Pan Tealight i Potwory Niespania…

„Leżysz w ciemnościach i miękkiej ciszy.

Nic nie mąci spokoju, łóżko jest ciepłe i przymilne, nie za miękkie i nie sprzeciwiające się ciału, a poduszka idealnie podpiera głowę. Kołdra grzeje, ale też pozwala oddychać i miło gładzi skórę. Nie masz na sobie niczego, co mogłoby mącić oddech, niczego, co wzbudzałoby swędzenie i bóle nieistniejące… nic też nie brzęczy ci nad głową, nic nie oślepia wyłaniając się zza chmur. Twój żołądek jest z jednej strony najedzony, z drugiej nie pełny, dawno jadł, teraz chce tylko odpocząć. Wszystko jest właściwie idealne. Temperatura i stan chemiczny powietrza… wyposażenie pokoju jest znajome i nie przytłacza, a zapachy trzymają się na uwięzi. Nie chce mi się siku ani nic w tym rodzaju, gorączki też nie mam…

… to dlaczego do cholery nie mogę spać?

Widzę je. Sny! Krążą wokół mnie, gęste niczym nazbyt nasycona zupa, dziwnie rozchichotane, dziwnie nazbyt niechętne… Podnoszę się, ale głowa mi opada. Jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona, ale gdy tylko się kładę, gdy głowa zagłębia się w miękkość piór… coś mi umyka. Coś nagle odbiera zmęczenie… coś mnie otrzeźwia, podnosi, by uświadomić, że nic z tego, że przecież jestem tak bardzo śpiąca, tylko jak tu spać na stojąco? Tym bardziej, że sen to nie tylko zamknięte oczy… to przede wszystkim one.

Sny.

Nęcące owym szaleństwem, kuszące wyjaśnieniem świata, łudzące przygodą, życiem, w którym nagle można mieć więcej. Można być więcej i pragnąć po prostu wszystkiego. I choć nigdy nie jesteś w stanie kontrolować snu, to jednak przecież jakoś mu ufasz. Tak dziwnie jesteś pewny, że nawet jeżeli przydarzy się koszmar, to jednak obudzisz się ze wszystkimi członkami na miejscu. Tam gdzie były… Ale też znika to, co miałeś, gdy śniłeś… A gdyby udało się tak, udało się nagiąć jeden sen i po prostu tylko śnić. Śnić ten dziwny inny świat i tak żyć?

Nie budząc się, bo i po co? W końcu sen może być bardziej rzeczywisty niż to, co zwiemy rzeczywistością. I dotyk i ból, owo muśnięcie cudzej dłoni, deszcz na policzkach, wschód słońca dziwnie parzący twarz… Sen to też życie… więc dlaczego nie pozwalają mi żyć? Dlaczego tak dziwnie tańczą dookoła mnie, jednak nie naruszając owej powłoki dnia? Nie zdejmując ze mnie welonu codzienności, nie zapraszając, nie wciskając się mi pod ciężkie powieki?

Może się czymś wysmarować? Czy jest lukier na sny? A może wolą musztardę, czy też ciężki sos?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Inni. Pisane szkarłatem” – … bo są takie światy. Takie, w które chcesz wleźć jak najszybciej, dla których oddasz swoje dotychczasowe marzenia i pragnienia, dla których przewartościujesz codzienność. Próbujesz wetknąć w książkę stopy, ale nici z tego pantofelka…

… ale jeżeli tylko zamkniesz oczy może się przydarzyć ten świat. Stworzony przez Anne Bishop. Fascynujący, inny. Znowu dziwnie nieprzymilny, groźny na pierwszy rzut oka, bo jak Innym nie pasujesz, zjedzą cię i tyle! Ale ona nie do końca jest człowiekiem. A i oni naprawdę jej potrzebują… tylko, czy będą w stanie się wzajemnie porozumieć, czy odnajdą się w sytuacji, która rodzi się o dawna i co z tajemnicami dziewczyny nagle przybywającej do tego świata? Dziewczyny o śmierdzących włosach?

Bishop nie miesza językiem, wprost przeciwnie ów prosty język czasem nawet zdaje się nieodpowiedni do takiej historii, dziwnie zbyt ubogi, a jednak… udaje się. Po kilku zdaniach wiem gdzie jestem. Stoję tam, w książce i obserwuję całkiem nowy świat. Poznaję cudowne stworzenia, niewyobrażalne. Jedne znajome, bezpieczne, inne znowu zaskakujące, szokujące, a nawet odpychające. I ją, główną bohaterkę… choć w rzeczywistości to chyba nie oną chodzi, ale o Innych. Piękne stworzenia, zdolne wciąż żyć w zgodzie z naturą. Ale też stworzenia, które nie do końca radzą sobie z ludźmi, a dokładniej to właśnie ludzie mają z nimi problem. Czy jedna kobieta może to zmienić? I co z jej tajemnicami?

Magia przenika naturę, miesza się i ofiaruje nam piękną powieść. Wzruszającą, pełną emocji. Jakże zbliżoną do cyklu o Krwawych, ale wcale nie to samo. Chociaż i tutaj znajdziecie znajome tematy, jak na przykład ową cudowną tkliwość w postępowaniu z kobietami. Owo dobro zawsze w końcu zwyciężające i zło dostające w dupę! Pokrzywdzonych uleczonych i tych, którzy na to zasługują nagrodzonych. Ale i tych, których nie można określić jedną definicją, owych z pogranicza szarości… Ot, po prostu piękna, pełna, prawdziwa powieść.

„Days and nights, nights and days…
… but what is between?
What is hidden there…”

Pomiędzy nocą a dniem znajduje się czas, w którym oddychają marzenia. Odrywa ją się nagle od noszących je ludzi, i te nowe i te stare, przyprószone już lekko szeptami zapomnienia, gromadzą się i są tylko sobą. Tylko i wyłącznie dla siebie. Prezentują swoje szalone kształty innymi, rozmawiają i tańczą, jedne dumne z kosmicznych form, inne znowu trochę nimi zaskoczone, wszystkie w sobie zakochane… przez ową jedną chwilę nie pragnące spełnienia.

Ale… w owej dziwnej chwili pomiędzy jest też wiatr. I jeżeli dasz się mu porwać, jeżeli będziesz tym właśnie marzeniem… możesz zostać zniesiony w dziwnym, pokrętnym korowodzie zbyt daleko od swojego człowieka. On o tobie wtedy zapomni, będzie czuł dziwną pustkę zawsze, ale jednak w końcu zapomni, a ty nigdy się nie wypełnisz, więc uważaj marzenie, uważaj…

… uważaj.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwory Niespania… została wyłączona

Pan Tealight i Nowe Buty Wiedźmy…

„Nie ufam im.

Może to dlatego, że są takie czyste. Dziwnie nietknięte dotychczas, niebrudzone, niechodzone… Chcę żeby zostały w pudełku, tam na najwyższej z półek szafy. By po prostu były tam, tak jak dotychczas. Jak owa możliwość, z której mogę, ale nie chcę jeszcze skorzystać. Na potem. Jak zapewnienie kroków przyszłości. Niech będę tam w owym obuwniczym półuśpieniu. Niech trwają. Czekają na ową przyszłość, która przynajmniej jakoś mnie pociesza, że mimo wszystkich kroków, jakie dla mnie kryje, będę miała je w czym przejść.

Ale nie. Mam je założyć teraz, w tej chwili. Twarde i dziwnie niechętne, syczące na mnie czystymi sznurówkami. Wsuwam w nie stopy, powoli, docieram do końca i wstydliwie poruszam palcami, jakby nagle były mi całkiem nieznajome w owym nowym odzieniu. Jakby przekroczyły bramę do innego świata i nie stanowiły już części mnie… przekształcone w inny byt, do którego nie mam dostępu. Ale jednak mogę nimi poruszać, próbuję iść, ale podeszwy są tak twarde i dziwnie wysokie, że się chwieję. Bez znajomych starć i krzywizn nie rozpoznaję siebie samej. Wszystko jest takie niedoprasowane do mojego świata. Jak początek odpychający swoją nowością, nieznajomy i dziwnie przerażający. Doprowadzający najlepsze płaczki do prawdziwej agonii łez. Ale staram się do nich jakoś dopasować. Podpieram się, wstaję i znowu robię krok, po nim kolejny i znowu kolejny… Moje kroki jednak wcale do mnie nie pasują. Podeszwy nie znają moich dróg i szlaków, które tyle razy pokonywałam. Moje dotychczas, znajome stopy zapomniały jak i gdzie iść.

Nie ufam moim nogom. Nagle muszę być dziwnie czujna. Nie mogę tak po prostu zamknąć oczu i iść. Nie mogę pozwolić się im prowadzić. Zresztą po tej całje bucie nowości są nagle dziwnie skonfundowane. Moje stopy nie rozpoznają podłoża. Gładkości ulic, brukowanych kamyków, progów i wzniesień. Nie poznają leśnej ścieżki i kamienistej plaży. Nie wiedzą, gdzie są… Nie czują. Dlatego od nowa uczę się chodzić.

Lepka skórka obciera, ale zaciskam zęby i od nowa poznaję świat. Muszę je nauczyć mojego świata i nauczyć się ich.

Od nowa.

Znowu.

Kroczenia razem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książki, książki, książki… czyli coś, co pozwoli dokarmić mój pogrzany, poprzewracany, nietuzinkowy, z kopy taki świat.

Z cyklu przeczytane: „Ocean na końcu drogi” – bo są książki, które zwyczajnie bolą. Fizycznie wdzierają się w nas, rozrywając po drodze nie tylko owe zewnętrzne części, ale przede wszytskim wdzierając się do środka i buszując tam, gdzie najmocniej boli, tam, gdzie nigdy tak naprawdę nie zachodzą kojące i przynoszące wyzwolenie, bolesne procesy gojenia…

Nie pamiętamy dzieciństwa, a to, co pozostało nam w głowach interpretujemy w zależności od naszej przeszłości i teraźniejszości. Dopisujemy przeżyciom nasz obecny stan świadomości i doświadczenie. Zapominamy to, co niewygodne, co dotąd było częścią nas, by zrobić miejsce na nowe. Oddajemy przestrzenie zdobytego doświadczenia, by znowu popełnić znajome błędy…

O czym jest ta powieść? Właśnie o tym… dorastaniu, dojrzewaniu, byciu. O tym, że często trzeba zapomnieć, by być. By żyć naprawdę odrzucamy to, co było, ale też powracamy do tej przeszłości, by na nowo zrozumieć siebie.

Siebie teraz.

Neil Gaiman zawsze dorzuca do swoich opowieści coś więcej. Tym razem ponownie toczy opoweiść o człowieczeństwie, o owej codzienności przeszłości. Wtłacza w nie mity, pozwala nam samym wybaczyć sobie błędy przeszłości… tłumaczy. Dociera do czytelnika z pozycji doświadczenia, ale nie przytłacza i nie razi…

On po prostu jest.

Wyspa nagle ucichła, jakby zmęczona tym całym wianiem. Jest lekko przerażająca w owej oszczędności dźwięków. Albo jakby coś tam znowu szykowała i tylko teraz zbiera siły, ściemnia… okrutna. Ale to w końcu listopad. I tak, że udało mi się załapać na szaleństwo barw na gałęziach. Na owo szybkie przemijanie pojedynczych liści, nim wszystko zmieniło się w nagusy… w ową szaloną parodię naturalistów o pięknie powykręcanych gałązkach. W końcu widać jaką sztuką są drzewa. Właśnie bez owych barw, które tak łatwo określić jako piękne i zachwycające…

… teraz mnie porywają kształtami i gruzełkami na korze. Podchodzę do nich ostrożnie, jakbym się bała, że w tej odsłonie są bardziej żarłoczne, bardziej może i agresywne. Pozbawione zmiękczających ich osobowość barw i liściejowych melodii, teraz są naprawdę sobą!

Wyzwolone z owej ekstrawagancji ciepłych barw konary wcale jednak nie są jednolite. Te gałązki są prawie czarne, tamte znowu brunatne, dziwnie ciężkie, a te srebrne. Już nie tylko rozdziawione końców i zgrubienia je odróżniają, ale wiele, wiele wiele więcej. Każda jest inna… niesamowita. Jakby właśnie bez liści, dopiero w okresie chłodów drzewa rodziły najmilsze im potwory.

Na opasłym pniu przechadzają się porosty. Zdawałoby się, że nie biorą udziału w tej całej maskaradzie, ale może to tylko zmyłka? Tak naprawdę z porostami jak z grzybami… nigdy nic nie wiadomo!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowe Buty Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Stworzenie…

„Tak naprawdę całe to stworzenie świata, to zwykłe, poprawna logistyka. Poukładanie odpowiednio spraw, coby się wzajemnie zjadały. Od najmniejszego do największego, od chudego do tego mniej kostnego, od głodnego, do przeraźliwie obżartego… tego samego, co to ma miejsce jeszcze tylko na kawałek czegoś słodkiego, albo może i ze dwa kawałki? Dlaczego nie?

Wszystkim się wydaje, że o stworzeniu to od razu trzeba pisać powieść, hymny pochwalne i litanije, a na pewno stworzyć mu ku towarzystwu i wszelkich serc pokrzepieniu co najmniej sześć, oczywiście powiązanych ze sobą religii. Ale tak naprawdę same Stworzenie, znaczy no wiecie ten odpowiedzialny, ten co stwarza za pomocą słowa, laski i zestawu pociesznych grzbków, to tak naprawdę pomarszczony, starszy pan. Bardzo starszy. Smutny staruszek ze skołtunioną, długą brodą i łysą czaszką pokrytą mapami światów, które jeszcze nie istnieją, albo są dopiero w planach, a może zwyczajnie się zagubiły, bo kawałek mapy starł się po tym ostatnim upadku i nikt nie pamięta, jak to tam z rzekami było?

Staruszek Stworzenie ma na sobie przykrótką sukieneczkę, dla lepszej wentylacji może? różową z naderwaną falbanką i dołączonym wianuszkiem, który się lekko koło ramienia telepie niczym papuga, co nie gada. Do tego ma dziwnie przypominające pończoszki, długie skarpetki, grube i puchate. Na szyi nosi wielkie lusterko, a uszy wypchał cukrową watą w kolorze wściekłej niebieskości. Jego mleczne oczy – lekko kefir – o zawsze rozszerzonych podejrzanie źrenicach patrzą na was bacznie, od razu oceniając przydatność i dydkretnie wzbudzając poczucie winy. Na wszelki wypadek, w końcu to tylko starszy, dziwny pan.

Jego duży nos zdaje się być gruzołowatym zwierzątkiem, które zahukane i przerażone, coraz bardziej dąży do zamieszkania w brodzie. A długie, pokrzywione palce z obgryzionymi paznokciami i resztakmi cukierkoworóżowego lakieru, mną chusteczki higieniczne, nerwową bielą zaśnieżając okolicę.

Stworzenie nie mówi. Więcej w nim dobrodusznego dziadka, co to zawsze w kieszeni ma miętówki, nie ważne, że z siwymi włoskami, niż srogiego demiurga, zawsze niezadowolonego ze swojego dzieła. A jednak gdy tak patrzy czujesz wstyd. Za to coś, co zrobiłeś, gdy miałeś 5 lat i to straszne coś, gdy miałeś ich 25 i za to co zrobisz w wieku 65 lat, choć wciąż nie wydaje ci się, że starość to coś dla ciebie… bo przecież może się nie przydarzyć. Nie jest wciąż jeszcze realne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mroczna geneza” – bo świat to koszmary. A człowiek zawsze będzie uważał się za… naturę, lub boga, lub wszechmocne coś zdolne wszystko. Nie oszukujmy się, to dzieje się przez cały czas. Ten lub tamten uznaje się za demiurga i zwyczajnie zmienia to, co jest, wykorzystuje naturalne siły, by potem sprawnie wpłynąć na koszmar ogarniający ziemię. Wszystko pod sztandarem nauki… bo jak nauka, to przecież można wszystko.

Ian Tregillis przenosi nas ku początkowi II wojny światowej. Wszyscy już wiedzą, że Hitler coś kombinuje, czują pod skórą ową niepewność nadchodzących dni… ale poza tym, co oni czują jest koszmar jaki rodzi się i umiera w pewnym Domu Dziecka. Koszmar, który wpłynie na wszystko to, co dopiero się wydarzy. Jednak czy to magia, czy jednak tylko nauka? A może jedno i drugie, bo gdy po jednej stronie kanału dzieci umierają, po drugiej krwią pieczętują przerażające umowy. Pełne owej młodej naiwności wplątują się w kontrakty, za które zawsze trzeba płacić najwyższą cenę. Czy ojciec oddający swoje dziecko potworom nie jest lepszy niż doktor ulepszający dzieła narodzone? A może tak naprawdę cena nie gra roli? Nie ważna jest jednostka?

Dobro ogółu dobrem najwyższym?

Trudno ocenić, opisać i wytłumaczyć co się czuło czytając tę książkę. Właściwie, nawet mimo dodanych retrospekcji przez cały czas miałam wrażenie, jakby było to bardziej rozbudowane opowiadanie, niż powieść. Brakowało mi opisów, głębiej opisanych osobowości, owego czegoś więcej. Mimo zaznaczonych głównych postaci, nie wiadomo kto jest tutaj najważniejszy i co tak naprawdę ma być osią historii… i może o to chodzi? O ową niejednolitość, dziwne zderzenie wyższych myśli z odrobinę fantastycznymi relacjami? Zwykłych ludzi, którzy nagle muszą żyć z tym, co mają przed oczami, a co dotąd było czystą fantastyką? O owych codziennych, którzy kąpią się w krwi innych, a jednocześnie pragną zwyczajności, rodziny i spokoju?

Przeczytajcie, jeżeli szukacie czegoś więcej w literaturze. Nie dla rozrywki, wybuchów, przygody, ale przemyślenia praw władających światem i tych, które dziwnie tworzy sam człowiek.

Świecie słońce, pada deszcz, wieje wiatr… i wszystko oczywiście w tym samym czasie!? Nie mam pojęcia jak Wyspa to robi i co chce ową umiejętnością poważnie nadprzyrodzoną udowodnić, ale jej wychodzi. I tylko po hałasie kropel walących w dach, człek się orientuje, że coś jest nie tak. Że owo walące słonko w rzeczywistości może i jest gorące, ale jednak kurcze nzbytnio mokre! A ta cała euforia barw, które nagle monitorują życie wewnątrz domu, tylko i wyłącznie dlatego, żeśmy wymyślili szybki, to wietrzne dzieło. Jakoś lubi zaburzać ową równość spływowych układów.

I co tu teraz odpowiedzieć, gdy pytają o pogodę. Poza nadzwyczaj logiczną odpowiedzią, że tak mamy coś takiego, jak ową dziwną, zawsze intrygującą wszystkich pogodę! I jakoś nie wkraczać w specyfikacje?

Zresztą co to w ogóle jest za gadanie o pogodzie. No jest i tyle. Opisowość i tak wam przecież nic nie da? Co komu do tego ile mnie obdeszczyło i ile obsłoneczniło, no i szczególnie, w których to miejscach mnie podwiało? Bo przecież tak naprawdę to trochę niegrzecznie tak pytać o pogodę. A potem jęczeć: a ty to masz fajnie… Jakie fajnie? A jaki ja kurde mam na pogodę wpływ? Co to wykradłam rosyjskie pogodowe maszyny i trzymam wam je nad głowami zasłaniając każde słońce? Zwołuję dzikim tańcem chmurzaste panienki wam nad domy, coby tylko się nie ziścił jasny dzień?

Nie czuję się winna! I kocham deszcz i śnieg… A jęczenia pogodowego nie lubię i totalnie nie rozumiem!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stworzenie… została wyłączona

Pan Tealight i CSI Ziemia…

„Na świeżo ulepionym człowieku pozostały odciski Boga. Ślady namacalne jego mijającej obecności, dominant wszelkiego przyszłego rozwoju i istnienia. Znaki zapowiedzianej i dokonanej zbrodni na tym, co nazywamy swobodą i wolnością. Piętno niewidzialne, którego nie sposób się pozbyć. Niewidzialne, ale jakże odczuwalne. Swędząca metka z dziwnie zawstydzającą ceną i opisem towaru, numerem licencji i obiektu, kodem paskowym, datą przydatności do życia, z instrukcją jak prać, prasować i na co stosować, z czego wykonano i właściwie gdzie…

Od początku namaszczone kontrolą, przeznaczeniem, zemstą na stworzonej ziemi… zwykłe ciało.

Demiurdzy mają to do siebie, że gdy tworzą naprawdę, to nie baczą na to jak. Nie interesują ich rzęsy i włosy zagubione w dziele, ślina, którą rozrobili farby i dorzucone resztki jedzenia. Paskudnie to wszystko brzmi, ale nauka lubi wszelką paskudność wydzielin i rozkładu, więc dlaczego nie… oprószyć człowieka, zdjąć odciski, oddzielić narzucone DNA, ową boską iskrę, ten wszelaki pęd ku tworzeniu?

Jednak, gdy go poznasz, czy wciąż będziesz sobą? A jeżeli się okaże, że Bóg wygląda jak ów najbrzydszy z ludzi? A jeżeli stworzył cię na podobieństwo, ale owej wyfotoszopowanej serii zdjęć spod prysznica? Z lekką nutką dekadencji, tłem z palemkami i oświetleniem aż nazbyt sprzyjającym?

Co wtedy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat Wyspy jest ciemny. Ekologia wymusza na dwunożnych, dziwnie ślepych stworzeniach ograniczenie nocnych podróży, gdy światło skąpi swoich mocy. I dwunogi jakoś to znoszą. Co do reszty świata, tego z bijącymi sercami i tych, którym już mało co tam bije… jakoś sobie radzą. I tak myślę, że bez światła nocą da się żyć. Że jeżeli śpisz, to na kija ci ono potrzebne – poza widoczną drogą do kibelka?

Iluminacje Wyspy mijają z tajemniczą Północą. A może chodzi o to, że jesienią i zimą Północ zwyczajnie oszczędza na makijażu i chodzi w szlafroku i jakoś tak sobie nie życzy, by ją w owej koafiurze oglądać? Któż to może wiedzieć? Jest ciemno tak, że… no nic kompletnie nie widać. Poza dziwnymi światełkami, gdy to zderzony z twardą powierzchnią mózg ofiary zaczyna się buntować przeciwko jego własnej ciapawatości i brakom w ewolucji, która nie przemyślała montażu lampki na czole… takiej niewielkiej, zasilanej od dupska strony?

Ale czy wtedy w ogóle ktoś pozwoliłby nam na odpoczynek? A tak przynajmniej robić możesz… niewiele. Wyspa wymusza na dwunogach zwyczajowe wstań i śpij. Czas na pracowanie i czas na śnienie. Jakby kompletnie nie wiedzieli, co tak naprawdę dla nich dobre? I może tak jest? Wiem, bo po raz pierwszy od… chyba nigdy siedzę w łóżku i nie mogę się ruszyć. Atawistyczny głos przeszłych dusz, owo śmieciowe DNA zmusza mnie do pracy, ale jednak ból hamuje. Gdzie z tymi pomysłami na szorowanie półeczek? Raz w roku wytarczy!!! A ogród sam się wysprząta!!!

Poczucie winy, tłuste i dziwnie rozbawione rechocze w kącie. Oj tak, masz się dobrze świntuchu! Tylko jak się ciebie pozbyć? Autochtoni i tubylcy maści wszelakiej na Wyspie potrafią odpoczywać. Wakacje są wielokrotne i powtarzalne, a w ciągu dnia posiłki należy spożywać i odpoczywać. Jest to normalne zachowanie, niczym wdalanie i wydalanie, więc dlaczego do grzyba zielonego tak trudno mi to od nich zgapić? Wbić do tej durnej makówki? Dlaczego!!!?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i CSI Ziemia… została wyłączona

Pan Tealight i Serce do Wynajęcia…

„Gdy mrok totalny spowija Gudhjem, jakby cała ta śnieżna kula, która otacza Wyspę przyjmowała przydymioną szatę, świadoma, iż gdzieś tam jest światło, ale tutaj mrok musi się wyszaleć… dlatego mu na to pozwala. Gdy nawet świeczki i tealighty się wypalają, a dokarmiona światłem dnia ułudne światełka na ścieżkach migocząc przymykają zaspane oczy… Gdy lampy zasypiają, a gwiazdy przechodzą na drugą stronę mocy – znaczy wiecie, tą ciemną! Gdy morze się nagle uspokaja, a spragnione twardszej podniety łodzie, ocierające się o kamieniste nadbrzeże dostają to, po co przypłynęły… coś jednak wtedy migocze, teraz bardziej widoczne, niż wcześniej, dziwnie zachęcające, spragnione zainteresowania…

… Serce do Wynajęcia.

Tuż obok drzwi kina, szybki w niebieskiej obwódce, niczym zamknięta w protokątnym pudełku najczystsza fantazja, marzenie i wszelka możliwość… Oczywiście dopasowane do każdej potrzeby, działające od zaraz i dla każdego, przyzywające barwami kamienia księżycowego…

…bije i czeka,
czeka i bije,
bije i czeka.

Od tak dawna nikt się na nie nie skusił. Nikt nie podpłynął do portu z owym pragnieniem, by je odnaleźć, z mapą prowadzącą do owego skarbu, by przyjąć, poczuć rytmiczne bicie… A nawet jeżeli o nim wiedział, w jakiś sposób odkrył jego istnienie, wypróbował, jeżeli pragnął, to nikt nie wziął Serca na dłużej, nikt nie uczynił go na zawsze swoim. Nikt od tak dawna nie zrobił miejsca na nowe, a przecież nowe spadają codziennie z DrzewSerca… i gniją niechciane, niepotrzebne. Nikt nie odważył się być z nim, bić i jednocześnie być z innymi ludźmi. Oddawali je tak szybko, wyrywali z piersi, nie zważając na ból jak najszybciej chcieli się go pozbyć. Nie dbając o higienę, nie zważając na regulamin… nie ma już ludzi zdolnych żyć… z sercem.

Dlaczego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Hymn do Człowieka Co Mnie Czyta!!!

Jakkolwiek zdaje mi się to wciąż czystą fantazją z pogranicza utopii, to jednak jest taki człowiek. Elfica Zawsze Dziewica co mnie cyca, kurde znaczy się czyta mnie. I jakoś tak, mimo że to tylko internety i cała ta ułuda, jakoś tak stara się mnie poznać, co przyznaję nie jest łatwe… sama się z tym męczę i wciąż żem w borze, takie ze mnie, no wiecie… takie niebożę!!!

Albo inna ciapaja.

No i chodzi o to, że pomogła ćpunowi w potrzebie. Znaczy mi… nabyć powieść, której pożądałam… „Pisane szkarłatem” – ot tak zwyczajnie kocham Bishop. Jej sposób pokazywania jak świat mógłby funkcjonować, gdyby mężczyźni choć trochę widzieli w kobietach… kobiety, a kobiety… mężczyzn.

No mniejsza miałam marzenie, a ona pomogła mi je spełnić… z gałkami ocznymi, czekoladą, sezamem i elementem pachniuchowym do ust, który przypomniał mi sypane rozpuszczalne herbatki zez starych czasów…

Ale nie tylko… bo poza tym dodała coś od siebie, tak jak lubię. Odcisnęła kopytko w moim życiu…

Ale co ważniejsze… zrobiła mi prezent chciany, prezent upragniony, a niespodziankę jednak… Czyli najnowszego Gaimana!!! Pięknego, cudnego, kochanego mojego, o którym marzyłam, ale wiecie jak to jest, leki najpierw, potem podatki, jedzenie, oddychanie… no wiadomo. A ona zrobiła mi niespodziankę i to taką, o jakiej marzyłam!!! No TAKĄ NIESPODZIANKĘ…
I strasznie Ci Elfico za to dziękuję!!!

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna w stalowym gorsecie” – za łatwe, za naiwne, za infantylne… Zwyczajnie bez tego „czegoś”. Ot kolejny świat, w którym rządzą nastolatki, nagle trzymającę władzę nad wszystkim w swoich wciąż niezbyt pewnych, ale dzielnych i oczywiście pełnych mocy dłoniach. Oczywiście nastolatki z traumami i po przejściach, bo wiecie, no tak już jest.
Wot i sztuka!
Do szkoły!

Opowieść Kady Cross, z jednej strony jest dziwnie prosta, z drugiej naszpikowana ową wiktoriańską metalowością. Cudowne organity, wszystko jest możliwe, ale też trzeba czasem zapłacić za to cenę, aczkolwiek jak nie, to nie. Główna bohaterka właściwie szybko znika i przedzierżnąwszy się w czteroosobową uposażoną i dostojną ekipę uderzeniową – co to ma swoje problemy i osiągnięcia, oczywiście ma się zająć tym, czym powinni dorośli z Yardu, ale wiecie, ta szlachta! Te wyższe sfery! Przecież oni wiedzą lepiej… No mniejsza, zająć się mają ratowaniem świata! Przed mechanicznymi podróbkami, automatonami i wszelakim tam działającym na metalowo cudactwem. Oczywiście odpowiednio odziani, bo hej w metalu bije się najlepiej!

Książka na pewno cudowna dla nastolatek, którym wystarczą wybuchy, miłosnych oczu zetknięcia się i dialogi. Bez opisów, bez zbędnych i nadmiernie obciążających umysły technicznych frazesów. Miłość i ratowanie świata, trudna przyjaźń i TFU!!! całe to wybaczanie. Moce dziwne, które oczywiście trzeba spożytkować dla dobra świata, aczkolwiek jak coś się nam nie podoba, to sio… Fajni jesteśmy tacy i wszystko nam wolno, a na dodatek tak wiele nam w duszach gra. I choć powiązania i całe to tło dałoby się uratować lepszym językiem, głębszym wejrzeniem w postaci, no cóż… tego zabrakło, a bez tego ta powieść jest dziurawa i nijaka.

Ostatnio mam wrażenie, że na świecie istenieją tylko owe nastolatki i tak się zastanawiam, że stara jestem, pewno przegapiłam te swoje moce, ech!

Liście opadły z drzew. Głęboki dywan pyszni się na ziemi. Ścieżki i dróżki zniknęły, odpoczywają przed czasem gdy znowu będą musiały dokądś prowadzić, biec tam i z powrotem. No chyba, że są tylko w jedną stronę, to wtedy nie… chociaż kto tam wie jakimi ścieżkami chodzą scieżki? Dookoła wszystko jest dziwnym poszumem. Wiatr może lekko zwolnił, ale wcale nie ucichł skubaniec. Jak na prochach, co to oparły się sile natręctw, tępi każde liściowie na gałęziach. Wyrwie każdą blaszkę i każdego, upartego i zakręconego, ogonka.

Tylko co z tym dziwnym poszumem? Co z owym liści drżeniem. Liści które spały zbyt szybko i zbyt nagle. Nie tylko nie zdążyły zczerwienić się pychą z góry, ale nie odbyły owego tańca godowego w powietrzu. Nie pokochały, nie spożytkowały uczucia, nie spotniały z owej krótkiej namiętności…

Czy możliwe jest, krocząc przez ów nagi w górnych rejonach las, tak naprawdę stąpam po zatłoczonym łożu? Łożu, w którym gromady różnobarwnie umaszczonych kochanków poszukują swoich miłości? Bo każdy liść ma tylko jednego jedynego liścia, którego kocha. Nie zastąpi go jakimkolwiek, którego na pewno znajdzie na swej drodze, ot by się bzyknąć bo potem może szansy nie być. Liście to w rzeczywistości fascynująco monogamistyczne stworzenia. Rodzą się z ową miłością do innego liścia, która w nich kwitnie, przeobraża się w wilgotną, soczystą zielonkawość, by w końcu dojrzeć barwami i skonsumować owo fantastyczne uczucie…

… potem, gdy nadchodzi czas tańczą w powietrzu, życząc sobie poszumem, by odnaleźć na drodze tego, którego kochają… i czasem się im udaje. Jednak zrzucone brutalnie z drzewa, boleśnie zderzone z ziemią, nie odbyły tańca, czy wciąż jednak mogą się znaleźć? Zaznać owej upojnej chwili i w owej skończonej radości oddać się z powrotem ziemi? Czy tak naprawdę mogą?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Serce do Wynajęcia… została wyłączona

Pan Tealight i Podlotek Przeleciany…

„Wiało.

Wszystko było wyłącznie splątanymi masami powietrza, które załapały się na darmowe linie lotnicze, choć bez przekąsek i z kiepską obsługą, no i zamierzały to naprawdę wykorzystać. Niektórym udało się nawet dostać na loty dla kulistych-artystycznych. Zmotani w wielkie, ciężkie wietrzne kule, radośnie rozplaskiwali się na ścianach, dachach i oknach. Na tych ostatnich pozostawiając dziwnie zapocone, straszne ślady walki o jak największą powierzchnię kreatywną.

Ale byli też ci odrobinę niechętni. Ci nie dający się skusić reklamowym zachęcajkom, ci dziwnie asertywni, gdy szło o kubki, przypinki i arystokratyczne tytuły dorzucane gratis i oczywiście ci, którzy umieli czytać ze zrozumieniem i na dodatek łapali się na mały druczek…

To dlatego Pan Tealight z Ojeblikiem – małą, uciętą główką, oraz trzema, najbardziej krwistożernymi Wiedźmami z Pieca zaopatrzył się w siatkę z Bramki nad Morzem. Bramka dała się przekupić pieszczotliwym golem i opakowaniem baloników urodzinowych, lekko perforowanych i truskawkowych forjorpleżeronly. Gdy tylko, jak co noc, pogasły wszystkie lampy, łącznie z tą do Narni, którą ostatnio Aslan znowu obsikał i pożółkła… rozwiesili siatkę, której oczka wcześniej zaciaśnili, pomiędzy dwoma domami, nad najbardziej wiejącą drogą.

I czekali.

Zauważyliście ile spraw kojarzy nam się z wiatrem… pierdzenie, podlotek, przelecieć, wzlecieć, dmuchnąć… więc oni czekali. Najpierw podleciała torebka foliowa, mimo wszystko nie najczęstszy element łapany, potem potężne stadko zakonnic, któe od razu trafiły na grilla, będą potem w słoikach i zalewie octowej. Jakoś ich się nigdy nie trzyma olejna i słodka. Ptaki jako jedyne od razu były prowadzone do punktu opatrunkowego, czyli Smoka z Komina i wypuszczane w świat, tym razem na pazurach. Elementy wytroju ogródków dzielnie najczęściej podnosiły się na połamane nogi i leciały dalej, ale co do doniczek, to raczej się uchylali. Ojeblik liczyła na coś na główkę, więc pilnowała latających owiec, problem z nimi był taki, że przeskakiwały przez barierkę, ale od czego było lasso? W końcu zrobione ze skóry Myślącego Węża! Jedzenie od razu zabierały Wiedźmy, a cała reszta nie miała zamiaru wchodzić im w drogę, bo czasem zwyczajnie nie warto.

Przyznać jednak należy, iż mimo rekordowego pędu, nośność w Wiaterze dość leżała, tylko jedne grabie, taczka i trzy karmniki? Ani zabawnych elementów garderoby, owych porzuconych przez Turyścizną na plażach i miejscach biwakowych, owych zapomnianych gacioszków… choć jak i ich nie zapomnieć, jeśli to tylko sznureczek? Na procę się jednak nada! Ani jakiś potworów, którym możnaby zarzucić niemoralne prowadzenie się… aż w końcu coś się zaczęło błyszcząco kolebać na horyzoncie. W końcu. Jakaś taka biel z czerwienią, ale bez krwawych aromatów. I dziwnie tak leciała. Wiatr ją raczej przelatywał i przesuwał, jakby sprzeciwiała się jego nadrzędnej pozycji, jakby nie poddawała się prawom natury…

… i nuciła. Owa Przesuwna i Przelotna Pani Domu nuciła, ocierając omączone dłonie w fartuszek.

„… a ten orkan orkanem,
ja tu bezlistna ostanę!!!”

Osiadła pomiędzy Chatką, a Domkiem Sąsiada i odmawiała dalszych lotów. Wiedźma Wrona Pożarta wyraziście, nie powstrzymując się, klęła we wszystkich, danych jej językach, dopóki Pan Tealight nie nalepił na czoło blondyneczki zestawu znaczków i hasła: „Przesuwna i przelotna Pani Domu pozna pana w wieku podskocznym w celu wielu ogólnowymiarowych podróży.” Trzeba przyznać, że chyba ją rozjuszyli owym niechceniem, bo się opierała dopóki nie ujrzała zestawu Ojeblika do tworzenia zabawnych muffinów. Level hard. Potem poszło łatwiej. Popłynęła pierwszym dostępnym promem z powrotem na kontynent.

Po prawdzie, to wszyscy na coś czekali. Zawsze czekali… na NIEGO Podlotka Przelecianego. Na owego jedynego, któremu nie był straszny żaden powiew. Zobaczyć go zapewniało szczęście na 768 lat nieprzerwanego życia. Jak po zmartwychwstaniu, promocja już nie obejmowała zdechlaka. Mówiono, że kiedyś poleciał tak, jak nikt inny nie poleciał i po tym Wiatr zrozumiał, że nie mogą być razem, czy coś, bynajmniej mocno nim rzucił i Podlotek się obraził… i rzucił pierścionkiem, trafił w oko, stłukł ulubioną filiżankę i pieseczka z porcelany, no sami wiecie.

Miłość.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pokarm przybył!!! Oto i moja ambrozja nektarów, mjut, manna ranna i haj, i pomidorowa Babci z literkami! Czekolada spod stołu i sopele zimą i chelb z cukrem i wodą, masło, coca cola ze szklanej butelki… Lody cassaty, ciepły chleb wystany w kolejce z dziwnymi ludźmi, których się nie znało i nie trzeba się było ich bać i jajka w podróży, kanapki z serem i ciapajowatym pomidorem… i pomarańcze, które wschodziły tylko na Święta.

Ech! Jedzenie staje się mityczne, gdy łączy się je z pewnym czasem… a w rzeczywistości pewno nic w nim nie było?


Z cyklu 31.10!!! Piękna i papierowa… moja i tylko moja. Bo dyniożarły jak ja, te co nie lubią dyń w formie gryzionej i przełykanej, muszą mieć papier!

… w niej oczywiście znowu ja, a na Virtualo oczywiście do wzięcia za darmo trzeci tom Halloween po polsku – Księga cieni!!!

Poczytaj mi mamo – ale wiesz, nie gryź!

Z cyklu przeczytane: „Uwięziona królowa” – opowieść o czekaniu, knuciu i wszelkich babskich mocach. Maria Stuart pragnęła mieć wszystko. Tak ją wychowano, więc kiedy świat przestał tylko dawać, ona zaczęła walczyć… Co tak naprawdę zniszczyło jej marzenie o koronie? Nie wiadomo. Może jednak owa miłość, zniszczenie ochronnej tarczy, która opisywała królową jako osobę boską? A może nie miała tego, co miała w rzeczywistości Elżbieta?

Philippa Gregory po raz kolejny wkracza w życie Tudorów. I po raz kolejny ofiaruje nam opowieść dotąd tak nieopowiadaną. Coś nowego, choć przecież historia już o tym mówiła… Ale kto w rzeczywistości jest bohaterką tej książki? Maria, czy jednak zaradna, twarda, fascynująca Bess? A może jej mąż, ten, który zwariował, gdy ujrzał anioła? Nie odpowiem na to pytanie, ale sprytne zestawianie dziwnie nudnej Marii z cudownie zaradną Bess, zwykłą dziewczyną, która obiecała sobie nigdy nie być biedną, oszałamia. Nagle nie wiadomo kto tak naprawdę jest KIMŚ!

Jak zwykle w pierwszej osobie, opowieści trzech bohaterów przeplatają się pięknie ze sobą. Mimo iż obserwujemy ich tylko przez krótki okres czasu – uwięzienie Marii Stuard w Anglii, to jednak dziwnie powolna, drobiazgowa narracja przykuwa. Jednym może się zdać nazbyt wolna, nazbyt rzucająca w twarz każdym elementem, dla mnie była odpoczynkiem. Podróżą w przeszłość i teraźniejszość trójki osób powiązanych obowiązkiem, pragnieniem, przeznaczeniem i strachem. Ona jest królową, on członkiem starej szlachty, dumnym, ale dziwnie ślepym, niezaradnym głupcem, a ta trzecia, która winna być pierwszą… cóż, właściwie jedną z owych pierwszych kobiet, które wiedziały czego chcą i zrobiły wszystko by to osiągnąć… cóż, może poza miłością? Tak naprawdę obydwie są władczyniami, tylko że jedna niszczy królestwo drugiej…

Wiecie jak się ta historia zakończy, właściwie wiecie też jak się potoczyła, ale pomyślcie jakby to było towarzyszyć im prawie codziennie. Podglądać jak powoli wszystko się toczy, niczym fale zarzucając euforią, by potem opaść złudzeniami…

Wiatr lekko ucichł, ale Wyspa wciąż się chyba kołysze. Niebiosa zdają się szalone, jakby w końcu uzyskały dostęp do wszelkich produktów koloryzujących, zwyczajnie wypróbowywują każdą możliwość. Nie ma tego, co może się nie zdarzyć! Śliwkowy, a morze brzoskwiniowy, małe zielone obłoczki na wrzącym fiolecie – da się zrobić, nie ma problemu, ale czy nam do twarzy? No i naprawdę wydaje się wam, że nie możemy mieć i deszczu i słońca i dziwnych układów chmur? Ależ proszę bardzo, w końcu któż lubi mieć mówione: nie potrafisz!

Bo niebo może wszystko. Nawet jeżeli to jakieś zagramaniczne wiatery je chłoszczą, próbując zwyczajnie pobić rekordy w ilości porwanych dziewicom chusteczek do różowych nosków. Ot tak, by potem wydusić z nich łzy – podobno świetne są do smażonej rybki, lekko trawocytrynowe! I doprawdy droższe niż sprzączka do nosa z kiełka jednorożca. Któż by pomyślał, że taki deficyt w tym towarze?

Wiatr zabrał sobie liście i nagusieńkie konary i gałązki, pieńki nagle z kolorków odarte, drżą melodycznie. Jakoś tak zaskoczone przyglądają się sobie, jakby naprawdę nie pamiętały, że to już im się przydarzyło, że rok temu już tak było, że może i większe i pełniejsze, wyższe i bardziej rozłożyste, to przecież wiedzą co je czeka i wiedziały, że tak się stanie.

A może mają nadzieję? Spoglądają na te iglaki i modlą się do Boga Blaszek i Ogonków o wiekuiste obliściowanie? O nieupuszczanie ogonków, nie gubienie blaszek… tylko czy ten bóg ich słucha? Chyba nie. A może i iglaki mają Boga Nietępości? Może modlą się o odpuszczenie igieł. O ową dziwnie nęcącą nieznajomym nagość, która mogłaby później wydać wiosną kwiaty i porodzić ostro zielone, maleńkie, dziwnie tłuste, śliczniuchnie liściaczki?

… całkiem tępe?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podlotek Przeleciany… została wyłączona

Pan Tealight i Everydaj…

„Na świecie dzieją się rzeczy dziwne. Tak po prostu. No w końcu muszą coś robić. Ile można się nudzić w owym Wszechświecie, skubiąc czipsy i oglądać mydlane opery? Ile można malować paznokcie u wszystkich macek, strugać sosnowe gupki, no i oczywiście uzupełniać w zeszycie tabelki z ulubionymi potrawami? Bezczynność w końcu nie leży w ich naturze, a samą ową naturę dziwności, tylko sporadycznie spolizowuje przytulne, miękkie lenistwo.

… od niechcenia.

Tak w rzeczywistości normalność i zwyczajność nie są nawet definiowalne. One nawet nie bywają. A dziwność, ostatnio zdaje się mieć aż nazbyt wiele do roboty. Puszy się na każdym przyjęciu, namolna celebrytka w botoksach, cekinach i strojach mających więcej wspólnego z firanką i ulem, niż tak zwanym odzieniem… Ot staje się stałym elementem codzienność, ową nieodłączoną wolą Boga Everydaja. Tego od poranków, dni i nocy. Takich wiecie co zachodzą zawsze, choć wam się zdaje, że to świństwo, iż świat nie zauważył waszego cierpienia. Że właściwie się dla was skończył. Szczególnie od poniedziałków i piątków trzynastego.

Dlatego skrzynki pocztowe wybijające kanonadę pod dyktando Majestatycznego Pana Orkana mają się dobrze. Wirujący w nieustającym powietrza poszumie feedownik też. Wszelkie elementy dotąd nielotne mają w końcu za swoje. Nici ze spokojności przyczepności do podłoża. Wszyscy latają! Jak był prikaz, to nie ma od niego odwrotu. Nawet zwolnienie od mamusi i babska niedyspozycja nie zezwolą na brak lotności, ani nadwaga! Nic w tym dziwnego? A może i tylko samo dziwne? Normalnie w końcu metalowe elementy nie dostają nibynóżek i sowich skrzydełek, i jakoś tak zwyczajnie nie pędzą w wietrznym korowodzie…

Pan Tealight z całą resztą wyposażenia Białego Domostwa zabunkrował się w środku razem z pokaźną kolekcją wypieków, bąbelkami niekoniecznie w butelkach oraz trzaskającym ogniem – ten akurat był tam, gdzie należy… i nie zamierzał wychodzić na ową taneczność i lotność. Na ową dziwność i pokaz baletu nowoczesnego Boga Everydaja. Ale jednak biegnąca ścieżką książka, z rozwianą okładką, gubiąca dwie zakładki zmusiła go do podejścia do okna. Nie żeby była dziwna, czy nietypowa, ot po prostu woda się jeszcze nie zagotowała na herbatę… no i mimo wiatru w jakiś sposób książka utrzymywała się blisko podłoża. Za książką biegła Wiedźma Wrona Pożarta. Obśliniona, co widać było z daleka. Jakby ją ślimaki wycałowały, ili nawet coś gorszego… Zresztą była na tyle mało odziana, znaczy skąpo, że serio BYŁO WIDAĆ. Możliwe, iż biedne lepkie stworzonka poszukiwały schronienia na zimę, lub coś… Było to dość obraźliwe, dla wszelako zamiatanego, porządnego układu okolicy.

Znaczy czas Wielkiego Głodu Wiedźmy się skończył. Czyli dziwność powinna ustąpić choć na chwilę? Chociaż kto to może wiedzieć? Co jest dziwne, a co normalne, co zwyczajne, a co ma wytatuowane na pośladkach NIESAMO WITE?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu nowe książki! Wygrana od czytam.pl – wielkie dzięki za przesłanie nagrody!!! I to tak szybko. Wichura taka, sztormowa i szalona, że pewno i jakiegoś zombie na skrzydłach przyniesie… a ja na tym głodzie pewno i takowego zombiego bym jakoś tam przeczytała!!!

Oraz papierowe wydanie 31.10 tom II! Piękne i do tego prawdziwie biały kruk, znaczy wrona, co nie!!!

Tutaj możecie obejrzeć trailer do trzeciej części! I wniej znajdzie się moje opowiadanie, tym razem z zaklęciem z pewnej księgi…

Wieje.

Właściwie chyba nie do końca wieje. Raczej duje. Gromada potępionych dusz, tych co się nie załapały na światło, bo wyłączyli jeszcze za dawnych czasów, wiecie ekologia, oszczędzanie i takie tam… chórki śpiewa. Trzeba im przyznać, że równo wyją. Niczym nadzwyczajnie długi, dziwnie nie ustępujący pod naporem innych wyziewów, pierd. Wzbogacony o dwa soprany, bas i solówkę na altówce. I może jeszcze harfę? Oj tak, chyba serio słysze i harfę? I saksofon? A może i akordeon, co trochę przeraża… Właściwie, to trudno stwierdzić czego się nie słyszy… Bo może i wiatr zwyczajny dla Wyspy, może i codzienny i wcale nie taki dziwny, to jednak ten zbliża się nadmiernie ku mianu Siemowit Sonne Epicki.

Ten, który zabił moje pamiątki z podróży, co to się bezpiecznie suszyły na zewnątrz, a o których na śmierci życie zapomniałam!

Wiatr nie toleruje sklerozy. Tępi ją skutecznie, ale czy będę pamietała o owej stracie następnym razem? A może nie będzie następnego razu, tylko w końcu tańczące dookoła mnie ściany, powiewy wciskające się we wszelkie szpary, szczególnie te, o których nikt mnie nie informował, weźmie dom do góry, potrząśnie nim niczym szklaną kulą i popatrzy jak się w śnieg obracam?

Oj, a mówiłam coby u Dorotki z Kansasa wykupić tutoriala: „Jak przeżyć, gdy wieje, a Toto chce kupę!” oraz „Trzy porady jak dać radę bez rady w nieważkości”… może i „Każdy but dobyr na twoją stopę?”. Nie wiem, moim zdaniem to tak świństwo swoim M15 spadać na czyjąś cielesność i robić jej M1 z teraźniejszości i to na bosaka! Ale też co ja tam wiem! Nie mam w zwyczaju latać domem… znaczy się i mam nadzieję, że raczej to się nie zmieni. Serio, nie wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Poczekam do następnego może? Albo i tego po nim?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Everydaj… została wyłączona

Pan Tealight i Miejsce Z Drzewami…

„W Miejscu Z Drzewami dzieją się dziwne rzeczy. Na porośniętych niepokojąco podejrzaną, przestrzennie zmienną w kształtach i kolorach korą, na owych zgrabnie zawstydzających, pnących się w górę belkach, rosną grzyby. Gromadzą się pomarańczowo i mlecznie dookoła tego niby pnia, tańczą, pomiędzy sobą śluz i pajęczyny wymieniają. Zdawałoby się, iż wystarczy je polizać, by ulecieć dzięki nim w niebiosa, ale ziemia taka miękka, namszona przestrzeń bez liści zdaje się wypasioną kołderką, której nie chce się opuszczać, więc nie… nie liżemy.

Odejdź Wiedźmo, jęzor wlazł z powrotem!!!

Tobie już wystarczy!

Z drugiej strony, myślę sobie, na miejscami przygaszonej ściółce też się pysznią wszelakie kapelusze. Jak zaskoczeni kolesie, pozbawieni herbaty i wymyślnej zastawy, bez króliczych bobków, ino w zajęcze odziani. A jeżeli o bobkach mowa… dookoła biegają dziwnie tchnący aromatami, zacietrzewieni mężczyźni w tęczowych strojach. Dysząca ich mowa spaja się ze świeżością Miejsca Z Drzewami. Myślę sobie, że może uciekają, wypuściły ich potwory, więc teraz garną się do fizycznych czynności, ale nie. Paszoł z tą wyobraźnią. Ot moda taka. Wsadzić się w plastikowe odzienie, nie oddychać ciałem, skórę spętać poliestrem, a potem biec dysząc niczym zgoniona konina, taka we flaczku. Albo rowerem przecinać niechodzone. Niedeptane miejsca rowkami znaczyć, a potem szprycha, gałąź i tragedia gotowa. A kij wam w oko, ale po kiego to hałas robić… więc włażę tam, gdzie nie wlezą. Choć mokro i mlaszcze podłoże. Choć się zapadam i niknę, jakby pożerana przez otoczenie, co potem mnie wypluje… Nie dogonią mnie tutaj i nie zjeżdżą, na kurhanie się rozkładam całkowicie, słucham tych wróżek, co im sikaniem zakłóciłam przestrzeń życiową, a co się teraz za mną gonią. Jakbym im coś obiecała, czy coś? W ogóle z perspektywy sikającej, kryjącej się osoby, świat widać inaczej… dopóki cię w dupsko nie ugryzie, bo choć jesień, to wciąż głodni na świecie są! A może jednak nie warto było dupska na obgląd świata wystawiać? Trzeba będzie może nad jakimś parawanikiem pomyśleć? Przenośnym i składanym… Ale przecież nie tylko ja to robię!!! Żebyście widzieli jakie wielki kupska raczej niska Wiedźma Wrona może po drodze i na drodze spotkać!!! Gigantyczne! A z tego co wiem, to u nas Godżille i inne zwierzątka domowe, co się wyprowadzania domagają, nie są wskazane.

… więc skąd te wielkie kupy?

Może lepiej się nie zastanawiać. Ot nie wiedzieć, udawać, że nie słyszy się dziwnie posępnych kroków za sobą, że nie widzi, iż mgły się dziwnie rozstępują, umykają przed czymś, czego nie chcą dotknąć… i może ja też nie. Choć znając moje szczęście, to nie umilkną te kroki. Będą juz teraz za mną chodzić, jakby nagle znalazły sobie nowe zwierzątko, cudaczne takie? Ale wiecie, co z tymi kupami? Czy zwierzątko może poprosić to duże coś, by robiło je z dala od legowiska?

Że Miejsce Z Drzewami? Ot bo to nie jest las. Nie można nazwać tylko LASEM czegoś tak fascynującego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Łażę po lesie i zdaje się, że widzę wróżki. Dziwne takie. Skrzydełka mają, unoszą się nad zjawiskową zielonkawością wilgotnegom obżartego starymi prochami mchu i tańczą pod zbędnym błękitem, w ciemnościach pełgzających i wszelakich dymnych… ekhm  zaksztuszaczach. Srebrzyście tak się unoszą, skrzydełka im z cichym bzykaniem tańczą pomiędzy gałązkami. Widzę jak spijają z maciupkich sosenek wszelaką wilgotność kropelkową, nasączoną żywicznie, aromatyczną. Piękne są takie, ulotnie krystaliczne, jakby każdy podmuch mógł je strzaskać w drobinki niewidzialne, ale wiecie… wdychalne jak najbardziej!

Tylko czy wróżką w proszku można się nawalić… znaczy chciałam powiedzieć: świata postrzeganie wzmocnić w granicach wszelako nierozpoznawalnych dotąd. W owym niemacalnym wszelakim haju? Tylko, czy to wskazane tak wróżki żreć bezczelnie, tudzież się owym pyłkiem inhalować?

Pełznę dalej w owym dziwnie zadrzewonym, załamującym czasy i przestrzenie świecie i na przemoczonych butach widzę rodzące się stawy i jeziorka. Jedne przylegają do sznurówek, inne znowu dumnie kołaczą się dookoła szwów. Jakbym juz tutaj miała zostać, jakby wszelkie poruszenie się nie miało sensu…

… bo w końcu w Miejscu Z Drzewami książki są wciąż wilgotne. Strony wciąż jeszcze rosną i wdychają te historie. Owych panien zamienionych w brzozy, drżących osikowych dziewic płaczących w strumyki, owych trolli, które zasnęły i dziwnie nie chcą się obudzić, bo im dobrze we śnie i skrzatów kryjących się pod gigantycznymi, rozłożonymi na cieniutkich splątaniach traw grzybach, niczym wszelakich ufokach, pod które zajrzeć się nie da. Bo i jak, głupio tak zniszczyć historię. O tych zakochanych co poszli w las, tudzież biednych dzieciach z nadmiarem chleba w kieszeni… tak w ogóle, to czemu one nie jadły tego chleba? Po ciemku i tak nie zobaczyłyby okruszków, a tak nie byłyby na takim głodzie by wpieprzać architekturę cudzą!!!

O owych zapomnianych szubienicach, pochowanych w kamiennych kręgach, które produkują dziwną poświatę, o miejscach, które budzą się tylko w jedną, jedyną noc w roku i tych, co nigdy nie zasypiają… no sami wiecie. Owych opowieści o wojnach i spokojnym świecie o magii i bogach, oraz czasach bez nich, dość nudnych w wyrazie. O królowych, których nikt nie szukał i księżniczkach z wyciętymi sercami, o siostrach pragnących odczarować braci i… kapturku co męczył wilka…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miejsce Z Drzewami… została wyłączona

Pan Tealight i Zesobą…

„Może i cykają sobie te fotki na każdym skwerze, przy co drugim krzaku dokumentując wszelakie dobra ruchome i nieruchawe mocno, owe nowe i zapomniane, sprzątanie kibelka i przeprowadzkę do pałacu, pomalowane paznokcie i śpiącego kochanka, focą się sikając pod drzewem i żując potrzyrazy każdy kęs – tutaj dołączają przepis: jak dotrzeć do knajpy, na którym półdupku usiąść i ogólnie z czym się jeść. Może i kupują kosmetyki i ciuchy. By ciało bosko zbliżyło się do idealności wymagającej wyłącznie fotoszopa… Smarują się i biją, witkami młócą skórki cytrusowe, zdzierają i kleją, ale w końcu przyklepią, pogłaszczą i dopieszczą…

… a może i…

Czyli znaczyłoby, że się kochają? Dbają o siebie. Dokumentują boskie własne posunięcia. Czyli doprawdy się wielbią na tyle, by tworzyć o sobie legendy, by spisywać wspomnienia, mówić, iż są wszystkiego warci, najlepsi, najśliczniejsi choć niedocenieni w żaden sposób, ale jedyni tacy… By do owych podobizn dołączać informację z numerem telefonu/konta/paypala i miejscem pustym na wklepaną intencję?

A jednak gdy wszystko ucicha. Gdy nie ma nikogo i niczego zdolnego polizać policzek nadstawiony i ten drugi też, wysłuchać, popatrzeć, gdy nikt nie zwraca uwagi, nie chwali, nie wywyższa ponad inne osoby boskie, gdy zwyczajnie nie obchodzą nikogo, to czy wydają dźwięk? Może… bo gdy nikt nie chce o nich czytać, ich oglądać, oj wtedy coś się dzieje. Coś się załamuje, trzaska pod naporem śniegu.

Gdy mają być sami ze sobą, nie mogą.

Nie potrafią.

Wiedźma Wrona Pożarta może i nie jest człowiekiem do końca, może coś się jej rozciapierzyło na ścieżkach entymologicznej genetyki, coś przyrąbało mocno z kosmosu zahaczając o ziemię i z koszyka ją wypchnęło, kocykiem poddusiło i w zęby wsadziło plastikową kaczuszkę bijąc po kończynach wieszakiem na ubrania… może i to podmieniec, jakoś nie uwzględniają reklamacji… Bynajmniej czasem i ona jest sama ze sobą. Gdy strony w niej nagle przestają szumieć, to co inni zwą dziwami ciągnąć za kolczyki i uprawiać sitriptiz na klamce od kuchennych drzwi. Gdy wszystko owo ucicha, a ona sama staje się tylko sobą… źle się dzieje. Nagle nic nie odwraca uwagi od samej siebie. Nagle wszelkie myśli zdają się czerwienieć z przypływu uwagi, rumienić się wstydliwie, ciepło się w niej robi nadmiernie…

I PUFFF Wiedźma Wrona znika.

Znaczy tak się nam wydaje, bo jakoś nie można tego udokumentować. Nie udaje się wpaść akurat w owym momencie, spojrzeć jak powoli, może z góry do dołu albo dołu do góry wtapia się w otoczenie! Znika. Nie ma jej. Znaczy prawdopodobnie tak być musi, bo co jak co, ale sama ze sobą ona nie wytrzyma!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na mojej Wyspie łatwo być samym. Jeśli nie liczyć drzew i krzaków, zajęcy wyskakujących nagle spod rąk, dziwnie spolegliwych saren, które gapią się na ciebie, jakby serio nigdy nie widziały czegoś takiego, a na dodatek choć popcornu już nie dawali, to przecież wykupiły bilet najdroższy, więc zrozumiałe, iż pragną wyciągnąć z tej imprezy ile się tylko da! Muszę przyznać, że te sarny są coraz bardziej podejrzane. Może stały karnecik, czy coś?

Mniejsza… łatwo być samemu. Łatwo kolibać się drogą poprzez pola, ale wciąż drogą całkiem główną i nie spotkać nikogo. Ot łatwo. Po prostu iść i nie obijać się o cudze marzenia i pragnienia, o owe inne wizje otaczającego nas, przecież tego samego świata, ani o łokcie rozpychające. Bo tutaj mało kto się rozpycha. Właściwie HAKUNA MATATA, i wszelako ASTAMANIANIA BEJBE! Wszystko można zrobić jutro, nawet to, co miało być zrobione na wczoraj. Bo przecież jest śniadanie/obiad/kolacja, wakacje kilka razy do roku, dbać należy o boskość człowieka…

Trudno nastawić się na pewną powolność Wyspy. Na owe: będzie co będzie, bo inaczej być nie może owo będzie, więc nie zawracaj mi głowy! Na to, że liście spadną i gałęzie nagością zdrożną spoją członki wszelakich autochtonów. Iż z łatwością przejść będzie można ulicami po sezonie, bo nikt nie zaparkuje jedynej drogi tylko po to, by sprawdzić jak elastyczny jest świat? Ot wolność rządzi! Włada nieuwaga! Bo tak. Bo Wyspa odpocząć też musi, a i obrażona bardzo, bo wielu wciąż ciągnie w tzw. cieplejsze kraje, nawet jak one straszą potwornymi rybami i regułami życia religijnego… a ona tylko chce by czycić ją wyłącznie!!!

Ludność Wyspy dzieli się na tych co tutaj mieszkają i Wyspę kochają strasznie, co w ich słowniku oznacza wyjazd na pół roku na Ibizę, Majorkę czy inne samby, oraz tych, co tu mieszkają. Bo tak! Bo inaczej się nie da. Bo inaczej dech odbiera, nogi plącze, zwyczajnie nic już w nich nie bije… a spokojność, cóż do niej trzeba przywyknąć. Nauczyć się zwyczajnie tak być dla siebie dobrym. Pozwolić sobie na spanie, odpoczywanie i totalne nicnierobieniowanie!

Trudne to cholernie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zesobą… została wyłączona

Pan Tealight i Ulotna Podejrzliwość Wygodnickiego Bytu…

„I co w tym złego?

Co złego w tym, coby pod paszkami nie dusiło, a i bez spragnienia nie piło, drutami w cycki się nie wbijało, coby po żebrami się nie kulało, paskiem przyciasnym nie spajało przepony? W przedziałek poniżej pleców się nie wgryzało, nie drapało i nie szarpało, nie swędziało i nie skrzypiało przy siadaniu. Cóż w tym złego? Tak fajnie czuć ziemię pod gołymi stopami, kąsające powiewy wiatru w miejscach, gdzie może i słonko nie dociera, ale inne rzeczy, no sami wiecie jak znaki ustawić…

Co w tym złego?

By włos w każdą stronę wywinięty na swych szlakach swojej ścieżki szukał? W końcu i tak wieje! Po co motać, kleić i koafiurą zniewalać? Niech se latają, ot i czaszka się może schłodzi, pomysłów trochę przestanie nadproduktywność prowadzić, może uśnie zmarznięta?

Dlaczego miękkie, bawełniane, nieopinające, dziwnie swobodnie zezwalające skórze tańczyć pod swoją powierzchnią… są złe? Owe plastyczne, oj trochę może w kolanach wypchane, ale jak fajnie się mieszczę, mogę zrobić przysiad i wstać i przysiad i wstać i przysiad i wstać… albo i nie, bo kolano mi poszło. Owe bluzy wielkie z kapturami, które zwyczajnie nie zmuszają tego co pod nimi do spięcia, owego wycykania się z roztępów i dziwnych spójności, co pozwalają fałdką zatańczyć na wietrze. I co złego w tym, że nie na obcasach. Drogi są jakie są, Wiedźma Wrona może i często nielot, ale przecież lubi pazurem kamyk zarysować. Obcasów nie posiada. Apaszek miliona, butów niebiańskiego zastępu… tęczy lakierów i szminek, sweterków, koszuleczek, koroneczek, zapinek, zaczesek, peruczek i dopinek, brokatowych utensyliów i tych dosadnie cielistych, pasów ze sprzączkami i cudów co same się noszą. Owych zmuszających do życia na wdechu kostiumów i wszelako szarmancko opiętych, pośladki podnoszących spódnic, w których zwyczajnie nic nie oddycha…

Bo i czemu nie? Odetchnąć tak na amen wieki wieków, alleluja! Nie żyć ową wolnością co to ruchów nie poniewiera, członków nie wiąże i nie pęta zamysłów podstępnych, co to się w owej ocieralnej wolności spokojnie i malowniczo rodzą? Kroczyć przez świat świadomym każdego kroku i każdej ciała rutyny.

Ale jakoś to podejrzane to wszystko. Dziwnie się czuję, jakby ktoś patrzył i pazurem na mnie karcąco kiwał. Atawistyczny lęk się we mnie onirycznymi strofami wtacza, mącąc i tak przecież zmętniały umysł… Jesteś dorosłą kobietą. Powinnaś tak wyglądać!!! Umalowana, na szpilkach, w kostiumie. Dopracowana i doprasowana, militarnie pobudzona, baczność i spocznij, a raczej nie, spocznisz sobie po zgonie, wcześniej nie!!! Wiedźma Wrona Pożarta słyszy taki głos czasem w lustrze, jak sobie brwi wyskubuje w swawolne mostki nieruchawe, jak kolczykami do siebie macha, bo inaczej stroni od Odbijacza Złudzacza, nie lubią się. Głupio się wtedy czuje stojąc w puchatych skarpetkach i gaciach oraz koszulce odsłaniającej… wiele. Ale przecież nikt nie patrzy, a przynajmniej specjalnie nie patrzy, wiedzą, że nie warto, bo jak ktoś przez przypadek to sorry! od razu ślepota pewna. Przywróci ją ino sok ze starych ziemniaków i pleśń z kiszonych ogórków obkładana na wywinięte powieki. Tylko kto się odważy? W końcu jak zobaczyłeś to, to jakoś zwyczajnie nie da się z radością dziecięcia na ową Wszechświata urodziwość spoglądać. Jakoś tak lęk człeka poniewiera, torba na głowę i lepiej udawać, że nas nie ma!

Kwestia umundurowania rodzi Ulotną Podejrzliwość Wygodnickiego Bytu. Ulotną, bo i tak założysz to co w szafie jest. Podejrzliwą, bo mało kto się do niej przyznaje, więc i wyników podejrzeć łatwo się nie da. Wygodnickiego, bo zwyczajnie w piżamie fajnie jest! A i Bytowi jakoś tak milusio, gdy się skuli, zakopie i nie myśli o tym jak to inni go widzą.

Bo też kto im się gapić kazał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Ósmy dzień na głodzie… a może i dziesiąty, nie wiem, nie pamiętam… Czasem zdaje mi się, iż to niebyt straszliwy paszczę swą na mnie zatrzasnął i teraz manczuje moje członki. Ciamka przy tym dosadnie obrzydliwie i nie wiem, czy mi to przeszkadza, czy w rzeczywistości odnajduję w tym obrzydliwą karę, wstydliwe nie do końca samozadowolenie? Może coś na kształt bacika i szeregu chwościków, pośladków i tym inszych elementów miękkich, starodawnych form kary, coto teraz wiecie, robią za literackie cuda seksualnych zachowańczości…

Mniej ni więcej człek na głodzie nie wie jak się zachować. Na dwór nie wyjdzie, bo w torbie pustki, obciążenia nie ma, a wiatr wieje! Poczytać się nie da, więc niby co mam robić? Komputer oglądać? To przecież robię to tylko z książką w rękach! Nie zaczynam filmu bez lektury, filmy nudne teraz, dziwacznie idiotyczne, jak ten „After Earth”… bolesna sprawa. Czyste cierpienie, koszmarna przeraźliwość szoku, co człeka ogarnie, gdy sobie uświadomi co tak serio ludzi kręci. Po pierwszych minutach ściana i głowa, stykające się nazbyt często rozpoczęły atak przeciwko jednostce do tego doprowadzającej, wykształciły mało zbieżne wszechświat i miałam przegibane! Szczególnie jak sobie pomyślę ile książek za kasę Smitha możnaby kupić. Tak pewno te z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości… co najmniej stado pisarzy!

Ech taki harem sobie założyć!

To jest coś czego nie rozumiem na Wyspie… ludzie tutaj czasem mają telewizory. Najbardziej luzują mnie te, co to zasłaniają widok na morze. Przecież to doprawdy idiotyczne!!! Może i moja jednostka zamaszycie wyciapnęła wieki lodowcowe temu pudło za okno, ale jednak pamiętam co nieco. Owo uzależnienie, a potem strach, że z pudełka coś wyjdzie, że zeżre mnie nocą i to nie w całości, cobym miała świadomość owego powolnego zanikania. I to nie w wymiarze cudownej diety, niestety!

Aaaa… no tak, wtedy były telewizory takie duże!!! Wiecie jak pudełko, nie papierek na ścianę. No mniejsza. Filmy nie, więc co? Pisanie pewno super jest i malowanie, ale ręce wysiadają, ciało domaga się słów i historii, a paplania wiatrów mam dość. Nadzwyczajnie ostatnio prężą się w gatunkach romantycznych, lirycznych i ogólnie operycznie mydlanych, więc nic z tego. Serio, bez książek ja zwyczajnie siadam w kącie i się kiwam. Jak Kiwaczek taki. Był taki miś Kiwaczek mu było…

… czy jak się urodziłam, to po Ziemi stąpały dinozaury? Matko Wyspo, moi profesorowie z grobów mnie w łeb pukają!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ulotna Podejrzliwość Wygodnickiego Bytu… została wyłączona