Pan Tealight i Wiedźma Wskazująca…

„Świat się trząsł.

Wyspa nie tyle dygotała, co podskakiwała, jak osobniczka dość zdesperowana podczas nader agresywnej zumby… Pan Tealight ostatnio z przerażeniem odkrył jak mogą wyglądać kobiety zazumbione. Dotąd bał się zamkniętych muzycznie naznaczonych pomieszczeń. I piorunami walącej Wiedźmy Wrony Pożartej… ale teraz cóż, bał się jakoś bardziej. Bo wiedział, że ona też by mogła, też by mogła tak zapamiętale i dziwacznie skakać. Bez potrzeby uciekania i nagrody w złocie i cekinkach.

… bez dżumy zadżumionych grożącej wszechświatom zlepionym…

Ale te dzisiejsze szaleństwa aury: latające w powietrzu krany i krowy, części garderoby podrygujące na gołych wciąż gałęziach… pioruny i grzmoty, fale wdzierające się do portu, oraz owce na nich, cienie tworzące splątane plemienia i ofiary składane dziwnym, wcale nie ciemnym mocom… Te słowa tańczące, krzyczące i szepczące. Nawet Pan Tealight się czerwienił, a Wiedźmy z Pieca obrzydliwie rechotały, a myślał, że nie może ulec koralowej bariwe… I choć połowy nie rozumiał, coś w duszy podpowiadało mu ich dość obrazkowe znaczenie… Nagle, spod skulonych szarych stóp, wybiły w powietrze zakrzywione korzenie, pokryły się momentalnie małymi, białymi kwiatkami, potem dorzuciły do zestawu maleńkie, poznaczone kroplami rosy liście, by w końcu wypuścić gigantyczne zadziory… Gdy przyjrzał się im bliżej, zauważył, że krople mają odcień idealnie karminowej czerwieni. Potem świat dziwnie się uspokoił i kojąco zaczął szumieć. Cała przestrzeń zaroiła się od wściekłych zdrapek taszczących ze sobą spiłowane monety, noże i nierówno przycięte płytki paznokciowe. Zaczęły z nimi walczyć barwne ptaki, ale Pan Tealight widział, że to tylko gazetki reklamowe… bardziej niż zwykle natarczywe, przecenione, okazyjnie/promocyjnie uzbrojone w protetyczne dodatki i niewielkie, ozdobne żyletki. Zdecydował się, że coś zrobić należy, gdy zaatakowały biustonosze… fiszbiny tworzyły neiwielkie, boleśnie celne łuki, a tańsze, plastikowe dodatki wbijały się grotami w każde ciało… nie chciał czekać na tiurniury. I kolory, bo wiadomo było, że w końcu zaatakują i one!

… cóż, to wszystko nie mogło być naturalne.

Albo było naturalne, ale właściwe tylko jedynemu ekosystemowi.

Wiedźmy!!!

– Idź i zabierz jej tę książkę!!!

– To ten romans… ten, który jej dałeś, by była bardziej damą!!! – Chochel skulił się, obficie splunął mu pod nogi i umknął przed nacierającą na niego czerwoną, drucianą packą na muchy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzja: „Tunel”… bo kiedyś był mur, a teraz jest tylko niepamięć…

Meteoroid, meteor, meteoryt… tyle nazw, tyle hałasu o kawałek mieszanki skalno-metalowo-kosmicznej, czy czego tam jeszcze. Tyle w tym dziwności, a przecież to tylko ów punkt widzenia. Punkt widzenia siedzącego na tzw. Ziemi. Spoglądającego w niebo, które szare, błękitne, nawet jak razi kolorami, to wciąż tylko niebo. Zdaje się, że nic nie może nam zrobić… zresztą tak szczerze, to jak często ziemni mają czas by się pogapić w niebo? Wyłuskać je, takie subtelne, zza skrzydeł samolotów, spośród drących przestrzeń wieżowców i smogu?

Na Wyspie mamy historię i artefakty, a nawet dinozaury, a co, i diamenty też mamy! Ale czy kiedykolwiek coś nam spadło z nieba, poza potem wspinających się zbyt wysoko, aniołków sikających, czy też spluwających latających. No i gigantycznych mewich kup… no tak, mewy to my mamy wypasione jak na sterydach!

… nie wiem…

Ale za to wiem, że na Wyspie mamy niebo… dużo nieba. Nieba, którego nikt nie drapie, którego nie odkopują archeolodzy i które jakoś blisko tak jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Chowaniec Walentynkowy…

„Chowaniec Wiedźmy Wrony Pożartej miał problem. Znaczy zwykle miał ich całą masę, kolekcję w ogóle, ogólna typologię i systematykę, oraz zdjęcia w albumiku, do tego klasyczne znaczkowe miniaturki w klaserze… ale ten jeden jedynym, nader cykliczny problem wiązał się z samą Wiedźmą, więc wiecie w wymiarze ekosystemu problemów… no był królem!

… otóż ogólnie chodziło o kwiatki. No bo wiecie, Wiedźma mimo swych wszelakich: w zaparte idę i nie będę, babą jednak była. Miękła na myśl o drobnych klejnotach i większych też, może specyficznych, może i nie dla każdej, ale jednak. I choć mdliła ją różowatość, czasem dziwnie spoglądała tęsknie na stokrotki i falbanki… jak już spoglądała na cekiny i zaczynała się skrzyć, wiadomo było, że w powietrzu coś się szykuje. Zapytana unosiła jednak tylko brwi i krzywiła się zdecydowana zagryzając od środka policzki. Ale gdzieś tam za pochylonymi, dziwnie drżącymi powiekami, za rzęsami tańczącymi kryło się: no przecież powinieneś wiedzieć!!!

I nie chodzi o to, że Chowaniec nie wiedział. Ależ jak najbardziej bywał w datach pamiętliwy. Przygotowany zawczasu, a nawet jak coś i tak zawsze były w ogródku jakieś chabazie… i tutaj właśnie rodził się problem, bo chabazie wszelakie Chowańca Wiedźmy nie lubiły. Może usłyszały o tej róży, którą ugotował nad czajnikiem? O zamordowanych płatkach, pośmiertnie łkających duszach pąków zamrożonych, bo zapomniał? O tych przytrzaśniętych i przyłożonych, a nawet o tych podsiedzonych… Pierun wie, ale kto by go tam pytał. Mało rozmowny to gość.

… chodziło ogólnie o kwiatki… O litanie i modlitwy szeptane nad kupowanymi przez niego bukietami, którym potem przed czasem opadały główki. O liściach odpływających, różach, których kolce wrednie wbijały się w Wiedźmę i rwały w najmniej odpowiednich momentach, ot może by spróbować innego mięska? O te cholerne kwiaty, które za nic nie chciały współpracować z jego oddaniem sprawie! Smętnie po chwili, ot gdy dotknął, dotachał do kasy, opaść fontanną u jego stóp. Albo bardziej wrednie, dumnie trzymać główki wysoko, pąsowieć pięknie i dostojnie na twardych łodyżkach, a potem, gdy tylko oddał je drżąc na ciele i duchowości umysłów – ale i dumny, że się udało, Wronie Pożartej Przez Książki, gdy ta napoiła, wsadziła do wazonu – szklanka lub kubek, co było bliżej – zwyczajnie oddać ducha… oddać go innym.

… i zdechnąć marnie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Jak nie zabiłam męża, czyli babski punkt widzenia” – to podobno miała być komedia – zabawna opowieść. Taka tam lekka historia o tych podstawowych konfliktach: Wenus – Mars i tak dalej. Wyszła powieść smutna. Ta z cyklu: on mnie nie kocha, no na pewno nie kocha, więc jak być razem… a potem jednak może kocha, a może jednak to ja go kocham?

Ot małżeństwo upływ czasu, dzieci i kupy…

Co najgorsze, to nie to, że sztampowa, że nic specjalnego, ta książka jest dla mnie odrażająca miejscami. A bohaterka zwyczajnie głupia. Ani małżeństwo ani dzieci nie są obowiązkowe!!! Nikt nikogo nie zmusza, no poza wyjątkami… Ta historia sprowadza po raz kolejny kobietę do poziomu durnej baby, przepracowanej, nie wiedzacej czego chce tak naprawdę. Dziwną niewolnicę stereotypów…

Napisałam wczoraj wierszyka widząc zdjęcie pewnego dębu i brzózek:

„… był raz sobie pan,
którego kochało wiele dam,
ale że nie umiał wybrać tej jednej sobie,
to ku wiedźmiej się zwrócił osobie…
A ona mu uczyniła tak,
że kochać go mogło wiele bab…
i w dąb go zmieniła,
brzozami otoczyła…
i smutny był pan
umęczony tańcem wirujących, białych dam.”

Akurat na Walentynki!

A na Wyspie Wiosna chyba zaczęła już władać… śnieg spada z dachu. Stara się przy tym narobić jak najwięcej hałasu i jeżeli się tylko uda, jak się da, trafić kogoś. Ma konkurs na najbardziej grudowate, zmrożone kształty i huczność uderzeniową… A tak naprawdę, to nie mam pojęcia skąd go tyle, bo na dachach już pustki prawie, a on jednak wciąż spada. Lęgnie się, czy co?

… przez pączkowanie, czy przekrój poprzeczny?

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Dzień, w którym wszystko się skończyło…

„Dzień, w którym wszystko się skończyło zrozumiał, że się narodził, gdy Zła Królowa przestała odzywać się do Małej Wiedźmy. A raczej Wiedźmy Wrony Pożartej… bo wtedy ona sama przekształciła się w coś więcej. Coś innego, coś bardziej nieokreślonego, ale dla niej samej zrozumiałego.

W tą, która miała odwagę zadać pytanie…

… tą, której nie udzielono odpowiedzi. Która odbiła się od ściany ciszy, która zrozumiała, że przeszłość należy zapomnieć, złożyć do grobu, zalać betonem, wapnem zasypać, kwasem ozdobić… nie tykać już tego, nie myśleć, nie składać kwiatów i nie prosić o kondolencje. Nie wywieszać klapsydry, nie zrzucać się na wypominki. Pozwolić grobom opaść we wnętrzności ziemi, by je pożarła. Na zawsze zlikwidowała. Na zawsze zabrała z namacalnej powierzchni.

Na zawsze sama zapomniała…

… Pani Wyspy tylko na to czekała. Czekała wiedząc, że cokolwiek się stanie, jakkolwiek się spotkają ona i jej wiedźma, ta druga zawsze będzie naznaczona tym, co ją ukształtowała. Zawsze będzie kopać, choć podświadomie, by odzyskać to, co nie zostało nigdy opowiedziane.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zmorojewo” – po prostu czuję się powalona! Naprawdę. Nie chodzi o sposób pisania, o całą narrację i bohaterów, nawet nie chodzi o wykorzystanie słowiańskich mitów… chodzi o to, w jaki sposób autorowi udało się wszystko połączyć i na dodatek napisać naprawdę niesamowitą historię.

„Kto zabił Inmaculadę de Silva?” – piękna, pasjonująca, wciągająca… i tylko żal, że tak krótka. Perełka literatury! Ale morderstwo, to nie to. Nie, to nawet nie historia śledztwa, raczej opowieść o przemianach społecznych, historii widzianej oczami dziecka i jej własnej, słodkiej, niewinnej, naturalnej narracji. I o miłości, bo przecież bez miłości niczego by nie było i tajemnicach, i trupach w szafach…

Warto!

„Swięta Stronico, patronko zboczonych w okładkach,
ulituj się nad duszą swej opętanej wyznawczyni
i z czeluści jakichkolwiek racz dokarmić uzależnioną.
Ześlij jej książki, ześlij pachnące historie
ześlij pokarm fantastyczny, ześlij nawet potwornie!
Pozwól pławić się w literkach, pozwól pożreć
historie, w których przejrzeć się może niepokornie.”

Czytanie… uzależnienie jak każde inne. Boli, rozrywa od środka, męczy. Właściwie, gdy odbiera mi się nowe książki, nowe słowa, coś tam łka za nowymi historiami i przygodami. Męczy i jątrzy. Nie pozwala myśleć, żyć normalnie. Tylko, że w tym uzależnieniu akurat nie ma okresów względnego wyleczenia. Nie ma 24 godzin najgorszych męk, nie ma przejścia do jakiejś możliwej normalności… Te pierwsze, najbardziej rwące 24 godziny ciągną się, dopóki nie otrzymam pożywienia…

… więc boli…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Prysznicowa Dola…

„Prysznicowa Dola i Niebożę Odpływowe, zwane potocznie Bulgotem, miały pewien, dość niezwykły problem. Ot jakąś taką ułomność. Coś, co nie powinno się zdarzyć, no nie im! Coś, co niszczyło ich codzienność, psuło wzajemne stosunki… właściwie wzajemne i ze wszystkim innym, no i wkurzało w ogóle.

Otóż obydwoje… bali się golasów!!! Ot tej skóry z włoskami, lub nie, tych fałdek i kości, pryszczy i zgrubień, uszek i paszcz, nosów i ocznych gałek opornych w pianowaniu. Owych dziwnych macek i trzęsących się galaretek. Tych mięśni i innych dziwactw. Tych dupeczek i cycków, a już łokci to najbardziej i kolan, bo się składały… tego nikt nie mógł z nich zrozumieć, ot po co?

Dziwaczne to było wrażenie i uczucie dla tych, co mieli obmywać i zmywać, biczami wodnymi skórkę przetrzepać, tu zajrzeć, tam poczochrać, no wymyć, wyszorować, doczyścić, a potem odpuścić. Ale nie. Gdy jeszcze Dola spoglądała na wszystko głównie od góry, od łba strony, który nawet jeżeli pozbawiony włosów, jednakowoż nie emanował takim seksualnym złem, tak już Bulgot miał kompletnie przekitrane. Wszystko co mógł, to w dół patrzeć a tam, jak na złość woda niczym wszeteczne, brzydackie, pełne okropnych przenośni i niedopowiedzeń lustro, pokazywała nie tylko to, co mogła, ale i co chciała. Na całego. Na szczęście, co sobie Bulgot powtarzał często gęsto, Prysznicowa Dola w momencie płukania brutalnie była rwana z wysokości swej władczości i wciskana to tu to tam, a pod paszki cię małpo jedna, a między nóżki i pod kolanka, a traz i dupsko! Bulgotał wtedy Bulgot radośnie, aż się dławił, aż zwyczajnie nadymał się i puchł z tej całej radości karmicznej stylizacji pierścienia… Aż satysfakcję miał, ale cóż, do czasu. Bo jak już się tak nachichrał, jak nałykał powietrza i pierun wie czego tam jeszcze, o z myjących się zpływało, to tył. w otworze swym Niebożę Odpływowe już się nie mieściło. Woda z protestem wzbraniała się włazić w ciasną rurę, protestowała, grzmiała, że nie oczyści, że myć nie będzie, że z mydła piany nie ubije. I śwat karmicznej sprawiedliwości lał w Bulgota. Lał w niego odchudzjące płyny…

… i ponownie w Chatce Wiedźmy znowu świat zaczynał się od nowa…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Władca Ocean Park” -ogromna powieść, rozsmakowana w słowa, dokładna, dopracowana. Życie rodziny, jej dorosłych dzieci, konflikty, podejrzenia, do tego zarysowana ostro nuta „czarny” w Ameryce. Naprawdę fascynujący kryminał, sensacja, opowieć polityczna, ale jeszcze lepsza powieść o kulturze… o postrzeganiu świata. O życiu, które zawsze skrywa tajemnice.

„Dom zagubionych dusz” – jest prosty w swym obrazowaniu strachu. Ot zwyczajny. Znany znajomy, a jednak… coś się czai potem za plecami. Nic specjalnego, ale już do przeszłości trudniej zaglądać.

Historia niewielka, niepozorna, a potrafi zazębić się o przeszłość sprzed II wojny światowej, hitlerowski mistycym i bardziej współczesne poszukiwania pewnej kobiety… a dom, cóż, domy już tak mają.

Mimo śniegu i wszędzie wrzeszczących ludzi: czy to już wiosna?! ja jeszcze cieszę się zimą. A co! Mam prawo do zimy, jak inni do lata. Nawet jak dość rozmokła powłoka podśniegowa wdziera mi się pod portki… i tak jest fajnie!

Poczochrać się sopelami jest fajnie i zeżreć sopela też fajnie jest. Stać z otwartą paszczą, gdy z nieba spływają płatki tańcząc i zabawiając się, jakże dziwnie roznegliżowane w swej pięknej rozpuście. A potem głaskać śnieg i tulić, przewalać przez nie czujące już niczego innego dłonie… Znajdować pojedyncze liście, które – cóż za duma i prowokacja – postanowiły nie spaść z drzewa i umierają tam powoli…

I śpiewać im, melodyjnie szeptać historie do wiecznego snu…

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wielki Smutek…

„Zła Królowa nigdy nie stworzyła Małej Wiedźmie nie tylko rodziny, ale nawet nie ofiarowała kołyski. Poddani spoglądając na niewiele, a może zbyt wiele, rozumiejącego, różowego, śliniącego się i dziwnie spoglądającego berbecia, znosili pod drzwi zamku co się dało. Mleko i jajka, a nawet małe, dziwnie przerażające dziewczynkę gołębie, pojawiały się na progu każdego ranka.

W końcu jednak, z mijającymi dniami, kolejnymi butelkami i pieluchami, poruszona szeptami tych, którzy pragnęli zagarnąć Królestwo dla siebie – nawet jeżeli oznaczałoby to opiekę nad smrodliwym, wrzeszczącym ładunkiem – Zła Królowa położyła córkę w wielkim, wiklinowym koszu. Poznaczonym dłońmi – i nie tylko – tych narodzonych na długo przed nią, sprawiał, że od pierwszych swych dni, daleko od miłości i matczynego ciepła, nie wiedząca nawet czym może być to zwane MATKĄ, Mała Wiedźma wtulała się w Wielki Pierwszy Smutek…

… ten pełen samotności i łez zaschniętych na wiklinie. Ten znaczony nocnym moczeniem i krzykiem, który zamierał, nie wybrzmiewał, bo przecież i tak nie było komu go usłyszeć. Tym, który nie dotykał, nie tulił, nie tłumaczył, nie odganiał demonów spod łóżka. Niechęcią i zrezygnowaniem. Przymusem rodzenia i wydawania na świat pokoleń… Ale też i pierwszego uśmiechu dziecka, a potem owej dziwnej powszedności i brzydoty dorastania. Bolesnego, przerażającego wybijania się pierwszych zębów i tracenia dziecięcych, bobasowych uroczych krągłości i skrzydełek. Braku zrozumeinia dla piękna każdego czasu. Niezależnie od przemiejania…

Wielki Pierwszy Smutek.

A on się cieszył, tak zwyczajnie, dziwnie po ludzku, że w końcu ma kogoś, komu może pokazać swój świat. Rodzinę, do której nigdy nikt nie chciał go zaprosić. I pokochał Małą Wiedźmę tak, jak potrafił. Otulał ją swoimi, koronkowymi w strukturze, cieniami: Pierwszym Wiekuistym Strachem, Słodkim naOdwalsię Kłamstwem, Niezwykłą Niepojętą Obawą i Pomieszanym Wyolbrzymieniem, a ona dorastała nie znając niczego innego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Halloween” – antologia opowiadań grozy. Nie przestraszyłam się. Właściwie, to poza kilkoma opowiadaniami wartymi naprawdę przeczytania, nic specjalnego. Czytałam lepsze.

„Historia czarów i czarownic” – nic nowego, choć przystępnie opisane. I ten język tak specyficzny, lekki. Dla początkujących, a nie tych poszukujących specjalistycznej wiedzy może być.

„Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – naprawdę powalające wydanie. Ryciny Clarke’a cudownie czytelnika dokopują ciemną nocą, mieszając zmysły. A autora… cóż, chyba przedstawiać nie trzeba. Do tego posłowie redaktora zbioru Macieja Płaza dla tych, pragnących więcej.

Na Wyspie raz wiosna, cholernie o biel śniegu zazdrosna, wpycha się z tą swoją zielenią wszędzie, a ja jeszcze nie chcę. Więc z tego niechcenia rodzi się śnieżna zadymka, ale trwa tylko chwilkę, bo przecież natura to natura.

… z nią się nie walczy. Nawet własną naturę trudno okiełznać, a co dopiero naturę owej… no wiecie, Natury?

Topnieje wszystko, ociepla się wrednie, zieleni… chyba uczulenie mam na Wiosnę. Nie, żeby pierwszy raz, raczej co roku tak mam… Bo ja kocham Zimę. Wszystko, co z nią związane, zwyczajnie tak jakoś.

No taka jestem! I odmierzam czas na przed i poZimowy. Tym razem nie będzie inaczej. Bo pewne rzeczy pozostają niezmienne.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i SHOW…

„Duchy wspinają się na dachy i na ściany.

Jest tam też jeden demon z różą, zakochany.

Trzeszczy cała scena i chwieje się dekoracja,

ot obserwacja Wiedźmy, a potem kolacja!

Trzaska popcorn w mackach, rechoczą usteczka,

komuś tam ze śmiechu wypadła prostateczka.

Obserwują dokładnie, komentują szeptem,

jest nawet jeden co nucił przedtem…

Zaglądają przez okna, spoglądają przez szpary,

wpatrują się skąd idzie, wierzą w niedowiary.

Ciekawsko się ślinią, ektoplazma plaska,

Przez to całe widowisko migocze w odblaskach.

Podpatrują Wiedźmę, podszczypują Wronę,

dla nich to widowisko, magią nasycone.

Choć aktorzy nieświadomi swej popularności,

zdaje się, że w każdym z nich geniusz sztuki gości.

I śmieją się widzowie, czasem ronią i łzy.

Oto SHOW jest niezwykłe, oto jest tylko dla nich film.

Oto sztuka w aktach, oto i golizna,

gdzieniegdzie przemyka Chowańca siwizna.

Oto i gaciochy, w których Chochel śmiga,

oto Ojeblika główka pobudliwa!

Oto i Pan Tealight, spogląda, jakby świadomy,

że ta cała Chatka, Wyspa to tylko pozory…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Terror” – powieść ogromna. Historia na poły prawdziwa, na poły oniryczna. Pełna symboli i przenośni… miejscami ciężka, przerażająca swoim ogromem… potem jakże dziwnie ludzka. Naturalna, prawdziwa.

Warto. Nawet jeżeli czytać będziecie długo i w kawałkach… warto, bo poznać można dziw wielki zwany człowiekiem.

„Opowieść żony” – z jednej strony piękna i bolesna historia, z drugiej… mam dość. Mam dość dzielenia ludzi na grubych i chudych. Mam w sobie takie coś, co wrzeszczy: NIEEE!!! za każdym razem, gdy sprowadza się człowieczeństwo do jego zachowań żywieniowych! Dlatego nie znalazłam w tej historii, naprawdę dobrze napisanej, niczego ponad to, co już wiem.

Wyspa się zaśnieżyła. Milo z jej strony, choć nazbyt ciepło, ale wciąż i tak miło. Tym bardziej, że dzień dziwnie paskudny, jakiś taki bleh! Same potknięcia i odrzucenia. Zawodzi duch zawodu wielkiego… I na głodzie jestem gigantycznym. Książek mi trzeba, czytać się chce!!! To tak bardzo boli, gdy nie ma co czytać… fizycznie dziwnie. Okrutnie, jak tortury na niewinnych istotach, tych pokrzywdzonych już u zarania ich historii.

Ale cóż, trzeba wciąż oddychać, czyż nie? Jak nic więcej nie można zrobić, to trzeba oddychać. Mówią, że trzeba czekać, że będzie lepiej, przykro mi, że Wam nie wierzę, i nie będę już udawać, że jest inaczej. I nie jest mi przykro… to jeszcze odpady z tego, kim byłam, uprzejmą istotą…

Tak naprawdę wielu chciałabym powiedzieć: walcie się. Przestańcie wykorzystywać mnie, żeby poczuć się lepiej!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Drzewo Księżniczek

„Drzewko było właściwie odpychające i niewielkie.

Niezgrabne, w formie psychicznie niepewnej jabłonki, o dziwnie poskręcanych, niemożliwych utrzymać cokolwiek poza łzą, gałązkach, pozbawionych liści. Zawsze nagie i zawsze wstydliwe, choć ustrojone wstążeczkami. Dziwnie zagubione, rzadkie, jedyne w swoim rodzaju właściwie… a jednak, przecież nie mogło istnieć tylko ono. A może jednak… Bynajmniej stało sobie z tymi kształtnymi owockami na Wyspie, tuż nad Rzeczką o Zmiennych Humorach, pochylając się ciekawsko ku Wypasowi Pegazów Zbyt Brązowych, z drugiej strony jednocząc ze Żłobem Nader Niedopieszczonych Jednorożców. Miało gruby, pozbawiony dziupli, gładki, choć silnie poznaczony pazurami pień, w którym zdawały się odbijać wszystkie przepływające myśli. Porośnięty porostami i mchem, oraz niewielkimi, błękitnymi grzybkami o nader powalających właściwościach – świetne w porannej herbatce – oraz różnokolorowymi tipsami. Tak, jeżeli chodzi o te ostatnie, jakoś nikt nie chciał się wypowiedzieć.

Sklepik z Niepotrzebnymi przyjmował zamówienia na owoce z Drzewa Księżniczek pierwszego dnia lutego… zbiory możliwe były co prawda przez cały rok, ale jednak należało trzymać fason. I nie paplać o tajemnicach na prawo lewo i dookoła ogólnie. I dorzucić zdesperowanym nabywcom odrobinę dreszczyku emocji. I kilka smoków oraz zameczek z lawą w fosie. No i wiecie, w zależności od pory zbioru, Księżniczki były specyficzne, różnorakie i możliwe dopasowania.

Wiosna na przykład oferowała naiwność i świeżość, Lato – rozpustność i barwność, Jesień słodycz dojrzałości, a Zima… cóż, zimą Księżniczki spadały najbardziej intrygujące. Specyficzne i długotrwałe, aczkolwiek najlepiej prezentowały się w klimatach o niskich temperaturach… Były też takie, zbierane w księżycowe noce, które uwielbiały piwnice i pejcze oraz te spadające z Drzewa w noce ciemne jak najgłębsze lochy, najbardziej zapuszczonych zamczysk, po których można się było spodziewać wszystkiego… na przykład Wiedźmy Wrony Pożartej?

Zwykle jednak pytanie nabywcy można było uprzedzić jednym, jakże podstawowym w swej niewinności zdaniem:

– Życzy Pan sobie bardziej rumianą, czy całkiem zieloną? Oferujemy tez zgnilki dla fetyszystow.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Drużyna. Najeźdzcy” – Flanagan zdobył serca młodych czytelników przede wszystkim prostotą. Subtelnym połączeniem powieści przygodowej, z nutami historycznymi, fantastycznymi, naturalnością.

Jego bohaterowie są odważni i stawiają czoła wszelkim przeciwnościom. Prawie dorośli, wierzą, że są niezniszczalni, ale tez naznaczeni demonami przeszłości, wierzą i ufają, że przyjaciele zawsze będą obok…

„Zło budzi się wiosną” – Monsa nie lubią wszyscy. Jego sposób narracji dla wielu jest nazbyt irytujący. To, że pozwala przemawiać i zmarłym i żyjącym, nie uznaje właściwie nadrzędności głównej bohaterki, sprawia, iż jego historie przerażają. Są bardziej prawdziwe, a ból i niesprawiedliwość wprost namacalne. Zbrodnia, o której opowiada, naprawdę boli! Jest fizyczna, a nie tylko… opisowa.

Wyspa ponownie przemaka. Najgorsze, gdy sobie pomyślę jak fajnie by było, gdyby temperatura umościła się poniżej zera. Jak śnieżnie by było, intrygująco biało i zaspowo! Gwiazdkami miotało w powietrzu, a ich ostre krawędzie i spiczaste końcówki dźgały cię w twarz, albo bardziej intymne elementy garderoby urodzinowej… Zimno przenikało i na skrzydłach wiatru wciskało je, gdzie by się tylko dało. A jakby się nie dało, to przecież i tak by się udało.

Może i Wyspa zmierza ku wiośnie, ale wciąż większość jest śpiąca i taka pozostanie do drugiej połowy marca. I dobrze mi z tym! Nawet wczorajsze słońce zdało się być dość wkurzające, choć pięknie malowało Wyspę. Jak to jest, że ona potrafi być tak powalająco powalająca, nawet gdy się w ogóle nie stara?

Mistrzyni!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Gwiazdy…

„Właściwie, to Wiedźma Wrona Pożarta była tak bardzo bliska ziemi, znaczy się Wyspy, jak tylko się dało. Nawet gdy latała. Nawet, gdy bawiły ją Wiatry – najlepsze niańki, tudzież bujały obłoki i trzepały miotły. Zresztą, nawet gdy sama, jakoś tak przypadkowo, spoglądała w górę, zawsze obydwie nogi się jej plątały, a nos stykał się boleśnie ze skałami, więc lepiej dla niej NIE patrzeć!!!

Nauczyła się w końcu, jak ten bidula, no ten męczący czworonóg zwodzonego naukowca, Pawłowa.

No i wiecie, i tak mało widziała. Jakaś ciemność, jakieś tam plamy. Nie przepadała za wozami, a już smród rozlanego, zastałego kożuchowo mleka powodował u niej mdłości i wsypkę na sutkach… No dobrze czuła pociąg w kierunku kształtnej, pięcioramiennej gwiazdy, dziwnie nęciła ją niedźwiedzica, ale już te psie gwiazdki? Serio? Jak dziwne muszą być drzewa, które one obsikiwały?

No i co do grzyba z tymi zmiennymi podobno obecnie zodiakami? Czy ona Wiedźma jest wciąż Baranem, czy jednak nim nie jest? I co z 33? Czy numerologia i ułożenie owych plam, które oficjalnie w ogóle mogą nie istnieć od milionów lat, ma w życiu Pożartej Przez Książki jakieś znaczenie?

Nawet gdyby spadająca gwiazda trzepnęła ją ostrym końcem w tyłek – bez uprzedniego kranioniowego znieczulenia lepą, nie byłoby to znaczące wydarzenie w samym Całkowitym, Małospójnym Kosmosie Wiedźmy. Na pewno nie wymarłyby żadne dinozaury, choć możliwe byłyby jakieś zmartwychwstania, Wiedźma od zawsze była przecież tylko i wyłącznie tchórzliwą Staruchą i Dziwaczką, bez odnośników w kierunku Ekscentryczki… ale te też wykazywały stany skupienia i powstania, raczej bez opadających im meteorów (aczkolwiek reszta leciała im przyciągająco-grawitacyjnie, czerwieniąc się wstydliwie, w odpowiednim kierunku, niestety). Właściwie nie żeby tego nie zdiagnozowali. Mieli naprawdę mocne, bolesne nawet, dowody na jej dziwnie nie niebiański i niechętnie migoczący stan.

Komisja na czele z Panem Tealightem i Chochelem, Ojeblik odmówił w imię babskiej względnej solidarności i miski lodów poziomkowych z polewka i posypką, podsunęła, pewnego nader niechętnego wizjom przed nim przestrzegającym, Wiedźmie Wronie czarne i zielone, dziwnie chropawe kraterami, szkiełko. Skończyło się to dla niej ostrą migreną, drgawkami, narastającymi lękami przed kruchymi przedmiotami, a w końcu i dziwnym skrzywieniem w kierunku kolorowej biżuterii z surowców wtórnych. Nic dobrego z tego nie wynikło, ale wiecie jak to jest z empirystami! Ale jednak kształtny krater w ogródku był obiecujący! Okazuje się, iż podróże do wnętrza Wyspy mogą być w dniach najbliższych przeprowadzone. I choć wyraziście Niedziewica, Nierodzica Wrona Niedźwiedzica, Zawszestarucha, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, może zostać złożona w ofierze Zapomnianym, Pogubionym Bogom. Dość mroczne typki, lepiej mieć ich po swojej stronie, wszyscy to wiedzieli.

Jakoś dziwnie, prowizorycznie podejrzanie ich kręci…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Posiadłość w Portovenere” – jedna z tych książek, które gdybym kupiła, w ciemno spowodowałyby u mnie spazmy… musiałabym je ugotować i zeżreć, by w jakiś sposób spożytkować wydaną kasę!!! No nic tutaj nie ma sensu. Sam pomysł wydaje się być intrygujący, ale sposób pisania, braki w osobowości bohaterów, owa dziwna oschłość… nie warto. I ta dziwna, źle odmalowana okolica, która powinna aż tętnić od smaków i aromatów, nawet jeżeli było to zamierzone, powinno być ukazane!

„Co zdarzyło się w Lake Falls?” – Serio? Ktoś to czytał nim wydał? Bo nadal nie wiem, co się wydarzyło w Lake Falls!!! Wampir? Kobieta z przeszłością? Świat, który ma zniknąć pod odmętami? Nie za wiele tego? Mogłoby z tego coś być, gdyby ktoś przeczytał i zmienił sposób narracji!!!

Może?

Recenzje: „Kobiety Kaddafiego” i „Rok, który wszystko zmienił”.

Mój ukochany, ten naprawdę jedyny, ku któremu dałam się przekonać, Anorektyk, znaczy się laptop, jak to mawiają inni… jest w agonii. Zła dłoń poruszyła Kosmosem, a co za tym idzie i Ziemią i jakoś, w tym moim świecie totalnej, destrukcyjnej, trzęsącej się nad wszystkim Wiedźmy doprawdy uważnej… pewna woda znalazła się zbyt blisko klawiatury i teraz, cóż, klawiatura choć wymyta, nie działa!!! A brak finansów sprawia, iż innego, nowego być nie może – psychiczność tyż zmian nie lubi, więc… cóż, ja wciąż piszę. Unplugged tylko dla siebie. W końcu nie oszukujmy się, nawet ja mam problemy z odczytaniem mnie samej!!!

Wyspa chyba zrzuca na mnie jakieś ostatnie śnieżne zapasy… Byłoby nawet miło, gdyby nie to, że ciepło jest, robale się budzą!!! W tym swoim amoku budzenia, dziwnie zamroczone wyłażą i mnie straszą. Wiecie co, dochodzę do wniosku, że ślepota się przydaje w takich momentach. Nie widzę tych ruszających się nóżek, czarnych ślepi i nader włochatych, skrzydlatych…

Nie widzę!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wyspa Latająca…

„Zwykle tak silny, napastliwy wiatr, przerażał Wiedźmę Wronę. Chowała się wtedy pod stołem, ściągając tam wszelkie przydatki i udawała żarliwie, że jej nie ma. Wierzyli jej, tak z grzeczności. Trudno nie zauważyć wielkiego pakunku drżącego pomiędzy krzesłami. Ale tym razem było inaczej…

… tym razem Wiedźma Wrona Pożarta poleciała!

Wiatr niedyskretnie sapnął, miażdżąc zielone trawki wyswobodzone spod śniegu, gdy tylko przyszło mu podnieść Wiedźmę, i pomyślał głośno o diecie. Najlepiej takiej, która nie wykluczała odcinania magiczności plaster po plastrze… permanentnej głodówce i dalekich biegach. Z ciężarkami. I kulą u nogi, albo jeszcze lepiej obydwu. Zapakowanej w folię bąbelkową, ku większej potliwości. Potem zabrał się za całą resztę, która nie była już tak wagowo przerażająca.

Odczepiał łódeczki i ściągał je z plaży, podnosił też statki, które schroniły się przed wysokimi falami po tej stronie Wyspy, machał kotwicami i wysupływał spomiędzy odmętów rybki… co było totalnie nielogiczne, nie tylko wtedy, gdy parskały na nie przelatujące obok koty. Psy i starsze panny furkoczące spódnicami, bawiły się razem w komórki do wynajęcia, a dziadkowie o nader wątpliwej higienie ganiali swoje balkoniki i fajki. Drzewa pochylały się w dziwacznym tańcu, aż w końcu udało im się przywołać wiatr i deszcz. Kolorowe domki sortowały się odcieniami, by potem nagle, w blasku Wielkiego Serowego rozsypać się w tęczę. Kamienie tworzyły mandale, buntując się przeciwko prawom grawitacji i ignorując pęta wędzonych ryb. Samochody i dziwne, wątpliwej przydatności stworzenia, mieszały się i wzajemnie obwąchiwały sobie rury wydechowe… znaczy no wiecie, lepiej w pewne sprawy anatomii nie wnikać. Za to płoty, te to dopiero mieszały, by w końcu zorganizować regularną walkę na sztachety. Oczywiście na punkty i w pełni fair play! Uliczki pozwijały się w kokardki, dumne z tego, że w końcu mogą być wymiernym elementem matematyki, a nie tylko prowadzić, gdzie mają prowadzić. Kościoły czuły się trochę oburzone i nader profanum, dopóki nie dorwały ich Podmorskie Dziewoje… i już nikt się nie płonił.

Cała Wyspa latała.

Tak po prostu, zwyczajnie. Kawałek po kawałku, atom po atomie, gałązka za gałązką, kamyk za kamykiem, mieszając się z rzeczkami, przerzucając skałami i porostami. Każdy mógł być z każdym i nikt z nikim. Wszystko wybaczano, ale niczego nie zapominano. Jednak gdy w powietrze wzbiły się tumany pamiątek dla turystów, pozornie śpiące dotąd w magazynach, w powietrzu zamigotało od cekinów, krajek i śnieżnych kul. Plemię Pocztówek i Nielizanych Znaczków weszło za jednym zamachem w związki niezbyt monogamiczne. Banda miśków zaczęła ostro naparzać się z lalkami w niezbyt narodowych strojach i wszelako pozbawionych proporcji, a splątane sieci postanowiły ukradkiem coś złowić wyłącznie dla siebie… i wtedy haczyk na ryby, ten niebieski, z żółciutkimi paseczkami wbił się w pewne pośladki…

I tylko Księżyc nie zwracał na nic uwagi. A może zwracał? Szpiegował wszystko tymi ciemnymi rytami dojrzałego, pleśniowego sera? Kto go tam wie? Nabiał ma zawsze podejrzane kształty i zachowania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Królowa Zdrajców” – opasłe tomiszcze, na które musiałam trochę poczekać, a które raczej nie wzniosło mnie ponad chmury. Wydaje mi się, że zwyczajnie ta opowieść powinna się już zakończyć. Bo choć okolice zaludniają intrygujące osobowości i stworzenia, to jednak główna bohaterka zdaje się być straszliwie wyblakła… a cała reszta powiela schematy.

Książka na dziś, pachnąca i świeża Wydawnictwo Prószyński i Ska… opowieść prawdziwa, bolesna, podnosząca ciśnienie… Przeczytałam ją od razu, uświadamiając sobie po raz kolejny, że bohater, może być tylko męski.

A kobieta, cóż, jeżeli przetrwała najczystsze zło i doświadczyła cierpienia, i na dodatek chce o tym mówić… to TYLKO wstyd!

Wiatr. Dziwaczny i niejednoznaczny. Coś na kształt wielkich kul powietrza, ale przerośniętych, nadmiernie wypasionych na popierniczonych GMO roślinkach i mięskach, oraz cukrach wszelakich… Niejednolity. Czasem jak przyłoi w Chatkę, to wiem, że w roli Dorotki nie wypadnę dobrze, a zamordowana przeze mnie budynkiem Czarownica raczej… nie odda mi swoich butków.

I ja tak nie lubię obcasów!!! No i żółty kolor, czerwony, nie raczej nie dla mnie… i bliżej mi do tej INNEJ Czarownicy!

Ale ten wiatr zdaje się mieć coś naprawdę… ale nie, nie, wcale nie złego, żadnej złości, nic, za to jest w nim jakaś podejrzanie rozpustna radość, tak się w nim dziwnie czai. A może to tylko moje pogrzane przeczucia? Nie wiem… Może rzeczywistość i fikcja tak naprawdę dawno się zmieszały, a może fikcja to tak naprawdę to, co mnie otacza?

W końcu dlaczego nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Kamienne Trolle…

„Już na nią czekali.

Byli na pewno nader punktualni, no i mieli przecież bliżej… Aczkolwiek musieli przede wszystkim usłyszeć owo jej nieporadne przedzieranie się przez zaśnieżony las, kilka potknięć, wyrżnięcie czołowe w Gburowatą Sosnę, a potem poprawienie wstrząśnieniem celowym o Gruzową Brzózkę. Na pewno zrozumieli dosłowną, ale i oniryczną, soczystą, doprawioną lingwistycznymi zbieżnościami, wiązankę przekleństw z kilku krain świata, gdy jej dupsko zaliczyło glebę po raz trzeci.

Ale trzymali fason.

Byli gotowi.

Odświętnie obdrapali porosty i wyprosili chwilowo grzybki, niektórzy nawet wyszlifowali powierzchnie, a co odważniejsi przyozdobili się czym popadło. Tudzież tym, co niedawno zdechło. Ekscentrycznością był mróz bawiący się z ich specyficznymi ciałami, tatuujący zgrubiały naskórek. Masywni, dziwnie zbyt wielcy, by ich przeoczyć, a jednocześnie dziwnie nieistotni, by ich utrwalić w myślach. Kamienne Trolle. Budzące się raz w roku, tylko jednego dnia, tylko jednej nocy… i tylko wtedy, gdy to one miały taki, a nie inny zamiar i potrzebę.

Gdy ją zobaczyli, westchnęli.

Prawdopodobnie maskując tym samym wyraz zdziwienia i rechot wewnętrznie łachoczący organy… Bo ona, a jakże, też się przygotowała. Nawet miała na sobie coś na kształt sukni, ale przedzieranie się w ciemnościąch przez las, ogólna ślepota i pragnienie zawarcia bliskiej znajomości z każdym podejrzanym kształtem po drodze, raczej odcisnęło na niej piętno. Ale co tam.

Wiedźma Wrona Pożarta przybyła.

Na tańce!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Cyrk nocy” – naprawdę zapadająca w pamięć opowieść, a może raczej baśń? Piękna, elegancka, a jednocześnie tak bliska wszystkim tym, którzy wierzą w to, co dla większości niemożliwe… Nie mogę się zdecydować, czy bardziej mnie porwała opisem, czy ową subtelną możliwością wyboru głównego bohatera, a może owymi namiotami, zegarem… Jestem pod wrażeniem. Owej magiczności i naturalności, zabaw bytów, które niczego się nie boją, porywających opisów, osobowości, możliwościa i całkowitą „niecyrkowością” historii.

Dla tych co kochają dobre pisanie, mądre, włażące pod skórę i tych co kochają magię, oraz to, co wmawiają nam, iż niemożliwe…

Śnieg mi topnieje, deszcz okna zalewa… tak bardzo szkoda mi tej całej wody, owych zmarnowanych możliwości śniegowych burz, zawiejo-zamieci, bałwanów i ogólnej obsypanki.

Nosz gdyby tylko było mniej niż zero!!!

Czuję się brutalnie i podstępnie oszukana! Jakby mi się ktoś do ogródka zakradł i zeżarł śnieg!

No należy mi się jeszcze kilka dni owych zimowych rozkoszy! Owych płatków i łatków, wpadania w zaspy i przedzierania się przez mroźne zamiecie, nim okrutna wkurnicz radosna wiosna, zabierze mi owe wszelkie zimności i sopele! Owe delikatne szarości i wszelaką goliznę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz