Pan Tealight i Wyspy rozterki…

„W otchłaniach Wyspy drzemią kości.

Większość z nich nigdy nie przekształci się w nawóz, kolejne rośliny, falujące łany, orne ziemi przestwory, owe tchnące rozrodczością, dziwnie zawsze ciepłe fałdy skórne pól. Albo łąk… owych dzikich, zagubionych pośród lasów paczłorkowych, dziwnie różnorodnych, młodych, bo żywot drzew na Wyspie jest raczej krótka, poddana wichurom. Ale kości drzemią. Niezależnie od stanu skupienia, czy wciąż szkieletowe, czy jednak rozmyślnie upchnięte w urnie, odmawiają wtopienia się w samą istotę owej ziemi. A może jednak są nią? W jakiś dziwny sposób stały się elementem owego idealnego, boskiego szkieletu? Może nawet sama Wyspa nie wie o co z nimi chodzi? Pochowanymi wieki temu, śpiącymi, zapomnianymi, oznaczonymi kamiennymi ostańcami, kręgami i kopcami, a jednak tak dziwnie niewidoczne…

A może jednak chodzi o to, by nie odchodzić? By zostawać? Może tak naprawdę wszystko się zaczyna i kończy tutaj? Bo jeżeli kochasz jakieś miejsce tak na zawsze, tak do końca, to jest tutaj i twoje niebo i piekło i czyścieć i tęczowy most i Walhalla! Albo i jeszcze więcej? Może specyficzna świętość tego miejsca zezwala niektórym na życie wieczne? Jeżeli tylko położysz się w lesie, tam, gdzie nikt nie chodzi, bo krzaki rozrywają ubrania… może wtedy po prostu zwyczajnie wtopisz się w Wyspę? Tylko czy jej się to podoba? Czy nie ma dziwnych rozterek w stylu: czy tego pana złożyć tutaj, czy jednak tam? Może niczym gigantyczne puzzle woli być uzupełniona duchami i kosteczkami wyłącznie w obrębie tamtej doliny, a może by zaludniły ruiny? Czy masz Wyspo rozterki? Bo Wiedźma Wrona słucha… nie tylko czyta. Błąka się po twojej powierzchni, a czasem wpada w króliczą czy lisią norę. Czasem porywają ją nornice, a czasem zwyczajnie liże ją ropucha i wszystko nabiera żwawszych kolorów.

Czasem wydaje się, że Wyspa się przebudowywuje. Przesuwa kopce grzebalne, manewruje kamiennymi cyklami, zmienia położenia rytów naskalnych, albo inaczej, zwyczajnie tworzy nowe? Bo tak naprawdę może to wszystko to Ona? Manipuluje nie tylko ludźmi, ale też porami roku, elementami wystroju przyrodniczego, ale i tym, co starają się pozostawić po sobie ludzie? Może czasem ma wątpliwości, czy to, co robi i w niej samej budzi wątpliwości? A może tylko wzbudza je w innych, by potem spoglądać przez okno i w kułak się chichrać, że znowu się jej udało…

… udało Ci się! Udało, udało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Szepty zmarłych” – … i umierasz. Każdego z nas to czeka. Umieranie ciała, bo co do duszy to wiecie, zdania są podzielone. Wszelako jednak ciału przeznaczone jest starzenie jeżeli uda się żyć, albo rozkład, jak już owa szansa na żywot się zakończy. To wszystko można obserwować na słynnej Trupiej Farmie. Miejscu, w którym scena z Carrie wydarzyć mogłaby się ot tak. Dłoń wychodząca spod murawy, oj nic wielkiego! Tutaj rozkłada się ofiara spalenia, tam znowu utopiona, powieszona, ta na widoku, ta zamknięta, zakryta, wstydliwie schowana… Ot zwyczajność przemijania. Piękno przetwarzania, jeżeli tylko jesteś zainteresowany. Doktor Hunter, szczególnie po ostatnich wydarzeniach (to tom trzeci cyklu) tutaj pragnie odnaleźć przewortne bezpieczeństwo i spokój. Zamknąć się w pracy, doświadczeniach, wciąż nawet nie zdając sobie z tego sprawy, nieświadomie drapiąc się po kolejnych bliznach, którymi naznaczyło go życie.

Znowu samotny…

Oczywiście wplącze się w kolejne, wstrząsające śledztwo. Mimo iż to nie miejsce jego jurysdykcji, to jednak jakoś tak w nie wpadnie. Koszmarną zbrodnię, która może być dopiero początkiem – pierwszym rozpoznanym śladem pozostawionym przez seryjnego mordercę. Ale mordercę innego niż ci znani dotychczas.

Kolejna pasjonująca, wstrząsająca opisami a jednocześnie intrygująca, zmuszająca do wejrzenia w przerażające wnętrze tego, co nazywamy człowiekiem opowieść. Skomplikowana przeszłość głównego bohatera też intryguje, dorzuca do niej coś, co ją dopełnia! Po prostu powieść, od której nie można się oderwać. Z jednej strony napisana prostym językiem, z drugiej specyficznie głęboka, ujmująca, ale i dogłębnie przerażająca. Przypominająca, że tak naprawdę nigdzie nie jesteśmy bezpieczni, że każdy, najnormalniejszy, dziwnie zwyczajny osobnik może być… złem wcielonym. Beckettowi w dziwny sposób udaje się zaskoczyć czytelnika. Ogłupić, zatopić w historiach bohaterów pobocznych, a potem zwalić mu na łeb… zwłoki.

Wyspa epatuje przeszłością. Część z niej pochłonęły fale. Co spowodowało, że pochowaliście swoich zmarłych tak blisko linii brzegowej? Czy mieli w końcu odpłynąć, stać się elementem wystroju dna, kośćmi, które pływy będą głaskać i szlifować, poprzez lata zmieniając je w dzieła sztuki? A może jednak po prostu chcieliście by byli blisko. Blisko was i blisko morza, które kochali, a może którym przybyli? By chronili stanowiąc pierwszą linię obronną. Owych duchów, przodków, którzy jednak nigdy was nie opuszczą, zawsze służąc radą, wizją, napomnieniem? Jak bardzo musieliście ich kochać, by na zawsze poddać się ich ocenie?

Kurhany odpłynęły. Ich kamienne obudowy pochłonęły odmęty, a teraz szlifując się jedno o drugie, kamień o kamień, zmieniają się. Z jednej strony ich już nie ma, z drugiej stali się elementem wszechświata i pozostaną tutaj na zawsze. Szepcząc poprzez wiatr, poprzez krople rozbijające się o szyby, wygrywające na dachówkach specyficzne melodie… o nutach całkiem pokręconych.

Kocham owe kamienne miejsca przeszłości. Uwielbiam spoglądać na ludzi, którzy wciąż jeszcze szukają tam spokoju, ukojenia, dziwnego, specyficznego uzdrowienia duszy. Szepczą tutaj swoje problemy i zdaje się, że znajdują odpowiedzi na rzucane w chropowatość głazów pytania… A pod nimi śpią kości. A może nie śpią tak naprawdę? Może w rzeczywistości to tylko inne życie, takie trochę bardziej rozsypane? Bardziej sposobne w możliwości zmacania głębszych otchłani owej cudownej ziemi? Jedynej takiej… Bo nawet kamienie tutaj zdają się być bardziej żywe, niż gdzieś indziej. Może tak naprawdę nic tutaj nie jest do końca martwe?

Może i Wyspa wciąż nie otrzymała dostaw Zimy, na którą wiele robali czeka!!! ale jednak nie daje się. Może i trochę jej odbija z tą płodnością, wszelaka zielonkawość plącze nam myśli, ruchy i głowy… a może jednak te pola po prostu taki kaprys mają, owe kwiaty wychylające główki, cebulki trzaskające pod palcami. Gdy wyciągacie je z woreczka, kwiaty zdają się już z nich wypełzać…

… ale ja potrzebuję czasu uśpienia. Owej sposobności dla wszelakiej powolności i urokliwej spolegliwości w wyłażeniu z ciepłego łóżka…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyspy rozterki… została wyłączona

Pan Tealight i Małe Białe Kuleczki…

„Pojawiły się znowu z dziwnym poszumem wiatrów i zapachem małej choinki strojnej w czerwone bombki i serduszka; Skrzaciki Igiełkowe nuciły w upojeniu żywicznym, ponadziewane na gałązki, tańczyły słomiane zabawki, gwiazdki i koniki, dziwnie pozbawione mowy… Pojawiły się z owego pokrętnego Snikąd. Z owej tajemniczości wszelkiej sposobności i możliwości, która uważa, że przydarzyć się może zawsze, niespodziewanie, choćbyś brał przykład z kózki i nie skakał i tak porazi cię bólem nogi i stłuczeniami. Choćbyś nie wiem jak się starał i tak znowu rózga, bo ktoś się pomylił, ot tak dziwnie, zwyczajnie. Czy to owo Fatum jakowe, czy inny tam Los się postanowił znowu z życiem innych zabawić, nie wiadomo… ale one się pojawiły pobrzękując w małym, białym pudełeczku z gazetką.

W drżącą, pomotaną czeluść Wiedźmy Wrony Pożartej wkraczały w południe. Z połykiem, kubkiem wody z misiem i ręką latającym niczym skrzydła ucapionej przez pająka ćmy. Popędzały żółtą społowioną, spłaszczoną pigułę o dziwnie zielonkawym w swej bieli i sypkim środku. Gorzką, w jęzor palącą, ale mającą na celu usprawnienie widokowości wiedźmowej, owej specyficznie antycznej, właściwej owym wyłącznie niemodnym! Na owe słodkie kurzaje, na wągry i ogólne wypryski na nosie, z których dziwnymi oczami spogląda na petenta mózg dziwny… Nieszczególnie optymistyczny, ogólnie przerażający, ten sam, co wystawia rachunek. Wiecie, asertywny taki bardziej niż sama nosicielka nosa. No a później… później czas nadchodził na ogólne wzmocnienie, więc w cielesność Wiedźmy Wrony wskakiwały kuleczki czerwone, żółte, bordowe i białe. Te białe rozmiar miały szalenie potężnie ogromny, lekko dusiły w poszarpanym przez farby drukarskie gardle, ale jakoś szło.

Ogólnie żeby nie było, że tylko ten papier, papier i papier wpiernicza, no wiecie, porządek być musi! Wiedźma żywi się także dziwnymi kulkami. Takimi magicznymi. Nieszczególnie smacznymi, ale w końcu nie chodzi o ssanie i te inne pseudo-seksualne zabawy! Chodzi właściwie o to, by język był giętki, a myśl szybka i żywotna niczym jętka w stawie. Albo inna tam kijanka, wybaczcie, biologię miało się w wieku zaprzeszłym… i chyba spędziło się ją czytając coś pod ławką! Mniejsza o przeszłość. Łykając owe kuleczki się we wnętrzu owym stroniastym coś troi, dwoi i ogólnie wzajemnie z nadmierną myślówką kopuluje. Strach przewidzieć co z tego wyniknie… więc pozostawmy to sobie, oj nie, ale ino owym muzom! Bo takowe muzy, to chyba znieść mogą wszystko, jak już od starożytności cierpią?

Za to Małe Białe Kuleczki drążąc w Wiedźmie dziwne, nowe otwory i korytarze miały własny plan na przyszłość. Swoją i Wiedźmy Wrony, ale nie żeby chciały o tym kogokolwiek informować.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zapisane w kościach” – … i choć odgadłam. Od razu wiedziałam kto zabił, kto popełnił zbrodnię, choć pewna byłam i tak wciągnęło, złachociło, sponiewierało mnie. I tak w dziwny sposób od razu porwała samotność wyspy. Dziwna ułomność w liczebności winnych. Ale choć wiedziałam, to jednak motyw targnął wnętrznościami. Uzmysłowił ponownie, że człowiek nie brzmi dumnie, ale zaskakująco okrutnie. Że nawet jak człek podejrzewa kto zabił, bo dziwadło z niego takie, to jednak gdy mówią mu DLACZEGO… pada na paszczę.

Z powieściami Becketta jest tak, że się je czyta, a potem się je kończy. Oderwać się nie można, choć język dosadny o prosty, choć bohater dziwnie normalny, logiczny, popsuty lekko, zdolny, ale nie nadmiernie dziwaczny. Niby cała owa przeszłość trochę z niego opadła (to drugi tom cyklu), niby znalazł kolejną przystań w swoim życiu, ale chyba nie może sobie pozwolić na szczęśliwość? A może to Los pragnie się nim zabawić, nie pozwolić mu na miłość?

Może jednak jego życiem muszą być wyłącznie zwłoki?

Powieść jest fascynująca, wciągająca, mroczna ale i intrygująca ogólną aurą wyspowego świata. Szczególnie jeżeli znacie ów rodzaj strachu pojawiający się w ciemności całkowitej, gdy jedynym dźwiękiem jest wiatr i fale, może was dotknąć mocniej. Gdy nie ma wokół nokogo, a jednak coś szeleści, coś świeci, czujesz na karku dziwny oddech… Oto sens owej powieści. I tajemnice, które wyłażą ze wszystkich, jakby doktor Hunter był katalizatorem wyzwalającym z innych wszystkie sekrety.

Tylko czy naprawdę wszystkie? Przerzucam ostatnie strony z drżeniem dziwnym…

Czy prawda ma jedno imię?

Era Wiatrów ma się świetnie. Właściwie występy mamy ciągłe, ogólnie sporadycznie na chwilę przerywane, by soliści siku mogli zrobić, a że pojemne pęcherze mają, to wiecie… raz na tydzień! Fale biją, walą, tłoczą się niczym klienci po ajfony, tudzież ci z przeszłości zatęchłej, których jedynym marzeniem było kilka rolek papieru toaletowego na sznureczku!!! Bo wiecie, można się liśćmi, ale jednak życie bez papieru do pupki ciężkie jest!!! A nasza współczesność rozpieszcza takimi mięciuchami, że aż się odbyty śmieją jak szalone!!! No i wiatry wiecie… takie tam nawiązanie…

Ogólnie mówiąc mamy zimę, która jest ciepła, kwitnie, wieje… i powoduje bóle zatok, szalone migreny i ogólnego popierdolca. Bo co jak co, ale tacy jak ja to się muszą wymrozić. Nie mieszkam w świecie dwóch pór roku ino czterech, i się domagam egzekucji mych praw do śniegu!!! Oj wiem, z drugiej strony to nie straszne nam to, że przycięli na Wyspie datki na odśnieżanie! W końcu i tak nie ma czego… W każdej sprawie znajdzie się i jej dobrą stronę, choć przyznaję przewrotnie trochę i nie wiem, czy mi się owa strona podoba tak w ogóle.

Gdyby nas tak zasypało jak w pięknym, cudownym, białym i mroźnym urokliwie, baśniowym… 2010, to byłaby kaszanka, kiszka i ogólna biel na Wyspie. Oj pewno odśnieżyliby drogi główne, w końcu mamy takowe, ale jak do owej głównej samochód donieść? Na pleckach biednej wiedźmiej małżonki, czy co? Jakoś nie mam jeszcze mocy transformera, ale wiecie Nowy Rok, więc i postanowienia moga być. Choć nie wiem, czy mi do twarzy w transformersowym wdzianku by było?

Nie robię noworocznych postanowień, są stresujące. A raczej mam te co zawsze. Wstawać i kłaść się, oddychać i Wyspę macać, obracać, lizać, smakować, tulić i ściskać, no i kochać… choć ogólnie mówiąc przy moim fanatyźmie, to chyba inny stan ducha i ciała możliwy nie jest! Żyć zwyczajnie, choć może niezbyt zwyczajnie, bo poddańczo bardziej naturalnie, wyspowo-oszołomowo. Bez tego czego nie lubię, a z tym, co kocham. I sobą być, bo wiecie, ktoś musi się poświęcić!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Małe Białe Kuleczki… została wyłączona

Pan Tealight i Loszek Wypłoszek…

„Pan Tealight od pewnego czasu nosił się z pewnym zamiarem. Z owym własnym marzeniem miłosiernie wciąż zakutanym po uszy w kocykach, pledach i pieluszkach. Ulokowanym w nosidełku w kwiatuszki z zestawem piszczących zabawek. Jeszcze kwilącym, z grzechotką i smoczkiem, jeszcze nie do końca w pełni ukształtowanym, dziwnie niedorosłym… Ale się z nim nosił, by po prostu poznało świat, w który miało wzrosnąć, by czuło wiatr na policzkach i znało smak deszczu. Wiedział, gdzie ono jest, zawsze, gdy tylko znajdował na to czas, wyciągał je i udoskonalał. I chyba właśnie dorosło, dojrzało i chyba było gotowe, by się wypełnić w rzeczywistość. Co wcale jednak nie oznaczało, że wszystko pójdzie z płatka, z liścia, po maśle i ogólnie lekką ręką ktoś rzuci finanse…

… a plan był taki, by założyć Loszek. Loszek Wypłoszek. Miejsce odludne i pozbawione nagłośnienia, w którym przebywać mogą ci spragnieni najwyższych standardów traktowania, bicia wyłącznie paskami z aligatorskiej skórki i diamentową rączką… ci, co serio wypasali się brojąc, ale też pragnęli być karani wyłącznie w idiotycznie bogatych wnętrzach. Pan Tealight był pewien, że kruszca nie zabraknie. Zresztą, nie oszukujmy się Ułuda Panią Nas Potrzebujących, amenej! I zawsze pod ręką. I prawą i lewą i tą środkową, w zależności od tego ile się ich posiada. A wszystko przez to, że Więzienie na Wyspie, owo logicznie ludzkie i ogólnie mówiąc niezbędne, czyli pozostające poza gestią Sklepiku z Niepotrzebnymi, otrzymało gwarancję jakości, nagrodę za czystość i wiele gwiazdek za obiadki do paczki… więc dlaczego nie?

Taki Loszek, gdzieś wykuć w granitowym zboczu, z widokiem na skały spiczaste i ostre, wciąż nie poddające się łagodnej perswazji fal, by zrubensować kształty. Na wiatry nastawione, bo klima być musi. Na słońce, by ładnie wypiekać obrażenia. Gdzie grzechoczą okowy wyłącznie z najwyższych serii, najlepszych stopów, gdzie obije cię po mordzie koleś z tytułem co najmniej doktora nauk torturycznych. Gdzie doprawdy pazurki u stóp wyrwie ci podiatra sfrustrowany, a za zaciskanie gardła zabierze się osobnik z laryngologiczną dokładnością. Ogólnie mówiąc cierpieć będziesz mocniej, ale dłużej, jednak na nic nie będziesz mógł narzekać. Bo oni się uśmiechną, powiedzą: proszę i przepraszam, a potem docisną, dorzucą, dopalą, rozsmarują mazie palące na powiekach… podkręcą ruszt i poobracają ci trzewia, a ty wciąż dychał będziesz. W stali chorurgicznej rozsmakowani, wielbiący błysk, bling i ping… nie da się ich oszkwapić omdleniem, bo podłączą pod maszynerię najnwszego sortu i zabawią się dalej… Bo tak, masz rację, to nie Loszek dla tych, co nabroili. Nie dla tych, co mają ponieść konsekwencje swoich działań, ale wyższa szkoła Manierycznego Uprzykrzania Życia.

Zapisy od 2014 roku!

Na prawo od mostka, potem na lewo od złamanej topoli, przy kamieniu w kształcie żuczka krok w morze… Tylko tutaj, tylko u nas kara i wina są tym samym, ale rocznik mamy lepszy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Most marzeń” – … bo kobiecość, bo męskość, bo wyobraźnia i miłość. Bo jakaś w tym wszystkim ckliwość, a jednocześnie brak owej otępiającej babskości. Bo po prostu tej autorce udaje się opowiadać o ludziach takich, jakimi mogliby być… nie pozbawionymi wad, ale umiejętnie sobie z nimi radzącymi. Ludziach, któzy słuchają mimo wszystko i patrzą widząc. I o światach, które z jednej strony są fantastycznością, z drugiej odbiciem naszej zwykłej, domowej, przynależnej płciom zwykłej magii. Bo Bishop umie przypomnieć o tym, że aby wiedzieć, trzeba poznać, by ukształtować trzeba zniszczyć… a by coś wyrosło, musimy się ubrudzić. A wszystko w baśniowy sposób. W jednym miejscu, w których owych miejsc jest wiele i tak naprawdę każdy jest witany z otwartymi ramionami, każdy jest tutaj potrzebny i każdy może mieć własny niesamowity ogród, własny krajobraz, który rezonuje z najgłębszymi potrzebami jego serca… Ale też oczywiście i odpowiedzialność za świat, za świat, który tworzą jego własne myśli, pragnienia i wspomnienia.

Trzeci tom cyklu „Efemera”… oj może i cyklu, który nie pobije „Czarnych Kamieni”, ale jednak swoją lekką, łagodną innością, owym człowieczeństwem jakoś mnie dopełnia. I te postacie!!! Bohaterowie tak pełni, tak zmienni, tak barwni. Jakby każdy miał szansę, jeżeli tylko poprosi, by mu ją dano… Pewno, że miejscami utopia, ale czyż o to nie chodzi? O ową możliwość, która zależy wyłącznie od nas? O piękno, o którym zapominamy, że istnieje, że jest dostępne… o zrozumienie, dziwną normalność porywów myśli i szaleństw, uśmiechów i dopuszczania do siebie wszelakiej dziecięcej frywolności. Owej pozbawionej z góry narzuconych, źle uszytych norm, nakazów i zakazów. Ale też świat, w którym dobrze się ma żyć wszystkim…

Każdą kolejną powieść tej autorki pożeram… i naprawdę, nie mogę się doczekać następnych!!!

Choinki się pochowały, światełka z framug poznikały. Wieczorami wyłącznie migające w oknach tealighty przypominają o tym, że jednak ktoś tam jest. Mimo dziwnej ciepłej aury Wyspa zasypia. Bo odpocząć przecież musi. Mimo pojedynczych kwiatków cholerycznie postanawiających wybić się ze skonfundowanych pączków… przysypia. Robi się ciszej. Tylko od czasu do czasu sąsiad psychopata meloman zapuści jakieś rąbania. Z prawej czasem nadleci wrona, z lewej mewa. Nasionka w karminku znikają, choć nikogo ruszającego żuwaczkami nie uświadczysz… Jakby wszystko znikało, rozmywało się, by na wiosnę ponownie się spojawić w nowych kolorach. Jakby co roku ten sam proces odświeżał wszystko…

… czy całą Wyspę? Czy to możliwe, by dziwne procesy potrafiące zamknąć ów ekosystem w szklanej, śnieżnej i wietrznej kuli, mogły też zwyczajnie odradzać wsio od pnia, od ziarenka i pyłku? A może jednak tak naprawdę to tylko sen i przyszedł czas na to, by Wielki Śniący się przebudził?

Tylko, czy jak się tak przebudzi, rozochoci, to będzie potem skłonny znowu zasnąć i znowu nas śnić? Takich samych? A co, jeżeli tak mu się tym razem owo niespanie spodoba, że zapomni o Wyspie? Nie, chyba nie… O niej przecież nie można zapomnieć. Się nie da po prostu. Nawet jak zasypiam czuję, gdy obok mnie oddycha, gdy coś się jej złego śni, wzburzenie jej serca mnie budzi… a nawet gdy wkraczam do mojej własnej krainy spod znaku snu i koszmarsnu, wiem że jest blisko. Że stoi za wyśnionym drzewem, że owo drzewo korzeniami wczepiło się w rzeczywistości w nią samą… że wszystkie moje sny ją znają!!!

Oto i wielka jest wielowymiarowość Wyspy! Pani wszelkich pokładów człowieczeństwa… owego świadomego i tego mniej realnego. Bo czemu nie. Może i wszyscy jesteśmy tylko Wyspą a może tylko i jej snem? A może i nie ma nas wcale i w ogóle… o jeżeli nie ma, to nie ma czym się martwić!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Loszek Wypłoszek… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy poprute…

„Nie zdarzało się to często, a jeżeli już, to byli przygotowani. Wypatrując poprzedzających to znaków, wszelakich znaków: drobin i zakłóceń, zmarszczek na powierzchni herbaty, dziwnych skoków tempeartury, a nawet figlarnie ukształtowanych kamieni, zawsze mieli przy sobie wszelakie to, bez czego nie mogliby się obyć. Zawsze dotąd udawało się naprawić to, co się popsuło… zawsze. Ale owo „zawsze” w dziwny sposób od początku generowało owo „wydarzy się”, co oczywiście miało dopieścić szpetną i cokolwiek mało wyobracaną… owego zawsze regułę.

No i tym razem było inaczej. Zwykle tylko popuszczała. Zwykle tylko roniła litery, słowa i zdania. Czasem przepuszczała w szwach strony, ich cząsteczki zwykle zdawały się tworzyć mało malowniczą, ale skomplikowaną i cokolwiek niczego nie przepuszczającą… dziewiczą w wydźwięku mgiełkę. Cóż, złuda i ułuda dziejów panie, złuda i ułuda i owej ułudy złuda też… Bo teraz zwyczajnie się pruła. Nie rozpadała, nie zmieniał w maltretowaną najpierw uczuciem, a potem grzmotniętą młotkiem rzeźbę z kryształu, ni figurkę z cieniutkiej porcelany… to nie działo się ot tak, raz. Raczej postępowało. A wynik tego był zaskakujący, dziwaczny i miejscami zwyczajnie nie do zniesienia.

Bo gdy z nagle poprutej Wiedźmy Wrony zaczęły wyłazić strony, przetrawione, miejscami zmechacone, wykochane, wypieszczone, wyżarte i odtworzone na opak, coby pooglądać sobie świat wyłaziły… to nagle na kochanie się im zebrało. Zebrało się im na kochanie i to poza wszelkimi kastami i poza regułami, poza rodzajami literackimi i rozmiarami trzcionki, poza miękkością okładek i formą szycia, tudzież klejenia… poza wszystkim. Z poprutej Wiedźmy tożsamości wyłaziły strony i nie zważając na fabułę ni datę publikacji, zabrały się za miłość w ostatnich dniach roku. A wszystko przez to, że jak zwykle, jak co roku Wiedźma Wrona miała rozpaczliwą, paniczną w sobie wolę ucieczki od nowości. Od kalendarzyków, zegarków, czasomierzy i innych wyznaczników przemijania, jakże niekonsekwentnych i anaturalnych.

Bała się Sylwestra. Bała się go tak panicznie, że strony postanowiły to wykorzystać i zwyczajnie się puścić, wykorzystując jej słabość. Mogły wszystko. Nie panowała nad tym, co w nią wtłaczały i nad tym, co już w sobie miała. Pruła się w ideologii, stanach ważkości, w magicznych strefach i tych, które sporadycznie muskały ziemię. Po prostu siedziała i się pruła a jej poprute osobowości zabawiały się jak tylko mogły. Jakby nagle uwolnione, w końcu mogły wszystko… bo to, co się wydarza w ten czas, zostaje w nim. Wiecie, no jak z Vegas baby! Tylko teraz, tyko tutaj Śnieżka serio może rzucić zwierzątka i zająć się na przykład świnkami, Śpiąca rzucić kołdrę w kąt i wybrać się na wyprawę w Siedmiomilowych Butkach. Książęta maści wszelakiej zakochać się już nie w biednych pannach, ale owych starych i brzydkich wiedźmach z kroczącą posesją na kurzej stópce… wiecie, baba z domem to inwestycja! A krasnali… no krasnali bez przymusu zwykle nikt nie chce, ale i im się ktoś trafi!!! Już czarodziejska różdżka o to zadba, zadba o to wprost doskonale!!!

Siedzi Wiedźma Wrona i się pruje, a jej poprute cząstki zabawiają się ze sobą, w sobie i na sobie w najlepsze, w rzeczywistości gdzieś mając to, co się dzieje z tą, co zwykle utrzymuje je w kupie. Wiedzą, że to ich czas, ich wolność chwilowa, chociaż prawdę mówiąc na wszelakie związania przecież nie cierpią. Chyłkiem i dziwnie lękliwie spoglądają tylko na Ojeblika – małą, uciętą główkę, która zagarnia je od czasu do czasu suszarką do włosów i Chochela w najnowszych, błękitnych gaciach Chowańca – tych z rozporkiem od fronta! – co puszczając bańki mydlane niewiadomą stroną, zwyczajnie ma wszystko gdzieś! W końcu nawet oni im nie zabronią.

A póki stuporu Wiedźmy, póki ich szaleństwa!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Szubienicznik” – … nie dla każdego. Nie dla tych spragnionych akcji, wielkich tajemnic… raczej dla owych stęsknionych za sarmacką przeszłością. Za rozdmuchaniem, rozpasaniem, za specyficznym poczuciem honoru, za ową Rzeczpospolitą jedyną!!! Dlaczego nie dla każdego? A bo wysilić się trzeba, wczytać mocno, przysiąść, często w przypisy, jak łacina obca, zaglądać. Trzeba wytrzymać, zrozumieć najpierw co się ma w dłoniach…

Bo to coś bliższe „Panu Tadeuszowi”, na chłopski rozum mówiąc, niż znanemu wam Mordimerowi! To powieść z jednej strony komiczna, zabawna, rozkoszna w słowach, jak i lekko przydługa, opisowa, sama wielbiąca siebie z każdej strony, skrząca się pewnością i asertywnością. Jeżeli na to macie ochotę, na owe męskie językowe starcia, sporadyczne wspomnienia z wojen, a i tajemnice choć spod krzyża, to jednak i pogańskie… zapraszam. Jeżeli chcecie legendy złożonej z legend, krotochwil i mitów, opowieści ze splątanych wielu bohaterów przeszłości przy suto zastawionym stole, to jesteście w domu! A dokładniej we dworze!

No i jest jeszcze tajemnica… kontuzja konkluzji, niespodzianka! Jakby owe wszelkie opowieści, zdające się być doprawdy przypadkami, wypadkami, upsami, są czyimś planem. Ale Boga, czy też Szatana? Bo w końcu Piekara tak bardzo lubi być przewrotny, tak bardzo niejednoznaczny. Tutaj i dobro i zło składają się na wymiary człowieczeństwa, i dobro i zło spajają normy, i dobro i zło… dla każdegu ma inną definicję. A świat składa się po prostu z czynów i opowieści. Bo opowieści są po to, by czyny były na zawsze, nawet jak już świat je przysypie, zakurzy, wybieli w kartach historii… by po prostu mogły wybrzmieć od nowa, a może i na nowo?

Jest w owej gawędzie ta cudowna tęsknota za przeszłością, za jakimiś normami, za honorem, który wyrzucił z kart nasz świat. Za tym, co było, dziwnie bardziej normalne. Ale jest i powieść historyczna, taka opowiadająca o owej barwnej przeszłości bez smętnych dywagacji, bez pouczeń, jakbyśmy nagle zamienili się miejscami ze stołem, przy którym każdy ma prawo opowiedzieć swoją historię… ale nie tylko!

Jul kończy się na Wyspie szybko. Znikają choinki, wiatr sprząta nastroje, zrywa lampki i szybko upiera się, by zapomnieć o wszystkim. Jakby tylko na chwilę pozwolono autochtonom, tubylcom, na powstanie. Na rozrywkę… na niespanie. A teraz, szczególnie w świecie targanym ową dziwną aurą, wietrzną i koszmarnie ciepłą, domaga się spokoju i ciszy. Wytchnienia dla natury! Tylko że owa natura się zbuntowała. I to bardzo. Krzaki forsycji rozpoczęły proces kwitnienia na całego!!! Anemonery w fioletach zdają się nie potrzebować czasu wyspania, odpoczynku i śnienia… zresztą trawa zieloniutka, jak noworoczniaki. Aż żal zostać w ziemi…

… a może w ziemi coś się obruszyło i wypycha ową wszelaką płodność na zewnątrz. A może jednak okrutny Potwór Odmienności, ten sam, który porwał Zimę i więzi ją w jakiejś zawszonej saunie, chce udowodnić, że może? Że współczesność opiera się wyłącznie na beztroskich i nic nie wartych czynach, robionych by robić, by pędzić, by nie zwalniać, w zapowietrzeniu ciągłym, niż na pełnym człowieczeństwie. Tym samym, które pozwala sobie na odpoczynek, na bujanie w chmurach bez zabezpieczenia, na sprawdzaniu kształtu chmur i szukanie koniczynek w trawie. Na owo myślenie o niczym, które wbrew nazwie prowadziło do największych odkryć…

… na myślenie bezkarne…

Wyspa zdaje się mieć gdzieś… gdzieś w granitowych jaskiniach, owych podwodnych bulgotach, tam gdzie śpią kamienne smoki… to, co myślą o niej inni, byleby tylko myśleli. I oby każde ich myślenie prowadziło do skrajnej miłości i fanatyzmu. Nie żebym miała coś przeciwko! Już dawno dałam się omotać i obecnie jako ślepy na wszelkie inno wyznawca jestem jej mało urodziwą marionetką. I dobrze mi z tym. Taka ze mnie niemyśląca już osobniczość wybrakowana. A może jednak nie? Bo choć lubię robić, pracować, tworzyć, wciąż nie mieć czasu na owe chmury i koniczynki, to jednak wciąż myślę… za dużo wciąż myślę, jakby sama Wyspa nie tolerowała głupich wyznawców. Jakby ci, którzy tu żyją, mieli coś więcej do zrobienia…

… tylko co? W dni tak ciemne jak dzisiejszy nie chce się wstać. Chciałoby się leżeć pod kołdrą i zwyczajnie być tylko elementem magii Wyspy. Czymś cudownie wyjątkowym. Czymś, czym się nie jest, ale definicja daje nam dziwne poczucie bycia kimś więcej… kimś więcej, niż tym, czym byliśmy nim Wyspa nas dotknęła.

… więc może dlatego potrzebuje byśmy spali. Po Julu zasypiali na 3 miesiące, by ona mogła nas karmić, odnowić, wytrzepać od środka, nasycić niczym mumie nowymi sokami i opatulić w świeże bandaże? Spać, spać, spać…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy poprute… została wyłączona

Pan Tealight i Jonasz Wieloryb…

„Gdy dzwonił zbierali się wszyscy w Wielkiej Sali w Dziwnych Podziemiach Białego Domostwa, która miała jedną, cudowną właściwość, a nawet i dwie. Po pierwsze sama się sprzątała, a po drugie, niezależnie od rozmiaru czułeś się tam dobrze, niezależnie od ciążącej na tobie fobii, jakoś wytrzymywałeś tłum i ścisk i brzęczenie owego dziwnego, złotego urządzenia z małą trąbką, które niosło ze sobą głos spod powierzchni Najglębszej Toni. Tak po prostu gdy Jonasz Wieloryb dzwonił, każdy chciał posłuchać. Każdy poza plemieniem wypchanych ryb, które nie dość, że nie pachniały najfajniej, nawet najfajniej znośnie, to na dodatek miały do niego jakiś uraz.

– Skrewiłem z tą Niniwą, jak przecież wiecie. Za nic nie mogę tam trafić. No dobrze, na początku nie chciałem, ale przecież każdy może się wahać, czyż nie? Każdy może czuć się wykorzystywany, każdy może w jakiś sposób przestać wierzyć… nawet w samego siebie, w swoje niezbędne istnienie. Każdy ma prawo do ucieczki i powrotu. Przecież nikogo nie skrzywdziłem!!! Zresztą nie oszukujmy się, jak pachniesz rybą, to raczej nie przyjmą cię wszędzie z otwrtymi ramionami! Ale Boziek kazał, więc Prorok musi!!! Przecież się nie będę opierał… zresztą jak wiecie sam to załatwił, tylko że coś nie poszło po myśli boskiej, tylko po ludzkiej widać. I coś się skotfasiło w owym całym ekosystemie boskich kosmosów. No prawda taka, że się nie da, za żadne fiszbiny świata do Niniwy nie dotrę. A już gadać z innymi nie będę na pewno. Nawracanie też mi odpowiada wyłącznie z obecnej perspektywy… zresztą stworzyłem sobie tutaj niezłą miejscówkę. Z wyrzuconych do toni rzeczy urządziłem niezłe mieszkanko z gabinetem, może i wilgotne, ale w końcu tak lubię, a gości i tak nie przyjmuję. Życie samotnicze jakoś mnie tak pociąga za nerwy, że się mu nie sprzeciwiam…

… więc tak siedzę w toniach, płynę poprzez oceany i myślę, co też Boziek Szprotek wymyśli, by mnie wieloryba wsadzić w wielkiegoryba, a potem jakoś na chwilę zmienić w syrenkę, której odebrać nóżki, potem zrobić ją w faceta, bo chłopa wysłuchają, a babę ino w słup soli, no a na końcu świat uratować? Bo w końcu o to chodzi w tych sztukach teatralnych, czyż nie? Miłość, fatum i świata ratowanie. A ryba też sobie pogadać musi!!! Tylko nie do końca pojmuję, dlaczego wyłącznie z tej jednej książki owe sztuki mamy odgrywać… serio, jak dojdziemy do pustyni i postu, to ja w tym już nie będę brał udziału!!!

Chociaż trzeba przyznać, byłbym niesamowity.

Czasem zdaje mi się, że serio ludzie mają dziwaczne życie… sądząc po tych wszystkich śmieciach żadne z nich nie jest wyględnie normalnie poszkodowane na umyśle. Ale już ci piszący… wiecie, nawet rybie zdaje się to być jednak nadmiernie płynne i opływowe. Same jaja! Znaczy ikra! No najważniejsze, że i moje bóstwa mają z czego czerpać rozrywkę. Z czasem zaczniemy teatralnie ewangelizować i ludzi, ale jak na razie to nam się nie chce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Chemia śmierci” – … bo umieranie rozpisuje się we wzory. Tak w ogóle człowiek jest człowiekiem, a potem śmierdzi, choć niektórzy za życia też fiołkami nie pachną. Aczkolwiek taki święty podobno może kwiatami… ale nie o tym jest ta opowieść. Raczej o człowieczeństwie, które nie zapomina, nie wybacza. O człowieczeństwie chorym, pozbawionym zbioru norm, które mogłyby jakoś je uporządkować… o człowieczeństwie, które odrzuciło bycie człowiekiem. O mężczyźnie, który postanowił zmienić swoje życie i zapomnieć, wypruć z siebie koszmar… i o fatum, które nigdy nie odpuszcza. Ale przede wszystkim opowieść o bardzo małej, zamkniętej społeczności, w której przyjezdny to zawsze wróg!

Pierwszy tom serii z Davidem Hunterem. Nowym lekarzem, który w rzeczywistości ucieka od tego, kim jest naprawdę. Zamknąwszy się w wietrznych otchłaniach nader spokojnej miejscowości jest teraz lekarzem. Lekarzem, który wciąż nocami pieści swoje demony. Który tak naprawdę nie pozwala sobie samemu wyzdrowieć, żyć dalej… który może nigdy już nie będzie w pełni sobą? Jednak owa spokojność małego miasteczka, codzienności, zwarcia i małe grzeszki stają się niczym w obliczu morderstw. Gdy groza opada mieszkańcy wiedzą jedno – iż to oni wydali na świat zło. Policja za to szybko dochodzi do wniosku, kto może im pomóc w śledztwie… I tak dokor Hunter wraca do życia. Jednak czy w nim zostanie? Czy zdąży ocalić iskrę, która się nagle pojawiła, czy pozwoli sobie ją rodmuchać do stabilnego płomienia?

Uwielbiam opowieści o antropologach sądowych. Tak po prostu kręcą mnie kości i tyle. Miękkie tkanki już niezbyt, ale wiecie, każdemu co kto lubi. Tutaj mamy i to i to. Opierającego się swoim umiejętnościom bohatera skomplikowanego, zło dziwnie szokujące, ale i naturalne, garść szkieletów w szafie i kopę tajemnic… a do tego cudowne niedopowiedzenia, które staną się z czasem tradmarkiem Becketta. Owego człowieka, który nigdy do końca nie jest tylko potworem… a może jednak nim jest, a tylko owa szczątkowa często dobroć w nas pragnie, by było inaczej?

Linia brzegowa szaleje. Dziwnie łapczywe i natarczywe tej Zimy wiatry, zdają się walczyć z tym, co mogą dźwignąć, pchnąć, chapsnąć, zmienić, poszarpać, wyrwać, zbałamucić i zabrać w tonie. Bo przecież ciągłość zmienności musi zostać zachowana, inaczej widać za nudno by było!!! A zresztą może i część kamieni należy oddać falom, coby sobie je wyszlifowały, by owe małe płetwowate elfy w podmorskich cieniach miały zajęcie, zamiast wciąż wylegiwać się przy powierzchni żłopiąc sfermentowany sok z wodorostów. Bo jak się ktoś nadmiernie nudzi i nadużywa, to z owej całkiej wilgotności durne pomysły do głów przychodzą. Jak na przykład hodowla kalafiorów na piaskowej łasze… tej samej, która zniknęła w ciągu niecałej doby, razem z pozostawionymi tam robotnikami, maszynami, oraz podwójnym zestawem Zespołu Radosnej Pieśni i Klapiącego Tańca, co to niby miał coś ugniatać…

… ogólnie mówiąc znowu wieje, a jak wieje to człowieki i inne twory Wyspy, autochtony i owe przyjezdne, te co już istenieją, oraz te, co przecież wcale się jeszcze nie narodziły… no dziwne są wiatry.

Z powodu przegrzania wsio zaczyna kwitnąć. Pączki na drzewach przyśpieszyły i chociaż zaspane, to lecą od razu w te kwiatki. Jak na marzec będą owocki, znaczy się, że przeszliśmy na dwie pory roku: mokrą i suchą. Niestety obydwie zbyt ciepłe, by wymrozić dupska okolicznym robalom. Ale w końcu z naturą nie zrobisz nic… zresztą człek juz dość narozrabiał i jak czasem widzi tych innych człowieków, to mu się siekiera w kieszonce na piersi przekształca w topór bojowy, do ziemi ciągnie…

… a wiatr ino wieje. Ciekawe ile mu za wianie płacą. Tu przeleci, tamtego przeleci, pod innymi podleci, wykręci, a potem znowu. Że też się koleś nie męczy? Z drugiej strony jeżeli rzeczywiście ADHD to wymyślona choroba, to chyba trzeba mu cukry ograniczyć, czy coś? A moze ogólnie głodóweczka oczyszczająca?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jonasz Wieloryb… została wyłączona

Pan Tealight i Spirit…

„Jeżeli jeszcze nie wszyscy wiedzieli, a zapewne było takich wiele, choć raczej wydawało się im, że wiedzą… ale sami wiecie jak to jest. Człek nie myśli, nie czyta, nie zna, ale pewien jest, iż wie o co chodzi, z czym i po kim, kogo skopał szklany pantofelek, a kto jednak wysrał jabłuszko i w ten sposób olał księcia… a z owej kupki wyrosła jabłonka, na której zawisła wędzonka… A potem żyli długo i szczęśliwie, serio, bo mimo iż tyle było w nich różnic, to przecież mogli!

No o strach chodzi. Strach, którego Wiedźma Wrona miała w sobie wiele, aż się uszami jej wylewał, dudnił w niej, bulgotał, opozycję partyjną tworzył co do całej innej zawartości jej postaci, światy równoległe, misternie tkane gwiazdozbiory i siły odśrodkowej deprawacji. Czasem niektórym się wydawało, że to on napędza ją całą, a nie te wszelkie zdania, literki, szelesty stron i okładki. Z drugiej strony, czy można być pewnym owego spójnego czegokolwiek, jeżeli o nią chodzi? Czegokolwiek poza tym, że Wiedźma panicznie bała się telewizorów!!! Ściśle i profesorsko wierzyła w to, że tworzone przez nie czarne dziury wciągają niepokornych i zapatrzonych, a co gorsza nocą, gdy już nikt w nie nie patrzy wypuszczają zmodyfikowane, zmutowane, dziwnie nie pasujące pod łóżko… potwory!!!

Dlatego w Sklepiku z Niepotrzebnymi, mimo iż przyjmowali wszystko, mimo że doprawdy mieli cokolwiek i nigdy nie wybrzydzali, mimo… no po prostu zmian wszelkich fal, ciągów, aktorów nie gadających, aktorów gadających, pulsowań, kolorów, efektów i sposobów przerzucania tego na obglądaczy… zmieniały się często. Od owych wielkich pudeł bez kokardek, ale za to z dzierganą lub koronkową serweteczką na górze, bukiecikiem sztucznych fiołków i szkalnym pieskiem, po płaskie coś, co doprawdy wygląda niesamowicie do powieszenia na ścianie zamiast okna… Telewizorów na widoku nie było. Ktoś mówił, że mają swój apartament w podziemiach pod Kominem, ale nikt tego nie sprawdzał. Nawet jeżeli były dostawy… same widać, widocznie z nieostrym obrazem sobie radziły.

Bynajmniej Wiedźma Wrona bała się ich jednoznacznie i pewnie! Ale w Jul musiała obejrzeć, a dokładnie opisując jej funkcje życiowe, raczej wysłuchać pewnych opowieści. Opowieści łzawie ckliwych, do których jej rozbita przez bombkowe kulistości osobowość zewnętrzna rechotała całkiem obrzydliwie. Owych opowieści nutki skomplikowanie istoty w niej poruszające. A wszystko po to, by mógł ją dopaść Spirit i wyobracać! Zwyczajnie naznaczyć, poruszyć nutą, co nie umiała w ogóle grać w orkiestrze i jakoś tak, naturalnie coś poczuć.

Siedziała więc pod choinką, bardzo malutką i bardzo dziwniutką, ową ostatnią, której nikt nei chciał, bo czubków miała dwa lub i trzy, a kształt lekko skrzywionego ogólnie walenia… Cóż do tej Chatki po prostu była idealna! … więc siedziała, rozbijała się w bombkach, rechotała w marcepanie i pozwalała Spiritowi robić to, co musiał…”

(„Slepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Carska manierka” – … i się toczą opowieści. Głównie o Stormie. O przeszłości, poszukiwaniach siebie i czegoś więcej. O przeszłości, w której winna wygrywać wyłącznie dobroć, a nie wygrywa, o bytach ponadczasowych, o tajemnicach, które wpłynęły na naszą teraźniejszość… Większość uważa, że za słabo, za bardzo rozwlekle, że jakoś tak nie do końca, a niektóre znowu aż nazbyt do końca. I mają rację. Czegoś w tych miniaturkach brakuje. Coś jakby zapomniało o sobie opowiedzieć, ale może owo COŚ się jeszcze objawi? A może nie? Nie wiem, ale jako czytadło o przeszłości sprawdza się Pilipiuk. Jako pięknie wydana książka zarazem też!

Opowiadań jest niewiele, ich bohaterowie oczywiście znani… no może poza „Rehabilitacją Kolumba”, która coś mi przypomina… to Storm i Skórzewski w różnym stopniu zdarcia. A ich znacie. Warto spojrzeć w ich przeszłość, ale gdy jedno opowiadanie zachwyca, naprawdę jest pełne, dopracowane, tak pozostałe zdają się być wyłącznie mgnieniem, błyskiem, jakąś myślą, którą powinno się dokończyć. A z drugiej strony gdyby były dokończone, może nie czułabym presji, by samej to zrobić…

… z Pilipiukiem jest tak, że się go lubi albo nie. Jak nie, to się nie czyta, a jak tak, to ma swoje ulubione momenty. Ale najważniejsze dla mnie za każdym razem są owe momenty z przeszłości, wydarzenia, stany historyczne, archeologiczne, myśli naukowe, które pchają moją zmaltretowaną współczesnością osobowość mózgową, by zwyczajnie dalej się rozwijała. I za to go lubię!

Wyciszyła się Wyspa, jakby w końcu serio i ona miała dosyć owego wiania! Bo jak długo można? Ostatnio zdaje się dzień w dzień wyją, dują, lujki i lulki palą, mlaszcząc i pierdząc po duszach potępionych nie do końca na mokrej trawiastości zjeżdżają… niczym na sankach. Dobrze natartych, takich, które i po żwirze i po murze zdają się niczym po maśle klarowanym pędzić! Bo przecież może i śniegu nie ma, ale jakoś ową całą świąteczność należy wykorzystać. Przecież się zmarnuje, no i co wtedy? A może jednak wyłapać ją, mokrą i dziwnie z wilgotności ciepłej ociężałą jakoś tak wyłapać z dookolności Wyspy i w weki zapakować. Tak na przyszły rok?

A może jednak spadnie w końcu śnieg, bo na razie to się ino deszcze marnują, no a wtedy po prostu świąteczność wróci? Tak na chwilę, tak poza kolejnością się wepchnie do noworoczności i jakoś tak zaszaleje? Przywróci bombkowe rozbicia, łańcuchy i z wygolonych aniołków włos…

… bo i dlaczego nie? Przecież można się świętolić kiedy się chce, czyż nie? Kto mi zabroni? No kto? Kto zobaczy od środka we mnie ową świąteczność zmagazynowaną na owo misternie tkane, oczekiwane POTEM? Na zaśnieżone okoliczności Wyspowej przyrody. Owe miękkie spadki, pułapki nagle bez kolców, róże w miękkości swojej urody na zawsze, a przynajmniej do odwilży, zatrzymane. Na wszystko to, co bez śniegu wygląda ostro i chropowato, by było łagodnie bujne, rubensowskie, a nawet grubaśno przywalające… topniejące jak się tylko uśmiechnąć i chuchnąć…

Chyba pierwsza nasza zima tak strasznie ciepła. Tak bardzo wietrznie-deszczowa, tak dziwnie równikowa, a nie nasza. Mówią, że było tak jakieś czterdzieści lat temu, ale ja nie mogę tego pamiętać… bo choć człekowi zdawać się może, że istniał zawsze, to jednak… całkowicie mnie wtedy przecież nie było!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spirit… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Święty…

„Nadmiernie rubasznie otyły mężczyzna, z bogacie zarośniętą częścią twarzową – na szczęście tylko tyle widział świat i cieszyło świata to, że o zarośnięciu reszty ma tylko ową cudną nieświadomość, resztę zakryły czerwone, puchate szatki, wersja: krótki szlafrok i pumpy, zdobione białym futerkiem – prowadząc na cienkich smyczach stadko zmokłych, karłowatych elfów, w pasujących do niego strojach, z zabawnie dźwięczącymi, dobitnie jednakowoż żałosnymi, zielonymi czapeczkami… próbował się wedrzeć do Chatki Wiedźmy. Ta nie popuszczała w szwach i cegłach, w ramach i szybkach, we framugach i wszelkich szparkach, w iluzorycznym kominie, buntowała się na całego! Zresztą i on nie miał jakoś pasującej do odzienia, odpowiednio gliterującej się w owej dziwnie ciepłej i wilgotnej Zimie, miny…

… bo serio do tej Wiedźmy Wrony, to zawsze coś mu stawało na przeszkodzie. Znaczy coś co najmniej raz, a najczęściej trzy razy, a potem znowu, potem zwykle coś się waliło, coś wybuchało, coś się darło – jego ulubione skórzane spodnie w 87! – albo zwyczajnie wymiotował. Zresztą spójrzcie na niego w tym roku. Ubrał się jak wizytówka Coca-coli, do tego wynajął te elfy. Mikre i nadmiernie łamliwe, ale najtańsze! Produkt GMO, ale wiecie, elf tyż coś jeść musi, a te akurat wegetariańskie, nadmiernie pasione soją i kukurydzą, no coś się skopało w małym czarodziejskim DNA. Zapukał ponownie w zawsze oszronione okno od ubikacji, odczekał i załomotał, tym razem samymi kostkami w rytm popualrnego szlagieru lat… chyba 90tych? Czekał i wspominał… W 81 po raz pierwszy zaprezentował swoją prawdziwą stronę. Pamiętał jaki był dumny z tej kiecki pod czerwonym szlafrokiem, z owej dizajnerskiej peruki, choć ukrytej pod watą… czuł się taki elegancki, czuł się sobą w końcu. Był najlepszą drag queen! Ale Mała Wiedźma – wtedy była mała… choć no nadal jest – zaczęła krzyczeć, potem uciekła plując pod stół i tam nie zgodziła się przyjąć wrotek. A ciężkie były cholery! Gdy wychodził, przeglądając się w lustrze zauważył, że makijaż mu się rozmazał, a szminka w tym świetle miała wyraziście krwisty kolor… no cóż, zapomniał, że jednak coś z twarzy widać! Kolejne lata nie były łatwiejsze. Nauczył się tej jej dziwnej, wybiórczej tradycyjności. Ale musiał się zmagać z dziwnym duchem, który w końcu wdarł się w okolice Wiedźmy. Teraz już wiedział, że była to Wyspa, ale wtedy… walczył i walczył i walczył.

I obrywał…

… marzenie o Barbie skończyło się źle… dla plastikowej sekretarki. Jej kariera nie poszła ni o krok dalej, szybko ją ogolono, wykorzystano w niecnych celach, a potem zwyczajnie uczyniono z niej makietkę… pracowni pogrzebowej. Trafił z trollem. Rzeczywiście trafił, wtedy tylko popruła mu mankiet, a gdy spytał o wierszyk tak spojrzała, że przez trzy sezony nie mógł siedzieć na… na twardym.

Moglibyście pomyśleć, że się nauczył z czasem, w końcu ona już trochę żyła, nie żeby wypominał – O RANY CHYBA NIE SŁYSZAŁA TEJ MYŚLI, A CO JAK SŁYSZAŁA – że po prostu wysnuwał wnioski z każdego siniaka, złamania, obicia, utraconych elementów świętości… i tak dalej. I wysnuwał. Naprawdę! Przeprowadzął dokładne analizy, razem z wykresami i tabelkami, ale Wiedźma Wrona nie była przewidywalna! Sama nie wiedziała do końca czego chciała, a czasem wiedziała aż nadmiernie. Dlatego przyniósł Chatce nowe dachóweczki w prezencie – czytaj przekupstwie – i po prostu, zwyczajnie, poprosił o pomoc Chochela – chochlika pisarskiego Wiedźmy. I oczywiście dogadał się z innymi stworami, które odkryte zostaną dopiero w przyszłym roku i tymi, o których już zapomniano – co nie znaczy, że się wyprowadziły i przestały płacić czynsz… a kurcze i tak miał trudności!!! Starsi panowie nie powinni się jednak włamywać do niektórych domów. A może powinni? Może to jakiś rodzaj flirtu…

… spadająca z niebios cegłówka, ryta w runy i bogato ozdobiona naklejkami, srebrnym mazakiem i resztkami brałnisia przerwała wszystko. Zezwłok umęczonego Świętego pojawił się szybko w poziomej linii przy drodze na Nyker. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie, a pod malutką choinką w Chatce Wiedźmy pojawiło się wcale nie malutkie skupisko jej przyszłych wnętrzności…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wampir z MO” – … tak wiem, jęczą wszyscy, ale ja się bawiłam. Nie, to nie jest sztuka przez duże sztuki, ani nie wiadomo jaka tam literatura. To takie dziwaczne zebranie kilku opowiadań z przeszłości papierem toaletowym i MO lirykującej. Gdy dżinsowa kurtka z futerkiem była szczytem mody, a jaskrawe kolory dodatków wyznaczały trendy, jednocześnie polepszając przeżycie tych, co włóczyli się po zmroku ulicami… zresztą, z autami też był problem. A po benzynkę się stało godzinami, osz człek miał tyle czasu, no mniejsza.

Wampiry powracają. Mają się średnio dobrze. Niby Polska jakoś je tam zaakceptowała, a i zombiaki też, a co więcej postanowiła je wykorzystać. Oczywiście umiejętnie nimi manipulując, bo czemu nie? I tak się toczą owe opowieści. Niewymagające, lekko humorystyczne, jak się samemu stało w kolejce po papier… może i znajome, ale nie oczekiwałam dzieła. Chciałam czegoś znajomego, otwartego okna do przeszłości, ale wiecie, bez dostępu do aromatów… i to dostałam. Nawet nie w opakowaniu zastępczym!!! To po prostu Pilipiuk… Bliższy Wędrowyczowi, niż swoim świetnym opowiadaniom z carskich czasów. Frywolny i lekki. Miniaturowy i zadziorny. Niewymuszający nadmiernej pracy mózgowych tkanek, ale czasem ruszający brzuszkiem!

W sklepach już wczoraj sprzątano. Mikołaje wywiezione zostały w nieznanym kierunku, sztorm idzie – ZNOWU!!! – więc wszystko jest możliwe? Może mają coś do załatwienia w równoległej rzeczywistości? W tej z bujniętym kalendarzem? Bombki odpłynęły niczym mydlane bańki i stworzyły kolejne cuda na nieboskłonie. Część z nich wtopiła się w Księżycową poświatę, która tej pełni była nadzwyczajnie błyskotliwa i śnieżna… niczym suknia dziewicy… znaczy ten gatunek, co na wymarciu.

… a podobno święta są nadmiernie eksponowane!? Dziś na przykład trzeba było się serio napracować, by znaleźć cokolwiek świątecznego! Tak serio, to poza nowymi twarzami, znaczy turyścizną, co to nie musi mieć słońca, by się bawić, właściwie świat odarty został z pozłoty i lamety.

O sztucznym śniegu nie wspominając!

… dlaczego tak szybko? Jak tu się dziwić mojej potrzebie świąteczliwości, jeżeli na tydzień przed w sklepach już nic nie ma? Dlatego zaczynam tak wcześnie, jak tylko się da i będę to robić nadal… bo trzeba się świąteczlinować wtedy, gdy się czuje taką potrzebę, coś w powietrzu pcha w ramiona iglaków, obtula w żywicach i zapala mi światełka na czole… oraz innych miejscach, do których się nie przyznaję. Bo wiecie… internet nie musi wiedzieć o wszystkim! A tak naprawdę wie tylko to, co sami mu powiecie… albo co gorsza, no zwyczajnie pokażecie!!!

Najważniejsze, że znalazłam waniliową i czekoladową świeczkę, a pod choinką są książki i Chowaniec! Może nie mam uszek, pierogów, zestawu ciast i innych… ale tak serio, jeżeli można mieć to codziennie, to po kiego męczyć się i stafingować się niczym indor wszystkim w jeden wieczór? To nie dla mnie, niech inni się tym bawią. Ja popatrzę na choinkę, pomacam igiełki, rozłożę zwłoki na podłodze i po prostu, zwyczajnie będę marzyć dalej… bo te świntuchy się spełniają. Choć najczęściej są na bakier – wielki bakier bakier – z chronologią!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Święty… została wyłączona

Pan Tealight i Ciemności do Wciórności…

„Zapatrzyła się Wiedźma Wrona, zamyśliła. Po szybach Chatki powoli, dziwnie leniwie, spływały ciurkając sobie wody. Rozlewały się w sploty warkoczowate, w sprężynowe pomieszania, w owe dziwnie malownicze zakola… łyse. Omijały ptasie obsrańce – wielce tam wyraz naturalnego dobrego, ptasiego usposobienia w stosunku do Wiedźmy – znaczy wiecie, tak sobie tłumaczyła… i jęczała. Jęczała, że z całego tego wiatru, zmyślnie rzucanych wód mógłby być taki śliczny snestorm. Biały taki, usypiająco usposabiający, piękny i pełny, bogaty w różnorodności płatków… cudowny czas, by latać nago, by żreć bałwany, by po prostu wymarznąć przeszłość. Kolejny rok wymrozić, uformować, a potem zwyczajnie stłuc na pohybel!

A na zewnątrz Ciemność mokła i klęła. Wściekła była, ogólnie nadmiernie nawodniona, do tego poparzona kolejną, nadzwyczaj skuteczną Pełnią, serdecznie miała tego wszystkiego dość. Dlatego tak bardzo garnęła się do Chatki Wiedźmy. Bo się swieciła. U powały migotały niebieskie świetliki, skuszone obietnicą nadchodzącej wyżerki, te same o pamięci tak krótkotrwałej, że po objęciu jednego stanowiska nie ruszały się już, bo nie wiedziały gdzie i kim tak w ogóle są. Ale Ciemności doprawdy i wcale a wcale nie obchodziło kto świeci… chciała światła i promyków, chciała ciepełka, nawet jeżeli wyłącznie złudnego, to i tak się w nim jakoś popkrzepi przecież. Na przykład przy tej kremowej choineczce, którą wiatr tak szarpie, albo owej wymiotnie barwnej, co nęci, co kręci, co gdyby tryby w niej przełączyć byłaby dyskoteka, palpitacje i wszelakie odpały… Ale jej chyba to nie przeszkadza. Korcą ją owe bezowe okna… tak, wyglądają jak słodkie bezy z kremem, nie wiadomo dlaczego, jakby ktoś wysmarował słodyczami Chatkę… ale od środka. Jakby serio nie chciał zachęcać głodnych dzieci, co dla chleba szacunku nie mają. Wcale a wcale nie mają!!!

Ciemność do Wciórności więc napisała podanie o ukrócenie jej czasu pracowniczego. Bo kto jak kto, ale podobno tylko ona rozpatrywała TAKIE sprawy. Jednak jak na razie, na list w formie piętnastu akruszy A4 nie było odpowiedzi, więc otuliła Chatkę Wiedźmy i grzała się ułudą. I wąchała wanilię…

Zapatrzyła się Wiedźma Wrona, nie słuchając stron, które chciały być strawione… zapatrzyła się w czarności za oknem. W ciurkania… pobiegła do kibelka, wróciła… w owe dziwności w nieprzenikalnej mroczności. W owe pojedyncze, migające niesamowitości, które znikały, pojawiały się, a potem zwyczajnie szły dalej. Tak bardzo dziwiła ją ta owa mroczność, dziwne widzenie niewidzenia, zaskakujące gęstości mimo wietrznego nadmiernie tchnienia… cóż, widać w tym roku Yule chce udowodnić, że potrafi na ciemno robić!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Sezon burz” – … i inny taki i dziwnie bardziej liryczny… Jest w tym nowym Wiedźminie jakaś dojrzałość, jest w nim dziwna iskra, której nie było i nadzieja, że będzie więcej. Bo ja chcę więcej. Tak po prostu. Bo dlaczego nie? W końcu chodzi o pewien świat, w którym człek czuł się dobrze, o przygodę, o znane postacie, o sprawiedliwość, która musi zwyciężyć! To inna opowieść. Skupiona do kupy, ale i poprzecinana zaskakującymi elementami, historią, która może się jeszcze wydarzy… Inna to opowieść, trochę bardziej reflekcyjna, trochę odmienna, dziwnie bardziej dorosła, unikająca durnowatości, choć nie stroniąca od humoru… a w końcu o humor tutaj chodzi! O wydarzenia, które może i się rozjeżdżają, może nie do końca zaskakują, ale po co mi zaskoczenie. Chciałam lekko leniwej niepewności i ją dostałam. Wciągnęłam powieść w dwa wieczory i było mi dobrze!

Spoglądanie na tę powieść z punktu widzenia mnie owe sto lat temu, gdy wszystko się zaczynało, książek pożyczanych niechętnie na studiach… ale człek czekał na kolejny tom, a potem olewał chleb powszedni i kupował sobie w końcu własny. Nie, ten tom nie zepsuł mi tamtego wrażenia. Bo on jest z tych co to jak się kończą, to coś się zaczyna… bo i dlaczego nie? Ja chcę więcej!

Wyjeżdża się w ciemność Wyspy i jest jak oko wykol! Domy skąpo obdarzone światłem, więc gdy nagle zdarza się taki światecznie obrzucony, człek nagle nie trzyma się ciągłej lub przerywanej. Gdzieś na horyzoncie dziwne łuny, ale daleko jakoś, jakby się ciągle oddalały, choć człek stara się dotrzeć tam jak najszybciej. Ogólnie mówiąc pasażer, czyli ja, nie ma pojęcia jak kierowiec, czyli Masław, odnajduje ową drogę? Bo tak serio, to ja nic tam nie widzę… choć może rzeczywiście, gdybym usiadła na poduszce byłoby lepiej? No cóż, niski widzi inaczej…

… no to jedziemy. Siedzę i się gapię, wzdycham na widok obwieszonych w świetliki choineczek, serduszek, gwiazdek i innych kształtów nader geometrycznych. Takie krzaki w świetlikach dopiero przybierają specyficzne formy. Jakby nagle geometria się przebudziła, to przetarłaby ze zdziwienia oczy. Ale wiecie noc jest, taka geometria to pewno śpi i tyle, śniąc o Talesie…

Ale obświetlonych domostw mało. Większość w ciemnościach się wtapia w okolicę, zainteresowana wyłącznie znalezieniem schronienia przed zacinającym deszczem. Bo pada… śnieg w płynie. A tam, gdzie domów nie widać, albo zwyczjanie zwiały gdzieś bliżej innych, grzeją się przy jakimś ognisku, kiełbaski pieką czy coś… no bynajmniej tam, gdzie światła się nie palą, tam się świecą świeczki na drodze…

… świeczki na cudzych tortach. Na poboczach owych wywijasów z ciemnego lukieru ze świetliście białymi elementami po środku. Tych samych, po którym mknie mokre autko z niską Wiedźmą w środku. Wiecie, niby można ją przyczepić na dachu, ale namoknie i będzie śmierdziała… mokrą wroną! Lepiej żebym siedziała w środku. Tak dla higieny i przepisów wiedźmiego BHP. I P.Poż. też! Zresztą zgubię się w ciemnościach i będzie… dość ślepa jestem za dnia do wciórności!!!


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ciemności do Wciórności… została wyłączona

Pan Tealight i Języki Magiczne Wiedźmy…

„Niegdyś to były ozorki w sosie chrzanowym.

Dziwnie gadatliwe, dziwnie się zawsze wtrącające w procesy nie tylko trawienia i dziwnie zaskakująco odbekujące poprawnie całą tabliczkę mnożenia. Gdybyście jeszcze nie wiedzieli, to Wiedźma Wrona Pożarta w języku matematyki płynna nie była. Właściwie nie była nawet ułamkowa, a już równania tekstowe, no kto to widział bajki o pociągach, koszmarne, zderzeniowe, wiele trupków w sobie niosące… na cyferki rozbijać? Jakoś logika takiego postępowania nie docierała do Wiedźmy. Dlatego też nie posiadała ona wagi, uznając to za zbędny przedmiot i ogólnie totalną głupotę, to przeliczanie boskiej wiedźmowatości, stron szelestu i barwnych, głośnych postaci lokowanych w okolicach wątroby na… liczby!

Ozorki dawały moc, własnymi umiejętnościami wzmagały w niej chęć skopania tyłka temu, co niemożliwe… wsysaniu innych języków. Mów wszelako niedoświadczonego przez nią swiata, tak innych, tak kręcących, tak dziwnie kaleczonych dotąd, gdy śpiewała modne szlagiery do butelki po szamponie, lub z braku środków czystości do zwyczajnie zwiniętej w figę piąstki. Wtedy, w owym dziecięcym uniesieniu, które nie chce minąć do tej pory, w jakiś dziwny sposób człek czuł, że umie, że potrafi, że owe dźwięki wyrzuca z siebie umiejętnie, jakoś tak po prostu… z czasem zaczął się uczyć języków i owe języki zaczęły tracić swoją magię. Na szczęście tylko po części. W jakiś dziwny sposób to, co było nieznane zostało oswojone i jakoś tak spowszedniało…

Ale z językiem Wyspy było inaczej. Wlazł w Wiedźmę od razu, od pierwszego sztachnięcia, dotknięcia, muśnięcia, pierwszej kropli słonej morzowatości, pierwszej kropli deszczu… słonecznego, potliwego promienia i ziarenek piasku, które z zadziwiającą śmiałością od razu wtopiły się w jej cielesność. Od razu wiedziała, znała, dotuykała wszystkiego jak należy. Każde drzewo korą opowiadało swoją historię, każdy krzak od razu wypuszczał nici swych szumiących pieśni, każdy kamień tańcząc w falach tłumaczył jej kto z kim, dlaczego i jak często… i tylko ludzie dziwnie milczeli, choć ich usta zdawały się poruszać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Aż gniew twój przeminie” – … a duchem cię opatrzę, samej nie zostawię, bo zmarli cierpliwie czekają. W zamarzniętych toniach jeziora wraz z tajemnicą przeszłości, o której wielu z nas nie ma pojęcia. Owej wstydliwej, z której, gdyby sprawy potoczyły się inaczej mógłbyś być dumny. Gdyby zwyciężyła ta druga strona, historia uczyniłaby cię bohaterem… ale tak się nie stało. A jednak wciąż owa przeszłość niczym demon spoczywa swym ciężarem na twoich piersiach. Nie możesz oddychać, więc robisz wszystko… by nie wysmyknęła się ni myśl o owych wydarzeniach z czasów, które jeszcze nie przeminęły, które żyją w starych ludziach.

Wszystko zdaje się być takie niesprawiedliwe, a jednocześnie piękne, poddane naturze… Oto zima powoli przemija. Wody wypuszczają skrywane tajemnice. Dusza młodej dziewczyny powraca do świata żywych. Spogląda na ową dziwną, białą rzeczywistość pełną starych ludzi. Ludzi, których pokochała. Ludzi, którzy mimo iż odmówili właściwie kontaktów z większą częścią świata, to jednak nie chcą być samotni… tak bardzo pomogli jej odżyć. Bo młodość jest ciężka, ale gdy połączyć ją ze starością spaja się i daje obydwu stronom szaleństwo! Któż mógłby pragnąć odebrania owej osadzie tej młodości? Owej dziewczęcej, rudowłosej płomienności? Dlaczego? Po co?

Larsson jest piękna, cudowna, tak bardzo zbieżna z tym, co sama czuję do świata. Tak bardzo pogodzona z codziennością światów nie pragnących przeć do przodu. Tych ceniących ciszę i naturę, kąpiących się w przeręblach i latem latających nago! Tych baśniowych… Zbrodnia, która się wkrada w ten świat od razu wydaje się znajdować sprawcę, ale jak udowodnić to poprawnie? Jak nowa prokurator, dziewczę z miasta, które powróciło na łono dzikości ma poradzić sobie ze zmową przeszłości, jak przekonać tych, którzy wciąż się boją… jak rozpoznać prawdziwe zło?

Postacie urzekają. Narracja wspaniała, bohaterowie może i cierpią na artretyzm, ale nie możecie przejść obok nich obojętnie… a sprawiedliwość? Cóś, wypłynie, gdy tylko wiosna pozwoli…

Duńska język nie jest trudna… serio! Dopóki człek czyta, wydaje się być nawet zabawnie prosty. Nieskomplikowany. W telewizji mówią nawet tak, że z czasem człek jest w stanie rozbić ową gardłową dławilność na słowa i samemu opanować mowę na wdechu… a potem wraca na Wyspę i w śpiewanych uśmiechach własnego, ukochanego Listonosza nie słyszy nic… bo przecież Wyspa musi mieć, i ma, swój własny magiczny język. Język powietrza i morza, jezior i rzek, pól i łąk, lasów i krzakowych pułapek… owych dróżek zarastających, bo o nich zapomniano i skarbów odkrywających się, gdy tylko kopniesz kolejną grudę ziemi.

Problem w tym, iż w wykonaniu ludzi ów język ma aż nazbyt wiele odmian. Odmian bardziej śpiewnych i bardziej gardłowych, tych prawie milczących, zamkniętych w mrugnięciu oczu i skrzywieniu brwi… lekkim mruknięciu, niczym miś w czasie zimowej rozdrzemki, gdy nagle przypomniał sobie letnie pluskania w strumieniu i ryby przemykające srebrzystymi strugami…

Ludzie na Wyspie zdają się kąpać w językach. Każdy mówi inaczej, każdy wykształcił własną gramatykę, składnię, fleksję, czy co tam… nigdy nie rozumiałam potrzeby rozbijania języka na matematyczne definicje. Odbierania mu magii, nie rozumiałam też do końca po co mi świadomość kto to przysłówek, a kto czasownik… tak po dziecięcemu, zwyczajnie, nie rozumiałam. Bo język zawsze był magią. Owym zaśpiewem słów, pewną dyskretną wyrazistością osobowości, mrocznie przejawiającą się w nadmiernie używanych słowach… w klątwach i ranach, które bolą, choć zadane tak niewidzialnym narzędziem, jak mowa.

Z duńskim będę się mierzyć do skutku, bo chcę, bo trzeba, bo przecież nie może mnie pokonać no!!! Siódmy język, czy nie, to jednakowoż do kurca i do fiksa jakoś trzeba wygrać. No inaczej nie można!

Choć z drugiej strony żal będzie utracić ową śpiewną baśniowość, ową piosenkę nowego języka, właściwą każdemu. Tak chrapliwą w duńskim, tak trudną do rozpoznania, uroczą, gdy nie jesteś w stanie rozpoznać, zrozumieć kolejnych, wypływających z ludzi słów… a jednak jakże urzekającą. A przyznać trzeba, iż myślał człek, że tylko hiszpański i włoski łapią tak mocno za trzewia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Języki Magiczne Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Wyłażące Tajemnicze…

„Nie wiedzieli co się dzieje. Podejrzliwie tym razem Wyspa milczała, nie informowała ich o tym, co się działo, a działo się wiele… aż można by rzec, iż nazbyt wiele, na dzianie się bez ich udziału. Dlatego Pan Tealight i Ojeblik – mała, ucięta główka, uzbrojeni w zestaw kanapek z sosikiem i kilka termosów ze słodką nazbyt herbatą, w nadmiernie pociesznych, maskujących ciuszkach – sieci z uroczo migoczącą łuską i trochę liści – siedzieli w krzakach i dygotali.

Dygotali na tyle mocno, aż ostatnie, dziwnie opóźnione liście w końcu postanowiły udać się w podróż, do której spakowane były od dawna. Jednakowoż nie dygotali z zimna. Dziwne, lepkie i wilgotne ciepło otaczało Wyspę nie dopuszczając Zimy do środka. Odmówiło jej wstępu i zalało otępieniem każdy skrawek niegdyś omal wulgarnej, jesiennej rubasznej rozpustności. Pan Tealight wiedział, że ma to coś wspólnego z czarnymi wężami, które nagle pojawiły się w okolicy. Wiedział, ale nie miał pewności, dlatego czekali we dwoje, by się przekonać… jednak to, co zobaczyli nie uspokoiło ich. Raczej tylko upewniło, iż przeczucie, które dotąd silnie ograniczało spacery właściciela Sklepiku z Niepotrzebnymi, było prawdziwe.

Upierdliwie prawdziwe.

I miało rację!!!

Jak zwykle… zresztą.

Siedzieli w krzakach marząc o domowym szaleństwie, herbacie w starych kubkach i Wiedźmach z Pieca nie mogących zdecydować, czy dodać do ciasteczek czekoladę, czy jednak zaryzykować mysie bobki? No, może to ostatnie nie było takie do końca intrygujące, ale wiecie, lepiej wiedzieć co się je, choć może nie zawsze, z drugiej strony jeżeli prawdą jest, że jesteśmy tym, co jemy, to w końcu skapniemy się po wąsikach, ruchliwym nosku i ogonku… Ale sprawę czarnych węży trzeba było wyjaśnić. I w końcu złamać zasłonę owej dziwnej lepiej, wilgotnej ciepłości. Zerwać ten welon, który więził Zimę poza Wyspą… w końcu Pan Tealight nie mógł się doczekać chwili, w której znowu zobaczy swoją ukochaną.

No… drugą ukochaną, choć może i trzecią?

Węże były czarne i dziwnie nieruchome, puste w środku, o czym doniosły Panu Tealightowi wcześniej białe myszki, codziennie mające tutaj sesję joggingu… podobno nieszkodliwe w świetle dnia, ale z otworów, w które miały się zagłębić coś się wydobywało. Jakby małe, białe jajeczka, które wyskakiwały ze świeżo rozrytej ziemi i rozkładały się na zieleni trawnika. Mimo mroku jak zwykle wyłączonych ekologicznie świateł Ojeblik uznała, że widziała już dość i dziwnie sprawnie, zostawiając nadgryzioną kanapkę z sałatką z tuńczyka oraz do połowy obrane jajko na miękko, zwyczajnie zwiała zostawiając Pana Tealighta w zamyśleniu. Bo cóż innego miała zrobić? Zresztą i on nie miał pojęcia co teraz nastąpi, poza tym, że serio chciało się mu siusiu…”

(„Sklepik z Niepotrzbnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dom, w którym…” – … a tego na Święta nie polecam. Głównie dlatego, że natłok myśli po lekturze, owe dziwne zainfekowanie nadmiernym przemyśliwaniem każdego kroku, nagłe ponowne odkrycie symbolizmu, przenośni i wszelakich szaleństw literackich może Was nadmiernie oderwać od rodzinnego ciepełka… I cóż, łagodnie zepchnąć w krainę zwątpienia.

Oto opowieść o miejscu, schronieniu. Szczęśliwym i nieszczęśliwym jednocześnie, ale jedynym, które ich chciało, które ich kochało i pragnęło chronić. Jedynych ścianach, które zniosą bytność dzieci niechcianych, dusz ukrzywdzonych i uszkodzonych. Tutaj nie ma zewnętrznie pięknych ludzi, do jakich mogło przyzwyczaić Was współczesne telewizyjne bzdurubzduru. Tutaj są umysły, które potrafią… które błąkają się pomiędzy świadomością otoczenia a światem, który właściwie poza tymi ścianami nie istnieje. Tutaj w owym domu przynależysz do grupy, albo jesteś tym, który się zmienia. Jesteś taki, jak jeden z nas, albo z nas, albo z nas… innej opcji nie ma. I choć tak naprawdę żaden z nas nie jest dzieckiem, w rzeczywistości nigdy nie będziemy do końca dorośli… my chłopcy z tego domu, który nas kocha…

Tę powieść zrozumieją ci, którzy w życiu zmagali się z ostracyzmem rówieśników, którzy szukają odpowiedzi na niezadane pytania. Większość może się poczuć zdradzona, odarta z jakichkolwiek baśniowych marzeń. Bo oniryzm tej opowieści rodzi się w śmieciach i marzeniach dziwnie skomplikowanych w swej prostocie, w zaplątaniu i znikającej dłoni, która kiedyś była rodziną…

Książki do pożarcia, czyli Merry Yule!!!

Remonty… no cóż Wyspa ma do nich prawo. Z jednej strony większość budynków pucuje się i maluje, szlifuje stopnie i sprawdza poręcze późną wiosną, ale z drugiej od czasu do czasu trzeba poryć glebę. Znaczy dokładnie to asfalt, nie. Tym razem zakładają ogrzewanie i jakieś tam internety fiberowe, czy coś tam. Gleba, znaczy ulica, zieje ciemnością szaloną, na drodze spojawiają się maszynki niby powiększone lekko zabawki z Legolandii, tudzież pomniejszone pojazdki większych ludzi. Każdy z nich kolorowy niczym tulipaniak, każdy jednak i… dziwnie pusty. Bo jak spojrzysz na nie, to nic się nie dzieje. W mieście pustki wszelakie…

… ale jak tylko się odwrócisz, jak tylko przymkniesz oczy, jak tylko zwyczajnie nie będziesz widział… coś się robi samo. Dlatego serio nie warto nie wierzyć w krasnoludki, znaczy się nisseny i trolle.

Bo magia to wszystko.

A nawet i więcej.

Jak już ludziom w ich małych domkach będzie cieplej i będą się zgodnie internetować, na zewnątrz magia będzie sobie szaleć, szaleć i szaleć. W porcie Chlupotniaki będą robić jedyne odgłosy jakie możliwe są o tej porze roku, a pomiędzy ścianami pnąc się mogą spokojnie dziwne pędy sięgające nieba… które trochę mnie przerażają. Jakoś takie są dziwnie znajome, takie fasolowe, olbrzymie, tchnące nadzieją, baśniowością i dziwnymi wyrzutami sumienia, właściwym nader niegrzecznym synkom, którzy nie słuchają swoich mamusiek…

… ale jednak przede wszystkim to najlepsze ślizgawki dla nader smukłych olbrzymów. No sorry, ale taka mała Wyspa nie może sobie pozwolić na więcej olbrzymów. Mamy jednego na Christiansoe, który jedną stopą stoi w morzu i wciąż bawi się wiatrowymi kulkami. Wyżywienie go jest horendalne!!! Nie zrozumcie mnie źle, nikt mu od ust nie odbiera, ale spróbujcie wypiec dziennie pięć setek bułeczek z rodzynkami, a to tylko przekąseczka pomiędzy pierdnięciami…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyłażące Tajemnicze… została wyłączona