„Uroczo Piękny Książę baziając paluchem, wskazującym na szeroką i zaawansowaną szlacheckość, po szybie sypialni Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, nie unikną owe dziwnego dźwięku. Tej nuty ścinającej białka i mleko w wymionach, powodującym gwłtowne przypływy i odpływy uczuć, ból zębów i tik w prawym oku. Tej pieśni jedynej podnoszącej umarłych do pionu, nawet z sypkiej konsystencji… i głosu, który pomimo wszelkiej wzbraniającej się w nim siły, nie uniknął obudzenia potarganej, pogiętej postaci w wyciągniętej koszulce i różowych gaciach w kropeczki. Dobrze, że chociaż szorty, a nie stringi no!!! Spłowiałych znacznie. No jakos naprawdę je lubiła, chociaż wolała się do tego nie przyznawać, a prać trza było!
Wciąż zamotana w sennym świecie podchodziła do okna, do skrzypienia, do baziającego palucha po nocnej ulewie śladach. A trzeba przypomnieć, że Wiedźma Wrona miała różne fobie, ale jedną z nich, wielką, tłustą i włochatą, odzianą tylko w fartuszek i kraciaste, pasujące do niego rękawice kuchenne, było czytanie od tyłu. Nachodziło ją od czasu do czasu częściej. I musiała. Po prostu nie mogła przejść obok tabliczki, plakatu, tudzież maczkiem spisanej instrukcji obsługi… nim nie odczytała jej tak, jak to z arabskimi wężykami bywało…
… więc możesz Uroczo Piękny Książę nazywać się tak naprawdę Mors… ale niestety ona tak tego nie odczyta.
Ona tak ciebie nie rozpozna. I nie chodzi tutaj o twoją posturę i dziwny wielki kożuch, chyba naturalny, czyżby zmieniał cię nocą w zwierza dosłownego? Nie chodzi o fryzurę z większej ilości włosów, niż ona ma na całym ciele. Nie chodzi o wzrost znaczny i szerokość barów niesamowitą. Ani o owe oczy jasne dziwnie… Ani o to, że podobno znacie się od zawsze, że jesteś jej, a ona twoja…
Wszystko tkwi w szczególach.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Nadciąga burza” – … i przeczytałam „Cichy Don”. I inne tasiemce, gdzie mężczyźni byli szaleńczo zwierzęcy, a przyroda surowa. Gdzie nazwiska miały patronimiki, a wszystkie damy były… damami. Były takie powieści i tacy bohaterowie, ale nie spodziewałam się ujrzeć cząstki ich we współczesnej powieści, romansie przygodowym, z fantastycznymi elementami. Właściwie książce dla młodzieży, ale jednak… jest w niej taka tęsknota, taka elegancja, owa dziewczęcość nietknięta, naiwna, dawna, ale też siła dojrzałych kobiet, które wiedziały, że szyja ważniejsza od głowy.
To nie powieść wymagająca, to czytadło kreujące sny w owej części babskości, która serio wciąż pragnie być księżniczką. Która wciąż tęskni za magią większą. Bohaterka naiwna przesłodko, jak to drzewiej bywało (Petersburg XIXw.), odziana, z systemem wartości tamtych czasów, ale inna. Ma marzenie – być lekarzem, ale wiecie, księżniczkom nie wolno, więc… Zakocha się, oj pewno, ale też podzieli się z nami sekretem swej mocy. A potem nadal będzie sobą. Młodziutką, poddaną hormonom. I o to chodzi. By odpocząć i pobyć babą… Bo czemu nie. I ten dwór skrywający i elfy i ożywieńców. I wampiry oczywista, i zaklęcia i knowania…
Nie oczekiwałam po tej książce takiej spójności. Owej dorosłości pewnej, ale też i miękkiej dziewczęcości. Tamtych czasów przemykających się w moją codzienność z tych stron. Owych wyższych sfer, gdy jeszcze tak wiele można było…
Przemykam się. Trawa sięga mi już po kolana. Mleczyki zdają w niej rozmywać, jakby oszołomione jej szybkim wzrostem. Ową zielenią, która zdaje się po prostu przenikać każdego i wszystko. Nawet te ciężkie chmury. Ową szarą niebieskość opadającą na ziemię, by obdarzyć ją niespodziewanymi łaskotkami. Bo przecież nie wszystko musi być na poważnie, bo czasem serio nawet owe przyrodnicze aspiracje zmierzające ku wszelkiej kompulsywnej doskonałości, opuszczają gardę. Bo mogą, bo wiedzą, że powaga serio nie wpływa dobrze na mięśnie twarzy.
Moczę się więc. Oj pewno, że wypełzłam, nie zwracając uwagi na chmury i maleńkie pojedyncze krople deszczu. Mam to gdzieś. A może raczej po prostu potrzebuję właśnie tego? Nie wiem i nie pytam. Idę. Sama. A deszcz narasta. Jakby tak naprawdę ino czekał. Krople rosną jak po sporej dawce GMO, tudzież magicznego ciasteczka, co je zaiwanili Alicji od Królika… I uderzają we mnie. W jakiś sposób dobrze wiedzą, gdzie boli. Ciężkie, niczym ołowiane, rozgrzane paćki. Od razu jakoś tak się mi Alien przypomina. Co to była? Dwójka? A nie, chyba trójka, to w więzieniu?
Z ciężarną Sigourney?
I nagle krople znikają. Korci mnie sprawdzić zniszczenia, ale nie mam czasu, bo deszcz nie przestał padać. On się zmienił. W dziwne, śnieżne tańcowanie. Najpierw zamiast deszczowych, ciężkich i bolesnych kryształów pojawiły się rozczłonkowane na niemal mikroskopijne, ziarenka piasku niby kawałki chmurki. A potem nadeszły płatki czereśni. Wielką chmurą zakryły nieboskłon i zaczęły swój dziwny, upojny, mieszający zmysły, taniec. Wydawało się, że nie ćwiczyły, nie planowały, a jednak… może i w płatkach drzemie skrajnie zapomniane DNA, które ujawnia się raz na tysiąc lat? Może? Ale jeżeli to tylko dla mnie, tosz to marnotrastwo!!!
Patrzę na te płatki i powoli w nich płynę. Płynę poprzez ową wysoką trawę, wilgotną, która szybko dociera do sedna mnie, mrożąc, wspomagana północnym wiatrem. Poprzez owe zboża już wysokie, mleczyki i stokrotki, oraz kwiaty, które swoje imiona danwo zapomniały wierząc, że to i tak nie jest im potrzebne do bycia pięknymi. Mijam drzewa, na których liście jeszcze nie do końca zmatowiły ich ciemności splątane. Niczym panna młoda, której nie stać było na kieckę, więc się natura nad nią zlitowała, tudzież moja zabawna Pani Wyspa postanowiła się pośmiać… zmieniam się w nią. Dziewiczość Czereśniową. Mam te płatki wszędzie. Takie jedwabiste, niczym najmiękciejsze usta, wypełnione słowami. Odchodzę…




