Pan Tealight i Pierwszy Płatek…

„Zanosiło się… właściwie od dłuższego czasu coś wisiało w powietrzu. Wśród dziwnie zdecydowanej kolorystycznie pogody – ino szarość – była uchwytna nuta owej nęcącej niepewności i oczekiwania. Ale i tak każdy zwalił winę na Księżyc. Znowu pełnia. Na dodatek Księżyc obżarła się kapusty z makiem, cebulą i pasternakiem… no i wszelka żeńska odmiana Wyspy była, lekko poprawnie politycznie mącąc w słowach i czynach i zaniedbaniach… wkurwiona jej aurą.

Znaczy wiecie, bardziej niż zwykle, bo tak niepoprawnie politycznie, to lepiej nawet nie myśleć!

Ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wiedziała. Wiedziała przez cały czas, nawet wzdęcie naprężona, miotająca jadem z kącików ust i piorunami z oczu, grożąc totalnym samozapłonem i wpędzając Chowańca i Chochela w krainę wieczystego, cichego posłuszeństwa (siedzimy pod stołem i nigdy spod niego nie wyjdziemy, nie będziemy oddychać, bo robimy to za głośno, a obiad będzie na czas)… wiedziała. Czekała. Jak zawsze wierna. Czekała na Pierwszy Płatek Śniegu. Ten smakujący jak noc po której wie się, że nastanie dzień. Ten nie cuchnący jak bolesna nadzieja, ale jak rozkoszna, pełna świadomość tego, że nic złego się nie stanie, a potwory spod łóżka nadal będą u siebie – i opłacą czynsz na czas. Że szafy nie zaskrzypią, nie wypuszczą strachów, a kąty przytrzymają cienie.

Czekała…

I w pewnym momencie wszystko zatańczyło i zapłonęło. Świat rozerwał się na miliony kawałeczków i przybrał wszystkie kolory, o jakich tylko można marzyć… i zaczął opadać, zamarzając po drodze. Tworząc nowe światy i życia, w jednej chwili rodząc się, kształtując demiurgów i samych siebie, ewoluując i umierając… A ona tańczyła. Tańczyła jak zwykle z gołym dupskiem schowana i widoczna zarazem, spójna i niespójna w ruchach, z kolebiącą się na boki małą, uciętą główką pomiędzy stopami. Po prostu tańczyła, tak nagle inna. Nierozpoznawalna.

Tańczyła z Pierwszym Płatkiem Śniegu na wargach.

I nic już nie było wkurzone i wzdęte…

… a potem Pierwszy Płatek Śniegu stopniał i Księżyc dziko zarechotała przywracając swoją władzę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Pierwszy grób po prawej” – czyli dostałam to, czego się spodziewałam, a na dodatek z dowcipem nadzwyczaj niewyparzonej mordy! No i czemu się dziwić, w końcu… kostucha! Nie, nie ma tu żadnych cudów i innowacji, jest za to język, fabuła, dopracowane postacie i intrygująco wkurniczająca główna osobowość. Poza tym duchy, rodzina i przyjaciele, przyszłość i przeszłość, życie i śmierć… no i oczywiście śledztwo. W końcu zbrodnia to zawsze coś fajnego!

Tego chciałam. Rozrywki i ciętego jęzora. I to dostałam!

I z cyklu miłe bardzo niespodzianki, za takie dziwne wierszowanki… czyli nagroda od MIMIŚia!!! I to tylko pocieszenia! Aczkolwiek mój Admin wciąż uważa, że jego wiersz był najlepszy i on powinien wygrać, ech! faceci! Ale żeby nie było, Krówkojada też chcę!!! Serio serio serio!

„Krówkojadzie, Krówkojadzie, co tam masz w koszyku?
Oj mam ci ja Knurduplasa, który gile ma do pasa!
Mam ci ja też trzy Mimisie, które swarne mają pysie!
Krówkojadzie, Krówkojadzie, ale co robisz z nimi w sadzie?
Dobieramy się do jabłek, które mają czerwony zadek,
by nam ktoś upiekł szarlotkę, którą nadziejemy ciotkę…
A jak się ciocia upiecze, będzie chrupka i rumiana,
to spakujemy ją caluśką do wielkiego dzbana!
Krówkojadzie, Krówkojadzie… brak mi słów!
Słów ci brak, ale pełny brzuch,
a z okazji Hallołina przyda się koszmarna mina!”

„Powiedziała mi żona,
że w Krówkojada wpatrzona,
że w brzuchu jej motyle
głodnie burczą co chwilę.
Mówi, że go kocha,
że do niego szlocha,
że wzdycha i wglapiona
w nos jego jak szalona.
… więc teraz ja JEJ miły,
nie bacząc na deszczu siły,
jeśli nie chcę jej zguby
krówkojada mam dać, a lubym
może pozostanę?
Ale tylko z Knurduplem na zmianę!!!”

Wiecie jak to jest? Jak czasem coś naprawdę niewielkiego potrafi zmienić koszmarnie ciężki tydzień w coś, co: przeżyłam i walić to… No to właśnie takie uczucie otrzymać golasa Knurduplasa z pierwszym śniegiem!

Pierwszy śnieg jest… jak czysta magia. Dowód na to, że wszystko paskudztwo da się zakryć, zmyć, roztopić i przekształcić w coś zgoła bardziej intrygującego. I raczej mniej zgryźliwego… aczkolwiek dochodzę do wniosku, że świat oduczył się czytania i pracy jakiejkolwiek. Rozumienia. Z jednej strony mamy zapierniczające handmade’ki. Dziewczyny naprawdę się biczują, pracują non stop, uczą się; mamy tych nielicznych ludzi, którzy wciąż chcą być lepsi… a z drugiej gromadę zombie, co nawet w googlach swojego nazwiska nie znajdzie, ale podobno wielce inteligencja.

Ale im się należy! Podobno wszystko się im należy.

Kiedyś nauka miała znaczenie, marzyło się o skończeniu „szkół”. Tytuł naukowy o czymś świadczył, teraz kupić można wszystko a niektórym serio zależy wyłącznie na niczym… Nietzsche poczułby się naprawdę doceniony?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i AcioTo…

„Sierotka Marysia, Śnieżka i Ta z Wieży. Pierwsze dwie w wybitnie seksualnych pozach mimo krępujących je wdzianek, w dziwnie moczowych kolorach, wciąż nadzwyczaj zmysłowe, a nawet lubieżne, ekstatycznie rozpalone – doskonałe do ogrzewania małych pomieszczeń, ekologiczne – by oszczędzić na ogrzewaniu przechowującej je placówki, ułożone stosami tuż obok wielkiej, zasysającej tuby…

Ta z Wieży uzależniła się od smoczego mięsa i wściekłe nosiciele smakołyku zamknęły wredną sucz w wieży. Niby wybaczyły wrednej srebrzystowłosej, ale wolały dmuchać… na zimne. Nie zjadła wiele. Ot chucherko z pryszczatym licem, ale po co rozbudzać namiętności kulinarne. Tajemnica ma znaczenie!

– To którą pragnie Wasza Wysokość na córkę wymienić? –

Żadna nie odpowiadała jednak Złej Królowej, ale Mała Wiedźma czuła się zaintrygowana. Bo do każdej z dziewcząt ktoś dołączył zestaw niskich panów w czerwonych, spiczastych czapeczkach. TYLKO W CZAPECZKACH! A Mała Wiedźma… znaczy sie no po raz pierwszy, była naprawdę mała, niewielka, bardzo wczesna, nieobeznana, jeszcze odważna w swojej ciekawości, więc spytała wskazując palcem…

– AcioTo? –

Czasem cisza ma ubaw.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książka na dziś: „Rodzina na pokaz” – opowieść, która mnie zaintrygowała pewną przewrotnością w tytule i opisie. Jak przeczytam… opowiem!


Z cyklu przeczytane: „Villa Mirabella” – opowieść tak zwanie optymistyczna totalnie! Aż do mocnych skurczów żołądka… no i przewidywalna. I mdła. A może zwyczajnie nie dla mnie, bo ja się nie łapię na te chwyty z łzawych komedii romantycznych, owych sztampowych historyjek opartych na mitach, biblijnych opowieściach – w tym przypadku syn marnotrawny w natarciu. Nie chodzi o to, że to zła książka… ona jest niewystarczająco dobra.

Nie porywa.

Nie roztapia… ona rodzi mdłości.

Jestem uzależniona od świąt. I nie jestem poprawna politycznie. To dla mnie ŚWIĘTA. Uznaję Jul, Yule, Christmas… ale nie „holidays”. I uważam, że każdy ma prawo się nimi cieszyć bez bycia obrzucanym tekstami o komercji. Bo mnie nie stać na komercję. Nie mam sklepów, nie mam telewizji i reklam, wielkich prezentów… nie mam ich bo nie chcę (no i mnie nie stać), bo mam swój rozum i go używam. I wiem, że mam prawo do dziwacznej radości z powodu ciemności, światełek, wypisywania kartek! Nie gotuję, bo po co, nie sprzątam, bo robimy to cyklicznie, nie umartwiam się religijnie… ja czuję święta. I to jest coś dobrego.

Dziwnie ludzie przestali się cieszyć, świętować naprawdę od środka. Jakby radość z prostych uczuć była czymś wstydliwym. Jakby należało się cieszyć dopiero po otrzymaniu wymyślnego telefonu i może Nobla. Bo go wypłacają! Spójrzcie na siebie! Nie cieszy Was choinka, umartwiacie się nadmiernym gotowaniem, sprzątaniem, jakby ktoś był w stanie zauważyć kota kurzowego, albo zeżreć to wszystko… pozwoliliście sobie wmówić, że radość z igieł jest zła. Tu nie ma tradycji. Tradycje tworzymy sami!

A ja mam światełka. Niebieską chatkę i migoczące gałęzie i zapach żywicy… mam czucie śniegu skradającego się gdzieś, choć może nawet go nie będzie, ale mam to uczucie! Po co oglądacie reklamy i pozwalacie innym decydować o tym, co czujecie, a potem nagle się budzicie i twierdzicie, że ja to mam dobrze…

Ja używam mózgu i intuicji. Każdy może. To nie boli!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i List Coroczny…

„Chowaniec Wiedźmy właściwie nigdy nie przywiązywał do tego wagi. Ani większej, ani mniejszej, szalkowej, czy też takiej zdolnej zważyć słonia? Nie bawił się ciężarkami i nie zwracał uwagi na akurat te dziwaczne liczby i określenia, na rozmiary – choć kto go tam wie z rozmiarami. Może powinien był? Wtedy, gdy po raz pierwszy przyłapał swoją Wiedźmę Wronę na namiętnym lizaniu koperty, oraz oralnej zabawie ze znaczkiem z gościem w czerwonym ubraniu.

Może powinien był wtedy zapytać?

Ale potem świat się zmienił i zniknęły lizane znaczki. Zastąpiły je takie wrednie podobne, złudnie ułudne, ale niesmaczne, samoprzylepne. A ona i tak pisała. Co roku pisała. Zawsze w okresie listopadowych szarości pisała list. Do grubego gościa żyjącego z gromadą niedorostków, z genetycznie zdeformowanymi małżowinami usznymi, na totalnym, zimnym zadupiu w otoczeniu zbyt wielkiej ilości cukru. Pisała do niego. I nikt nie wiedział co pisała. Nikt jej nie przyłapał w trakcie. I nikt nie miał odwagi nawet otworzyć zalizanej koperty… choć leżała zawsze na wierzchu. Nęcąc. Ojeblik, mała, ucięta główka kiedyś próbowała, ale od samego chcenia tak się jej splątały włosy i przybrały dziwny zielonkawy odcień, że przestała próbować… Pan Tealight, a nawet Chochel, dziwnie ubrany aż po czubki swoich usznych niedopowiedzeń, też próbowali, ale on nie słuchał.

I nie wiedział, że pewnego dnia, pewnego mrocznego, zimowego wieczora, w okresie niby dziecięcym Mała Wiedźma, dość dorosła by dobrze wiedzieć co robi, odpowiedziała na pytanie pewnego mężczyzny. Na pytanie pachnące żywicą i głęboko brzmiące: A co ja dostanę?

Odpowiedziała wtedy: BUZI!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zagubieni w czasie” – opowieść błękitnokrwista namiętnie. A jednakże też permanentnie bezkrwista.

To jak flashbacki. Obrazy z przeszłości i teraźniejszości, powiązane ze sobą tematem odwiecznym… miłością. Uczuciowością problematyczną. Nudne. Przykro mi, ale koszmarnie nudne. To już nie te postacie, nie ten świat. Nawet piekło jakieś bez jaj! A jak piekło bez jaj, to już serio coś nie gra. Niby nasi bohaterowie się zmagają, niby walczą… a jednak nic nie czuć. Wszystko można sprowadzić do jednego zdania: świat się zmienił, upada, a oni próbują coś zrobić.

Aaaaa!!! Mam co czytać, no popatrzcie sami. Mam co czytać!!! Mam co czytać!!!

Świat na zewnątrz zgubił liście i straszy nagością. Naprawdę dziwnie się czuję, bo chyba tylko ja widzę wszystko dookoła… takie gołe. Totalnie gołe! Ekshibicjonistycznie obnażone i zadowolone z tej swojej golizny! Jakby w ten jeden miesiąc, gdy liściom nawet już opadło, a śniegom jeszcze nie dosypało, świat miał prawo do golizny totalnej! Do celebracji swojej doskonałej obnażonej skąplikowaności.

Bo Wyspa goła, to Wyspa doskonała! Rajcownie, uroczyście oczekująca kolejnych projektantów. Ale też wyuzdanie pragnąca dopieszczenia. I daje się wiatrom, oddaje powiewom.

Puszcza się na całego! Oj bo Wyspie wolno. Bo Wyspy nic nie ogranicza… wiecie, że kiedyś była Brazylią? Ha! Nie wiedzieliście! Bo Wyspa to filozofia, religia i nauka sama w sobie. Pełnia. Doskonałość.

Perfekcja!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Ukryta Prawda…

„Wszyscy bali się Śmierci. Przenikania. Odchodzenia. Starzenia się ciała, zmarszczek, wypadania członków, oklapywania i ogólnego obwisania, no i tych tam… duchów. Niepewności większości co do istnienia tego, co po śmierci. Dowodów i ich braków. A w rzeczywistości… trzymano ludzi od początku w nieświadomości istnienia czegoś znacznie gorszego!

Bo przecież o wiele lepiej dozować wiadomości, ubierać je w skąpe prawdy w dziwacznych kolorach, przycinać, fastrygować, tutaj stosować zaszewkę, tam plisy, tutaj doszyć łaty ze skórki winnych mniej lub bardziej… to ukryć, a jednocześnie pokazać na widoku. Ot przecież i tak nikt nie zauważy, jeżeli przed postawi się wielki napis WYPRZEDAŻ i strzałkę w drugą stronę!

Po co mówić, że bać się należy tylko Zazdrosnych! Tych, co „nieżyli”. Jeszcze! Czekających na swój czas, na zwalniające się miejsce w rzeczywostości. Niecierpliwych. Spragnionych, złaknionych i bólów i radości życia… jedynych, którzy naprawdę chcieli po prostu być!

Wysysających codzienność… przyśpieszających czas… Zabawnych, kudłatych stworków, które zawsze czaiły się w pobliżu człowieka, spoglądajac błagającymi, wielkimi, szklacymi się oczami. Mruczącymi, przyjaznymi, jakże łatwo odciągającymi jednego osobnika… by potem go zaatakować i zająć jego miejsce!

To dlatego Pan Tealight i Wiedźma Wrona Pożarta nigdy nie chcieli… kotka. Nawet tego najmniejszego, najmruczniejszego niebieskiego włochacza puszka mruczka… tego, na którego widok pluszakom Wiedźmy wyrastały jadowe kły, a kanwy spadały ze ścian i formowały mur obronny. Czasem nie wszystko jest takie, jak Wam mówiono, a częściej NIC takie nie jest.

PS. Śmierć też się siebie bała… ale to całkiem inna historia!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzja: „Rzeźbiarz”

A moja Wyspa się znowu wieje… jakby umykała przed wściekłą teściową, tudzież komornikiem, czy nazbyt kłopotliwym badaniem przedmiotowym… i wieje. Wieje mocno, z porywami. Zrywając się, by nagle przysiąść, skryć za kamieniem, może złapać oddech, a potem znowu…

W końcu Wyspy też muszą mieć teściowe, no i te koszmarne, pojawiające się z „niewiadomokąd” wredne znajome – co się je podobno znało w dawnych lepszych czasach, te co to naprawdę chcą pomóc i chcą dla ciebie przecież jak najlepiej… i mienią się PRZYJACIÓŁKAMI, a w rzeczywistości i pełni swej wrodzonej wścibskości, rozpływają się w komplementach tylko po to, by wydusić z nieszczęśnicy co lepsze sekreciki… i sprzedać je na targu Obrzydliwych Znawczyń Wszelakich Żyć Niepraktykujących, co to swego życia nigdy nie spróbowały nawet.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Szukanie…

„Czasem wyglądała jak mała, zagubiona dziewczynka. Szukająca czegoś, wyglądająca, czekająca. Przemykała drogami, które widziała tylko ona, omijała te nazbyt wydeptane, nazbyt tarmoszone, nazbyt wykorzystywane… Zaglądała w drzewne szpary, łapała włosami skrawki kory i w rowy, których wilgocią nasiąkała. A jednak, gdy ją pytali, nie umiała odpowiedzieć co tak naprawdę robi. Smutne oczy wilgotniały i powiększały się do rozmiarów filiżanek zielonkawej cieczy z bursztynowymi wiórkami i wtedy jakoś tak zwyczajnie… odchodziła.

Była prawdziwa.

Może naprawdę tylko wtedy była prawdziwa? Wiedźma Wrona? Niezupełnie, a nawet odrażajaco, pasujący element wszechświata. A może tylko tego wszechświata? Może w owej skomplikowanej, wielowarstwowej rzeczywistości był gdzieś świat, w którym byłaby sobą przez cały czas? A może dla takich jak ona, jeżeli istnieli inni, naprawdę nie było nigdzie właściwego miejsca?

Tylko czy to wina miejsc, światów, czy może tej Wiedźmy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Krawędź czasu” – powieść tak bardzo wielowymiarowa, symboliczna i pełna, że może przerazić. A z drugiej strony jakże prosta… ot wykorzystująca owo pojęcie chwili szczęśliwej. Chwili, której nie tylko nie chcemy zapomnieć, ale przede wszystkim przeciągać w nieskończoność. Momentu! Gdybyście mogli wybrać jeden, zapętlić go i żyć w nim, nie bacząc na niepewność przyszłości, ból przeszłości… czy zdecydowalibyście się na to?

To dobra powieść. Niełatwa, symboliczna, alegoryczna… Książka nie dla każdego. Nie do końca fantastyczna.

Czego ludzie szukają przybywając na Wyspę… niektórzy nie wiedzą, nie zdają sobie sprawy, ot przeżywają podróż telepiącym się autobusem porażeni procentami i chorobą morską. Niczego nie szukają i nie znajdują nawet tego co oczywiste, co szarpie za duszę i maltretuje zmysły…

Inni naprawdę szukają. Mają potężne plany, wielostronicowe, rozpisane z podziałem na role i zakreślone ważniejsze ustępy… ostro walącymi po gałach pisakami! Wiedzą, że mają obejrzeć to i to, nie zapomnieć o tamtym, przywieźć to. I nic. Ci też nie znajdują, bo tego, co szukają naprawdę nikt nie zapisał. Dopiero gdy Wyspa woła, trąca, albo zwala się na ciebie całą swoją skalistością1,7 miliarda lat – starsza część – stajesz w oszołomieniu. Bo okazuje się, że można kochać granit na morzu. Ot zagadkę milionów i miliardów lat przemian… tak zwyczajnie, jak człowieka!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Kontrola Jakości…

„Pan Tealight nie tyle zobaczył go z daleka, co poczuł dziwną aurę odprasowania, wypastowania i wszelkiej połyskliwości powierzchni do niej zdatnych i niezdatnych. I zrobiło mu się niedobrze. Nie zrozumcie mnie źle, wszyscy lubią czystość i względne poukładanie, ale to, co nadchodziło, było wyłącznie kantami i świetlistą czystością. Owym lakierem, którym pomazawszy nawet względne, rajcujące zmarszczki, wygładza się świat i jego otoczenie, stające się tym samym kolejną woskową lalką. Może to i ładne, ale takie bez wyrazu, bez charakteru… Jakby nie żyło nigdy, nawet w przejawach bakterii i komórek, atomów i innych drobin. Jakby nie miało prawa do bycia innym, odmiennym, skrzywionym… Jakby każdy przynależał do grupy, a grupę opisywała definicja, od której nie było wyjątków.

Człowieczek w garniturze zbyt ciemnym, by odgadnąć barwę i krawacie związanym tak ciasno, że przełykanie dawno sobie darowało robotę, w butach, których nie śmiały zabrudzić nawet trawy i meloniku, którego kulistość była wprost perfekcyjna i oznaczona symbolem jakości… został doprowadzony do Chatki Wiedźmy. Chatka na jego widok splunęła z kanalizacji, Bulgotem w Człowieczka bryzgnęła, a ten dał z siebie wszystko i… odbił się od niego niczym od niewidocznej ściany. Zapukano trzy razy. Równo przeraźliwie, ostatecznie. Po wejściu zrzucono buty ukazując skarpetki w ciemnościach zieleni, bez cebul i innych załamań tkaniny.

A potem się zaczęło…

– Rodzaj wiedźmy? No jak to nie ma, dokumentacja być musi! Wikkanka? Ołtarzyka więc brak, różdżki, symbolika nie do końca zgodna z normami… Uuu, brak odmiany, znaczy się dzikuska! Poganka pogaństwa? Że pierwotna? Nie, nie mam szablonu, nie istnieje więc. Należy się zmienić, dostosować! Tak nie można! Są przepisy, należy przestrzegać praw nawet po wiedźowej stronie mocy!

Człowieczek wrzeszczał. Grzmiał. Darł się nawet. Unosił w powietrzu na owo niezorganizowanie i zbyt totalitarną wolność Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Podsuwał druczki i wykresy, dorzucił kilka zdjęć z rozrysowanym planem Wiedźmy. Najpierw dobrotliwie, jak do nieuposażonej w umyśle przemawiał, ale potem wybuchał. Dziwne iskry leciały mu z krawata. Ojeblik, mała ucięta główka, tylko czekała, aż go rozniesie. Aż rzucik malowniczy ściany Kuchni przyozdobi. I był już tak blisko, tak bliziutko… i wtedy Wiedźma, dziwnie rozleniwiona, wstała, a raczej zsunęła się z kuchennego blatu. Niby dziwnie uśmiechnięta!!! o zgrozo!!! Apokalipsa? a z jej ręki coś się wysunęło, długie i wijące się…

… i spojrzała Człowieczkowi w oczy… i umilkły wszystkie światy zacierając ręce, oczekując…

Pan Tealight powoli wysunął z kieszeni foliowy płaszczyk. Dokładnie się owinął, a potem wpakował Ojeblika do torebki z dziurkami. Obydowje, bacznie przypatrywali się jednak temu, co się działo… i tylko nikt na Chochela uwagi nie zwracał, a ten gacie z Cookie Monsterem dorwał i korzystając z zamieszania na dupsko gołe wciągnął! A mówił mu Chowaniec, że zatłucze za to…

Apokalipsa jednak nie nadeszła. Gromy nie rozerwały przybysza z definicjami i wykresami. Opasała go zaś miarka i wkurzającym, piskliwym głosikiem zaczęła mierzyć jego normatywność. Tu szew nie taki, tu kolor, tu jednak ziarnkow piasku, tu włosy, a melonika się nie zdjęło, wstyd…

Bo jak Ty Wiedźmie, tak Ty Sobie!

PS. Gwoli wyjaśnienia Kontroler Jakości i tak w wekach skończył i to dobrowolnie. A dokładniej ukrył się w beczce przed Miarką Karką, gdzie nie było ogórów, a od dawna coś nadto konserwującego się działo i burzyło. Przyjęto go z otwartymi porami! Jeszcze z rosołu co po Hallołinie się plątał. Dalsze badania nad ową jednostką zostaną opracowane przez Zarząd Spiżarni Wiedźmy Wrony.

Wyniki niebawem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książki na dziś! W znaczeniu chwilowo mam co czytać! Ale naprawdę chwilowo!

Najpierw wygrana w Syndykacie! Czyli wiecie, wspomnienie Halloween, albo codzienność lubiących grozę!

Paka z Jaguara… taka się znaczy fajowa wieża, choć odrobinę chyba na prawy bok się ku upadkowi ustosunkowuje.

No i nowość od Prószyński i Ska. Muszę przyznać, że od początku w oko mi wpadła ta powieść, mroczna, psychologiczna, ale nie oczekiwałam tak superanckiego, kieszonkowego rozmiaru… i jak pachnie!!!

Z cyklu przeczytane: „Moherfucker” – podobało mi się!!! Naprawdę. Świetna sensacja, kapitalne dialogi i genialne postacie. Ale tu Was pewno zaskoczę, bo najbardziej podobała mi się miłość…

… a tak, Eugeniusz Dębski nie pisze o miłości, ale zwyczajnie pokazuje ją tak trochę za kulisami. Taką piękną, nie łapczywą, taką zwyczajną, a jednak jakże niecodziennie trwałą do końca! Jak on umie to pokazać. Ech! Nie no oczywiście, że to przede wszystkim dobra sensacja. Czyta się migusiem, wciąga aż miło błocko kląska. No i ten Wschód niezbyt daleki z chłodzoną wódeczką… i potwory!
Zabić! Zabić! Zabić!!!

A na Wyspie mgły z Avalonu chyba! Świat pływa w mleku, aż boję się Kożucha! Bo on istnieje. To potwór co oplata człowieka, by wyssać z niego wszystkie przeczytane książki. Nader niebezpieczny i cuchnie! Nie lubią się z Babką Higieną. Szczególnie z Babką Cioteczną, się znaczy Intymną!

Ale w mgłach tak miło. Jakoś miękko i bezpiecznie, jaby nikt nie mógł mnie zobaczyć, więc czemu nie robić wszystkiego! I tak nikt nie widzi!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Kanwy…

„Za każdym razem odbywało się to tak samo. Pan Tealight przyznawał, aczkolwiek wyłącznie sam przed sobą, tudzież powierzchnią jego szarość odbijającą, lub prysznicem, że odczuwał pewne zadziwienie ową subtelną powtarzalnością zachowań, występujących dookoła niego… dziwnie zauważalnych dopiero od momentu, w którym na Wyspie pojawiał się Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki.

Jednakowoż owo specyficzne ciapanie, skrzypienie i wątkowanie z osnowaniem świeżych kanw, było jakże niepowtarzalne. Biedne takie. Za każdym razem stały najpierw w cieniu, białe, bojące się choćby chmurki, oddechu, pajęczyn czy smugi cienia. Przewrotnie i gruntowanie niewinne. Nowe. Pachnące oczekiwaniem i sosnami. Przerażone pędzlem, dotykiem, muśnięciem i maźnięciem. Przerażone kolorem, którym straszono je od kołyski, a jednocześnie spragnione poznania. Przerażone dojrzewaniem do… czegoś. Właściwie nie miały wpływu na to, czym zakwitną, jak zakrzywią światło, czyje uczucia ukażą… ale tak naprawdę to one były górą.

Bogiem i demiurgiem!

Gdy tylko zbliżał się początek, pierwszy kolor, może tylko szkic, coś z nich wypełzało i atakowało twórcę. Artystę, mazika-bazika, kreatora i cjonistę… a tak naprawdę tylko tego, co trzyma pędzel. I prowadziło go tam, gdzie chciała kanwa. Bo pojęcia pana i władcy oraz potulnego sługi i niewolnika, miały tak napawdę bardzo płynne granice. Chciwie chłonne, spragnone innego odczuwania.

Bo któż mógł wiedzieć, co prawdą, a co tylko zbiorem plam? Któż mógł wiedzieć, czy tym razem Wiedźma Wrona podda się siłom, czy też będzie po babsku, typowo się opierać i marszcząc nos, szeptać: a kurde, nie tą razą!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu świat czasem jest ACH!!!
Wygrałam tzw. giveaway u wspaniałej, twórczej istoty skrywającej się pod imieniem Olga, tudzież Wassupbrothers.

Wiecie jak to jest… człek czasem zakochuje się w czymś, co nie jest książką… w moim przypadku to pluszaki, oraz dziwne, zaskakująco magiczne drobiazgi (no i kamenie i Wyspa, ale to oczywiste). Uzależnienie… ot wybaczalna sprawa u kogoś, kto postanowił nie zostać dorosłym…

… ale nawet ja padam na kolana, cycki – boleśnie kurde! i w końcu od nosa zaczynając pysk, gdy w moje dłonie wpada takie cudo. Sowa! Ale za to jedyna w swoim rodzaju!!! Czytanie z nim, to będzie dopiero przygoda, ma takie nośne skrzydła, jakby dźwigał niewyśnione jeszcze sny…

Wiecie, ze mnie ślepe już, trzęsące się stworzenie. Nie jestem w stanie malować drobiazgów, a co dopiero je szyć. Zresztą, dochodzę do wniosku, że nie każdy musi wszystko! I tyle. A Wy, jeżeli nie macie jeszcze prezentów, zajrzyjcie do sklepu Olgi na Etsy. Obejrzyjcie zdjęcia na FB mojej Galleri, tudzież poczytajcie, co mówi Miś Śnież na swoim blog, czy FB.
Bo prezenty naprawdę mogą być fajne i jedyne w swoim rodzaju!

Prawie jak kamyki na mojej Wyspie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Człowiek Przeszłości…

„Spacerowali sobie ot noga za nogą.

Z nosem przy ziemi – jeżeli chodzi o Wiedźmę Wronę – bo toto przecież zboczone na grzebalności punkcie wszelakiej, na Wyspy czyceniu, wąchaniu, dotykaniu, smakowaniu! Stukot główki uciętej, małej bardzo, choć kształtnej, zwanej Ojeblikiem, przygrywał im do rytmu. To się obiła o kant starej chatki – z gracją, to przydzwoniła w studzienkę, to o hydrant przeciwpożarowy w rozmiarze krasnoludkowym zawadziła na dłużej – miłośnie. To Chowańcowi, co się zawsze do przodu sforuje, pod nogami zakląskała, to Chochelowi w gacie zajrzała, a potem z krzykiem za pluszakami przycupnęła. Na chwilę, ot by zamknięte, uśpione po sezonie, zmęczone witryny obczaić. Bo nawet śpiące, spragnione są widzeń i poklasku.

Ludzi nie ma.

Świat Wyspy nagle składa się tylko z morza i kamieni, drzew i domów. Usypiania i oczekiwania. Domów co zdają się tulić do niej, łączyć korzeniami z głęboką pierwotnością stworzenia, czekać na to co było, jest i będzie. Mrugając oknami, dopiero co wyszorowanymi przez deszcze i wiatry. I wszystko to słucha jak Cisza gra. Jak umiejętnie porusza tych, co do dźwięków nienawykli. Jak… bardzo chce zaznaczyć, że w ogóle jest. I jak bardzo jest w swym bycie inna.

Czasem słońce promień wypuści i domy ożywają w kolorach. Pysznią się żółcieniami i czerwieniami, niektóre niebieścieją, inne znowu biel promują… ale to chwila. Można iść w spokoju, ale nie dziś. Bo dziś nagle jakiś Ludź się na drodze chwiejnie nieruchliwej objawia. Do nie swojej przecież Wiedźmy Wrony przypada, tarmosić ją zaczyna, obrzydliwymi, jakby zwielokrotnionymi łapskami dotknąć chce!

– Oj jakżeś Ty wyrosła, byłaś taka malutka, jak cię ostatni raz widziałam, no kruszyna taka, a teraz patrzcie państwo, no taka już dorosła, no a dzieci masz, no co robisz… – Państwo całe na takie dictum schowało się za firanki i udaje, że nieistnieje, konstytucyjnie! – A pamiętasz jak to na spacery chodziliśmy, a jak przyjeżdżaliśmy do was, a jakie to dni były, a noce…

Płyną sobie słowa, wścieka się Cisza, bo spektakl jej psują. Wścieka się Pan Tealight, bo praw do Wiedźmy Wrony Pożartej ten Ludź mieć nie może, wkurza się Ojeblik, za kostki kąsa, się jeszcze nam struje! Chochel w panice się obnaża, pluszaki w torbie łomocą… I tylko Chowaniec nic nie wie. Bo idzie przecież, na spacerze jest… I nie widzi, że mu Wiedźmę ktoś inny tarmosi.

… bo Przeszłość Wiedźmy należała do tych wrednych i czepliwych, świńskich zakręconych ogonków i grzybów cuchnących. Do pleśniaków i łojów, skórki wieprzyka pokrytej szczecinką i serwowanej niczym lody z posypka i polewką. I wiedziała jak i gdzie atakować! Ale nie martw się Mała Wiedźmo, twoja Wyspa pożre Przeszłość bez smaku co prawda, z dużą ilością sosu i czekolady, no i z odruchem wymiotnym. Ale pożre tę sukę!!! Gnojówkę pazerną strawi w bólach, a potem w koprofity kształtne przetworzy i do nadawcy odeśle.

Niech się boi ten, co idzie!!!

Niech boi się ten, co pamięta!”

(„Sklepik z Niepotrzbnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu coś dziwnego na dziś: „Notes Wędrowycza”!!! Wygrany na stronie Publio.pl. A co ważniejsze przysłany bez żadnych: oj, ale Pani to nie mieszka w naszej okolicy, się Pani nie kwalifikuje… itp. itd!

Dlatego tym bardziej, dziękuję! No bo człek sam by se na takie „przedłużenie swej zajebistości” chyba nie pozwolił, a gdzie tam się tak rozpieszczać! A teraz zaszpanuję przed turystami z Polandii!
Ino jeszcze „Truciznę” dorwać w łapy… choć i „Aparatus” i „Szewc z Lichtenrade” mi się też marzą!

I to z autograftem płucnym… znaczy Miszcza Autografem!

A wiecie dlaczego wygrałam? Bo napisałam to!!! W znaczeniu egzorcyzmowania mocniej zawianego, szeptać w ucho!!!

„Ja – tu imię chrzczone – biorę sobie Ciebie za żonę i ślubuję miłość, wierność, czystość, trzeźwość i uczciwość małżeńską; oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci…”
Wypowiedziane nad uchem nietrzeźwego z dołączonym aromatem róży i jaśminu gwarantuje natychmiastowe wybudzenie.”

Trzeba przyznać, że kapitalna sprawa, świetnie zrobiona, no i do pisania jak znalazł!!! Zaraz się zapaskudzi stroniszcza!

Z cyklu przeczytane: „Hyperion” – powieść ogromna! Filozoficzna, symboliczna, wydanie obronne. Czyli jak lubię. Nie lekka, nie naiwna, głęboka. Ot historia o człowieczeństwie i bożęctwie. O pewnej głupocie, naiwności, ale przede wszsystkim, o tkwiącej w ludziach specyficznej potrzebie bycia… karanym i kochanym. Najlepiej pewno jednocześnie. Ale bez twarzy szarości Panie!

Asz mi wiatery na Wyspie ucichły, żesz myśli od razu się wyrywają, donośnie, wrzeszczkliwie tak wrednie, radośnie! Ot chcą by je słuchać! Czytać ni ma co… bida, kwas i ogólna degrengolada, Wam powiem!

Zastanawiam się czasem, czy liście możnaby czytać. Mają rok na rozwinięcie swej opowieści, na narodziny, życie, przekształcenia formy i treści… Mogłyby być świetnymi autorami i to z różnej… gałęzi. A może są nimi, a tylko ten mój mikry móżdżek nie jeste w stanie ich odcyfrować?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Sklepik z Życzeniami…

„Poprzez pole zaorane, poznaczone wronami i niewielkimi źdźbłami filuternej zieleniny, poprzez gubiące liście lasy, tulące do siebie zieloną przeszłość, co się skolorowała i obeschła na słonku, poprzez strumyki i rzeczki, poprzez jeziorka, dziwnie ciche i wzgórza rozszumiałe… poprzez łkające doliny, tęskniące ku bujniejszym kształtom i bujne kształty pragnące płaszczyzn… ponad i poprzez i obok, i dookoła wszystkiego tego, a i jeszcze więcej, frunęła sobie kartka.

Ot ulotka, badziewia tego pełno wszędzie. Lekko pomięta, ale zachwycająca bielą, pobaziana koślawymi tęczami, unosząc się na wiatrach mniej lub bardziej podejrzanych nuciła sobie, na pewno fałszując:

„Łapię ten świat nie
czekając na marzenia,

bo w Sklepie z Życzeniami
tylko

nie ma
nie ma
nie ma!!!”

Pierwszą dopadła Ojeblika, małą uciętą główkę. Zatkała jej rozdziawioną, wrzaskliwą buzię, tęczę na czole odbiła nad okiem. Potem odkleiła się i wczepiła w sieć Chochela, którą chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej, na Jul zastawił. Ten, gdy tylko zobaczył co złapał, patykiem, niczym cuchnącą gównistą mość, kartkę zerwał i Panu Tealightowi pod szarość podsunął. Ten nawet nie zerknął, tylko ostentacyjnie odwrócił się i zniknął w czeluściach młyna. Dopiero Wiedźma Wrona się kartką zaopiekowała wysuszyła ją i dała Wygódce, ale wcześniej dokładnie spisała adres Sklepiku z Życzeniami. Nie zdziwiła się, choć trochę chyba posmutniała. Co dość trudno zobrazować na twarzy nie skorej do nadmiaru wesołości. Ten Sklepik pojawiał się zwykle w okresie świąt wszelakich. Prowadziła go ślepa, bezzębna Staruszka w kraciastej sukience i dziwnym kapeluszu, w którym życie powstało jeszcze w epoce zlodowaceń. Pan Tealight uważał ją za złośliwe, wściekłe, cuchnące i obmierzłe ogólnie babsko, które egoistycznie nie chce wydawać marzeń wyśnionych i życzeń. Co to wbrew wszelkim regułom nie pragnie radości dla tego pokręconego świata. Ale Wiedźma wiedziała, że starsza pani tylko bardzo kocha swoje dzieci i na tak wredny świat, nie chce ich wypuszczać. To, że rodzili je inni, nie miało znaczenia…

Byli do siebie tacy podobni, Pan Tealight i Staruszka o Niewymarzonym Imieniu. Obydwoje mieli misję do spełnienia. I kochali swoją pracę. On kolekcjonował i opiekował się tymi, których nie chciano, którym nie pozwalano dopełnić przeznaczenia, stworzonymi, ale niepotrzebnymi, zapomnianymi i pomijanymi… Ona zaś zbierała marzenia i życzenia, dawała im przytulny dom oraz iluzję wypełnienia wiedząc, że tak zbyt często rzucane są w pustkę, marnowane gdy błyśnie gwiazdka, czy przeleci biedronka – brzydziła się tych czerwonych kropkowanych śmierdzielów – zapominane, ot plusk bilonu w fontannie cuchnącej chlorem, śmieci… I to jakże często właśnie te najważniejsze, pośród całej cepelii głupoty i pustostanów umysłów. Ludzie nie pamiętali już ni o mocy czterolistnych koniczyn, czy płatków bzu, o sile kamieni w kształcie serca i mocy kolorów, czy kwiató niezapominajki. Oni wiedzieli, że to istnieje i ma byż na ich żądanie… a ona tylko chciała, by naprawdę wierzyli i pragnęli tego, co ubierają w słowa. By ponosili odpowiedzialność za własne marzenia.

Za to klątwy wypełniała barwnie, z polotem i od razu… dlatego Wiedźma Wrona kochała ją ponad wiele w swym świecie! I zawsze miała dla niej specjalny słoik weków z różową wstążeczką i małą, błękitną rybką!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czarna Księga Sekretów” – mroczna i tłusto nieprzewidywalna opowieść, choć… może przewidywalna? W końcu to historia opowiadająca o człowieczeństwie, a to coś zwykle, nawet jak mu się nieba przychyla i problemy rozwiązuje, zawsze wybiera źle – przewidywalnie. Choć mu się daje wyjście z sytuacji nie walczy o swoje, ale winę zwali… bo tak łatwiej.

Dobra to opowieść o młodości, która nigdy nie miała szansy, by być po prostu dzieckiem i o dorosłości, w której brak miejsca na nadzieję. Chyba bardziej przypowieść, niż rozrywka, ale warto, choć może zdołować… bo czy jest jeszcze nadzieja dla tego bytu zwanego ludziem?

Recenzja: „Niebezpieczna rozgrywka”

Wieje Wyspa, wieje… co rusz przemykają się – jeszcze zbyt mokre, zbyt nasiąknięte, nieidealne w swych kształtach – płatki śniegu. A ja tu czekam, czekam na śnieg! Na snestormy, bałwany, mgławice i czapy. Na sople, nawet wiecie na te żółte, oraz szrony i szadzie.I mazy na szybach…

Na Zimę czekam!

I na tańce w wietrznych, śnieżnych zawiejach… bo zwykle wiadomo, nie tańczę, fałdki mi za bardzo łopoczą… a w takim mrozie, to nawet one skubane takiej nabierają sprężystości i pozwalają latać!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Misie Małej Wiedźmy…

„Zła Królowa, która nie chciała za dziecko Małej Wiedźmy, no i należało ogólnie powątpiewać, czy w ogóle chciała mieć dziecko jakiejkolwiek maści… z czasem zapominała o córce. Nie interesowało jej, czy ma co jeść i z kim się bawi. Podrzucała ją komu popadło, nie dbając kto zacz, a potem, gdy ten ktoś zwracał Małą Wiedźmę, odsyłała do następnego człowieka. Inne dzieci zaczęły być zazdrosne o swoich rodziców, bo litość brała niektórych i chcieli zatrzymać dziewczynkę, ale wiedzieli, że nawet pragnieniem mogą uchybić Królowej, więc… nie pragnęli. Bo zdenerwować ją było łatwo, a gniew ułagodzić, nader trudno.

Z czasem Zła Królowa znalazła sobie nowego Księcia Niewolnika, mistrza ognia. Miał wielkie dłonie i dobrotliwy uśmiech, ale szybko stał się tylko jej cieniem. Z początku wielu myślało, że pragnie być z Królową właśnie z powodu Małej Wiedźmy, ale ona w to nie uwierzyła. A gdy uwierzyła, tylko zabolało! Bo czasem jest zwyczajnie za późno… I tak, Zła Królowa postanowiła obrazić się na swoje królestwo i opuścić Krainę Wąwozów. Znaleźć inne królestwo i stać się kimś nowym.

Mała Wiedźma długo nie zdawała sobie sprawy z tego, co się szykuje. Nie można przecież opuścić domu, bo królestwo było domem, czyż nie? Tutaj były misie oraz duchy, z którymi się bawiła i które pomagały jej uciekać w krainy bardziej realne, niż życie. To one śpiewały jej do snu, a potem nocą odganiały złe myśli i smutki. Były tu jej pluszowe ciocie i wujkowie, jej rodzeństwo, które zawsze chciało się z nią bawić i miś, który odganiał straszne smoki zwane Helikopterami… gdy nie było Babci zdolnej opowiedzieć historie o dobrych smokach, pomagającym ludziom. Jednak pewnego dnia, całkiem zwyczajnego, Mała Wiedźma wróciła do pałacu i nie znalazła prz łóżku swoich pluszowych przyjaciół. Ktoś odegnał od niej duchy i zabrał ukochane przedmioty! Zaczęła ich szukać, ale ani w pałacu, ani w pokojach przyjezdnych możnych, ani w wielkich salach ni w bibliotece ich nie było. Wołała, ale nikt nie przyszedł i nagle została całkowicie sama.

Gdy zapłakaną dorpowadzili ja do Złej Królowej, ta powiedziała, że zabawkami należy się dzielić! ZABAWKAMI! To nie były zabawki! krzyknęła Mała Wiedźma, ale nikt jej nie usłyszał. Nie było już duchów zdolnych ponieść jej słowa do uszu dorosłych i nie było też misiów trzymających za ręce i dodających odwagi. Nie było nikogo, bo w nowym królestwie tak naprawdę nie było miejsca na Małą Wiedźmę i jej świat. Nie było budy dla podzielonej rodziny jamników, z której pozostał tylko mały, samotny, piszczący szczeniaczek. Nie było lwiej rodziny, tylko jeden łkający stary lew, który nagle zamilkł. Nie było już dziwacznych stworzeń, ani wytartych od przytulania pocieszycieli. Nie było tak naprawdę już Małej Wiedźmy…

Bo w tej chwili Mała Wiedźma nagle dorosła, tak tylko na chwilkę, by obiecać sobie samej, że nigdy nie będzie naprawdę dorosła. Że nawet jak urośnie, to będzia miała rodzinę złożoną z misiów… i może kogoś, kto ją pokocha! Że nie stanie się NIGDY Złą Królową! I że nigdy nie pozwoli, by ją rozdzielano z samą sobą. Bo świat jet wystarczajaco duży by pomieścić wyobraźnię. I obiecała sobie jeszcze jedno, że nigdy, ale to nigdy nie pozwoli już nikomu się dotknąć, a jeżeli nie będzie mogła walczyć, po prostu wyjdzie ze skorupki zwanej ciałem i dołączy do duchów…

Tak naprawdę Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie chciała tego wspominać, ale obrazy i słowa przyszły same. Czasem chciały, by i je pamiętano, choć tak bolały. Dlatego patrzyła się na niebieskie światełka za oknem. Na Pana Tealighta, Chochela i Ojeblika i nawet Gacie Chowańca, oraz jego samego przytrzymywanego przez grupę specyficznych stworów i duchów, gdy niebieścił Chatkę. A Chatka Kołyska Marzeń aż piszczała z radości, choć oczywiście starała się nie poruszać i nie trząść za nadto, by nie przeszkadzać… bo jeszcze nigdy nie była niebieska! A zawsze chciała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mary Poppins i sąsiedzi” – czasem człek wraca do pewnych historii i się dziwuje! Żesz ta Mary to strasznie niegrzeczna była, czyż nie? No naprawdę mocno wrednawa i przewrotna jak nie wiem co. I pomyśleć, że to klasyka! Oczywiście, że cudowna historia, ale przecież też troszkę wiekowa, a jednak… nawet zmarszczek nie dostała!

„Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus” – nie do końca pojmuję zamysł autora. Jakoś tak. Znaczy wiem, co z tej historii wynika… ot prawda. I to łagodnie opowiedziana, bez rzucania mięsem. Ale jaki jest cel prawdy?

Ta powieść nie jest kontrowersyjna, ona jest prawdziwa. Oj oczywiście, że alegoria, symbole i cuda wianki, ale jednak cóż jej zarzucić? Tylko to, że nie wiem po co taka prawda… bo czy wciąż są odważni, by z nia polemizować? Na tyle czyści w swych myślach, by zagaić dyskusję? Czy chodzi o podważanie dogmatów wiary? NIE! Raczej o konsumpcjonizm i piękno, które było możliwe, cudowną ideę, która gdzieś się skopała po drodze… ale tak naprawdę po co dzisiejszemu światu taka książka? Nawet zombie nie ma, choć wampiryzm i kanibalizm a owszem!

Czasem sobie myślę, że świat stał się takim blekocącym bełkotem. Siedzi i blekoce. A inni tego słuchają. Mało kto rozumie o co chodzi, ale dobrze wiedzą, że w modzie jest klaskać, więc… klaszczą. Klaszczą mocno, do krwi, żeby pokazać jacy to są modni i na czasie! Kim są ci ludzie? A kto to wie? Alieny jakieś! Wypowiadają cudze opinie, międolą w ustach cudze słowa. Że też się nie brzydzą…

Cóż, swoich nie mają, to biorą te wielokrotnego użytku.

Wyspa nie jest wielokrotnego użytku. Ona jest za każdym razem inna, jedyna w swoim rodzaju i jakaś. Każda chwila to coś nowego i pięknego. Nawet jak szaro, wieje i plucha. To i tak tyle w tym muzyki, uroku osobliwego i własnego zdania. Bo Wyspa się nie dopasowuje, ona wybiera sobie ludzi. Wybiera sobie takich, co to jej pasują, a potem sprawdza dokładnie, czy dobrze wybrała… bo kiedyś Wyspa popełniła błąd i była uprzejma i miła… już tego nie robi!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz