„Wykluł się z małej pisanki.
Tej kijkiem zanurzanym co chwilę w wosku na ogniu, maczanej. Tej szpileczką na jego końcóweczce dźganej. Owej zawijasami falistymi pokrytej… tutaj lekko zarysowanej, na czubku iksem oznaczonej, a z drugiego końca kuleczką. Trochę większą, nie rozpuszczoną, pszczelim woskiem pachnącą… a potem w cebuli topionej. Chyba wszystkiemu winna ta cebula. A dokładniej te pomarańczowo brązowawe obiereczki. Bo przecież gdy jeszcze dziwnie biała nagość jajka, śnieżna taka bez grudek, znaczona była woskowymi, lekko zielonkawo-bursztynowymi liniami, przecinkami, kropkami, niby językiem jakim, może i elfim… może i językiem? Nic się nie działo. Nic się nie zaczęło, gdy ugotowane jajo obsychało, a dłonie i oczy uzgadniały gdzie i kiedy jaki znak postawić. Nic się nie działo, gdy wosk się nagrzał, a człowiek przy piecu odchrząknął i rozpoczął pracę… nic, gdy po raz pierwszy naznaczył jajko…
A może wszystko zaczęło się od snu?
Nie, nie tego z wybuchającą bombą atomową i dziwnym płaszczem, z ową falą, którą Wiedźma Wrona Pożarta, nawet jak już się obudziła, wciąż czuła na swojej skórze. Może i była chroniona, a jednak… nie powinna była tego śnić. I w ogóle dlaczego teraz? W dniu, w którym wszelakie świętowanie winno być zabronione. W piątek, który przecież ogólnie mówiąc smutkiem winien być zasłany… śmierć wielu piskalczków i babek piaskowych i gotowanych i sałatek warzywnych i jaj i znowu jaj i ich jaj też oczywiście. I jaj… wspominaliśmy o jajach? Wiedźma Ptaszydło szczerze i od zawsze nienawidziła tego okresu. Jakoś tak. Napastujące ją allelują – wierzbowa witka z kotkami – ciotki w okresie młodości małomłodej, skutecznie jej obrzydziły ten czas. Potem księżowie, co to twierdzili, że dziecię należy oswoić z rodzajami biczów dostępnych na przełomie er… a i w ogóle, ten smutek wymuszony. Jakby kurna nie wiedzieli, zapomnieli, że wszystko kołem i to się jak zwykle ze skałą odrzuconą od nowa zacznie i potoczy…
Wiadomo, no zombie jak zombie no!!!
To musiał być inny sen, czyż nie? Nie mógł być ten o stole, bo gdy się Wiedźmie stoły i krzesła śniły, to był to koszmar największy… Co jak co, ale ona uważała i stół i krzesła za zło przez człeka złego wynalezione. Bo i po co komu coś, co sprawia, że do ziemi się nie sięga girkami? No po co? Jak ktoś krótki, to sami wiecie… trudności ma. A i jak tak dyndać przez długi czas i jeść z innymi? Oni mlaskają, plują i ogólnie mówiąc źle to wygląda… i jedzenie… nie. To nie mógł być ten sen.
Nie, to nie mógł być ten sen. Nie ten sen przerwał wiatr stukając w dach i domagając się uwagi. Nie ten…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Każdy musi płacić” – … dobre. Naprawdę dobre. Zaskakujące, prędkie, z jajcem i powalającymi osobowościami. Usz takie „średniowieczne” fantasy. Z podtekstami oczywiście, bo jakby nie, to byłoby nudno!!! I z zaskakującym dopracowaniem… ALE…
No właśnie, dlaczego kurna zawsze musi się spojawić ona. Majestatyczna potężna… Czytelnictwa Boga Ale?
Tym razem chodzi o obszerność. A dokładniej o jej brak. O jakieś zagubione strony, a może i tomy, bo przecież musiały być kurcze!!! W to, w co wkroczyłam z pierwszymi stronami, nie moża tak wejść. Bez przygotowania, bez mapki, opisów… bez pejzaży i historycznych uwarunkowań, bez biografii jakiś, bez charakterystyk. Bez ludzi! Bez ich żyć i lini, które połączone tłumaczą, dlaczego… dlaczego tak się to potoczyło. A i potem… co się do koziej wólki stało z tymi ludźmi i państwami? Przecież część z nich trzymała się na krańcu swej ścieżki, inni znowu na nią dopiero wkraczali…
Oto świat, lekko pomieszany, lekko średniowieczny, nie do końca, wymieszany. Jakby do wielkiego kotła ktoś wsadził średniowieczną niepewność i siłę, skropił to magią, dorzucił do tego intrygujące, utworzone przez siebie klony kościelnych formacji, no i ich. Bohaterów!!! Niesamowitych, wytworzonych przez nieznane dla nas sfery i grupy, wierzenia i nacje… Tak naprawdę niczego nie wiemy, a jednak mnie to kręci. Ona, potężna i zagadkowa, wstawienniczka. On – dowódzca Pięści… znali się. Do tego wykwalifikowany morderca, koronowane głowy i specyficzny bastard… o którego przeszłości też wiele się nie dowiemy. Ale jest jeszcze młodziutka dziewczyna…
Dlaczego?
Cała masa postaci, w których można się rozsmakować, których postępki wzbudzają w nas różne emocje… chcę ich więcej, chcę mocniej i tak, rozumiem dlaczego ktoś mógł przywołać w porównaniach dzieło Martina, ale… ALE!!! To ino rozdzialik! To nawet nie powieść, ale jej część, trochę nadmiernie wyrwana z kontekstu! Niech ktoś to naprawi! Bo to dobre jest. Nawet czytane w ten sposób, wyrwane niczym okno z jakiegoś świata, po którym nikt nie chce nas oprowadzić… intryguje. I nie opisami, bo ich zwyczajnie, jątrząc moje rany, brak… ale nimi. Bohateami. I sytuacjami, stworzonymi powiązaniami, politycznymi i społecznymi formami. Niby zakonami, niby znanymi… a jednak jakże intrygująco… potwornymi?
Szkoda… Szkoda, że nie ma więcej. Że wycięto i opisy, że odebrano mi owo uczucie rozsmakowania się… Wciąż przeglądam strony wierząc, że może przeoczyłam poprzednie tomy i przeoczyłam następne…
… wciąż.
Maundy Thursday – Skærtorsdag zaskakujące…
Po polsku to tylko Wielki Czwartek, na dodatek nie WOLNY Wielki Czwartek, ale całkowicie pracujący, a u nas zaczynają påskeferie. Wyłazi człowiek z domostwa, zachodzi do stolicy i co… i kurcze wszystko pozamykane. Ludzie się szlajają, przyjezdni najczęściej oczywiście i szukają jedzenia. Oj pewno, mogą pójść do restauracji, ale co z zakupami? Za to w kilku (na Wyspę) sklepikach otwartych… kolejki. Jakby koniec świata miał nastąpić, wszystko znika z półek. Usz, nawet miśki z serduszkami na klacie wybywają. Nawet niechciane owocki, tudzież inne tam sporadycznie spożywane. Ot widzicie… święta się świętuje. Co nie znaczy, że w sobotę niektórzy nie pójdą do roboty, bo pójdą. Jakoś tak w owym świętowaniu Påske jest przerwa jakaś. Widać owo oczekiwanie na Zmartwychwstanie przytłacza, że trzeba czas robotą zatkać? No nie wiem… Ja tam wolnego nie mam.
Takam niereligijna.
Na drzewkach w różnych miejscach jajca się kołyszą, bo wieje mocno, więc nieruchomo siedzieć nie chcą. Bujają się na całego, nagle udowadniając człowiekowi, że wszystko jest możliwe, a i jajo takie, całkiem nieptasie, może zawędrować do gniazdka. Bo widzicie… ptaki w najlepsze gdzieś mają to całe świętowanie i boskości i się gniazdowaniem zajmują. Na przykład w moim ogródeczku – czytaj trawnik – siedzi sobie choinka, pod choinką sterczy rodzina trolli. Mamusia, Tatusia i dwa dzidziusia… i co? A to, że od kilku dni atakują ich wrony. Przylatują, podbiegaką, podchodzą i cichaczem dziobem ŁUP ŁUP ŁUP… i w mózgi trolle łupią i włoski im wyrywają. Bo tak, na głowie trolle włoski mają… I wrony te włoski w dzioby i jak utoczą niezły kłakowy kłębuszek, to do gniazda… Ja rozumiem, że kryzys w świecie, ale serio!!!? Czy moje trolle, a dokładnie ich cząstki, mają stanowić nowe mebelki z IKEA w gniazdku? A może kurcze tak we wronich gazetkach o wnętrz wystroju napisano, coby latały i łapały i… skalpowały? To ja je karmię, a one mi kurcze trolle molestują grzesznie?!! AAAAA!!!
No mniejsza.
Miało być o czwartku przecież, a i o piątku być miało. Bo widzicie, jakoś to wszystko jest inaczej. Jakoś wydawało się, że człowiek wie co to znaczy, jak inni wierzą, ale może i nie wie. … „from Latin mandatum or mendicare, or Washing of the Feet”… nie wiedziałam. Przyznaję, że nie wiedziałam. Zresztą po naszemu jest podobnie: „”Skær” betyder renselse, heraf navnet skærsilden”. Czyli wszystkiemu winne są stopy? No dobra, może i sandały patrząc ku genezie obrządku… Wyobrażacie sobie, że idąc w gości, na śniadanie wielkanocne musicie zdejmować szpilki i pończochy, bo służba będzie wam pięty szorować? Hmmm, może i byłoby ciekawie? Chociaż z tego co wiem, to większości pogoda się oziębiła, więc może i kozaczki i grube skarpety w wełenki owczej? Dlaczego po polsku to się nazywa ino Wielki Czwartek? A nie… dbania o higienę dzień? Możnaby reklamować wtedy te taśmy na nagniotki, halluksy, no i wiecie, scruby wszelakie i kremy na spulchniania…
W końcu w dzisiejszych czasach wsio na sprzedaż jest.
Może i świat konsumpcyjny, ale u nas w sklepie ino kilka papierowych jajek i kika czekoladowych zająców kica. Tak serio, to poza wielkimi kokardami na lampach, w odcieniach słonecznego żółtka, nic o świętowości nie świadczy… poza Turyścizną, która jak zwykle uważa, że po prostu są tutaj panami, królami i ogólnie mówiąc koronowanymi głowami. Albo i innymi częściami ciała. Cóż, no taki świat, no takie zachowania. Przyjeżdżają i tyle. Na pewien czas zdaje im się, że kurcze… no właśnie co? Jak to jest, że Turysta poza swym miejscem zamieszkania, gdzie oczywista jest ino Mieszkańcem, zdaje się być całkiem innym człowiekiem? Cóż, może i nie mają Bagażu, ale… szkoda, że nie są Dwukwiatem. Z nim pewno byłoby zabawniej. Ech… Mniejsza, nasza Turyścizna należy do tej głośnej i raczej typowej. Tej co jjem śmieci i narzeka. Co marudzi, wsadza wszędzie nos i nie potrafi być średnio wychowaną społeczną jednostką. A może anstyspołeczną? Czy ja jestem… no tak, ale ja jestem chora psychicznie!!! Mam jakieś wytłumaczenie, co nie? No mam przecież…
Good Friday?
Miało być o piątku przecież, więc zajrzyjmy… po angielsku jest on dobry? Dobry… a po naszemu długi!!! Cóż. Dania ma widać inne postrzeganie tego co dobre. Co dobre musi być długie, a może odwrotnie? Co długie dobre być musi?
Ekhm… a może tylko może być?




