Pan Tealight i Zbieżności lingwistyczne…

„Pan Tealight i dokładnie wszyscy zainteresowani, a nawet i kilka delikatnie nieznajomych mord, kilka dziwnie podenerwowanych obserwatorów i garść dziwadeł, które miały zaistnieć w czasie przyszłym… przysłuchiwali się rozmowie, ze szczelnie zamknętymi oczami, patrzałkami i postrzeganiami pozazmysłowymi. A rozmowa toczyła się dość intrygująco, empirycznie przewrotna…

– Oł sirjesli, sirjesli, sirjesli? – może i Wiedźma Wrona Pożarta nie posiadała telewizora, ale niektóre cytaty wyłapywała z przestrzeni fal wszelakich. – A spieprzaj mi z tą łaciną! – Wiatr burzył ją wokół 2 postaci, 4 kamieni zabarwionych na lekko łososiowy kolor z szaro-zielonymi wtrętami, i 1 niebieskiej, włochatej torby. – Myślisz, że jeżeli używasz zagramanicznych słówek, to zabłyśniesz? Oświecisz nas swą madrością i rozbierznym traktowaniem mody? Myślisz, że nagle wszyscy się pokłonią? Koleś! Przecież nikt ciebie nie rozumie! A nie rozumienie oznacza brak wiary… nie, no oczywiście dostaniesz swój strach, ale poza tym, gdy już wyciszysz ten chrapliwy, stonowany głos, oni wstaną i zaczną się śmiać! Stylizuj się na coś innego, bo tutaj jest MOJA WYSPA, MÓJ ŚWIAT, MOJE MOCE i MÓJ JĘZYK… –

Mężczyzna w futrzanym płaszczu, brodaty, z loczkami czarnych włosów radośnie poddających się wietrznym zabiegom, wzdrygnął się i spojrzał na Wiedźmę Wronę z góry. To akurat nie wymagało magii. Niska jest i to nadal – co trochę pewno spojleruje… Patrzył tak, jak spogląda się na obrzydliwego, wijącego się, tłustego robaka, który nagle miał czelność spojawić się w obrębie własnego widzimisię. Bez zaproszenia i bez wieczorowego stroju… Szeptał coś pod nosem, widocznie w łacinie, z której Wiedźma niegdyś otrzymała śmiejącą się tróję i postanowiła o wielu bólach zapomnieć, nucił nawet, ale wiatr tylko prychał mu w loczki. W te symbole lśniące, owe czarymary z połyskujących kamyczków, wypasione koraliki mejdinczajna… W to futereczko, które przecież powinno szczerzyć pazury i porywać wypasione niemowlęta, olewającym obowiązki rodzicielskie mateńkom i tateńkom, czy co tam…

Wiedźma Wrona, zaś była nadal sobą. Chaosem w czystej postaci. Myła się w końcu codziennie! Łyskała tylko czasem srebrem z uszu i grzechotała kamieniami z plaży… Oto i był armageddon sobie… ZNOWU!

W końcu, zmarznięta, no i znudzona, nie było jak wyjąć książki i zwyczajnie olać przybysza, zaczytać, podniosła pochyloną dotąd głowę i uśmiechając się nader obrzydliwie, podejrzanie dziwacznie optymistycznie, rzuciła w wiatr wierszyk.

Ogon w dupę,
dupa w troki,
pierd cie niesie
pod obłoki!
Pryszcze,
wrzody
i otarcia,
całkiem jesteś
tak do zdarcia!
Tutaj kop
tam też kop
nawet nie tknę,
a już wymiot!

I świat znowu był dalej sobą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Istoty chaosu” – trzeci tom dość dobrej serii, obecnie z tego co mi się obiło o członki, filmowanej. Cóż, dość specyficzny, niejednoznaczny, ale jakiś taki niedokończony, niedorobiony… jakiś taki nietaki!

Na szczęście są bohaterowie, wyraziści, poboczni, którzy wciąż trzymają poziom i naprawdę dają popalić! I ten humor w obliczu wszelakiej apokalipsy, końca wszystkiego, oj to mocna strona tej książki.

A zakończenie, zwala z nóg!

Styczeń powoli dobiega do mety… a zresztą, co ja się oszukuję. Prawda jest taka, że czas jedzie na jakiś dopalaczach! Pędzi, gna, zmienia te pory roku, wariuje ze światłem i temperaturą… tylko co mu tak śpieszno?

Mi tam się aż tak nie spieszy!

Śnieg mi się topi. I tak jakoś mam niewielką, ale jednak, nadzieję, że spadnie jakiś nowy. Tak sporo go spadnie, zawieje, zamrozi, tak choć na dwa – trzy dni, cobym mogła się jeszcze potarzać, cienie na śniegu porobić, zabawić się z płatkami, zbałamucić jakiegoś bałwana może też?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wekuś…

„To rozpoczynało się, miało miejsce, działo się… zwyczajnie występowało w wiedźmiej przestrzeni, gdy nadchodziła noc. Noc, która po godzinach zabawy w podkładanie nogi gapom i gapiejom, wyskakiwania z cieni i robienia: BUUU, oraz wszelakim przejawom braku światła, lub jego zaskakującej niebytności, po straszeniu i usypianiu, sama zmęczona drzemała.

Gdy Chatki Wiedźmy nie spowijał już żaden cień, ni księżycowy blask jej rozpustnie nie muskał, ale za to szczelnie ją okrywała zasłona z wiatrów… Gdy wewnątrz przeraźliwa, budząca najwcześniejsze demony narodzin, łaskocząca w nosy strachy, które odbierają oddech, symfonia chrapnięć zmieniała każdy dźwięk, a Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej, rozwalony na kołdrze Chowańca z gaciami na głowie i całą resztą swego jestestwa… widocznie i eksperesyjnie bez nich, którego zbudziłoby tylko hasło: ekshibicja… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wstawała, a dokładniej sturliwała się z niskiego posłania, czołgała, przecierała zmęczone czytaniem oczy, układała jako tako poprzesuwane w sobie książki, szła, a potem delikatnie otwierała Sekretne Lecz Milkliwe Drzwi do Spiżarni.

Tam, na ostatniej z półek, dziwnie samotny, jakby wszystkie inne słoiki naprawdę nie życzyły sobie jego towarzystwa… choć same były tak dziwaczne. Tam w obrębie dziwnej poświaty i aromatu nieporównywalnego z niczym innym. Tam, pośród cieni, których nikt nie chciał przy sobie, odrzuconych odbić niegdyś ludzkich dusz… On – stał sobie połyskując mdlącą, niezdrową totalnie chorobą morską jelita, zielenią.

On.

Wekuś.

Słoik z różowawego szkiełka w stokrotki, z czerwoną kokardką zawiązaną na szerokiej szyjce i denkiem opartym na poduszeczce z koronkami. Opatulony szalem, z nałożoną szlafmycą z błękitnej satyny z zabawym chwościkiem… Słoik, w którym niczym sfiksowana złota rybka pływał on… Człowieczeństwo Człowiekokształtny.

Homo Nikulus.

Jedny prawdziwy człowiek, któremu jednak nie pozwolono się narodzić, bo i po co nam doskonałość? A milusi zwierzaczek dla Wiedźmy z okazji urodzin… to zawsze dobry prezent.

Choć akurat chciała misia i kolczyki… cóż!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Powieść na dziś – pachnąca, aromatyzowana naturalnie, ot książka nówka, coś bez czego chyba żyć nie potrafię, pierwotny instynkt, atawizm totalny… Wydawnictwo Prószyński i Ska


Z cyklu przeczytane, dwa kryminały od Dobrej Duszy… naprawdę niezłe: „Groza” – powieść czwarta tego autora, która wzbudziła we mnie pragnienie poznania poprzednich i to już teraz i zaraz! Właściwie zbrodnia jak zbrodnia, ale główny bohater, chory na Parkinsona psychiatra… po prostu kapitalny. To on, jego intymny związek z panem P. jest tutaj tym, co najbardziej przyciąga…

Muszę go poznać! Całego od początku!

„Zamierające światło” – mocne, brutalne i prawdziwe… Troszkę pokręcona fabuła, soczystość każdej z postaci zdaje się przytłaczać osobę głównego bohatera, ale i tak warto. A zakończenie!? Kapitalne! Zbrodnie? Koszmarne i brutalne… takie, w których naprawdę zasmakować moze tylko ktoś o wybitnie pokręconej psychice. Do tego współczesny świat wyzuty z moralności, brudny i brzydki. Naprawdę dobra powieść – i znowu muszę jakoś zdobyć wszystkie!!!

Bo pewni autorzy potrafią człowieka wciągnąć, omotać, a potem zmusić do rezygnacji ze spacerów portowymi uliczkami…

Dziś Listonoszowi z zimna długopis odmówił posłuszeństwa, a ja po raz kolejny sobie uświadomiłam, że Wyspa – klimat specyficzny, winogrona i figi choć to Północ przecież – mrozów raczej niezwyczajna. Znaczy mrozów takich, jakie ja pamiętam, co to gile się ciałem, znaczy twardością stawały, góry śniegu robiły sobie tunele… a skóra odmawiała posłuszeństwa i nie czuła. A potem nagle wszystko bolało. I, że bolało, to było dobre, bo zwyczajnie znaczyło, że człek ze wszystkimi członkami pozostanie…

Ej świat!

A! Na blogu pojawiło się moje nagrodzone opowiadanie: „Miłość pachnie mokrym psem – Łabędzica”, jeżeli chcecie przeczytać.

Wyspa chyba trochę od kilku lat eksperymentuje z Zimą… ciekawe czy to spółka na dłużej, czy ino taki zwykły mały eksperymencik? A może babeczki się skumały i założą firmę: Ja Cię zaśnieżę?

Może mają wolny etat testera sopli, lodu i płatków?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma i Kolor…

„Ułapił się najpierw podeszwy, bo blisko było, bo nie protestowała. Takiej traktorowej, rzezanej we wzorek, łapczywie zbierającej śmieci, kamyczki, korę i patyki. Nienażartej wieczyście… Trzymał się jej mocno, gdzieś pomiędzy ząbkiem, a dziwną, mrugającą do niego wypustką było mu dobrze. Ale jednak z czasem zrozumiał, że mimo wilczego głodu, zbyt często Podeszwa Zwyczajnie Depcząca wymienia swoich pasażerów. Dlatego postanowił wspiąć się wyżej. Po brzegu buta, po cholewce, czepiając się zbyt długich, skołtunionych sznurowadeł… podążał. W rytm stąpania, biegu, podrygiwania i przykucania, omiatał zarośla i targał kamienie, łachotał dziwne, zimowe kotki roślin i wciągał w siebie zapach morza. Obchodził go ten cały szarawo-biały świat, ale jakoś tak dziwnie, tak ziemiście dookoła.

On. Kolor!

W końcu ucapił się Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. I postanowił za nic jej nie puszczać! Dawała mu się taka barnwie wyposzczona, jakaś sprawgniona natężenia kolorowego… Pomarańczowy był przecież słonecznie, cytrusowy i świąteczny, nawet nie nadeschnięty, ot obierka świeżynka. Czekał tak na nią. W śmieciach jeszcze leżąc, tak dla kontrastu, podpisawszy umowę ze Słońcem, że w odpowiednim momencie rzuci ono w niego promieniem. I wceluje!

I się udało… i piękne będzie teraz życie i ciekawe i soczyste… bo po Wyspie Wielka Szroniona Fama o Wiedźmie Wronie Pożartej chodzi. Się znaczy ona sprawnie chodzi, jak się nie potyka o sznurki i pułapki na nią zastawione. Czyli częściej pełza i czołga się, starając się zawczasu przekonać, co tam na nią za zakrętem czeka, czy znowu worek na głowę, czy z procy grochem w dupsko opasłe i miękkie – ku upadkom jakże nieopornie wdzięczne?

Że tylko tu wolność, że tu u niej najlepiej… Wszyscy do Wiedźmy, ot dla odmieńców to przecież raj!

Oj Ty biedny mój Kolorku, mój Kolorku,
co się trzęsiesz mi u portek już od wtorku…
Czy ty wiesz zwinięta łusko, zwinięta łusko,
że w Wiedźmie uczulenie na cytrusy budzi swe dupsko?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu książki na dziś… wyczekiwana paka od DużeKa, za którą naprawdę i zarazem szalenie dziękuję, bo powoli zaczynałam już być głodzie.

Z cyklu przeczytane: „Zatopione miasta” – jak zwykle genialnie dołujący! Brutalny, naturalistyczny, świetny! Smutny, jak nie wiem co. Jak życie w kartonach na brzegu ulicy. Tej samej, gdzie ktoś inny wydał na ciebie wyrok. Owa opowieść o przyjaźni, w świecie, w którym człowiek tak naprawdę nie ma wartości, gdzie istnieje tylko przemoc i przetrwanie, najczęściej wątpliwe, brutalnie krótkie i bolesne… boli. Boli jak cholera! Przypomina nam o tym, do czego nie chcemy dopuścić, gdzie nie chcemy żyć. O idiotyźmie wojny, któa tak naprawdę rozrywa nie tych bawiących sie z wybuchami, ale bogatych, otłuszczonych, co mają kasę i chcą i tak się im podoba…

Bacigalupi mnie przeraża. Przeraża, bo wiem, że świat jest coraz bliższy, a miejscami właściwie już rozparty i nażarty siedzi w miejscu, które on opisuje… a poza tym on to robi tak dobrze!

„Atlas chmur” – powieść, o której głośno, ekranizacja i w ogóle… Jak dla mnie wiele szumu. W rzeczywistości to, co otrzymałam, to dobra historia, a raczej kilka historii rozsztrzelonych w czasie i przestrzeni, łączących się jakimiś na poły mistycznymi elementami. O ludziach, którzy postępują dobrze. O takich, dla których ważne, istotne są pojęcia takie jak honor, miłość do sztuki i prawda.

Ale tak naprawdę, poza tym, że temat nie nowy… to o co chodziło autorowi? By opowiedzieć o tym, że mimo upływu wieków, świat zawsze jest taki sam? A może psychologiczne wielce zawijasy?

Moje wyalienowanie chyba osiąga jakieś zatrważające okolicę i okolicznych internetowo, koła i kółeczka. Fale przy tym robi i w ogóle… ale to nic. BUUUU!!! Tak, tak, tak, my inni bardzo też zaludniamy planetę!

A Wyspa zimowa wciąż… cicha. Taka, jaką będę pamiętać, gdy turyścizna znowu nam plaże i drogi obmyje potokiem ciał spoconych… Tymi dziwnie zrowerowanymi nogami, pedałami, zmęczonymi strasznie, nie do końca świadomymi tego, co chcą zobaczyć, czy co ważniejsze, poczuć.

O co im tak naprawdę chodzi…

Czy tylko o to, by potem w social mediach zabłysnąć wynikiem iluśtam przepedałownych kilometrów?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Towarzyski Wjater…

„Przyczepił się do Wielkiego Plemienia Wiaterów złożonych w szyku Muskająco-Szokującym, w odlocie Porywających Wyspę, w panowanie ją obejmujących. Ot zwyczajnie się przyczepił, tak od tyłu, by nikt go nie nakrył, że też leci. Że biletu nie wykupił, bo dziwak i mu nie wolno. Może nawet niebezpieczny, bo inny… zresztą i wstyd się z nim pokazywać gdziekolwiek, więc tak w piwnicy go trzymali. Ale się wydostał i… nagle zachciało mu się tego czegoś, co mu wymawiali, czego próbowali oduczyć, owej swej prawdziwości zażyć na dobre.

Wolności przekonań.

Gdy Plemię zajęło się sobą i Wyspą, pasażer na gapę poczuł zew. Poczuł prawdziwość i powiew swobody… i umknął.

I oczywiście wpadł Twarzyski Wjater do Chatki Wiedźmy, bo i gdzieżby indziej. Zresztą jak problem problematyczny i wstydliwy na Wyspie, to lepiej coby Los zwalił to na barki Wiedźmy Wrony, ot dla wypróbowania podmiotu atakującego zmysły, a i poddenerwowania dziwacznej Pożartej Przez Książki. Rozpierać się zaczął na Nieznanych Przestrzeniach Strychu, belki zmacał, ocierał się o dach, o beleczki, o ocieplenia i deseczki, o dachówki, każdą z brzegu i ze środka, aż w końcu wszystkie na raz chciały i jęczał dość sugestywnie… W końcu Chatka się zbuntowała i dalej domagać się dopieszczenia i innych elementóa swej anatomi. A sfer erogennych ma ci ona pod dostatkiem, wyposzczonych, utęsknionych. Oj dobry taki Wjater, się nic na świecie nie marnuje, wszystko ma swoje przyczyny i skutki, a i potrzeby ma…

I zrozumiał nagle Wjater Towarzyski, że to co kocha, lubi i pasjonuje jego podmuchy, to stykanie, macanie i dotykanie. To głaskanie, telepotanie, trzepanie i maltretowanie, To ugniatanie, łaskotki i gilgasy. To muśnięcia a nawet liźnięcia, to pchnięcia i pacnięcia. I zobaczył wtedy Wiedźmę Wronę Pożartą. Całą taką z zakamarkami cielesności i wyobraźni, z tymi duszami i włosem zmierzwionym, kolczykami co przy uszach grały, z wisiorkami i dodatkami, zakolami, załamaniami i gładkością wszelkich krągleń magii… i wtedy zrozumiał.

Nie, nie, nie… wiedział przecież, próbował się oduczyć nawet owego jątrzącego, pierwotnego pragnienia, próbował jak inni spódniczkami machać, włosy plątać, liśćmi rzucać, zaspy rzeźbić… ale nie mógł.

Nie mógł się oszukiwać.

I wrócił. A Chatka Wiedźmy już na niego czekała, wyposzczona, utęskniona, nowością tylko połechotana. Z łańcuchami i sznurami, pętami i kagańcami, z kajdanami, ale z futerkiem, z pieszczotą… Wszystkie czekały tak naprawdę. I Ojeblik i Wygódka i Wiedźmy z Pieca, a nawet Smok z Komina.
Tyż baba!
Złapały go jak przez kratkę w wywietrzniku powoli, wstydliwie się wciskał. A on się ucieszył. Dał się spętać, dał się związać, skleić, w złotą klatkę upakować, zaklęciami obwiesić… i poczuł się w domu, Łachotacz Wiedźm.

Chowańcowi nic nie powiedziano, ale kto wiedział, to wiedział, a wszystko było tak… i jeszcze będzie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Łabędź i złodzieje” – powieść, którą czytałam przez ponad rok. Z przerwami. Rzucając nią o ścianę, używając jako przycisku, kląc na czym świat stoi, czy w kosmosie się unosi, na słonie, a potem ponownie próbując. Bo jakoś tak nie dało się zwyczajnie odłożyć jej wielkiej i uwierzyć, że ta autorka popełniła tylko te słowa… i rzeczywiście. Rozmyta w nadmiarze słów historia, w końcu się zaczyna kształtować, komplikować. Wymagać pełnej uwagi, połknięcia każdego słowa. Zrozumienia ponadczasowości sztuki i uczuć…

To trudna powieść, nie ze względu na tematykę, ale sposób narracji, nadmiar opisów, ale gdy się człek przełamie, da sobie czas, warto… Dla wrażliwości, pierwotnych instynktów, miłości do czegoś więcej niż JA.

„Nikt kogo znasz” (powieść od Sil)- powieść nie do końca jasna, jawna i łaskawa. Pomieszana, choć matematycznie udowodniona. Historia nie tyle zbrodni, co miłości. Opowieść o rodzinie i dwóch siostrach… ale w rzeczywistości dość bałaganiarska historia, która mogłaby być naprawdę świetna.

Niestety czegoś jej zabrakło.

Ale i tak warto przeczytać, jako powieść psychologiczną bardziej niż kryminał… historię o cierpieniu, nieświadomości, zbyt szybkich oskarżeniach i życiu, które zawsze kieruje się własnym planem.

Świat się nadal bieli… i tak sobie myślę, iż bezczelnie, aczkolwiek zapewne i uroczo, spędziłam kilka godzin na czołganiu się po lesie, macaniu kamieni, wpadaniu w bagienka i przede wszystkim, śnieżnych totalnych wpadkach. Tu człek się potknie, tutaj znowu niezdara permanentna, szalik przecież ma długi, torbę za wielką, wypakowaną, tam coś go popchnie… no przecież w moim wieku nikt się sam dla siebie w zaspy nie wrzuca, no stara jestem!

Ale ta zima taka piękna. I w końcu moja cała pierwsza w Gudhjem… jakbym wróciła do domu, którego nigdy nie było. Co to się zawieruszył był może w wyższych planach, bo ktoś myslał, że podpisał różowe papierki wydania, ktoś niebieskie odbioru, a w rzeczywistości… nic z tego…

A jednak gdzieś w środku, w bebechach, duszy czy sercu wiedziałam, wiedziałam, że jest, że być musi, wiedziałam. I nie ma znaczenia jak wygląda w szczegółach, a może tylko ogólnie… ważne, że znalazłam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Kapuściana miłość…

„Zła Królowa pragnęła dziecka, by być zbawioną, no i wiecie, jakoś wszyscy tak przecież robili…

Zresztą zagnieździło się w niej tak dziwnie samo, niepokalanie zmyślnie, jakoś tak zazębiło, zaczepiło szponami, o których nie miała pojęcia, haczykami i kotwicami, więc… No i też ktoś powinien był zająć jej miejsce na tronie, choć sama nie wierzyła w swoją śmieć, nawet w najmniejszą jej możliwość. Ale gdy wydaliła, uśmierciła, gdy w końcu odcięli, wyciągnęli, wyszaprnęli, wypruli z niej ową… po wielu dniach ciężkich koszmarów, istotę… zmieniła nagle zdanie. Królowe powinny przecież rodzić tylko w uśmiechach Królewny, a nie wydalać Małe Wiedźmy. Zresztą obowiązek wypełniono. Jest MATKĄ!!! Jedną z Najwyższych!!!

Nie ważne co… ważne, że zrobione!

Podobno byli tacy, co twierdzili, iż to urok Najwyższych odmienił cud w łonie Złej Królowej, ale ona wiedziała swoje… przeklęły ją płatki ciężkich, wonnych jaśminów. To ich wina.

Nie jej.

I Jego…

By oczyścić sumienie w Królestwie, a i dać wścibskiej Małej Wiedźmie tematy do przeżuwania bezzębnymi dziąsłami, ogłoszono, że Królowa cierpi, ale niestety karmić dziecięcia nie może, gdyż to zwyczajnie odgryzło jej sutki, a i dotyk bardzo ją rani, zaś płacz rozdziera jej duszę. A ona się tak starała… tak bardzo pragnęła dać owemu dziecięciu dom i swoją najwyższą miłość. I w imię owej Najwyższej Miłości rozpuszczono plotkę… że tak naprawdę Małą Wiedźmę, którą Jej Wysokość się będzie jednak opiekować, znaleziono w rzeczywistości na Polu Kapusty, gdzie Królową zaprowadziły Ułuda i Przekleństwo…

Panna Kapusta uznała to od razu za prawdę i zaczęła domagać się zwrotu dziecka. Bo w końcu jeżeli było jej, to wychowa i kochać będzie. Uczyć i prowadzić. Podnosić, gdy upadnie i ocierać łzy, koszmary odpędzać widłami pejczem lać smutki, rozterkom rozdzierać te rymuśne kiecki… Los okrutnie, lub przemyślnie nie obdarzył jej nikim, kto by ją kochał. Wydalił na początku i obiecał kiedyś zabrać, ale na razie, ona z chęcią weźmie Małą Wiedźmę. Pokocha, bo umie. Bo kochać uczy spojrzenie w oczy, a ona te dziwne ślepia z kawałkami bursztynów już widziała i śniła… W końcu to jej pole, jej członki i życia, wypustki i liście, zwijane w kokon pieszczotliwe uściski. Może i nie pachną jednoznacznie, ale jakże myślące!

Będzie małej tu dobrze…

Ale Zła Królowa zazdrośnie postanowiła nie dzielić się Małą Wiedźmą. Ogłosiła, że jej ojcem jest sam Szatan. Że takiego brzemienia na Pannę Kapustę, z naciskiem, że panna i niemacana, zwalać nie można, że królewski majestat, przywileje, obowiązki, odpowiedzialność… ŻE TO ONA JEST MATKĄ!!! I od tego dnia nikt już nie opowiedział się za nieKrólewną. I od tego wieczora za Małą Wiedźmą ktoś chodził. Ktoś czaił się w każdym rowie i za każdym krzakiem, mało sobie robiąc ze strachu dziewczynki. Ktoś nauczał ją, że strach to coś, co będzie z nią zawsze gdziekolwiek pójdzie, gdziekolwiek stanie, jakąkolwiek drogę wybierze… nawet gdy odmówi dorastania! I choć Mała Wiedźma uciekała do obcych i prosiła o ochronę, nikt nie miał odwagi, nikt nie mógł sprzeciwić się Złej Królowej.

Bo tego się nie robi, bo Matka ma zawsze rację!”

(„Sklepik z Niepotrzbenymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane (wygrane u Sil): „Abraham Lincoln. Łowca wampirów” – opowieść o pewnym prezedencie, plus mały, uroczy dodatek z kłami. I lekkie zdziwienie, bo książka tak naprawdę nie jest zła… I raczej to specyficzna biografia Lincolna, niż opowieść fantastyczna… ot takie nauczanie poprzez zabawę! Miejscami prawdziwie szokujące, gdy z poczciwego Abe’a odziera się ową moc inteligencji, wrodzone mądrości i prawdę wtłacza o… cóż brakach w wykształceniu Lincolna. Przeszłości mrocznej i ciężkiej. Ot bo Abe był człowiekiem, to tak gdyby ktoś z Was nie wiedział, ale czy nim pozostał, sami się przekonajcie!

„Kołują płatki nad Wyspą, kołują,
myśli się w nich dziwne kotłują.
Bo gdyby tak sypać dzień i cztery,
może byśmy zmienili maniery
maniery tych wszelkich Wyspiarzy,
którym się tylko Majorka marzy…” Ch. Jones

Dobram, przyznaję. Jako totalny wyspowy fanatyk nie uznaję wykorzystywania Bornholmu latem i brutalnego porzucania zimą. A potem wmawiania okolicy, jacy to super z nas wytrzymali wyspiarze/artyści wyłącznie tej ziemi, aż że hej i hola, ahoj i w ogóle kotwica! Jak chcesz poznać i doświadczyć określonego ekosystemu i plemiennych układów, to sorry misie, mrozisz dupsko, poddajesz się dołom mroku i wiatrów, pozwalasz się falom unosić i… rzygasz często.

Bo Wyspa to stan umysłu, oddychanie i bicie serca, to malutkie cząstki przyczepione do każdej krwinki, to pępowina i obciążenie… to totalny brak umiejętności bycia gdzieś indziej… cierpienie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma wprost oskarowa…

„Wiedźma Wrona Pożarta była zajęta… udawaniem.

Wszystko się znaczy zazębiało w babie, co przyszła nie proszona i jej własnym, nadmiernym jak zwykle, wiedźmim myśleniu: co by tu napisać, by wyglądało, że pracuję, ale jednakowoż inteligentnie, no i dodatkowo żeby mnie nikt nie nachodził, nie zaczepiał, nie nękał, oby tylko nie dotykał… Tak wiecie, totalnie zainteresowana i zajęta jest, ojeojoejojoej strasznie zajęta nie burzmy tego natchnienia, stukotu paluchów o białą już z ciepełka klawiaturę… i wyłącznie tylko dlatego po prostu łba nie podnosi, z gościem nie gada bełkocząc, choć jej drętwieje na maksa, nie dlatego, że ludzi się boi paranoicznie… nie z innych, dziwacznych powodów jak te, że nie wie po co gadać i dokładnie wie, że babsko przylazło tylko i wyłącznie dlatego, że coś znowu z komputerem jej nie halo teges… żesz szlag może trafić, ale kogo to obchodzi… ludzie są tacy bezczelnie zawsze egoistyczni… a może tylko ja nie potrafię być egoistyczna? Może powinnam, bo byłoby łatwiej przecież dopasować się do tego cholernego ogółu, który tak bardzo dziwaczne wykształcił w sobie definicje poprawego postępowania… no może?

Ale ja nie potrafię, no nie potrafię, na zmrożoną kurzą łapę i kuper nader niezjadliwy, nie umiem… taka ograniczona jakaś jestem, jakaś taka dziwacznie bezczelnie na umyśle leniwa, a może nawet uszkodzona we właściwych współczesności cząstkach śmieciowego DNA?
Aj któż to wiedzieć może? Bo przecież nie onaja sama, ona nic nie wie… choć może coś wie, ale na pewno jest to coś kompletnie niepotrzebnego, kompletnie zbędnego, podniesionego z ulicy, najpierw bezczelnie wyrzuconego, bo ot się błyszczało, połyskiwało w promieniach nieistniejącego słońca, promieniach, któe nie chciały przeceiż tutaj nawet zaistnieć, bo po co, to jest tylko śmieć… choć się świeci, jak go ruszy, choć się milusio tak łasi… jakoś tak nawet ciepło brzęczy, swojsko tak się zdaje załamaniami uśmiechać…
… ale nie ważne to, nie ważne, by tylko pisać, stukać w klawisze, by sprawiać wrażenie przed babą, bo przecież wszyscy tak łatwo wierzą w kłamstwa i we wszelakie aktorskie gry, nawet te jakże kiepskie… celebryckie zapędy w Wiedźmiej Wroniej Pożartej Przez Książki odsłonie…

Jak nic Oscar będzie.
… co najmniej glob być powinien, miś może i nawet, syrenka jakaś… są nagrody syrenki? A może złote bokserskie rękawice, może jednak choc one, no coś być musi, bo kark sztywny, a i plecy zaczynają odmawiać posłuszeństwa… ale babsko wciąż siedzi, kawę siorbie, wkurzająco przywłaszcza sobie okruchy czekoladowego tortu…

Podkulone nogi Wiedźmy zaczynają drętwieć, więc ból z tego będzie koszmarny na pewno… jak to wszystko się da skleić, rozkleić, jakoś tak rozczepić, do nieudawalności przywrócić się na nowo…
… ale może jednakowoż onaja wciąż gra, tak samo jak ma publiczność i potrzebę, jak i nikogo nie… a może tylko przed jedną z siebie, jakoś tak się jej wydaje właściwym, zawsze tylko grać… nigdy prawdziwieć.

Bo bycie sobą jest przecież takie straszne, takie przerażająco prawdziwe, zbyt niemożliwe by to wszystko ogarnąć, zbyt brutalnie jednostajne i niezmienne, a i przecież los sam w sobie jest taki przerażający… Owo namacalne, niemożebnie przyczepne, nie dające przed sobą umknąć – JA – owo najgorsze co się może komuś przytrafić. To, co zmienia siłę na początku, wtargnięciem burzy, miesza w kształtującym się zarodku, płód naznacza, a potem chce być sobie w człowieku…

Ale z wiedźmami nie jest tak łatwo…

… babsko sobie nie pójdzie, Oscar jak najbardziej mi się należy za stukanie rytmiczne, może i Grammy muzyczne chyba są, co nie? Może i milusie takie jakieś złotawe sopele z posypką, kulki na patykach, maliny pewno też, a już na pewno jakieś cholerne spa za to zginanie się nad klawiaturą i ściemnianie okolicy, że jednak się jest tak zajętym, iż rzeczywistość nie ma prawa mnie nawet dotknąć, kompletnie prawa nie ma, bo czy ona mi się daje obmacać?

Zresztą czy ja bym chciała współżyć z rzeczywistością? Jakaś taka odpychająca mi się wydaje, jakaś taka nie moja… wolę pokudlować się z przeszłością nigdy co nie zaszła i przyszłością, na którą miejsca i tak przecież w tym wszystkim nie ma…
… bo wyobraźnia ma to do siebie, że zmienia to co się wydarzyło na gorsze i mocniej akcentuje ból, albo też to, co było dobre zmienia, wykrzywia, nadaje mu o wiele większe znaczenie, lepsze niż wydawało się nam wtedy, lepsze, niż miałoby się wydawać kiedykolwiek…
… a przecież wcale takie nie było, wcale takie nie chciało być, ale to czas bawi się z tym, co było i tym co będzie… a to co jest, to właściwie tylko ułuda i zmienność, gra aktorsk, celebryckie zapędy, tutaj nagroda, tam nagroda, postawisz sobie na kominku, mantelpisie podgrzewanym drzewami, co już nie śpiewają i wspomneiniem liści, które już nigdy nie zatańczą…
… bo przecież co z tego…
… bo przecież co z tym…
… bo przecież co z tamtym…
… ale też, dlaczego nie? Przecież jeżeli mogę, to mogę i spróbuję, to muszę, bo inaczej plując sobie w brodę wyrzeźbię w niej takie kaniony, iż zatrudnić trzeba będzie cholernych kanalarzy bo na pewno zaludnią się tam miasta, wioski, na pewno znajdą się tacy, co zamieszkają… bo czemu nie… oni też mogą to powiedzieć…
… dla nich z tym, z tego i tamtym…
… baba wyszła…

PS. Wiedźma Wrona Pożarta dziękuje za współpracę Ibupromowi Zatoki!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu powieści ukochane – Mercedes Lackey… i jej książki. Pamiętam, że gdy się w niej zakochiwałam już było trudno zdobyć wcześniejsze pozycje. I szukało się po rodzących się dopiero centrach handlowych, tworzących się shopach gigantach, sklepach co plajtowały, zmieniały się w durne, nieczytelne zupełnie poza mdłymi metkami, odzieżówki… Wszystko tak szybko się zmieniało. Allegro było wtedy przyjaźniejsze… a ja chciałam, z dziwym oślinionym czytelniczym pyskiem, tylko opowieści o Heroldach i ich wspaniałych Towarzyszach. O magii i miłości. Ech! Nadal łezka się kręci i coś w duszy pobudza, gdy przypomnę sobie pierwsze czytania tych tomów!

Tą dziwną naturalność opisów, tych bohaterów, którzy wiedzą, że potrzebują też siebie nawzajem i otwartość mówienia o homoseksualiźmie… a tak, niewielu o tym wie, założę się o to!

Bo Lackey ma gdzieś konwenanse. Jej światy muszą żyć od początku do końca. A magia to cudowny dodatek, najważniejsza jednak jest przyjaźń i miłość, choć często tak bardzo boli i po łbie daje. Państwa i różnice kulturowe aż szczypią w oczy, osobowości bohaterów skaczą i motają, każdy znajdzie tutaj odpowiednik siebie… no i są jeszcze gryfy. I to wcale nie jest inna historia.

Moje tomy są takie zczytane, uświadamiam sobie, że mają po dwadzieścia lat… żesz człek stary no, ale ile się naczytał w życiu to jego, co nie?

Moja Wyspa chyba jakoś jogging zaliczyła, czy siłkę, czy coś w ten deseń, bo się spociła i ociepliła i mój piękny śnieg trochę podtapia… ale poczekam aż mi ostygnie, nie dam śniegu, to wciąż mój czas naśnieżania!!!

Żadnych mi tu odchudzających zachowań Moja Ukochana, co jak co, ale kochamy śnieg, nie psowamy go!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma się naśnieżająca…

„Wiedżma Wrona Pożarta się naśnieżała. Począwszy od niewielkich, obutych stóp, które już zdążyły przyjąć wojownicze barwy bakłażana w purpurowych skrpetkach w serduszka, poprzez niedorostki najczęściej skaczące, dupsko o woli zniżającej, korpusik i cycki ciągnące ku ziemi, odnóża dwa te pomniejsze, a i w końcu łeb, wypełniała się śniegiem. Jej kartki powoli puchły i ciemniały, zwijały się, ale nie rozłaziły, słowa zaczęły stawać się coraz bardziej wilgotne i opływowe, a zdania wirowały.

Przypływy i odpływy kolejnych zasp ją wypełniały. Właziła w każdą. Niczym ślepiec, którym właściwie była, kierując się czystą, zboczona intuicją znajdowała te najgłębsze. Najbardziej białe i soczyste. Pragnące i cierpiętniczo jej łaknące.

Ci bardziej skłaniający się ku normalności mieszkańcy Wyspy, pochowali się w domach. Nikt nie miał zamiaru bez przymusu lufy i brzeszczota, wyściubiać nosa, czy cokolwiek więcej na zewnątrz. Na mokry, ciągliwy dziwnie, mlaszczący i śliski zewnątrz. Biały, oj dobra może i magicznie malowniczy, ale bez przesady. Przecież większość miała w domach okna!

Ale nie ona. Ona musiała się naśnieżyć. Dotykać, macać i głaskać. Tarzać się, nasiąkać, wypełniać i eksterminować pustkę, a przede wszystkim spożywać. Wiedźma powoli napełniała się śniegiem, a śnieg w niej… nie topniał. I to dlatego grzechotała gwiazdkami, mlaszcząc kompletnie przemoczonymi gaciami. Ale Troll nic sobie z tego nie robił. W ogóle nie był zainteresowany. Wraz z Jesienną Sonatą Ostatniego Liścia zanurzył się w granicie i spał. Śnieg pokrył jego wystającą głowę i złote, stojące w każdą stronę włoski. Na żel pewno, bo raczej nie odżywka. Śniegowi może i było wszystko jedno, na co tam padał, właściwie jest w tym jakaś desperacja, coby tak wszystko pokrywać… cóż widać DNA mocne w genach.

Ale jednak żeby tak Trolla?

Wiedźma, która już dawno została porzucona przez przemarzniętego i mającego dość tych spacerów, Chowańca, dziwnie zwykle możliwego do zgiepeesowania tak dwieście metrów w jej okolicy, przyuważyła dwie strużki dymu. Równomiernie tańczące w bezwietrznej aurze. Na wdech… i na wydech. Do środka jasne, na zewnątrz dziwnie zielonkawe. Znaczy sie ekologiczny, jak nic. Intrygujący i łachoczący kreatywność wiedźmią pobieżną. Może by tak wykopać, poeksperymentować na Trollu? Możeby tak zaintrygować, odstresować, może jednak zaryzykować?

Pokochać…

Może się i trafi taki o bazyliszkowym spojrzeniu, będzie zestaw posążków do ogródka, no darmoszka! Ale z drugiej strony budzić tak brutalnie, no nawet w wiedźmie się intrygująca trwoga czai… ale może? Zmarznięte palce się trzęsą, coś tam pcha, coś dręczy. Bo może i nie cały to Troll, a tylko męska głowa? Takie tam elementarne utensylium do działań magicznych? Korci, ale też jak to tak brutalnie senne mary odganiać, się nie godzi. A nóż widelec trafiła mu się ta najwspanialsza, miłosna, dzierżąca moce odprężenia? Trollom się też należy… naśnieżanie.

Pan Tealight, zmarznięty strasznie, ale rytmicznie podźwiękujący soplami z okolic nosa, tylko odetchnął, a potem brutalnie oderwał od pnia Ojeblik, małą uciętą i przymarziętą główkę. Cóż, wiedział, że Wiedźmy pilnować trzeba, ale dopiero teraz rozumiał dlaczego aż tak pilnie pilnować…

A Troll? Spał. I śniła mu się przekąska… Bo niewielu wie, że naśnieżane, zimowe wiedźmy, są najsmaczniejsze na świecie. A ten aromat, co łechotał go w złote włoski, co najmniej 24 karaty, doprawdy był rzadki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A oto i rzeczona głowa… żeby nie było stuprocentowo real i w ogóle. Na dodatek świeża, właściwie jeszcze dycha, a nawet i ze trzy dychy ma! I włoski ma, się znaczy troll jeszcze całkiem na chodzie jest.

Trza będzie go sprawdzić na wiosnę, jak odtaje.

Z cyklu przeczytane: „Gniew smoka” – opowieść dla specyficznych. Tych kochających legendy, fantasy z magią, smokami i stworami o dość niepewnej genetyce. I dziwacznej genealogii… Opowieść o historii, pieśni, przeznaczeniu i legendzie. Oraz o miłości, bo przecież miłość jest ważna. I bogach. Bo ci zawsze potrafią nabroić, jak się okazuje też poddawani są własnym armagedonom. No i o ludziach, w znaczeniu wypełnienia, no i ktoś musi prowadzić konwersacje, co nie?

Tom trzeci, więc nie ma co zaczynać od tej części. Ci co kochają duet autorski, przeczytają, ci co nie, powinni raczej zajrzeć do ich wcześniejszych książek.

Tarzanie się w śniegu to doskonała rozrywka, ale i uzależnienie. Niestety zwiększa ilości prania, potrzebę rozgrzewania i wszelakiego rozcierania. Bo śnieg bardzo pragnie krwistego mieć przyjaciela… ale tak na zawsze. Coś w rodzaju pluszowego misia, pieseczka czy koteczka… choć nie, może koteczka to nie. Niestety ci, których kocha wymagają troszkę wyższej temperatury, nie żeby zawsze, ale jednakowoż czasem muszą się zagotować. Choćby i ze złości.

Bo choć kocha tak mocno i egoistycznie… to jednak śnieg rozgrzewa tylko przejściowo. Ale na Wyspie jest czymś więcej. Komunią, podstrzyżynami, chrztem i wszelakim innym, obmyślonym przez specyiczne umysły, bo nie bóstwa, sakramentem.

Bo jak bogowie czegoś chcą, to sobie to biorą!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Smok Zgrzewka…

„Wiedźma, facet w szarościach, dziwny normalny i zgraja niedorostków dziwacznych, kto to widział? Dobrali się jak w korcu maku, a może i nawet w bardziej dziwny ustrojstwie, kto ich tam wie, ja w końcu tylko tu grzeję. Dmuchnę raz, chuchnę, poruszam śmigiełko, zasyczę, zadudnię… i tyle mojej roboty. Zimą grzej, latem chłodź, jakby sami się nie umieli zdecydować. Smok od grzania. Zgrzewka Kok-Filusławson, do usług odpłatnie w dziewiczych sercach najlepiej wstrząśniętych i zmieszanych. Ale żeby nie było, ekologicznie ino miejscowe, chyba że z turystów, bo im dziewice ostatnio jakoś łykowate wychodzą. Spec od temperatur wszelakich.

Wszystko rozgrzeję i każdego zmrożę. Jak sobie klient życzy…

… znaczy wcześniej w kościele grzałem. Miałem piękny apartament w dzwonnicy. Może i donośnie było, ale za to jaki pilling od tych dźwięków, jak mi się łuski wyczyściły a pazury wyostrzyły. No po prostu co za pozycja. Nad miastem, w górze, od razu wiadomo, kto potem zarządza… ale wymienili mnie na pompę. Suka taka. Ssie i zasie, a potem wydmucha. Nie rozumiem jak można tak mnie, w końcu zabytek, prestiż i cud natury na takie coś wymienić. No nic, trzeba było dzwonnicę zostawić. Zresztą chórki mi niezbyt dobrze na trawienie robiły. Wiatry po psalmach miałem, ale pomocny dmuch z krematorium był doprawdy wdzięcznym towarzyszem i ulgą w robocie.

Chatka Wiedźmy, a znamy się już trochę z poprzednich wcieleń, prosiła, więc zostałem. Grzeję. Dmucham i obserwuję. Na Splątne Stukrotnie Brody Morskich Pradawnych! Toż to banda totalnych, ultra specyficznych dziwaków jest. A co gorsza przyciągają do siebie jeszcze bardziej niesubordynowanych w normalność. Albo choć w owym znajomym zdziwaczeniu! Nie, oni muszą być od końca trącani. Kompletnie nie działający zgodnie z instrukcją obsługi… ale i takich grzać trzeba. Zresztą zdawałoby się, że wiedźma to wiedźma, tyż jakaś pozycja na Wyspie. Ale nie! Gdzież tam. Toż to pomyłka jakaś. Błąd w zapisie i kompletny wirus. Przewidzieć ich się nie da… ale marzną jak wszyscy, zaskakująca obserwacja.

Nie, no oczywiście, że praca niezbyt ciężka, że i mieszkańcy mili czasem, pogadają, pogłaszczą, dokarmią. Ale na ulicy wstyd się przyznać, gdzie smok pracuje. Cóż, nie jest lekko. Nawet w tym biznesie. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi… mawiają, że gorzej być może, jakoś w łuskach mi się nie mieści!

Może zniżki jakieś bym dostał, za wspomaganie umysłowo upośledzonych, albo koloryt lokalny, że wpsieram bo wspieram… trzeba będzie się za tym rozejrzeć. A na razie dmuch prosto z pyska, od wątroby tak, z gorąca, bo Wiedźma Wrona Pożarta lekko błękitnieje przez sen. Widać w niskich temperaturach lepiej sypia, a i kolor miły, ale na dłuższą metę gęstnieje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mechaniczny książę” – czyli taki tam bardziej romans niż przygoda w nieodległej przeszłości. Półtora demona na centymetr sześcienny i garść polityki Nefilimów. Do tego coś na kształt przyjaźni i trochę walki między płciami, bo czemu nie…

Ogólnie mówiąc, chyba ostatnio Cassandra Clare zawodzi… i to tak wiecie, donośnie: auuuuu!!! Nie, no pewno, że historia jak historia, wciąga, nęci, ale też coś nie gra. Jakoś tak wiadomo co będzie dalej, a niespodzianki nie zaskakują.

Moja Wyspa okryła się śnieżną pierzynką i wywiesiła napis „nie przeszkadzać”. A co, że niby Wyspie to nie wolno? Że kamienie, domki, skałki i drzewa, piaski i ziemiste pola, stawy i rzeki to już nie mogą sobie zrobić wolnego? Takiego dnia tylko dla nas, na odżywcze maseczki, długi sen i mani-pedi gałązeczek?

Rozczesanie korzonków?

A co wy tam ludzie wiecie o Wyspach?

Większość z was tak pędzi, nie wiadomo po co, na co, gdzie dokładnie i w jakich celach, że nawet się was nie uświadamia. Liźniecie Wyspy latem, od razu wielce zakochani, nie wiadomo jakie fantazje skrywacie, już miejscowi, już wybywacie ze znanej cywilizacji… a spytał się jeden z drugim, czy Wyspa wami zainteresowana?

Czy ona w ogóle chce tych waszych uczuć, czy w ogóle zasługujecie na nie?

Czy wiecie, że zakochać się w Wyspie to oddać wszystko i siebie do końca? To już nie pragnąć, nie marzyć, a unosić się na falach i wiatrach… to już tylko być częścią, a nie jednostką?

Czy wiecie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Barachudło…

„Do końca nie wiadomo skąd się Barachudło wzięło.

A raczej wzięła, bo żeński w niej pierwiastek nagminnie dawał o sobie znać. Mniejsza z tym, przyjdzie czas i te tajemnice zgłębiać, na razie oto jest. Stało się słowo ciałem gdzieś poza Wyspą, a teraz szukało azylu z całą swą przeszłością i przyszłością. Ogólnie mówiąc: pyrka na długich, pajęczych dwóch nóżkach, z chudzinkimi rączusiami zakończonymi czymś w rodzaju rozmiękłej zaspy przestarzałego śniegu. W ziemniaczanej bulwie dwie oczne bulwy ruchliwe, o dziwnie błękitnym kolorze, nos nad podziw ogromny, zakończony purchawką, uszy oklapłe jak u zająca, zdejmowalne, a w przypadku zagubienia dwie dziurki i trąbka… Bulwa nosowa barwy intensywnie fioletowej. Ale wiecie, barwnie tak jak u biskupa na kiecy! Do tego beret, taki wersja z antenką, rękawiczki, skarpety za duże o kilka rozmiarów i spódniczka baleriny – wersja łabędź czarny…

… i zdolności prorocze oraz klątwowalne, klątwiła jak najęta, gdzie się dało i ile wlazłom na całego.

To tak z grubsza. A! Umie też przepowiadać nadchodzący deszcz, kłaczki się jej na bulwie robią takie mechate, białe i szare! No i ma swojego przytulaka. Takiego peta-mumię. Znaczy się wiecie niewielki, co to dawno oddychać przestał, zasuszony osobnik w bieluchnych bandażach –  wersja z wymienialną okrywą! Pluszak się znaczy. Nigdzie się bez niego nie rusza, a na imię mu Ted.

Z niewiadomych powodów Barachudło okazało się być niepożądane w Sklepiku dla Niepotrzebnych. Nie żeby był ktoś rasistą, ależ nie, zwyczajnie jakoś tak wyszło samo z siebie kompletnie i z wora, że miała zamieszkać u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Honor złodzieja” – czyli powieść jak powieść, no świetna zabawa, przednia, ale TO TŁUMACZENIE by Łukasz Małecki!!! ten brak byków!!! Chyba nie jestem przyzwyczajona do TAKICH książek!

Co za świat, coby się czytacz sapiens homo od dobrze przetłumaczonych książek odzwyczaił!!!

No mniejsza… czas na treść, a ta całkiem jest niezła. Może lekko nie do końca spójnia i zbieżna, może czasem mąci i kompletnie nie wiadomo kto z kim, dlaczego i zacz, może dorzuciłabym więcej opowieści o świecie, w którym toczy się akcja… ale to ja! Autor widać miał zamierzenie takie, by oprzeć swą historię na bohaterach, więc poznajcie ich, pokochajcie niezależnie od miejsca ich stania, siedzenia, czy wiszenia, a potem przyłóżcie sznurem tym, którzy was mocniej wkurzą.

Dobra, łotrzykowska przygoda. Może za krótka, ale warto! Tym bardziej, że podobno będzie ciąg dalszy? A i magia się w niej plącze, tajemnice z przeszłości z zapomnienia wychodzą, władza w ciągłej reinkarnacji wolę swą tłucze… Nawet wampirów i zombie nie ma! Za to jest świat, miasto, które tajemnice i układy, jak to miasto, swoje barwne i zmienne, hołubi.

Olbrzym z Morza, co to zwykle za dziwne wiatry odpowiada – ot taka przemiana materii i dieta olbrzymowa – tym razem postanowił być dowcipny. Wziął swoją gigantyczną solniczkę i dalejże solić… solić na pola i drogi, na domki i lasy.

I mamy coś na kształt śniegu w ilości marnej, ale zawsze ŚNIEGU!!!

Kołacze się we mnie, i więzy próbuje poluzować, jakaś taka myśl niepewna, że co jak co, z soleniem miło z jego strony, ale ponownie fasoli na cebulce z kapustką sobie nie odmówił. Choć może to te ryby, albo mityczne morskie rodzynki, te muszą być dopiero wiatry aromatyzujące i stymulujące… bynajmniej, znaczy się oględnie mówiąc, oczywiście znowu wieje!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma NMP…

„Nad Chatką Wiedźmy Wrony, bez zezwoleń i kompletnie na bakier, rozbiła obóz dziwaczna światłość. Barwna moc ciepłego moczu na antybiotykach, nie tylko delikatnie obmywała sam domek, ale też poświatą znaczyła bezczelnie żwawy, zielony, zimy unikający trawnik. Tutaj zajrzała, tamte zakątki spenetrowała, pod kupę liści nawet, na ślepo odważnie, promień wsadziła. Poczyniała sobie owa jasność dość bezczelnie, ale nie było nikogo, kto mógłby na nią nawrzeszczeć… Wszyscy istotni dla wątku siedzieli w Chatce, która na ową dziwaczną i jej zdaniem mocno przerysowaną w komiźmie sytuację, przestrzeń swą magicznie złamała.

A na kuchennej podłodze, wyniośle dupska chłodzącej, siedziała krzywo i w damy niegodnej pozie, lekko zielonkawa, omdlała dziwacznie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, opierając się na oplutym w spazmach śmiechu Chowańcu i dziwnie wykrzywionycm Chochelu, chochliku pisarskim obecnie nie do użycia, ale w gaciach z Simpsonem B. Przed nimi, na unoszącym się kilka centymetrów ponad chłodną wyniosłość linoleum, dywaniku we wzorki barwne frędzle i paseczki, coś jak IKEA, leżały mirra, kadzidło i złoto. A w otoczeniu stoworów wszelakich tulili się do siebie, dziwnie tracący rezon, pozbawieni swoich celebryckich min Trzej Królowie (Czwarty pozostał podobno przy wielbłądach, ale jak wieść w komunie się niosła, zwiał raczej zaraz po tym, gdy zrozumiał, wpław na nich do Szwecji). Pstrokato odziani, sami w kolorach ciepłych, kuszących napojów, zawoalowani w słowa i zwoje materii, już nawet nie starali się dziwić. Darom właściwie było już wszystko jedno, ale unoszący się i bujający dywanik wywoływał u nich totalne mdłość. Jednak jak na razie wszyscy trzymali fason. Nawet Chochel, bo dokonaniu wiekopomnego odkrycia: oni nie mają na sobie gaci!!! – zwątpił we wszelkie świętości.

I tylko Barachudło, co to się na zimę do Wiedźmy sprowadziło, nuciło klątwiło sobie pod nosem:

„Tako rzecze Barachudło,
nigdy ci nie będzie nudno,
nigdy ci nie będzie smętnie,
zawsze znajdę ci zajęcie.”

Ogólnie mówiąc tak bardzo nikt nie chciał im odbierać nadziei. Tak bardzo nie fair było powiedzieć mądrym i władczym, dobrze zbudowanym mężczyzną, że zwyczajnie i sromotnie pobłądzili… Jakoś było to idiotycznie nieładnie i niezgodnie z brakiem honoru, by wywalić ich na zbute pyski. No i przynieśli prezenty. Głupio tak wywalić kogoś, kto z gościńcem wparadowuje do domu, śpiewem na ustach i nadzieją z oczu wyciekającą nadmiernie.

– Znaczy dziecięcia nie będzie? –”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Obsydianowe serce” – powieść w tomach dwóch! Historia z przeszłości niby nie odległej, ale jakże odmienne od tej, którą wciskali nam na lekcjach historii!!!

Historia tak niepewna, tak dzielnie od faktów oddzielna, tak przemieszana i fantastyczna… a jednocześnie znajoma. Jest tu i dama w opersji, aczkolwiek nie do końca, jest i śpiewaczka i trzech dzielnych, mężnych i przystojnych. Jest tajemnica i manuskrypt, oraz zło pragnące spenetrować… no serio, spenetrować dziewicę, a i ten, co chce nad światem przejąć władzę… obecny! No i są tajemnice, oraz przedziwne byty zwane Si. Wszelako magiczne, wepchnięte do jednego wora, takie, o których w odpowiednim towarzystwie się nie mówi.

I… mnie nie urzekła ani pierwsza ni druga. Nie, że zła, że kiepsko napisana. Nawet wstrętni mnisi są, okrutni… tylko jakoś mi nie gra. Znaczy cała opowieść we mnie. Akcja dzieje się w hotelu, lekko spójnością nie grzeszy, ale co gorsze nie porywa, a powinna. Jakaś jest nazbyt romantyczna. Jakbym czytała romans z czasów sprzed internetu, w który ktoś wtopił moce magiczne niezwyczajnie, oraz przeszłość cnotliwej odkrył. A może to nie moja bajka? Nie, no przecież kocham takie tematy!!!

Bynajmniej raczej do niej nie wrócę.

Czytało mi się tak raczej po grudach. A już tego „kocham cię/nie kocham/kocham/a nie” dość mam serio!!! Nie porwało, a sam wątek niby główny, aż nazbyt niepewny i właściwie wciąż chyba nie wiem o co chodziło?!!!

O władzę nad światem, rasizm, czy też ino o ową słodką dziewicę?

Recenzja: „Złodziej dusz”

Mojej Wyspie widać spodobało się wianie, bo po dwóch dniach względnego od wiaterów spokoju, znowu coś tam mąci na wantach. Ale co dziwniejsze, choć przecież często tak bywało, ale tym razem jakoś tak mocniej chyba… uczucia szalone z wiatrami przychodzą. Człowiek kompletnie niepewnieje w granicach własnej świadomości. Taka wsteczna ignorancja własnego ja się w nim rodzi…

I kim jest więc? Tylko ludziem, czy nie tylko? Może jakąś dziwaczną mieszanką, pojemnikiem na przywiane myśli i uczucia?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz