Pan Tealight i Małe Białe Kuleczki…

„Pojawiły się znowu z dziwnym poszumem wiatrów i zapachem małej choinki strojnej w czerwone bombki i serduszka; Skrzaciki Igiełkowe nuciły w upojeniu żywicznym, ponadziewane na gałązki, tańczyły słomiane zabawki, gwiazdki i koniki, dziwnie pozbawione mowy… Pojawiły się z owego pokrętnego Snikąd. Z owej tajemniczości wszelkiej sposobności i możliwości, która uważa, że przydarzyć się może zawsze, niespodziewanie, choćbyś brał przykład z kózki i nie skakał i tak porazi cię bólem nogi i stłuczeniami. Choćbyś nie wiem jak się starał i tak znowu rózga, bo ktoś się pomylił, ot tak dziwnie, zwyczajnie. Czy to owo Fatum jakowe, czy inny tam Los się postanowił znowu z życiem innych zabawić, nie wiadomo… ale one się pojawiły pobrzękując w małym, białym pudełeczku z gazetką.

W drżącą, pomotaną czeluść Wiedźmy Wrony Pożartej wkraczały w południe. Z połykiem, kubkiem wody z misiem i ręką latającym niczym skrzydła ucapionej przez pająka ćmy. Popędzały żółtą społowioną, spłaszczoną pigułę o dziwnie zielonkawym w swej bieli i sypkim środku. Gorzką, w jęzor palącą, ale mającą na celu usprawnienie widokowości wiedźmowej, owej specyficznie antycznej, właściwej owym wyłącznie niemodnym! Na owe słodkie kurzaje, na wągry i ogólne wypryski na nosie, z których dziwnymi oczami spogląda na petenta mózg dziwny… Nieszczególnie optymistyczny, ogólnie przerażający, ten sam, co wystawia rachunek. Wiecie, asertywny taki bardziej niż sama nosicielka nosa. No a później… później czas nadchodził na ogólne wzmocnienie, więc w cielesność Wiedźmy Wrony wskakiwały kuleczki czerwone, żółte, bordowe i białe. Te białe rozmiar miały szalenie potężnie ogromny, lekko dusiły w poszarpanym przez farby drukarskie gardle, ale jakoś szło.

Ogólnie żeby nie było, że tylko ten papier, papier i papier wpiernicza, no wiecie, porządek być musi! Wiedźma żywi się także dziwnymi kulkami. Takimi magicznymi. Nieszczególnie smacznymi, ale w końcu nie chodzi o ssanie i te inne pseudo-seksualne zabawy! Chodzi właściwie o to, by język był giętki, a myśl szybka i żywotna niczym jętka w stawie. Albo inna tam kijanka, wybaczcie, biologię miało się w wieku zaprzeszłym… i chyba spędziło się ją czytając coś pod ławką! Mniejsza o przeszłość. Łykając owe kuleczki się we wnętrzu owym stroniastym coś troi, dwoi i ogólnie wzajemnie z nadmierną myślówką kopuluje. Strach przewidzieć co z tego wyniknie… więc pozostawmy to sobie, oj nie, ale ino owym muzom! Bo takowe muzy, to chyba znieść mogą wszystko, jak już od starożytności cierpią?

Za to Małe Białe Kuleczki drążąc w Wiedźmie dziwne, nowe otwory i korytarze miały własny plan na przyszłość. Swoją i Wiedźmy Wrony, ale nie żeby chciały o tym kogokolwiek informować.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zapisane w kościach” – … i choć odgadłam. Od razu wiedziałam kto zabił, kto popełnił zbrodnię, choć pewna byłam i tak wciągnęło, złachociło, sponiewierało mnie. I tak w dziwny sposób od razu porwała samotność wyspy. Dziwna ułomność w liczebności winnych. Ale choć wiedziałam, to jednak motyw targnął wnętrznościami. Uzmysłowił ponownie, że człowiek nie brzmi dumnie, ale zaskakująco okrutnie. Że nawet jak człek podejrzewa kto zabił, bo dziwadło z niego takie, to jednak gdy mówią mu DLACZEGO… pada na paszczę.

Z powieściami Becketta jest tak, że się je czyta, a potem się je kończy. Oderwać się nie można, choć język dosadny o prosty, choć bohater dziwnie normalny, logiczny, popsuty lekko, zdolny, ale nie nadmiernie dziwaczny. Niby cała owa przeszłość trochę z niego opadła (to drugi tom cyklu), niby znalazł kolejną przystań w swoim życiu, ale chyba nie może sobie pozwolić na szczęśliwość? A może to Los pragnie się nim zabawić, nie pozwolić mu na miłość?

Może jednak jego życiem muszą być wyłącznie zwłoki?

Powieść jest fascynująca, wciągająca, mroczna ale i intrygująca ogólną aurą wyspowego świata. Szczególnie jeżeli znacie ów rodzaj strachu pojawiający się w ciemności całkowitej, gdy jedynym dźwiękiem jest wiatr i fale, może was dotknąć mocniej. Gdy nie ma wokół nokogo, a jednak coś szeleści, coś świeci, czujesz na karku dziwny oddech… Oto sens owej powieści. I tajemnice, które wyłażą ze wszystkich, jakby doktor Hunter był katalizatorem wyzwalającym z innych wszystkie sekrety.

Tylko czy naprawdę wszystkie? Przerzucam ostatnie strony z drżeniem dziwnym…

Czy prawda ma jedno imię?

Era Wiatrów ma się świetnie. Właściwie występy mamy ciągłe, ogólnie sporadycznie na chwilę przerywane, by soliści siku mogli zrobić, a że pojemne pęcherze mają, to wiecie… raz na tydzień! Fale biją, walą, tłoczą się niczym klienci po ajfony, tudzież ci z przeszłości zatęchłej, których jedynym marzeniem było kilka rolek papieru toaletowego na sznureczku!!! Bo wiecie, można się liśćmi, ale jednak życie bez papieru do pupki ciężkie jest!!! A nasza współczesność rozpieszcza takimi mięciuchami, że aż się odbyty śmieją jak szalone!!! No i wiatry wiecie… takie tam nawiązanie…

Ogólnie mówiąc mamy zimę, która jest ciepła, kwitnie, wieje… i powoduje bóle zatok, szalone migreny i ogólnego popierdolca. Bo co jak co, ale tacy jak ja to się muszą wymrozić. Nie mieszkam w świecie dwóch pór roku ino czterech, i się domagam egzekucji mych praw do śniegu!!! Oj wiem, z drugiej strony to nie straszne nam to, że przycięli na Wyspie datki na odśnieżanie! W końcu i tak nie ma czego… W każdej sprawie znajdzie się i jej dobrą stronę, choć przyznaję przewrotnie trochę i nie wiem, czy mi się owa strona podoba tak w ogóle.

Gdyby nas tak zasypało jak w pięknym, cudownym, białym i mroźnym urokliwie, baśniowym… 2010, to byłaby kaszanka, kiszka i ogólna biel na Wyspie. Oj pewno odśnieżyliby drogi główne, w końcu mamy takowe, ale jak do owej głównej samochód donieść? Na pleckach biednej wiedźmiej małżonki, czy co? Jakoś nie mam jeszcze mocy transformera, ale wiecie Nowy Rok, więc i postanowienia moga być. Choć nie wiem, czy mi do twarzy w transformersowym wdzianku by było?

Nie robię noworocznych postanowień, są stresujące. A raczej mam te co zawsze. Wstawać i kłaść się, oddychać i Wyspę macać, obracać, lizać, smakować, tulić i ściskać, no i kochać… choć ogólnie mówiąc przy moim fanatyźmie, to chyba inny stan ducha i ciała możliwy nie jest! Żyć zwyczajnie, choć może niezbyt zwyczajnie, bo poddańczo bardziej naturalnie, wyspowo-oszołomowo. Bez tego czego nie lubię, a z tym, co kocham. I sobą być, bo wiecie, ktoś musi się poświęcić!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.