Pan Tealight i Lustereczko…

„Lustereczko powiedz przecie… któż jest najpiękniejszy w świecie?

Oj tak.

Tyle się nasłuchały tych zaklęć, wyliczanek, tych wierszyków z kiepskimi rymami i próśb oględnie rymowanych. Teraz nawet nie odbijało im się… nic. Kompletnie. Całkiem matowe, ale z dokładnie wypolerowanymi ramkami, przez pluszowe, szare króliczki, których pozbyto się z domu na rzecz tych tęczowych… założyły sobie niezłą komunę w podziemiach Białego Domostwa. Ale akurat Lustro Królowej Pośniegu, które zgodziło się odsłonić swoją przeszłość, pozostało ukryte za piecem. Podobno miało jakąś umowę z Wiedźmami z Pieca, ale nikt się nie wtrącał w takie sprawy w tym miejscu. Wiadomo tylko, że Ojeblik – mała, ucięta główka, brała też w niej udział. Dzięki czemu ostatnio jej włosy, zwykle niesubordynowane, splątane byly w normowane i odznaczone kłosy i warkocze. A w nich pyszniły się, dziwnie wciąż żywotne, świeże fiołki, dorodne śnieżynki, krokusy i przebiśniegi.

A wszystko za sprawą Lustra.

Wielkie było, a jednak niewidoczne dziwnie. Gdy pragnęło być dostrzeżone, nie można było przejść obok niego bez pokłonu, ale zwykle, chociaż fizyka udowodniłaby, że wisiało, to nikt go nie widział… Owalne takie, wysokie, ze srebrzystym lusterkiem i oprawą drewnianą, a może z kości jakiegoś zwierza, która składała się z liściastych gałązek, poprzetykanych śnieżynkami. Były w niej i wiosenne kwiatki i dziwne, mało roześmiane, wyraziste, długouche twarze… które, przysiąc byś mógł, mrugały wielkimi, wodnisto-niebieskimi oczami…

Raz, tylko raz jedyny, Lustro zdecydowało się porozmawiać z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki. I ona i ono bardzo tego nie chcieli, ona poprzez strach, który lustra w niej zawsze budziły, a ono… cóż, tego nie powiedziało. Choć opowiedział tak wiele. O życiu, w którym zmuszano go do odbijania i korzystania z mocy, która wiedziała i mogła wszystko. Siedzieli do siebie bokiem, ono nie odbijało niej, a ona nie patrzyła mu prosto w zwierciadło… słuchała tylko o rozbitych rodzinach i klątwach, w które zamieszane były szklane okruchy ze srebrną duszą… o owych wszelkich odłamkach, które wciąż obciążone mocą tkwią w ziemi, na każdym kroku, na każdej z dróg, czekając, gotowe na to, by wbić się komuś prosto w duszę… Tak bardzo urażone, tak przesiąknięte marzeniami i pragnieniami innych, nigdy naprawdę nie wysłuchane. Tęskniące, lekko, może miejscami tylko, wierzące, że świat mógłby być dla nich inny, a nie tylko one zawsze dla świata, przerażone tym, że ktoś mógłby się od nich odwrócić, zapomnieć o nich, nagle przestać… a potem rozbić?

Wiedźma Wrona słuchała i płakała. A z jej łez, dziwnie ciężkich i gęstych wypadały szkiełka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1560

Z cyklu przeczytane: „Trup Gideona” – … rozkręca się!!! Bo pierwszy tom tej trylogii mnie nie porwał. Jakoś ak raczej przygnębił i trochę znudził, ale drugi, cóż, jest już lepiej!!! Nasz bohater wraca do swojej przeszłości. Do czasów pracy w dość niepewnym biznesie. Wiecie, wybuchowym!!!

A wszystko przez znajomego z pracy, za bardzo radioaktywnego!!!

Gideon nie przejmując się wiszącym nad nim wyrokiem śmierci, wybiera kolejną misję dla dziwnego zleceniodawcy (którego możecie znać, jeśli czytaliście inne książki tego autorskiego duetu). Tym razem ma wyjaśnić, ponownie w ostrych granicach czasu, kto i gdzie podłożył ładunek wybuchowy. Tylko… czy naprawdę chodzi o bombę? I dlaczego pokojowo nastawieni ludzie mieliby robić takie dziwne rzeczy? I czy miłość… wciąż może stanąć na jego drodze? A wszystko ponownie w pustynnych granicach, pomiędzy laboratoriami i… tym razem też przeciwko wszystkim!!!

Tak, Gideon Crew jest sam!!!

Porywająca, szokująca, gdy uświadomisz sobie, że ludzie mogą być aż tak porąbani, że ich wiara może sprawić, że twoje cierpienie wzniesie ich ku wyższym stipniom wtajemniczenia. Dobrze zbudowana, trzymająca w napięciu, przez cały czas zwyczajnie jazda szaleńscza i bez trzymanki! A potem… i tak zostaje cała masa pytań!!! Bo przecież… wciąż ktoś ma marzenie, a gdy istnieje firma uznająca prawie każde marzenie za wykonalne, to dlaczego nie zająć się znowu pewnym, nadzwyczaj znajomym, kosmicznym nasionkiem?

Mieszanina sensacji i powieści przygodowej. Trochę nadmiernej mocy, sprawiającej, iż mimo ran wszelakich nasz bohater wciąż żyje, ale co tam… w końcu o to chodzi, czyż nie?!!! A może…

IMG_4930

Ubrania?

Widzicie, na Wyspie mamy i twórców ciuszków i tych, którzy malują materiały. Tkających mamy i dziergających na pęczki. W srpawie mitenek to serio w każde drzwi można puknąć i się jakieś znajdą. Jednakowoż… Widzicie, mamy specyficznych wielbicieli trepów… no właśnie, co jest z tymi trepami? Wiecie te takie drewniaki! Całe z drewienka i ze skórzaną górą? Chodzicie w czymś takim? Bo ja nie mogę. No zwyczajnie nogi mi nie chodzą, znaczy stópki bolą i błagają o ucieczkę od tej tortury. Serio zrobią wszystko, byle tylko je zrzucić i zapieprzać na bosaka!!! A jednak tutaj trepy takowe stoją przed każdymi drzwiami. No i siedzą na co drugiej parze stóp!!! Wydaje się, iż to ukochane obuwie wszelkich żeglarzy i rybaków, no i tych, co po prostu lubią się bujać na falach. A ja? A ja tego wciąż nie rozumiem. Mnie drewniaki po prostu bolą… ale miało być ogólnie o knfekcji męskiej, żeńskiej i nijakiej. A raczej… widzicie u nas to każdy nosi to, co wszyscy. Czyli odzież wszelako roboczą. Kombinezonik, dresik, do tego kolorki szaleńcze, wyraziste i widoczne… bo odblaski są ważne!!!

Pamiętajcie o nich!!!

Kombinezonik.

Widzicie… odzież robocza tutaj używana jest przez każdego. Zdaje się, iż Tubylec Zwyczajowy, czyli Homo Wyspensus, posiada w swojej szafie co najmniej dwa komplety łatwych do nabycia wierzchnich otoczek. Szarych takich, idealnych na poranne wyjście po chlebek, ale i dobrych do odmalowania tylnych pieleszy domowych, albo czyszczenia rynien. Jaskrawożółte, tudzież właściwie słoneczne takie, jak te smrodki turki rabatkowe, specyficzne są szczególnie dla osobników strikte namorskich. Wiecie, widzieć ważna rzecz… Gdy taki osobnik nagle, wciąż się kołysząc oczywiście, by rytmu nie złamać w sobie, wyjdzie nagle na twór bardziej stały… czyli ziemię, widać go naprawdę. Jest jak małe, lekko podenerwowane słonko, kóre nagle odbija się od szosy. Wkracza w świat tych naziemnych i dziwuje się ich postępowaniom, niczym serio jakiś krasnal z innego świata. A przecież ci co na wodzie, podobno też z ziemi pochodzą? A może jednak my wszyscy z wody? To jak to w końcu jest? Znaczy wiem, że my z wody, ale trudno czasem uwierzyć, iż wyglądający jak kapitan Ahab mężczyzna o czarownej, posiwiałej brodzie i loczkach półdługich, mógłby mieszkać na Wyspie, a nie na jej wodach… nawet w tym odblaskowym, wodoodpornym częściowo ubranku…

No i są jeszcze te stroje maskujące. Wiecie, do wszystkiego, dla każdego, w każdym rozmiarze. Do robót codziennych, do tych ogrodowych i tych wszelako wewnętrznych. Dobre do przeprowadzek, do sprzątań wiosennych, do posiedzenia w krzaczkach, gdy serio przypili kogoś na rowerze. Albo do wypadu na miasto. Bo widzicie… wszystkie te, podobno jakże pracownicze wdzianka łączy to… że kurna szalenie są czyste i odprasowane!!! Jak to możliwe? Czyżby Tubylcy unikali wszelkich form gniecenia? Siebie samych i odzienia? I co z tą czystością? Każdy wygląda, jakby się na wybieg wybierał! Czy na Wyspie, ogólnie ujmując rzeczy sprawę, ludzie się nie brudzą? Nie pocą, nie świnią, nie błocą?
Słonko grzeje, wietrzysko wieje. Ludziska szaleją za tą całą zorzą, a ja przyznam, że mi ni zorza, ni zaćmienie po łbie nie chodzą. Znaczy nie, cobym łeb miała taki wielki, coby własnych satelit potrzebował, tudzież stawał się słonkiem dla innego układu łbów. Zwyczajnie… jakoś nadmierne myślenie mnie ogarnia. Legendy zaprzeszłe mi się przypominają, mówiące o siłach i przepowiedniach związanych z takim, a nie innym kolorem nieboskłonu. Dziwne przesądy, a może tylko przeczucia? Podobnie rzecz się ma z zaćmieniem. Kto to widział, by wiosenne początki powiązane były z tyloma kosmicznymi widziadłami? No i… wiecie, kiedy ostatnio kazali mi oglądać zaćmienie, przeżyłam mały koszmar… to dziwaczne uczucie, lodowca nnagle suwającego cię dziwnymi kajdanami, odbierającego umiejętność śnienia, marzenia i nadziejowania się, było okropne. Nie chcę tego przeżywać znowu, więc mnie z zaćmieniem proszę nie wiązać. Inaczej dupsko wystawię i będzie… nie zaćmienie, ale światłość prawdziwa. Bo gołe oczywiście będzie!!! Wiecie, psychicznym wolno wszystko!!!

Ha ha ha!!!

A zresztą.

IMG_2496 (2)

Ostatnio jak kazano mi oglądać zaćmienie, mówiono, że to ino raz w życiu… a od tego czasu kilka zaćmień minęło, więc… o co chodzi w tym świecie? Czyżby teraz to, co raz w życiu, przyznawane było o wiele częściej?

Ludzie, nawet tutaj, zapakowali się w śpiwory i inne woreczki grzewcze i siedząc na wszelakiej, wyspowej północy, próbują coś zobaczyć. Myślałby człowiek, że kurcze jak na północy mieszka, to ta zorza będzie widoczna, a jest ino… bardziej odczuwalna. Nocą zdaje się, że moc snów zdaje się szaleć i przesadzać. Hmm, może i jest w tym coś świetlistego? Ale jeśli chodzi o niebiosa, to ino gwiazdy, w oddali sporadycznie przemykający między drziami samochód… no i światła z gaardów. Jeśli w ogóle w nich ktoś jest. Znaczy wiecie, niekoniecznie ludzie, w końcu skrzaty jeszce nie wróciły w dzicz. Wciąż jeszcze mieszkają w domostwach, gdzie cieplej i zjeść coś można. I popodglądać ludzi. Wiecie, ludzie to zawsze są zabawne. Serio!!! Zawsze!!! Nawet jeżeli spędzają noc wpatrując się nie w tą stronę nieba, co trzeba.

Ale wracajmy do kombinezonów.

A dokładniej do tak zanej wstydliwości. Widzicie, jeszcze kilka lat temu każdy zwyczajnie przebierał się na plaży, obecnie… tylko starsi, mniej telewizję oglądający. Okazuje się, że uznawani przez reszę świata za najbardziej szczęśliwych i wyluzowanych Duńczycy, w rzeczywistości są coraz bardziej zawstydzeni. Podobno to wina telewizji, ale… kto kazał im ją oglądać? I prasę dziwacznę czytać? Kurcze!!! Widzicie, teraz wszędzie plastik. Może i serio już niedługo będziemy, nawet na Wyspie, osobnikami jak z filmu „Surogaci”? Willis jest w nim świetny!!! A tak przy okazji – najlepszego urodzinowego Panie Die Hard!!! Milion lat!!!

IMG_6524

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lustereczko… została wyłączona

Pan Tealight i Alonso Wciórności Portekmajster…

„Właściwie poranek jak zwykle zdążył się zmienić w popołudnie, nim Pan Tealight zdecydował się wstać. Ostatnio serio nie miał romansu do dni. Jakoś wolał noce i spanie i nocne podjadanie… może to ta zorza, a może przemęczenie wiosenne, czy coś? Ale jednak dzisiejszy popołudniowy poranek wybudził go od razu. Od czubka szarej głowy, po krępujące nieobecności paluchów… A co się działo? No wiem, niecierpliwość czasów Wielkiego Brata, co?

Już bieżę z odpowiedzią.

Ścieżynką biegnącą dotąd spokojnie, niezbyt prosto, z wybojami i pod wronami, pomiędzy Wiekuistym Polem Zieleni i Seniorem Windmillem biegła nader szybko, osiągając prędkość wyraziście łorpową z niecierpliwym i dziwnie radosnym rozbryzgiem atomowym, Wiedźma Wrona Pożarta. Nie była zwyczajna takim ruchom swoich krótkich nóżek, więc Pan Tealight popatrywał na nią z widocznym zainteresowaniem, a Senior Windmill aż podkasał ekshibicjonistycznie skrzydełka ze zdziwienia. Wiecie chodząca Wiedźma Ptaszydło to norma, ale biegnąca… Za nią zaś prawie leciała, choć raczej dotykała ziemi dziwna, na pozór ludzka konstrukcja. Dwunóżna, dziwacznie chuda, odziana w jakiś surducik, który mocno się opinał, sprawiając pewno, że opływowość sylwetki była zachowana mimo sporego, krągłego jak piłeczka, brzuszka biegacza… kolorowa była, ale i blada na twarzy, chociaż, czyżby to były wąsiki? Męska znaczy? A może tylko pobrudził się czekoladą?

I czego chciał od Wiedźmy?

Ojeblik – mała, ucięta główka – bardzo ostatnio zazdrosna o cielesność wspomnainej potoczyła się za biegaczami, najpierw obijając się boleśnie o framugę, stopnie, płotek, mostek… Szybka była, dopadła i zaczęł obgryzać… chyba pięty mężczyzny z brzuszkiem. A może takie miał ciżmy na szpileczkach?

Usz dziwak!!!

Pan Tealight machnął dłonią i szybciutko, z lekkim świstem i mgiełką oparów wodnych, na parapecie pojawił się kubek z herbatą, a w dłoni szarego pana, wielka lupa. Tak, teraz widział dobrze. Lepiej nawet… widział dokładnie, że mężczyzna, podgryzany przez Ojeblika, skuteczie i wypluwany, czymś machał i wrzeszczał. Oj tak, pluł dookoła pożółkłą śliną i… czymż jeszcze… Czyżby to były one? Czyżby tak naprawdę ten pokurcz znalazł jedyną prawdziwą rzecz, której bała się Wiedźma Ptaszydło?

BAZIE?!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6894

Z cyklu przeczytane: „Time Out” – … powalające! Zakończenie jednej z tych trylogii, których nie da się po prostu zapomnieć. Odłożyć na półkę. Spoglądasz na komórkę i zaczynasz odczuwać dziwny strach. Od razu wyciągasz baterię i kartę… zamykasz się i spoglądasz w górę. Na ciemne, nocne niebo poprzetykane gwiazdami…

Czy oni patrzą?

Koherencja wpadła na kolejny pomysł. Wykorzystując miłość ludzi do gadżetów, nagle zmienia się w coś upragnionego, ukochanego. Ale jakie są tego konsekfencje? Co tak naprawdę dzieje się z ludźmi?

Czy wciąż są odpowiedzialni za swoje czyny?

Jedni spoglądają na trylogię Eschbacha jak na fikcję z przyszłości, inni… może bardziej świadomi, raczej na coś, co już się dzieje. Na sprzedaż człowieczeństwa, dostępowanie od prawa do posiadania własnego zdania. Na handel nie tylko uczuciami, ale przede wszystkim… własną wolnością! Tylko, czy gdybym powiedziała nie kupuj okularów Googla, lub nowego jabłkowego zegarka… posłuchalibyście mnie? Nie sądzę!!! Dlatego Eschbach jest tak przerażający. Dlatego tak barzo szokuje… ale tylko tych, którzy widzą w natarczywości reklam przesadę. Którzy potrafią powiedzieć – mam własne zdanie i nie jest one zgodne z tym, co głosi pudełko z obrazkami!!! Jestem sobą, a nie produktem noszącym produkty!!!

… a ty?

IMG_5556

Niektórzy się śmieją, że Bornholm, to wyspa z klimatyzacją. I rzeczywiście jest w tym jakaś racja. Poza ostatnim latem, które rozpuściło nas dokładnie i sklarowało… zwykle trzeba mieć jakąś bluzę na ramionkach. Może i na plaży jest się racuchem i sadzonym jajem mocno ściętym, ale jednak wystarczy wleźć w cień i już człowiek chłodnieje. Wiecie co? Kocham to w mojej Wyspie!!! Co jak co, ale nie jestem jedną z wielbiących smażenie się osób. Nie rozumiem opalania się i takich tam… nieruchomych leżeń. Może i jest w tym coś, ale ja tego nie widzę, sorry miśki!!! Mi zwyczajnie jest za ciepło. Ale jeśli chodzi o ciepełko, to wolę pływanie i robienie z siebie wariata w wodzie!!! Bo czemu nie? W końcu większość z tych ludzi, a raczej wszyscy, to turyści, więc co… najwyżej pojawię się w dziwnym filmiku na youtube! Who cares?!! A reszta zachowuje się jak ja. Na przykład moje ulubione tzw. starsze panie, które niezależnie od pogody siadają na kamiennych umocnieniach portu, ściągają niewymowne i plusk… bo czemu nie? Przyznaję, że podejrzewam, iż to właśnie owym zimnym kąpielom zawdzięczają swoją żywotność i urodę. Bo widzicie… u nas panie się nie starzeją. Panowie tak, ale nie panie. Wyspa w końcu hest dla nas!!! To baba!!!

Słoneczko przygrzewa, więc w ogródkach pojawiają się mniej zakutani Tubylcy. Spragnieni i ciepełka i ziemi. Jakoś tak u nas powiem wam, wszystko rośnie, że aż szkoda sobie nie pogrzebać w glebie. Zresztą, podobno takie grzebanie odpręża… teraz już wiem, czemu jestem archeologiem! Przez rozprężenie!!! Ale zdaje się, że wiosna będzie krótka, czy też bardziej sprężona, nici z leniwości. Jakoś tak owe jej pierwsze zwiastuny pochowały się do ziemi, a i te następne zwlekają, pewno wybuchną raz a dobrze i tyle je widzieli. Dlatego latam po drzewach i pyłki pierwsze zbieram jak zwykle starając się uniknąć baziowych kotków. Moje to w końcu przekleństwo. Zło najwyższej mocy… lepią się wstręciuchy do owych gałązeczek brązowawych i żółtawych, do owych lekko zielonkawych… Człowiek nawet nie myślał, że tyle ich rodzajów. Ale wszystkie są złem. Włochatym i milusim w dotyku! Dlatego łatwo wiecie, je rozpoznać. W końcu zło zwykle jest małe, kuliste, puchate i dziwnie wtrącające się w czyjeś poczucie własnej wartości, tudzież i sympatyczności. Tak… bazie w natarciu, ale co dziwota, święta idą. U jednych już jaja w natarciu, u innych szyneczki się peklują, a jeszcze inni olewają to wszystko i jadą na jakieś całkiem eggs free wakacje w inych krajach…

Czy Wyspa kocha Paske? Hmm… nie wiem!!!

IMG_1556

Z racji rozpoczęcia przedsezonu, w powietrzu czuć rozprężenie. Jakby wszyscy sobie odpuszczali w końcu coś. Nadmierne bycie ludziami, nadmierne banie się o wszystko… w końcu u nas to nie pory roku mają największy wpływ na mieszkańców, a właśnie owe sezony. A może chodzi o ludzi? Wiecie, tych mniej więcej znajomych, którzy zaglądają na Wyspę traktując ją jak bardziej rozrywkowo spokojnościowy dom, a może… tych nowych? Może tak naprawdę większość z nas pragnie właśnie tego corocznego nowego? Nowych ludzi, zachwyconych, nie do końca rozumiejących co się dzieje, gdzie są i co powinni robić z tym żółtkiem przy wędzonej rybie? Dlaczego, gdy prosisz o wodę, dają ci kranówkę i zemu ona smakuje lepiej niż naiwny Evian? I o co chodzi z tym hukiem zaskakującym szczególnie tych nie znających morza? I czemu te drzewa tak bardzo chcą się do wszystkich tulić? A te ptaki? Czy serio tych mew nikt nie karmi?

Kilka ze znanych miejsc campingowych znika z mapy Wyspy. Kilka innych z chęcią zmieniłoby właścicieli. Cóż, może i nie mam nastu par butów, a i spraszać mnie w gości lepiej też nie, bo przecież chyba worek na śmieci bym założyła – chociaż gdyby dodać modną metkę D i C na przykład, to by uszła – to jednak zdaję sobie z tego sprawę, że wielu na Wyspie nie mogłoby żyć bez Turyścizny. Bez owej zmienności, bez napływu tak zwanego szerokiego świata, a potem okrsu względnego spokoju. Bez tej pracy, jaką dają… bez owego dziwnego pozwolenia, jakiego potrzebują niektórzy, by tutaj żyć. By mieszkać w świecie bez zgiełku i szaleństwa, w owej nabożnej powolności. Zwyczajności… Może turyści pozwalają nam właśnie na to, na pozbycie się jakiś wydumanych uczuć, poczucia mniejszości, tudzież uczucia winy, że żyjemy na takim małym, pięknym, niewyobrażalnym kamienistym cudzie?

Ludzie z zewnątrz, zwanego zwykle Resztą Świata, raczej nie rozumieją jak można tak żyć. Bez wielkich sklepów, głośnych klubów, knajp i całego tego tałatajstwa. Nie widzą naszych muzeów, artystów dostępnych dzień w dzień, a przede wszystkim całej tej dziczy. Nie widzą zmienności przyrody, zadziorności jej tworów, a już na pewno, nie rozumieją rozsmakowania się we względnej samotności. W zamyśleniu. Pozwoleniu wyobraźni na wylezienie z człowieka i kroczenie obok niego. Tutaj wszelakie magiczne stworzenia są przecież codziennością namacalną… nawet w drugiej połowie marca. Nawet wtedy, gdy świat zawisł pomiędzy chłodnością, a słonecznym rozpasaniem. Gdy wszystko jeszcze jest takie niezielone, takie szczupłe jakieś, niepełne i naguskowe… Wtórne zdziczenie? Ale czy my kiedyś w ogóle mogliśmy być dzicy?

IMG_1561

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Alonso Wciórności Portekmajster… została wyłączona

Pan Tealight i Mały Szary Alien…

„Ostatnio niebo nad Wyspą było niesamowicie rozgwieżdżone. Takie, jakby ktoś w granat szarości rozrzucił diamenty i kryształy, a potem zagubił w ten cały bajzel niemoralny, jeszcze kilka promieni słońca. Ot tak, bo mógł, bo go stać, bo po prostu chciał sprawdzić, co będzie. I nic poza tym. Wiecie, ino owa ciemność i te światełka. Macane, głaskane, nieregularne… A ona wpatrywała się w ową ciemność. W te mrugotania i migotania, w owe puszczanie oczek… po prostu. Wyłażąc spod prysznica, zakutana w ukochany czekoladowy ręczniczek, ociekająca, gapiła się. Stała nieruchomo przy sypialnianym oknie i wglapiała się w światełka.

Jedne były żółtawe, inne białe.

Jeszcze inne całkiem złote, albo tak mleczne jak zimne ognie… no i czerwone były też, ale mówili, że to planety, czy coś… a może tak naprawdę niczego już nie było? Wiecie, z tym kosmosem to wszystko takie porąbane jest. Patrzysz na coś, co możliwe iż, całkiem już nie istnieje. A może i nigdy nie istniało? A może zamrugało raz, a potem zabrakło mu baterii i to co widzimy, to tylko wspomnienie, taki wiecie, porządny i zakazany, łyk z czyjegoś pamiętniczka… ujawniająca się chcica, polegająca na wtrącaniu się w życie innych, tajemnice i wszelakie skrywalności. A może jednak… coś więcej? Bo widzicie, patrzenie patrzeniem, ale poranny mikrob w szarościach, o wielkich oczach, wodogłowiu nadmienrie widocznym, niewielkim korpusiku i nitkowatych członkach… wpatrujący się w ciebie i lekko drażliwie, jakby kwasem, pomiędzy wpatrywaniem, mruganiem, zwyczajnie soczyście i z wielkim oddaniem… liżący twoje nagie, lekko, choć niedyskretnie wyglądające spod kołdry kolano…

… wiedźmie kolano…

Powinna była krzyknąć, czyż nie?

Powinna była… ale Chowaniec spał, a Chochel bezczelnie tulił się do jej półdupków. Od strony Pluszowej Armii dochodziło tylko głośne, dobitne pochrapywanie oraz dziwne mlaskanie i westchnienia, jak wtedy, gdy wiesz, że zaraz będzie można wyciągnąć to ciasto z piekarnika.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9912

Z cyklu przeczytane: „Nieskończoność” – … czad!!! No serio! Muszę przyznać, że decydując się na przeczytanie kolejnej opowieści o nastolatku nie spodziewałam się wiele. Gorzej, tak naprawdę wydawało mi się, że będzie kicha i kanał. Nudy na pudy… a było świetnie. Z humorem, zabawnie, z jajcami!

To w końcu Kenyon!!!

Może i bohater małoletni, ale historia, dzięki dorosłym postaciom, naprawdę ma w sobie wszystko. Jest zadziorna i prawdziwa, trochę z zombie, trochę z magią, trochę… nadnaturalna, ale nie nachalnie. Lepiej. Ma w sobie tyle cudownych, nowych bohaterów, że trudno w nią nie wejść z buciorami, a potem śnić o sosie barbecue. Trudno się nie uśmiechnąć, trudno nie stać się jej częścią. To zabawa! Świetna, lekka, ale pozbawiona głupotki nastolatków i ich w siebie zapatrzenia. A Bubba! Oj, on i Simi, to moi nowi ukochani bohaterowie.

Czekam na kolejny tom! Podobno już w maju!!!

Naprawę!!!

Chcę tych cudów zmieniającego się nagle, cudownie, życia. Owych marzeń i życzeń się spełniających, ale i dziwnej etyki, którą ma w sobie matka bohatera. Pragnę postaci, które mają własne kodeksy i ich cudownych form. Znowu chcę trafić do tego magicznego Nowego Orleanu… i poznać to, co kryje się w słowie tajemnica.

IMG_5590

Nijakość zdaje się nie istnieć na Wyspie. Nawet jeżeli słonka nie ma i dookoła płoży się jakaś mglista szarość… i tak jest zajebiście. Nagle ptaszki mają dziwnie bardziej orientalne barwy, na brzuszkach wróbli zwyczajowo brązowawych pojawiają się błękitne paćki… na sikorkach i tak wyglądających jak klejnoty, coś więcej połyskuje. Wszystko jest takie nalakierowane, nabłyszczone, ostrzejsze, jakby zawarta w mglistości woda, jakoś wyostrzyła nam wszystkim wzrok. Jakby… wydarzyło się coś, ponad myślenie. Nieogarnialne. W takiej szarości płożyć się powinno przecież jakieś milusie lenistwo i wszelaka bezbarwność, a jednak… nie tutaj.

Nie tutaj, znowu?

Ekhm… bo przecież Wyspa to coś więcej?

Chowam się w Chatce i podglądam wilgotności. Patrzę na ciężkie, jakieś takie mleczne niebo, jakby nieistniejące… i przypomina mi się Obelix krzyczący, że spadnie nam ono w końcu na głowy. Aj może i spadnie i może i będzie smaczne? Pamiętacie owe chwile dzieciństwa, gdy byliście pwni, że chmurki są jak lody waniliowe, a te puchate jak wata cukrowa? A błękitność to jakiś taki mus jagodowy? A jak burza, to dochodzi do tego coś czekoladowego? A w ogóle Księżyc jest planteą z sera!!! Bo czemu nie? Widzicie, owa dziecinność na Wyspie nie przemija. Tutaj wciąż się wierzy w smaczność skrajności pogodowych.

TAAAAAAAAAAAAK! W końcu otwierają się sklepy, a co najważniejsze i lodziarnia w Gudhjem. Jeszcze tylko wytrzymać do 28go marca!!! Akurat na urodzinowy spacer, czyż nie?!! Będą znowu lody. Wielkie i ogromne, z posypką, z polewką i z cudownością… Jakoś lody jedzone w morskim porcie, z nagminnie starającymi się coś z owej słodyczy uszczknąć, jest inne. Czy bardziej smaczne? A może tylko bardziej słonawe? Nie wiem. Ale wiecie, warto mieć w zanadrzu coś, co można bez zbytniej żałości oddać wielkim, podniebnym, morskim żeglarzom. Tym ich dziobom ogromnym i ślepiom nigdy nie patrzącym na wprost…

Na przyszły tydzień zapowiadają ogromne mrozy i ogólną, zimy mroźną i śnieżną powrotność. Ciekawe. Wiem jedno, w dziwny sposób zniknęły krokusy… nagle tak jakoś, jakby nigdy ich nie było w owych słomkowych trawach, w owych zaprzeszłościach zeszłorocznych… a i większość przebiśniegów zrezygnowała z kwitnienia. I pomyśleż, że dwa lata temu dopiero w kwietniu wychodziły? Może owe kwiaty wiedzą, że coś nadchodzi? Coś innego, nowego i zaskakującego? Ranniki też znikają, a te, które nie wyrosły, chyba już odpuszczą sobie wzrost i pozostaną w ziemi. Może i tak łatwiej? Po prostu odpuścić sobie czasem życie na jeden sezon?

A może na dwa?

IMG_5522 (2)

Za to pąki zdecydowały iść na akord chyba. Te przyniesione do domu, zaraz po przekroczeniu progu drzwi, jakoś wybuchły. Nie czekając na słodki, maleńki, zakupiony w Karpaczu kubeczek, ani ten błękitno-kobaltowy, znaleziony na pchlim targu, trzymany zawsze na oknie z pewną nadzieją… na wodę i wszelaką dostatniość… po prostu wybuchły zielonkawymi, świeżymi, słodkimi w swej miniaturowości listeczkami. Tak się pysznią te gałązki w maciupeńkich pojemniczkach, jakby były czymś lepszym od wszelakich szklarniowych orchidei czy innego tałatajstwa… które przecież li tylko chwastem niegdyś było… Jakby były lepsze, droższe, a i bardziej pożądane. A może są? W końcu co to za filozofia mieć masę ciepełka i nawozów, spróbujcie kwitnąć tak jak one, w dziczy. Gdzie wciąż w powietrzu fruwają wronie kupy, a mniejsze ptaki starają się za wszelką cenę z przyrody uczynić swoje gniazdko. No i gdzie są ludzie. Strasznie się zawsze rozpychają i pragną, by cała ta natura miała swój własny kształt…

Dzikusowate gałązki, które przycina wiatr i dzikość zwierzyny wszelakiej, robią co chcą. A może raczej robią to, co czują, że zrobić powinny? Pąki na nich też jakieś takie bardziej… skomplikowane. Nieludzkie takie, wolne, pozbawione śmiesznych etyk i praw, ale przecież wcale nie radzące sobie gorzej, albo też… gorzej nie wyglądające. Dzikość rządzi i tyle!!! A i dzikość jest fajna!!! Chociaż, czy serio dzikość wciąż jeszcze istnieje? Czy jeszcze występuje na całym tym naszym świecie? A może istnieje wyłącznie tak zwana, dowcipna i szeroko bolesna… niegrzeczność? Bo to przecież nie jest to samo.

Nie wychodzę dzisiaj. Zamykam drzwi i okna i chowam się w sobie samej. Nie boję się siebie, ale jednak odczuwam dziwny lęk. Tylko przed czym, a raczej przed kim może? Przed ptaszkami za oknem, wyżerającymi z ponadłorpową prędkością ziarenka z feedera? A może przed wszelakim kiełkującym, pączkującym i kwitnącym światem? A może solsortami, które urzędują szalenie głośno w krzaczkach? Co one tam robią? Aż zaczynam marzyć o malutkiej kamerce… żesz się robi ze mnie podglądacz dzikiej głuszy. Bo ludzcy sąsiedzi nie są tak intrygujący jak ptaki!!!

IMG_5516

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Szary Alien… została wyłączona

Pan Tealight i Wielce Sądny Dzień…

„Pojawił się jak zwykle.

Mazy barwne, różowo-fioletowe na nieboskłonie, zwyczajne pojaśnianie wszystkiego. Zamiatanie ciemności, spojawianie się jasności. Ot trochę słonka, mgiełka poranna, może nawet i przymrozek… Bo wiecie, mimo iż był to już marzec, to wciąż w powietrzu czuło się jakąś lodowatość. Jakby wszyscy, zarazem i zielone, jak i czerwone i żółtawo-brązowe pąki, miały nagle zmienić zdanie. Jakby krokusy zamierzały pochować swoje wygrzane łebki z powortem w trawniki i trawy, liście i wszelakie gałązkowości, ranniki zwyczajnie je pozamykać i wtulić się w zieleń swojej poddańczej, niskiej korony-krawatki. A przebiśniegi, zwyczajnie przestać… dzwonić. Widocznie owa cała wiosnowatość unosząca się w powietrzu… przygasła. Jakby naprawdę miały się spełnić prognozy o zawieruchach i śnieżycach i mrozach nastostopniowych?

Jakby widząc to wszystko, i czując, Dzień ten wstał bardziej rdzawo-pomarańczowo-różowy. Niebo na chwilę zapłonęło, a w powietrzu rozeszło się to dziwne uczucie strachu, jak wtedy, gdy miało miejsce zaćmienie słońca… gdy w nagłą letniość wdarł się mroźny powiew i odmienił dusze… znaczy zwyczajnie przeraził wszystkich myślących bardziej, niż muszka owocówka. Dzień może i miał za zadanie dopełnić swego przeznaczenia, no i chciał zrobić to jak najlepiej, więc wierzył w pomocność naturalnej grozy otoczenia… ale przede wszystkim był sobą. Szesnastolatkiem w krótkich portkach z obniżonym krokiem, jakby kupę zrobił, z tatuażem na kostce, koszulką z dziurkami i słuchawkami w uszach. Zapatrzonym w telefon, obutym w coś, co przypomniało kosmiczne twory… brzmiącym przez cały czas dziwnym, niespokojnym rytmem.

Wielce Sądny Dzień miał zapełniony karnecik na dziś uczynieniem Apokalipsy, spotkaniem z Armagedonem i kawką z Fatum. Ale widzicie, wprowadzili nowe appsy, no i jakoś tak przysiadł w porcie na łódeczce chybotliwej, lekko obdartej, dzięki temu można było prześledzić jej całą historię dni, w których była: białą, czerwoną, żółtą, zielonkawo-niebieską, aż w końcu stała się dziwną, buraczkową mieszanką z morelowymi nalotami. Co raz sięgał do kieszonki po orzeszka w polewie, ale poza tym po prostu się bujał, nie zwracając uwagi na zewnętrze. A to… mimo całkowitej nieobecności duchowej pana swego, wiedziało oczywiście, co ma robić. Najpierw nadeszło południe, potem popołudnie, a wkrótce zapomarańczowił się wieczór i słoneczność dnia zaczęła opadać. Zmrok wkradł się jak zwykle umysłowym cichaczem między zmęczonych mniej lub bardziej żywych… i nadeszła ona. Dama w wieku słusznym o słusznych krągłościach i blond krótkiej fryzurce… Noc.

Długo jeszcze opowiadano, że coś się miało wydarzyć tamtego dnia. Narodziło się tyle legend ile było ludzi i ile ich nadeszło po nich… Jedno jest wiadome. Niektórzy widzą czasem nastolatka na łódeczce, zapatrzonego w płaską płytkę. Ale tak naprawdę nikomu i niczemu niczego nie udowodniono.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7339 (3)

Z cyklu przeczytane: „Dziwni” – … zaskoczenie. Bo w końcu autorem jest dzieciak, nastolatek. Niewinny, a jednak z wyobraźnią? Pewno, że pamiętam jak to było, gdy sama byłam dzieckiem, ale jednak… taka inteligencja? Taka wyobraźnia? A może po prostu dobra redakcja? Pomoc? Natrętne wciskanie się dorosłych w zbawę małolata? A może… po prostu marzenie?

Ten niewielki tom, to jednak zaskoczenie. Jak dotąd, chociaż unikam recenzji, spotkałam się tylko z tekstami: nie czytaj, nie warto. Problem w tym, że nie lubię się słuchać innych… i jak zwykle się opłaciło!!! Bo ta niewielka opowieść, mimo młodego autora, jest zaskakująco… gotycka. Znaczy taki tam steampunk, trochę magii, maszyny i wszelaka tam angielskość z jej wadami i zaletami. Ale poza tym, nadzwyczaj rozwinięta i bogata. I chociaż możnaby się czepiać nie do końca opisanych bohaterów, nie do końca jasnych sytuacji, to jednak gdy popuścić wodze fantazji… da się wszystko ogarnąć. Zresztą sama historia jest prosta. Fairy najechały część Anglii i nie mogły powrócić. Dlatego… z czasem może nie tyle się zasymilowały, co stały się cząstką owego świata. A magia, wiecie, z magią zawsze jest coś nie tak…

Bohater główny to młody mieszaniec… a nie jak wieszczy treść podrzutek… nie tyle dziwny, co inny. Z jednej strony nadmiernie zwykły, z drugiej, atypowy. To on zdaje się być rozwiązaniem problemów z magicznymi w tym świecie. Powrotem do domu, tylko gdzie tak naprawdę jest ten dom? No właśnie… drugim bohaterem jest człowiek, który zadaje zbyt wiele pytań i mimo dorosłości zachowuje się jak dzieciak! A co! Przecież to tylko opowieść!!! Wokół nich zaś kłębi się tajemnica dwutwarzowej damy, dziwnych kręgów i porywanych dzieci…

Może nie nowatorska treść, ale i nie śmieć. Czarowny przerywnik codzienności, naprawdę ślicznie wydany. Coś, co po większym dopracowaniu mogłoby być niesamowitą powieścią! Ale do tego trzebaby kogoś trochę bardziej dorosłego.

IMG_4920

Włażę w las, a tam kurna kwiatki i kwiatuszki. Takie, co to człeka uczyli ino rosną w ogródkach, no wiecie… a tutaj dzikusami się stali. Podobnie z ludźmi jest. Serio… wchodzisz w las, a tam cudo, co to Mać twa własna w doniczce hodowała jako cud jakiś z krain zamorskich… i co, no jest tutaj, pleni się pod drzewkiem i pręży swoje serduszkowe listeczki. I delikatne kwiateczki… ludzie tak samo. Dziczejemy tutaj. Łazimy do lasu nie tylko po grzyba, czy kleszcza, ale i przede wszystkim po czosnek niedźwiedzi. Wonieje misiowo już od kilku tygodni, więc jeśli się komuś marzy czosnkowa pizza, to zapraszamy. Pleni się tego pod nogami cała mnogość!!! Dziki jest taki!!! Szczerzy zębiska i pazurzyska i oczywiście jeszcze futro grube i zimowe pręży.

A co… głodny jest taki waszej… uwagi.

Mijając się ludzie się do siebie uśmiechają. Dziwnie tak jakoś, jakbyśmy mieli swój własny język. Z jednej strony nie chcąc naruszyć owej leśności i ciszy, słoneczkowatości świeżutkiej nie porwać, z drugiej, jednak wciąż być cywilizowanym humanem. Uśmiechasz się do znajomego mniej lub więcej człowieka, w końcu nas tu ino niecałe 40 tysiączków, no nie da się żyć wciąż nie znająć wszystkich poza seoznem. Uśmiechasz się i idziesz dalej. Bo przecież każdy tam potrzebuje swojej chwili sam na sam z lasem i Wyspą. Z ową dzikością przenikającą skórę i kości, wdzierającą się w organy wewnętrzne i zakładają im takie skórkowe przepaski Tarzana. Wiecie, dziko ma być. Nawet w okolicach wątroby i śledziony!!! A w tym czasie wiatr się zajmuje ruchomymi częściami garderoby i włoskami oczywiście… na dziko.

Pewno, że Wyspa się zmienia.

IMG_6681

Obok Melstedgaardu powstaje jakaś taka szklana stodoła. Podobno edukacyjna ma być, czy coś. A zaraz obok niej odremontowali zgrabną ceglastą chatkę, obok której, przytulony do niej, zrośnięty jednym boczkiem stoi mikrodomeczek strzechą kryty. Nosz słodycz normalnie wam mówię!!! Nowe i stare wciąż się kochające, no i wciąż, że tak ujmę dwuznacznie, ze sobą współżyjące. Nowe trawniczki, nareperowane murki, nowy kolor rzucony na ściany… nowy mostek, nowe mury, nowi ludzie. Ci akurat najbardziej głośni. W lesie nowe krzaczki i nowe pąki się rozbijają wrzeszcząc: ja pierwszy wyłażę, ja ja ja!!! Wiosna pełną parą mimo północnego, mrożącego wiatru. edukacja też jest… w końcu swoją Wyspę znać trzeba, czyż nie?

Koty już zaczynają.

Nosz wredne sierściuchy. Łkają, ryczą i płaczą, bo miauczeniem nie można owych jęzków specyficznych nazwać. Leci człowiek mając nadzieję na dartą z małolata skórkę, a tam na chodniku siedzi se rudy delikwent i wyje. Żesz pytam się go do kogo, tudzież czego tam uzurpuje sobie ciszę zagłuszać, a on nic… pewno, że mnie olewa. Jak zwykle. Koty są straszne serio!!! I nie chcą myszy jeść. Nie jak wrony. Wrony są przynajmniej jakoś tak normalne. Siedzą na drzewie, układają ciała w romantyczne wzroki ciesząc się wciąż jeszcze istniejącą bezlistością… i czekają, aż człowiek będzie miał coś dla nich na ząb. Znaczy na dziób, wiecie. Bez obawy, oczywiście, że zapłacą. Wrony zawsze ładnie dziękują za jedzenie. Albo orzeszkami, albo piórkami, albo wszelakim błyskającym śmieciem… bo skarb to skarb w końcu! A koty… cóż, jakoś serio, może to przez ptaki, ale idźcie sobie srać gdzieś indziej!!!

Na wzburzonym, gniewnym dziś morzu Bałwany się kotłują i naparzają z Grzywaczami. Jakiś wrestling, czy coś? Nie wiem, klub tajny mordobicia może mają? Ale kolor morza taki piękny, taki zmienny. Tam seledyn, gdzie wciąż piasek leży na dnie, tam znowu szmaragd. Po prawej lekko fioletowy niebieski, a po lewej znowu kobalty i granaty i inne niebieskości, lekko takie miękkie, czerwonawe. Wszystko w jednym miejscu. A ponad całą ową niespokojnością mewa stoi w powietrzu… szybuje, znaczy się. Cudna taka, leniwa, korzystająca w pływów powietrza, niemęcząca się… zdawałoby się, olewająca świat, a jednak wiesz… że ona wciąż patrzy, wciąż ma na wszystko baczenie, nie ustaje w swojej walce. Walce o każdy kąsek i każde ukochane miejsce. Może i niezauważalnie, ale pilnuje, by nikt niepowołane nie wtargnął na jej teren. Dobrze wie jaką bronią jest jej spory, zakrzywiony, pomarańczowany dziób.

IMG_5936 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielce Sądny Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Birthday is coming to town…

„Co rano wychodziła i złorzeczyła słońcu.

Że niby ma jeszcze przepisowych kilka dni zimy, że ptaki ją budzą, że światła zbyt wiele!!! Że śpiąca i zmęczona, że się jej prawa prawem światowym przecież zapewnione, zabiera!!! Że podobno za ciepło i na dodatek przebiśniegi dzwonieniem doprowadzają ją do migreny!!! A na dodatek te krokusy… no za bardzo pylą i w zatoki jej włażą żółcieniowością ową. No i ten czosnek… kto to widział, by tak szybko z ziemi wyłazić, czy serio nikomu już nie zależy na zdrowym śnie? Przecież to takie jest ważne!!! I ogólnie co z tymi skowronkami? Przecież na polach zielono lub ziemiście! Do czego te maluchy śpiewają i gdzie się je ścisza?

Oj tak, miała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki lekkie problemy z zaakceptowaniem tego, że zima się skończyła, że już nadziei na śnieg mieć nie można, że przecież teraz czas na narodziny i święta, których nie lubiła strasznie. Widzicie, jakoś to całe ocieplenie klimatu wcale jej nie sprowadziło zamieci tej zimy… żeby nie było, cztery dni bachania się w białym puchu było super… ale jednak za mało!!! Chciała więcej, po prostu wiele wiele wiele zimno więcej!!! A może jednak chodziło o coś innego? O przychodzący co roku dzień 25go marca? Może jednak było w tym coś więcej? Coś, co nie chciało w rzeczywistości dopuścić do… narodzin?

Życie w końcu jest dość przewidywalne. Coś się kończy, by coś mogło się zacząć. Chociaż ostatnimi czasy, gdy ludzie zaczęli zapominać o tej jakże prostej zasadzie… coś się załamało. Coś było nie tak z zaczynaniem. Coś było nie tak z kończeniem. Jakby się światu pomieszało… początki i końce, końce i początków nieistnienia. Czy dlatego Wielkie Morderstwo nastąpiło, gdy Wiedźmy Wrony nie było na Wyspie? Czy to miało znaczyć coś więcej, czy nie?

Ogólnie mówiąc, Dziadzia Czas, osobnik bardzo zakręcony, owłosiony, z fajką, kocykiem kraciastym na ramionach, ale i zdolny trzepnąć się w łeb z prędkością łorpową… uśmiechał się spoza dymka i spod wąsa. Znowu jej to zrobił. Znowu pozwolił nierozumieć przemijania. I znowu… nie zaskoczył. A raczej, po prostu jak zwykle był sobą. Bo widzicie, jakoś tak po prostu… świat nadal się kręcił. Nawet jak krzyczała i złorzeczyła, jednocześnie podle dokarmiając ptaszki, plewiąc kwiatki i głaskając pączki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7836

Z cyklu przeczytane: „Miecz Gideona” – … problem miałam. No jakoś tak akurat do tej trylogii opowiadającej o trochę geniuszu, trochę wolnym duchu, nie miałam serca. Ale to w końcu mój ulubiony duet pisarzy.

Zaczynajmy więc…

Oto jest on. Mistrz kradziejstwa, wielbiciel wybuchania. Gideon Crew. Młody dwudziestoletni. Cztli przed trzydziestką. Gideon ma oczywiście przeszłość, która ukształtowała w nim zadziornego, ale i inteligentnego złodzieja. Wydaje się, że z każdej opresji wyjdzie obronną ręką, ale potem nagle… nadchodzi śmierć, a wraz z nim tajemnica, czy raczej jej wybuch i wszystko się zmienia. Tylko, czy on może być praworządnym obywatelem?

Cóż, w końcu co ma do stracenia?

Z jednej strony trzyma w napięciu i jazda po bandzie, u której zwieńczenia jest grzebyczek. Bo niby już wydaje sie nam, że to koniec, a tu wybucha bombka, bo czemu nie? Bo może!!! W końcu niczego nie można być pewnym, nie ma tutaj żadnej etyki niewpuszczania czytelnika w bambuko i bambus i marchewkowe pole. A jednak… to nie Pendergast. Mimo dopracowania, jakoś brakuje czegośc, jakiejś duszy cząstki, jakiegoś pokręcenia. Co nie znaczy, że powieść jest kiepska, bez boja, czyta się ją szybko, sprawnie, ląduje się w kolejnych problemach plącząc nogami w owej sensacyjno-thrillerowej machinie. A może raczej szpiegowskiej? Hmmm… chyba raczej szpiegowskiej!!! Mamy dopracowanego bohatera, o którym wiemy, że innym by nie mógł być oraz cel… przeżyć? A może raczej – jak nie masz niczego do stracenia, to po co przepłacać?

IMG_4929

Słonko wychodzi, ciepło się robi.

Jak wiosna, to wiadomo: sprzątania. Wszędzie gdzie spojrzeć… eee nic się nie dzieje. A tak, może i u innych taki początek marca, to czas na ogródki, malowania i firanki, ale nie tutaj. I nie tylko dlatego, że firanek nie uświadczysz. No dobra, uświadczysz, ale trochę trzeba się naszukać. Jakoś tak nikt się nie zasłania. Wiecie, że nawet płotów mieć nie można? Kurcze… żywopłot tak, ale nie płot. Dom można pomalować ino na czerwień wyspową albo kolory ziemi, ale nic poza tym… trochę czuję się tym przytłoczona ostatnio. A tak chciałam mieć niebieski domek. Kobaltowy znaczy. Może i w gwiazdki? Może i w czaszki z piszczelami, wiecie rogery wesołe, albo i coś bardziej filuternego? No nie tęcze, no bez przesady, jak już to jednorożce, albo jakieś hieroglify.

Może tak by zbudować piramidę?

Będzie bez płota! No dobra z żywopłotem, ale akurat żywy jest raczej dozwolony. Może trochę rośnie, ale warto poczekać. Na przykład w moim tyle ptactwa gniazduje, że wydaje się, że on sam się porusza, chodzi nawet… przycinać trzeba, ale wiadomo tylko po sezonie, gdy już wszyscy wybędą do swoich wakacyjnych miejsc zamieszkania, gdy zaczną po prostu zabawiać się w rzeczce, w piasku się kąpać. Gdy przestaną się naparzać, gdy nie będzie już nadmiernych świergotów o piątej nad ranem i takich tam atrakcji. No i tych zaglądać w okienko z transparentami: FEED ME!!! No coś mają takiego w oczach, że odrywasz tę kanapkę, no i im oddajesz. Takie to w końcu śliczne, puchate i jajcarskie, nie do końca jednak, tylko ptasie kuleczki!!!

O czym to ja? A wiosna…

IMG_6066

Od 2006 stan dróg się strasznie pogorszył. Serio… da się nawet znaleźć dziury! Ja już nie wiem co z tym światem, ale schodzimy na psy, ale wiecie nie te fajne i puchate, ale te kiepskie psy. Takie spotykane, a unikane. Nie ma już nawierzchni bezcelulitowych, ale raczej totalne pomarańczowoskórkowe wyboje! Może to i wina ogrzewania i internetów, ale… jest gorzej. Widzicie, u nas to nawet te polne pięknie wyrównane, utwardzone! Lepiej, te szlakowe, wiecie do pieszych wędrówek, mają w odpowiednich miejscach nie tylko schodki zrobione – chociaż czasem bez poręczy – ale i takie zgrabne deseczki położone wzdłuż bardziej prawdopodobnych miejsc występowania uadi. Znaczy wiecie, tych rzeczek, strumyczków czy ino większych kałużów. Ciekawe kto tak łazi po lasach i między skałami i rozkłada to wszystko. No i czym to wiezie? Bo chyba na plecach nie niesie, nie tutaj, tu ludzie leniwi! A może z tego tam latawca, znaczy się helikoptera spuszczają? No nie wiem, ale ostatnio łaziliśmy po wielkim niebycie sporadycznie macanym ludzką łapą i były tam deseczki przerzucone przez kałuże. No serio można było wzdględnie suchą nogą przejść. A raczej… wiecie jak to jest z nogami. Po prostu była możliwość nie umoczenia… się. Ale co do szosów, znaczy szos… to pogorszenie widzę. I to poorszenie, które nie będzie naprawione na wiosnę. Wprost przeciwnie! Żesz no!!! I chodników wiadomo, wciąż brak, więc ostrożność wybierajcie!!!

Wiosna…

Ogólnie mówiąc poza ociepleniem, nad którym dziwnie się wszyscy roztkliwiają, powyżej 10 stopni pana C., to jest jak było. Ino ptaszenia więcej, kwiecenia więcej i znowu sobie naderwałam te włókna mięśniowe. Tak to jest, jak się jak zwykle skacze za wysoko i za często klęka, a w modlitwach wprawę się utraciło. No i kupy… tia, mimo wszlkich nakazów nadal psy nie na smyczach i srają. W tym też widać pogorszenie. Kiedyś od razu był mandacik, a teraz ino: się pani nie boi, on tylko taki duży, no przecież nawet nie przestała pani oddychać, a serduszko znowu bije co nie… a wie pani, no sra ten mój Sfen jak wielbłąd. Ech! I tak gramoli się człek w miejsce kultu od tysięcy lat odwiedzane, chce pradawność uczcić, bogów obiatą jakąś przywitać… a tu co, no zbeszczeszczenie! Więc sorry, ale polecamy nie woreczki, a po prostu sapereczki! Bierze się taką łopatkę i zakopuje kupsko!!! A nie kupuje firmę, bo przecież wyżywienie takiego sporego konia, to trudna sprawa… znaczy firmę z psim żarciem! Widzieliście taki myk? Koleś nabył sobie wielkiego psa… a jak mówię wielkiego, to wiecie znaczy chudego słonia. A ponieważ w dzisiejszych czasach nie gotuje się już dla zwierzaków, to trzeba nabyć firmę, by takie coś wyżywić. Przecież jak inaczej sprowadzać tyle jedzenia na jedną, malutą wysepkę?

Miało być o sprzątaniu, ale nie będzie.

Bo pierwsze ciepłe dni i promienistość słoneczna raczej do tego nikogo nie porywają. Malowanie domków nadal przerzucone na przedsezonem albo raczej posezonie. Påske w końcu już za rogiem. Wystawia zza niego jajka i nimi macha! Zbereźnik jeden! A do tego jest i kiełbaska i chrzanik, i inne delikatesy z koszykowej kiesy!!! Nie wiem jak wam, ale mi zawsze było nadmiernie płciowo, jeśli chodzi o to świętowanie… więc nie świętuję. Znaczy zaraz, świętuję spacerem i spaniem, ale w końcu tak świętować dobrze jest każdy dzień. Szczególnie tutaj. Nie patrząc na tych, co jajkami machają… aczkolwiek jeśli o to chodzi, to wystarczyło, że raz się ruszyłam z Wyspy, a tu od razu morderstwo!!! Czyż to nie jest podejrzane?

Bo jak nie jest, to powinno być!!!

IMG_7336

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Birthday is coming to town… została wyłączona

Pan Tealight i Andruty z Księżycową Masą…

„Słodkie?

Nie, raczej jak chropowaty śnieg. Jak lekkie iskierki, dziwnie naiwne… może słodkie, a może jednak i cierpkie? A może mające wszystkie smaki w sobie? A może jednak… będące czymś więcej?

Na pewno są chrupkie i łamliwe. Znaczy same andruty wypiekane były w jednym ze szwajcarskich klasztorów, do których chodziły wyblakłe krówki Milki. W końcu musiały się czymś zająć, bez roboty nawet im odbija, a i fioletowość jakoś nie powraca… oczywiście wypiekano je z jednego rodzaju traw, znaczy zboża, ale do końca nikt nie wiedział jakiego, tylko stara Ksenia. Ale ona nikomu nie wygada, bo kiedyś przypaliła sobie język… podczas stosunku z trzepaczką do jajek. Andruty… Tak specyficznie ukształtowane, a przecież rozpływające się w ustach. Niczym coś, co zawsze powinno było tam być. Co należało do Bogów Smaków i Rozkoszy Podniebienia. Cudowne, dziwnie niemożliwe do opisania. Niesamowite!!! Wszystko w jednym kawałku, nic dziwnego, że Ojeblik – mała, ucięta główka, po prostu się od nich uzależniła. Ale oczywiście, jak w każdym życiu, miała z ową przyjemnością problem.

I nie był to diler.

A raczej nie był to on, tak do końca.

Widzicie… masę można było zebrać tylko przez trzy noce pełni, potem należało wepchnąć ją w srebrne słoiczki, zatkać skarpetką z prawej nogi podmostowego trolla… tak, chyba tak, prawej, a potem zwyczajnie wsadzić gdzieś w piwniczny suchy, ale chłodny klimacik. Taki, co to mumie niezbyt konserwuje, ale za to mięsko długo się w nim i namolnie, maceruje. Wiecie. Gdzie więc problem? A w tym, że masę mogła ściągać z poświaty księżycowej ino Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która, jak wszystkim wiadomo, miała nieprzemijalny i wszelaki, przerażony nawet wyższym materacem na łóżku, lęk przestrzeniowej wysokości. No i te skarpetki. Trudno znaleźć trolle, które je noszą. Zwykle od razu zakłądają te wielkie buciory, a latem napieprzają na bosaka, w końcu mają piękne stopy!!! Mówię wam, żadnych nagniotków!!! Nie mają ni łuszczycy, czy żółtawej skórki, a paznokcie malują co tydzień!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3976

Po wszelkich wyspowych lesistościach o tej porze roku błąka się mgiełka. Czy to havgus, dziwnie zimny, czy ino pierdnięcia wróżek, i tak fascynuje. Wszystko przez nią się tak niesamowicie skrzy, wszystko dzięki niej takie bez zmarszczek. I chociaż mroczniej trochę i słonko przygrzewa, to jednak jest inaczej. Promienie całkiem śmiało starają cię dotknąć każdej nitki owej mglistości, ale nic z tego, nie rozpędzą jej. Ona chce tutaj być i już pozostanie. A przynajmniej na razie. Gdy ja odwiedzam Bębniący Głaz wciąż mnie otacza, gdy wpadam w błocko jest przy mnie.

Cierpliwie się uśmiecha, gdy ponownie zaliczam glebę z powodu cudownie omszałego trolla… znaczy wiecie, kamienia, a nawet lekko się kielczy, gdy zahaczam o lekko pączkujace gałązki. A juz ubaw ma pełną parą, gdy nie udaje się mi dotrzeć do Wiedźmich Wrót. Ups sorry, może następnym razem. No mimo tabliczek wszelakich i oznaczeń na szlaku, czasem nie wszystko można znaleźć.

A może na wszystko jest czas…

Mgiełka sprawia, że wszelkie pajęczyności naprężają się dziwnie. Nie ociekają kroplami, jak po ciężkiej rosie, ale raczej wypinają pierś jak na musztrze. Dzięki temu pierwszy motyl tego roku, jak byk cytrynek, co mam nadzieję oznacza złoto, się znaczy kasę… a to dla mnie serio mogłoby się wiązać ze sprzedażą mej malowaności!!! A co!!! Marzenia dobra sprawa!!! Szczególnie w takich okolicznościach przyrody. Nie da się niewierzyć, że się nie spełnią…

IMG_3958 (2)

Kwiatków w lesie jeszcze brak. A może po prostu zbyt wiele tutaj skał? Część z nich niczym ciasto równo krojone ostrym nożem, a inne znowu tak gładkie, że zdaje się, iż szlifowane milionami kroków, czołgań i ogólnych pielgrzymek. Wdrapuję się coraz wyżej podziwiając spory uskok po lewej, ale boję się… Jeżeli się poślizgnę, jak nic wprasuje mnie w skałki. Szkody wielkiej by nie było, ot zeżrą mnie robale, ale popsuję tę całą sztukę. A szkoda. Taka jest baśniowa. Szczególnie przez te dziwnie otoczakowe wyrostki skalne. Jakby głaskano je, ocierano, muskano i łzawiono. Jakby masowano je i smarowano dokładnie olejkami, masłem, a może i miodem. Jakby… ktoś chciał w każdy sposób powiedzieć: jesteś moim bóstwem. Może więc nie jestem pierwsza? Może rzeczywiście moja toria ma potwierdzenie w skalistości? Że od zawsze Wyspę kochano i czczono… że była i jest Bóstwem, z którym należy się liczyć?

Każdy kamień tutaj, dziwnie samotny, w jakiś sposób powiązany jest z podziemnym ludem. Jakby nic się nie ogło wydarzyć bez ich opieki, przeszkadzań i zgody. Każdy samotnie stojący mógł być ołtarzem, każdy mocniej wyszlifowany, poznaczony pamięcią, dotykiem, łzami… krwią. Każdy zdaje się być święty. Nawet ta kamienna ścieżka, po której idziesz… bo przecież czy sama droga do świętości, do miejsca świętego, może być profanum? Nie!!! Świętość w świętości i wszystko jest świętość. Każdy kamyk, ten samotny na wrzosowisku, co się aż uprasza o dziewicę, albo chociażby baranka mlecznego, ten zagłębiony w lesie, którego przecież tak niedawno tutaj jeszcze nie było. Te kamienie poukładane w pilty, znaczące, informujące, a może tylko będące iskierką dla pogoni twojej wyobraźni? A może tak naprawdę świat potrzebuje niewyjaśnionych i niewyjaśnianych tajemnic? Może…

Wchodzę w las i za każdym razem widzę coś nowego. Głaskam nowe pnie… bawię się w nowym kopach mchów. Obserwuję wróżki, no wiem, niektórzy mówią, że to chyba robaczki, ale co oni tam wiedzą!!!? Trollom rzucam cukierki, a potem po prostu siedzę i się gapię. Chyba tutaj naprawdę potrafię być czasem bezruchawa. Nieruchoma a jednak kompletna bez wciąż zajętej głowy, rąk i duszy. A może tutaj dopiero jestem sobą? Od nowa, a może tak naprawdę po raz pierwszy? Zresztą, zapytajcie o to mojego Jednorożca. Już czas żeby znowu hasał po kamienistym brzegu… Ciekawe czy w tym roku narodzą się nowe?

Nadchodzi noc, więc zamykam drzwi i budzę knoty świeczek. Czasem się wydaje, że wystarczy na nie dmuchnąć, tak są gotowe, by płonąć, a czasem… nic nie jest ich w stanie obudzić. Czy tylko mi wydaje się, że tutaj wszystko jest jakoś bardziej żywe? Świadome siebie samych i wszystkiego na wzajem, dotykające się nie tylko ciałami, ale i myślami, może nawet połączone gdzieś tam korzonkami, albo niewidzialnymi nićmi… pomiędzy chmurkami? Kto to wie? A może nie ważne jak, ale ważne, że są połączone. Inne, tykalskie, zmienne. Myślące, marudne czasami, a często nadmiernie pobudzone… nawet dachówki zdają się mieć własne życie płciowe.

Nawet słoma na tych kraciastych domkach…

Tutaj chyba nic nie jest takie, jak jest w innych miejscach…

IMG_6070 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Andruty z Księżycową Masą… została wyłączona

Pan Tealight i Wojownicze Wróble Nindża…

„Wiecie… niby wielki to przeraża.

Wielki paker, wielki olbrzym, troll wielki, baba równie ogromniasta z pięcioma łapami i stadem cycków, albo kostropaty grzybek gigancik, który jest purchawką, no i serio jak wystrzeli… to będzie buba, co nie? Ale w rzeczywistości bardziej przeraża Wiedźma Wrona Pożarta wrzeszcząca: To tylko jedna kulka!!! A trzeba przyznać, że ona wzrostu jest siedzącego, czy nawet płożącego się czworonoga.

Dlaczego wrzeszcząca?

Bo inaczej się nie da gdy się jest niskim, i gdy karmi się Siostry Wrony. I to na dodatek jedną, wielką kulką ziarna. Po prostu trzeba pokrzyczeć, gdy jest się niskim. Ale Wiedźma Wrona ma świetnych nauczycieli pewności… sprawności, zadziorności i waleczności. Czyli Wojownicze Wróble Nindża. Owe dzielne, brązowawe ptaszki, jako jedyne zdolne są podgryźć wronie pazury, nie dać się solsortom i ogólnie mówiąc, zawsze postawić na swoim. Może i puchaci miejscami, z małymi dzióbkami i szybko działającymi skrzydełkami, wydawać się mogą nadzwyczajnie milusimy zabawkami, a jednak… są waleczni. To one jako pierwsze dorywają się do jedzenia, nie boją się mrukliwej pogody, sprawnie opierają się wiatrowości i mistrzowsko wprost kryją się w żywopłotach. Ale wciąż są malutkie. Niedostrzegalne czasem.

Nawet i niedoceniane.

Ale to lepiej…

Bo czasem zwyczajnie fajnie skrywać swoje moce, a czasem lepiej skryć się całemu. Szczególnie, gdy owi nauczyciele budzą cię o poranku tak porannym, że jest jeszcze zalążkiem jajka. Budzą upierdliwie i nadzwyczaj głośno, jak na takie mikre organizmy. Zdolne są nie tylko zbombardować kupami okno i pranie, ale też rzucać w nie kamyczkami, tudzież tupać po dachu i rynnach tak, że szlag człowieka trafia, by potem raptownie wzmóc w nim niepohamowaną chęć udania się do toalety… i już po prostu nie śpisz. Nie dajesz rady. No i jest jeszcze ten podstawowy problem, ten jątrzący, dziwnie hamujący działania… ów problem wynikający z dziwnego wychowania, które za cel obiera sobie zadowolenie innych, a nie siebie… Czyli po prostu, zwyczajnie, jakoś nie możesz, no za nic nie uderzysz małego!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2043 (2)

Z cyklu przeczytane: „Dwa groby” – … śmierć. Ile można? A może w ogóle nie należało mieć nadziei? Nie myśleć o tym, odrzucić marzenie? A jednak… on zamarzył. Wyobraził sobie powrót do przeszłości. Życie z żoną, szczęśliwość, może i ułudną, ale jednak szczęśliwość…

Agent Pendergast jest gotowy wykopać więcej grobów. Od początku traci znajomych i ukochanych. Wszystko zdaje się stawać przeciwko niemu a na dotaek w Nowym Jorku pojawia się dziwny morderca, który zdaje się być aż nazbyt znajomy. Tylo, czy więcej zmarłych mogło powstać z grobów? Czy jest to możliwe?

Ta część nie tylko zabierze was w niesamowitą podróż i sprawi, że jak najszybciej będziecie chceili się dowiedzieć, czy jakikolwiek happy end będzie możliwy, ale też czujemy się zaskoczeni. Bo mimo spójności fabuły, to jednak to wszystko zdaje się być… szalone. Ale przecież taki jest ten świat. Okrutny. Przewrotny. Pełen idei… które nie umarły. Pragnień, które sprowadziły na ten świat II wojnę. Naukowców, którzy nie baczą na żadne normy, prowadzeni jedynym pragnieniem, stworzeniem nadludzi.

Brutalna część, ale jednak i spójna. Zaskakująca, chociaż i denerwująca. Wzbudzająca dreszcz przerażenia, gdy przypomnimy sobie ile tak naprawdę lekcje historii miały w sobie niedopowiedzień. Ale jest w niej i nutka nostalgii… warto!!!

IMG_4927

Wczoraj nad Wyspą zawisł spłaszczony księżyc.

Dziwny taki i wielki i czerwony i z plamkami, które wcale nie układały się w te znajome kształty. Jakis taki ten księżyc był bardziej kosmiczny. Bardziej daleki, bardziej… księżycowy. Wisiał sobie nad nad podziw spokojnym morzem, które się zrobiło fioletowo-niebieskawe i jakieś takie atłasowe. Może w rzeczywistości nie tylko ktoś tam siadł na tym odbijającym promienie cudze, ale i go po prostu… wiecie, jak był gdzie indziej, to go odciął? Podciął? Albo grał nim w piłkę i trochę tak powietrze z niego uszło? Bo cokolwiek by mówić, to księżyc nas Wyspą zdaje się być co noc i co dzień inny…

A tak.

Bo wiecie widać go i wtedy gdy świeci, i gdy nie świecie. Gdy mniejszy jest i gdy jest większy. Żółciutki niczym żółteczko, mocz mrożony czy ogólnie soczek po gotowanej fasolce szparagowej… albo biały. Tak bardzo biały, że aż niebieski… I czasem sobie myślę, że ten księżyc to nie tylko wpływa na owe wodności na powierzchni, pod nią, w nas i w Wyspie, ale i coś jeszcze. Może zwyczajnie, gdy ma inny kolor na Wyspie pojawia się tajemnicza roślinka? Taka malusieńka, liściasta, obsypana srebrzystymi kwiatuszkami z niebieskimi środeczkami. Ten, kto ją znajdzie, kto pokona zimno nocy – bo kwiat raczej lubuje się w zimowych porach – kto nie da się przerazić duchom wyjącym dookoła, żywym, którzy nie mogą spać i łażą po ćmoku, psom wielogłowym, kotom wcale nie dzikim, ptakom poukrywanym we wszelkich krzaczkach, żabkom, bizonom i jeleniom i sarenkom… Uśpionym Bogom i Śpiącym Bogom, znudzonym, porzuconym wakacyjnym miłościom, zarzuconym marzeniom, nadziejom i tak dalej… Kto nie boi się wdepnąć w gówno, kto nie boi się pogrążyć w błotku i bagnisku, kto po prostu ogólnie mówiąc oleje łóżko i polezie w chaszcze go szukać… jeśli będzie miał szczęście oczywiście, jeśli kwiatkowi zachce się akurat tobie pokazać, bo w końcu tutaj wszystko decyduje o sobie i zawsze może powiedzieć NIE… Cóż, jeśli wszystko się tak ułoży, że… znajdziesz go, nie przerażony, wciąż jeszcze oddychający, pamiętaj by go nie zrywać! Powstrzymaj się, chociaż będzie cię korciło… pochyl się, a najlepiej ukłoń się i połóż obok krzaczka i wdychaj jego zapach. Może nie jest najbardziej intrygujący, raczej coś jak pierdy po jajkach i brukselce, ale warto się przełamać…

Bo można polatać. I to naprawdę.

IMG_4985 (2)

Księżyc potrafi tworzyć takie cuda, że głowa mała, ale komu by tam się chciało ich szukać? Zresztą, kto w nie uwierzy? Kwiat paproci stracił swoją popularność tak danwo temu, że wszelkie legendy i przypowieści o tych tajemniczościach, zaginęły. A raczej przywlokły się na Wyspę, żeby po rpsotu rosnąć tylko i wyłącznie dla siebie. Bo widzicie, istnienie jest ważne. W końcu może się znaleźć ktoś, kto ponownie odkryje ich moc? Potęgę owych kwiatuszków i grzybków – żeby nie było fluorescencyjnych! Tych sadzoneczek i dziwnych drzew, które w ciągu kilku godzin zmieniają się z sadzonki, która spłynęła z chmurki o dziwnym kształcie, w ogromne, pokryte pajęczynami drzewo… ale też i dziwnych postaci. Ludzików przypominających elektryzujące hatifnaty, ale i takich dziwnie bardzo ludzkich. Niektóre z nich wchodzą do nieużywanych domków, które tak bardzo pragną kogokolwiek, kto by w nich zamieszkał, a potem… nie znikają. Wprost przeciwnie, domy odżywają, a ludzie… tak, teraz to ludzie, wtapiają się w tłum. Do następnej pełni, a może jednak tylko do nowiu? Chociaż, tak naprawdę nie wiadomo, kto znika? Ten stworzony przez księżyc, czy zwykli ludzie?

Czy wciąż tutaj mieszkają zwykli ludzie?

Gdy zagłębiam się we wszelaką wyspową lesistość… w ową dziwnie zamgloną, chociaż i juz rozgrzaną wiosenny słonkiem, to we wszystko uwierzę. We wszystko to, co świat uznaje za baśń i nieprawdę. Bo inaczej nie mogę. Gdy promienie przepływają przez lepkie igiełki świerków i sosenek, gdy dotykają zielonych już gałązek przyszłych jagódek… albo tych kamyczków. Tak bardzo gładkich, tak niesamowicie kulistych, obklejonych mchem tak szczelnie, jakby serio ktoś to wszystko gumowym dywanikiem obłożył.. to wiem, że to nie kamienie a trolle. Śpią po tym całym hałasie z Frozen. Zapłacono im, ale co tam, one wolały wrócić tutaj, zamiast osiedlić się w Hollywoodzie. Pomiędzy śpiącymi wciąż gałązkami podfruwywają wróżki i skrzatki, w skalnych załamaniach coś bulgocze i lekko pierdzi… jakby za bardzo podgrzało sobie w jaskini. Ot zwyczajowy świat wąwozów i dołów, zagłębień ze szczęśliwą wodą i czarownych ustroni…

Czy to tylko księżyc… chyba nie.

IMG_3955 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wojownicze Wróble Nindża… została wyłączona

Pan Tealight i Prawdy Objawione…

„To była jedna z największych spraw w Czarownej Krainie zwanej zwyczajowo Państwem Półśrodków. Nie rozwiązana, nie wiadomo też, czy tak naprawdę wciąż nie trwa… Do końca nadal nie jesteśmy pewni, kto za nią stał, kto czerpał z niej największe zyski. Złapano przecież tylko Czerwonego Kapturka i te wredne bliźniaki: Jasia i Zajadową Małgosię. To oni dokarmiali biedne, bezbronne, schorowane i nawine w swoich pięknie pomarszczonych twarzach, choć magiczne, staruszki, by potem, po uzależnieniu ich od dziwnego specyfiku zwanego DST (Dopóki Starczy Tchu), po prostu spławić je Potoczkiem Pomroczkiem w kierunku nieznanym… gdzie zostawały przerobione całe na mięsko i kości. Na proszek magiczności dodający i wszelaką inną maściowość, co do której wszystko było możliwe…

Tak…

… widzicie ten spisek w rzeczywistości był idealny, nie do podrobienia, nie do powtórzenia. No kto by tam żałował staruszek? Małe kotki i pieseczki tak, bidulcie takie, puchate i włochate, nawet te o trzech nóżkach, takie ze skrzydełkami i bez, z ogonkami i bez… nawet małe dzieci, choć śmierdzące i klejące się, nawet te większe, wredne, zawsze wiedzące jak zranić… nawet te z krzywym zgryzem i pryszczami, brzydkie i ogólnie mówiąc paskudne, okropne… Wszyscy i wszystko, ale nie staruszki. Jakoś staruszki nikogo nie obchodzą. Mogą starzeć się dalej w swoich chatkach, w których nikt ich nie odwiedza. Nie żeby chciały, tak naprawdę lubią swoją samotność, spanie kiedy im się podoba, jedzenie swoich ciasteczek i przyglądanie się ptaszkom… Bo widzicie, w starości jest pewna tajemnica… która jednak nie ustrzegła ich przed wrednym spiskiem. Przed Kapturkiem, wredną zoofilką, co ujeżdżając wilka, bo nikt inny jej nie chciał, zaćpana pigułką PO, musiała jakoś zatkać ową pustkę w sobie… oczywiście durnotami kupowanymi w Leśnym Hipermarkecie Matki Wewróżki… A za DST świetnie płacili. Tylko staruszek było coraz mniej. Dlatego ją złapali. Podobnie wpadły dziwne bliźnięta. Na macaniu młodszych kobiet, które oni uważali już za stare. Wiecie jak to jest! Wiek to dość subiektywne odczucie. Masz pięć lat, więc dla ciebie nastolatki są już dorosłe, nasz naście, wtedy trzydziestka to trumna. A młodsze nie dały sobie tak łatwo zamydlić spojrzenia dziecinnym tłuszczykiem. Ostatnio kobiety przestały się jakoś nabierać na te policzki i bezzębne uśmiechy… dziecięce bezzębne uśmiechy. No i wpadli. Wtedy wszystko się wydało, ale okazało się, że i bliźniaki i Kapturek są ino płotkami, Mordercami i naganiaczami. Tymi, co po prostu zabijają, usztywniają i spławiają ciała, odbierają kasę… nic więcej. A odbiorcy nigdy nie dorwano.

Może wciąż działa?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7529 (2)

Z cyklu przeczytane: „Bez litości” – … inna. I on umiera. Jak to jest możliwe? Jak być mogło, się wydarzyć… a potem? Przecież to nie jest możliwe, nie było, nie powinno. Ale się wydarzyło i świat wciąż się kręci…

Widzicie, mimo iż domyślacie się pewnych faktów, mimo że serio nie wierzycie, a potem obuchem w łeb… to i tak nie można się oderwać. Bo ta zbrodnia zmienia wszystko. Dotąd delikatny, poukładany i nader spolegliwy agent Pendergast zmienia się w potwora. W imię tajemnicy i największego kłamstwa, ale i w imię nadziei. Bo jeżeli ona wciąż żyje, jeżeli przez te dwanaście lat wciąż była gdzieś niedaleko, jeżeli lew tak naprawdę jej nie rozszarpał, to co się stało i dlaczego zadał sobie tyle trudu? Tylko… czy wystarczy mu sił, by rozwiązać wszystkie wątki tej sprawy i odkryć kto za tym stoi? Bo widzicie, to nie tylko sensacja i kryminał, nie tylko znani bohaterowie, nagle powracająca dziewczyna z kolorowymi włosami i tajemnicza kobieta w zakładzie psychiatrycznym, to nie tylko nienawiść i brutalne wierzenia, pokręcona etyczność… inne normy. Ten tom to nie tylko pościgi i porwania, ale przede wszystkim kolejne tajemnice… i dziwne przeczucie, że to wszystko prowadzi do czegoś, co zmieni nasze postrzeganie agenta FBI. Nic już nie będzie takie samo!!!

Przerażająca część przygód naszego ulubieńca. Przemiana, jakiej doznaje ów elegancki i zwykle flegmatyczny facet, sprawia że niczego nie możemy być pewnymi. To tak, jakbyśmy oglądali inną jego część. Odbijającą się w tak wielu lustrach, że zapominamy na co go stać. Nagle wszystko staje się bardziej krwawe i brutalne… tylko, czy po wszystkim możliwy jest happy end? Czy można wciąż być z tą, która nie żyła? Którą uznawało się za zmarłą, którą się opłakało…

Aż boję się tego, co niesie ze sobą ostatnia część trylogii: „Dwa groby”. Bo jak na razie zdaje się, że genialny duet wykorzystał już wszystkie swoje atuty… a jednak, wciąż mi się wydaje, że coś chowają po kieszeniach.

Ale co?

IMG_4924

Północ… Dzieci kukurydzy.

Tak, owe białowłose dzieciątka znane nam z filmów takich jak „Dzieci z Bullerbyn” czy „Pipi Langstrumpf”. Pamiętacie? Owe białe jak słońce włosy? Niesamowite. Wydawały mi się zawsze takie niemożliwe. Bo jak można mieć takie włosy? A może to nie włosy, tylko zmieszane z rosą słoneczne promienie? Zawsze chciałam ich dotknąć. Ale głupio tak podejść do dzieciaka, nawet z rodzicem i poprosić: czy mogłabym pomacać go po głowie? Naprawdę, to tylko eksperyment, jestem naukowcem!!! Już sobie to wyobrażami i oczami mymi widzę jak mnie policja zwija i sadza za pedofilię, czy coś innego. Bo takie czasy przecież mamy.

Mimo bytności własnej na Północy wciąż jeszcze nie pomacałam tych włosków. No i wiecie, ponieważ gen tego owłosienia niknie zastraszająco i szybciej trafię tutaj na Araba niż na potomka Wikingów… więc pewno mi sie nie uda. Nadal będę myśleć o tych włoskach jak o czarownej, elfickiej włóczce, z której serio wyrabiają najlepsze koszulinki. I to takiej, którą serio trudno nabyć…

A tak, Północ nie jest już północną Północą. Szczególnie jeżeli chodzi o Wyspę. Dookoła śniegi a u nas co? No wiosna kurcze! Mikroklimaty i inne sprawy. Figi zaczynają już pokazywać zielonkawe cząsteczki gotowe się fioletowić. Krokusy rosną gdzie popadnie, jakby ktoś serio niczym ten Grześ przez wieś idący, cebulki poupuszczał nad morzem świaodmie lub nie… Raj czy coś? Wiater wieje, ale jak słonko się pojawi, to już człek chce się do koszulinki rozdziać, bawełnianej, nie elfickiej i jakoś tak tańczyć i pląsać i radować się niczym naćpany czymś niesamowitym delikwent. Zaprawdę powiadam wam, często sobie myślę, że czegoś do naszej kranówki dodają. Bo nie dość, że smaczna i z gwinta człek ją ciągnie, to jeszcze kurcze dobrze robi…

Może to i jakaś źródlana używka, może ino czarowne coś? Pierun wie, nie zastanawiajmy się nad tym, wiatr nadchodzi, więc szaleństwo się pogłębi. Szczególnie przy tej pełni. Wczoraj była czerwona i spłaszczona, jakby ten ktoś, co na Księżycu siedzi, to przytył czy coś? Krowa tam była, co nie? Ale ona chyba ino przez niego skakała, więc to nie ona… czyżby Panu Twardowskiemu jednak dieta się pogorszyła, czy coś? GMO tam sieją może w kraterach? Kto to wie?

IMG_7563

Dookoła mnie świat się kręci, a ja cieszę się wiatrem. Cóż, biorąc pod uwagę, że to wiatr wiatr, a nie rozmowa moich wnętrzności, to jednak kto z was na niego w ogóle zwraca uwagę? Kto z was ostatnio wpatrywał się w niebo, tylko po to by w nie popatrzeć, a nie sprawdzić, czy pada, tudzież znowu jakieś satelity zrzucili? Czy świadoma jestem tego, że poza Wyspą świat jest inny?

Chyba już nie…

Wychodzę wyrzucić śmieci i widzę morze. Piękne, wzburzone, może i gniewne, a może jednak po prostu się dobrze bawiące?  Nie ma na nich łodzi z brodaczami na berserskim haju, ale są wielkie smoki i porwane rusałki, które mają dwa wyjścia, albo zostaną ich żonami, albo… zostaną ich żonami. Serio, jak się smok zakocha, to wiecie, no nie popuści. Znaczy nie wypuści, bo popuści…. te wiatry muszą się skądś brać, co nie? Chociaż kto je tam wie te rusałki, może to one napadły te smoki? Mniejsza, są i syreny i krakeny… mamy nawet takie kieszonkowe, jakby ktoś chciał poczuć jak to jest, gdy wszelakie macki muskają mu paproszki pozostałe po poprzednim dniu. Wiem, że mi nie wierzycie, ale po co mi wasza wiara? Ja je widzę…

W małych chatkach kryją się i grzeją Tubylcy. Pewnikiem jak wszyscy cieszą się, że dziś piątek. Chociaż pewno są tacy, co pracują w weekendy, albo mają jakiś egzamin, czy wstydliwe badanie, to może jednak nie wszyscy… Najważniejsze jednak, ze zbliża się sezon. I może to być ostatni taki sezon. Jak się nie dogadają ci wszelako politycznie i zajumają nam cudnego Poula Ankera, to będzie buba turystyczna… wszyscy o tym mówią, podobnie jak o zamykanych szkołach, jakby serio świat się miał skończyć. Może i ten spisek o przeprowadzeniu wszystkich do Kopenhagi nie jest tylko spiskiem, ale świadomym działaniem politycznych?

Może…

W końcu lepiej zagonić trybiki w jedno miejsce, zaklatkować i zmusić do roboty, która nie ma żadnego sensu. A piękny świat zasypać radioaktywnymi odpadami, albo sprzedać temu, kto da więcej i kto będzie sobie mógł tutaj żyć sam… A takiego wała!!! My tutaj wciąż chcemy sami myśleć i tworzyć i robić kupę i siku nie na rozkaz, ale kiedy nam się chce i wywalać telewizory i piperzyć gazety! I wielką dupę Kim K.! Czy jak się ona tam nazywa… i… O pierwsza mrówka na dywanie! Znaczy wiosna pełną gębą ludzie! Jak te małpiszonki się obudziły, to szykujcie się na ciepełko!!! Walmy polityki, żyjmy teraz! Macajmy kwiatki i drzewka, taplajmy się w strumykach… cała reszta to kit i fotomontaż! I to serio strasznie kiepsko sklejony do kupy!!!

IMG_7547

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Prawdy Objawione… została wyłączona

Pan Tealight i Bogini Aviomarina…

„Cóż…

… każdy ma swoje zadziwienia i obostrzenia, zboczenia i natręctwa. Wstręctwa i ogólne wymiotniki, przylaszczki i klakierstwa. To, że Wiedźma Wrona Pożarta przodowała w ich wszelakiej produkcji, przechowywaniu i pieszczotliwym: nie opuszczę cię też i po śmierci… nie było niczym dziwnym. Jakoś wszyscy do tego przywykli i prześcigali się w odnajdywaniu nowych w jej codzienności, ale… widzicie czasem i ona musi być względnie normatywna. I wtedy wkracza Bogini Aviomarina i nietuzinkowy, wciąż nie akceptujący swej wyższości, Bogów Władca Clona. Szczególnie, gdy w grę wchodziło podróżowanie. Oj tak, Wiedźma Wrona zawsze miała problemy z mostami i wodami, niezależnie od ich stanu wburzenia. No nawet ze zwykłą kałużą, od razu musiała w nią wleźć, przejść dookoła, czy przeskoczyć nie potrafiła. Ale samochody i łódki sprawiały, że wszystkie książki chciały z niej nagle wyjść i obejrzeć sobie jej zewnętrze… dlatego pomoc mocy wyższych była niezbędna. Nawet nie chodziło o to, że to przecież one same ją pożerały, więc… czyż owe wymioty nie powinny być…

Mniejsza o szczegóły…

A jak się bogowie do niej zabierali?

Dziwacznie oczywiście!!!

Najpierw coś w nią wcierali, potem trzepali srebrnymi trzepaczkami w diamencikach, poili ją wywarami, by w końcu jakoś tak… no nią pookręcać i już była gotowa. Podbno. Tak naprawdę nikt nigdy nie podejrzał owego dziwacznego występu, znaczy się tam mszy czy innej celebracji, jak zwał tak zwał… Nie żeby było zakazane, nikt nie bronił, ale i nikt nie spraszał nazbyt, po prostu… to nie było do końca nienormalne. Znaczy było nienormalne kompletnie, ale jednak w pewnych granicach rozumowania ów obrządek był… specyficzny w wymiarze tego przeczucia, które kazało ci być jednocześnie trzema małpkami w twej jednej osobie. Znaczy wiecie: nic nie widzieć, nic nie słyszeć i serio nie krzyczeć!!! Bo jeszcze na tobie to potrenują i co wtedy?

Po takich przygotowaniach przy użyciu wyższych sił, wszystko nagle cichło i następowało odliczanie. I już można było z Wiedźmą Ptaszydłem udać się w podróż. Oczywiście, trza było pilnować jej, żeby nie zasnęła gdzieś jakoś tak po drodze, na przykład wpatrując się w wystawę, czy coś? Albo nazbytnio się rechocząc nagle nie osiągnęła stupory Żony Lota… wiecie tej Kini od Solanki, nie… albo, co było najgorsze, nagle na widok nadmiaru ludzi nie zaczęła latać.

Z tym to był zawsze największy problem. Jak to wytłumaczyć?

Tym razem jednak bogowie dobili dobrego targu z jej cielesnością, bo chociaż umysł w niej ogromny i ciekawski wciąż wiercił się i kręcił, ciało wyglądało dość ludzko i dało się zabrać w podróż. Poprzez morze i most i dwa kraje… i więcej jeszcze. Ale bez obawy i wrony i sroki i kawki wciąż jej pilnowały. Ale i tak Wyspa nie chciała jej puścić. Robiła wszystko, ale w końcu, no musiała. To miała być przecież tylko chwilka!!! Jakoś wytrzymają bez siebie. Zresztą i Wiedźma wzięła kawałek Wyspy i Wyspa kawałek Ptaszydła. Na wszelki wypadek. I dzięki temu przez cały czas jedna drugą głaskała…

Jednak mimo wszystko świat odetchnął, gdy znowu się połączyły…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5232 (2)

Wszyscy określają to jako dziczenie…

Wiecie: wiejskie wychowanie, oddzielenie się od większej grupy ludności. Po prostu życie bez tego, co specjaliście od marketingu uznają za niezbędne. Mieszkanie na obrzeżach miast często zostaje uznane za plemienną inność. Za nie do końca ucywilizowanie. Oj tak jak kiedyś nazwanie kogoś „wieśniakiem” oznaczało tego, który nie wie jaki koniec sznurka wsadzić do gniazdka, tak teraz… no właśnie, jak to jest teraz? Czy wciąż istnieje „wieśniactwo”? Tak zwana małomiasteczkowość, dla wielu utożsamiana z głupotą i naiwnością? Dlaczego tym wielce cywilizaownaym i miejskim nie przychodzi do łba, że abu przeżyć gdzieś poza ich światem, trzeba korzystać z mózgu, znaczy tego, czego im reklamy i gadżety dawno spod czachy wydepilowały?

Ale co z tym dziczeniem?

A to, że obecnie ludzie starają się uciec cywilizacji. Ona ich goni, pięty podgryza, łapie na lasso, dołki kopie, wnyki zastawia i sidła, ogólnie mówiąc nęci i chęci, a jednak… wciąż jej uciekają. Cóż to za czasy, że ucieka się od cywilizacji? I to nie ucieka się od mądrości, od umiejętności pisania i czytania, od uczenia się, współżycia z naturą w mniej, lub bardziej, dosłowny sposób, ale właśnie od niej… samej pipkającej ajfonami cywilizacji. Bo ta cywilizacja to zła kobieta jest. Serio, to musi być baba… baba, co się bardzo chce naparzać z Matką Naturą, ale ta walczyć nie chce. Patrzy na Panią Cywilizację spod byka i grzywki, a może to koza jest, żeńska, bo ją doi, więc patrzy i lekko się uśmiecha, mruży oczy… Pani Cywilizacja na to, że przecież ty się nie znasz, hamujesz postęp i tak dalej, ale kozę wydoić trzeba, więc Matka ino dalej do roboty się bierze, no i swoje wie. Możecie nazywać ją Wioskowym Głupkiem… proszę bardzo, zaboli, ale z drugiej strony kto się wyzywa… ten mówi o sobie…

Jakoś tak ostatnio wielka to obelga powiedzieć, że hamujesz cywilizację, że osz taki zaściankowy jesteś, nie znasz się na postępie, no i że te nowoczesne odzieże, co są z plastiku i parzą, to tak naprawdę moda jest, a ty się nie znasz, boś wieśniak i tak dalej. Dzikus pieruński właściwie…

Dzikus.

Choć nie goły.

IMG_9824

Jestem dzikus.

Dzikus zdziczały na dodatek i ogólnie mówiąc… intrygujący przykład cofnięcia się w rozwoju. Bo nie dość, że piszę ręcyma!!! ha ha ha, to jeszcze umiem czytać ze zrozumieniem. Ale nie potrafię używać telefonów, laptopów, czy innych technicznych cudów. Sodoma z Gomorią ze mnie, bo książki mam w papierze i w ogóle. Podobno to nawet oznacza, żem nieekologiczna… bo widzicie ta Pani Cywilizacja głosi, że plastik jest lepszy, bardziej ekologiczny itd. itp…

Tiaaa…

Mieszkając na Wyspie człowiek nie zauważa aż tak mocno owego swego zdziczenia. Wiecie no, większość tutaj lekko poddziczała, a i owej większości ogólnie maleje. Ile to jest 40 tysięcy żywych dusz? Nosz maleńko! A i spada ta liczba, chudnie i ogólnie mówiąc marnieje, więc… No dobra w sezonie nas więcej, ale i sezon króciutki przecież. Nawet zderzając własną zdziczeniowość z wymuskanością Turyścizny, jakoś tak… nie kłuje po oczach. Jakoś tak chyba i Turyścizna lubi sobie tutaj zdziczeć. Nie zwracać uwagi na marki, chłeptać smaczną kranówkę, sprzątnąć po sobie, w lesie zaś ptaków słuchać. Spacerować i oddychać…

Niestety, gdy nagle, po raz pierwszy od lat wielu człowiek, czyli ja, musi udać się w wielki świat – czyli stolica – zdziczenie ukazuje się w swojej całej i okrutnie nagiej postaci. Po prostu staje przede mną i rechocze jak wioskowy głupek. A co, do tego macha przyrodzeniem i robi miny, by zwyczajnie wydać się jeszcze bardziej rąbniętym… Ekhm. Wyjechałam. Dwa promy jeden most w dwie strony i dwa kraje. A tak, z Wyspy wyjechać, a i dojechać na nią, trudno. Telepie cię i miota po pokładzie Villuma Clausena. Niby szybki, w końcu Poul Anker, cięższy, mniej bujalny, płynie ponad dwie i pół godziny… Villuś tylko półtorej. Śliczniochne te promy takie, domkowe. Sklep mają z cukierkami i procentami, nosz żyć, nie umierać! Dają też jeść, można zrobić siusiu, a na dole w rdzewiejącym brzuszysku twój własny samochodzik sobie drzemie. Bo wiecie autka morskiej choroby nie mają… Po pływaniu jazda oczywiście. Drogi i mijające autka. Dookoła pełno wszelakich tam centów handlowych, jakby życie tylko na tym polegało? Okrutne myślenie?

W końcu stolica, a co pięć minut w stolicy światła i rowery, które tylko czekają, by po prostu zamieszać ci egzystencję. Jakby im było wszystko wolno, jeżdżą jak chcą… czy jesteś autem, czy chodzącym ludziem, uważaj!!! Znaczy rowery jeżdżą, bo światła nie dostępują błogosłwieństwa Zielonej Fali. A i wszędzie samochdy. Parkują jak im się podoba, bo w końću ludzie na rowerach, więc nie bój żaby, jeżeli nie masz jak Jetson pakowanego atka w neseserek, to nigdzie nie staniesz. Wleczesz się więc przerażony, przypominając sobie co to jest korek, a i pieszy zamulony telefoniczny, a w końcu w dzielnicy wykwintnej znajdujesz Konsulat… i tyle męki tylko po to? No cóż. Dziczenie we mnie oczywiście chowa się w każdym cieniu i załomie myślenia innych. Po prostu. Słuchawki pomagają. I aparat. W końcu serio jak się jest wariatem, warto i jak wariat wyglądać. Spódniczka z liści palmowych nie zrobiłaby więcej, wiecie taka ta moda cywilizacyjna dziwna… więc teraz czas na zabawę, na pączek pierwszy od wielu lat… na most, pizzę i IKEA’ę, która z drewnianej zrobiła się plastikowa.

Widzicie…

Świat się zmienia, ale nie na lepsze. Ta cała cywilizacja to kicha. Moje zdziczenie jednak zmusiło mnie do przypomnienia sobie starych lęków: ścisku domów, nadmiernej ludzi ilości, krzyków, wrzasków, hałasów. Idę i się chowam, jadę i robię to samo, niewidocznieję się… nie wiem gdzie jestem, nie wiem po co. Tak naprawdę nagle to, za czym trochę tęskniłam jest… nie tym, co zapamiętałam. Niby smakuje tak samo, ale nagromadzenie kobiet w chustach i mężczyzn o ciemnej karnacji, dziwnie groźnych, wulgarnych i głośnych… sprawia, że zdziczenie ryczy jak lew i zmusza mnie do stania się płytką chodnikową. Albo takie wielkie centrum handlowe. Po co to? Kto to kupi? Dlaczego dbanie o rzecz nie pomaga i cholerstwo i tak się zepsuje po roku lub dwóch latach? Żeby kupić więcej? Więc chodzi tylko o to cholerne kupowanie? Zdziczenie, które jest znowu tylko mną, nie wariatem przede mną, nie rozumie, nie lubi kupowania, na szczęście znalazło świeczkę pachnącą poziomkami, więc wącha ją siedząc na podłodze, całkiem niewidzialne. Bo może. Bo wie, że w końcu wróci na Wyspę… i będzie mogło być sobą, jak inni. Nie zważającym na szyk noszonych ciuszków, na odpowiedni uśmiech i telefon, na brak etyczności i savoir vivre’u. Po prostu będzie mogło być cudownością własną w kompletnej bezreklamowni…

… i raczej, nawet jak się skończy poziomkowa świeczka, chyba nie wyjedzie zbyt szybko. Potrzebuje natury. W leśności łatwiej znaleźć drogę niż pomiędzy wyładowanymi koszmarkami regałami…

IMG_5003 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogini Aviomarina… została wyłączona

Pan Tealight i Książę Jajko Niespodzianka…

„No nawet ona sama o tym zapomniała.

Jak mogła?

Jak śmiała?

Jak w ogóle można było, tak po prostu O NIM zapomnieć, odrzucić ową łaskoczącą myśl, po prostu przestać pamiętać? Jak? Jak wiedźma może po prostu wszelkie symbole, wszelkie wskazówki, wieczorne łaskotanie w piętę, nocne chrobotanie w kieszonce plecaka, drzucić, jakoś tak… nie słyszeć? A może raczej należało zauważyć jak się ona, znaczy w końcu, jak się postarzała… Ale wiecie, jak się trzaska te zaklęcia na prawo i lewo, to widać można. A chodzi o niego. O Księcia Z Niejednej Bajki. O Pana Wszelkich Słodyczy. O Jego… wymarzonego, zawsze wyłaniającego się z chmury dymu, ze stukotu końskich kopytek, szczęku broni o zbroi, z owego lęku i dziwnego zagubienia, które tak często i ją otaczało. Wiązało, zniewalało…

Widzicie…

… w pewnym momencie swojego życia, jakoś tak pomiędzy samą sobą, samą sobą i samą sobą, no się stało. Zapomniała Wiedźma Wrona Pożarta o Księciu Jajku Niespodzianku. Szczupłym, wysokim, twardym i stojącym, i plastikowym z nierówno rozlaną farbką na ciele. Wielokrotnego użytku, zawsze w miaturowej postaci gdzieś przy ciele chowanym, ale oczywiście… gdy się go pocałuje w intymne miejsce… wiecie, wzrastającym!!! Nawet nie pamiętała dlaczego, nie raczej kiedy go stworzyła. Kiedy to było? Dlaczego? Czyżby jej świat wewnętrzny tak bardzo potrzebował przenośnego księcia, że nie do końca poinformował ją: dlaczego?

Bynajmniej wykorzystała do zaklęcia księcia z jajka niespodzianki. Wiecie, kinder surpise czekoladowe i z białym środeczkiem mlecznym, i z ową tajemnicą w owym mlecznym, białawym środeczku! I z nim… mrugnął do niej, gdy tylko otworzyła jego miejsce zrodzenia. Gdy ową swoją bladością, nierównie rozłożoną na twarzy, jakoś się do niej uśmiechnął. Wiedziała… że to on, że po to i że czas nadszedł.

Tylko… dlaczego teraz nagle powrócił?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9933

Z cyklu przeczytane: „Granice szaleństwa” – … jest moc. Moc i siła. Jest pomieszanie z poplątaniem, aż w końcu wyłazi z tego sam sens… I oczywiście są okolice Nowego Olreanu, a to oznacza bagna, moczary i aligatory!!!

Gdy nasz ulubiony agent FBI odkrywa, że śmierć jego małżonki nie była przypadkowa, coś się w nim zmienia. Nagle ten zimny, dziwny blady mężyczna, trzyma w dłoniach ogień. I bardzo pragnie w końcu kogoś spalić, zabić, a najlepiej jeszcze wypatroszyć. O tak, takiego pokazu emocji nie spodziewalibyście sie po nim. Do śledztwa oczywiście dołącza jego policjant przyjaciel, a po pewnym czasie i jego ukochana… Gotowi na wszystko, a może w jej przypadku wciąż niezbyt pojmujący kim, czy też może nawet CZYM jest agent Pendergast…

Najgorsze jednak jest to, że wszyscy tak naprawdę do końca nie wiedzą, kto pociągnie za spust? Kto trafi w serce…

Pierwsz a trylogii o śmierci Helen, cudowna, pełna niesamowitych zwrotów akcji, wspomnień, ułamków przeszłości Pendergasta, klocków, które w pewien sposób obogacają naszą wiedzę o nim, ale też wyłamują drogę dla nowych pytań. I to nie tylko o zmarłej Helen, ale naturę bytu, jakim jest… agent FBI. Jak zwykle świetnie napisana, mieszająca naukowość z fantastyką, wciągająca historia. Z jednej strony kryminał, z drugiej czysta sensacja z krwawym rozbryzgiem, a pomiędzy tym nutka nostalgii. Oczywiście… też jak zwykle elegancka. Przygotujcie sobie więc i ciuszki na błotne wyprawy i takie na kolacje przy swiecach. I bądźcie gotowi na wielkie tajemnice, które odkrywane rodzą kolejne… aż w końcu nic nie jest pewnością…

IMG_4928

Jedno z moich ukochanych zdjęć z dzieciństwa. Siedzę na ziemi, a może na jakimś kawałku drewna, w ciemnej sukieneczce… żeby nie było fotka biało-czarna, więc podejrzewam, że krótka kiecka odsłaniająca mi wszystko była raczej granatowa z jasnymi wstawkami… i śrę kogiel-mogiel. Tia, u mnie to zawsze był i kogiel i mogiel. Utarty spracowaną ręką Przyszywanej Babci. Kubek jest metalowy, wiecie taki, w którym wciąż większość z nas gotuje jajka. Łyżeczka mała, moja morda ucieszona… a ziemia rozdrapana przez kury. Właściwie, to gdziekolwiek widać jakieś piórka i dzioby. Nie wiem, ale nie myślałam wtedy o tym, że pożeram ich dzieci. Wolna byłam od jakiejkolwiek idiotycznej degrengoladzkiej indoktrynacji. Jadło się w końcu to, co było. Nawet jak to coś było z karaluchami, to się jadło. Bo widzicie, kiedyś nie można było wybrzydzać, żarłeś i już! Jak nie żarłeś, to umierałeś… a świat był aż nazbyt ciekawy, by tak zwyczajnie z niego zrezygnować. Dlatego się jadło. Najpierw kochało się małe, żółciutkie kurczaczki, a potem jadło ich jajeczka. Uch! Czysta perwersja, czyż nie? Nie myślało się o tym, że te osrańce grzebią w ziemi, że błotko się do nich przylepia. Oj nie. Myślało się tylko o tym, by jajka podebrać na czas, a i te schowane w pokrzywach też jakoś wydostać. Nie wiem skąd to wiem, bo co do kur, zawsze stosunek miałam uciekający. No boję się ich jak gęsi! Znaczy gęsi bardziej… syczą i gęgają no!!! Straszne są!!!

Łabędzi też się boję.

Ta dziewczynka z kubkiem, siedząca w totalnym ziemskim nieładzie bała się całkiem innych rzeczy. I chyba z czasem nie zaczęła tracić strachów, raczej się jej one nawarstwiały. Nowe dochodziły, stare robiły im manto… ot wszystko według jakiejś tam etyki. Ale co do religii, to miała jej mniej. W szkole jej nie było w ogóle, a w domu wiadomo ino jedna była. Nie było ni wegetariaństwa, ni ekoaństwa, wyznawania wyłącznie braku glutenu, ale bezdzicstwa. Albo lepiej. Wyznawania wielodziecstwa, mięsojedztwa i wielkiego bożka Grande Celebryta. No i są jeszcze teraz te religie lecznicze, ale serio nie mam już do nich głowy. Bo widzicie czasy mamy teraz takie religijne bardzo. Każda moda zmienia się od razu w ruch wyznaniowy. Niezależnie od tego czy chodzi o portki z kupą w kroku, czy ino dziary na oczach… od razu do tego i księga i bożek i berło i jabłko…

Religia na Wyspie chyba istnieje. Serio widziałam kiedyś pogrzeb. Ale tak ogólnie chyba wszystko zamyka się w krótkim ogłoszeniu w gazetce… Oj pewno, że mamy kościoły. Serio to są takie nowsze i starsze, są ino ruiny i kamienne kręgi.

IMG_4612 (3)

Dla każdego coś miłego.

Są kościoły, które były domami i takie, które się zaraz nimi staną, może po krótkim remoncie. Najbardziej szokuje jednak to, że tak tych kościołów wiele. Że szkoły zamykają, ale kościoły wciąż sobie stoją. W każdej większej osadzie jest wielki, ogromny, przytłaczający… no może poza okrąglaczkami, ale cała reszta trochę straszy. Bo ludność tutaj wierząca… ale w Wyspę. A może w nic nie wierzą, kurcze trudno za społecznościami i ich zachowaniami duchowymi nadążyć ostatnio…

Tutaj ważniejsze są przecinki.

Religia nieobrażania, niesmędzenia, niewyróżniania się na wieki wieków. A tak, we wszechświatowym dążeniu do poprawności politycznej postanowiono też uhonorować leniów. Wypierdzielamy przecinki i nakazem odgórnym wszyscy mają się porozumiewać wyłącznie przez internety i to w krótkich zdaniach. Nie, nie żartuję. Ale za to mogę w końcu zawrzeszczeć, że czuję się DYSKRYMINOWANA. Bo przenośniami już nie można, aluzjami tyż nie, a sarkazm to wiecie, zapomniana sztuka jak flirt… Albo takie daty przydatności do spożycia. Znaczy wiecie, te najlepsze jest przed… Nagle odkryto, że przecież po tej dacie to wciąż nie truje, więc nie ma reklamacji. Żryjcie i po dacie najlepszego smaku! Oj pewno, że do tego jest cała ideologia, co się zwie ekologia. Znaczy nei wyrzucaj dobrego jedzenia… ale… No właśnie ALE. Może by tak nie kupować, co?

Może by tak zwyczajnie, po staremu, całkiem za darmo tak… no wiecie, MYŚLEĆ?

Panująca religia, zdobywająca coraz więcej wyznawców, członków i serio wyraziście namacalnych modlitewników… to NIEMYŚLENIE. Nie wiem dlaczego tak bardzo wszystkich nęci jej dekalog? A ja, ta mała dziewczynka z grubiutkimi nóżkami – nóżki wciąż mam grubiutkie – jedząca kogiel-mogiel i mająca na uwadze tylko ten smak, słodycz i naiwną, cudowną błogość, wierzyła w nowości i odkrywanie. W moc purchawki pod zielonkawą, zagubioną trochę ławką. Lekko odrapaną, mało odwiedzaną, stojącą w otoczeniu starszych, ciasno spojonych gałązkami swymi iglaków… w siłę uśmiechu, moc czekolady spod stołu i czarowność palmiarni w Sanatorium, wierząca, że będzie, że się stanie… ta dziewczynka się nie zmieniła i nie pasuje do tego świata. Nadal woli dzicz błotka, nadal zjadałaby kogiel-mogiel, tylko że on jakoś ostatnio dziwacznie smakuje… no z kurami by nie chciała, ale z drzewami pewno. Nadal gada do krzaków, całkiem niepłonących i nadal jest sobą. Wierzącą we wszystko, co dla innych jest niemożliwe… i wiecie, nigdy i nigdzie nie miałam na imię Alicja…

IMG_9913

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Książę Jajko Niespodzianka… została wyłączona