Pan Tealight i Stworzenie…

„Tak naprawdę całe to stworzenie świata, to zwykłe, poprawna logistyka. Poukładanie odpowiednio spraw, coby się wzajemnie zjadały. Od najmniejszego do największego, od chudego do tego mniej kostnego, od głodnego, do przeraźliwie obżartego… tego samego, co to ma miejsce jeszcze tylko na kawałek czegoś słodkiego, albo może i ze dwa kawałki? Dlaczego nie?

Wszystkim się wydaje, że o stworzeniu to od razu trzeba pisać powieść, hymny pochwalne i litanije, a na pewno stworzyć mu ku towarzystwu i wszelkich serc pokrzepieniu co najmniej sześć, oczywiście powiązanych ze sobą religii. Ale tak naprawdę same Stworzenie, znaczy no wiecie ten odpowiedzialny, ten co stwarza za pomocą słowa, laski i zestawu pociesznych grzbków, to tak naprawdę pomarszczony, starszy pan. Bardzo starszy. Smutny staruszek ze skołtunioną, długą brodą i łysą czaszką pokrytą mapami światów, które jeszcze nie istnieją, albo są dopiero w planach, a może zwyczajnie się zagubiły, bo kawałek mapy starł się po tym ostatnim upadku i nikt nie pamięta, jak to tam z rzekami było?

Staruszek Stworzenie ma na sobie przykrótką sukieneczkę, dla lepszej wentylacji może? różową z naderwaną falbanką i dołączonym wianuszkiem, który się lekko koło ramienia telepie niczym papuga, co nie gada. Do tego ma dziwnie przypominające pończoszki, długie skarpetki, grube i puchate. Na szyi nosi wielkie lusterko, a uszy wypchał cukrową watą w kolorze wściekłej niebieskości. Jego mleczne oczy – lekko kefir – o zawsze rozszerzonych podejrzanie źrenicach patrzą na was bacznie, od razu oceniając przydatność i dydkretnie wzbudzając poczucie winy. Na wszelki wypadek, w końcu to tylko starszy, dziwny pan.

Jego duży nos zdaje się być gruzołowatym zwierzątkiem, które zahukane i przerażone, coraz bardziej dąży do zamieszkania w brodzie. A długie, pokrzywione palce z obgryzionymi paznokciami i resztakmi cukierkoworóżowego lakieru, mną chusteczki higieniczne, nerwową bielą zaśnieżając okolicę.

Stworzenie nie mówi. Więcej w nim dobrodusznego dziadka, co to zawsze w kieszeni ma miętówki, nie ważne, że z siwymi włoskami, niż srogiego demiurga, zawsze niezadowolonego ze swojego dzieła. A jednak gdy tak patrzy czujesz wstyd. Za to coś, co zrobiłeś, gdy miałeś 5 lat i to straszne coś, gdy miałeś ich 25 i za to co zrobisz w wieku 65 lat, choć wciąż nie wydaje ci się, że starość to coś dla ciebie… bo przecież może się nie przydarzyć. Nie jest wciąż jeszcze realne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mroczna geneza” – bo świat to koszmary. A człowiek zawsze będzie uważał się za… naturę, lub boga, lub wszechmocne coś zdolne wszystko. Nie oszukujmy się, to dzieje się przez cały czas. Ten lub tamten uznaje się za demiurga i zwyczajnie zmienia to, co jest, wykorzystuje naturalne siły, by potem sprawnie wpłynąć na koszmar ogarniający ziemię. Wszystko pod sztandarem nauki… bo jak nauka, to przecież można wszystko.

Ian Tregillis przenosi nas ku początkowi II wojny światowej. Wszyscy już wiedzą, że Hitler coś kombinuje, czują pod skórą ową niepewność nadchodzących dni… ale poza tym, co oni czują jest koszmar jaki rodzi się i umiera w pewnym Domu Dziecka. Koszmar, który wpłynie na wszystko to, co dopiero się wydarzy. Jednak czy to magia, czy jednak tylko nauka? A może jedno i drugie, bo gdy po jednej stronie kanału dzieci umierają, po drugiej krwią pieczętują przerażające umowy. Pełne owej młodej naiwności wplątują się w kontrakty, za które zawsze trzeba płacić najwyższą cenę. Czy ojciec oddający swoje dziecko potworom nie jest lepszy niż doktor ulepszający dzieła narodzone? A może tak naprawdę cena nie gra roli? Nie ważna jest jednostka?

Dobro ogółu dobrem najwyższym?

Trudno ocenić, opisać i wytłumaczyć co się czuło czytając tę książkę. Właściwie, nawet mimo dodanych retrospekcji przez cały czas miałam wrażenie, jakby było to bardziej rozbudowane opowiadanie, niż powieść. Brakowało mi opisów, głębiej opisanych osobowości, owego czegoś więcej. Mimo zaznaczonych głównych postaci, nie wiadomo kto jest tutaj najważniejszy i co tak naprawdę ma być osią historii… i może o to chodzi? O ową niejednolitość, dziwne zderzenie wyższych myśli z odrobinę fantastycznymi relacjami? Zwykłych ludzi, którzy nagle muszą żyć z tym, co mają przed oczami, a co dotąd było czystą fantastyką? O owych codziennych, którzy kąpią się w krwi innych, a jednocześnie pragną zwyczajności, rodziny i spokoju?

Przeczytajcie, jeżeli szukacie czegoś więcej w literaturze. Nie dla rozrywki, wybuchów, przygody, ale przemyślenia praw władających światem i tych, które dziwnie tworzy sam człowiek.

Świecie słońce, pada deszcz, wieje wiatr… i wszystko oczywiście w tym samym czasie!? Nie mam pojęcia jak Wyspa to robi i co chce ową umiejętnością poważnie nadprzyrodzoną udowodnić, ale jej wychodzi. I tylko po hałasie kropel walących w dach, człek się orientuje, że coś jest nie tak. Że owo walące słonko w rzeczywistości może i jest gorące, ale jednak kurcze nzbytnio mokre! A ta cała euforia barw, które nagle monitorują życie wewnątrz domu, tylko i wyłącznie dlatego, żeśmy wymyślili szybki, to wietrzne dzieło. Jakoś lubi zaburzać ową równość spływowych układów.

I co tu teraz odpowiedzieć, gdy pytają o pogodę. Poza nadzwyczaj logiczną odpowiedzią, że tak mamy coś takiego, jak ową dziwną, zawsze intrygującą wszystkich pogodę! I jakoś nie wkraczać w specyfikacje?

Zresztą co to w ogóle jest za gadanie o pogodzie. No jest i tyle. Opisowość i tak wam przecież nic nie da? Co komu do tego ile mnie obdeszczyło i ile obsłoneczniło, no i szczególnie, w których to miejscach mnie podwiało? Bo przecież tak naprawdę to trochę niegrzecznie tak pytać o pogodę. A potem jęczeć: a ty to masz fajnie… Jakie fajnie? A jaki ja kurde mam na pogodę wpływ? Co to wykradłam rosyjskie pogodowe maszyny i trzymam wam je nad głowami zasłaniając każde słońce? Zwołuję dzikim tańcem chmurzaste panienki wam nad domy, coby tylko się nie ziścił jasny dzień?

Nie czuję się winna! I kocham deszcz i śnieg… A jęczenia pogodowego nie lubię i totalnie nie rozumiem!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.