„Świat nadmiernie wierzy słowu pisanemu.
Może i czytać umieć przestaje, ale wierzy… jakby te słowa i litery, a jeszcze lepiej, szkrobane cudzą ręką szlaczki nieczytelne, dymiły aż magią. Wielką magią. Niewyobrażalną magią. Nieopisywalną, niezrozumiałą nagle mimo wszelakiego dostępu do nauki. Do zeszytów i ołówków. A przecież wystarczy coś zmienić, szczególnie w tych współczesnych czasach, gdy kolejna kopia pokrywa starą i nikt już nie wie, nikt nie pamięta, nie ma dowodów na to… co było. Jakie było i dlaczego w ogóle do ciebie przypełzło kładąc się na twojej kanapce z rzeżuchą, serkiem i mocno wędzoną kiełbaską… na białym chlebku z masełkiem…
Bo widzicie, nic nie było takie, jak się nam mówi. Nic takie, jak opisali kronikarze, gawędziarzy zaskórnicy… nic takie jak uczyli. Nie oszukujmy się. Człowiek wtedy, a człowiek teraz, jest taki sam, ale człowiek wtedy, z tamtymi wydarzeniami nie może być zrozumiany przez tego, który szuka wyłącznie bohaterstwa, albo… zwyczajnego, znajomego skandalu!!! Nie da się…
I dlatego nikt nie pamięta o ropuszce. Ropuszce Pinkidorze. Maleńkiej płaziowatej gadzinie w kropeczki. Z grubiutkimi udkami, ciałkiem kulstym, malutkiej, a jednak dziwnie potężnej, gdy przychodziło do kochania. Takiej w kolorach ziemistych, ale z zielonkawymi oczkami, dziwnie połyskliwymi, jęzorem długim i ogniście czerwonym, oraz różowymi plamkami… widzicie, wysypką jakby… może to wirus, a może od natury ostrzeżenie, którego nikt nie słuchał? Którego mała Pandora nie widziała, bo od małego nie rozróżniała kolorów.
Widzicie, księżniczka Pandora choć piękna, była niska i strasznie zakompleksiona, a i na umyśle względnie podrażniona. Gdy pewnego dnia, rozmyślając nad miłością w przypałacowym ogrodzie spotkała ropuszkę… zakochała się w niej. W końcu odnalazła przyjaciela, tak samo niechcianego, tak samo nierozumianego. Polubiły się i dogadały od razu. Ropuszka zamieszkała w szkatule wyściełanej glonami, lekko błotnistej, tak jak lubiła, karmiona muszkami w cukrze oczywiście była, a w zamian kochała swoją przyjaciółkę bezgranicznie. Nawet wtedy, gdy już po zamążpójściu wyszły na jaw owe odporności, a raczej ich braki… że tylko Pandora była odporna na te zarazy ropuszki? No kto mógł o tym wiedzieć, wstyd się przyznać, że żabon wszystkiemu winien… więc wiecie, wymazanao RO…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Bóg, honor, trucizna” – … więcej. Więcej chcę i nie chcę czekać!!! Kurcze, kto to widział, żeby czekać trzeba było!!! Bo przecież to dopiero początek. Ot tom pierwszy, ledwo dym unoszący się znad ogniska, para znad pokrywki, zwiastująca bardzo dobrą kolację, której się nie oczekiwało.
Foryś ma to do siebie, że lubi nie mówić do końca. Nie odkrywać wszystkiego, pozostawiać masę niedomówień, jakby był dumny z tego, że on wie, a czytelnik to nie… a i tak się go czyta. Bo wciąga. Bo mami. Bo tworzy osobowości, które zaprzeczają nudzie schematów. I nie inaczej jest z tym tomem. A to tak naprawdę pierwszy tom trylogii!!! Pierwszy…
Oto ona.
Ideał! A przynajmniej tak mnie uczyli na lekcjach historii. Ot najbardziej romantyczna para wszechczasów. Marysieńka. Kobieta, która sprawiła, że Jan III Sobieski nie był tylko hetmanem. Nie był tylko władcą… stał się ikoną kochającego męża. Idealnego partnera… Oj, to idealizowanie! Nie bójcie żaby, Foryś nie będzie idealizował. Oj nie, on po prostu pokaże wam i miłość i prawdę i… coś więcej. Bo przecież opowieść, tkana na znanych nam faktach historycznych, jest czymś więcej. Romansem wyobraźni i tego, co znane. Tego, co przypieczętowane wiekami opowieści. Ale nie bójcie się. To nie obarczone wymyślonymi normami pisanie. To nie historyczna opowieść z jakimiś dodatkami… to cholerna sensacja! To thriller, a jednak nie rażący pokręconymi ideami. To… powieść. Roztapianie się powolne w rzeczywistości i włażenie w inne czasy, inne opowieści. To… intryga. Królewskie ideały, pragnienia kobiet, siły, które tak naprawdę nie leżą w dłoniach, które o to podejrzewamy. Oto ukazanie delikatnej pajęczyny… oto świat, w którym tak wiele nici, wspiera innych wiele. Tylko… kto jest pająkiem?
Wspaniała powieść. Porywająca sensacja, chociaż nosząca dziwne suknie i pończochy… na męskich łydkach.
Ekhm… no to Turyścizna atakuje.
Nagle w sklepach, a i innych miejscach, dzikich bardziej, tłok. Potęga mowy wszelakiej i mało idealnych nieuśmiechów. Jakoś tak w tych rejonach smuciej się robi. Szalejąco bardziej i mało spolegliwie. Jakoś tak… ale za to w lesie nadal cisza. Oczywiście jak się nie natkniecie na kilkoro przeraźliwie wrzeszczących bachorów. Kurde!!! Ciszy człowiek chce, a tu co… oczywiście kurna wychowanie bezstresowe. Ja tam nie wiem, ale mnie chowali tak, że w lesie wrzeszczeć nie można było. Ale co tam. Przecież na czym się znasz człowieku. Przemykam się między powalonymi drzewami, ciesząc się, iż nadmierna błotność wygnała stąd turystów z wielkimi plecakami. Aj kto to widział wdzierać się do wąwozowatości Blaskinsdalen z takimi tobołami. Tutaj na ścieżynce dwa ludzie z ledwością się wiminą i to tylko gdy jeden się odchyli i ułoży mało równolegle do skał. I tyle. Ale wiecie, nie ma tego złego. Bo tam, w tych skałach cudowne pierwiosnki są… i oczywiście sławetne przylaszczki. Niebieściucho kobaltowe, lekko fioletowe, lekko dziwnie bordowe, lekko niesamowite. Chciałoby się zawisnąć nad nimi i tak fotki robić, ale się kurcze… nie da.
Czasem zwyczajnie się nie da.
Jak już znikną obcy z innej planety, matplanety, czy innego Nostromo, znowu można po prostu macać, smyrać i wdychać Wyspę. Po cichu. Szepcząc, do wciąż dziwnie niepewnych zawilców, coby się w końcu otworzyły na ten świat. Obiecując im, że będzie lepiej, serio, no i ta cała posępna człowiekowość… wróci do siebie, żeby mogły rozkwitnąć i znowu uczynić śnieg. Znaczy zaśniegować lasy na Wyspie. Tak na amen i do końca. Otworzyć te słodkie białe i żółte, a czasem nawet bordowo-fioletowe mordki i pokazać wszystkim gdzie pieprz zimuje, a żółte wnętrzności lśnią. I pachnieć. Bo widzicie, w tym roku odkryłam, że owe wczesne kwiatuszki… pachną. Pachną dziwnie subtelnie, uroczo. Jakby nie musiały się starać, jakby robiły to tylko dla siebie. Bo przecież… nie mają konkurencji. Nie muszą zbawiać pszczółek, nic nie muszą. Tylko wygrzebać się spod zimowej jesienności oipadłych liści i połamanch traw, muszą. Wydostać te swoje urocze gałązki i listeczki, takie pietruszkowe… Nie muszą się starać. Przecież wciąż jeszcze gałązki są gołe, więc dlaczego pachną?
Dlaczego aż tak pachną?
Pomiędzy zeszłoroczną liściowością wybijają się wszelakie trawki. Dumne ze swojej zielonkawości, śliskie i jakby oliwione. A może po prostu w ziemi nowe łóżka do opalania zdeponowali? Wiecie, ale takie na chlorofil, co nie? Żadne tam brązy! W końcu to wiosna. Stawiamy na radosne pastele i wszelako jazgotliwe zielenie. I na rąbki żółto-czerwone wtykane w pączki. A tak dla jaj wiecie, coby sobie urozmaicić świat. W końcu niebiosa obtoczyły się błękitem wszelako nadmiernie błękitnym, więc czemu nie! Wszystko to tak ślicznie do niego pasuje!!! Wszystko układa się w taką romantyczność wszelkaich początków uczucia… a do tego ptaki. Głośne i natarczywe, ćwierkające, jodłujące, śpiewające. Dające z siebie wszystko. I gniazdeczka już czkekające na rodziny. I skowronek nad polami się unoszący i w stronę słońca trelujący, jakby serio gdzieś miał to, by jakąś pannę do gniazda ściągnąć… A może rzeczywiście go panny nie obchodzą? A może ma jakąś, a ta akceptuje to, iż jej wybranek wielbi też inną? Jakoż nie wymaga wyłączności od chłopa, na podorędziu ma wróbeka niecnotę…
Może i słonko wali i srebrzy wszystko i złoci. Może i gdy w nim się stoi ciepełko miłe poci ciało, gdy wdrapujesz się na kolejny stok, pokonujesz nierówną, wąską ścieżkę i dziękujesz światu, że wciąż jeszcze możesz… może… Może i nawet to już kwiecień, i wspomnienia wrzących Wielkanocy w sobie nosisz, a może i nawet straszliwie takich letnich, może… Prawda jest jednak taka, że kurcze zimno pieruńsko. Ot może się i zgrzejesz skacząc od kamienia do kamienia, od korzonka do korzonka i potem skłon, buziak w glebę, gdy trzeba przejść pod zwalonym drzewem, ale jak tylko w cień wleziesz, jak ino słonko nagle gdzieś z ciebie zniknie, to przypominasz sobie o rękawiczkach. Może dlatego wciąż jeszcze cała leśna kwietność taka jest markotna we wzroście?
Może?
Piękne te błękitności spowite mrozem. Wietrznym mrozem takim, uszczypliwym bardzo, drażniącym i w nosie gluty utwardzającym. Ale i tak pięknie i pachnie to co jest kwieciem… może kurcze dlatego tak pachną, bo mało ich? Może są tak naprawdę z kosmosu i po prostu za wszelką cenę chcą przywołać nowych? Może i tęsknią za wspólną dywanowością? Może? Bynajmniej, gdy ponownie ląduję dupskiem w błocku, wydaje mi się, że mam pierwiosnka… dopiero po pewnym czasie rozumiem, że jest ich więcej. Wiecie co? Te pierwiosnki, to ściema, wam powiem. Kurcze jako dzieciak pokazywano mi kwiatki i mówiono jak one się nazywają i dałabym sobie łeb uciąć i nie wymienić na nowy i lepszy, z włosami bujniejszymi wiecie i cerą taką szklanką-porcelanką no wiecie… włosowy kompleks mams traszny serio… O czym to ja, a pierwiosnki, więc serio wydaje mi się, a raczej pewna jestem, że pokazywane mi pierwiosnki wyglądały inaczej, nie jak zmutowane prymulki!!! Czuję się taka oszukana. Nie, no pewno, że ślczne są i kolorki radośnie fioletowe i żółte mają, ale wciąż kurcze… Pewni jesteście, że to pierwiosnki? Tubeczki takie z falbankami. Czadowy pomysł Mamuśki Natury, to jej oddać trzeba. Zabawne takie, jakby serio ktoś je z czarownej inaczej krainy wywabił i tutaj sklonował. No bo… serio, to są pierwiosnki. Czy one nie powinny mieć takich płatków innych i takich cieńszych gałązek i listków innych… i…
Gdy się w końcu wylezie z wąwozu, to po prostu magia rośnie…
Piękne te skały i cała linia brzegowa i Szwecja w oddali, nad którą chmury i chmurzyska niczym kładziona łyżką bita śmietana, się łożą. I ta morskość spokojna, ot tam najwyżej maleńkie falowanie, jakby ktoś po praniu zapomniał tafli wyprasować. Zresztą, po co tam prasować, takie cudnie falowane o wiele lepsze przecież jest. Naturalne… piękne. I puste. Widzicie, w zasięgu wzroku żadnego pływającego metalowca czy drewniaka. Ale ponad niefalami są one. Wrzeszczące, krzyczące i dziwnie pisklujące mewy. Gniazdują, czy nie, ale jak tak cień mewy nad człekiem się nagle rozprzestrzeni, to się ino modlisz nagle nawrócony, by cię nie obsrały. Bo cień mają wielki i mroczny. Znaczy każda z nich ma cień. No może jeden mają i sobie wypożyczają, czy coś… nie wiem. Bo mroczny jest. Bo taki dziwnie zaćmiewający słońce, jakby mógł wszystko, jakby po prostu władał, ale jednak pozwalał wszystkim na codzienne niesubordynowania? Jakby… było w tym coś więcej, a przecież to tylko ptaki, tylko cienie, tylko słońce i światło, tylko morze…
Może?




