Pan Tealight i Choinkowe Zmagania…

„Od czasu gdy Koniec Świata się obraził na ludzkość, bo ani razu nikt nie zwrócił uwagi na jego przyjście, nie zawiesił baloników, przyjęcia nie wydał, prezentów nie popakował i w ogóle… to ów świateczny okres zdawał się być mniej radosny dla ludzi. Widać jak się nie boją, to i cieszyć się nie potrafią, no ale… tutaj jak zwykle było inaczej. Bo Koniec Świata odkąd zamieszkał w Białym Domostwie serio nieźle się zaokrąglił, a z pochmurnego i nieowłosionego osobnika, wylągł się nagle włochaty śmiechacz.

Jak w Alienie.

Tylko że słodszy, mniej parzący, nie taki jadowity, no i wiadomo, raczej odziany! Ekhm. No mniejsza. Przecież nikt mu nie wypomina trzymania straży przy Białej Spiżarni Cudów Pełnej. A jak już się zmienił, to jakoś tak wyszło, że i radosny być zaczął. I świątecznie usatysfakcjonowany. I dziwnie rozkosznie rozpustny. I to właśnie on od kilku lat witał Choinkowe Damy na Wyspie.

Prom Mgliste Wdzięki przypływał nie tyle pod osłoną nocy, co raczej szarością, wielce szanownego i szanowanego w swej rozciagliwości, Frokostu. Wiadomo było, iż co jak co, ale owa święta wyspowa pora dożywiania nie zostanie przerwana, ani ukrócona, więc mieli czas. Czas na wpłynięcie, na rozładunek, na podstawienie dziwaczny powozów, na przemienienie jeży w kare, ale kłujące rumaki, oraz szczątek turystycznej garderoby, wciąż jątrzącej gorzkie łzy porzuconych, w dziarskich jeźdźców. No i oczywiście poustawiać się w głównych miejscach.

I ubrać…

I tutaj za każdym razem wybuchał bunt i łez gorących, wielce żywicznych lanie… bo widzicie, w jakiś sposób, dziwny o pokręcony, zrzucona na ten świat klątwa z niezbyt odległej przeszłości, zezwalała wyłącznie na białe, kremowe, tudzież lekko sikowate, pożółcone lampeczki… Co roku wszystkie zielone, wysokie, dołem w steatopydiach rozłożyste nader damskie sadzonki cięte, burczały, miauczały, stękały i raziły Koniec Świata swoimi igiełkami. A jednak, mimo bólu, mimo potem wszelakiej przyczepności do niechcianych ludzi i przedmiotów, jakoś tak bardzo nie miał nic przeciwko. Z wyraźnie, może i nawet masochistyczną, pokrętną manierą nie unikał dotyku gałązek, gałęzi i kory. Wczepiał się w ich rozpełzającą się obecność, w ową świąteczną opieszałość, lekkie zwolnienie, czas oczekiwania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2428 (3)

Z cyklu przeczytane: „Nie uśmiechaj się, bo się zakocham” – … kolejny tom. Bo jakoś młodszej widowni przypadła do gustu historia „Klubu Odrzuconych”. Grupki przyjaciół w tym okresie, kiedy hormony walczą o każde wolne miejsce w organiźmie. Oj pewno, opowieść o miłości. O młodości i współczesnej codzienności, ale co więcej i co ważniejsze, to historia taka, którą warto polecić i córce i mamie. Pierwszej, by jej udowodnić, że ktoś ją rozumie, a drugiej… by przypomnieć przeszłość i ułatwić kontakt z potomkami.

Jednak…

… no właśnie, wiecie zawsze jest ALE. Ta pozycja, to coś, co zrozumieją niektóe nastolatki, te będące akurat w tych momentach życia, co bohaterowie, a innych wprawią w nerwowe rzucanie tomami, niewydolność płuc z ciągłych napadów śmiechu i dziwaczną czkawkę spowodowaną zwykłą naiwnością, prostotą i głupotą bohaterów. Bo tak bardzo łatwo zapomnieć właśnie tamten okres życia, gdy to wszystko, ta miłość i on byli najważniejsi. No wiecie, jak oblany egzamin, kartkówka z lufą!

Pamiętacie?

Taka jest ta opowieść. Dobra dla pewnego okresu czasu, dla określonej porcji hormonów. Dla mnie starej denerwująca i nudna. Dla mnie zwyczajnie pusta i zawstydzająca… gdyby ktoś mnie z nią złapał w dłoni, oj spłoniłabym się niczym pensjonarka!

IMG_1412

Zimno. Względna mroźność w końcu przybyła. Wyczekiwana, choć może niechciana. Oczekiwana, a jednak pełna powątpiewania…

Dlaczego względna?

Bo widzicie, u nas ogólnie, no sporadycznie temperatury spadają poniżej zera w okresie tak zwanej zimy. Zwykle serio balansują sobie na zerze i dobrze im z tym. Dlatego tak fajnie wypełznąć na zewnątrz i po prostu pomrozić sobie płucka. Wychodzi człek i dziwnie rażąca zimność wkrada się mu do wnętrza. Najpierw pieści nos, potem wnętrze ust, aż w końcu drażni gardło, mami płuca dziwną swą niewinnością… jakby tak naprawdę wszystko było możliwe, jakby zimno miało jakąś magiczną moc. Odbierało ból, mamiło wspomnienia, bawiło się przyszłością. Jakby w owym ostrym, dziwnie krystalicznym powietrzu o bardzo ostrych, raniących krawędziach, kryła się nieznana magia. Magia, której tak wielu unika, zwyczajnie nie tolerując chłodu i grzejąc się przy kaloryferkach, palnikach, tudzież liczbie zer na kontach…

Zimno.

Piękne jest to zimno. Takie świetliste. Czyste i nie bojące się krytyki. Potrzebne, ale zarazem i wszędobylsko odpychane. A jednak się chyba zimnu, sugerownym w przypadku pewnych drinków wyłącznie i lodów tudzież sorbetów, jakoś nie jest przykro ni głupio. Bo widzicie, zimno kocha to, co robi. Nie przejmuje się krytyką i złorzeczeniem. Olewa to soplem! Oszrania i mrozi na kamień!

Bo może!!!

Wyspa przyjmuje zimno z lekkim zaskoczeniem. Co do Tubylców, to robią to, w czym są najlepsi, czyli jęczą!!! No sorry, ale tutaj poniżej 20 stopni zapodaje się ogrzewanie w domu. A kominek ma to do siebie, że sporadycznie miewa w lecie wolny tydzień i to tylko i wyłącznie dlatego, że państwo wybyli na Majorkę!!! Takie toto ludzie ciepłolubne widać, albo pocić się lubią, czy coś? Bo przecież też pływają! Nie jęcząc aż tak na lodowate fale i inne cudowności, więc o co chodzi z tym zimnem? Zresztą zimnem tymczasowym całkiem, miejscowym, szybko znikającycm, całkiem przecież nienurtującym…

Kocham zimno!!!

IMG_1959 (2)

Nic na to nie poradzą, zwyczajnie kocham zimno.

Wyspa wzbogaciła się co prawda o choinki na każdym skwerku, ale jednak nie o śnieg i sople. No niestety zimno może i jest przejmujące, ale przez wiatr nie zgadza się z opadami. Nie tracę jednak nadziei. Bo przecież Wyspa spełnia życzenia! Spełnia marzenia i wszelkie, rozmaite, goszczące we łbie bujdy… i świetnie się czuje, gdy każdy róg zostaje przystrojony girlandą i światełkami. No dobra, może i światełka są białe prawie i wyłącznie, i jakoś tak dyskryminuje się kolory, ale jednak… I chociaż w ciągu całego roku tutaj spala się miliardy świeczej, to jednak w owe ciemności zalegające na zielonych wciąż polach i trawnikach, te płomyki wyglądają bardziej odświętnie. Inaczej jakoś. Bardziej magicznie. Jak to nagle coś codziennego nabiera innej mocy… zależnie od pory roku, dnia i nocy, oraz wewnętrznego uwarunkowania patrzącego.

Co jak co, ale jesteśmy w sezonie. Może i niektórzy czekali to pierwszego dnia adwentu, ale nie wszyscy. Domki się rozświetlają, a statki na wodzie przypominają dostojnie się nazbyt bujające choineczki. Co jak co, ale wszyscy chcą się stroić. Ale niektórzy to serio, bez przesady. U nas w Gudhjem ponownie zabawa z kalendarzem, czyli picie, śpiewanie, okna strojenie i inne rozkosze. W końcu i tak jest nas garstka. Nawet ci, co postanowili spędzić swoje święta w sommerhusach, jednak nie zamierzają wyłazić w tę wietrzną chłodnicę. Jeszcze by odlecieli, no i co wtedy?

A przecież świętowanie tutaj jest czymś specjalnym, czymś niesamowitym, z jednej strony pełnym, z drugiej całkiem innym… bo tutaj nie ma hałasów i nerwów. W sklepach ludzie wciąż się do siebie uśmiechają, jakby ich czymś faszerowali, a nie pędzą nie wiadomo gdzie. Jakoś tak dziwacznie jest. Nikt się nie faszeruje, a i nikt nie spina. Zwyczajnie każdy może i sobie skrobie własną rzepkę, ale co w tym złego? Większość zwyczajowych ludzi, mimo ich dziwnego, ekologicznego zaangażowania, nie wyobraża sobie świętowania w takich pustkodziczy, bez sklepów, natrętnych reklam, z dującymi wichrami za oknem i pozwoleniem całkiem jawnym, na całodzienne baraszkowanie w łóżku.

Bo widzicie, Wyspa pięknie grzeszną jest! I to w sobie kocha! A co kocha, wiadomo, rozwija z przepiękną nonszalancją!

IMG_1455 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.