Pan Tealight i Sumienie Wiedźmy…

„Wiedźmie Sumienie porośnięte jest włoskami. Rosną sobie one na skorodowanej powierzchni jego, radośnie i sumiennie mytej i pielęgnowanej, tak wiecie rosną trochę nierówno. Nawet dziwnie niesubordynowanie, nioporządnie, bałaganiarsko. Jakby miały gdzieś plany zagospodarowania terenu. A i nadzór architektoniczny gdzieś też miały. Rosną owe włoski, w barwach dziwnie ciężkomiodowych, w kupkach rosną i pomiędzy tymi kupkami. Jakby serio ktoś najpeirw wyrysował im plan wzrostu, a potem zezwolił na samowolkę budowlaną…

Pomiędzy włoskami stoją domki.

Małe i większe, troszkę pałace niektóre z nich, inne znowu zamki. Są wieże mieszkalne i trochę ziemianek. Są spiżarnie i wygódki, no wiecie też są, bo potrzeba mieszkających prosta. Domki są z cegieł i kamyczków, z tekturek, patyczków, a nawet ze skórki spod paznokcia, taka wersja tipi, wiecie. Malowane są te domki różniście. Chateczki niektóre kryte nawet strzechą niby, czyli trawą, co ją Wiedźma Ptaszydło wciągnęła niechcący całkowiecie, w roztrzepaniu swym, w samo Sumienie. A te bielone to malowane są w kwiatuszki, roślinki, zwierzątka i dziwne podobizny takich, co to serio nie lubili się w lusterkach przeglądać. Ani w szybkach, ani nawet w tych tam powierzchniach odbijających. Chociażby takiej gnojówkowej rzeczce, tudzież stawiku… wiecie. Bo widzicie, domki są ekologiczne, żeby nie było i każda ma budę dla pieska, albo kotka, albo tego czegoś pomiędzy smokiem i wydrą, z dodatkiem owcy baraniej i zebry łaciatej, a potem od tyłu to raczej obserować można wpływ Dziadka Jeżozwierza, a z prawego boku Kobyły Zwanej Jednorożcem. A z twarzy to jak Ciotka Bryśka, serio!!! Bo prostu jeden do jednego i to w tym lepszym dla ciociuni czasie… Są tutaj zwierzaczki wszelakie, jedne domowe, a inne takie mniej, wiecie. Rozrywek co jak co, ale nie brakuje. Oj nie!!! Do tego dla każdego coś miłego…

Są sklepy, szkoły i całą seria kościołów. Właściwie to każdy z mieszkańców wierzy w coś innego, więc każdy dzień to święto dla kogoś. Zresztą, przecież i tak pracują dla przyjemności, co nie, więc niech se świętują!!! Do tego jest poczta, fryzjer, golibroda i Lekarz Od Chorób Niewskazanych. Jest dentysta, ale serio taki zapajęczony… nikt nie pamięta gdzie mieszka, więc bez urazy. Jest Salon Masażu „Kiziołek”, Całkiem Niepewna Stołówka Wspólna i Kochalnia. No i Dom Uciech, czyli salon gier taki. Bierki, bingo, poker… a z bardziej zakazanych to Bilard Naturalistyczny. No i lodziarnia jest, zwie się Wesoły Psikus. Mają tutaj szpital, zaraz za rogiem, między Krematorium Prezentów od Teściowej, a Ukochanym Psiakiem – salonem odnowy dla pupili. Dziś zniżka na męża i żonę. Każdy smok może przynieść swoich hodowlanych czempionów i już… piękni jak nowi!!!

Ogólnie mówiąc czad jest! Place zabaw, Ogródki Pierwjorndanowskie i parki. Są lasy Włosowe i Grządki Ziół Nawszytkopomocnych, a co do mieszkańców…

Też są!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5104 (3)

Z cyklu przeczytane: „Grim. Dziedzictwo światła” – … w końcu jest. Naczekali się ci rozgrzani tomem pierwszym, oj naczekali. Problemy z tłumaczeniem, przesuwanie premiery, no czasem klątwa jakaś dopada tomiska. A wszystko przez niego, kamiennego łba!!! Mężczyznę, ale i… zwykłego, codziennego, kamiennego gargulca z dachów nad Paryżem. Może i magicznego, może i skomplikowanego… może nie do końca definiowalnego, może zakochanego…

Ogromna powieść, ciężkie tomiszcze… nic więc dziwnego, że chcesz się rozczytać, zaczytać, wleźć w książkę i już tam zostać. Na tych ulicach, może znajomych, ale jakże dziwnie innych. Zasiedlonych przez tych, którzy niegdyś byli częścią człowieczeństwa, a dziś są tylko Zapomnieniem. Tam widzę przecież i ją i jego. Mię, pełną wiedzy i magii, pełną nadziei, ale i dziwnie wciąż niepewną tego, co wydarzyło się rok temu. I jego – gargulca, który w końcu zdaje się mieć swoje miejsce w tym świecie. No i jest jeszcze mrok, zagrożenie, które na ulicach Paryża pozostawia zwłoki bez krwi i oczu… martwych niewidzących, obmytych magią, z którą nikt nie może sobie poradzić. Czy to dopiero początek, czy może efekt tego, co wydarzyło się rok temu? Ciała, które nie leży w grobie, grobu, który jest pusty.

Chcę wejść w tę powieść i nie mogę. Wciskam się, skręcam… nic z tego. Staram się, ale po kolejnych wybrykach językowych, po prostu się poddaję. Ciężko mi. Z jednej strony wiem, że powieść jest ciekawa, może oczarować. Spójna fabuła powinna mnie porwać. Kolejne problemy trzymać w napięciu. Przecież ma swoją magię, intrygujących bohaterów z ciętymi językami… ale też jej czegoś brakuje i nie może być to wyłącznie wina tłumaczenia. Coś jest nie tak z opisami, aż w końcu łamię się i posiłkując się internetem w końcu widzę Luwr, ale przecież nie powinnam. Tak naprawdę to słowa miały mi zbudować to, co nieznane, niewidziane, ale nie podołały. Niesamowite dialogi nikną w dziwnych, przytłaczających opisach, a znowu one same niczego nie wnoszą. Nie czuję wiatru, gdy lecę, nie czuję krwi, gdy w niej brodzę…

Co się stało z Grimem?

IMG_1390

Jak zwykle po Wietrzności nadchodzi Cichość.

Cichość jest dziwna, niepewna, złorzecząca lekko. Może być gęsta i przytłaczająca. Niczym całe stado lekko miniaturowych słoni, uciskających ci nielekko płuca i przeponę. Zdaje się, że możesz wciąż oddychać, ale to tylko ułuda, bo do środka wdziera się wyłącznie ich trąbienie. Na dodatek żgają człowieka kłami… co to ja fortepian czy pianino? Ta ta ta da da da dam… Co mi po gamach? Tlenu!!! Ale Cichość nie słucha. Nadchodzi, nasuwa się na wszystkich, na tych wciąż śniących i tych co wstali na siku, tudzież kupkę. Albo i tych, co całkiem ich pokręciło i postanowili o szóstej rano, jeszcze w całkowitej ciemności, zwyczajnie sobie pobiegać. Dla zdrowotności, albo wiecie, dla tego tam nałogu i nerwicy biegactręctw. Nasuwa się, nakłada, zaciska i postanawia nie puścić. Nigdy już!!! No dobra, w końci i jej się znudzi, ale na razie nie puszcza, miesza tylko w owym dziwnym kisielu swojej świadomości i dorzuca żelatyny…

Inna Cichość jest lżejsza, ale i dziwnie materialna. Otacza nas, zamyka w jakiejś bańce. Mami bezpieczeństwem, wymazuje z naszej świadomości wiedzę o wolności i wszelako manipuluje odczuciami. W tej Cichości fajnie się pracuje… ale i to do czasu. Do owej chwili, gdy nagle jest zwyczajnie za cicho.

W obydwu owych stanach Powietrznia cisza dziwnie zaskakuje. Nagle budzisz się w nocy ze świadomością braku czegoś ważnego, istotnego… i nie wiesz o co chodzi. Sprawdzasz kurki, zawory, gasisz i zapalasz światło. Potem znowu je gasisz, zamki ponownie przekręcasz, wodę spuszczasz, znowu myjesz ręce. Sprawdzasz czy żyjesz i dziwisz się temu, czego nie widzisz w lustrze. Bo przecież powinno tam być jakieś wyjaśnienie w tym świecie za światami, w owym odbiciu odbić. Ktoś powinien wiedzieć o co nam samym chodzi… ale wszędzie tylko pustka, cisza, dziwaczna nieobecność.

Cichość wdziera się niezapowiedziana. Jest pełna i od razu ukształtowana. Pozwala gałęziom odpocząć, a ludziom uświadomić sobie co wiatr zabrał, a co tylko powywracał. Problem z tym, że ludzie nie odróżniają już tylko wyobracania ze zniknięciem i… sporadycznie zauważają Cichość. Może i poczują, że chyba czegoś im brak… ale gdy nagle przeleci nad nimi wielka mewa, a oni nie usłyszą szumu jej wielkich skrzydeł… rzadko zwrócą na to uwagę. Możliwe, że po prostu pogłośnią muzykę.

IMG_3911

Ten dziwny rodzaj ciszy to odbicie lustrzane wietrznej pogody. Nagle wszystko wywraca się na drugą stronę i jakoś tak zwyczajnie oddycha. Odpoczywa. Nie ma ptaków, które możliwe, iż nazbyt są wciąż niepewne tego, że wszystko się skończyło. Bo widzicie, one wiedziały, że Cichość nadchodzi. Można było to zaobserwować na ich stołówce. Pusty feedownik w okresie wiatrów zwiastuje właśnie ją.

Cichość Ekstremalną.

Jakoś tak ptaki mogą jeść i gdy wieje i gdy nie wieje. A może i wolą jak wieje? Może ma to wpływ na ptasie trawienie? No pewno, że dzioby mają twarde, ale sami pomyślcie, jak to trudno wykupkać potem te wszystkie ziarenka, nosz przecież to odbyt drzeć musi!!! I to boleśnie!!! Ale przed nastaniem Cichości… znikają. Nie ma mew latających bez biletu, ot załapujących się na odpowiednio wyeksponowane, powietrzne fale. Ni wron, które lekko się podśmiewając, jak zwykle starają się dotrzeć z jednego punktu do drugiego, po drodze zaliczając owych punktów jak najwięcej… Nie ma małych czarnuszków zdolnych wyżreć nawet z najgęstszego mchu, najtłuściejsze robaki, ani tych pomarańczowobrzusznych, ni wróblowatych, ni sikorowatych…

I odgłosów, które robią nie ma. Ni stukania o dach, nie bawienia się w „Osram cię, nim się obejrzysz”. Ni trelów, ni śpiewań. Ni kształtów ni cieni.

Ni mitów…

Cichość wyczerpuje.

Gdy już uzmysłowisz sobie, że to ona, nie da się zwyczajnie wrócić do łożka, do śnienia, do codzienności. Zwyczajnie trzeba ją zagłuszyć. Włączasz więc w sobie nadmierne myślenie, załączasz wiejskie przyśpiewki, nawet te wstydliwe, które nucili ludzie pod tmatą remizą, na tamtej zabawie… gdy pachniały grusze.

Grusze dziwnie pachną.

Cisza też pachnie. Niepewnością i strachem. Dziwacznością i specyficzną niemożliwością istnienia. Jakby świat robił sobie przerwę od wszystkiego. Jakby nagle każdy był wolny, mógł robić co chce, na przykład nic… ale jak zwykle trzyma się planów. Starych tradycji i norm. Bo czemu nie?

IMG_3819

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sumienie Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Toporek Napotworek…

„Czy to było przeznaczenie, czy przypadek, a może jednak kurcze tylko jakieś takie powiązanie zdarzeń, którego nikt nie zauważył, ni którego nikt nie chciał… nie uznawał za istotne o sobie później przypomnieć, zapowiedzieć się wcześniej, a może i ogłosić jakoś. Wcześniej, później… czas nagle dostał amoku, stwierdził, że głowa go boli, chory jest i ogólnie nie w sosie, a raczej w galacie i dziś nie robi…

Toporek Napotworek.

Może i rzuciły nim Diaboły? Kto to wie? Może rzeczywiście któraś z legend wspominała o wielkiej walce Diabołów i Utopców nad Wyspą? Jedne wypełzły z podziemi, inne znowu spod toni morskiej i strumyczkowej, a potem się zaczęło. Wyzwiska, straszenie, rękoczyny i magie. O co im poszło? Legendy nie pamiętają? Mają w sobie wyłącznie owe obrazy, urywki, do których tylko Pogięty Gawędziarz jest w stanie dopasować treść… ale jego nie widziano od tak dawna. Ale jednak coś się musiało wydarzyć, może i w wietrzną noc, taką, w której zmysły się mieszają zdolne w jednym momencie przejść od miłości i namiętności, ku zwykłemu, krwawemu mordowi i kanibalistycznym, surowym zboczeniom. A potem… żałować. Fakt faktem… Toporek Napotworek znalazł się na Wyspie. Zagłębiony, zapomniany, okrwawiony.

Czy była to krew winnego, czy niewinnego… cóż zależy to wyłącznie od punktu siedzenia i widzenia.

Rømersdal.

Mówią niektórzy, że to był niegdyś skarb. Twierdzą, że ktoś miał po niego nawet wrócić, że zwyczajnie tylko na chwilę zakopał to, co było dla niego najdroższe, by ukryć przed najeźdźcami o lepkich łapach i brodach wielkich… a niewyczesanych z okruszków. Może i ktoś uciekając postanowił, że kiedyś znów będzie żył… może i zginął? Może i zapomniał, albo olał sprawę staroci dochapawszy się ciekawszych rzeczy? A może tak naprawdę to jednak była walka. Podniebne szoł, z którego szczątki zebrano i pochowano. Na potem, gdy czas nadejdzie. By czekały. Chociaż kto tam czekać lubi. Może dlatego właśnie ten srebrny wisiorek wyłonił się z ziemi? By sprawdzić, czy jest kogo walić. Jak tam populacja potworów na powierzchni…

Jednak to, co zobaczył zaskoczyło go, bo nie było nikogo, kogo miałby oszczędzić. A na tyle roboty się nigdy nie pisał przecież.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9701 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ciotka Sass” – … w końcu jest. Niewielka, cienka, ale znowu kolorowa, przejmująca, prawdziwa. W rzeczywistości to taki dziwny ułamek świąt, gdy to przychodzi nam spotkać się z rodziną. Może i w waszej jest Ciotka Sass, Ah Wong czy Johnny Delaney. Postacie tak specyficzny, tak dziwne, a jednak nie dziwaczne, tak uczące, a jednak pozbawione owej nauczycielskiej maniery…

Perełki!!!

Właściwie jak opisać owe trzy opowieści? Czy to naprawdę część życia, ukryta biografia P. L. Travers? A może tylko ułuda? Jej kolejny dar? Obrazy trzech osób, które może przyuważyła kątem oka, może naznaczyły jej dzieciństwo, może…

Widzicie… w pisarstwie P. L. Travers urzeka mnie niegrzeczność. Bohaterowie i bohaterki są zawsze jacyć tacy czupurni. Wzbudzający czołobitność, zdolni zmieszać boskość z magią. Bohaterowie, którzy uczą nas, oszałamiają kolorytem, ale i niosą ze sobą wiedzę tajemną… o człowieczeństwie z przeszłości. Innym rozbrajająco uczciwszym… nie pozbawionym wad, ale bardzie prawdziwym. I ten język!!! Jak ona pisze! Jak to przetłumaczone drobiazgowo. Aż się łza w oku kręci, że współczesność tak bardzo ostrym strumieniem olewa to, co tworzy czytelniczą magię.
Magię na zawsze!!!

Bo ta autorka tworzy opowieści, które pozostają z wami przez lata. Mary Poppins inna jest w dzieciństwie, inna w czasach dorosłości i całkiem odmienna, gdy głowa siwieje… ale to wciąż ona. Podobnie jest z bohaterami zamkniętymi w tym niewielkim tomie. Pozwólcie im wejść i w wasze życia!!!

IMG_5356

Wieje…

Raczej znaczy się nie tyle wieje, co jakby się wszystko trzęsie. Jakby masy powietrza miały wzdęcie i zwyczajnie upuszczały napięcie z wymyślonego, całkiem nierealnego wnętrza. Oj tak!!! Wielkie, gigantyczne kule roztrzaskują się o wszystko. Z byka walą w Wyspę, a ta co, no rechocze!!! Taka z niej flirciara. Chichra się, gdy ją łaskoczą lekkie, od morza wiatry i bryzy, podwiewają ją; podśmiechuje się, gdy tylko zmierzwią jej nową fryzurkę, zadrą kieckę i sprawdzą bielizny stan, ale jak tak walą na całego, mocno, brutalnie, to dziwnie odzyskuje ona całkiem inny rezon. Nagle, jakby po raz pierwszy wstydu wyzbyta, bez zakłamania, w pełni miłości do siebie samej, po prostu daje upust wszelkim i wszystkim napięciom i namiętnościom. Nawet tym, o których posiadanie, knucie i składowywanie w sobie, sama się nie podejrzewała. Jakby w końcu serio mogła popuścić i odciąć się od wszelkim norm mniej lub bardziej niemoralnych…

I siedzieć ze słoikiem nutelli, w którym grzebie paluchem.

Widzicie, Wyspa potrafi ze wszystkiego zrobić raj. Z małej kupy lepi pałac, albo wypasioną willę z jaccuzi i wszelakimi ustrojstwami. Z parkingiem, polem do polo, stadniną i niewielkim stawem z łódeczkami w kolorach róż. A najgorsze jest to, że potem na złość burżujom umieszcza w nim biedaka, co to serio nie wie co zrobić z tym wszystkim. Ale i tak tam mieszka, świadom tego, że owa niewiedza wcale mu nie ubliża, ni właściwie żadnego znaczenia w wymiarach kosmicznych nie ma…

Zwykle to Olbrzym z Christiansø wali owymi kulkami. Ot ma takie łapki wielkie, paluchy na nich długie, pajęcze. Zbiera on nimi wiatery, plecie, niczym z filcowych włosków, tworzy spore kulki. Nieciężkie, a jednak przytłaczające. Zdolne burzyć i tworzyć w jednej chwili. Rzuca nimi przez wale, poddaje się jakiemuś, jedynie jemu znanemu planowi i rzuca. To w prawo, to w lewo… tutaj wybija z góry, tu pośle coś dołem potem seria znad prawego ramienia, z lewej puszcza je niczym kaczki wykorzystując rozbawioną siłę grzywaczy. Podobno ma nawet takowe fajne kijaszki, by sobie kulki podkręcać, ale wiecie nikt nie zaobswerowała… znaczy na żywo.

Ot… zwykła wietrzność, zwykła mocna i sztormowa. Do końca, na zawsze, w pełni rozwinięta i bawiąca się mocą.

IMG_5095 (2)

Ziuuuu… i pozamykali porty i dookoła ino wieje i pada i samoloty wracają, bo jak tu wylądować na takiej małej Wyspie, jak kurcze tak wszystkim miota. W środku pasażerowie się… znaczy chorują żołądkowa.

Karuzela!!! Na Bałtyku, nie tylko niedziela!!! Świątek piątek, cały rok, kto tu wpadnie, temu rzygogrzmot!!!

Tak ogólnie mówiąc, to pogoda serio rozgrzeszająca z podjadania, podpijania, podgrzewania tyłka i ogólnie mówiąc wszystko dozwolone. Bo w końcu wieje, a i Wyspa ma świetną zabawę, więc Tubylcy winni siedzieć cicho i się radować z owej spokojności i wszelkiej nierobioności. Ale wiecie jak to z ludźmi jest. Nagle wszędzie muszą leźć, nagle wszędzie muszą biegać, śpieszą się, wszystko jest na miarę życia i śmierci, w dziwaczny sposób zapominają, że pośpiech wskazany ino w drodze do kibelka, gdy sraczka brzuch rozrywa! Niby Autochtoni zdają się świadomi Czasu Rozgrzeszania, Czasu Grzeszenia Dozwolonego… ale jednak i im czasem coś się przestawia pod kopułkami i dalej się Wyspie sprzeciwiać. A ona co… no wkurza się letuchno. Bo właśnie ją milusio tutaj grzmocą wiatery, a wy co, burzycie się…

Jak to można w tak intymnej chwili się wtrącać kobiecie w jej cudowne i rzadkie, istnienia przyjemne? No jak?

Walą powietrza kule, nagle monstrualnie namacalne i cielesne; walą w ściany, szyby, drzewa, okna i dachy, w trawy i kamienie, w strumienia skryte i te jawne bardziej… w tych co śpią i tych, co się przebudzili. Zaglądając przez okienka jak zwykle rozświetlone, ale i dziwnie odkryte, zapraszające, by wejrzeć… podpatrzyć czy choinki już są, adwentowe wieńce czy się świecą, czy łańcuchy gotowe? A może suszone jabłka się przypiekły? Pomarańcze za bardzo cukrem nasycone? Albo te wszelakie rogate stworki, co to dziwnie kręcą z czerwonoczapkowymi nissenami, jakoś tak markotnie wyglądają… jakieś takie chyba niedokarmione się zdają?

Widzicie, u nas wszystko jest inaczej…

IMG_5343 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Toporek Napotworek… została wyłączona

Pan Tealight i Państwo Z Łódki …

„Podobno symbolizować miał moc i siłę, odwagę i męstwo… biegłość i wprawę. Owo coś, co zwyczajnie prowadzi przez życie. Zbiór norm moralnych, może i cały kodeks… Może w rzeczywistości, w trójcy zjednoczony, w trzech głowach, w owej falistości, w tych wszelkich punktach na boku żłobionych, w owej dziwnej całości, a i rozłączności wzajemnej. Może? A jednak, jest w nim coś więcej, może i opowieść. Niczym o Tristanie i Izoldzie, niczym o czymś o wiele wcześniejszym…

Miłości najpierwszej.

Pan Tealight był przy tym, gdy Opowieść w końcu postanowiła się otworzyć na współczesność i wybrzmieć, obiecał im i jej to wtedy. Był też przy tym, gdy otworzono grób w Lillevang… gdy ktoś podniósł dziwną, umorusaną, brązową broszę. I był też wtedy, gdy ona wyszeptała swoją historię, niestety jednak nie zagłuszając tak zwanej, wiecie… nader naukowej hipotezy.

A opowieść była piękna i łzopędna. O dwójce tych co się kochali. O parze, która postanowiła pokonać wszystkich i wszystko, a dokładniej olać konwenanse, umknąć tym, co mieli podług nich jakieś plany. Ona była sierotą w połowie. Się znaczy wiecie panieńskie dziecię, zwiastowanie bogów, aczkolwiek nikt do końca nie wiedział jaki bóg maczał w tym palce, więc dziewczynka od małego plątała się pomiędzy gajami świętymi, kamieniami, łączkami, lasami, jeziorkami, rzeczkami, chramami… i czym tam jeszcze. W końcu miała juz tak serdecznie dość, że gdy jej matka w końcu umierając wyszeptała jej prawdę, zwyczajnie nie uwierzyła jej. Obraziła się za zostawienie jej w samotności pragnień i życzeń innych ludzi. A on? Cóż, był zwykłym chłopakiem. Miał być zwykłym wojem, a może rzemiślnikiem, kto go tam wiedział. Mógł też wyruszyć na poszukiwania tego, co jeszcze nie zostało odnalezione… ale zakochali się w sobie i wszelakie plany innych dotyczące ich samych, wzięły w łeb, w dupę i w pocałujcie im pięty też.

Oj pewno, że na początku się ukrywali, ale spróbujcie ukryć młodą miłość. Jest w niej coś takiego, co innym rozmiękcza narządy wewnętrzne, innym wylewy powoduje, a innym zwyczajnie na wkurwa działa… coś, co sprawia, że każdy czuje albo radość, albo zazdrość, albo zwyczajną, ludzką, pełną żółci zawiść… Łatwo się domyślić, że młodzi stanęli na niejednym odcisku. W szponach zakochania nie zauważali wrogich spojrzeń, nie słyszeli knowań, a tak zwane złe języki były dla nich zwyczajnie nieistniejącym jednorożcem, co to pasał się na kryształowym stoku… Znaczy tak w ogóle jednorożec był prawdziwy, ale wiecie, miłość…

Na szczęście parą zajęła się ona, Pani Wyspy.

Nie wiadomo w jaki sposób trafiła na to, obecnie znajdujące się pod lustrem wody, miejsce. Nie wiadomo co się stało do końca, wiadomo tylko, że para pod osłoną jej samej zdołała umknąć, a ich dawna ojczyzna, wraz z ludźmi i ich bogami zniknęła z powierzchni. Bez słów i bez uczuć. Ale niestety nie obyło się bez ofiar i Pani Wyspy musiała podjąć ostateczną decyzję i zamieniła parę w broszę. Broszę, którą złożono do grobu jednego z ukochanych jej ludzi… by żyli, by kochali, by czekali na czas, w którym będą mogli dopełnić przeznaczenia. By byli nadzieją na zwyczajność człowieczeństwa. Bo przecież o wiele łatwiej byłoby zwyczajność zniszczyć, uśpić, wymazać. O wiele łatwiej ogłupić i odebrać normalność i bezpieczeństwo pierwotnej radości…

Jednak czy już nadszedł czas na ich wybudzenie? Chyba nie, bo Pan Tealight zauważył niedawno dziwny srebrny wisiorek w dłoni śniącej Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki… więc widać tylko zmienił on miejsce.

Tylko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5378 (2)

Z cyklu przeczytane: „Mary Poppins: W kuchni i Od A do Z” – … Mary, Mary, Mary. Co w niej jest takiego? Czy to ta dziwna opieszałość w byciu taką jak inni, a może zadziorność? Albo owo niepodporządkowywanie się normom dziejowym? A może… może może może dla każdego jest w niej coś innego? Może w rzeczywistości każdy odnajduje w tych książeczkach coś swojego, własnego, jakąś tajemnicę, którą dzieli tylko z autorką P. L. Travers?

Ten tom to rozkosz specyficzna. Mary w pigułeczkach. Dokładnie to dwóch: „W kuchni” i „Od A do Z”. Pierwsza pigułeczka to tygodniowa rozkosz, którą można zaadaptować do swojego domu. Dlaczego nie? Przecież gotowanie to zabawa, a już z Mary, to zabawa i nauka. I może jeszcze coś więcej? Zadziorność? A może lekcja osobowości własnej? Nie wiem, ale ta pigułeczka jest dwuskładnikowa, zawiera „Opowieść kulinarną” oraz „Książkę kucharską Mary Poppins”. Pierwsza to zabawna przygoda z tygodnia w rodzinie Banksów, kiedy to kucharce przydarzył się wyjazd, a druga to po prostu raj! Przepisy! Możliwości spórbowania smaków tamtych czasów. Może i trzeba je troszeczkę zmodyfikować, ale nie bójcie się, jest pomoc!

„Od A do Z”, to uśmiech. Zabawa alfabetyczna. Co Wam się kojarzy z A? A może Mary jest Be? Usz te miniaturki! Po prostu uśmiecha się człowiek i do słów i do tych rysunków. Jak zwykle Mary Shepard, jak zwykle cudownie nostalgiczne. Wprost widzę Was czytających te białe strony, ściaskających okładki, odbijających się w bombkowych choinek oczach…

Bo ten niewielki tom, to przypomnienie dzieciństwa dla starszych i coś dla młodszych, co pozwoli im na rozwinięcie własnej osobowości. Tej nie skażonej naśladownictwem innych, słąwnych, celebryckich… własnej, może i szalonej, może i niesamowicie nietuzinkowej? Może… na pewno jedynej w swoim rodzaju. Bo za każdym razem Mary uczy bycia sobą!!! I nie poddawania się presji otoczenia!

Odwagi!!! I czekajcie aż wiatr się zmieni…

IMG_5363

Ciemno i wieje i leje…

To taka pogoda dająca zwolnienie od wszystkiego oraz wszelaką prolongatę i dyspensę na diety. Tak po prostu. Świat się musi wywiać, poprzestawiać i na mojej Wyspie. Posprzątać te listki z ziemi, uśpić swym szeptaniem i wyciem korzonki, kłącza no i nasionka. Żeby wszystko było gotowe… na kolejny rok. Bo przecież zasypianie wcale nie jest takie proste. Potrzebne jest wygodne posłanie, bo choć i niektórzy mogą spać na stojąco, na wisząco, siedząco czy co tam jeszcze, to jednak miejsce jest ważne. Miejsce i jakieś przykrycie. No i ukochana podusia też by się zdała. I misio może? Bo dlaczego nie? No i oczywiście coś na popitkę, jakbyśmy się w nocy przebudzili… i tyle. Więcej nie. Owo poczucie bezpieczeństwa stworzone ścianami, dach, co nie lata, co trzyma chłodek i wilgoć z daleka od uśpionego wiernie ciała, no i okna co nie przeciekają. Ot malutkie szczęśliwości takie, no wiecie… A do tego zawsze zda się kołyskanka! Zawsze, chociaż niektórzy twierdzą, że nie lubią kołysanek. Ale wiecie, owa kołysanka wyspowa jest jedyna w swoim rodzaju, bo tylko tutaj są takie zdolne elementy, by wydawać takie fascynujące odgłosy. Bo widzicie, to Wyspa nuci tak naprawdę…

Wiatr w rzeczywistości daje tylko powietrze, ruch, dmuch, chuch i zmienną nielinijnie dźwięczność. On wypełnia do końca, do każdego kątka, pod koloratkę, zawijasa i zakrętasa… a potem znajduje wszelkie dziureczki, szpareczki, części ruchome mniej lub bardziej… owe tubki i płatki, gałązki i nie do końca przyczepione części metalowe, listki szemrzące, suche i wilgotne, krople uderzające i płynące strumyczki, rdzawe i malowane. Albo i drewniane! Te przytykające, te pulsujące, owe nie do końca dokręcone, owe dziwnie się szamoczące… jakby wiedziały, że chociaż nie mogą tak naprawdę się oderwać, odlecieć, to jednak przecież muszą próbować.

Bo przecież jak inaczej?

Każda, chociażby najdziwniejsza, kołysanka wybrzmieć musi. By wszystko zasnęło, wypoczęło, by to co śpi wyśniło oczywiście to, co wciąż jeszcze czuwa. Dla kogo czas jeszcze nie nadszedł…

IMG_9197

Ale…

No właśnie, żesz kurcze zawsze się jakieś Ale wciśnie. Zawsze dziwnie wściekłe za to, że nie zostało piwem, czy coś? To Ale miało na celu lekki zgorszenie dziwnie niebieskich w swej bieli aniołków, które poukładały się na szaro-granatowym nieboskłonie sztormu. Jak to ich nie wywiewa, to nie wiem, może to jakieś specjalnego sortu aniołki, czy coś? Bynajmniej w owej ciemności aż walą po ślepiach… a może to ino mara i ułuda? A może ino się mi to śni? Ej, chyba nie? Wciąż przecież słyszę tę kołysankę… dziwną strasznie, świńską specyficznie, uznającą wyłącznie te niegrzeczne słowa, owe wstydliwe, czerwieniejące nie tylko policzki, ale i wyraźnie intymne części… Jakby ktoś pozbierał żarty dla dorosłych z całego świata, który zdaje się serio śmiać w tym temacie zawsze z tego samego, no i oczywiście dorzucił do tego przypraw słownych. A potem wypuścił to w świat. Bo przecież gdy usłyszycie takie dźwięki, takie słowa, zdania i dźwięki, to za nic nie przyznacie się do tego, że nie śpicie!!! Serio, nie ma mocnych!

Będą spać…

Albo przynajmniej tak mocno udawać, aż w końcu serio zasną!

Wiatr na Wyspie ma szaloną, ułańską fantazję, oraz moc i siłę. Podejrzliwy jest i podstępny. Wie, że ma niezwykle ważną sprawę do wykonania. Wprost zadanie nie tyle niemożliwe, co raczej zajebiście istotne. Bo jak mają żyć ci, którzy nie są wyśnieni? I jak spać inni… o których nikt śnić nie przestał?

W końcu jednak przestaje brzmieć, przestaje wiać, śpiewać i nawet świntuszyć. I nastała cisza. Gdzieniegdzie jeszcze coś szeleści, coś poszumuje, coś brzęczy i dźwięczy… ale w powietrzu wisi owo uczucie odprężenia. Wypowiedziane bajki, baśnie i opowieści, legendy i gawędy, wciąż jednak moszczą się wygodnie w powoli zagłębiających się w otchłanie snu głowach. Nic tak naprawdę jeszcze się nie zaczęło, nic jeszcze nie rozwija swoich skrzydeł, kokony wciąż jeszcze są zamknięte… ale wszystko już jest przygotowane, wszystko czeka i nie ma już odwrotu.

A wiatr… odszedł na razie…

IMG_4325

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Państwo Z Łódki … została wyłączona

Pan Tealight i Ciocia Bo…

„Zasiadając dziś przy swoim kolejnym ulubionym oknie, spoglądając na morskość omiataną nagimi gałęziami drzew i słuchając mimo wszystko dziarskiego szmeru Strumienia, Pan Tealight doszedł do wniosku, że nie do końca pojmuje po co to robi… Dlaczego pisze? Dlaczego tak ciągle bada życie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki? Przecież nawet jeżeli czegoś się dowie, może i ważnego, może choć bardziej kompromitującego – choć, czy to możliwe? Gdy wejdzie w nią, na zawsze, no i wiecie, tak do końca, to co z tego? Co przujdzie? Co zniknie? Co się wydarzy, no i czy ktoś to dojrzy, zauważy? Nikt mu nie da Nobla, nikt nawet po pleckach szarych nie poklepie… nie żeby chciał, ale jednak był dziś w takim sceptycznym nastroju…

Zresztą miał pisać o Cioci Bo… o tym okresie życia Małej Wiedźmy, który był inny niż wszystkie. Nie żeby był cudownie cudowny, nie żeby przynosił cholerne ukojenie, tudzież uczył… nie. Ranił ten czas jak każdy inny, ale i tak dobrze było, że był. Że stał się częścią życia dziecka, którego nie chciano.

Ciocia Bo mieszkała na obrzeżach starego miasteczka, w którym mury średniowiecznej lokacji wciąż straszyły duchami w niego wmurowanymi. Były tam kościoły i katakumby, były domy pamiętające stare i te wciąż jeszcze w powijakach. Był cmentarz, co miał się stać po latach osiedlem domków mieszkaniowych, oraz wzrastające bloki… no i było jeszcze to dziwne miejsce, które dudniło gdy się po nim biegało… kiedyś Mała Wiedźma obiecała sobie, że je przekopie, ale potem się jej odechciało. No zawsze miałą ciągoty do trzech rzeczy: książek, miśków no i oczywiście grobów. Jak się okazuje, są w życiu sprawy, które się nie zmieniają… a jednak… Ciocia mieszkała w domku, który lśnił i błyszczał, połyskiwał i rzucał zajączki we wszystkich, nawet w tych wegetarian, ale wiecie, wtedy to niewielu wegetarian było, bo w końcu co do jedzenia to nie było co wybrzydzać. W tamtych czasach to był ocet i półki w sklepach, więc taki zajączek to wiecie… warto było go złapać. A potem przekonać się, że to ino lusterkowa zabawa. Zabawna zabawa, dowcipna i radość budząca, ale jednak mało kaloryczna!!! Takimi zajączkami to kurcze sorry, ale się ni ogrzejesz, ni najesz…

Jak się łatwo domyśleć, bury lekko brązowawo-błotnisty, klockowaty domeczek z ogródkiem. był poznaczony dziwnymi odciskami i niektóre z nich miały w sobie szkiełka i lusterka, jakieś takie dziwne, świetliste, ale i obserwujące oczy. Niektórzy mawiali, że z Cioci Bo to była serio wiedźma prawdziwa. A te lusterka, to w rzeczywistości były dusze, które wysysała własnym, głębokim spojrzeniem z innych…

… z ich oczu…

Ale nas to nie obchodziło. Było miejsce do zabawy i ktoś, kto na wieść o tym, że napadła nas Czarownica Woda – ot takie tam imię wiecie z czasów Dzieci Kwiatów, czy jak im tam było – i oczywiście nas gryzie, bo widzicie, ona miała takie zębiska żółtawe i połamane, dziwnie rdzawe miejscami i gryzła nimi grzeczne dzieci… Bynajmniej Ciocia Bo powiedziała, że bronić się można w jeden sposób. GRYŹĆ.

Wtedy to po raz pierwszy Mała Wiedźma zrozumiała, że w cholerę trza się zająć samą sobą, że możliw, iż nikt i nigdy jej nie uratuje, że możliwe jest to, iż nauczyć się trzeba będzie i obrony, a nie tylko robienia lalek z kłębów trawy i korzeni z wydm… tudzież panopków z patyczków, no i… ugryzła!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1702 (3)

Z cyklu przeczytane: „Blackout” – … i jak wiecie ona żyje. Tak tak tak żyje!!! Ach! Zresztą sorry, takie czasy! Zombie i internety, nic więcej. No i oczywiście pogoń zat tym, by ocalić świat… bo przecież o to chodzi, by przeżyć, przetrwać i żyć? A nie moi drodze, chodzi o lajki i oglądalności, nie oszukujmy się… to nie opowieść o pokręconym bohaterstwie… a może raczej nie do końca?

Bo widzicie nie chodzi o to, że to zła powieść. Jak najbardziej jest dopracowana, pełna i przemyślana, to pomysł i świetnie go zrealizowano, ale… no właśnie, ale, ale… Ile można czytać o bidulkach blogerach, co to ciągle gonią za oglądalnościami i lajkami? O owych wynurzeniach, dziwnie nieludzkich, jakby tak naprawdę liczyli się tylko oni, nikt więcej. Nikt!!! To nie jest bohaterstwo, to zwyczajny narcyzm. Oni pragną być oglądani, czytani!!! Tylko to się liczy. Dziwne dzieciństwo i zombie, a nawet ta cholerna walka o świat, to tylko jakaś pryzgrywaka. Jakaś dziwna wizja… nieistnienie.

Wiem że trylogia ma same cudowne recenzje. Trudno się z nimi nie zgodzić jeśli chodzi o sam warsztat. Język, ludzie, uczucia… wszystko to do siebie przystaje, wszystko pasuje, powieść jest niesamowicie dopracowana, ale i przewidywalna. Serio? Seks? Miłość? Przecież… do tego omamy? Nauka? Dlaczego tak łatwo przewidzieć każdy krok autorki? To dość bolesne… ale najbardziej rozwalił mnie ten internetowy język, owo samouwielbienie. Brak człowieczeństwa!!!

IMG_5784 (3)

W końcu Wietrzność przepędza okrutną Pełnię Księżyca, która strasznie w tym miesiącu mieszała zmysły. Nie pozwalała nam nie tylko spać, ale dodatkowo mamiła dziwacznymi wizjami i pętała złymi myślami. Tymi, które nie prowadziły do tworzenia i konstruktywnych wyziewów, ani do niszczenia… ale, które przerażały rodząc Panny Zalęknione. Tak to już jest, iż mimo wielkich mocy i chęci najlepszych Pani Wyspy, jednak nie ze wszystkim da się walczyć, nie wszystko przebłagać można. Bo zwyczajnie pewne rzeczy muszą się wydarzyć, pewne sny wyśnić, a pewne razy muszą dotrzeć do naszych półdupków!!!

Oj tak, niestety…

I chociaż wydaje się, że umielibyśmy żyć bez tych wszelkich potknięć i wpadek, bez głupot i razów, to jednak… czy na pewno moglibyśmy? Czy zrozumie głodny najedzonego, a najedzony tego, który na niego spogląda łakomym wzrokiem i sięga po keczup? Na te udeczka, te półdupki, pierść jędrną, najlepiej podobno smakuje z masełkiem i lekkimi ziołami. Może do tego sałatka jakaś? No i napitek! Bo przecież głód taki, że już nawet ślina nie rozumie po co ma płynąć… Hmm? Oczy pragną, ale żołądek raczej nie dźwignie, więc część trza będzie wsadzić w weki! Albo może zrobić kiełbaski dobrze wywędzone? Albo wiecie szyneczki, bekonik… mielone. Zawsze można zamrozić, zasolić można i w ogóle tyle można. Taki cały człowiek, to na pewno cała masa zupek na kościach, a może i galatu? No jak myślicie?

Świat.

Wyspa.

Widzicie… często pewne sprawy zwyczajnie się muszą wydarzyć, sponiewierać nas, no i oczywiście zaboleć. A potem nieprzemijająco osadzić się gdzieś głęboko w nas i jątrzyć stare rany. Bo taki jest lajf. Boli i kopie, ale durno tak jakoś to odrzucić… może i jest w nas jakiś masochizm?

Wyspa.

Wyspa. I Wietrzność oczywiście. Oczyszczająca, cudowna, ogłupiająca w ów radosnych, irytujący sposób. Ten sam, który sprawia, że rodzi się w nas pewność szydercza, twierdząca iż na pewno, z całym przekonaniem… umiemy latać. Nawet z nadwagą, z doczepionymi ciężarkami i stadkiem kotów!!!

IMG_7965

Wraz z wiatrem nagle, całkiem z nienacka znowu wraca słońce.

Się to nazywa serio zaskoczenie. Oczywiście wraz z tym słonkiem to kurcze topnieje moje marzenie o śnieżnym grudniu, ale co zrobię? Armatki sobie zwiozę, czy coś? A może po prostu zwyczajnie… hmmm są takie kobiety, które jednym swoim spojrzeniem potrafią zmrozić… może ma ktoś jakąś do wynajęcia? Może choć do wypożyczenia, albo leasing jakiś, czy cuś?

Gdy powoli w okolicach 16tej zapada zmrok, po słoneczności ino jasnobłękitne chmureczki są na grafitowo-granatowym nieboskłonie. I takie dziureczki, przez któe widać kolor baby blue. Albo i… czy niebo nosi majtki w kropeczki? Bo tak sobie myślę, że jeżeli chmurzystość to odzienie, to to co widzimy teraz przez owe rozdarcia i poszzarpania, no jak nic bielizną być musi! I to z lepszej koronki wam powiem! Na moje nieszczęście Nieboskłon bardzo szybko widzi, że tu mu widać, tam mu widać, no i w pończoszkach oczko poleciało, a na dodatek wielkie męskie gacie z Misterną Możliwością Ucieczki dla penisa… tia, nie wiedzieliście, że tak się to nazywa? Bynajmniej… owe gacie niezbyt współgrają z pasem do pończoszek i tymi szpilkami kupionymi na przecenie. Widzicie… taki Nieboskłon choć Pan jak najbardziej w stu procentach, bez urazy, ale on siebie zna i lubi, trochę ostatnio wariuje poprzez obserwację świata poza Wyspą. No i gdy nagle nadchodzi dla niego czas by powisieć nad nami, to postanawia przeprowadzić pewne eksperymenty! Ale bez przesady, nie zakłada tych z fiszbinami! No weźcie no!!! Tosz to przeca nie czas na tortury, w końcu wciąż jest w pracy…

Oj takie się człowiekowi, mieszkając tutaj, szaleństwa we łbie roją. Bo wiecie, mogą. Mają czas na rojenie, a do tego w bzykaniu nikt im nie przeszkadza! I Ave Cezar!!! I Alleluja!!! Czy tam Jingle Bells w sezonie!

No bo serio, głupio tak myśleć, że to całe niebo nad nami to nat na golasa się nam przygląda, co nie? Ekhm! LOL

IMG_0190

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ciocia Bo… została wyłączona

Pan Tealight i Wykreślacz Słów…

„Mieszkał w Białym Domostwie, jak większość tych zbędnych, niepotrzebnych i całkowicie zapomnianych. Nie miał imienia, jakoś tak już było, tylko zawód, który go określał, dziwną, tkaną szubę na łysej czaszce i parę górnych oraz parę dolnych łap… no i to wypasione, choć dla większości pewno niewielkie gniazdko, bezpiecznie zawieszone na prawo od drzwi wejściowych, pod szaro-srebrzystą rynną… stworzone z brązowo-szkarłatnych wodorostów i słów. W końcu tym się właśnie zajmował, wykreślaniem słów. Usuwaniem ich na zawsze…

… ale nie zapominaniem…

Sporadycznie tak w ogóle można go było zobaczyć. Z owego kopulastego, pozbawionego otwartych okien, ot tylko dwa maleńkie, jasne witrażyki,  jednym iście hobbicio ukształtowanym wejściem zasuniętym urokliwą zasłonką z różnokolorowymi kamiennymi i drewnianymi koralikami… wychodził bardzo rzadko. Właściwie tylko dla niej. A i to naprawdę w wyjątkowych, nadzwyczaj jedynych, przypadkach. Jeśli akurat ona z owych przepastnych własnych pokładów stron, wydobyła jakieś nieużywane słowo i chciała się nim z nim podzielić. Wypowiedzieć je, by znowu mogło ulecieć. Nawet jeżeli byłoby już użyte przez niego do budowy, nawet jeśli zachwiałoby idealnością domowej konstrukcji… to nic złego. Ucieszyłby się i dodał kolejne szkiełko do malowniczych witrażyków, a potem zakleił powstałą dziurę…

Dlaczego zwykle nie wychodził?

Bo widzicie, on po prostu słuchał! Słuchał słów rzucanych na wiatr i tych zatapianych, zdań wyrwanych z ciężkich kontekstów i dziwnie niezrozumianych, owych niepasujących, tych całkiem wykrzyczanych, że aż bolały, tych szeptanych tak cicho, że każdy mógł udawać, iż nigdy nie wybrzmiała… ciężkich i lekkich porwanych przez wiatr. Tych niczym groch o ścianę i tych omiatających dziwnie ciepłym urokiem. Zaklęć i klątw, wierszy i pieśni, poematów i kanonów. Słuchał i w ciszy swojego gniazdka poznawał nowe słowa. Zachwycał się, a czasem i złorzeczył. Kąpał się w tych perlistych dźwiękach i czuł obolały od mało wyrafinowanych przekleństw. Zakochiwał się w nieznanych zdolnych ułożyć boskie poematy i łkał nad wierszami o zmarłych… ale nie to było najważniejsze. Nie chodziło przecież o używane… ale o te zapominane.

Najpierw powoli wychodziły z mody, potem używano je, ale nie pamiętano dlaczego, aż w końcu, niknęły. Wtedy chwytał ostatnie takie słowo i wplatał w gniazdko. By były. By mógł je czasem przeczytać… a jeśli ona sobie je przypominała, by znowu uznać je za żyjące. Za wciąż żywe. Bo w końcu miała w sobie tyle stron, tyle zdań, tyle wersów, iż wszystko nagle było non omnis moriar…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7534 (2)

Z cyklu przeczytane: „Śmierć o północy” – … bo mam natręctwo. Wiecie, mimo wszystko chcę poznać zakończenie tej historii. Mimo wymijania wszelako nagromadzonych scen erotycznych, chociaż serio są logiczne, w końcu taka jest magia chce albo krwi albo seksu, to jednak mam nadsyt!!! Oj taka zaspokojona chyba moja budowa, czy coś. I te opisy pięknych mężczyzn, ekhm, serio mam dość… ale chcę wiedzieć jak to się skończy, po prostu. Niekoniecznie z kim będzie, ale kogo jeszcze utrupi bardziej, albo i na zawsze. Kąpać się w tych mitach, przypominać sobie magiczne siły…

Po prostu.

W tym cyklu jest coś więcej. Coś poza wymyślnymi pozycjami seksualnymi, gdy każdy z facetów może rzucić naszą bohaterkę na kolana i z powodu magii oczywiście, domagać się orala! A jednak to pasuje. Pasuje, gdy wie się, że magia pierwotna była czymś innym, czymś więcej, czymś wymagającym dotykania się, a nie życia na odległość. No i magia oczywiście. Ta sama, zapomniana, uznana za nieistniejącą, może nigdy… powraca. Bogowie znowu odzyskująs woje moce, a kopce elfów ponownie buzują swoją magią… A wszystko przez nią. Przez księżniczkę. Tą samą, która obecnie ma na głowie podwójne morderstwo, na karku wielu takich, którzy z chęcią ukręciliby jej łeb… i wiele do stracenia, jeśli zrobi zły krok.

Jednak i wiele do zyskania.

Z całym szacunkiem, ale cykl jest dobrze napisany. Tętni emocjami, oj no i scenami, których w końcu można mieć dość, bo ile można dochodzić… ale jednak nie obyłoby się bez nich. I ta lekkość, z jaką bohaterowie o tym rozmawiają może naprawdę zmienić postrzeanie zwyczajowego bzykania. Na pogańskie!!! Ha ha ha. Autorce udało się zahaczyć o tak wiele mitów, w tym mniej znanych, że chce się do tego wracać. No dobra, może i czasem wymijam kilka orgazmów, ale… odmalowywany przez Pisarkę świat urzeka. No dobra w końcu człek ma dość owych męskich piękności, ale taka była magia faerie. Nie inna. Urzekająca i zniewalająca…

Czwarty tom, a historia wciąż jeszcze się ciągnie!!!

IMG_1395

Dookolność szóstego grudnia jest szara i mglista. Zielona soczyście trawa zdaje się serio naśmiewać z mojego jęczącego skowytania za zimnem, ale co tam… każdy ma jakieś bziki, co nie?

Chowam się w domu z mocnym postanowieniem popracowania nad moim lenistwem. Serio. Bardzo bardzo bardzo chcę zwyczajnie uwalić się na podłodze i nicnierobić, ale nie mogę. To mnie coś zakłuje, tu coś przyszturchnie, tam znowu cmoknie nazbyt oblepionym śluzem jęzorem i już się wstaje i na chwałę Wyspy działa. Coś działa, znaczy coś cokolwiek. Niekoniecznie od razu na miarę Nobla. W końcu jak już nie wyłażę, nie chcę się szwendać po julemarketach, gdzie wciąż kartki, zabawki, dzierganki i metalowe choineczki… gdzie wciąż ciasta, ciasteczka, picie z mniej lub bardziej wyrazistym posmakiem procentów… to muszę robić coś innego. Raczej trawy golić nie wypada chyba, chociaż urosła śliczniutka. Serio czasem myślę nad zakupem owcy lub kozy, bosz przecież co tak na darmo trawa ma owocować? Oj pewno, że zima prawie, ale widać w tej sferze zmienności pogodowej t serio jest jej wsiorawno. Może i jest zwyczajnie zimnolubna, czy coś? A może chce pokazać, że ona może wciąż i wciąż i wciąż…

Pomiędzy kamyczkami wybijają się też chwasty. No czyż nie ma już świętości na tym Świecie Wyspowym? Czy naprawdę cała ta żyjąca przyroda tak bardzo dążyła do namnażania, że postanowiła olać niższe temperatury i zwyczajnie dalej rosnąć, wypuszczać pączki i listki, a nawet kwitnąć?

Czy serio przestała snić?

Ostatnio porannie budzi mnie ptaszencja, której świergolenie bardziej przystaje wiosennym rzpustom niż zimowym śnieniom. Czy to inny rodzaj ptaszka? Wersja zimowa, czy jednakowoż zimowi nauczyli się wiosennej zaśpiewki? Wiecie coś w stylu tych różnych języków i tak dalej? Taka tam ptasia lingwistyka? Może jednak to, że większość ludzi woli wiosnę i lato jakoś tak sprawiło, że my zimowi staramy się dopasować do reszty świata? A może… po prostu nikt nas nie rozumie?

A przecież zima jest tak piękna!!!

Co nie?

IMG_1845 (2)

I Wyspa zimą jest tak niesamowita.

Bez tej śnieżności i dziwnych przebłysków słońca na oślepiającej bieli… bez sopli i zamarzniętych kałuż, które zdają się zatrzymywać w uśpieniu całkiem inne, nieznane mi światy… bez tej całej nieruchliwości, której serio tak jakoś człowiekowi czasem potrzeba, by móc dalej pędzić… Widzicie, zima jest potrzebna. Nawet i niezbędna, ale widać nie dla każdego. Tak sobie myślę, co to będzie, jak nie będzie czterech pór roku? Jak nas zmienią w suchą i deszczową oraz kilka dziwnych, niezbyt identyfikowalnych dni lub tygodni? Co ja zrobię? Jak wytrzymam wieczną słoneczność i upały? Nie wytrzymam! Raczej kurcze never!!! Nie po co narodziłam się, czy też umarłam w tym świecie, żeby teraz męczyć się przez wieki w tiszertach! Których, nawiasem mówiąc, kurcze niecierpię bo mają taki dziwny krój i na cyckach mi się opinają, no i wiecie wyglądam przez to jakbym w wiekuistej ciąży była… no i to wycięcie przy szyjce! Jak gotowa na szafot! Czy ja serio wyglądam jak Anna Boleyn? Serio? Chociaż z drugiej strony mam szyję, ona miała szyję, więc są jakieś cechy wspólne, co nie? Mieczyk mógłby też na mnie zatańczyć, chociaż jako kolejna małżonka Henrysia to bym się nie widziała raczej. Oni wtedy mieli takie dziwne kibelki!!! Nie dla mnie!!! Ja potrzebuję toaletowej cywilizacji! I wanny… marzy mi się spora wanna, najlepiej w rozmiarze basenowym, ale niezbyt głębokim coby się wiecie, bąbelki nazbyt szybko nie wypękały…

Bo wiadomo, w życiu się liczą małe szczęśliwości. Jak owo odgórne pozwoleństwo, coby nie wstawać z łóżka, albo i siedzieć zwyczajnie w domu w pełni zadowolenia, że na dworze coś tam pada, a ty masz dach nad głową i herbatę możesz sobie zrobić. Bo tak… i nikt cię nie podgląda, gdy zjadasz całą tabliczkę czekolady i nikt raczej nie powie ci, że sorry, ale po tej kostce to już na pewno cię zemdli… no i się nie śmieje, gdy się raptownie okazuje, wraz z ciekawym rzucikiem na dywanie, że miał rację. Gdy ten rzucik się tak błyszczy i oczywista, że cuchnie, ale jednak kurcze no… przecież i tak zrobiła w końcu to co chciałam… wiecie, coś całkowicie niegrzecznego!!!

Może i o to chodzi w zimie, by pozwalać sobie na niegrzeczność, co?

IMG_7544 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wykreślacz Słów… została wyłączona

Pan Tealight i Obca Boskość Zagajająca…

„Na Wyspie są kościoły.

Żeby nie było, no i nawet spora część z nich nadal jest kościołami, a nie wypasionymi sommerhusami, tudzież całorocznymi miejscami zwyczajowej ludzkiej egzystencji. Większość z nich ma nawet jakieś maleńkie cmentarze, bo przecież kurcze ktoś się musi zajmować całym obejściem, co nie? A nie ma jak zombie! Oni tak lubią pracować. Na dodatek karmienie ich to prawdziwa przyjemność… ci niczego nie podejrzewający żywi, zwyczajowi, pełni zapału darczyńcy, którzy serio i tak nie korzystają z mózgownic, a tak… SĄ CHUDSI!!! Ale przyznać trzeba, że u nas owa kościelność jest nadzwyczaj świecka. Zwyczajna nawet, ale czy cudowna? Bo widzicie, nie w każdym kościele święci śniadają… grzesznicy też lubią twarde ławki, statki nad czaszką, no i księdza w obielonych ścianach, obok kamienia runicznego, co to zawsze nie frontem do klientów, ale wiecie, tym tam zadem i tyłem!!!

Jeżeli chodzi o kościoły kościołowate, to mamy cztery okrągłe i resztę nie do końca obłych, miejscami absydowanie kulistych, no wiecie zborów takowych. Te okrągłe to wypas jest serio. Legenda mówi, że w jeden diobeł kamieniem przywalił, pewno miał jakieś zaszłości z konserwatorem albo wiecie, swoją wolę kosntrukcji przestrzeni wyspowej… Ale to nie jedna przecież legenda. Inna Legenda dość głośno twierdzi, opluwając przy tym soczyście słuchacza, że na szczycie pod kopułką chowano tam damy, których wdzięków pragnęli doświadczyć najeźdźcy z południa, znaczy się z tej tam Polski wiecie… bo to taki kraj, gdzie widać bab chcą? Jak więc widzicie, te okrągłe są dość specyficzne, nic więc dziwnego, że Matka Wyspa zagarnęła je dla siebie. Tylko ją się tam czyci, no nic innego, nie ma tak dobrze. Co do reszty, to są ruinki, jest i niecnie porzucona Kaplica od Salomona, ale… tam to już w ogóle Wyspa se hula jak się jej podoba. W owych kolorowych pozostałościach, takich M1 ale z własnym źródłem, po prostu wiecie, że modlitwy docierają do kogo trzeba. W Kaplicy Z Ruin Odrzuconych w Gudhjem, z której pozostało coś na kształt basenu z epitafiami, kapłanką jest Biała Kicia. I serio dobrze spełnia swoje obowiązki. Podobno robi dla Wielkiej Frei, ale… lepiej jej o to nie pytać. Ale gdy wejdziecie do ruin w Kościelnym Pryzbytku, zaatakuje was cały Północny Panteon. Co prawda aktywni są tutaj ino w lecie, jakoś tak uznają to za wakacje, a i kochają obmywanie piwem i mlekiem runicznych stelli… jednak nie do końca tutaj pasują. Bo widzicie to wciąż nietutejsza boskość. Wciąż wszędzie ma się pewność, że ona jest główną… największą. Wyspa. To jej oddaje się cześć, to jej się pokłaniacie, jej przynosicie dary i oddajecie najlepsze kąski ze stołu.

I jest jeszcze ona… całkiem obca. Poczuwająca się jako władczyni owych wielkich, potężnych, na kształt statków i pałaców nawodnych zbudowanych monstrów. Potężnych. Niesamowicie… przerażających.

Obca Boskość Zagajająca jednak nieczęsto przebywa w świątyniach. Zwykle podobno bolała ją głowa, albo była na wakacjach. Tak się jakoś nie przykładała do roboty, może i nawet do boskości swej powołania nie czuła… a może zwyczajnie szybko marzła, a może czuła, że przecież każda świątynia zbudowana jest z Wyspy, więc… obcy mają serio zawsze nieskończenie przesrane. Po prostu się nie da zebrać całej obiaty ino dla siebie, no nie da, zawsze większe 50 procent idzie dla niej, dla Wyspy. Bo z nią się konkurować przecież nie da, nie warto, po co owo zawstydzenie i poruta?

Ale jednak i mimo wszystko wciąż boskość inna pojawiała się od czasu do czasu i udawała, że istnieje. Choć czy to był ona, czy raczej tylko jakaś pokręcona odskocznia, próba wyrównania siła?

A może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1539

Z cyklu przeczytane: „Księga portali” – … eee nie. A naprawdę się napaliłam na tę powieść. Miła objętość, mało dziwaczna okładka, opis, wszystko zwiastowało coś, co miało być fajne. Bohaterowie w szkole, a raczej na studiach, do tego specyficzna kraina, no i wróg czający się pomiędzy tajemnicami… ale jednak nie.

Nie wiem dlaczego, ale coś w tej historii kuleje. Coś jest wyzbyte napięcia, jakiejś nowości. Zwyczajnie człek wie co się wydarzy i jak kto na to zareaguje, a wiedza w tym wypadku to żadna zabawa. I choć bohaterowie są intrygujący i nietuzinkowi, a może raczej tuzinkowi, ale jednak trochę inni, to wciąż nie mogę się wczuć w opowieść. Nie kręcą mnie malowania portali, jakoś nie do końca pojmuję owo błędne koło między magią a nauką. Po prostu wiem jak to się skończy… a to kicha. No i ta naiwność bohaterów. Serio? Ile można wytrzymać opowieści o ciężko pracujących, ale nie docenianych?

Może tylko ja mam dość? No i ten brak subtelności magicznych…

… więc czytać, czy nie? Wychodzę zawsze z założenia, że spróbować należy. Macie parę bohaterów, zmierzenie się ze złem i wszelaką młodości naiwność. Jeśli naprawdę kochacie takie tematy odnajdźcie fragment, może wam się spodoba? W końcu jakże fajnie by było zamiast pływania i latania, po prostu przechodzić przez portal? A może jednak latanie byłoby lepsze? Szczególnie na smokach!!!

IMG_1947 (2)

Świąteczność na Wyspie jest subtelnie nienachalna. Jednak  miejscu, w którym świeczki w oknach są codzienność wzmożona ich ilość to pikuś. Nikt się na nikogo nie rzuca z kolędą, ani nie wali rózgą po głowie. Nikt nie podkłada węglowych ostańców, krasnale nie pakują kolców w gacioszki…

Właściwie, to jest cicho. Spokojnie i cudownie. Wyspa jest subtelnie pusta poza większymi miastami, a nawet tam, nie oszukujmy się, cisza… kochana i cudowna. Wyzwalająca. Oczyszczająca. Jakoś tak miło mieć na tej ziemi miejsce dla siebie, gdzie nikt nie goni, gdzie nawet biegacze nie są pośpieszni nadto, jakby wiedzieli, że dotrą na swoje miejsce. Nikt się nie śpieszy? Nie no, bez przesady, śpieszą się, ale inaczej… nie strzelają z plazmy, nie walą obuchem przchodniów po łbach. Jakby wszyscy wciąż byli myślami w łóżkach i śnili. A we śnie, nawet jak to koszmar, wiesz przecież, iż istnieje możliwość przebudzenia się, więc po co biec, po co lecieć z wywieszonym jęzorem i jeszcze zarobić niewymownego guza?

Nie trzeba.

Dlatego świat na Wyspie jeszcze bardziej zwalnia i dzięki temu u nas święta trwają dłużej!!! I to też kocham. A co! Tym bardziej, że u nas one trwają bardziej przed, w styczniu już raczej nie uświadczycie choinek, no chyba że te, których przeznaczeniem staną się dopiero przyszłe święta. Oj wiem, niektórzy wolą wyjechać w cieplejsze krainy, ale ja nie, bo to co dzieje się tutaj, jest dziwacznie pokręcone. Niby większość dni w listopadzie i grudniu będzie szara, ale obudzenie się do owej natrętnej słoneczności nie jest niemożliwe! Wprost przeciwnie. I nagle człowiek się zastanawia, czy to zima, czy jednak lato? Dookoła w kominach huczą aromaty i wychodząc na spacer musicie się liczyć z pewną słodkością wydobywającą się z czeluści gorących domowych serc. Jedne pachną zywicznie, inne znowu lukrecją ciągną, jakby serio każdy z kominów miał właśnie ochotę na karmelka, bo dlaczego nie?

No i wiecie, te tupoty białych… ekhm, znaczy czerwonych krasnali się wzmagają w chłodnym sezonie. Nie oszukujcie się, skrzaty są na świecie. I jak im nadepniecie na pozostawioną w lesie brodę, strasznie się zezłoszczą i podłożą wam igliwia w skarpetki. Albo wiecie, gorzej nawet…

IMG_1235

Nagość na Wyspie zdaje się przytłaczać.

Pojedyncze listki wydają się trochę zagubione i zmarznięte, ale za to w owej nagości pokręconych cudownie, artystycznie gałązek, w końcu widać stare gniazda. Ależ to mistrzostwo tworzenia!!! Widzicie, pewnikiem gniazdko najlepiej zrobić z tego, co dostępne na wyciągnięcie dzioba, ale jednak owe subtelne plecionki wcale nie powstały z cieniutkich gałązek, które tkwią w poszyciu. Wcale też nie stworzono ich z traw, których przecież tak wiele dookoła ani z liści! Nie są też zrobione ze śmieci, bo wiecie u nas ta cała segregacja i kasa za butelki, więc serio się śmiecić nie opłaca… poza Turyścizną raczej nie śmiecimy!!! No więc z czego są gniazdka? Z czego owe miejsca w dość wietrznych Wyspy rejonach, zawsze gotowe ukołysać jajeczka i wrzeszczące, wiecznie głodne dzióbeczki, pełne piórkowych wspomnień… i tak tam dalej. No więc z wodorostów. A dokładnie z tłuściutkich, bąblowanych miejscami brunatnic. Pięknych. Dziwnie pasujących do owych gałązek, które nigdy nie są tylko czarne, tylko szare, lub tylko drewniane. Do owych porostów zawsze gdzież tam błądzących… zawsze na wycieczce, zawsze w poszukiwaniu nowego miejsca do mieszkania. Jakby przez cały rok na skałach i drzewach kwitły sobie bombeczki i anielskie włosy…

Gniazdka z wodorostów są niesamowite. Niczym ciemne bursztyny zanurzone w gęstej koronie pomieszanych gałęzi. Niczym coś niewyobrażanie zapomnianego, co na nowo można odkrywać… co roku. Są jak najbardziej magiczne klejnoty zagubione przez morskie potwory w czasach, gdy jeszcze wszystko było wodą, a stały ląd oznaczał dziwną, fantastyczną mrzonkę.

Chodzę po lesie słuchając fal szepczących w oddali. W dość dalekiej oddali i zastanawiam się w jaki sposób te małe ptaszki przyciągnęły tutaj tyle brunatnic? Przecież są malutkie takie, a te często całkiem ciężkie i nieporęczne całkim, mają ostre krawędzie i serio potrafią ranić… a jednocześnie pięknie się palą. Oj wiem, że to niezbyt w temacie, ale one są takie tłuściutkie, że sprawiają, że ogień ocieka tłuszczem. Trzaskają w kominki i sprawiają, że wrzątek pachnie chłodną tonią. Czy wydzielają też ciepło, gdy są schronieniem dla jajeczek? Oczekiwaniem na nowe życie?

A może chodzi też o małe przekąski zwykle doczepione do ich bąbelków?

IMG_1217

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obca Boskość Zagajająca… została wyłączona

Pan Tealight i Choinkowe Zmagania…

„Od czasu gdy Koniec Świata się obraził na ludzkość, bo ani razu nikt nie zwrócił uwagi na jego przyjście, nie zawiesił baloników, przyjęcia nie wydał, prezentów nie popakował i w ogóle… to ów świateczny okres zdawał się być mniej radosny dla ludzi. Widać jak się nie boją, to i cieszyć się nie potrafią, no ale… tutaj jak zwykle było inaczej. Bo Koniec Świata odkąd zamieszkał w Białym Domostwie serio nieźle się zaokrąglił, a z pochmurnego i nieowłosionego osobnika, wylągł się nagle włochaty śmiechacz.

Jak w Alienie.

Tylko że słodszy, mniej parzący, nie taki jadowity, no i wiadomo, raczej odziany! Ekhm. No mniejsza. Przecież nikt mu nie wypomina trzymania straży przy Białej Spiżarni Cudów Pełnej. A jak już się zmienił, to jakoś tak wyszło, że i radosny być zaczął. I świątecznie usatysfakcjonowany. I dziwnie rozkosznie rozpustny. I to właśnie on od kilku lat witał Choinkowe Damy na Wyspie.

Prom Mgliste Wdzięki przypływał nie tyle pod osłoną nocy, co raczej szarością, wielce szanownego i szanowanego w swej rozciagliwości, Frokostu. Wiadomo było, iż co jak co, ale owa święta wyspowa pora dożywiania nie zostanie przerwana, ani ukrócona, więc mieli czas. Czas na wpłynięcie, na rozładunek, na podstawienie dziwaczny powozów, na przemienienie jeży w kare, ale kłujące rumaki, oraz szczątek turystycznej garderoby, wciąż jątrzącej gorzkie łzy porzuconych, w dziarskich jeźdźców. No i oczywiście poustawiać się w głównych miejscach.

I ubrać…

I tutaj za każdym razem wybuchał bunt i łez gorących, wielce żywicznych lanie… bo widzicie, w jakiś sposób, dziwny o pokręcony, zrzucona na ten świat klątwa z niezbyt odległej przeszłości, zezwalała wyłącznie na białe, kremowe, tudzież lekko sikowate, pożółcone lampeczki… Co roku wszystkie zielone, wysokie, dołem w steatopydiach rozłożyste nader damskie sadzonki cięte, burczały, miauczały, stękały i raziły Koniec Świata swoimi igiełkami. A jednak, mimo bólu, mimo potem wszelakiej przyczepności do niechcianych ludzi i przedmiotów, jakoś tak bardzo nie miał nic przeciwko. Z wyraźnie, może i nawet masochistyczną, pokrętną manierą nie unikał dotyku gałązek, gałęzi i kory. Wczepiał się w ich rozpełzającą się obecność, w ową świąteczną opieszałość, lekkie zwolnienie, czas oczekiwania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2428 (3)

Z cyklu przeczytane: „Nie uśmiechaj się, bo się zakocham” – … kolejny tom. Bo jakoś młodszej widowni przypadła do gustu historia „Klubu Odrzuconych”. Grupki przyjaciół w tym okresie, kiedy hormony walczą o każde wolne miejsce w organiźmie. Oj pewno, opowieść o miłości. O młodości i współczesnej codzienności, ale co więcej i co ważniejsze, to historia taka, którą warto polecić i córce i mamie. Pierwszej, by jej udowodnić, że ktoś ją rozumie, a drugiej… by przypomnieć przeszłość i ułatwić kontakt z potomkami.

Jednak…

… no właśnie, wiecie zawsze jest ALE. Ta pozycja, to coś, co zrozumieją niektóe nastolatki, te będące akurat w tych momentach życia, co bohaterowie, a innych wprawią w nerwowe rzucanie tomami, niewydolność płuc z ciągłych napadów śmiechu i dziwaczną czkawkę spowodowaną zwykłą naiwnością, prostotą i głupotą bohaterów. Bo tak bardzo łatwo zapomnieć właśnie tamten okres życia, gdy to wszystko, ta miłość i on byli najważniejsi. No wiecie, jak oblany egzamin, kartkówka z lufą!

Pamiętacie?

Taka jest ta opowieść. Dobra dla pewnego okresu czasu, dla określonej porcji hormonów. Dla mnie starej denerwująca i nudna. Dla mnie zwyczajnie pusta i zawstydzająca… gdyby ktoś mnie z nią złapał w dłoni, oj spłoniłabym się niczym pensjonarka!

IMG_1412

Zimno. Względna mroźność w końcu przybyła. Wyczekiwana, choć może niechciana. Oczekiwana, a jednak pełna powątpiewania…

Dlaczego względna?

Bo widzicie, u nas ogólnie, no sporadycznie temperatury spadają poniżej zera w okresie tak zwanej zimy. Zwykle serio balansują sobie na zerze i dobrze im z tym. Dlatego tak fajnie wypełznąć na zewnątrz i po prostu pomrozić sobie płucka. Wychodzi człek i dziwnie rażąca zimność wkrada się mu do wnętrza. Najpierw pieści nos, potem wnętrze ust, aż w końcu drażni gardło, mami płuca dziwną swą niewinnością… jakby tak naprawdę wszystko było możliwe, jakby zimno miało jakąś magiczną moc. Odbierało ból, mamiło wspomnienia, bawiło się przyszłością. Jakby w owym ostrym, dziwnie krystalicznym powietrzu o bardzo ostrych, raniących krawędziach, kryła się nieznana magia. Magia, której tak wielu unika, zwyczajnie nie tolerując chłodu i grzejąc się przy kaloryferkach, palnikach, tudzież liczbie zer na kontach…

Zimno.

Piękne jest to zimno. Takie świetliste. Czyste i nie bojące się krytyki. Potrzebne, ale zarazem i wszędobylsko odpychane. A jednak się chyba zimnu, sugerownym w przypadku pewnych drinków wyłącznie i lodów tudzież sorbetów, jakoś nie jest przykro ni głupio. Bo widzicie, zimno kocha to, co robi. Nie przejmuje się krytyką i złorzeczeniem. Olewa to soplem! Oszrania i mrozi na kamień!

Bo może!!!

Wyspa przyjmuje zimno z lekkim zaskoczeniem. Co do Tubylców, to robią to, w czym są najlepsi, czyli jęczą!!! No sorry, ale tutaj poniżej 20 stopni zapodaje się ogrzewanie w domu. A kominek ma to do siebie, że sporadycznie miewa w lecie wolny tydzień i to tylko i wyłącznie dlatego, że państwo wybyli na Majorkę!!! Takie toto ludzie ciepłolubne widać, albo pocić się lubią, czy coś? Bo przecież też pływają! Nie jęcząc aż tak na lodowate fale i inne cudowności, więc o co chodzi z tym zimnem? Zresztą zimnem tymczasowym całkiem, miejscowym, szybko znikającycm, całkiem przecież nienurtującym…

Kocham zimno!!!

IMG_1959 (2)

Nic na to nie poradzą, zwyczajnie kocham zimno.

Wyspa wzbogaciła się co prawda o choinki na każdym skwerku, ale jednak nie o śnieg i sople. No niestety zimno może i jest przejmujące, ale przez wiatr nie zgadza się z opadami. Nie tracę jednak nadziei. Bo przecież Wyspa spełnia życzenia! Spełnia marzenia i wszelkie, rozmaite, goszczące we łbie bujdy… i świetnie się czuje, gdy każdy róg zostaje przystrojony girlandą i światełkami. No dobra, może i światełka są białe prawie i wyłącznie, i jakoś tak dyskryminuje się kolory, ale jednak… I chociaż w ciągu całego roku tutaj spala się miliardy świeczej, to jednak w owe ciemności zalegające na zielonych wciąż polach i trawnikach, te płomyki wyglądają bardziej odświętnie. Inaczej jakoś. Bardziej magicznie. Jak to nagle coś codziennego nabiera innej mocy… zależnie od pory roku, dnia i nocy, oraz wewnętrznego uwarunkowania patrzącego.

Co jak co, ale jesteśmy w sezonie. Może i niektórzy czekali to pierwszego dnia adwentu, ale nie wszyscy. Domki się rozświetlają, a statki na wodzie przypominają dostojnie się nazbyt bujające choineczki. Co jak co, ale wszyscy chcą się stroić. Ale niektórzy to serio, bez przesady. U nas w Gudhjem ponownie zabawa z kalendarzem, czyli picie, śpiewanie, okna strojenie i inne rozkosze. W końcu i tak jest nas garstka. Nawet ci, co postanowili spędzić swoje święta w sommerhusach, jednak nie zamierzają wyłazić w tę wietrzną chłodnicę. Jeszcze by odlecieli, no i co wtedy?

A przecież świętowanie tutaj jest czymś specjalnym, czymś niesamowitym, z jednej strony pełnym, z drugiej całkiem innym… bo tutaj nie ma hałasów i nerwów. W sklepach ludzie wciąż się do siebie uśmiechają, jakby ich czymś faszerowali, a nie pędzą nie wiadomo gdzie. Jakoś tak dziwacznie jest. Nikt się nie faszeruje, a i nikt nie spina. Zwyczajnie każdy może i sobie skrobie własną rzepkę, ale co w tym złego? Większość zwyczajowych ludzi, mimo ich dziwnego, ekologicznego zaangażowania, nie wyobraża sobie świętowania w takich pustkodziczy, bez sklepów, natrętnych reklam, z dującymi wichrami za oknem i pozwoleniem całkiem jawnym, na całodzienne baraszkowanie w łóżku.

Bo widzicie, Wyspa pięknie grzeszną jest! I to w sobie kocha! A co kocha, wiadomo, rozwija z przepiękną nonszalancją!

IMG_1455 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Choinkowe Zmagania… została wyłączona

Pan Tealight i Owcza Ostoja…

„W Owczej Ostoi ostatnio padły drzewa. Dość miały tego świata i ciągłego obsrywania, bobków robiacych mylnie za żołędzie, niekiełkujących i owych pbłoczków, lekko przybrudzonych, co to zostawiały swoją wełnę gdzie popadnie. Wiedzieliście, że drzewa też mają różnorakie uczulenia? Cierpię. I to nie tylko na ludzi, jakby się mogło wydawać, ale i na wełnę, na własne pyłki, na nazbyt natrętnych skrzydlatych, na sierść wiewiórek i oczywiście na nazbyt nagminnych dzięciołowych lekarzy. Znaczy ogólnie miały lęk przed znachorami. Taką odmianę ludzkiego strachu przed białym fartuchem, ino że u nich to było czerwone pod ogonem. Wiele gałęzi dostaje krost gdy tylko pająki zaczną się na nich sieciować, a jeszcze innym kora złazi od zbytniego wiatru… ot nikt w świecie łatwo nie ma. Nie oszukujcie się!!!

Jednak w Owczej Ostoi dwa drzewa zwyczajnie się pochorowały. Zaczęły zbyt mocno marzyć i już nie mogły pozostać tutaj. Coś wyjadło ich dusze, by potem przerzucić je w inny świat, a skorupki wiadomo, wiatr powalił. I nie jest źle. Znaczy Wyspowe Owce się skarżą, bo ktoś im cień zajumał i skakać po czym nie ma, ale to nie kozice przecież, no przejdzie im, wiadomo. Znowu będą przesiadywać w krzaczkach bzu czarnego lub nad Serduszkowym Bajorkiem i wzajemnie sobie kudełki czesać. I paproszki z nich wybierać i plotkować o tym i o tamtym. O turystach, co to przyjechali strojni znowu, aż dziwn bierze, ze ci ludzie serio mogą tak żyć, znaczy tak ubrani. No i o miejscowych, co to dziwniejsi są chyba z roku na rok, a czasem i między sezonami jeszcze się piorunująco podziwniują. Ale to ludzie. Widzicie z nimi to nigdy nie wiadomo, nie to co owce… a już szczególnie te tutaj. Mieszkające w małej Rdzawej Szopie, właścicielki nieźle prosperującego błotnego spa i własnej Drogi przez Męki, dla tych bardziej uprzywilejowanych, zakochanych w BSDM.

Ale wciąż… było inaczej.

Owce… widzicie na Wyspie to nie one idą, a za nimi się idzie. Na przykład Promocja i Polityka prowadziły niewielki kasyno. Znak i Zodiak oraz Wiara i Religia zajmowały się Domokrążczym Sponsoringiem Niepotrzebujących, a Strzałka i Przeczucie, przy całkiem nikłej pomocy Serca wolały jednak pracę z Niewidzialnymi. Jakoś tak każda z nich jednak, mimo własnego zajęcia, pasji, uwielbienia dla wszelkich szczotkujących końcówek i stworzeń, oraz nieźle prosperujących interesów, zwyczajnie prowadziły ludzi. No tak już było, aczkolwiek wyłącznie one sobie z tego zdawały sprawę, że ludzie za nimi łazili. Na początku wydawało się, że to tylko ich urok, wełny pragnienie i takie tam słodzenia, ale z czasem Owce zrozumiały, że jest w nich coś więcej. Jakaś moc, dzięki której działa świat. Owa siła niewytłumaczalna, owa boskość zmuszająca do klepania zdrowasiek i klęczących godzinek. Czołobitności i wszelakiej ślepej miłości. Tępego podążania za ideą i kanonem, w którym serio nie do końca się mieścili, ale jednak chcieli, więc… stawianie pomników, znaczki nielizane, imiona nadawane ulicom, miastom, a nawet i państwom…

Owczolandia?

Na szczęście, gdy Owce sobie to uświadomiły, po prostu to po nich spłynęło. Nawet nie zastanawiały się zbyt długo, przegryzły mleczyka i zwyczajnie wróciły do oddychania. Olały sprawę i już!!! Miały ważniejsze rzezy na głowie, poza gustownymi loczkami, albo dredami, a nie jakieś tam władanie, bohaterstwo i przywództwo. I to jeszcze nad kim? Nad ludźmi? A feeeeeeeeeeeeeeee!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3393

Z cyklu przeczytane: „Nowy patrol” – … cudny. Niby trzy opowieści powiązane ze sobą, rozciągnięte w czasie, lekko przetłoczone historycznością Rosji, a jednak wciąga. Czaruje, mami i zadaje pytania. Czym jest dobro a czym zło? Czy najpierw było światło, czy jednak ciemność, a może ni to ni to? Może zawsze był Zmrok? Tylko i wyłącznie on? Wyrzuty sumienia, walka między tym co słuszne, a tym co zrobić trzeba. Magia… i on. Anton G. Po przejściach.

Powrót do cyklu Łukjanienki, który tak naprawdę uczynił go sławnym, pełen był niepewności. Znaczy mojej własnej, bez urazy, ale człek się boi, że ktoś mu jedną z ulubionych bajek spsuje… na szczęście patrol jest nadal taki, jakim być powinien. Pełen zaskakujących bohaterów, niepokornych, wkurzających, drażliwych, pijacych, palących, grzeszących, a jednak pełnych idei, śliskich może, ale jednak… Pewnych swoich racji pomieszanych Rycerzy Okrągłego Stołu na emeryturze. A może rycerzy, którzy odnaleźli Graala, ale potem się podzielili na tych mniej więcej dobrych i pi drzwi oko złych, by władać magiczną sferą świata. Dzienny Patrol i Nocny. Niby te same moce, niby tak podobni ludzie, a jednak… No dobra kocham i Hesera i Zawulona! Nic na to nie poradzę, starsi panowie zawsze mnie kręcili…

Tym razem opowieść trochę ponosi nas po świecie. Znowu uchyli rąbka tajemnicy przeszłości, opowie o przepowiedniach i wizjach. Poznamy nie tylko tych, którzy mieli nadzieję wygrać z zapowiedzią przyszłości, oraz tych, co wiedzą, że tak się nie da… więc dlaczego? Po co nam jasnowidze?

No na jakiego…

Właśnie na to i wiele innych pytań będziecie musieli sobie odpowiedzieć. A poza tym świetnie się bawcie klucząc uliczkami Moskwy, dziwnymi, dla wielu urodzonych w latach siedemdziesiątych może i bardziej zrozumiałymi niuansami. Wspomnieniami. Tapczanami, meblościankami… ech, ckni mi się? Nie wierzę!!! A może to próba ucieczki od dylematów, które budzi we mnie lektura?

Oj zbyt szybko się skończyła ta opowieść. Boleśnie znowu. Tak bardzo chce mi się do niej wrócić. Do owej pełni, inteligencji, do owego rozliczania się z przeszłością pod oparami magicznych nalewek. Do owych mężczyzn, dziwnie poprawnych, dziwnie obecnie wymierających… do owych praw i obowiązków. Reguł, do których jakoś lepiej pasuję. Widzicie, boję się, że pisanie Łukjanienki dotrze bardziej do starszych. Nie tych dwudziestoletnich. Ale przecież dla nas też muszą pisać…

Mniejsza. Jak zwykle jazda bez trzymanki, która nagle w okolicach środka wyhamowuje, by potem znowu porwać was swym pędem. Oto owa zwykła, codzienna magia, ku której tak wielu tęskni, ale nie odarta z brudów. Oto baśniowość w pełni rosyjska, wraz z przypieckiem… Oto jest dobra powieść. A to, że fantastyczna, niech was raczej nie zmyli. No, nie do końca…

IMG_1952

„Czarownica” – … kocham i uwielbiam. Może i bardziej w oryginale, ale nic to. Zwyczajnie: widok Angeliny złe spojrzenia blondyneczce rzucające, MADE MY DAY!!! I te jej fochy, miny i granie. Po prostu widać, że kobieta chciała tej roli. Że się do niej przyszykowała, że to naprawdę była dla niej zabawa.

Sama fabuła?

Wystarczy. Zwyczajnie. W końcu więcej byłoby nadto, a mniej… cóż niewystarczająco. A to jest akurat! Do tego Angelina. No sorry, ale dla niej się ogląda ten film. Gdy krzyczy, czuję jak gęsia skórka spowija mi elementy, co do których nie ma żadnych praw. Gdy się śmieje, czuję się lepiej, gdy smuci, szykuję kolejną krucjatę by ją pomścić. Po prostu… Do tego oczywiście zdjęcia, charakteryzacja, światy, konflikty, zemsta i karma. Nadzieja? Sprawiedliwość?

Bajki mają to do siebie, że mamią… ta jest aż nad podziw drastyczna i brutalna, prawdziwa. Uczy ufać sobie samemu. Tłumaczy, że człowieczeństwo i magiczeństwo się nie różnią, bo w każdej istocie owa miłość do innych i ziemi musi zostać jakoś tak zasiana. By wzrosnąć. By żyć… a dobro i zło? Cóż, wiecie najłatwiej to każdego ocenić, rzucić kamień, ukrzyżować… a zrozumieć, wysłuchać niełatwo!!!

IMG_1953 (2)

Przełamałam się i ruszyłam w codzienność znaną wszystkim. Odpychaną przez mnie, może i lekko tłamszoną, no ale każdy ma swoje demony, czyż nie? Ja zwyczajnie boję się ludzi, a ci jak wiadomo kumulują się w sklepach. Może i nie mamy ich wiele, ani obszarowo ogromnych, więc nie ma czego zwiedzać, ale jednak…

Trzeba było się odważyć, więc ubrana, uzbrojona i wszelako buntowniczo nastawiona z kolędą burczącą w żołądku ruszyłam… bo widzicie, jak nie ruszę się teraz, to za tydzień dwa już nic nie będzie. A taka to polityka, że znalezienie świąteczności na tydzień przed graniczy już z cudem porównywalnym do Zwiastowania!!! No nic to, idę. Znaczy jadę. Nie odzukujmy się do sklepu w niedzielę trza dotrzeć w określonym wymairze czasowym, nie można se spacerować kilka godzin bo zamkną…

No nic, jestem.

Na szczęście moje wybudzine, nie zatłoczono. A dookoła kolorki. Się okazuje, że pomimo wszelakiego natręctwa krasnali, łosiów i innych lekko niedefiniowalnych rogaczy, gwiazdek, choineczek i miejscowo koronek… są i inne cuda. Cuda cudeńka. Co to człeka brokatem obsypią, zapalą mu lampeczki pod kopułką i zanucą fahlalalala… ech! No po prostu miodzio. Jak w jaskini wysoko wyspecjalizowanego smoka. A może raczej smoczycy, ekhm? W większości wsio drewniane, ceramiczne. Szklane i malowane, cuda pozałacane, posrebrzane, niebieszczone, czerwonione – dla tych tradycyjnych, ale i w różach i fioletach. Wiadomo, wszystko dla klienta. Jak już oczywiście się klient oderwie od naturalnje wielkości jelonków i sarenek i przestanie je tarmosić, ściskać i dusić, a potem oleje poustawiane wszędzie naturalnje wielkości krasnale, skrzaty i gnomu… serio trudno przejść, same perkate noski, owe łapuńki malutkie, stópeczki obute w kamasze, tudzież gumofilce z futerkiem… no się oderwać nie można. Tego się poklepie, tego uściska, tamten znajomy z zeszłego roku na przecenie, więc słów parę wymienić wymagane. No wiecie, savoir vivre sklepowy też obowiązuje!!! Przywitać się należy i z tym i tamtym, bombeczkom brzuszki zmacać, a i wybrać se te czerwone listowie, co to w tradycji je mieć na stole należy. Wiecie, to co potem się zieleni i rośnie dalej, ale już tak nie cieszy no… Z prawej świeczki, papier do pakowania, a nawet taki do pupki w krasnale. Lekko to pomieszane, ale co tam, przeca pośladki muszą byc też w nastroju, co nie? Jak nos może masowany być panią krasnalową, to co, pupka nie?

A nad tym wszystkim, nad wieńcami adwentowymi, ponad choineczkami w doniczkach, hiacyntami zamkniętymi, unoszą się micie latające i wielkie gwiazdki i serca i porozrzucane dość nieporadnie mikołajowe czapy… aż się chce schylić i poszukać właścicieli. Powiem wam, że na pewno gdzieś grzeszą. Może pod stojakiem z doniczkami? Jakoś się tak dziwnie on, rytmicznie porusza!!!

IMG_1448 (2)

Może w rozmachu owego kiełkującego, początkującego świętowania, się owe małe ludziki, co to ino czapki noszą… no wiecie, no nazbyt tak rozpodnieciły i nie było innego wyjścia? Może porą lekko nazbyt poranną przybył do sklepu i rozrywając części garderoby, nagle dziwnie zbyt ciężkie, zbyt kryjące, zbyt pętające, nazbyt czerwone… po prostu ruszyły w seksualny tan? W końcu skąd mamy wiedzieć? No i ta półeczka z doniczkami wciąż podskakuje. A te fruwające białe misie dziwnie się telepią u powały, jakby też miały zrzucić skóry i zatańczyć… może i z tymi, co owe czapki rozrzuciły?

W tym całym kolorowym rozgardiaszu są i oczywiście choineczki. Od wyboru do koloru. Od miniaturowych krzaczków, dobrych do M1 tudzież studenckiego posłania na waleta, po większe doniczkowe piękności. Pysznią się swoimi igiełkami, jakby wiedziały, że dzięki korzeniom i owej sporej garści ziemi, doczekać mogą i następnych świąt. Tylko gdyby jeszcze ta różowa koneweczka mogła je podlać, no to byłoby już super, serio!!! Tak podlać do spodeczka, same se sięgną, bez urazy!

Aż się chce tutaj zostać, ale dzwonek wzywa do opuszczenia kolorowej świąteczności, więc łapię parkę spółkujących jelonków, domek, gwiazdkę i zabawny stroik, no i umykam w moją dzicz. Jednak co jak co, ale ona wciąż dla mnie najpiękniejsza. Może i zewnętrzność wieje dziś strasznie, a nawet mrozi swoją bliską zera temperaturą, ale nic to, na to czekałam. Za tym przecież tak bardzo tęskniłam. Tylko śniegu wciąż nie ma. Cóż, może jednak wziąć ten kilogramowy worek wiórków kokosowych i zaśnieżać we własnym zakresie? Jak myślicie? Ciekawe jakie z kokosowych śnieżek wyszły by bałwany, no i czy sopele byłyby możliwe?

Hmmm? Może spróbować, kusi mnie…

IMG_2939

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Owcza Ostoja… została wyłączona

Pan Tealight i Babinka Jakośtakoś…

„No właśnie jakoś tak… serio, nikt nie wie dlaczego do końca, jak, po co, na co… nikt nie wie, ale nikt też nie wyraża sobą jakiegokolwiek zdziwienia. A powinni… chyba? Bo widzicie, w tej sprawie się dziwić nie można, zwyczajnie nie warto krzywić ryjka, czy innego otworu, serio. Po prostu przyjmujecie to i idziecie dalej ze szczotką, czy szmatą, płynem o zapachu świeżych, zielonych jabłuszek albo jaśminu, zmywać swoją nudną, ale polerowaną, codzienność.

Tutaj na Wyspie byty wszelakie, mocno tubylcze, przyzwyczaiły się, że ona zaczyna, gdy ona chce. Świętuje jak chce i serio nie znosi uwag w stylu: czy to nie za wcześnie. Po ostatniej takiej uwadze, kiedy tamta modelka straciła brwi, a stary grubas lekko niewymownie i nadzwyczaj niespodziwanie, boleśnie potłukł sobie ogonową, nikt się nie wtrąca. W zestawie klątw są jeszcze podobno wiekuiście smrodliwe stopy, wielkie bączury i tym podobne, wymyślne aktywacje, więc… po prostu uśmiechają się i myślą swoje… albo nie, bo czasem możnaby przysiąc, że ona nawet myśli widzi, więc nućcie sobie głośno ulubioną piosenkę i zmykajcie do domu!!!

Pan Tealight przeczuwał, że TO może nadejść w każdej chwili, taka pora roku, więc już od miesiąca piekł pierniczki i wszelakie tam ciasteczka, a Ojeblik, mała ucięta główka, mimo braków kończyn nieźle dawała sobie radę w sprawie lukrowania. Może i jej obrazki były dopuszczalne wyłącznie powyżej osiemnastego roku życia i za zgodą lekarza pederasty, ale co tam.

Przecież idą święta!!!

Nawet oderwana od losu główka być musi uśmiechnięta!!!

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była w tym nastroju. Zapadła na niego i nie zamierzała się leczyć… JUL!!! Mimo sprzeciwu innych światów, mimo złego nastawienia, pomijając wszelakie dziwaczności kosmiczne oraz te sklepowe zbieżności, korporacyjne zawroty i innych upadki… postanowiła zawsze w tym czasie mieć swoje własne święto. Usz przecież kurna się należy każdemu, a co jak co ona to się najlepiej czuła w okolicy zera, albo i nawet poniżej. W objęciach Panów zwanych: Mrozu, książę Szron, sir Szadźawski i hrabia Sopelski. Bo w końcu co jak co, ale miała naprawdę niezłe konekcje. Nawet koronowane. Zresztą… widzicie, z tym całym okresem jest jeden problem chyba. Dziwny, podejrzany, lekko zaśmiardły, serio dla niej samej, niewytłumaczalny. Bo widzicie, ludzie zdają się nie lubić zimy. Ani owych powiewów, ani pieszczotliwych, mroźliwych podszczypywań, ani stóp nagle lodowatych, ni kry, ni zwisających z nieba wodnistych chwil… na zawsze unieruchmionych, albo do momentu, gdy na nie chuchniecie.

Dlaczego ludzie tak nie lubią zimy? Owej wybaczającej wszystko szarości, rozgrzeszających wiatrów, wilgotności, słonecznej, miejscowej palnikowatości, chłodu, który stara się dotknąć najgłębszego jestestwa i oczywiście niesamowitych płatków śniegu. Cudów pojmowanych lekko niedotlenionym ciałem?

Wiedźma Wrona wiedziała, że tylko ona tak naprawdę tęskni, tylko ona tak naprawdę cały rok czeka… i Babinka. To dlatego, gdy nadchodziła ta pora, spotykały się obydwie i w pełnym milczeniu, czekały na pierwsze przymrozki. A potem latały całkiem nago, całkiem frywolnie, bo ktoś musiał!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1710 (3)

Z cyklu przeczytane: „Tak krucho…” – … moda? Taka moda na te spojrzenia spoza kamery, znad rękopisu, spod autora, znad autora… Wszystko musi być jawne, więc dlaczego nie wziąć jednej historii i najpierw pokazać ją z jej, a potem jego strony? Dlaczego wciąż nie obracać się w jednym świecie, jednym wymiarze czasu, ale mówić różnymi ustami? Nie pierwszy raz przecież… i nie ostatni.

Tak, Tammara Webber postanowiła lekko pokręcić pierwszym tomem, czyli: „Tak blisko…”. Trudno się jej dziwić, w końcu jeśli pierwsza część się sprzedała tak dobrze, była na tyle zaskakująca, inna, może i drażliwa, ale jednak… to dlaczego nie pociągnąć tego dalej? I pociągnęła. Teraz to on mówi. On opowiada swoją historię. Z jednej strony odzierając ją z pewnego czaru, z drugiej oddając od siebie tak wiele… może aż nazbyt wiele? Bo widzicie, cenię sobie tajemniczość. Owo coś, co pozwala nam na pewne dopowiedzenia, na pewną manipulację.

Ale…

Właśnie, jest i ale… bo jeżeli nie czytaliście „Tak blisko…” wtedy niczego nie wiecie, wtedy ta powieść będzie dla was pierwszym spotkaniem z Lucasem, więc… chyba jednak warto!!! Bo przecież to jest niesamowita opowieść. Młodzieżowa, a jednak troszkę inna. Mniej przesłodzona, mniej głupkowata, mniej trywialna, choć i bardziej brutalna, a w niej ten bohater, taki odmienny. Jakoś tak bardzie zaskakujący, na pewno przemawiający do niewieścich serc!!!

… więc czy warto?

Cóż, same musicie zadecydować, bo nie ukrywajmy mimo wszystko, ta powieść jest bardziej dla nas!

IMG_1405 (2)

Wietrznie.

Cudownie wietrznie, a w powietzu wiszą maleńkie gradowe piłeczki. Takie drobinki, jakby się wiecie, komuś styropian rozpełz… i nagle, wszystko mija. Nagle wiatr cichnie, piłeczki miniaturowe się zmniejszają i nikną i zza chmur szalonych, jakby lekko przybrudzonych pyłem, wyłania się słońce… Jakby i zimna nie było i gradu i siapiących nosów. Pierwszych choinek pojawiających się pod sklepami i oczywiście światełek!!! Bo przecież Jul nadchodzi!!! A może juz nadszedł, coby tak po raz pierwszy przyjrzeć się lepiej temu okresowi wyczekiwania, na niego? Bo widzicie, to moja Wyspa, a tutaj wszystko być może, wszystko się zdarzyć, wszystko…

W świecie, w którym już nie ma wiatru, wciąż pod zadaszeniami tańczą elementy wypranej garderoby. Jakby za bardzo zapamiętały się w owych rękawów wymachach, w owych fałdek rozpraszaniu… Bo przecież normalność też tutaj istnieje. Może i dla was to wciąż mali ludzie w malutkich swych domkach, ale jednak… i skrzaty i gnomy, trolle, mewy wielojęzykowe, syreny, topielice, diabelnice, wszelkie świętości, bogowie śniący i kamienne chrapacze, widzicie, cała menażeria. Może… i morze. A jednak i pranie i zmywanie, pewno jakaś telewizja i szydełkowanie, malowanie, mycie, a nawet wydalanie. Gotowanie, szykowanie, spanie. Trudno jednak tylko i wyłącznie tak opisywać wyspowy świat. Jakoś tak dziwnie nie wypada!!! Jakoś tak dziwnie się na nią nie zgadzam. Jakoś tak… a jednak, przecież my to wciąż ludzie! My, to wciąż jakieś tam byty ludzkie w wymiarach. A może nie? Może z Wyspą pod skórą coś się w nas zmienia?

Zmienia na zawsze?

Może tak naprawdę ludzkość dawno już wymarła, a zamiast nas są jakieś ino pomiędzybyty. No wiecie, takie w typie ni przypiął ni przyłatał. Dziwna kombinacja, na poziomie gentycznym, co do której tak naprawdę nikt się nie chce przyznać. A może nikt sobie z tego nie zdaje sprawy? Albo zdaje, ale serio ma ważniejsze sprawy na głowie, bo życie wymaga myślenia… Dlaczego o tym piszę? Bo na niebie szaleją cuda niewytłumaczalne, więc jeśli one są takie, to dlaczego ja nie mogę taka być? To by uprościło tak wiele spraw.

IMG_2931

Mimo tego, iż zdaję sobie sprawę z istnienia Tubylców, a nawet Autochtonów tutaj, raczej ludzkich wymiarów, to wciąż nie do końca ich pojmuję. Bo widzicie… coś się w człowieku zmienia gdy pokocha Wyspę. Coś w nim trzaska, coś z niego wylatuje, coś się doczepia, coś doładowuje, a i coś nadzwyczajnie puchnie w miejsce tego, co się zmniejszyło nad podziw wydatnie. Coś staje się mniej ważne, ale i coś ulega wieczystemu, mało bolesnemu, zapomnieniu. Może to właśnie owo pierwotne, wpojone człowieczeństwo? Może i pewne normy ulegają rozluźnieniu? To, czego nas nauczono nagle staje się mało przydatne, a z czasem i śmieszne… więc zanika. Tylko, czy wraz z tym zanika strach, pewne obawy, pewne niepokoje?

Nie wiem. Tak naprawdę wciąż mam cały wór pytań, ale… jakoś nie dążę ku odpowiedziom, bo widzicie, one nie są ważne. Nadmierna wiedza to obciążenie i nowe lęki. Szukanie na ciele małych plamek, wmawianie sobie, że to coś więcej. Choroba, strach, a w końcu uwierzenie w coś, co nie istniało, coś, czego nie było, coś, co było tylko tym dziwnym, pokręconym słowem, siłą… aż się wypełniło? Czyż to nie pokręcone? Ale jak to wszystko inaczej wyjaśnić?

Wyspa sprawia, że istotne są podstawy. Dach nad głową, woda, powietrze, jedzenie. Coś na grzbiet… i wiecie co? To wystarczy. Bo tak naprawdę cała reszta to ułuda, może i dama Wyspa? Ale ja w nią wierzę, a moja wiara też się może ucieleśnić. A co. Jak wszyscy to wszyscy, też sobie mogę być jakąś Bogą!!! A co!!! Może i serio nie przepadam za Wyznawcami, ale kto tam by uwierzył we mnie… Bo widzicie, cały problem boskości, to żyć z własną wiarą. Z wiarą w siebie samego…

I z wiekuistym zdziwieniem, że są na świecie sprawy, a dokładniej rzeczy – przedmioty, za które inni daliby się pokroić, oddaliby swoją nerkę, wątrobę, płucko, a nawet i serce. Chociaż, czy oni mają jeszcze serca na wymianę? Podobno Czary Piąteczek mamy… hmmm, ciekawe. Biorąc pod uwagę, że u nas sezon dawno się zakończył, co mnie to obchodzi? Niech se i czarny będzie, zielony, pomarańczowy, czy nawet różowy w krowie cętki i krateczkę szkocką. Serio ludzie tak wam potrzebne te jabłuszka i telewizorki w formie kołyski? Ech… wiecie, chyba niedorosłam. Jestem całkiem niedorosła i to się nie zmieni. Jako ten pierwszy twór człeka spomiędzy, nigdy nie będę dorosła. Dobrze więc, że żyję na Wyspie, tutaj jeszcze da się z tym żyć…

Chyba?

IMG_2819

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Babinka Jakośtakoś… została wyłączona

Pan Tealight i Dziwy Zbereźnice…

„Ludzie nie patrzą.

Z jednej strony gapią się wciąż w te swoje ekraniki, liczydła, dziwne pudełeczka, szpiegują, wtrącają w srawy innych, oceniają, jakby ktoś dał im prawo do wszelakiego jasnowidztwa i bezbrzeżnie boskiej mądrości. Jakby… byli cholernymi demiurgami codzienności, w posiadaniu praw do każdej krytyki, do każdego głosu, bez poznawania, bez znajomości dzieła. A jednak… nie widzą. Mają do dyspozycji miliony selfie, a jednak, ślepną. I nie chodzi o wady wzroku, to raczej coś więcej. To raczej coś w środku, jaky dusza ślepła… człowieczeństwo się wypłycało. To, na co świat pracował tak długo, w ciągu kilku lat nadmiernie zaczęło obumierać.

A wczoraj Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nadziała się na stado wróżek… i nie ma w tym nic dziwnego. Nic nadzwyczajnego. Oczywiście, że jak to ona ma w zwyczaju, od razu zrobiła zdjęcie. Cóż, ludzie mają wszelakie zboczenia! A potem, też jak to zwykle bywało, oblepiła ją cudza historia, a raczej dziesiątki opowieści z maleńkich ciałek, skrzydełek i całkiem golutkich osobowości. Takich o pyłkach i miłostkach, o zdradach i błędach w sztuce, o zranieniach i wielkich katastrofach… ale nie tylko. Także o czymś, co w rzeczywistości było tak ważne, że postanowiło się nie odczepić od Ptaszydła. Przywarło do niej i nie wybrzmiało od razu. Jakby jedna z owych skrzydlatych istot na zawsze wrosła w jej skórę… i co?

Po takim początku wszystko winno było odbyć się jak po wynalezieniu cholernego kamienia filozoficznego, tudzież wyciągnięciu miecza ze skałki, pierścieniu pozostawionym przez przodków, lub innej tam mazi czarodziejskiej… ale nic z tego. Wciąż jesteśmy tutaj, na tym świecie. Owa istotka, co to wrosła w Wiedźmę Wronę stała się jej częścią i zwyczajnie, ukołysana szelestem stron, zasnęła… a opowieści, które zostały wtłoczone w wiedźmi obieg, były zwyczajne. Drobiazgowe, marudne i pierdołowate. Zwyczajne. Nawet jeżeli niektóre z nich odkrywały Amerykę, to co z tego? Dziwy Zbereźnice, na które wpadła jej wysokość wiedźmowatość, raczej nie zmieniły biegu czasu, nie zatargały kamienia owego gościa, co to zawsze go upuszczał, na górę… ale jednak zostały zauważone.

Czy Dziwy Zbereźnice, wróżki wyspowe, całkiem endemiczny byt i plemienny zmiennie w swych zachowaniach, tak naprawdę nawet jej nie zauważył. Znaczy oczywiście, że to się stało, ich opowieści wylazły i poszukały sobie nowego nosiciela, ale jednak… przecież nawet jej nie zauważyły. Wróżki bardzo szybko napełniają się nowymi historyjkami, jakby inaczej latały! Ale poza tym ten cały świat mało je obchodzi.

One wiedzą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2787

Z cyklu przeczytane: „Księżyc nad Rubieżą” – … czad i moc. Odpał i szaleństwo. Niby tylko moczary, wszelaka wilgotność i błoto, a jednak, no dobrze raczej MOŻE WŁAŚNIE dlatego, tak zasysa? Bo tę powieść chce się przeczytać od razu. Nie odrywać się, nigdy. Wleźć tam i zostać! Na zawsze. Stać się częścią tej historii, nawet jeżeli wciąż trzeba się będzie tłuc z robalami, z dziwnymi najeźdźcami, z owymi koszmarnymi potworami. Ale… cóż, nie będę sama. Bo będzie rodzina, czyż nie?

Ale od początku. Jakkolwiek pojmujac całą tajemniczość kryjącą się pod pseudonimem Ilona Andrews, świat przez nią stworzony, który mieliśmy okazję poznać w pierwszym tomie cyklu („Na krawędzi”) fascynuje prostotą. Oto mamy trzy części. Świat zwyczajnych, niemagicznych – Niepełnia, świat magicznych – Dziwoziemia oraz to, co pomiędzy zwane Rubieżą. Pozanliśmy je dzięki Rose, bohaterce pierwszego tomu. Teraz czas na kogoś innego. Na panicza Billa. Znanego, ale jednak dopiero teraz w pełni ukazującego swoją przeszłość. Brutalną, zdradziecką. To na jego barkach spoczywa wielka odpowiedzialność – zabicie Pająka. Losy połączą go oczywiście z młodą dziewczyną, a raczej kobietą, nietuzinkową, wybranką…

Oj pewno, że jest wątek miłosny, no sorry. Ale bez obaw. Ta część to nie dziecięce bajanki o ukochanym. To opowieść o odpowiedzialności. O walce o rodzinę, niespotykaną, fascynującą i piękną… o spokój. Walkę w sercu najdzikszych przestworzy, gdzie każdy potwór ma swój dom. Ale uważajcie, bo nie ważne gdzie stąpacie, tam pojawią się członkowie rodu Cerise. Może i mają magię pod swoimi skrzydłami, ale walczą z takimi jak oni. Co więc wygra? Czy dziwny paniczyk Bill pomoże? A może jednak jego tajemnice nie pozwolą mu kochać…

Piękna, wciągająca historia. Tutaj każdy element jest dopracowany, ale jednak nie przytłacza. Każda postać to coś, zawsze ma swoją historię. Zakochacie się albo w ekscentrycznej babci, albo w młodym, zadziornym adwokacie. Poczujecie tęsknotę za rodziną, albo… za wolnością przygód. Oto jest połączenie sensacji i thrillera zabarwionego komedią oczywiście. Bo przecież gdy dwoje się czubi…

… no sami wiecie!!!

IMG_1950 (2)

Słoneczny dzień sprawia, że wszystko się wynurza. Ludzie z domów i ciepłych pieleszy, zwierzęta latające bardziej lub mniej, nagle wyskakują na gałęzie i trelują jak najęte. Bażanty szaleją. Liście, owe ostatnie, w końcu decydują się, żeby spaść na ziemię i dołączyć do soczystej wieczności rodzącej się ponownie ziemi.

Asz sie poetycko Wam powiem robi!!! Na niebie błękit szalony ponownie, w który się nie chce uwierzyć, a kolorowość nagle najbliższa jest właśnie ziemi. Glebie. Jakby to coś, co kiedyś było wyłącznie dostępne dla górnych warstw teraz żyje dla dołów. Jakby przypominając nam, że co wisi to spadnie, a obieany kop na pewno w końcu wyląduje na naszych półdupkach. W górze gołe gałązki w przeróżnych odcieniach i pięknych kształtach, nader pokrętnych, w owych błękitach bezchmurkowych się plawią… a dół pożera barwność, na którą wcześniej mógł tylko spoglądać. By potem znowu wydać kolory i oddać je górze. Uroburos. Wąż pożerający własny ogon… cóż, widać sam dla siebie był najsmaczniejszy i co w tym złego?

Kochanie siebie jest ważne.

Wyspa się kocha.

Właśnie taką szalenie zmienną, ale i dziwnie sprawiedliwą. Rozdzielającą wszystko po równo. Temu da fajny listek, temu gałązkę w kształcie snu, tamtemu kamyczek… a temu łeb urwała i poleciała, by przynieść mu inny, taki wymarzony. Bo tutaj wszystko jest możliwe. Ale gdy słońce wychodzi po kilku dniach szarości, wtedy wszystko co mogę robić, to tylko na nią patrzeć. Bo chociażby nie wiem jak się przekonywałam, to jednak bez światła… ona jest dla nas. Ale gdy słońce wychodzi, gdy światło błąka się po półcieniach wynajdując dla siebie nowe wyzwania, wtedy jesteśmy my dla niej. Oszałamia nas, zaskakuje, po prostu sprawia, że łza się w oku kręci i nagle wszystko staje się jasne. Proste i logiczne. I ten ostatni listek i mokra ściółka, mech z drobinkami rosy, deszcz, który wygrywał dziwne nuty na szybach i dachu…

To rodzi strach. Posiadanie wszystkiego na wyciągnięcie ręki. Nadzieja przeradzająca się w codzienność i te kopniaki, które przecież wcale nie bolą… po prostu być muszą, bo inaczej jak możnaby żyć?

IMG_1891

Jedni wolą kolory, inni kształty. Co jak co, ale tutaj i tego i tego mamy pod dostatkiem. Może się nawet wydawać, że wiatry u nas mają specyficzne poczucie humoru i na, serio na aż nazbyt może wiele, sobie pozwalają? Kto je tam wie? Wiatrom się człowiek poddaje, zarazem owym zewnętrznym, jak i wewnętrznym. No wiecie sami, tego człowiekom nie trzeba tłumaczyć… ekhm!!!

Tylko że… tutaj człowiek się zespaja z Wyspą. Właściwie nie ma czegoś takiego jak jakakolwiek rozłączność. Na dodatek Wyspa uwielbia mieć wszystko skatalogowane, nawet swoich Tubylców, więc… przejeżdżając na drugi jej skrawek czujemy, chociaż to wciąż przecież ona, że zawędrowaliśmy w inny świat. Jakby każdy tutaj miał przypisany do siebie skrawek. Nie znaczy to, że nie można go opuścić, nic z tych rzeczy, ale jednak gdzieś indziej coś jest nie tak. Czegoś brakuje, chce się jak najszybciej wracać… do domu. Do swoich drzew, swoich kamieni. Do widoku wybrzeża. Znaczy to akurat ja, bo inni wolą swoje bajorka, swoje rzeki, albo swoją własną pustkę lasu, który ich bezpiecznie otacza i broni przed wiatrami. Bo przecież tutaj jest coś dla każdego! I dół i góra, skały i pagórki większe i mniejsze, a i pustynie niby, plaże złocisto-białe i lasy i krzaki i chaszcze. I oczywiście wszelkie przejawy wilgotności, wciąż mam jeszcze mokradła i moczydła do zwiedzania!!! I wodospady i dolnospłuki, no i źródła oczywiście są też, a i dziwne miejsca, w których magia się zawija, robi pętelkę, wali się mieczem, no i wiecie, wszystko już się samo kończy.

Kończy i zaczyna. Bo jakoś tak wszystko tutaj leci w kółeczko. Jakby wiedziało dokąd zmierza i co ma zamiar robić po drodze, no i oczywiście jak się to skończy. Może dzięki temu się nie boi? Nie drży wciąż, że coś się spieprzy, że pójdzie nie tak, albo gdzieś w dziwnym momencie nagle opadną majtki, zrolują się skarpety poumieszczane w newralgicznych miejscach… no i będzie po wszystkim?

Czy Wyspa zalicza wpadki? Aż dziwnie o tym myśleć… ale czy zalicza? Zaliczyła? A może po prpstu jest w trakcie? Ekhm…

IMG_2785

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziwy Zbereźnice… została wyłączona