i tak rozświetloną tożsamością elektroniki i nowatorskich migotek.

Bo i po co… to TYLKO sny. Choć był też Paszczak Marnotrawny. Ale o nim to już nikt nie pamiętał. Nawet Pan Tealight, który wyprowadzał Purchawki czasem na łąkę i w sezonie, by się ładnie rozniosły po turyściźnie, rozsadzał je po Wyspie, miał tylko o nim owo mgliste pojęcie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu książka na dziś – „Moc i cesarzowa” – dostana od Zbrodnia w Bibliotece, bo pewni ludzie słowa dotrzymują, a niektóre wydawnictwa robią człowieka w… nie da się opisać jednym zwierzęcym słowem tego, co się stało, więc każdy może sobie umieścić w trzech kropkach to, co dla niego zrobienie „w totalnego junikornowego przeraźliwie rogaczo-horsa” określa.

A niebiosa nad Wyspą płaczą falowo, no i jakieś burczenia w okolicach mojej szklanej kuli się rozlegają… znaczy się jak będzie burza, to wiecie, gdzie mnie znaleźć! Pod stołem, albo pod kołdrą, pod koce i poduszkami, oraz może w szafie… jeżeli tylko się zmieszczę. Oj nie, no szafa sporawa oczywiście, ale a małej liczbie, no i aczkolwiek wypchana do granic swojej szafowatej pojemności.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma, co była sama…

„Gdy zdali sobie z tego sprawę, odczuli zaskoczenie. Dorwało ich, gdy spodziewali się całkiem czegoś innego i brutalnie skopało im te zdziwione dupska. Sponiewierało ciała i zmaltretowało sumienia, zmiażdżyło marzenia i zgwałciło myśli… Wiedzieli przecież, że ma tajemnice. Musiała mieć, w końcu była SOBĄ, ale nie pomyśleli, że tak naprawdę nigdy SAMA.

Wiedźma Wrona Pożarta nigdy nie była sama. Zawsze był tam Chowaniec i Chochel, była teraz i Chatka i zawsze Puszczalska Wena… były misie, były i duchy, ale przede wszystkim były one – książki. Ale tego dnia, po raz pierwszy Wiedźma Wrona została sama. Chowaniec udało się w sprawach, które tylko dorosłym były znane – a tych poza nim w okolicy nie stwierdzono; Chochel w sprawach, o których lepiej naprawdę nie wiedzieć. Weny nie było jak zwykle, a Chatka wypuściła się na spotkanie Wyspiarskich Domów. Zaś książki… te chciały coś sprawdzić. i wraz z Panem Tealightem, ciekawskie nazbyt, ukryły się za nader nadkruszonym ostatnimi zajściami Żywopłotem bez Żywych.

CZEKALI.

Cisza postanowiła rozbrzmieć cykadamia, chmury zatrzymały się w pół wietrznego powiewu. Świat Wiedźmy Dookolny zamilkł, tak na wszelki wypadek, by niczego nie przegapić.

A ona wiedziała i śmiejąc się pod nosem tańczyła z bandą błyszczących Hello Kitty na trawniku… a potem sprawiła, że zapomnieli. Bo wiedźmy umieją sprawić, że Pamięć im się kłania, a Czas staje się podnóżkiem.

Ale o tym sza! zapomnieć lepiej i cisza i sza… Bo są sprawy, o których choć warto pamiętać – szantażyk w końcu jest dobry na wszystko – to jednak wiecie, czasem lepiej nie, lepiej nie, lepiej nie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jesiennie, deszczowo… świat się oczyszcza z pylistego Lata? A może to tylko ściema? Może Jesień postanowiła zostać wrząca i gorąca? No nie wiem, ale Wyspa ma swoje humory, więc wszystko jest możliwe. Wolałabym chłodek, ale kto mnie tam słucha?

A może jednak?

Spoglądam na zapowiedzi jesienne i ogarnia mnie rządza. Rządza posiadania pieniądza, ale jestem tylko marnym artyściną… Zgryźliwa toto prawda, że życie dla sztuki mnie akurat nie popłaca, ale cóż mam fajne obrazki na ścianach. Jedyne w swoim rodzaju. Choć przyznaję, chciałabym też stosów książek na podłodze.

Oj chciałabym!!!

Muszę mieć, inaczej na wiór wyschnę i jako mumia, której książkami nie dokarmiają… będę WAS straszyć!!!
„Rano,
wieczór,
we dnie,
w nocy,
czekajcie mnie,
przybędę Wam
nie ku pomocy!!!
Straszyć będę,
plagi przyciągnę,
wrzodami obsypię,
krostami obgonię…”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Osypująca…

„Gdyby ktoś powiedział, że taki widok pojawi się porankiem dnia niewiadomego przed Seniorem Windmillem, sam wiatrak zatrzasnąłby wszystkie okna, podkasał skrzydełka i umknął gdzie waniliowe pieprze rosną, wieprze latają, a wodorosty słyną z pulchnie wypiekanych bochnów zielonkawego chleba. Ale tego, co zrobi Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, do czego będzie zdolna, nie wie nikt…

Ale odmalujmy ową rzeczywistość tak, jak jawiła się w promieniach różowości porannej, owej delikatności, pulchności i słodyczy odchodzącej, ale i spoglądajacej tęsknie przez ramię Pani Lata… Wyobraźcie sobie też ściernisko. Nierówno rozłożone, lekko sfatygowane nierówności niegdysiejszych łanów. Drapiący raj dla wielbicieli akupunktury, masochistów i artystów zapewnie, oraz ziemię wyglądającą zza tego porzuconego złota. Bruzdy starych oraczy, pojedyncze, zapomniane kłosy i kilka płatków bławatka.

A na tym wszystkim Wiedźmę Wronę połóżmy. Rozchełstaną. Czochrającą się po każdej nierówności, korzystającą z każdego drapaka… i śnieg, który wokół niej tańczył. Dziwne, mleczne płatki… pieczołowicie zbierane przez Chochela – chochlika pisarskiego się czochrającej.

– Spaliła się, cierpiała, głaskała kamienie na plaży… teraz, to tylko ją swędzi, a Chatka ma już dosyć jej błagań, by ją podrapać, to przywlokła się rano tutaj. A ja sobie z tych resztek drugą wiedźmę ulepię. Może nie będzie taka sama, ale zawsze to niezły eksperyment? – wyjaśniał dziwnie poskakującemu Panu Tealightowi, który na ściernisku cierpiał męki, ale wolał się upewnić osobiście o co ten poranny raban. Chochel nagle przystanął, a z nim zapadła cisza. Potem wyprostował plecy, podciągał opadające gacie – jego jedyną elementarną cząstkę garderoby, tym razem brązową, z czerownym Mikołajem na boku… Mikołajem z bardzo kwaśną miną. – Zaraz… Ja chcę zrobić DRUGĄ WIEDŹMĘ? DRUGĄ? JA?

Pan Tealight tylko się wzdrygnął, wystarczyło. Ojeblik – mała ucięta główka, pomogła im dozbierać resztki osypanej wiedźmowej tożsamości i razem urządzili im pogrzeb. Morski. Ale na wszelki wypadek najpierw zmielili wszystko w moździerzu, a potem udeptali, potem jeszcze posolili i oblali sokiem z jabłek. A potem przypomniało im się czego Wiedźma Wrona naprawdę się boi… i dodali tego. Na wszelki wypadek i kosmicznych żartów przypadek.

Jedna Wiedźma to i tak ogromne obciążenie dla Wyspy. Wystarczy!!! Cierpienie tego świata jest i tak zbyt wielkie z jedną, czochrającą się na ściernisku o świcie, miotłolatającą. Litości, doprawdy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jesień się na Wyspie rozbija. Ma wypasiony, sportowy samochód we wściekle czerwonym kolorze, pomarańczowe światła i słucha muzyki… zbyt głośno. W tym roku chyba jest trochę denerwująca, na razie dziwnie, boleśnie, drapiąco sucha; jakaś taka w zapachu pieprzna i nałogowo paląca, a jednak, gdy tylko słońce dociera nad horyzont wieje chłodem.

Oszukańcza to bardzo Jesień.


Książka na dziś, a nawet dwie!!!

Pierwsza wydana przez Prószyński i Ska… oj kręci mnie nie tylko opis, ale ta objętość. Powieść doprawdy XXL, a dokładniej 2 w 1! Dodatkowo: „hiszpańskie fantasy”. Zobaczymy, posmakujemy.

Druga książka, to zbiór legend autorstwa Anny Koprowskiej-Głowackiej.

Przyznaję, że od zawsze uwielbiam opowieści. Legendy, mity, gawędy… potem pasjami pożerane mitologie, porównywane, mącące w głowie, aż do odkrycia dziwnego, wspólnego środka. Intryguje mnie…

Zresztą, Miś ją przytargał na moją Wyspę, więc musowo świetna lektura. Autorka znana jest z książek przynoszących tą fantastyczną historyczność, tego ludzia z przeszłości w opowieściach. A i sama Autorka to człowiek wielowarstwowy, wrażliwy, taki przepełniony wiedzą… intrygujący.

Warto poznać ją z każdej strony!

Czyli mam co czytać na chwilę. Też wpadacie w panikę, jak książki się kończą? Gdy stosy maleją, owe umocnienia wieży się sypią, dziurami straszą obronne mury, oddzialające Was delikatnie od tzw. prawdziwego świata… A może raczej macie takie ogromne, pachnące zapasy nie przeczytanych jeszcze powieści, że ze strachem myślicie o tym, co przed Wami? Słyszycie jak cichutko jęczą, błagają o przeczytanie? O dotyk, choć spojrzenie, muśnięcie myśli…

Nie straszą Was po nocach?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Kraken…

„Był taki czas gdzieś pomiędzy morzami a ziemiami, że na drodze Wielkiego Gruzłowatego Krakena stanęła Wyspa. Była to zwyczajna Wyspa, całkiem normalna i przystająca do definicji kamieni na morzu, ryb i małych domków z małymi ludzikami w środku. Małych łódeczek, wiatrów i fal… Właściwie chyba nie miała w sobie nic zaskakującego, ani też wybitnie smacznego, a jednak stając na drodze Krakena skazała się na pospolite pożarcie. I tak Kraken zeżarł Wyspę, choć bez zbytniego smaku, niektórzy twierdzą, że nawet tego nie zauważył. I dziwnym trafem umknęło mu też to, że Wyspa nie została strawiona, ale osiadła w nizinach krakenowej cielesności i żyła…

Gdy minęły pokolenia, które pamiętały życie na zewnątrz, stało się to, co miało się stać. Wyspa była szczęśliwa, bo nikt nie marudził, iż kiedyś było im lepiej…

Kobaltowe Morze bujało. Bujało i niestety też strasznie śmierdziało, choć to akurat nie do końca Morza wina. Wiedźma Wrona Pożarta rzygała. Już nawet nie starał się być delikatna, zawstydzona, czy zmieszana. Była nadto wstrząśnięta, by to czuć. Ale mieli spotkanie z Krakenem, a takich spotkań nie przeprowadza się na lądzie. I choć Wiedźma kochała Morze, to jednak jego najlepsze chęci, by urozmaicić jej podróż, dość bidulkę rozczochrały, sponiewierały i osłabiły. Ale w duchu tak sobie myśląc, Pan Tealight był z takiego obrotu sprawy dość zadowolony…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po wietrznych dniach nastała na Wyspie cisza. Dziwna ta cisza, taka jakaś niegłośna. Nic nie porusza drzewami, trawy stoją prosto jak na paradzie… i tylko wrony szaleją.

Szaleją i szaleją… bo przecież ktoś musi!

Turyści znikają. Są jak towar wielce zmienny. Wraz z jesienią nadchodzą ci bardziej starsi, lekko cichsi, ciężsi doświadczeniem, no a dzieci pozamykano w szkołach. Cóż za okrutny zwyczaj te szkoły? Wiecie co, chyba nie lubiłam chodzić do szkoły, ale uczyć się… wiedza jest taka intrygująca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Patologia Uśmiechu…

„Kiedy ostatnio ktoś powiedział do Wiedźmy Wrony Pożartej – ona ma taki cholerny talent, że przyciąga ludzi, co to „życzą dobrze” i pragną być wielce tam „nauczycielami” głupiutkiej istoty (ona tak chyba wygląda, co nie?) – UŚMIECHNIJ SIĘ! Anioły Ci dopomogą, wskażą drogę, módl się o wskazówki! Czekaj na znaki!!! Popłynął z jej głodnych i smutnych, choć wściekłych oczu jad. Potem zbryzgane nim odzienie zaskoczonej osoby zajęło się od jasnych, niebieskich w swej bieli płomieni – ot maleńki piorunek, bo tik nerwowy wyłączył lewe oko, więc poszło ino z prawego… a potem nastał Armagedon. Niewielki też, ograniczony geograficznie do Pierdolonego Słoneczka i ziemi dookoła niej, aczkolwiek jakże widowiskowy! Gdy w końcu pierdykła kometa w ziemię i radośnie zaczęła trelować: Eeeeej Makarena! Wydawało się, że… A jednak Słoneczko przeżyło. Spojrzało dziwnie na Wiedźmę i z wyrzutem w głosie, co to sprowadza wieczne potępienie i wyrzuty sumienia na wieki wieków amen rzekło: nie spodziewałam się, że użyjesz takich słów. Ja chcę dla Ciebie dobrze, przynoszę Ci radę, pragnę przecież tylko Twojego szczęścia…

To wtedy Wiedźma Wrona zdębiała.

Pan Tealight zdążył zrobić na drutach ciepły szalik i ozdobić go żołędziowymi czapeczkami. Bo Wiedźma uprzejmie i całkiem honorowo chyba, zdębiała się od razu do formy dość sporawej. Nawet mobilnie przesuwanej, aczkolwiek z wybitnie dziwną miną kory. Potem powiesił na niej dwie budki dla ptaków i słomiany karmnik… dopiero wtedy się ocknęła.

Jednak słoma drapie. Nawet zdębiałe wiedźmy?

– Co jest ze mną nie tak? Przyciągam te dziwaczne, radosne istoty, które odmawiają mi prawa do smutku. Tych, którzy moim kosztem chcą poczuć się zbawcami wszechświata, a tylko mnie ranią mówiąc: jesteś niczym… Wielkich naukowców, wszystkowiedzących posłańców cholernej Wikipedii. Zawsze nieczułych, a uzurpujących sobie wyższe sensytywności… Zawsze zaczynają zdanie od tego, że mnie znają. Czytają mnie, niby z otwartej książki podobno wyłuskują cytaty, których ja sobie nie mogę przypomnieć, ot skleroza… a potem robią prezent w postaci tuszy mięsa. Albo truskawek, od których dostaję pryszczy! Albo kupują mi zestaw do makijażu. Uszczęśliwiają na siłę. czy im jest z tym lepiej? Oni poczuli się więksi? Mocniejsi? Piękniejsi? A ja nie protestuję, prawda? Nie mówię im, że kłamią, że mięsa nie jadam od wieku, a makijaż stosuję na obrazach tylko!!! Nie mówię… bo wydaje mi się, że oni powinni czuć się lepiej, bo ja i tak się nie uśmiechnę. Bo ja tutaj po to jestem, by oni czuli się lepiej.

Tylko po to… Bo przecież istnieje możliwość, że w cholerę nie będzie lepiej! Nawet więcej niż możliwość.

Wiesz, ja naprawdę wolę już to, że przyciągam zboczeńców. Im przynajmniej jak się da w morde zaskowyczą z rozkoszy. Ci, co mi podobno chcą „zrobić dobrze”, zawsze mnie dobijają. Niszczą. Udowadniają, że jestem niczym, by tylko sami poczuli się lepiej. Jeżeli to ma być część mojej pracy, to domagam się GIGANTYCZNEJ wypłaty i cholernego ubezpieczenia od Popierdolonych Słoneczek!!!

Wiesz… to tak jak z narodzinami. Nie pisał się na nie człowiek, nie składał podania, ot dynda sobie na Drzewie Dusz. Fajnie mu tam. A tu ścisk, krzyk, światło razi!!! I teraz bądź mi wdzięczny, bo ja cię urodziłam. Mi bądź wdzięczny, bo ja cię odkupiłem, daję ci religię, zbawię cię… ale tylko jeżeli będziesz grzeczny i nie będziesz zbytnio zadawał pytań. Po prostu wpasuj się w profil. A ja sobie myślę, że miałam prawo urodzić się gdzie indziej, dla kogoś innego. Miałam prawo mieć szansę! Miałam je, więc kto do cholery mi je odebrał… Mogli mnie wyskrobać. Usunąć komórki, bym mogła polecieć w świat. Wrócić na Drzewo Dusz, do innych, albo stać się chmurą, na chwilę, na kilka lat, wieków… może całe życie?

Nikt z nich nie pamięta życia przed życiem i nie wie co będzie potem. A ja już umierałam. To nic, nic to. Po co się bać? Uzurpują sobie wiedzę o tym, czego nigdy nie pamiętali, zbyt ludzcy. Nie dbają o życie, tylko te ideologie. Religie. Wierzenia, pokazy mody, klęknij, wstań, gimnastyka dla każdego… nie dbają, nie pamiętają, nie wiedzą.

Więc dlaczego? Przecież NIEŻYĆ nie jest złem. To też nie zbrodnia, ot stan skupienia, a nie ODKUPIENIA!

Bycie drzewem jest prostsze, tylko ta kora… wiesz, jak dla mnie naprawdę słabe nawilżanie. Choć intrygująco się kształtuje… no i te penisy. Dlaczego mężczyźni obsikują drzewa? Muszę to przemyśleć, nie sądzisz?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki strzepnęła z ramienia żuczka, wydłubała z uszu żołędzie i poszła wirującą ścieżką do swojej Chatki. Zgubiła się tylko cztery razy, co było naprawdę dobrym wynikiem… jak na kogoś, kto właśnie się odkorował.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspa się wietrzy, wszystko się rusza. Wielkie kule wiatrów miotają się po ogołoconych ze zboża polach. Tu, tam znajdą kilka porzuconych kłosów, ot zabawy, by kogoś połaskotać, by kogoś wkurzyć. Ot by roznieść ziarna, zasiać tam, gdzie ich nie chcą… bo dlaczego nie.

Jeżeli można, to trzeba!


Recenzja: „W objęciach lodu”

I got awesome mail from Kathy on Monday! Thank You so much, You made my day like… well always!

I loved the butterflies and Monsters of course!

I love everything!

I cudownie błękitna kartka od Izy!!! Nic na to nie poradzę, jestem uzależniona od poczty… jak listonosz na Pierdziku mija moją skrzynkę i nic do niej nie wrzuca, jak nie łomocze mi w drzwi, czuję się… źle.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Słodkie Pożądanie Dziwaczności…

„Tak w ogóle to Pan Tealight wolał chyba słone. No i bardziej soczyste… i raczej mięsne dania. Ze słodkich korniszony i śledzie w occie, oraz marynatę z małych paluszków od niewinnych stópek. Ot dieta generowana przez kulinarne ekscesy Wiedźmy Wrony Pożartej. Tej samej, co wrzeszczała właśnie na kłącza w ogródku i mocowała się z chwastami. Bidulki, całkiem niechciane powoli musiały opuścić obecnie jej nadrzędny eksperyment: upust wściekłości, którą nasycili ją tzw. przyjaciele, czyli trawnik. Trawnikowi było głupio, ale Wiedźma pragnęła czystości i pewnej idealizacji kształtowania przestrzeni. I krzyczenia, rytmicznego uderzania gracką, bólu, potu i upustu rytmicznego energi… i klęcia takiego, że usychały od niego lilije, a znowu rzepy rosły w siłę kłującą.

Później na pewno jej przejdzie, trzeba ot przeczekać, pomyślał Pan Tealight i wtedy wpadł na siedzące na chodniku Słodkie Pożądanie Dziwaczności.

Nie był to gość nowy, ale tak zmienny, że trudno było określić jego przestępczy rysopis. Tym razem był niski i nad wyraz gruby – a może puszysty, Pan Telaight nie był dobry w polityce wyrażania się – i kolorowy. Spocony, kolisty, mięsisty osobnik o owłosionych stopach i wydepilowanej reszcie ciała, miał na sobie tylko barwną przepaskę biodrową, prawy sandał z urwaną różową kokardką, oraz zestaw bransoletek plastikowych, z dziwnycmi, obdrapanymi zawieszkami. Do tego nosił dziwne, przylepione chyba na klej. niby tatuaże na łysej czaszce i coś nad wyraz plastikowego i bipkającego w prawej dłoni. Dłoni z różowymi paznokciami. Na drugiej miał manicure czarny w zielone gwiazdki i zestaw pseudo klejnotów.

Bardzo migotał i to nie tylko na palcach, ale Pan Tealight czuł, że czasem wiedza naprawdę jest nadmiarowa… To był na pewno jeden z takich momentów.

Niestety Pan Tealight nie potrafił przestać się gapić. I jeszcze ten pot. Pożądanie pociło się landrynkami i dropsami. Pół Sklepiku z Niepotrzebnymi, się znaczy na pewno większe pół, bo nawet Senior Windmill się ruszył ze swojego betonowego kółka, już stało w kolejce, a Ojeblik, mała ucięta główka (mała sprytna ucięta główka), już postawiła stoisko z papierowymi tytkami. I niczym rasowa przekupka wywrzaskiwała na cały głos: Kupujcie nim słońce zajdzie!

A Słodkie Pożądanie Dziwaczności karmiło się otoczeniem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książka na dziś… trzecia z serii, jeżeli dobrze liczę – „W objęciach lodu” Nalini Singh. Paranormalnie, fantastycznie, namiętnie. Ot kobieta zwyczajnie czasem musi poczytać o tych torsach, prężących się… muskułach. Tym bardziej, że autorka specyficznie opisała swój świat. Nakazała w nim walkę namiętności, natury i sił pierwotno-zwierzęcych z zimnym wyrachowaniem, doprowadzonym do perfekcji.

Uciekłam na plażę dupskiem formować kamienie. Najczęściej z formowania otrzymuję małe, krzemienne bobki! Chyba to o czymś świadczy, ale o czym… przepraszam, wolę chyba nie myśleć! Za to zaproszę Was na Giveaway u Wassupbrothers.

Dużo zrobić nie trzeba, a sowa piękna!

Wszystkie informacje na BLOGU!

Recenzja: „Kobieta z bursztynowym amuletem”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy ostrość…

„Pan Tealight od pewnego czasu odczuwał dziwne, niepokojące problemy związane z patrzeniem na Wiedźmę Wronę. Zdawała mu się coraz bardziej niewyraźna, rozmywalna, rozmemłalna, a nawet czasami dziwnie niewidzialna. Patrząc oczami coraz to innych osobistości Sklepiku z Niepotrzebnymi, ugruntowywało się w nim, zapuszczało korzenie i twardniało przekonanie, że coś jest nie tak. Co jak co, mimo nawet mikrego wzrostu, taką wiedźmę trudno było przeoczyć.

To dlatego skradał się dziś wieczorem do jej ogrodu. Może i oszukiwał się, wmawiając sobie, iż wcale nie chodzi o pierwszy przecier z turyścizny – słodkie półdupki z cynamonem i jabłkami – może naprawdę dziwiła go tylko owa wiedźmia niedyspozycja… Któż to teraz może wiedzieć?

Już jest PO i się stało.

Już minęło.

A jednak to, co zobaczył pozostanie z nim na zawsze. I przeczucie, iż tak naprawdę Wiedźma Wrona Pożarta jeszcze wiele może go nauczyć w kwesti postrzegania osobowości. To jak spoglądał na jej skórę, dziwnie połyskującą w czerni Księżyca, którego nie było. Zdejmowaną tak łapczywie, nie bacząc na ból i rozdzierające się powierzchnie. Nie martwiąc się o przyszłe blizny, ani świeże rany… Początkowo czuła na pewno tylko swoją nagość, potem dopiero dotarła do niej rdzawa wilgoć i cudny chłód Cienistej Nocy. Ból, sam w sobie, owa głębia definicji, dotarł do niej powoli. Jakby się skradał pewny zdobyczy, przedłużając swoją rozkosz oczekiwania, ów dreszcz emocji. Nie był nagły. Wzrastał, narastał, otulał ją kolejnymi warstwami miękkiego, delikatnego koca, tak pożądanego w mroźny poranek… Ale to nie był poranek i dopiero kończyło się lato. Wiedźma Wrona siedziała na krótkiej, pożółkłej, kującej trawie podkurczywszy nogi. Naga. Ulubienica bólu, oblubienica cierpienia. W rzeczywistości dobrych znajomych, ukochanych…

Przerażające…

Zdrapywała z siebie przeszłość długimi paznokciami, a ta opadała na trawę wnikając w spragnioną jej ziemię, która potrafiła zapomnieć i pamiętać jednocześnie. Wypowiada słowa, które mogą wyskoczyć z niej tylko w tej chwili. I zostaje wysłuchana. Ot wymiana handlowa. Bez dodatkowych kosztów. Nie po raz pierwszy, bo w końcu Wiedźma nasiąka rzeczywistościami wszelkimi. Musi robić miejsce na nowe. Musi też recyclingowa te stare. Trzeba dbać o światy.

Oczyszczona Wiedźma czeka na nową skórę w ciemności Nowego Księżyca, ale ta nie nadchodzi. Wie, musi wiedzieć, że obserwują jej ruchy… nie widać, by w ogóle się tym przejmowała. Czuła zawstydzona, skrępowana, może tylko dziwnie zmęczona, zmaltretowana, ale już ostra w postrzeganiu. Jednak zbyt późno, by cofnąć rytuał, myśli na pewno, gdy dociera do niej prawda. Ta znana tylko Przedrzeźniakom Cieniom, że od tej nocy Wiedźma będzie musiała stać się tą, która uważa na to, z czym przyjdzie się jej zetknąć. Pierwotna radość z oczyszczenia umyka z trawnika zasypanego przeszłością. Biegnie na tych swoich krótkich, krzywych nóżkach, na pokręconych, śmierdzących stópkach. Dumna z oszukaństwa, dumna z przebiegłej swojej miny, barwnie wrednego spryciostwa.

Wiedźma Wrona stoi oskórowana, naga do cna swoich trzech bytów, odsłonięta… jak chrzaniona tarcza strzelnicza…

BUM!

PAC!

Wziuuuuu!!!

Czy ciało rzucone w Wiedźmę odbije się, czy też przyklei? Czy odziać się można w to, co odrzucone, czy też lepiej porwać to, co się akurat nawinie…

Pani Wyspy, która akurat obserwowała wszystko z drugiej strony trawnika, nie chcąc być widzianą na jakże podrzędnym podglądactwie przez innych wyszarpnęła z czereśni kielich. Dmuchnęła w niego i gdy już miała dość tego, co widziała, po prostu wstała, udała, że wynurza się z mgły i podeszła do Wiedźmy. I wylała na nią swój oddech i ten zamienił się w skórę… ale nie mógł cofnąć tego, co się wydarzyło. I Pan Tealight, wyciągnięty z żywopłotu dostał pudding ze słodkim przecierem i nikt nie chciał o tym rozmawiać… ale ci, którzy widzieli wiedzieli, że bycie wiedźmą jest nie dla nich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Nieśmiertelny” – opowieść, której jest jakoś tak dziwnie „za”… za mało, albo za dużo, za bogato, za ubogo, za swojsko, za obco… no „za”.

Trudno to… wytłumaczyć. Z jednej strony opowieść jest specyficzna, folklor aczkolwiek mi znany. Oj ile człek się tych bajek naoglądał w dzieciństwie! Ale z drugiej… dziwny brak zrozumienia, jakim może się wykazać tylko ten, który nie był bombardowany owymi kreskówkami i kukiełkami. Przekonaniem, że nie tylko moździerz potrafi latać, a kurze łapki są lepsze niż idealne koło!

Nie wiem nawet, czy mi się podobało. Chyba tak. Znam pisanie C. M. Valente, doceniam pracę i wolę poznania opowieści innych i tą umiejętność łączenia wątków, ową pamięć do szczegółów… ale czegoś mi brakuje. Za czymś tęsknię. Może za innością, nowością, zmiennością? A może zwyczajnie marudzę. Przecież historia intrygująca. Napisana dobrze… a jednak taka… „za”.

A na Wyspie Lato odbywa swoje ostatnie podrygi – koślawe, niczym wyuczone u św. Wita i to z najwyższą notą. Raz ma siły na żar, potem znowu całkiem się poddaje. Niby je rozumiem, czuć na karku oddech nadbiegającej, wciskającej się wszędzie Jesieni, a jednocześnie wciąż być na czasie… Cóż na presja otoczenia.

Pory Roku muszą mieć dobrego psychiatrę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Fryzjera Morskiego rozterka…

„Pan Tealight nigdy nie był modny… oczywiście nie według siebie. Sam od zawsze uznawał swoją szarość za mega-wrzask mody i wszelaką wygodną elegancję. Ale jednak z Mermejdami było inaczej. Zaczęły się buntować. Zrzucały ogony, łuski zmieniały na futra… a co gorszego domagały się własnego fryzjera. A włosy Mermejdy mają długie. Zielone i poplątane. W wodzie są żywe, dziwnie żwawe i płynne, gdy tylko wyschną plączą się wydalając z wilgocią magię. To dlatego Wiedźma Wrona Pożarta plotła z nich wieńce i zaklinała życzenia… zbierała z rosą marzenia i pozwalała im żyć. Ale tym razem, wraz z Morskim Fryzjerem zwanym na piaskach Grobo Fruktis, włosy znikały. Wielkie hałdy oplatały kamienie, magia wtapiała się w Wyspę, a ona spełniała życzenia. Fakt ten niestety był bardzo krótkotrwały i nie załapało się na ów cud wielu. Słońce odbierało wilgoć bardzo szybko, poważne na swej wysokości i dumnie błyszczące. No i była jeszcze sprawa owego strasznego rwetestu… bo Mermejdy zmieniały zdanie i łkały śpiewnie, do taktu rytmicznie – choć może nie wszystkie – łomocąc łysymi głowami o granitowe głazy.

I tak Grobo Fruktis miał zagwozdkę. Jak uciszyć kapryśnych klientów, którzy domagali się owłosienia? Jak uspokoić fale, które w łysych głowach odnalazły dawno zapomnianą rozkosz przeglądania się? Jak wytłumaczyć Pani Wyspy, że nie, nie da się jednak utkać z tego włókna wytwornej sukni, w której ta mogłaby się zaśmierdnieć ładnie na przywitanie Bezpłciowo Rozkosznej w Szelestach Jesieni? Jak uspokoić siebie, no i ile zażądać za rozwiązanie tej sprawy,,,”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na Wyspie zaczyna się cisza… Dzieci do szkoły, turyści się zmieniają. Są bardziej spokojni, zrównoważeni, mniej szaleni. Jacyś tacy bardziej cisi.

Czy pokorni?

A czy ktoś w ogóle jeszcze pokorności w tym świecie zażywa? Nie sądzę by byli pokorni, ale przynajmniej wrzaski i wyścigi motorów się skończyły. Nie lubię hałasu. Lubię czuć to oddychanie Wyspy. Spokojne, równe, mimo burz i sztormów. Rytmiczne bicie ukrytego serca… Potrzebuję tego spokoju, bo pewne wydawnictwo zrobiło mnie w konia. Zresztą nie tylko mnie. Miała to być transakcja wiązana… tutaj banerek tutaj książka – no i banerek był, reklama się rozkręciła. I z powodu wysokiej sprzedaży recenzenci książek nie dostaną. Wiecie co, po TYM wydawnictwie bym się tego nie spodziewała… chociaż, czy ja jeszcze komuś wierzę?


Recenzja: „Marzenia Joy”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz