Pan Tealight i Języki Magiczne Wiedźmy…

„Niegdyś to były ozorki w sosie chrzanowym.

Dziwnie gadatliwe, dziwnie się zawsze wtrącające w procesy nie tylko trawienia i dziwnie zaskakująco odbekujące poprawnie całą tabliczkę mnożenia. Gdybyście jeszcze nie wiedzieli, to Wiedźma Wrona Pożarta w języku matematyki płynna nie była. Właściwie nie była nawet ułamkowa, a już równania tekstowe, no kto to widział bajki o pociągach, koszmarne, zderzeniowe, wiele trupków w sobie niosące… na cyferki rozbijać? Jakoś logika takiego postępowania nie docierała do Wiedźmy. Dlatego też nie posiadała ona wagi, uznając to za zbędny przedmiot i ogólnie totalną głupotę, to przeliczanie boskiej wiedźmowatości, stron szelestu i barwnych, głośnych postaci lokowanych w okolicach wątroby na… liczby!

Ozorki dawały moc, własnymi umiejętnościami wzmagały w niej chęć skopania tyłka temu, co niemożliwe… wsysaniu innych języków. Mów wszelako niedoświadczonego przez nią swiata, tak innych, tak kręcących, tak dziwnie kaleczonych dotąd, gdy śpiewała modne szlagiery do butelki po szamponie, lub z braku środków czystości do zwyczajnie zwiniętej w figę piąstki. Wtedy, w owym dziecięcym uniesieniu, które nie chce minąć do tej pory, w jakiś dziwny sposób człek czuł, że umie, że potrafi, że owe dźwięki wyrzuca z siebie umiejętnie, jakoś tak po prostu… z czasem zaczął się uczyć języków i owe języki zaczęły tracić swoją magię. Na szczęście tylko po części. W jakiś dziwny sposób to, co było nieznane zostało oswojone i jakoś tak spowszedniało…

Ale z językiem Wyspy było inaczej. Wlazł w Wiedźmę od razu, od pierwszego sztachnięcia, dotknięcia, muśnięcia, pierwszej kropli słonej morzowatości, pierwszej kropli deszczu… słonecznego, potliwego promienia i ziarenek piasku, które z zadziwiającą śmiałością od razu wtopiły się w jej cielesność. Od razu wiedziała, znała, dotuykała wszystkiego jak należy. Każde drzewo korą opowiadało swoją historię, każdy krzak od razu wypuszczał nici swych szumiących pieśni, każdy kamień tańcząc w falach tłumaczył jej kto z kim, dlaczego i jak często… i tylko ludzie dziwnie milczeli, choć ich usta zdawały się poruszać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Aż gniew twój przeminie” – … a duchem cię opatrzę, samej nie zostawię, bo zmarli cierpliwie czekają. W zamarzniętych toniach jeziora wraz z tajemnicą przeszłości, o której wielu z nas nie ma pojęcia. Owej wstydliwej, z której, gdyby sprawy potoczyły się inaczej mógłbyś być dumny. Gdyby zwyciężyła ta druga strona, historia uczyniłaby cię bohaterem… ale tak się nie stało. A jednak wciąż owa przeszłość niczym demon spoczywa swym ciężarem na twoich piersiach. Nie możesz oddychać, więc robisz wszystko… by nie wysmyknęła się ni myśl o owych wydarzeniach z czasów, które jeszcze nie przeminęły, które żyją w starych ludziach.

Wszystko zdaje się być takie niesprawiedliwe, a jednocześnie piękne, poddane naturze… Oto zima powoli przemija. Wody wypuszczają skrywane tajemnice. Dusza młodej dziewczyny powraca do świata żywych. Spogląda na ową dziwną, białą rzeczywistość pełną starych ludzi. Ludzi, których pokochała. Ludzi, którzy mimo iż odmówili właściwie kontaktów z większą częścią świata, to jednak nie chcą być samotni… tak bardzo pomogli jej odżyć. Bo młodość jest ciężka, ale gdy połączyć ją ze starością spaja się i daje obydwu stronom szaleństwo! Któż mógłby pragnąć odebrania owej osadzie tej młodości? Owej dziewczęcej, rudowłosej płomienności? Dlaczego? Po co?

Larsson jest piękna, cudowna, tak bardzo zbieżna z tym, co sama czuję do świata. Tak bardzo pogodzona z codziennością światów nie pragnących przeć do przodu. Tych ceniących ciszę i naturę, kąpiących się w przeręblach i latem latających nago! Tych baśniowych… Zbrodnia, która się wkrada w ten świat od razu wydaje się znajdować sprawcę, ale jak udowodnić to poprawnie? Jak nowa prokurator, dziewczę z miasta, które powróciło na łono dzikości ma poradzić sobie ze zmową przeszłości, jak przekonać tych, którzy wciąż się boją… jak rozpoznać prawdziwe zło?

Postacie urzekają. Narracja wspaniała, bohaterowie może i cierpią na artretyzm, ale nie możecie przejść obok nich obojętnie… a sprawiedliwość? Cóś, wypłynie, gdy tylko wiosna pozwoli…

Duńska język nie jest trudna… serio! Dopóki człek czyta, wydaje się być nawet zabawnie prosty. Nieskomplikowany. W telewizji mówią nawet tak, że z czasem człek jest w stanie rozbić ową gardłową dławilność na słowa i samemu opanować mowę na wdechu… a potem wraca na Wyspę i w śpiewanych uśmiechach własnego, ukochanego Listonosza nie słyszy nic… bo przecież Wyspa musi mieć, i ma, swój własny magiczny język. Język powietrza i morza, jezior i rzek, pól i łąk, lasów i krzakowych pułapek… owych dróżek zarastających, bo o nich zapomniano i skarbów odkrywających się, gdy tylko kopniesz kolejną grudę ziemi.

Problem w tym, iż w wykonaniu ludzi ów język ma aż nazbyt wiele odmian. Odmian bardziej śpiewnych i bardziej gardłowych, tych prawie milczących, zamkniętych w mrugnięciu oczu i skrzywieniu brwi… lekkim mruknięciu, niczym miś w czasie zimowej rozdrzemki, gdy nagle przypomniał sobie letnie pluskania w strumieniu i ryby przemykające srebrzystymi strugami…

Ludzie na Wyspie zdają się kąpać w językach. Każdy mówi inaczej, każdy wykształcił własną gramatykę, składnię, fleksję, czy co tam… nigdy nie rozumiałam potrzeby rozbijania języka na matematyczne definicje. Odbierania mu magii, nie rozumiałam też do końca po co mi świadomość kto to przysłówek, a kto czasownik… tak po dziecięcemu, zwyczajnie, nie rozumiałam. Bo język zawsze był magią. Owym zaśpiewem słów, pewną dyskretną wyrazistością osobowości, mrocznie przejawiającą się w nadmiernie używanych słowach… w klątwach i ranach, które bolą, choć zadane tak niewidzialnym narzędziem, jak mowa.

Z duńskim będę się mierzyć do skutku, bo chcę, bo trzeba, bo przecież nie może mnie pokonać no!!! Siódmy język, czy nie, to jednakowoż do kurca i do fiksa jakoś trzeba wygrać. No inaczej nie można!

Choć z drugiej strony żal będzie utracić ową śpiewną baśniowość, ową piosenkę nowego języka, właściwą każdemu. Tak chrapliwą w duńskim, tak trudną do rozpoznania, uroczą, gdy nie jesteś w stanie rozpoznać, zrozumieć kolejnych, wypływających z ludzi słów… a jednak jakże urzekającą. A przyznać trzeba, iż myślał człek, że tylko hiszpański i włoski łapią tak mocno za trzewia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Języki Magiczne Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Wyłażące Tajemnicze…

„Nie wiedzieli co się dzieje. Podejrzliwie tym razem Wyspa milczała, nie informowała ich o tym, co się działo, a działo się wiele… aż można by rzec, iż nazbyt wiele, na dzianie się bez ich udziału. Dlatego Pan Tealight i Ojeblik – mała, ucięta główka, uzbrojeni w zestaw kanapek z sosikiem i kilka termosów ze słodką nazbyt herbatą, w nadmiernie pociesznych, maskujących ciuszkach – sieci z uroczo migoczącą łuską i trochę liści – siedzieli w krzakach i dygotali.

Dygotali na tyle mocno, aż ostatnie, dziwnie opóźnione liście w końcu postanowiły udać się w podróż, do której spakowane były od dawna. Jednakowoż nie dygotali z zimna. Dziwne, lepkie i wilgotne ciepło otaczało Wyspę nie dopuszczając Zimy do środka. Odmówiło jej wstępu i zalało otępieniem każdy skrawek niegdyś omal wulgarnej, jesiennej rubasznej rozpustności. Pan Tealight wiedział, że ma to coś wspólnego z czarnymi wężami, które nagle pojawiły się w okolicy. Wiedział, ale nie miał pewności, dlatego czekali we dwoje, by się przekonać… jednak to, co zobaczyli nie uspokoiło ich. Raczej tylko upewniło, iż przeczucie, które dotąd silnie ograniczało spacery właściciela Sklepiku z Niepotrzebnymi, było prawdziwe.

Upierdliwie prawdziwe.

I miało rację!!!

Jak zwykle… zresztą.

Siedzieli w krzakach marząc o domowym szaleństwie, herbacie w starych kubkach i Wiedźmach z Pieca nie mogących zdecydować, czy dodać do ciasteczek czekoladę, czy jednak zaryzykować mysie bobki? No, może to ostatnie nie było takie do końca intrygujące, ale wiecie, lepiej wiedzieć co się je, choć może nie zawsze, z drugiej strony jeżeli prawdą jest, że jesteśmy tym, co jemy, to w końcu skapniemy się po wąsikach, ruchliwym nosku i ogonku… Ale sprawę czarnych węży trzeba było wyjaśnić. I w końcu złamać zasłonę owej dziwnej lepiej, wilgotnej ciepłości. Zerwać ten welon, który więził Zimę poza Wyspą… w końcu Pan Tealight nie mógł się doczekać chwili, w której znowu zobaczy swoją ukochaną.

No… drugą ukochaną, choć może i trzecią?

Węże były czarne i dziwnie nieruchome, puste w środku, o czym doniosły Panu Tealightowi wcześniej białe myszki, codziennie mające tutaj sesję joggingu… podobno nieszkodliwe w świetle dnia, ale z otworów, w które miały się zagłębić coś się wydobywało. Jakby małe, białe jajeczka, które wyskakiwały ze świeżo rozrytej ziemi i rozkładały się na zieleni trawnika. Mimo mroku jak zwykle wyłączonych ekologicznie świateł Ojeblik uznała, że widziała już dość i dziwnie sprawnie, zostawiając nadgryzioną kanapkę z sałatką z tuńczyka oraz do połowy obrane jajko na miękko, zwyczajnie zwiała zostawiając Pana Tealighta w zamyśleniu. Bo cóż innego miała zrobić? Zresztą i on nie miał pojęcia co teraz nastąpi, poza tym, że serio chciało się mu siusiu…”

(„Sklepik z Niepotrzbnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dom, w którym…” – … a tego na Święta nie polecam. Głównie dlatego, że natłok myśli po lekturze, owe dziwne zainfekowanie nadmiernym przemyśliwaniem każdego kroku, nagłe ponowne odkrycie symbolizmu, przenośni i wszelakich szaleństw literackich może Was nadmiernie oderwać od rodzinnego ciepełka… I cóż, łagodnie zepchnąć w krainę zwątpienia.

Oto opowieść o miejscu, schronieniu. Szczęśliwym i nieszczęśliwym jednocześnie, ale jedynym, które ich chciało, które ich kochało i pragnęło chronić. Jedynych ścianach, które zniosą bytność dzieci niechcianych, dusz ukrzywdzonych i uszkodzonych. Tutaj nie ma zewnętrznie pięknych ludzi, do jakich mogło przyzwyczaić Was współczesne telewizyjne bzdurubzduru. Tutaj są umysły, które potrafią… które błąkają się pomiędzy świadomością otoczenia a światem, który właściwie poza tymi ścianami nie istnieje. Tutaj w owym domu przynależysz do grupy, albo jesteś tym, który się zmienia. Jesteś taki, jak jeden z nas, albo z nas, albo z nas… innej opcji nie ma. I choć tak naprawdę żaden z nas nie jest dzieckiem, w rzeczywistości nigdy nie będziemy do końca dorośli… my chłopcy z tego domu, który nas kocha…

Tę powieść zrozumieją ci, którzy w życiu zmagali się z ostracyzmem rówieśników, którzy szukają odpowiedzi na niezadane pytania. Większość może się poczuć zdradzona, odarta z jakichkolwiek baśniowych marzeń. Bo oniryzm tej opowieści rodzi się w śmieciach i marzeniach dziwnie skomplikowanych w swej prostocie, w zaplątaniu i znikającej dłoni, która kiedyś była rodziną…

Książki do pożarcia, czyli Merry Yule!!!

Remonty… no cóż Wyspa ma do nich prawo. Z jednej strony większość budynków pucuje się i maluje, szlifuje stopnie i sprawdza poręcze późną wiosną, ale z drugiej od czasu do czasu trzeba poryć glebę. Znaczy dokładnie to asfalt, nie. Tym razem zakładają ogrzewanie i jakieś tam internety fiberowe, czy coś tam. Gleba, znaczy ulica, zieje ciemnością szaloną, na drodze spojawiają się maszynki niby powiększone lekko zabawki z Legolandii, tudzież pomniejszone pojazdki większych ludzi. Każdy z nich kolorowy niczym tulipaniak, każdy jednak i… dziwnie pusty. Bo jak spojrzysz na nie, to nic się nie dzieje. W mieście pustki wszelakie…

… ale jak tylko się odwrócisz, jak tylko przymkniesz oczy, jak tylko zwyczajnie nie będziesz widział… coś się robi samo. Dlatego serio nie warto nie wierzyć w krasnoludki, znaczy się nisseny i trolle.

Bo magia to wszystko.

A nawet i więcej.

Jak już ludziom w ich małych domkach będzie cieplej i będą się zgodnie internetować, na zewnątrz magia będzie sobie szaleć, szaleć i szaleć. W porcie Chlupotniaki będą robić jedyne odgłosy jakie możliwe są o tej porze roku, a pomiędzy ścianami pnąc się mogą spokojnie dziwne pędy sięgające nieba… które trochę mnie przerażają. Jakoś takie są dziwnie znajome, takie fasolowe, olbrzymie, tchnące nadzieją, baśniowością i dziwnymi wyrzutami sumienia, właściwym nader niegrzecznym synkom, którzy nie słuchają swoich mamusiek…

… ale jednak przede wszystkim to najlepsze ślizgawki dla nader smukłych olbrzymów. No sorry, ale taka mała Wyspa nie może sobie pozwolić na więcej olbrzymów. Mamy jednego na Christiansoe, który jedną stopą stoi w morzu i wciąż bawi się wiatrowymi kulkami. Wyżywienie go jest horendalne!!! Nie zrozumcie mnie źle, nikt mu od ust nie odbiera, ale spróbujcie wypiec dziennie pięć setek bułeczek z rodzynkami, a to tylko przekąseczka pomiędzy pierdnięciami…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyłażące Tajemnicze… została wyłączona

Pan Tealight i Szalik po Wiedźmie…

„Nazywali go Szalikiem po Wiedźmie, bo głupio byłoby wprost napisać, że z Wiedźmy był, że tak właściwie nigdy nie znikał, choć było lato, choć ciepło rozpuszczało członki, że zamotany w swoich trzech metrach bardziej żył niż ona. Ot taki tam imprezowicz… Jakby wyżerał ową inną stronę świata z wiedźmowej tożsamości i zabierał wyłącznie dla siebie, tak, że dla niej pozostawała ino owa wyględna mrukliwość. Właściwie logiczne było to, że się na niej żywił, w końcu nie on jeden, dużo jej jest, starczy dla każdego, ale było w nim coś więcej. Coś specyficznie seksualnego, coś, co sprawiało, że niektórzy zamykali oczy, a inni nagle mieli jakieś pilne wizyty do odbębnienia, tudzież pilnie musieli wyczyścić piekarnik i sparawdzić, czy nie ma ich w innym, całkiem oddalonym i względnie ciemnym miejscu…

Większość z tych, którzy spotykali go na swojej drodze byli zadziwiony jego gibkością, dziwnie ekstatyczną, zmysłową wijnością… ową specyficzną symbiozą, z której jednak niełatwo było wyczytać, co z tego dane jest Wiedźmie Wronie. Ale czuli, że Wiedźma żyje dla niego. Że w jakiś dzizny, pokrętny sposób, ona miała z tego cząstkę zmysłowości, elelementy szyjnej ciepłości i dziwną, lekko wydłużającą jej mikrą postać, zwiewność dwóch skrzydeł. Zwykle jednak szli razem. Niczym równorzędni panowie. On szedł przodem, pchany wiatrem wznosił się i prowadził, potem była ona, jak zwykle gaworząca do siebie, dziwnie zamotana, nieprzysająca do codzienności… a potem znów on, choć niektórzy uznawali, że dwa końce szalika, to w rzeczywistości dwie odrębne osoby, żyjące razem tylko przez przypadek.

Bo sami spójrzcie. Jeden koniec zbierał tylko liście, zawsze zamiatał piasek i tulił się do kamieni, drugi znowu wolał to wszystko, co zeschnięte, co ustalone naturalnie, co dziwnie dokończone. Wplatał to w swoje granatowo błękitne sploty i dumnie nie pozwalał Wiedźmie ich wyrzucić. Dlatego chodziła ona z Szalikiem, który kroczył po niej, przed nią i za nią, a do tego ciągnęła wszystko to, czego chciał on. Jakby tak naprawdę niewiele miała do powiedzenia…

… kiedyś ktoś jej poradził, by przeciąć go na dwie połowy… jego zwłok nigdy nie odnaleziono…

Podejrzewano Szalik po Wiedźmie o wiele, najczęściej nader okropnych, przewrotnych występków. Ale nikt mu tego nie powiedział. Zresztą Wiedźmie Wronie też nie. Darzyła go w końcu taką atencją za zakrywanie, maskowanie swojej osoby, że głupio byłoby rzucić mu to… we frędzle. Oj tak, bo miał frędzle, a może raczej nibyodnóżki. Dziwnie skrępowane, a jednak chodliwe i chwytliwe elementy chwościkowe, którym nie oparły się żadne śmieci i nie do końca zawsze lekkie, osłabiające mu wątki i osnowy, cudne piękności. Bo w końcu był chciwy. A raczej było w nim, siedziało w głębokim warkoczu jego kręgosłupa, owo coś, co pragnęło wszystkiego… wszystkiego, czego chciało. Tak po prostu chciało mieć to blisko siebie, bo czemu nie? Każdy miał swoją opowieść do wypełnienia, a jego w rzeczywistości zaczynała się każdego dnia i każdej nocy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przez cały rok można dojrzeć na Wyspie zakłopotane, bardzo zagubione, dziwnie wygłodniałe, szwendające się po niej części turystycznej garderoby. Spotyka się je wspinające się na drzewa, zamotane w krzaki, niosące ze sobą letnie zeschnięte, romantyczne chwile – kurna o kwiatach mówię, o kwiatach no kwiatach no!!! – albo też dziwną niesparowalność. Na przykład takie rękawiczki… zawsze pojedyncze. Tylko w jaki sposób komuś były potrzebne latem? Kto przywlókł ze sobą grube, ortalionem całowane, puchate łapki? Bo gacie, czy koszulki zdają się być dziwnie zrozumiałe. Tutaj ktoś zostawił, tam wskoczył do wody i nie wyskoczył już z niej, tudzież po prostu popłynął do Szwecji i został na słodkiego śledzia. Z butami jednak jest inaczej. Spotkałam kiedyś klapka, wersja niebieski japonek z lewej stopy, który szukał na Wyspie swego przeznaczenia. Podróżował tak w ogóle ze szczotką do kibla, ale to już całkiem dłuższa i naprawdę dla niedorosłych historia…

Czy ktoś za nimi tęskni? Za owymi nowymi figami, co się uczepiły małego dąbka i nie chciały wracać do człowieków? Czy ckni się komuś za koszulką w małpki, oraz tym ręcznikiem w konserwatywne paseczki?

Co dziwne nie spotkałam jeszcze dodatków… jakby te zawsze pilnowały swoich nosów, uszów i szyjek, jakby nadmiernie się bały pozostać na Wyspie same? Może coś w tym jest? Może świadome są czegoś, co innym elementom wystroju człowieka, tak jakoś dziwnie umyka? Jakoś nie walają się po gałęziach barwne apaszki… choć w ich przypadku pewno zrobiły się w kokona i może znowu zmienią się w robale, by na wiosnę ponownie stać się latem? Bo tak serio, to co się dzieje z owymi ciuszkami? Czy szukają swoich ludzi, czy też jednak wolą zdziczeć i przekształcić się w drzewo bucikowe? A może marzy się im kariera w nieruchomościach gniazdkowych?

Pierun je wie. Zwykle są rozmowne, ale o tym nie chcą mówić, jakby dziwnie zawstydzone, jakby dziwnie zmieszane. Może w rzeczywistości Wyspa wykształciła własny gatunek: Zagubione Ciuszki Mocy? Może gdzieś jest sierociniec dla niepływających gaci? Albo też subtelna ochronka?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szalik po Wiedźmie… została wyłączona

Pan Tealight i Nadworny Podglądywacz…

„Był kopalnią wszystkiego, encyklopedią miejsc i zdarzeń, historią światów i wszechstronnym Who is Who. Najnowsze ploteczki przyczepiały się do niego jak wygłodniałe muszki do swieżego gówienka. Najbardziej soczyste wieści łapał w sieci z doprawdy drobnymi i nie lecącymi oczkami… Dodatkowo był mężczyzną nietuzinkowym i nietypowym, w ogóle właściwie prawie niewidzialnym, niepozornym, choć istniał, żył, oddychał i był… Jakoś tak wtapiał się w tło, zlewał z draperiami, komponował z otaczalnością, tworzył martwą, nieszkodliwą naturę, że nikt go nie zauważał. Jakoś taki miał dar, czy coś?

Najśmieszniejsze, że serio tego nie lubił. Nie cierpiał innych ludzi, wolał samotność pól i lasów, szczyty gór, gdzie nikt nie docierał bez takiej zadyszki, że gadać nie mógł i pustkę mórz. Ale jakoś tak zawsze wiedział co się gdzie dzieje. Kto z kim i w jakich pozycjach, co ten jadł na obiad, a tamten jaką kupę zrobił. Był tam, gdy Wilk zjadał Babcię i wymiotował pod oknem. Paskudny to był widok, a on opętany pokrzywową swatką nie mógł się ruszyć. Zemdlał gdy zobaczył jak zabijają Wilka, a frywolny Czerwony Kapturek uprawia z nim dziki seks w formie podziękowania… Dziwnie albo on zjadował się w tych miejscach, gdzie coś się działo, tudzież to owe dzianie się go tak stalkowało. Nachodziło wszędzie i w toalecie i gdy wyrywał sobie włosy z uszu… To tam dopadł go ten Książę z cuchnącym pantoflem, albo ten spacer i ta truposzka w szklanej trumience? Niczym cholerne słoiczki w gabinecie Kuby Rozpruwacza. Zresztą Kubę też znał zbyt dobrze. Dostał od niego marynowane wątróbki w sosie własnym. Znaczy sosie z Kuby, facet był serio zapatrzony wyłącznie w siebie. Nie ma się co dziwić, inaczej w tym zawodzie chyba nie można?

Doprawdy świat go nudził ową ciekawością… ten świat dziwnych ludzi, stworzeń, blondynek mieszkających z bardzo niskimi facetami i misiów napadanych przez małe dziewczynki. Szczególnie wtedy, gdy akurat prowadziły Bed and Breakfast. Sam wyglądał całkowicie niepozornie. Szczupły, krótkowłosy, z małym nosem i oczami wielkości szpilek, z owym spojrzeniem znudzonego, wymęczonego człowieka i zmarszczkami świadczącymi o tym, że Los cholerny za coś się serio na niego uwziął.

I wiecie. Nikt nie lubi podglądaczy, a to, że Królowa uczyniła go Nadwornym Podglądaczem wcale tego nie polepszyła. Bali się go. Bo w codzienności mniej ciekawej zauważali go, podkładali mu nogę, nie sprzedawali masła w sklepie, nie pomagali jak mu koń okulał… A już jak papier się kiedyś skończył w drewnianej, wytwornej toalecie musiał zużyć rękawiczki! Tak po prostu, jakby mógł coś z tym zrobić, to by przecież zrobił?!!! To nie tak, że mu się to podobało, nie tak, że pragnął owych tajemnic alkowy, wprost przeciwnie, sam żył w skromnym wnętrzu i w wyłącznej czystości. Całkowitej czystości, bo po takich wypadkach zwykle szorował się pumeksem, piaskiem, a potem jeszcze mył odkażaczami. Nie miał łatwego życia. Właściwie poza życiem innych nie miał chyba go w ogóle. Był tym, którego słuchał tylko Stary Kronikarz, który spisywał jego historie, tylko po to, by manipulować potem umysłami najmłodszych. Wstrętny włochaty satyr!!! Gdyby tylko ludzie wiedzieli… wiedzieli co robi w zaciszach swojej jaskini, pośród tych wszystkich owieczek…

Nadworny Podglądacz przybywał co miesiąc do Sklepiku z Niepotrzebnymi na herbatkę z brzozowych listków, by uspokoić nerwy i na chwilę skryć się przed Panią, Królową Pobutych Luster… I tylko tutaj Ojeblik – mała, ucięta główka robiła mu taki super pedicure!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem, a może coraz częściej się zastanawiam nad tym, dlaczego, po co i na co? A może nie, zastanawiam się nad tym dlaczego powinnam mieć na ten temat zdanie. W owym świecie, w którym każde pierdnięcie zdaje się mieć nową własną nazwę, oraz dzień upamiętniający jego istnienie… ja mam dość. Nie muszę wiedzieć, mieszkam w Mniejszym Krańcu Świata!!! Mieszkam w/na zadupiu, w którym wiedza ma być czymś, czymś pozwalającym przetrwać, a nie uświadamiającym, że z taką dupą ta kobieta nie powinna utrzymywać równowagi. Ani jak się nazywa cośtam, co właściwie sensu nie ma…

… jakoś tak świat nagle za wiedzę uznaje głupoty. Co lepsza głupoty, o których kompletnie nie miałam pojęcia, że istnieją. Wychodzi na to, że bez telewizora człeku obecnie jesteś durnym, kamiennym trollem, który wie tylko jak myto od przjeżdżających pobrać, jak szczura upiec, jak rodzinę wyżywić, wyzdrowieć i żyć… Bo troll taki wiecie, gazet nie czyta, on się nimi z braku laku podciera. W końcu przy jego szorstkoskórności taki papier jest o wiele bardziej intrygujący.

Siadam obok znajomego trolla, Zygmunt ma na imię, ale woli jak się mu szepcze na uszko: Siggissmuntdo i jjemy dzikie jabłka. Te same, których nikt nie zerwał, bo w sklepie lepiej kupić owe zombiacze zywrodnialce. Na ogniu piecze się ryba prosto z morza, a z boku ciasto z wodorostów, może nie moje ulubione ale do herbatki malinowej na patyczkach z krzaków jak znalazł. Lekko tłustawe może, ale kto by się przejmował, zima idzie, zdrowia trzeba. Możecie myśleć, że troll to taki stoneage, ale wcale nie. Chłopak jak najbardziej lubi głazy, ale tojtojkę własną ma, szałas przy rzece z kuchnią i ogrzewaniem – 2 małe smoki i nader frywolna panienka co się ładnie rumieni. Hoduje piwonie jesienią i uwielbia stokrotki, one go zresztą też…

… i bajki opowiada. Takie bajki, że zamykasz oczy, wsłuchujesz się, a przez otwrte szeroko uszy wpakowują ci się w mózgownicę rycerze i panny przewrotne, potwory o zmiennych aparycjach i królowe z problemami na psyche… dziewczynki, co są zawsze zło i chłopcy co dobrze smakują w panierce…

Bo Wyspa potrafi i jakoś wisi jej to, czy orientujecie się kto tam teraz jest na jakimś topie. Właściwie to, poza nią… nikogo tam być nie powinno. Niezależnie od tego czego ów top dotyczy Wyspa zawsze is the winner!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nadworny Podglądywacz… została wyłączona

Pan Tealight i Mocna Słaba Strona…

„To była mocna, a nawet, gdyby tak pomyśleć, wysilić szare komórki, parę uszami puścić, nosem zaś zadymić, potem z gwizdka dać znać i w wagon z grubasami, co jedzą tłuste kiełbasy… to chyba najmocniejsza słaba strona Wiedźmy Wrony Pożartej. Kontakty międzyludzkie. No bo wiecie z psami szło jej serio super. Lekkie wzajemne obwąchiwania na spacerze, łapanie ogona – w jej przypadku szalika – potem rundka obszczekiwania, czasem warknięcie dla sportu… ale z tzw. właścicielem to już jakoś tak nie można było. Wsadzić łeb między nogi takiemu, czy co, no i potem znaczy nosem… Dobra, wiem że wkraczamy w nadmierną dla niektórych perwersję, z drugiej strony takiego Greya w końcu filmują, więc…

Mniejsza. Może chodzi o to, że ta Słaba Strona taka mocna, bo wyćwiczona? Sztuki wojny, sztuki bitewek, a i zwykłe sztuki mięsa rzucania, tudzież: Jak komu dać w mordę – 10 sposobów na miękkie dłonie? Nie wiem, ale mocna jest. Zawsze tak było, że była mocniejsza od samej Wiedźmy. Jednak czy świadczyła o jej dziwnej, niewinnej słabości? Małosilności?

Wiedźma Wrona Pożarta w młodości pączkującej pluła na żarówki, więc chyba nie? Choć czy to nie podchodzi pod głupotę? Wolimy myśleć, że jednak empiryzm w nią wkradł się… zmusił ją, by wsadzała palce, gdzie nie powinna i w wolnych chwilach przeżuwała baterie sprawdzając ich moc. Nie wspominając już owych prób wsadzania żaroodpornych naczyń z wrzątkiem w lodowatą wodę. Osz jakże świat potrafi strzelać, dźwiękiem dobijać i krzykiem donośnym innych przywoływać… Może to właśnie o to chodziło? Że owym wcześnie wykształonym szaleństwem Wiedźma o uwagę się dopraszała, niczym owa dzieweczka, której nikt nie słucha? Tutaj strumyk płynął, wąwozy rzeźbił, drzewa pioruny rozsadzały, a wiatr dębowe kruszył fale, ale jej nikt nie słuchał?

Mniejsza tam… chodzi o to, że jeżeli dopraszacie się audiencji, to serio, ale nic z tego nie będzie!!! Nie kokietujemy, nie żartujemy. Nie obwąchujemy też nawet za opłatą, owe opłaty nie są warte tego, co potem człek do siebie samego czuje. Nawet taka Wiedźma Wrona, co to niuchacz, a i samo powonienie potężne ma. Zwyczajnie nie wychodzi jej kontakt z innymi osobnikami zbieżnego sobie rodzaju… a może? A może chodzi o to… oj a może gatunek w niej też inny? Gdyby ją ktoś obwąchał, oblizał, obsikał, gdyby DNA potem dymiące jadem w mikroskop wsadził, może by się domyślił, że jednakowoż ma na stanie dziw nad dziwami. Znaczy się dziwę taką. Sapiensus Wiczus Dziwus… rodzaj jednaki, występujący w osobach boskich, ale cielesnej ino Only You!

Freud pewno dopatrzyłby się problemów z dzieciństwa. Złej Królowej wpływów, owych nadmiernie dorosłych środowisk, w których się Mała Wiedźma obracała i na pewno niechęci do bycia… dorosłym. Ale nie zgodził się na udzielenie wywiadu, choć podobno przemyślenia ma… Junga się boimy. Dlatego umacnia się Słaba Strona. Ewoluuje w miliony sposobności by uniknąć konatktów. Oczy zamyka, na ślepego maca udając, że nie ona to, nie jej odnóża. Nie wychodzi, a gdy przychodzą ucieka, chowa się… nawet w formie widać mnie-nie widać, gdy wszyscy widzą, ale jak zamkniesz oczy, to ich widzących nie widzisz…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Frankenstein” – … a bo klasyk? A jak klasyk to nudny pewno, co nie? Zresztą, kto to tam jeszcze pamięta, że ten fajny film, poszyty koleś, a i ten co wampiry łapał z tym iksmenem, co wtedy mniejszy był… to najpierw był książką? Cóż, może się zdziwicie, ale niewielu. A ci co pamiętają i tak najczęściej nie czytali, więc może warto? Święta zwykle obfitują u wielu w stany wzdęcia i przejedzenia, więc kto się nie rusza, kto spoczywa na kanapie może poczytać. Poczytać o dziele stworzenia. O człowieku, który postanowił być bogiem… poznać w końcu prawdę. Opowieść o człowieku, który walczy o człowieczeństwo. Ale w rzeczywistości w tym wydaniu, w tej odsłonie, w tym tłumaczeniu to po raz pierwszy TAKA powieść. Taka, jaką nią miała być, z przedmowami, przypisami, elementami dodatkowymi, z pięknymi, fascynującymi, przejmującymi ilustracjami/drzeworytami Lynda Warda i dodatkowymi opowiastkami Percy’ego Shelleya, oraz nowelami, też w nowym przekładzie: „Pogrzeb George’a” Byrona i „Wampir” Polidoriego.

Ale tak naprawdę, tak właściwie… to czy to powieść o koszmarach kobiety, czy też historia pewnego świata, pewnego mężczyzny tudzież tylko i wyłącznie jego dzieła… wszystko zebrane w takiej formie, tak ozdobione, tak pełne, fascynujące, harmonizujące ze sobą w każdym elemencie… jest jedyne! I cokolwiek w tej powieści zobaczycie, jakkolwiek ją odbierzecie, ile w niej doznacie uniesień, przenośni kopiących niczym wkurzony koń, tudzież porównań nie tylko prometejskich… to będzie właśnie to. Powieść, którą mozna poznać, czasem od nowa na nowo.

Obrażam się na Wyspę za brak śniegu, za brak sopeli i brak mrozu. Za brak zimności wszelakiej, przenikającej, cudownej i białej. Owej wietrzności sypiącej za kołnierz, przejmującej dreszczami… i usypiającej mroźności, która sprawia, że problemy odchodzą, a wszystkie komóki pragną wyłącznie jednego – zasnąć tak zwyczajnie, tak na zawsze zagłębić się w Zimie i tak już pozostać.

Zwyczajnie, na zawsze… bo dlaczego nie. W końcu tyle malunków na szybie do podziwiania, tyle kałuż do proozbijania. Tyle sopelów do wylizania i tyle płatków do zakochania się w nich. Bo przecież jak mogłoby być inaczej? Jak możnaby nie pokochać Zimy? Jest samym pięknem, ową wyjątkowością wyjątkowości, w której można się zagubić i nigdy nie odnaleźć. Bo wszystko w niej jest takie cudowne, takie doskonałe, takie ostateczne…

Takie zmieniające teraźniejszość w baśniowość dostojną. Ową nie szaloną, ową dziwnie dorosłą, choć jednak jakże skłonną do przekory. Taką, w której już nie ma pośpiechu, a czas jest na wszystko… choć przemija, co czuć. Choć tak bardzo ucieka, jakby nie był już nami zainteresowany. Wyspa kaprysi. Zimy nie chce pokazać, zasłonić się, jakby wciąż umartwiała się wymęczona Latem. A i przecież pora liściowości dała się jej we znaki. Sami spróbujcie być tacy wielce swobodni w miłości do barw i przebarwień, do płatków i liści frywolnych kształtów. To koszmarna robota. Tak znosić owe achy i ochy nad sobą… owe tchnienia.

Jednym chmurnięciem mogłaby Wyspa przywołać Zimę? A może jednak się pogniewały na siebie, czy coś? Jedna drugiej wyjadła z zamrażarki lody czekoladowo-waniliowe z orzeszkami? I na dodatek zostawiła jeszcze puste opakowanie po śmietanie bitej witkami brzozowymi. Z cytrynką? Cóż, chyba też bym się lekko wkurzyła, zdenerwowała i postanowiła nie śnieżyć?

A może nie? Na złość bym jej dosypała!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mocna Słaba Strona… została wyłączona

Pan Tealight i Traktat o Podnieceniu…

„Właściwie Wiedźma Wrona, jeżeli już w ogóle budziła się, jeżeli rzeczywiście światy, które śniła chciały wziąć sobie wolne, odpocząć i ogólnie oderwać się od własnej rzeczywistości… to zawsze, ale to zawsze zawsze wstawała z dziwnym amokiem uczepionym skroni, z owym zaślinieniem oczekującym, owakim fascynującym szaleństwem, które przydarza się wyłącznie jednostkom… no jednostkom specyficznym i jednostkowym całkowicie i do potęgi, wiecie, nikomu więcej, bo gdyby tak było grawitacja wybuchnęłaby takim śmiechem, że po prostu byśmy wszyscy polecieli. Całkowicie na zawsze forever.

Podnosiła się i węszyła w owym atawistycznym, dziwnie mało jednak zwierzącym odruchu – no zwierzaki robiły to doprawdy bardziej elegancko! Czekała na coś, kogoś, czegoś i komuś… Listonosz. Oj tak, zawsze czekała. Jakby był owym wymarzonym kawałkiem czekolady dla grubasa na wakacjach odchudzających… owym narkotykiem, dla przymusowego odwyku… więc, gdy dziś rano ktoś załomotał w drzwi zerwała się. Zamotała w czerowny kocyk, wywaliła i wyrżnęła nosem we framugę, podniosła się, zaklęła gdy zabolała noga, znowu się potknęła, tym razem o kolczyk co uwiązł w sztalugach, zderzyła jedynki z progiem, jedynki się z nim nie polubiły… aż w końcu na wpół niezmiernie nietuzinkowo odziana wyrżnęła w drzwi. Gdy je otworzyła wyglądała oczywiście jak zwykle…

… świat za drzwiami Chatki Wiedźmy był raczej… atypowy!

A wiecie, że to trudno osiągnąć w takich okolicznościach takich okoliczności!

Bo na progu stała skąpo odziana, wysoka, doprawdy babska Baba. Z różową kokardką na czubeczku, dodatkowymi spowijającymi jej talię i ramiona, oraz dyskretnymi mało co robiącymi za dziewczyńskie podkolanówki.

– Przybyłam by cię uwieść…

Właściwie nie było na tym świecie, oraz najbliższych i tych równoległych, do których Wiedźmie Wronie chciało się dotrzeć, nic takiego, co wybiło by jej ząbki ze szczęki. A jednak ten widok sprawił, że nadmiernie oszołomione mało dyskretnym widokiem dzięki nazbyt otwartej jamie gębowej – i innym jamom też, Wiedźmy mają to do siebie, że okazują zdziwienie wszystkim narządami – po prostu złożyły wymówienie i wyskoczyły… uciekając z krzykiem gubiły kamień.

– Nie kochałaś, jeżeli nie poczułaś kobietą kobiety. Oto ja. Twój tegoroczny gwiazdkowy prezent! Możliwość prawdziwego seksualnego doznania…

Wiedźma obficie, z dziwnym pogłosem prychnęła. Drobinki śliny uwolnione z bezzębnych przestworzy rozleciały się po świecie płodzić szaleństwo. Podrapała się za uchem i skrzywiła, co było oznaką nadmiernie szybko i nadmiernie wcześnie przebiegających procesów myślowych.

– Powinnaś mnie rozpakować i porwać w ramiona! Któż by nie chciał się ze mną zapomnieć, kochać mnie, dotykać, dawać i otrzymywać rozkosz, rozmiękać w mych ramionach i stawać się na powrót sobą…

Na obiad dla Chowańca był gulasz. A Listonosz na szczęście przyniósł Misia i kilka kartek świątecznych… a Jeźdźcy Apokalipsy już byli ubrani i mieli naszykowane kanapki z jajkiem i kiełbaską.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat wycisza się czasami na Wyspie. Cóż, w owym wietrznym sezonie zdaje się to być nadmiernie dziwaczne, ale jakoś uznać chyba można to za rozrywkę… Drzewa zwalniają, wszystko wciąż się poci od owej wietrznej gimnastyki, ale jednak nie stygną. Jakoś tak po prostu są pewne, że owo wyciszenie nie będzie trwało długo. Wszelkie dyndające ze ścian utensylia zamierają i wyglądają tak, jak człowiek myślał, że będą wyglądały. To, co nieruchawe jest w końcu stałe…

… a to, co ruchome, cóż, w zależności od baterii, wiecie jak to jest. Czasem natura, czasem coś więcej, ale zawsze jesteś sobie sobą! Nawet jeżeli to wszystko dzieje się wyłącznie w twojej głowie…

… bo Wyspa jest rozrywkowa. Dla tych może, którzy mają po prostu trochę więcej zamieszania pod kopułką, a nie tych co muszą mieć knajpę, didżeja, wszelką procentowość i wielkie kalorie. Bo tutaj macie wszystko, jeżeli właściwie potraficie się zabawić… no sami ze sobą… Aczkolwiek nie mówię o TYM, chociaż o tym też, nie oszukujmy się, tutaj wstyd chyba nie istnieje? Tak czasem sobie myślę, że na Wyspie ludzie po prostu są i się tego nie wstydzą. Ni tego, że oddychają, ni tego, że wydalają, ni tego, że pierdzą, ani tego… że potrzebują zaspokojenia!

Wszelkiego!

A Wyspa potrafi zapokoić! Ma do tego wszelakie… końcówki. Wiecie, jak ktoś woli piasek jest, jak jednak skałki, no tyż są… jak gra w zielone, to jest, dla drzewnych zboczeńców jest i coś też oczywiście! A poza tym, to co pod kopułką macie, tutaj zdaje się dostawać skrzydeł, wytwarzać własne wszechświaty i płacić podatki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Traktat o Podnieceniu… została wyłączona

Pan Tealight i Golemiczka…

„I wszystko się zaczęło od grudy ziemi. Takiej gliniastej, pełnej kamyczków, drobinek zaprzeszłej plenności, opowieści, życia zwykłego i nietuzinkowego, muszelek i trawek i obłamków kory, porostów i brunatnic. A może jednak nie? Nie, racja… Wszystko zaczęło się od podeszwy. Tak, wszystko się zaczęło od brudnej, pofalowanej, pożłobionej w fantazyjne kształty podeszwy. Tej samej, która dopiero co przyniosła stopy z wietrznej przechadzki, a co za tym idzie – bo inaczej się nie da – i samą Wiedźmę Wroną Pożartą Przez Książki. Zwykle jej stópki wampirki o mło zbieżnych osobowościach nie lubiły obywać się samotnie, choć uwielbiały naciągać struny niesubordynowania, ale kto by je tam ogarnął. Miały w końcu razem, przy obopólnie dobrych nastrojach, aż 10 palców… a palec w oku boli!

Chodzi o to, że tuląc Śpiących Bogów, tańcząc z Kamiennymi Trollami, dokarmiając Chrapiące Kurhany i ocierając się o pnie drzew Wiedźma Wrona nie zachowywała nawet podstaw higieny, nie zwracała uwagi na przepisy specyficznego BHP, choć na szkoleniu PPoż była… Bynajmniej chodzi o to, że podeszwy miały błotko, które oczywiście przywlokła ze sobą, bo niektórzy się lubią do niej lepieć… serio obcy ludzie ją przytulają, publicznie obmacują… coś strasznego!!! O czym ja to? Błotko!!! Specyficzne, niecodzienne, idealne dla zdarzeń dziwacznych i zbędnych, niepotrzebnych i najczęściej uciążliwych. Przy zdejmowaniu butów – które z westchnięciem tytanowej ulgi, lekkim mlaśnięciem i pyrknięciem, pozbyły się z siebie Wiedźmy – grudka błotka zaczepiła się o wiedźmi pośladek. Lewy. I tak od słowa do słowa, w końcu przetransportowała się do pokoju, by tam spocząć z ulgą pod Zbereźną Sofką. A magia świąteczna była wygłodniała i gotowa pokazać co umie…

I tak powstała z owej magii i tworzywa Wyspy, z owej potrzeby zwyczajnego zrobienia czegoś, o dlaczego surowiec ma tak leżeć i się marnować, no wiecie nerwicy… Golemiczka.

Panienka nienarodzona, Jomfru Usłużna. Z błotka przeszłości, kości zapomnianych, z kurzu, guzika, jednej zapałki spalonej i kawałka knota, ale też i z cekina i fusa z zielonej, porannej, nader rannej zimnej herbaty. Opatrzonej, przeżyła, żeby nie było, że ją męczymy czy coś. A każdy z tych elementów nadał jej niewłaściwą, czarowną moc. Moc, która mogła wszystko. Bo w końcu była stworzeniem sezonu. Modnym, odzianym w czerwonawe wdzianko, ze spódniczką trochę przykrótką, bucikach z futrzanych kotków i ogólnie mówiąc leśnym aromacie. Śliczna była, idealnie wymodelowana, nie że kloc jakiś, czy coś… a jej skórę dokładnie wygłaskano, że porcelana przy niej była zmarszczoną, zwiędłą próchnicą!!! I to smrodliwą! Golemiczka za to miała włoski w wstążeczek i papierową czapeczkę w czerwone reniferki. I była doprawdy przemiła. Od momentu, w którym przebudziła się jej twrta, ale jakże starodawna osobowość, gdy myśli, możliwości i zaklęcia zaczęły układać jej przyszłą codzienność… wiedziała, że jest wdzięczna. Wiedźmie Wronie za kroki, podeszwom za przyczepność, a losowi za przebiegłość. I Wyspie za to, że znalazła dla niej miejsce. Była gotowa zmieniać świat. By było łatwiej, lepiej, trochę lżej może i niesamowicie czasami. By marzenia miały zdolność nie tylko spełniania się, ale też jednak robienia tego w odpowiednim czasie. Znaczy tak wiecie szybciej, nie gdy już się o tym zapomni. Szybko się otrząsnęła, dumna ze swoich 15 centymetrów golemiego wzrostu wymaszerowała w świat… isdealny kroczący dar dla wszystkich, bo z każdym mogła się porozumieć, każdemu…

A potem nadeszła stopa… i bajka się skończyła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Źródło magii” – … bo byłoby tak fajnie. Gdyby człowiek żył w takim świecie, gdzie właściwie wszystko jest możliwe, jeżeli tylko dobrze poszukać, jeżeli tylko pomarzyć, jeżeli tylko zwyczajnie zapragnąć… W życiu Binka trochę się pokąplikowało, bo widzicie żona w ciąży, w domku z sera, butowe drzewa obradzają, a on sam tak naprawdę od roku niczego nie dokonał. Znosił tylko dziwne stany Cameleon, spoglądał na uratowany świat Xanthu i nic poza tym. Chyba go nosi, a może to tylko ta ciąża, za którą jest BARDZO odpowiedzialny?

I nasz przyjaciel, z kilkoma znajomymi i kilkoma mniej znajomymi wyrusza w drogę. Po przygodę, by umknąć od żony obecnie brzydackiej i inteligentnej, od króla, co umyślił zapłodnić królową, której serio nie kocha, od pewnego zombiaka, kreta oraz… kto tam jeszcze był? Zakochany duch, właściwie nimfomanka, gdyby tak się przyjrzeć mocniej i rodzice, którzy nie zwracają na niego uwagi… więc dlaczego nie przygoda? W końcu w takim męskim gronie czas przyjemnie minie, jeżeli nie siądą na coś boleśnie, lub swędząco magicznego… i nie odkryją czegoś, co przez całkowity przypadek zniszczy ich świat, dajmy na to?

Taka to opowieść. Dla raczej dorosłych, choć bajucha. Zabawna, uszczypliwa miejscami, głupkowata, a jednak inteligentna. Przewrotna, ale i gilgająca podjerzliwie naszą rzeczywistość!!! Po prostu niesamowita. Może niektórym wyda się za prosta, za bardzo trywialna, ale warto… warto się przełamać i pośmiać, często z samego siebie… często i pod wiatr!

Świat się pozmieniał. Zaczynam się go uczyć od nowa podejrzewając jednak, że te całe wietrzenie Wyspy wcale mi tego nie ułatwi. Z trudem utrzymałam się na plaży, coby pozbierać sobie świeżych krzemieni. Nic tak nie ulepsza życia jak świeże jaskółcze chlebki. Nic tak nie pachnie, chociaż te letnie mają w sobie więcej żaru, słońca, iskry jakiejś takiej specyficznej. Zdają się wypływać spod hałd kamiennych, krzyczeć do mnie, ale gdy nadchodzi pora wiatrów i deszczów cóż… trzeba ucho trzymać przy ziemi, najlepiej tak na płaski, w rączce, nie zahaczając jednak o nazbyt ostre patyczki i słuchać ich pieśni. Opowieści o płomieniu, który kryją w sobie i którym naprawdę chętnie się podzielą, jeśli je ogrzać przy sercu, przytulić…

… tylko nie wolno potem zapomnieć ucha, no przydają się jednak obydwa. Nie dość, że z jednym człowiek żle słyszy i dziwnie nieharmonijnie wygląda, to na dodatek włosów nie ma za co założyć i czapa się obsuwa. Jednak wiecie, no ta cała matematyczna symetryczność nie jest taka zła…

Potem karmiłam kamienie i kurhany, bo czemu nie. Składanie obiaty nie przystoi wyłącznie wtedy, gdy człekowi źle… duchom winno się na Wyspie śpiewać codziennie, inaczej koszmary mają. Podobnie zresztą i Śpiący Bogowie, którzy nie mają zamiaru budzić się teraz, jakoś tak lepiej, łatwiej im uśpić innych… i we śnie się tak do nich przekradać, snuć swoje teorie i zwyczajnie jajca sobie ze snów ich robić. Taka tam kablówka dla nadprzyrodzonych!!!

Wyspa to ogólnie mówiąc podglądaczka. Zazdrosna o uwagę, domagająca się wiekuistej czołobitności i ogólnie tylko ona!!! Wielki Brat to przy niej seryjnie pikuś, co nie wie które drzewko obsikiwać. Ona ma podejście, jak się sprzeciwisz, stniesz okoniem czy szprotką, spojrzy na ciebie i już masz wyrzuty sumienia, psyche ci siada, czujesz się winny nie tylko ostatniego zlodowacenia, ale przede wszystkim owej czarnej dziury co to wssała tego kosmitę, który miał spuścić na całkiem nieznaną planetę taką bombkę, która miała uaktywnić wzrost nadmierny fioletowych kwiatków, które znowu miałyby wpływ na owłosienie tubylców tamoj…

… każdy ma swoje problemy, serio!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Golemiczka… została wyłączona

Pan Tealight i Milczące Przemijane…

„Porcelanowa Cera wpatrywała się w Popękane Murszałe Lustereczko z dziwnym, nietypowym dla niej, przerażeniem malującym sine cienie w załamaniach powiększonych porów. Już nie była taka porcelanowa, nie była już taka gładka, pieszczotliwie swą delikatnością powalająca, rozdzierająca welony teraźniejszości, zachwycająca idealnością, zniewalająca blaskiem niedotykalnej świętości. Tutaj coś ją obłupało na brzeżkach ukazując chropowate podskórze, tam znowu naderwało się nad uszkiem i okamieniało niczym wrzody cieknące od twardej wody… Tutaj na przykład, ta marnej jakości herbata, pozostawiła na niej dziwne zacieki, a na środku powstała wielka, ciemna, dziwnie żółkniejąca w owym zimowym braku światła, plama. Nad brzuszkiem ktoś zapomniał odkleić papierowy znaczek, a sznureczek od torebki wgryzł się mocno w skórę przeradzając się w zmarszczkę… Wiedziała, że nie powinna była inwestować w owe owocowe herbatki, wcale nie dodały jej uroku i nie przywróciły magicznego blasku, nie ociepliły wizerunku, nie oczyściły przestrzeni, tylko przybarwiły ją przy podstawie dziwnym, czerwono-rdzawym osadem…

Przemijała.

Już nikt nie pieścił jej złocistego rąbka. Już nie głskał uszka, nie bawił się zgrabnie wymodelowaną nóżką. Nie dorzucał jej cukrowych okruszków, ani nie wybierał najpiękniejszych podstawków i nie darował malutkich, misternie kutych srebrnych łyżeczek z diamencikami…

Przemijała.

Zdobiące dotąd jej rąbek delikatne kwiatuszki milkły, już nie poruszało ich drżenie pary nad powierzchnią, nie zaglądały ciekawsko do środka, zanęcone smakowitą wonią, już więdły. Biegnący pod nimi złoty pasek porwał się i postrzępił niczym zbyt często używana krajka. Wytarły go niecierpliwe dłonie, które w końcu zaczęły przestawać zwracać uwagę na to, czego dotykają. Tak cudnie oddane wicie i listeczki, które zdobiły nóżkę, ręcznie wypieszczone i malowane zakrętasy straciły na jędrności. Zmalały, znudniały, ot odeszły gdzieś… pozostały po nich dziwnie nierozpoznawalne kształty, w których trudno było domyślić się świeżości.

Przemijała milcząc. Znosząc coraz rzadsze wyjmowania z szafki. Coraz częstsze brunatne zacieki szpecące osadami jej wnętrze. Dziwnie pąsowiała grzechem, jakby nagle cała anielskość ją opuściła wraz z porcelanową pięknością. Z ową specyficznością jedynego skarbu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Petrodor” – … oj są jeszcze epickie fantasy. Piękne, bogate, przemyślane. Poruszające tak wiele problemów społecznych: tradycję, religijność, chciwość, podziały… i sprowadzające wszystko ze swych urojonych wyżyn wyewoluowania na twardą ziemię. „Próba krwi i stali” tom 2 wprowadza nas ponownie w życie Sashy. Dziwnej księżniczki. Tej, która odrzuciła swoich bogów, została wygnana z królestwa i bliżej jej do wojowniczj Xeny, niż księcia i pantofelków. Mimo młodego wieku – ale bez obawy, nie jest już dzieckiem – Sasha bierze na siebie wielką odpowiedzialność, wciąż jednak pozostając młodą, niedoświadczoną kobietą. Zdaje się jej, że jest bohaterką, ale tak naprawdę… może pragnie wyłącznie być kochaną? Może pod ową otoczką waleczności, wydobycia kobiet z odwiecznego kieratu zamykającego się tylko dookoła rodziny kryje się coś więcej? Coś wynikające z traum dzieciństwa, śmierci ukochanego brata, braku wzorców… owego hodowania księżniczek na rozpłodowe klacze, zdolne ucieszyć każdego, wysoko postawionego pana?

Joel Shepherd ofiaruje czytelnikom fascynującą, trzymającą w napięciu opowieść o różnych społecznościach zamkniętych w jednym świecie, o duchach, które zdają się jednak być nazbyt ludźmi i ludziach, podzielonych przez wszystko począwszy od religii po uprzedzenia. Opowieść o otwieraniu się na inne, na nowe, ale też o zrozumieniu, że może życie w zakłamaniu właściwie jest każdemu? Oto opowieść o racjach, które zawsze zależą od punktu siedzenia, o walkach w obrębie rodziny, o owym nie baczeniu na ból innych, o uczeniu się, często bolesnym, że każdy może mieć rację… często własną i stojącą w opozycji do tego, co myślimy…

Zaskakująco… to naprawdę dobry kawał literatury. Z ową nienachalną magią, możliwą, ale jednak sporadyczną, z owym człowieczeństwem wystawionym na największe próby i honorem, wciąż obecnym, a jednak jakże dla wielu niewygodnym. Po prostu warto… nie tylko przeczytać, ale i przemyśleć. Brawa za tłumaczenie!!!

A jej jest Bodil… jakoś nigdy nie przepadałam za tym imieniem. Kojarzy mi się z otępiałym, wielkim i tłustym babskiem porośniętym kępkami dziwnie sztywnego owłosienia, o nadmiernie aromatycznym oddechu, co to z nóg zwala i ramionach, które zawsze chcą cię uściskać mimo sprzeciwów, a są dziwnie ciężkie i śmierdzą i okryto je ortalionem, czy czymś innym, co się wam przykleja do skóry i potem chcecie to zmyć, jakiś taki odorek, a nie idzie… Pamiętacie uroczystości rodzinne i te gromady ciotek i wujków, co to podobno zmieniały wam pieluchy, czego na szczęście nie pamiętacie, a teraz to jesteście pewni, że rodzice oddali wasze wychowanie w ręce wszelkich, wybranych, ściśle selekcjonowanych potworów?

No to właściwie Bodil nie jest potworą. Ale i tak straszna jest i niesamowita i choć pachnie całkiem przyjemnie wszelką wilgocią, to jednak i tak przeraża! Pierun wie, czy będzie tylko huraganem, czy przytyje do rozmiarów orkanu, czy też wybierze sobie całkiem nową definicję wietrzności, falowości i wszelkiej psychicznej mocy – +500 wietrznej zajebistości – właściwie nie musi, już się boję. Może dlatego, że jednak wciąż mamy dzień i jakoś tak ten wiater widać…

… może jak zamknę oczy i zatkam uszy, to wszystko zniknie? Problem w tym, że Bodil silna jest. Unosi całą Wyspę i zwyczajnie jakoś tak jej to wszystko upada. Mój Błędnik daje z siebie wszystko! A moce ma dość przerobowe! Ups, się Bodil potknęła, problem, że o granitowe brzegi i znowu załomotało… mój dach serio gotowy jest by polecieć, no a dopiero mu dachóweczki przygłaskali, wyrównali, przygładzili… aż szkoda jak znowu coś skrzydeł by dostało! I chociaż coś znowu przemknęło z obrzydliwym pędem za oknem, mam nadzieję, że jednakowoż nie polecim. Nigdy nie byłam fanką podróży skrzydlanych, miotła to inny wymiar długich gaci!

… no i wiecie, trzeba trzymać ten fason osobnika epoki kamiennej, i dorzucić kilka głazów do kieszeni, bo podłoga zaczyna falować… Hmmm, że też człek wyrósł już z tych latających dywanów. Że też marzą mu się deseczki pachnące na poweirzchni do stóp i dup przytykającej… no ale cóż, nie oszukujmy się drzewa bardziej wytrzymałe, a pewnego wieku już tkanina nie unosi!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Milczące Przemijane… została wyłączona

Pan Tealight i Objawienie…

„Za każdym razem, gdy następowało rozdźwięczała się pokrywka na pordzewiałej, pokrytej wielokrotnym łataniem i mało dyskretnym urokiem grubo nakładanej emalii, patelni. Dźwięczała tak mocno, jak wielkie było… owo Objawienie. Tym razem zaczęła wieczorem od lekkiego podrygiwania. A miała być jajeczniczka z cebulką i serkiem, wszyscy się nastawili na ucztę i w ogóle, nawet Smok z Komina. W końcu zrobiły ją własnomitlnie Wiedźmy z Pieca i nikt nie pytał jak, na czym i właściwie to po ile, i po kim były owe jajca?

No mniejsza… Patelnia doznała właściwie okolicznych palpitacji od rączki po rozkołataną powierzchnie smażącą. Nikt nie chciał do niej podejść, nikt nawet nie myślał o tym, by zrobić cokolwiek, przywalic ją workiem cementu, zalać lukrem i zwyczajnie nakarmić jakieś niegrzeczne, ale żerte dzieci… Po prostu udawali, że nic się nie dzieje. Dopóki nie podskoczyła tak, że wybiła dziurę w suficie, potem przeleciała przez dach, aż w końcu stworzyła całkiem własny, frywolnie zadziorny gwiazdozbiór. Dość jednoznaczny w kształcie i wyrazie… no ta rączka i w ogóle!

Gdy Patelnia powróciła do Sklepiku, dziwnie lekko, dokładnie murując pozostawione wcześniej dziury, cichutko osiadła w zlewie domagając się mycia, a pogniecioną pokrywkę odłożyła na ściereczce. Bo pokrywka wciąż jej drgała, a może to tylko echo sobie tak rytmicznie drgało?

Pan Tealight wiedział jedno… coś się Objawiło, no i owo coś należało znaleźć. Ale na pewno nie przed kolejną filiżanką herbaty z ciasteczkiem, albo może tortem, właśnie, dawno torta nie było, trzeba upiec. I to jakiegoś skomplikowanego, co rzeczywistość z „muszę zrobić” wyczyszcza, co spaja doznania, a w medytacji ucierania pozwala zwyczajnie się ukryć…

W dalekich i dziwnie świeżych tożsamościach i wnętrznościach nowych podziwmi Białego Domostwa na ciemnej, pachnącej wiosną ścianie tunelu pojawiły się zieloniutkie radośnie drzwi. Zbite z wąskich deseczek, charakternie lekko krzywe, z niewielką, wypolerowaną, srebrną dziurką na niewielki klucz oraz klameczka zdobioną misternymi zawijasami… Oraz dziwnie poszarzałą, jakby czekającą na przetarcie metką – tabliczką informacyjną, której w skąpym świetle nie można było odczytać… Zaraz, zaraz, zaraz, co tam napisali? A może raczej wykuli, wyrzezali, wyprowadzili w niegdyś idealnej perfekcji metalowo-kamiennej oznajmiającej deseczki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sztorm nadchodzi. Właściwie to zawsze zdradza go cisza. Malutkie ptaszki nagle znikające z karmników… Karmników oczywiście idealnie objedzonych co do ziarenka… Pan Sztorm ma to do siebie, że lubi z impetem wdzierać się w Wyspę. Zbereźnik troszkę, chociaż komu tam oceniać życie seksualne Wyspy? Mi na pewno nie… Za to sztorm sztormem, ale nigdy nie wiadomo jaki z komody sobie Pan Sztorm wiatrowy krawat wybierze. Czy tylko ten, który będzie się zabawiał falami, oczyści podłoże, może i artystycznie sobie pochyli kilka drzewek, zedrze gałązki, dołoży sobie liści do kolekcji w klaserze… a może jednak zacznie szaleć z myślami? Może zwali na ludzi wszelkie pochrzanione myślowanie, albo też zagubi ich w tym depresyjnym, pomrocznym, wrzącym kotle, z którego serio trudno się wygrzebać?

Bo Wyspa to specyficzny świat. Tutaj cała naturalność wkrada się w tubylca i mamrocze mu tam pod dekielkiem. Wtrążala się w żołądek i wątrobę głośno złorzecząc nad jej nadmiernym zużyciem… Płuckami sobie oddycha, gardziołkiem przełyka, inspekcję żołądka robi, żółcie kontroluje, a w nereczkach oczyszcza sobie biżuterię. Ot tak, bo to ona panuje!

Czasem patrzę na tych od Wyspy uzależnionych jak ja i się zastanawiam, czy to nie jest wyłącznie forma niewolnictwa. Eksperyment pokręcony totalnie jakiś, w którym jedna strona doprawdy mocno, na zawsze i silnie fanatycznie kocha, a druga… cóż, kochana być lubi i tyle! I próbuje naginać wolę swoich poddanych i eksperymentuje na nich z użyciem doprawdy ciężkich i nie dopuszczonych nigdzie indziej do konsumpcji, substancji. Bo może. Bo my się jej dajemy i tyle… na tym w końcu polega miłość. Ostateczna miłość, taka na zawsze, niczym ponowne zespolenie pępowiny, tym razem takiej, której nic nie przetnie.

Bo jeśli pomyśleć mam choćby o lekkim oddaleniu się od Wyspy, to dech odbiera, strach ciary robi i pazury dawno nie obcinane na oczach mi zaciska – i innych, nader wrażliwych miejscach…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Objawienie… została wyłączona

Pan Tealight i Wielkie Trzy Pstryknięcie…

„I Pstryknęła Wiedźma Wrona Pożarta…

… w dwa palce, złożone,
klucz wrzucony w morze…
Złączonych nie rozłączysz,
choć się starasz okrutny boże.

I Pstryknęła Widźma Wrona Pożarta, palcami lekko opornymi, lekko wilgotnymi, Palec Wskazujący zsunął się raptownie, szeleszcząc skórę, uderzając boleśnie o poduszeczkę Kciuka. Zsunął się z powiewem i żarem odgłosu, który sprawił, że coś się obudziło. Coś się poruszyło w jałowych trzewiach. Coś zaczęło oddychać, marzyć i znowu śnić… Coś postanowiło, że nie zostawi tego wszystkiego tak, jak jest, ale zmieni w to, czym nie jest. I choć nikt właściwie owego Pstryknięcia nie usłyszał, nikt nie dojrzał tej jakże malutkiej chwili, w której można było jeszcze wszystko zatrzymać, to konsekwencje poczuje każdy.

Teraz, czy później, a może już po wszystkim?

Pociera Wiedźma Wrona dłonią o dłonie, zastanawiając się jak bardzi jest szcześliwa, że ma je dwie. Jakże to doskonała liczba dłoni przypadających na jedną Wiedźmę. Może i niewielkie są, może i dziwnie czasem samoistnie napędzane, do pędzli się lepiące, garniące do kamieni, ale przecież czemu nie… Mały Palec i Ten Kolejny, Środkowy i Wskazujący, oraz Kciuk, w którym drzemią niewyczerpane moce. Na poznaczonej gwiazdkami powierzchni jego poduszeczki śpią wszelkie runy. Ogham rozpostarł się zaś na opuzku, zdolny naznaczyć każdą powierzchnię. W dłoniach śpia magia. Nie tylko w palcach, zdolnych tak wiele, nie tylko w sile i dziwnej skłonności do chwytania, czy zdzielania, ale przede wszystkim w owej skórze, która opisuje Jaśminowe Milczące Światy.

I Pstryknęła Wiedźma Wrona Pożarta…

Ciało Chowańca Wiedźmy wyrwało się ze snu i ponownie przebiło sufit, Przestrzeń Nissenowo-Trollowego Zamieszkania, a w końcu i dach. Ale chrapanie efektem motyla umilkło, więc Wiedźma spokojnie, jakby wykonywała to nie po raz pierwszy w życiu, wyciągnęła drugą dłoń i złapała za sznureczek, który zapobiegliwie przyczepiono do jego nogi. Powoli, mało dyskretnie pociągany Chowaniec, wracał. Powoli pokonywał kolejne pasma chmur, karmił się wszelaką błękitnością, zdzierał kurz z zagubionych obłoczków, z owych zwykle kryjących się pod niebiańskimi sofami i kanapami… łatwo okupującymi miejsca niewidzialne. Powoli wracał do domu. Przez konary miejsc naddrzewnych, poprzez korony drzew i wszelką niskopienność, wciągany po ścianie powrócił przez wybity w dachu otwór do łóżka. Gdy go nie było, na wielkich zawiasach trolle zamontowały drzwiczki dla kota, ot na wszelki wypadek, w końcu Chowaniec ma to do siebie, że chrapie nieustannie… nowenny grdyczące wyszeptuje strunami małogłosowymi i wyśpiewuje hejnały na dwie opłucne, wątróbkę i wszelaką przestrzeń międzyżebrową…

Miłych lotów!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Rajski domek” – … a w powieściach ważne są budynki. Łączą nas jakoś ściany i dachy, otwierają na innych okna, wypuszczają w świat drzwi. Niczym swoiste macice ochraniają, ale też pozwalają się rozwijać, bezpiecznie. Ta powieść, wydana wcześniej pod tytułem: „Pensjonat na wzgórzu”, przenosi nas w okoliczności wymarzone dla wielu. Niewielki pensjonat, lekko nadgryziona cierpieniem rodzina, która jednak mimo wszystko trzyma się razem. Ojciec i trzy córki o wyrazistych osobowościach, nie najmłodsze już, świadome tego, że świat do hojnie darowanych kolców sporadycznie rzuca płatki róż… I choć najważniejsza jest tutaj najstarsza z sióstr, historia jej miłości, jej dotychczasowych potknięć, to jednak wszystko zamyka się w opowieści o wybaczaniu. O stawianiu kolejnego kroku, choć trzeba było podnieść się po poprzednich, o wystawianiu twarzy na nowe promienie słońca, choć tak naprawdę niebo wciąż zasnuwają burzowe chmury…

… ale jeżeli wydaje się wam, że to smutna opowieść, to nic bardziej mylnego. To przesympatyczna, przepełniona dowcipem opowieść z małego zakątka Anglii. Pełna specyficznej powolności, porządku wyznaczanego porami roku, wybitnych ludzkich charakterów. Prawdziwych ludzi, którym przytrafiło się… życie. Życie, z którym nie zawsze dali sobie radę…

Jakby nie patrzeć mamy grudzień. Na zewnątrz ciemności zmywają wszystko w okolicach obiadu, wiatr igra sobie z prawami mniejszej i większej natury, a na placach i przed domami stanęły choinki. Mimo iż bez korzeni, to dumnie wyrastają opierając się na betonowych płytach. Maciupkie drobinki światełek porozrzucanych to tu to tam, to gdzieś całkiem indziej poruszają się niczym szalone świetliki… takie do pogapiły się strasznie, pogubiły mapy, a na dodatek coś tam wypiły przed lotem.

Jest coś takiego w tych lampeczkach. Coś hipnotyzującego, udowadniającego, że przecież świąteczność, to doprawdy ich własna, zaskakująca specyfika. Co rusz człek się natyka na Mikołaja o mniej lub bardziej buntowniczej twarzy, tudzież mniej lub bardziej rozmytej… Wyspa, to w końcu ciągłe zmagania się natury z samą sobą! Są nawet renifery z czerwonymi nosami, choć wsadzanie im kabelka w… uważam za dość drastyczny rytuał. Ale może im odpowiada?

Skradam się pomiędzy domami, bo nawet mimo obciążenia kamieniami wiater wyrywa mnie do tańca. Oj opieram się, nie jestem łatwa, więc mnie popycha, kopie w dupsko, strzela pod kolanami, jakoś taki mało pieszczotliwy jest, się przyznam, doprawdy mało pieszczotliwy. Mógłby przecież wyrwać podstarzałe dziewczę delikatniej, no napiąć muskuły i poderwać ją ponad kałużaną ścieżkę. Ot tak troszkę do góry, niezbyt wielce, pieszczotliwie unieść i zakręcić nią… a potem poczekać aż pawia wyrzuci z siebie i wrzeszczeć przestanie.

Może bym się wtedy do wietrznego tańca przekonała? Bo jak na razie, to NEJ TAK!!! Jak mnie poprzesuwał po cmentarnej, żwirkiem ochrzczonej szczodrze ścieżynce, to aż mi coś w pośladkach strzeliło!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielkie Trzy Pstryknięcie… została wyłączona