Pan Tealight i Chomik Wiedźma…

„Czasem tak się jej robiło i tyle.

Wiadomo, ludzie, nawet jeśli wiedźmy, to wciąż są to bardzo chorowite stworzenie. Tutaj je przewieje, tam bakcyle opadną, albo wirusy, tudzież zwyczajnie biologia przypierniczy i już… po człowieku. Kurcze, jacy ci ludzie krusi są, jacy dziwnie łatwi do uszkodzenia… Oj, oczywiście, że dziwne wahania pogodowe na pewno miały z tym coś do czynienia, ale żeby od razu tak puchnąć. I to tak wyraziście niejednorodnie i nierówno!!!?

No jak można?

Bezczelność!

A przecież Pani Wyspy się tak stara! Jak można tego nie docenić? Jak można tak puchnąć i nie wyrażać swojego zapotrzebowania na pogodową różnorodność? A może to jakaś apatia? Nie? To chociaż epidemia? Z jej strony, wiedźmiej, naprawdę Wyspa się tego nie spodziewała! Że nie zostanie doceniona za wszelką temperaturową różnorodność. Że najpierw słonko i upał, że taki ma rozstrzał Celsjuszowy, a potem mróz i śnieg. A może Wiedźma Wrona zwyczajnie się obraziła, bo nie do końca ją śnieg ten musnął? Ale przecież mogła się przejść dalej, no mogła!? Kurcze, a może nie mogła? Marnie wygląda i grzeje tak, że każdy grad przy niej zamienia się w parę…

Wyspa nie była pewna tego, dlaczego jej Pierwsza Z Wiedźm tak bardzo nie wyraziła zadowolenia szronem i przymrozkiem. A może jednak to transmutacja? Zaklęcie jakieś rzucone, może należy ją egzorcyzmowac, skąpać w miodzie, potem obtoczyć żądłami? Może jednak to pomoże? Ale co, jeśli to tylko klątwa? Może samo przejdzie? Gorzej, jeśli genetyczna wpadka i tak już jej zostanie? Głupio tak z taką nierówną, spuchniętą jedynie po lewej stronie wiedźmą się prowadzać. No przecież trzeba mieć jakieś normy. To w końcu w pewnym sensie, porąbana i mało atrakcyjna, ale jednak wysoce patriotyczna, nacjonalistyczna, tudzież zawodowo chorobliwa i frikowa, ale jednak dość wizualna… twarz Wyspy!

Rozterki wszelkie bujały się nad Wyspą, a Wiedźma Wrona Pożarta nawet o tym nie wiedziała, ino puchnęła, chomiczyła się i cierpiała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7888 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zombie.pl” – … bo tak. Wyobraźcie sobie, że świetnie się bawicie, budzicie się rano, a tutaj zombie. Zwyczajność? Ale przecież to tylko w filmach, bajkach, spiskowych teoriach, czy jakoś tam…

Zombie nie ma, nieprawdaż?

Nasz bohater budzi się w świecie, w którym każdy chce go zjeść. Cóż, na dodatek w Polsce, co sprawia, że wszystko jest odrobinę bardziej skomplikowane. W głowie ma jedno: wrócić do domu, do żony i synka. Tylko jak? Jak poradzić sobie w świecie, w którym słowa: „you wanna piece of me” są prawdą? Zwykłą codziennością? Jak poradzić sobie w miejscu, w którym nic już nie jest ważne. Ni zawartość portfela, ni osiągnięcia…

Trzeba przyznać, że powieść zaskakuje.

Nie mamy tutaj naukowych dywagacji, nie ma dociekań kto lub co to sprawiło, poza kilkoma chwilami rozmyślań,  nikt nie stara się ratować świata. Na dodatek nasz bohater, to straszna… dupa. No sorry no, może wiele osiągnął w biznesie, ale jako osoba, ech, szkoda gadać. Na dodatek postępowania, jego wybory są dość dziwaczne. Znienawidziłam go od początku, ale może o to chodziło? Kolejne spotkane postacie wprowadziły mi jeszcze większy zamęt i nagle mnie uderzyło: cholera, przecież to właśnie tak mogłoby wyglądać. Właśnie tak!!!

W Polsce…

Przerażająca lekko opowieść uderzająca w socjologiczność i ową dziwną nieporadność jednostki, ale też i ułańska fantazję Polaków. W ich religijność i wieczystą potrzebę zniewolenia. Kurcze… na pewno kontrowersyjna ze sporą ilością latających elementów nieumarłych. Dobrze napisana, ale szokująca! Raczej dla odważnych!!!

Jakby etnograficzne rozpoznanie Polaka pod wpływem nagłe zzombienia…

IMG_0710

Śnieg…

Padał śnieg. Padał w Szczecinie i Niemczech, w Danii też, jakieś 15 centymetrów nawet. Zasypane żonkile, narcyzy i tulipany. A u mnie co? Nic… Nie no, żeby nie było, pod Klemensker był śnieg, ale w Melsted słonko i piękna, dramatycznie wyrysowana na błękicie kobaltowo-szklista chmura. Trawa zielona wzbijała się ppod sam nieba skłon, ale nic to, żadnych mrozów, żadnych śniegów, nic… nawet deszczyku obiecanego, kompletnie nic! Czyżbym nie zasłużyła na śnieg swoim zimie poddaństwem? No weźcie no!? Jak można mnie było ominąć?!!!

Nie ma śniegu i nie było. Może i aura lekko zimnawa, trzy stopnie powyżej zera raczej chyba zwyczajowo nie zdarzają się w końcu kwietnia, ale… to przecież natura. Wystarczyło spojrzeć na jabłonie nie chcące wypuścić kwiatków i od razu czuć, że coś z tą pogodą jest jednak nie w ten deseń. Że to jeszcze nie lato. Czereśnie tyż nic nie wypuszczają, magnolie wciąż zamknięte. Widzicie, one wiedziały i się nie otwierały! Albo, coś w ten deseń? No nie wiem, ale przyznaję, że zieleń mnie znowu zaskoczyła. Pojawiła się wszędzie. Może i te listki wciąż takie nieodprasowane, ale co tam. Przecież za kolejną chwilę będą znowu prościutkie, tudzież skaładane. Jak te kasztanowe. Pomyśleć, że takie wielkie liście mieszczą się w takich maleńkich pączkach? Śliskich i mocno kleistych? Albo te brzozowe? Widzieliście jakie są pomięte?

Kto je prasuje?

A kto krochmali?

Wiosna, jak nic! Zielonkawa radośnie i niewinnie, szalenie miejscami, a nawet i podejrzanie? Wyłażą liście i kwiaty, pączki przekwitają i zawiązują się owocki… Dlaczego to wszystko tak szybko się zmienia? Dlaczego? A co jeśli zmarzną? Co, jeśli wszystko już zakwitłe po prostu, zwyczajnie zniknie?

Szczególnie po tym przymrozku?

IMG_7530 (3)

Wyspa…

Miejsce, w którym serio wszystko się może wydarzyć, gdzie wszystko jest możliwe, a i wszystko się może nie wydarzyć. Gdzie turkusowość fal i białe plaże biją się o laur najpiękniejszej z różowymi i skalistymi, z kobaltowymi, ciężkimi falami. Jakby już nie były pewne, że mogą być najpiękniejsze, że każda potwora znajdzie amatora… Jakby pragnęły dowodó? Korony i berła, tytułu…

Panowanie przejmują nad ciszą kosiarki.

Przycięte drzewa i kwiaty z zabawnymi minami w układzie gałęzi, spoglądają na ludzi męczących się spacerując za maszynami, lub starającymi się nie zasnąć, gdy jeżdżą na tych śmiesznych, małych traktorkach. Natura musi mieć wielki ubaw patrząc na ludzi. Naprawdę. Na te wyrywania chwastów spomiędzy płytek chodnikowych, układanie kamyczków, wysypywanie, albo usuwanie nadmiernych wysypów… Ech, wszystko to jest takie pogięte!!!

Właśnie spadł grad, teraz znowu słońce. Jak nic podniosą lament wielbiciele spiskowych teorii dotyczących zmian klimatycznych. A klimat na to co? A robi co chce. Pewno, że ludzie śmiecą, brudasy z nich straszne i produkują szit ogólny, ale jednak… czyż świat nie zmieniał się od zawsze, czy jednak Etna pierdząca nie smrodzi bardziej? A może to ino wina krowich wydzielin? Ech… kto to wie? Nikt. Serio, nikt nic nie wie. Poza Wyspą oczywiście, bo ona wie wszystko, ale nikt jej nie słucha. I czy to ma znaczenie kto co wie i co sobie myśli? Przecież znaczenie ma tylko to, co jest… a jest chłodno, zimno nawet, przymrozkowo miejscami.

Świat i ludzie, ludzie i świat… jakbyśmy byli czymś odrębnym? Z Wyspą sorry, ale tak się nie da. Po prostu. Albo jesteś nią, albo spier… znaczy wypad z baru! Ale w końcu klimat to cała ziemia, więc i tak nam się oberwie. A może świat potrzebuje właśnie takich zmian? Może zwyczajnie o to chodzi, by coś było pustynią, co było morzem, a pustynia wodnym rajem? A może…

Czasem serio jestem pewna tylko jednego: my ludzie wiemy tak bardzo mało.

IMG_4844 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chomik Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Kiszot Bezdon…

„Właściwie, to Wiedźma Wrona Pożarta podejrzewała, że Wyspa ma gdzieś grawitację i w pełni swojej niesamowicie zadufanej kobiecości, zwyczajnie sobie lata, skacze z kwiatka i fali na kwiatek i falę, i ogólnie mówiąc, robi co się jej żywnie podoba.

Bo może.

No i oczywiście ma wiatraki.

A jeśli ma wiatraki, to wiadomo, że zalęgną się jej Kiszoty. Nosz kurcze! Przez tą całą ekologię i odnawialną energię, świat doprowadził do narodziny nowych gatunków… a może tylko odrodzenia sie tych zapomnianych? Już nie polujących na Wołki Mąkowe, a raczej tylko na skrzydła. Zazdrosnych, bo przecież sami nie potrafią latać, na dodatek mają małe, chuderlawe Koniczki, na których sie poruszają… i tyle. Sami się ino tocza, nóżki mają pałąkowate, niezdolne do biegania czy tańców. Rączki długie i chudziutkie i brody, wszyscy mają brody przykrywające ich prawie nagie, bezwłose ciała. Co z rozmnażaniem? A kto to wie… nikt nie będzie przecież prowadził badań!!! Może pączkują, może są z jaja… podobno rodzą się na koniach, ale czy konie to ich matki?

Brrr!!!

Obkrzykują jeden z drugim Dostojne Wiatrakowości, nazbyt dla nich wysokie, nazbyt wietrzne, niedostępne, jakby serio nie do końca zdawały sobie sprawę ze swojej pokurczliwości. Pieśni układają, wiersze, każdy tyż ma swoją Dulcyneę… jakąś Boginkę Niecielesną, która się im pod wpływem ziół wszelakich i wielce frywolnych ukazuje, ale poza tym ubaw roku tak na nich spoglądać. Choć i trochę niedobrze sie robi, szybko biegają pokurcze… oczywiście poza nim. Zawsze przecież jest jeden… ten nazywa się Kiszot Bezdon.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5805 (2)

Z cyklu przeczytane: „Trzy sypialnie, jeden trup” – … Roe. żadnych wampirów. Lekkie uzbrodniowienie i poszukiwanie mieszkania. Ech… na dodatek miłość, całkiem nagła i pastor. Kurcze, niektórzy to serio mają rozterki amoralne!!!

Kolejny tom serii o Aurorze już nie bibliotekarce. Nasza młoda bohaterka ma kupę kasy i własciwie nic do roboty. No bajka kurcze! I ona się nudzi, serio? Mamusia co prawda stara się wkręcić ją w nieruchomości, ale Roe się opiera i całkiem się jej nie dziwię. Co to za obrządek, coby w pokazywanym domu znajdywać trupa…

Jak zwykle śledztwo, które właściwie bez zadnych poszlak doprowadza do schwytania mordercy i tyle. Nic nowego, nic ciekawego, nic, kompletnie nic. I pomyśleć, że i z tego Harris zrobiła serię… Kurcze! Może jak zrobią serial, to da się to jakoś spożyć? Ktoś chętny? Jakieś stacje? W końcu brak opisów i głębszych myśli ułatwia pracę reżyserom i scenografom! Pole do popisu, jak nic!!!

PS. Można czytać od którego miejsca się chce. Nic tu nie ma znaczenia.

IMG_0709

Tegoroczny Store Bedadag się skończył, ale… dorwałam zapiski dotyczące obchodzenia owego Dnia Modlitwy datowane kilka dobrych wieków wstecz… Między innymi nakazywało się wtedy (a wszystko przez Christiana V – 1686) modlitwę, zakazywało pracy i podróży wszelakiej, ale i zabawy!!! Nakazywało zamknięcie karczm i piwnic… Hmmm, ogólnie mówiąc umartwiać się i na klęczkach święty dzień odpukiwać! A co dziś… Cóż, dzisiejsze czasy dzięki temu, że to był piątek, charakteryzują się bułą – nadal z kardamonem, albo, dla tych bardziej pogańskich lodami z kardamonem, spacerami, rżnięciem trawników po raz pierwszy w sezonie i… lenistwem. Psa wyprowadzić, sprzątnąć doookoła siebie, no wiecie… zwykły, wolny dzień. Nawet nie wiem co się dzieje w kościele. Nie mogę tam wejść, bo zaczynam dymić…

Serio!!!

… więc dlaczego wciąż to świętujemy? Tradycja, czy jednak pragnienie zerwania się z roboty? Bo, nie oszukujmy się, tutaj religijność to spacer po lesie, a taki las nie wymaga przestrzegania dziwnych zasad. Nie śmiecić i nie niszczyć, to wszystko, poza tym: oddychać, bawić się, wąchać i podziwiać. Słuchać ptaków, wytrzeszczać gały na te ich kolory i wiecie, być… Ale dlaczego wciąż te święta? Nie żeby było to coś złego, każdy musi co jakiś czaas odpocząć od roboty, zająć się domem, tudzież obeżreć lodami i cieszyć się tym, że rano nie trzeba wstawać, a jednak wciąż świętujemy rzeczy, sprawy i wydarzenia, które serio mało kogo obchodzą.

Mniejsza.

Był długi weekend i to jest najważniejsze! A w maju kolejne przed nami! Nie pytajcie o co chodzi, na szczęście w kalendarzu wsio wypisane. I tak każdemu zależy na wakacjowaniu się. Większość z Tubylców Wyspy wyjeżdża na jakieś wakacje zagraniczne, czego nie rozumiem, ale niech im będzie. Mnie zatyka za każdym razem, jak złażę z Gudhjem do Melsted. Wystarczy mi. Kocham ten Mniejszy Kraniec Świata, nawet jeżeli trza się bić o butelki w Kvickly. No wiecie, nietrujące takie…

Mniejsza… kolejny długi weekend już wkrótce!

IMG_5688

Pogoda na dziś… specyficzna.

Niby ciepło i lekko wieje, a jednak… kurcze te chmurki! Zielone rażąco pola walą po gałach opierając się ciemnej, ciężkawej chmurze. Ech, a te obłoki, wiadomo, że one raczej deszczowe, miejscami dziwnie kobaltowe, ale jednak te kształty. Tu ludzik Michelin, tam znowu łabędź z lekko rozwianymi skrzydełkami i chorobliwie wrednym pyskiem… dziobem się znaczy, tam goła baba, a tam falliczny obrzęd pogański z wszystkimi najważniejszymi gusłami i bóstwami. Oj, nie ma co, dziś niebo ma w sobie wszystko. I nic to, że nagle zaczyna lać. I z błękitnego nieba i z tego lekko chmurzastego. Uciekać, czy jednak przeczekac, w końcu plaża tak korci…

Zwykły spacer.

Twardy piasek, sypki wyłącznie miejscami, sprawia że idzie się całkiem małoboleśnie dla dupki i ud. Idzie się i idzie i wcale nie ma znaczenia, czy człowiek gdzieś dojdzie, czy ino będzie zbierał te maleńkie, falowane muszelki? A może zaskoczą go zwłoki ogromnego łabędzia z wyżartym jeno jednym miejscem, jakby ktoś go dorwał i wyssał mu ino watrobę, albo te no… płucak! Może w okolicy działa jakiś Pożeracz Łabędzi? A może ino łabędzić? Nad głową rozlega się wrzask dwóch Łabędzich Strażników patrolujących nieboskłon. Szukają kogoś? A może już znaleźli i wyrównali rachunki? Ale ja mam czyste sumienie, raczej uciekałam przed tymi gadzinami niż je konsumowałam, więc idę dalej. Bo i co robić, gdy chmury jeszcze daleko, a malownicze taki, po prawej turkusowo-błękitno-kobaltowe morze, po lewej niewielkie, piaszczyste wydmy z pojedynczymi drzewkami owocowymi, za nimi chatki letniskowe, cudowne, drewniane, malownicze, malowane w radosne farby, jakże zachęcające by ino się uwalić na takim tarasiku, przykryć kocem i zwyczajnie pójść w kimę. I nie wracać…

Tak bardzo korci mnie i woda i piasek.

Możnaby popływać nie zważając na zimno, wiatery i chmury zbliżające się coraz bardziej. Wielkie, ciężkie, brzemienne wodą, która może mnie nie rozpuści, ale kurde, no jak mogę ryzykować? Przecież to świąteczny weekend. Głupio byłoby złapać teraz jakąś anginę czy coś? A nie, ją już mam, więc może jednak się skusić, ale co z zezwłokiem łabędzia? Jeśli nagle te kołujące olbrzymy stwierdzą, że to moja wina… Ooooo… uratowana przez nadciągające chmury, uciekam.

Bo przecież deszcz deszczem, ale kto tam wie co z tego nieba dziś spadnie? Może jakaś kara za niekościelność? Brrrrrr!!!

IMG_5692

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kiszot Bezdon… została wyłączona

Pan Tealight i Rombas i Mur…

„Wyspa się kwieciła i po raz kolejny zaskakiwała. Wiecie, niby coś powtarzalnego, jak pory roku, wiosna, kwiaty i listki, oraz silna woń gnoju… ale jakoś inaczej było tym razem. Dziwniej, odmienniej, szybciej? Patrząc na to ocieplanie się jednak wszyscy myśleli o czymś innym. Nawet Pan Tealight sam musiał przyznać, że ta przeprowadzka, która miała miejsce cztery lata temu, to był bardzo dobry pomysł. Szybko się tutaj zadomowili, szybko dotarli z bytami codziennymi, ale i bardzo szybko poczuli… jakby nigdy nie żyli gdzieś indziej.

Jakby tu było ich miejsce…

Białe Domostwo się rozrastało. Górą i dołem z prawa i lewa, załamując portale, mieszając światy, raniąc welony… naruszając traktaty, korzystając i z ustępów i ustępstw, spoglądając pomiędzy i przymykając oczy. Jakoś, dziwnie, ale nie zaskakująco, nikt się nie sprzeciwiał, nikt nie protestował, jakby nawet Inne Światy potrzebowały takiego miejsca, w którym można się pozbyć tego, co niepotrzebne…

Jak Rombasa i Mura.

Bliźniaków, których nic i nikt nie mogło rozdzielić. Wkurzających i przeraźliwie silnych, żertych i zawsze niewygodnych, przeszkadzających i wrednie przemądrzałych, a na dodatek… w kieszonkowym rozmiarze!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3982 (3)

Z cyklu przeczytane: „Kości niezgody” – … bo tak. Strasznie potrzebowałam czegoś lekkiego, wiecie, czegoś bezstresowego, ale i trzymającego w napięciu. Baby tak mają. Dlatego zdecydowałam się by spróbować Aurory.

Znaczy Roe!

Jedna z mniej znanych serii Charlaine Harris, autorki sławetnej wampirzej opowieści, wprowadza nas w świat Roe. Trzydziestolatki, bibliotekarki, przy której… mówiąc w skrócie, zawsze ktoś umiera. Szukającej miłości, zabawnej, ale… cholernie nudnej. No przykro mi, ale ta historia jest aż nazbyt przewidywalna i mdła. Opisy strajkują, słownictwo kwiczy, a cała fabuła się niezbyt klei. Z jednej strony jest zbrodnia, z drugiej kurcze, jakoś wielkich zachowań szarych komórek brak… bohaterka to marudzi, że pracuje, to, że nie ma co robić, potem, że ktoś za mąż, a ona nie, w końcu, że może się zakochała, może nie, albo…

Yyyyyyyy!!! Trup, czacha w szafie i spadek, a ona ma takie problemy? I serio? Nie wiedzieć, że kot, no wiecie, że kot… kot!!!

Dla… hmm, właściwie to nie wiem dla kogo? Nie wciąga, ale jakoś chce się wiedzieć, kto zabił, więc dla wytrzymałych!!!

IMG_0714 (2)

Nowości!!!

W tym zestawie najnowsza powieść obyczajowa Erici James, trzeci tom – wyczekiwany przez wielu – mrocznego Nevermore i nowość dostępna też jako audiobook, czyli thriller: „Gen atlantydzki”. Pamiętajcie, że całą trylogię Nevermore można dostać w księgarniach, wydawnictwo zdecydowało się na dodruk!!!

IMG_3617

Na Wyspie wieje…

Dokładnie, to całkiem piź… ale wiecie, błękit nieba, drzewka się liszczące i oczywiście się kwiecące, wszystko to sprawia, że serio spać mi się chce. Nie wiem dlaczego, ale ostatnio za nic nie mogę się wyspać. A Wyspa się trzęsie. Tak wie, teren niesejsmiczny, a dokładniej teren, gdzie trzęsło, ale wiecie, niezbyt, więc co tam… niech im będzie, ale ja w nocy czułam, że znowu się kolebiemy. Jakby naprawdę skały nie wynurzały się z podmorskości, ale rzeczywiście bliżej nam było do stateczku… łódeczki na falach się trzęsącej. I to całkiem mocno. A potem, jakbym naprawdę nie poddana była typowej grawitacji, ale ześlizgiwała się z łóżka, i to nie normalnie, ale wiecie, nóżkami w dół. Znaczy do przodu. Może to błędnik, a może mam znowu rację i nas telepie?

Może?

Może to księżyc? Wiecie, pełnia za rogiem, więc człowiekowi, nawet wiedźmie, rogi kiełkują. Tak czasem mi się wydaje, że serio mi zanikają w nowiu, a przy pełni siup i już człek jest rogatą gadziną? Tylko… czy nie jest to mój zwyczajowy stan? No wiecie, rogata dusza? Bo przecież jestem duszą rogatą, skrzydełka też mam, ale czorne i całkiem wronie… na co mi niebo! Biel poszerza! I plami się szybko. Za kija nie dopierzecie niektórych plam. Serio, uwierzcie!

Wiecie jaki jest problem z Wyspą? Że ona prawdę z każdego człowieka wyciąga. Odrzuca wszelkie religie i obowiązki, a narzuca wolność… ciężko tak żyć z wolnością. Gdy właściwie wszystko możesz i nikt nie zabrania, więc jak żyć? Tak bez dziwnych norm, wyłącznie z tymi, by przy przechodzeniu przez ulicę się rozglądać, nie pisać esemesów jadąc na rowerze, tudzież pod drzewem nie stawać, gdy grzmi… Wiecie, bez takich zwyczajnych, normalnych, po prostu logicznych! Nie tych w stylu, gdy zjesz to ziele, bozia cię pokarze i wyrosną ci dwa ogony i to z uszu?

Wolność jest trudna!!!

Może naprawdę człowiek jako taki przy obsłudze wymaga dziwacznych norm? Nie przechodź pod drabiną, bo pech, czarny kot cię zje, a zakonnica na rowerze zapowie posuchę seksualną? Kurcze, przyznaję, że nie wiem. Nie święcić, nie chrzcić… czasem się zastanawiam, czy Autochtoni nie boją się przyjezdnych właśnie z powodów religijnych. Wiecie, Polskiej Turyścizny, która zawsze chce mszy po polsku, tudzież innych obrzędów religijnych… ech! Jak tak można? Przybywasz na Wyspę, boga samego w sobie i od razu ją wodą święconą? Ludzie? Ale po co?

Wolność!!!

IMG_4220 (2)

Wiosna nagle wybuchła i część krzaków, możliwe że przez te wiatery, a może smrodliwość… utraciła kwiatki na rzecz listeczków. Jabłonie i czereśnie wciąż się buntują przeciwko wypuszczaniu czegokolwiek ponad pączuszki… Oporne, czy co? A może jednak niedowierzające są? Religijne inaczej? Może postanowiły nie wyznawać wiosny? Może odpuszczą sobie w tym roku?

Kokorycz zdaje się odtrąbiać jakąś dobrą nowinę, ale ni fiołki i zawilce jej nie słuchają. Co dziwne, poszukiwane złote zawilce w tym roku zdają się pokonywac liczebnością białe i lekko różowawe. Może to jakiś spisek, a może jednak coś na nas testują? No serio, wspominka w gazecie, tuż obok opowieści o promach i już są? A rok temu… nie pamiętam. Chyba ich nie było!!! SPISEK!!!  Gdzie niegdzie atakują je niezapominajki, ale jakoś błękit cudny, niebiański, przegrywa z owa żółtą armią…

Co to będzie?

U nas od jutra długi weekend, więc jak nic czas na spacer, ogródek i wszelkie tam leniwości.  A jak święto, to muszą być ciastka, a dokładniej buły. Widzicie, już o tym kiedyś wspominałam, że Wyspa ma bułę na każdą okazję, niestety Store Bededagowi dostały się dość dziwne buły z kardamonem. Kwadratowe, miękkie, ale przesycone specyficznym aromatem… Mawia się, że to najgorsze „smakołyki” świąteczne, ale wiecie… tradycja!!! Zjeść trzeba! LOL I odpocząć. W końcu maj za pasem. Ino się człowiek obejrzy, a już wakacje, lato, jesień…

Czas pędzi jak szalony. Może trzeba mu się przestać opierać? Może nie warto? Szczególnie na Wyspie, gdzie codzienność ma inny smaczek. Morski i dziki, leśny i niesamowicie pylisty, bo wciąż za mało deszczu! Polityczny, bo przecież utarczki na stołkach wpływają na ten maleńki kawałeczek świata, ale jakoś dziwnie… bardziej ludzki. Podmiotowo dwunożny, lekko owłosiony i ciekawski. Wiecie, jak ludzie spotykający się pod sklepem, już przygotowani na długi weekend, zaopatrzeni w napitki i mięsko na grilla… ale gotowi na kilka minut rozmowy, może umówią się na kolejną wyprawę dookoła Wyspy? A może na rowery? Lub tylko na rocznicę ślubu… tudzież konfirmacje? Bo przecież to ten czas. Białe sukienki, wymyślne kreacje, kościelne obchody, subtelne wkroczenie w świat młododorosły. Jak zwykle piosenki, może i tańce, do białego rana…

Bo wiecie, wolność to wybory…

IMG_4399

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rombas i Mur… została wyłączona

Pan Tealight i Pomylone szczątki…

„Ale przecież…

… z jednej strony to zwyczajne, normalne i całkiem naturalne, że świat się kołem kręci i to co wzrosło obraca się w popiół karmiący to, co wzrosnąć ma, ale jednak trochę to obrzydliwe. No sami pomyślcie, że jest w was coś z kogoś, kogo nigdy byście nie chcieli w sobie mieć, a nawet i blisko!!! Że praprzodek o smrodliwych stopach jest teraz częścią waszej ręki, czy nogi?! Nie, nie odcinajcie jej, no szkoda, zresztą ona i tak jest już wasza, nic tego nie zmieni, ale jednak… No dobra, może jednak nie myślcie. Może nadmierne myślenie nie jest dobre?

Z drugiej strony, a nawet i trzeciej, gdyby tak pójść dalej, to wywodzimy się wszyscy z jednego, więc winniśmy być rodziną, a jednak wkurzający sąsiad z naprzeciwka wzbudza w nas wyłącznie złe uczucia i bardzo mordercze zapędy, czyż nie? Znowu załącza łomot muzyczny i serio, ale to serio serio chce się wam go ogolić i rzucić na pożarcie lwom, bestiom i jeszcze małym, bardzo zgryźliwym mrówkom. Gdzie w nas rodzicielskość, dziecięca, wzniosła, uroczysta pobożność wobec tych większych, wyższych, mocniejszych. Oj oczywiście, że nietrudno być wiekszym, gdy mówi się o bardzo niskiej Wiedźmie Wronie Pożartej, ale jednak…

Gdzie ona?

Znaczy, jeśli chodzi o Wiedźmę, to właśnie siedzi w Chatce i myśli o tym, które obecnie ścieżki staranować swoją słodką obecnością. Co do całej reszty, znaczy Wyspy, to kąpie się w słoneczności i obrasta kwiatami, a na dodatek jeszcze ten błękit nieba. Strach zostać w domu, jakby wszystko miało się zaraz zakończyć… No i szczątki. Trzeba przyznać, że co do niech, to sa to formy poludzkie, z którymi serio można porozmawiać, nawet jeśli oglądało się po raz pierwszy „Manitou” z 1975 roku i dziwnie teraz się przygląda pryszczowi, który spojawił się na lewej powiece… Wiecie, każdy ma swoje demony. Ale na tego wystarczy ibuprom i spacer… Od razu ucieknie, jak tylko zrozumie jak bardzo można pierdzieć w lesistej samotności.

Ciekawe komu się dostaną jej szczątki pomylone…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1744 (2)

Z cyklu przeczytane: „Obietnica krwi” – … zaskoczenie. Bo wiecie, stare wyjadaki to raczej ostatnio z taką niepewnością do nowości podchodzą. Wszystko tak jakoś na jedno kopyto, wszystko tak jakoś nie tak. A to tego za wiele, a tego za mało, a potem… Takie zaskoczenia to ja kocham!!! Pełne i uwznioślające.

Historia prosta.

Jest tyran, którego trzeba obalić, jest świat, który potrzebuje wyzwolenia, oraz są prochowi magowie i obdarzeni… Czyli wiecie, niby nic wielkiego, nic nowego, a jednak. Przede wszystkim sa tutaj niedomówienia, intrygujące postacie, oraz świat, który pod tajemnicami kryje kolejne tajemnice, a co więcej… Jest świat troszkę inny, ale pasujący, który na dodatek obserwujemy w tym dziwnym momencie przemian. Momencie często pomijanym, często zaledwie wspominanym. Istotnym, ale jednak dziwnie niewygodnym. Ale nie to jest najważniejsze, bo chyba najważniejsze są owe prawdziwości. Zmęczenie, ból, cierpienie, spryt i przyznanie się do porażki…

Pierwszy tom trylogii, już zamówiłam kolejne tomy. Nie mogę się doczekać dalszego ciągu, choć wciąż mnie zaskakuje, że nadal nie mam ulubionej postaci. Wiecie, w trylogiach zwykle wybiera się sobie pewną postać, któraś z nich jest naj, ale nie tutaj. Kurcze! Tutaj wszystkie są zajebiste!!! Każdy ma w sobie coś, zacięcie, humor, niesubordynację, tajemnice, trupy w szafie i niepewność.

Niczego nie można być pewnym… wiecie, jak to w fantasy!

IMG_6704 (2)

Turyścizna…

Już ją widać.

Co prawda wciąż miejscami i czasem miesza się z polskimi robotnikami spragnionymi pomidorka ze śmietanką i cebulką, ale… już są. Dziwnie zaniepokojeni zamkniętymi sklepami, zaskoczeni pustką, ale i zauroczeni nagle na nowo odkrywaną ciszą, spokojnością, dzikością i wszelką kwietnością. W większości to oczywiście Duńczycy, choć zdarzają się zaskakujące, egzotyczne kulturowości. Wszystko wybuchnie już za kilka tygodni, więc ten wiosenny czas naprawdę można polecić tym, którzy nie przepadają za tłokiem, hałasem, którzy kochają ciszę, spokój i naturę, ale też znoszą z łatwością zapach gnojówki. No sorry…

Badania donoszą, że Turyścizna z Polski, to zaledwie 1 % wszystkich przyjeżdżających. Oczywiście w większości to Duńczycy, potem Niemcy… Trochę to zaskakujące spoglądają, a raczej podsłuchując rozmowy, ale może rzeczywiście na plażach tak wiele Niemców, że człek nie zauważa jak wiele w rzeczywistości tych osobników przybywa na Wyspę? Mimo niewielkiej powierzchni jakoś sie udaje nam wszystkich tutaj upchnąć tak, by nikt nikomu na głowę nie wchodził!!!

Wybaczcie, ale wracam do lasu, bo jakoś tam, w tej kompletnej ciszy leśnej, czyli wypełnionej śpiewem ptaków, stukotem dzięcioła, przemykającym sarnowatym stworzeniem, tudzież nagle umykająca spod stóp jaszczurką, która wygrzewała się na skale przy rzeczce… jakoś mi lepiej. Z dala od świata, a jednak w jego sercu. Jakby drzewa naprawdę potrafiły wyleczyć, pomóc i uspokoić. Tylko, do którego? No bo tak naprawdę tyle miejsc do wyboru! Tyle skał do obejrzenia, tyle drzew do obmacania, a z ową dolną warstwą zawilców i świeżej zieleni wszystko wygląda tak bardzo niewinnie i spokojnie. Baśniowo, ale bez Złej Królowej i Rumpelstika!

IMG_8247

Zielono…

Mchy się prężą, trawki podnoszą, wszędzie narcyzy i żonkile, tulipany powoli… a tak, nawet w lesie można spotkać zagubionego gościa z czerwonym kielichem. Głównie jednak białe i lekko różowawe zawilce – w kilku miejscach nawet żółte – no i kokorycz. Gdy się dobrze przypatrzycie znajdziecie i złocienie i kępki fiołków. Te leśne zdają się mieć ogromne główki. Jakby życie pośród drzew serio dodawało im sterydów. Wszystko się nagrzewa, mimo wzrostu wietrzności i czasem prysznica deszczowego. Wszystko wzrasta i buzuje… wszystko też mocno bzyczy.

Zieleń powraca.

Najpierw rozkłada oczywiście swój gruby dywan. Tutaj przeciska się przez niego stara gałązka, tam znowu kilka zeszłorocznych trawek, a w kącie nawet jakieś sikorki… A tak, upodobały sobie dwumetrowe krzaki i choć trudno je złapać obiektywem, to warto posiedzieć na trawie i poczekać i posłuchac, i popatrzeć. Żółte brzuski cudnie komponują sie z błękitem nieba i wspaniałą, młoda zielonością listków. Ależ te sikorki niecierpliwe, zwinne bo zwinne, ale kurde, nie mogą usiedzieć w miejscu trochę dłużej? Nosz przecież nie nadążę… celuję i…

Mam jedną!

Piękna, tłuściutka całkiem, lekko obramowana listkami. Ech… wygląda jak jakiś klejnocik zagubiony w plątaninie gałęzi. Po chwili czuję jakiś wzrok na swoich plecach, odwracam się powoli gotowa na morderczy turkot piły spalinowej, tudzież maczetę zakrwawioną, czy też zwykłą linkę, a tam sarna. Ech, ta wyobraźnia. Nie żebyśmy nie mieli problemów na Wyspie z wszelkimi napadami, czy innymi sprawami, ale jednak główka pracuje. Jakże to smutne, że bardziej spodziewam się złoczyńcy, niż cudownego zwierzęcia? Czyżby moja dzicz przestała być ino dziczą…

IMG_8290

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomylone szczątki… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Titaniczka…

„Za każdym razem byli tego świadkami i naprawdę nie rozumieli. Pan Tealight nawet robił pomiary, wiecie, czy słona, czy słodka, a jeśli słona, to jakie zasolenie, no i czy to co w niej mieszka, to mieszka tam naprawdę, czy ino ściemnia? I ten Kraken i Pięć Krwiożerczych Ośmiorniczek, no i czy pływają po niej Krowe Tratwy Ratownicze? I czy czerwone rybki sa trujące, a zielone powodują wyłącznie sraczkę, te w ciapki wymioty, a tamte z dziwnym paskiem potrafią zjadać własne oczy?

Czy ci, co wstaną w nocy na siku zatoną, czy jednak… zmieniają się w Tymczasowego Jezuska i stąpają suchą łapą? A może… może wszystko zanikało w momencie przebudzenia, albo wiecie, tylko się im tak wydawało? Może chodziło o głębokość snu Wiedźmy Wrony, która powiązana była z głębokością owej wodnistości i czy naprawdę to, co spadało noca z łóżka od razu tonęło? A może jednak można było to uratować? Tylko jak… jeśli się śpi, no i co z moczem? Znaczy wodną tonią, która chlupocze i wpływa na pracę pęcherza? No co? Czy zwiększa, czy jednak swoją niejednostajnością go usypia, a ze snami? Czy stają się bardziej wilgotne?

A może jednak chodzi o potwory?

Że wiecie, no one też chciały mieć trochę tego świata dla siebie, a że tylko nocą się im udawało dobrać do niego, ukradkiem lekko, więc dlaczego nie? Przecież nie ma w tym nic dziwnego, że morskość taka, nie do końca słona, bałwanowata i wyspiarska, tworzyła się wokół śpiącej…

A tak… dookoła posłania Wiedźmy Wrony Pożartej co noc tworzyła się Wodna Oaza Specyficzności. Gotowa was zatopić, ale i tylko zjeść.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2329

Z cyklu przeczytane: „Niezwyciężony” – … Kenyon. Autorka fatum. Niby tylu ją lubi, w USA kochają, a jednak sprzedaż kuleje. Kolejne wydawnictwo z ledwością wydało drugi tom… i raczej więcej nie będzie. WKURZA MNIE TO!!!

Wkurza mnie to, bo książka serio fajna. Dowcipna, giętka i prężna, a przede wszystkim chociaż bohaetr jest czternastoletni, całkiem dobra nie tylko dla nastolatków. Mamy tutaj Mrocznych Łowców, mamy i… w pewnym sensie Łowcowe Mapeciątka! LOL Są demony, zombie, więcej demonów i garść pradawnych stworzeń, a poza tym Nowy Orlean. Doskonała mieszanka przygody, intrygi w humorzastym sosiku. Szkoła i zwyczajowe, codzienne utarczki, ale przede wszystkim oni… niesamowicie skleceni bohaterowie Kenyon. Niepowtarzalni, każdy z nich wnosi do fabuły coś intrygującego. Naprawdę. Wszystko nie trzymałoby się kupy, gdyby nie oni, na przykład taki…

A nie, nie powiem Wam, powiem tylko, że WARTO. Nawet jeśli młodociane opowieści nie są dla was. Tym bardziej, że w gej historii przez cały czas wydaje się wam, że wiecie, co jest za zakrętem, a jednak… autorka zaskakuje. I jest tam Simi… ekhm, a no, nie miałam mówić o bohaterach. Kurcze, ale strasznie mnie korci!!!

Może rzeczywiście ludzie wolą kraść książki z chomików i innych miejsc. Tylko jak wtedy będziemy je wydawać? No i dlaczego autorka, której tak wielu podobno pragnie, całkowicie się nie sprzedaje? Może ktoś wie?

IMG_6815 (3)

Nowe jedzonko!!! Dziwny zestaw, sama przyznaję, ale jakoś tak wiecie, baby to mają raz to, potem tamto i w ogóle. Kobieta nie tylko jest zmienną, ale przede wszystkim różnorodnie czytającą!

IMG_0724

I pada…

Zwykle nocą, ale jednak w końcu pada. Od razu dół lesistości, a i inneych, bardziej odkrytych miejsc Wyspy się… ekhm, zazieleniło. Brzmi to trochę jak durna kreskówka z Simpsonów – ta o seksie, znaczy króliczkach. Wiecie, wstydliwe to lekko. Tak ta zieleń się spojawia, powoli pożera stare, zeszłoroczne liście. W tej wiosennej walce, w której może się krew nie leje, ale wiecie, krzyki słychać… cudownie spojawiają się na nowo lesne ścieżki. Jakby wszystko było w końcu na swoim miejscu. Bo może i te ścieżki były na wakacjach, może i za granicą…

Pąki też są, co garść drzew stoi jakaś kwitnąca dama w przyszłości owocowa… niczym biała zjawa, niewiasta w bieli, dziewica przed nocą poślubną i zaślubinami też… tudzież pranie w jakimś tam wypasionym odplamiaczu, co zeżarł wszystkie kolory. I tak stoi niczym ten obłoczek pomiędzy różnokształtnymi gałązkami, tymi nie do końca ukształtowanyi pączkami, albo maciupeńkimi, zielonymi listeczkami… Kurde, jakie one są słodziutkie, takie wilgotne się zdają i śliskie i z puszkiem na brzegach, no jakby wiecie sie dopiero narodziły i jeszcze nie zdecydowały, czy zostać, czy wrócić do drzewnego łona? Niezdecydowane, szczególnie w tym wietrze…

A tak, wieje, duje i ogólnie mówiąc tarmosi.

Wychodzi człek w naturę, a tu igły stare z góry desant przeprowadzają. Wbijają się w policzki, zatrzymują się we włosach, dobrze wiedzą, że kurde nikt ich sta nie wyciągnie przed prysznicem. Bo przecież spacery trwają i trwają i trwają! Najbardziej przerażające są jednak liście, serio! Biegną za człowiekiem wydając tak dziwne, człowiecze dźwięki, że już, już jesteś pewien, że zaraz i już jakiś morderca zetnie ci łeb, by krwią wypisać na brzozowej skórze: Kocham Matkę… a to tylko liść. Zwinięty, dziwnie opierający się temu, co zwiemy przemijaniem. Jak moja nauczycielka od rosyjskiego – a tak, uczył się człowiek tego przez tyle lat… bynajmniej kobieta wyglądała jak mumia za życia. Zbyt wiele opalania, suchość wszelaka i papieroski. No konserwa na amen. Pewno wciąż żyje i nikogo nie ljubljuje… Miała kobieta swoje szaleństwa…

IMG_9608

Jak się okazało… i to całkiem organoleptycznie, no cóż, należy uważać po czym się w lesie pokrytym starymi liśćmi chodzi… bo można wpaść. I to całkiem mocno. Widzicie, u nas na Wyspie jest woda i to w różnych, czasem zaskakujących miejscach. Miejscach, w które ciecze sobie spływają, muliste mocno i raczej smrodliwe, a przykryte całkiem niewinnie wyglądającą warstwą liście i trawki!!!

A może to była zasadzka? W końcu, co ja tam wiem o Wyspie? Chyba trzeba spędzić tutaj co najmniej trzynaście żyć, by jakoś w ogóle to ogarnąć.

Naprawdę.

W końcu z czegoś robią te hamburgery, co nie? Może w te pułapki się coś, lub ktoś łapie, a potem jakoś sobie wszyscy radzimy? Bo przecież odcięcie od świata ogranicza nam nie tylko bufet, ale i zapasy, no i ten dostęp do smakołyków światowych. Nic ino banany i lekko zeschnięte winogronka. Wiecie… morze dookoła. Owoce powinniśmy chyba jednak znajdować gdzieś indziej.

Ech… jak na razie ptasie trele są, kwiaty i wszelkie wiosenności, łącznie z aromatami odchodowymi też. Prom znowu jest on, więc przybywajcie ludzie na Wyspę. Może i większość sklepów otworzy się dopiero na majówkę, ale co tam. Na co Wam sklepy! przyroda wystarczy!!! Aczkolwiek… powinnam o tym wspomnieć chyba, tak dla uczciwości, że kleszcze już się obudziły. Jakoś tak wredole nawet do mnie się dostały, a raczej starają się mnie unikać. Takam dla nich zwykle toksyczna. Pewno to wiedźmowość, a może mój okresowo cięty język?

W piątek mamy święto, więc wiecie, módlcie się!!! I radujcie też. LOL

IMG_8257 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Titaniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Wojująca Kokorycz…

„Na początku wydawało się wszystkim, że to pchły, tudzież inne, łase na mięsko i krew stworzenia. Mikro wampiry może, albo lepiej… jakieś takie zombie, co to nie dorośły jeszcze do mózgu? A może mikro genetycznie zmienione stworzenia? Wiecie, testują na nas jakąś broń, nanoboty, lub wściekłe osy?

Dopiero Wiedźmy z Pieca dotarły do powodu owych dziwnych, swędzących ranek na kończynach wielu, a i na niektórych półdupkach – Kokorycz Straszliwa!!! Wredna i szczupła. Wiecznie młoda, choć żyjąca tylko przez kilka miesięcy w roku, ale jednak… zawsze szczupła, zawsze młoda, kolorowa, zachwycająca, ale i dziwnie, szokująco i kłamliwie oczywiście, skromna. Dopasowująca się do każdego, z jednej strony wyrózniająca się, z drugiej dziwnie pasująca, wzbogacająca wiosenną ściółkę. No wiecie, definicja tego, że świat nie jest sprawiedliwy!!!

Musiała znaleźć sobie jakieś schronisko pośród umierających w mękach krokusów. Jeszcze jęczały, ale już całkiem cichutko. Pierdzący Smok z Komina wydawał głośniejsze dźwięki, a starał się powstrzymywać. Może co do zapachu było całkiem proporcjonalnie odwrotnie… no ale. W końcu on odpowiadał za ogrzewanie! A Kokorycz tylko bolała. I co… jeżeli była zakaźna? Co jeśli przez ranę dostały się w owe niechciane, ale jakże magiczne stworzenia parazyty, lub co gorsza klątwy jakieś?

Czy czekać?

Wiedźmy nie wiedziały co z tym fantem zrobić. Z jednej strony korciło je zobaczyć co z tego się wykluje, ale z drugiej… w końcu to zawsze baby sprzątały, więc czy warto ryzykować? No ale co do tej rozwijającej się w nich naukowości poznania, empiryczności i tak dalej… mało to było wiedźmowate.

Jednak w takim razie, co z Kokoryczą?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7048

Z cyklu przeczytane: „Niepowszedni” – … dobiec? Dotrzeć do wzorca, który podbił serca młodszych czytelników. Taaak, ostatnio mi się wydaje, że wielu próbuje, ale jakoś tak im nie wychodzi. Ta ksiązka to niestety też takie „niedokońca”, chociaż pomysł samej opowieści jest intrygujący.

Oto nasi młodzi bohaterowie – niepowszedni. Każdy z nich ma dar, który sprawił, że zapragnęli ich inni. W dziwny sposób te ich dary jednak nie uchroniły ich przed porwaniem. Co mają zrobić? Czy uda im się, biednym dzieciakom ze wsi, umknąć zatwardziałym złoczyńcom? Czy połączą swe siły? I jak w tym wielkim świecie odnajdą się Żniwiarka Nila i jej siostra Alla, potrafiąca rozmawiać z każdym i obłaskawić każde zwierzę?

Problem?

Niestety autorka nie dopracowała swojego świata. Nie opisała go. wrzuca nasz w jego część nie dając tak naprawdę nic poza mapą. Nie rozumiemy ustroju, języka, zachowań i norm moralnych. Nie wiemy, co tak naprawdę jest tutaj uznane za zwyczajne, a co jest atypowe. Oczywiście, że porwanie młodocianych to zło, ale czy do końca? Bo tak naprawdę, obdarzeni przez wieki literatury umiejscawiani byli po obydwu stronach. Sam świat, choć intryguje fajnymi nazwami, tchnącymi Słowanińszczyzną… imionami, jednak nas do siebie nie przekonuje. Brak opisów, nadmiar dialogów, zwyczajność w obecnej literaturze dla młodych. Niestety tutaj razi też brak dopracowania bohaterów. Co gorsza, nawet głowna – Nila, zdaje się być brzydko nijaka. I ten wiek? Serio, nastolatki z takich terenów zwykle dojrzałe sa o wiele bardziej…

Niestety, nie polecam.

IMG_6708

Popadało…

Pokropiło i w niektórych miejscach Wyspy polało nawet. Od razu zieleń stała się bardziej… zielona. Jakby wiecie, ktoś dodał farbki świeżej, oblał nią, a może tylko dokładnie umył wszystkie liście? Nawet te trawkowe? W końcu te małe krasnaliki i gnomiska powinny mieć jakies zajęcie, no sami pomyślcie. Na takiej Wyspie jest ich przecież cała masa, a zajęcie muszą mieć, inaczej dziwne pomysły im przychodzą do głowy. Na przykład robią człowiekowi małe dziurki w gaciach i te dziurki powiększają się wtedy, gdy najmniej sie tego spodziewacie. Wiecie, na przykład taki cichacz w dziczy… puszczony przecież całkiem niewinnie, oj wysmyknął się, nie można mnie winić i nagle czujecie… jak one trzaskają, pękają, obsuwają się w dół zgodnie z grawitacją… odwracacie się, a tam cała wycieczka przedszkolaków. He he he, jak nic mandat za obnażanie się w miejscu publicznym. Chociaż… przecież nas to inaczej jest z tą nagością…

Świat oczywiście się odradza, naradza i ogólnie mówiąc płodzi. Serio, wszystko szaleje. Nie tylko celebryci! Moje wróble w rynnie pracują nad tym na całego, a żywopłot zdaje się poruszać od ilości ptactwa. Fajne to, ale głośne. Znowu nie można nazbyt zbliżyć się do skał nadmorskich, bo mewy też zajęte amorami, a gdy amory im w głowie zdają się być o wiele bardziej agresywne. Kurcze… wiedzieliście, że mewy potrafią miauczeć? Wiem, że mają talent do języków, ale miauczenie… tego nie wiedziałam. Odkryłam to ostatnio, gdy dzieląc się z młodym mewczakiem lodami napadła na nas jakaś starsza biała osobniczka. Darła się, miauczała i klekotała. Serio, coś jest w tych białych żaglowcach przestworzy. Coś naprawdę przerażającego. Boję się ich. Tych ślepiów wielkich, owych dziobów żółtawych, tego dziwnego spojrzenia, raz mnie widzą, a raz nie, w końcu przecież nie widzą mnie, gdy stoję im przed dziobem?

A może widzą?

Bo tutaj nie da się wierzyć w to, co głoszą nauki, czy religie, pradawne prawa lub zwyczajne normalności. Wyspa ma swój pomysł na siebie i nie ściąga z innych. Indywidualistka jedna! Nie chce kopiować, nie ma zamiaru szukać inspiracji w innych… może jednak to inni czerpią z Niej?

IMG_8451

Rzadka sowa…

Surnia ulula, czyli sowa jarzębata. Podobno właściwie nie do dojrzenia tutaj, a jednak się udało. Czasem się zastanawiam, czy życie fotografa przyrody, wiecie, siedzącego w krzakach, mokradłach i ogólnie w wielkiej niewygodzie… mnie nie pociąga aż nazbyt mocno? Bo to jest takie fajne – siedzieć w lesie. Szczególnie teraz, gdy upałów nie ma, wilgoć względnie nie przeszkadza, gdy właściwie nie chce się nic poza łażeniem po lesie. Zwyczajnym spacerowaniu, noga za nogą… Nasłuchiwaniu, podpatrywaniu, a potem nagłe zatrzymanie się, oddech zwalnia, serce jednak dudni, bo on tam jest, kątem oka go zobaczyłeś… stukanie, śpiew, a może tylko poruszenie. Teraz drżące ręce chwytają aparat, ale wszystko powoli, oby tylko nie strzyknęło mi w kolanie. Osuwasz się na ziemię, klękasz, lub kładziesz się wiedząc, że jak nic zmarznie ci brzuszek i celujesz w delikwenta. Genialne polowanie! A jak się ustrzeli gościa w dobrym świetle, układzie łebka i skrzydeł i jeszcze nieporuszonego… cudowna euforia!!!

Zwyczajność, czyż nie? W końcu aparat może kosztuje, ale spacer, ptaki, światło, radocha i powietrze już za darmo!!!

Bizon – koniem trojańskim?

Wiecie, trochę to logiczne. Sprowadzenie zwierząt wiąże się przecież z „pasażerami na gapę” i tych pasażerów znaleziono w naszych już bizonach. Cóż, zwierzaki może się przyjęły całkiem gładko, zrobiły nawet już miejscowych członków, ale parazyty nadal określane są jako… ekhm, polskie. Z drugiej strony fajna taka praca, sprawdzanie kup pod względem zawartości jajeczek. Mniam! Miejmy nadzieję, że naukowcy myjką rączki po pracy, serio!!! Ekhm… gówniana sprawa trochę, ale oby się nie odbiło na naszych zwierzaczkach. W końcu tutaj, jak coś komuś nie pasuje, to zwyczajnie idzie na przemiał. Tak było z koleją, a i z drzewami podobnie. Zresztą tutaj kolejna afera… ktoś komuś posmarował i wycięli wszystkie zamiast kilku w chronionym obszarze w Svaneke.

Zuo i Wkurw!!!

Prawda jest taka, że popapranych ludzi ma każdy kraj, nie oszukujmy się. Szkoda, że deszcz ich nie otrzeźwia. Znowu pada, miejmy nadzieję, że pociągnie całą noc… zasypianie z deszczem uderzającym w szyby jest niesamowite.

IMG_9954

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wojująca Kokorycz… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Mores i Słodka Tempura…

„Pan Obyczaj i Pani Sosik, bo widzicie, niby przy narodzinach dali jej Czas, ale z czasem coś się pokićkało w narodzinowych papierach, a i ona miała inne upodobania i maniery, więc tak już zostało, że jej nie przeszło i nazwano ją inaczej, ale pamiętano, co było początkiem.

Mieszkali w jaskini nad brzegiem, obmywanej falami w czasie sztormu, dziwnie woniejącej podczas odpływów. Żywili się ogólnie pojętymi darami morza, małymi gryzoniami i zostawianymi przez Turyściznę cudami. Oj często bywało tak, że ludzie przechodząc im nad głowami wyciągali swoje żywieniowe paczki, owe koszyki imienia misia Yogi, no i wszelkie pocieszajki w szeleszczących papierkach. Niektórzy to nawet mieli szklane, maleńkie buteleczki, zwykle bardzo drogie w wielkich hotelach. A jak już je wyciągali, jak przycupnęli na konarze, nad mrowiskiem, na drewnianej ławeczce się lekko chylącej ku upadkowi, to wiecie, odwracali się i już… jedzenie znikało i wszyscy byli szczęśliwi, jedno szczuplejsi i wściekli, a inni najedzeni.

Czyli źle im nie było.

On co prawda miał jakieś aspiracje i drukował gazetkę, ale ponieważ drukował ją w dość starodawnym sposobie – rysując zwierzątka na ścianach jaskini, więc mało kto ją czytał. Ona serio była dodatkiem do jego obyczajów. Soczkiem polewającym mu każdą chwilę. Doprawiającym codzienność.

Obydwoje byli do siebie całkiem podobni. Hermici, Słupnicy i wszelacy Odosobnieńcy byli dla nich na pewno odbiciem. Podarte ciuszki, wodorosty we włosach strasznie długich i potarganych. Na stopach co prawda jakieś adidasy, ale paluchy z nich wystają karmiąc naskórkiem rybki. W pasie jakaś szmata, na niej koraliki i kapsle, kółeczka od puszek… pełnia atawistycznej nieskromności. Lekkie pragnienie ukazania swojej osobowości, zamanifestowania dobrodziejstwa nawet?

A jednak… po co żyją? Ona zbiera jedzenie, on się produkuje na ścianach. Jaki jest w tym sens? Jaka jest ich miłość?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8670 (3)

Z cyklu przeczytane: „Syrena” – … i tak. Jak się okazuje, możliwe iż nie zdajecie sobie z tego sprawy. Syreny istnieją. Nie mają ogonów, ale mają Matkę Ocean. Nie mają ogonów, ale mają suknie z soli i głos, dzięki któremu ją karmią…

… swoją Matkę.

Gdy tylko zaczynasz tonąć, gdy umierasz, ona może zadać ci pytanie o to, czy chcesz zostać. Czy chcesz jej oddać siebie. Jeśli się zgodzisz, jesteś jej winna 100 lat służby. Ale nie bój się, wcale nie jest tak źle. Żyjesz, nie zmieniasz się i obserwujesz świat… problemem jednak sa oni – ludzie. Bo przecież w niektórych można się zakochac, czyż nie?

Prosta opowieść o miłości autorki serii Selekcja („Rywalki”, „Elita”, „Jedyna”, „Następczyni”, „Korona”). Nowela o kolejnych etapach życia. Urocza i nieskomplikowana. Morska i oczywiście pełna delikatnej miłości. Wiecie, jak to u Kiery Cass. Miłość musi być!

IMG_7121

W dupie mam te polityki kurde, ale Wyspa to niestety wiecie, takie miejsce, gdzie państwo – Dania, zwala wszelkie problemy. To za mało kasy daja, to za cisi, to za głośni, to za daleko leżą od stolicy. Ogólnie mówiąc kanał. Dlatego wolę pierniczyć o pogodzie, chciałam napisac pierdolić, bo ciśnienie podniosły nam kolejne występki wszelako nas nieubogacających importów, ale co tam… nie wolno mi mówić, przecież jestem ino kobietą i to białą i to nie tu urodzoną, więc… shut up woman!!! Do garów czy coś tam bo przecież nie do kościoła. U nas w końcu to albo zabytki, albo ruinka, albo kurde coś, co można kupić i zrobić sobie tam śliczną willę z małym obszarem zamieszkałym przez osobników mało ruchliwych… Chociaż kurcze, czasem się mi wydaje że my mamy zombich na Wyspie, ale wiecie… morskich. Bo z każdego punktu na Wyspie, jakoś się oni do morza przedostają i robią za takie zombie syrenice. Dzięki słonej wodzie nie ma problemu z zapachem, serio polecamy. Jednak natron to był pomysł, który warto sobie wpoić. Dodatkowo wiadomo, taki zombie syren, lub syrenica, chociaż te elementy dość szybko się… ekhm, zacieraja, tworzy cudowną pływającą konstrukcję, na której mogą żyć, mieszkać i namnażać się różne byty morskie.

Weźmy pod uwagę moje Gudhjem. Cudowne miasteczko na skale, w skale i gdzie skała staje się elementem domowego wystroju. Cmentarzyki mamy dwa i pół, pierwszy dookoła starej kaplicy, a drugi trochę pod miastem, z widokiem na market i morze. Zombie mogą nie tylko zakupić popitkę i zagryzkę, ale także zaopatrzyć sie w leki przeciwbólowe. W końcu ludzie są teraz tacy różni i nasiąknięci wszelako zaskakującymi ideami, że trudno odróżnić kto już żył, kto wciąż żyje, a kto jeszcze się nie zdecydował i postanowił pomyśleć o tym jutro. Jedno łączy te miejsca, łatwość przewiercania się przez skałę i odpłynięcia… Wiecie, czasem się nawet zaczynam zastanawiać, czy czasem ktoś nam tych zombie nie podrzuca? W końcu port tak niedaleko, wystarczy podrzucić zombiego i już jest niby na cmenatrzu, niby że nasz jest i dopiero co się wykluł, wiecie, niby i teraz dopiero, po raz pierwszy podąża ku falom i wszelkiej namakalności…

Możliwe, iż zdaje sie Wam to fantazją i wszelkim fiction, ale pomyślcie… Co jeżeli atypowa ziemia, ogromna ilość skał promieniujących, sorry granit ma te właściwości, stwarza pewne przesłanki. Jakoś tak głupio byłoby o tym nie myśleć. Jakoś tak durnie nie pogadać o innych opcjach. Bo przecież są. Może i ktoś z nich korzysta. Kto mu zabroni? A morze przyjmuje każdego, choć czasem nabieram wątpliwości, czy rzeczywiście każdego. Te porozrzucane części garderoby na plaży, buty równiutko ustawione na piasku. Coś jest na rzeczy…

Nie można wyzbyć się podejrzliwości.

IMG_9374 (2)

Hamburgera?

Keczupu?

Ot znowu mamy na Wyspie fast-food. Chociaż tak serio, do końca, kurcze, czy on jest taki fast? Wielka buła z kotletem i warzywami. Do tego frytki, które bliższe są angielskim chipsom od ryby, niż McDonaldowskim cienkuszom. I oczywiście sosik… Ha! Sprawdziłam w kilku miejscach po naszej stronie Wyspy, od północy na południe nie dostaniecie sklepowego keczupu, tylko coś na kształt smakowitego pomidorowego sosu z wyczuwalnymi ziołami i warzywkami. Coś takiego niegdyś w domu się gotowało, bliższe to potrawom zwanym leczo, niż wyduszanym z butelki krwawemu wymazowi… ale! Widzicie, do tego można też dostać ową dziwną maź zalatującą curry, lekko żółtawa i trochę przerażającą. Ja jakoś nie pałam do niej miłym stosunkiem, ale jak ktoś, to pamiętajcie, że można poprosić o inny sosik do frytek.

I zaryzykować.

Na razie w owych przybytkach wszelkiej fastfoodowości widuje się Tubylców. Przybywają ciesząc się ową odmianą. Cywilizacją inności, która ponownie otwarła swoje podwoje. Przychodzą i biorą coś do domu, albo jedzą tak, przy stoliku, patrząc w fale… Tubylcom fale nigdy się nie nudzą. Zdają się być nimi zawsze zachwyceni. Jakby nie potrafili przejść dnia bez spojrzenia w ów dziwny, często zamglony horyzont pełen wilgoci. Ja już tez nie umiem bez tego żyć. Bez wyjścia przed dom i spojrzenia w prawo, tam, gdzie wszelkie linie się majaczą. Krzaki bzów, przycięte zbyt mocno, szosa, kwitnące drzewa owocowe, dachy i w końcu morze… Jest tam. Czasem go słyszę, czasem zdaje sie być wyłącznie w moich wspomnieniach, gdy mgła odcina nas od reszty świata. To zaskakujące, że można się aż tak przyzwyczaić do owego błękitu.

Może rzeczywiście w życiu ważne są całkiem inne rzeczy i sprawy, interesujące są niekoniecznie chwile i momenty? Może chodzi o hamburgery i słoność frytek połykanych na piasku? Ogromna porcja lodów z bitą śmietaną zjedzona w porcie, bez ludzi tłumaczących ci, że to zawiera tyle, a tyle kalorii. Bez winy i poczucia dziwności… Może tylko tutaj można sobie uzmysłowić to, że milczenie serio jest nie tylko złotem, ale i pizzą z podwójnym serem?

Bez polityki!

IMG_5690

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Mores i Słodka Tempura… została wyłączona

Pan Tealight i Ogród z domem…

„Zwykle jest odwrotnie, czyż nie?

Najpierw jest dom. Ściany, dach, okna i drzwi. Pokoje, ozdoby, meble. Całe te ustrojstwa, które pozwalają żyć. I dach, jako ukoronowanie wszystkiego i komin czasem, ale nie zawsze… i ogień i światło, ale i mrok i schronienie. Miejsce, w którym można być w pełni sobą, ale i od siebie można zwyczajnie uciec. Są ukochane przedmioty, wspomnienia zawarte w pamiątkach i dywanik od cioci. Może i nie najpiękniejszy, ale ciocia była ukochana. Zdjęcia i obrazy i jeszcze te firanki, powieszone tylko i wyłącznie dlatego, że teściowa się jutro spojawi, bo zwykle ich nie ma, bo i po co… No i kuchnia oczywiście i lodówka i ciepły zapach pieczonego ciasta i rosół… bez rosołu dom jakiś cherlawy jest, uwierzcie.

Są kwiatki na parapetach i lampki świąteczne, które wiszą tutaj cały rok. Są odciski i znaki, tutaj kiedyś wylało sie wino, a tam ktoś przywalił w ścianę. Guz znikł, ale wgłębbienie zostało. i choć dom się zmienia, dostosowuje się do człowieka, ale i sam go buduje, to jakoś tak… jest znajomo. Ta makatka na ścianie, powinnaś ją już wyrzucić, ale szkoda, więc pierzesz, ona blednie, ale wciąż nie możesz jej usunąć. Zdjęcia blakną, ale wciąż stoją w dumnych, odkurzanych co rusz ramkach. I książki oczywiście, bo jak bez książek. Trochę muzyki i wszelkie przedmioty, które dla innych nie mają żadnego znaczenia i jeszcze kolory i zapachy oczywiście.

Najpierw jest dom, ale nie w tym przypadku.

Jest na Wyspie taki dom, który wyrósł w ogrodzie, a dokładniej został przez niego stworzony. Na pierwszy rzut oka, całkiem zwyczajny, choć spory dom z nowym, ciemnym dachem, co takie tutaj rzadkie i dużymi oknami, z gankiem i schodkami… ale też dziwny dodatek do połaci trawy i drzew, studni i dziwnego miejsca, w którym winna stać atlanka z pnączami. Ale jednak tam jej nie ma, a może tylko jest niewidzialna? Jest tu wykuszowe okno i mały balkonik, wysokie sufity i wysokie okna, w których zawsze odbija się jednocześnie i błękit i zieleń. I przeszłość i przyszłość, a jednocześnie nic więcej. Niektórzy mawiają, że niegdyś była to lecznica dla wszelkich stworzeń opisywanych jako magiczne, ale kto im tam wierzy… W końcu mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że ten dom stworzył dla siebie Ogród.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6029

Z cyklu przeczytane: „Na przekór nocy” – … niewielka. Miniaturka właściwie z niesamowitą okładką. Ale i treść. Wzruszająca, choć zdającą sie być płytką na pierwszy rzut oka. Zwyczajną, nastoletnią. Prostą.

Wren i Lucille są same. Lucille i Wren to rodzina, a przecież… kiedyś miały i matkę i ojca. Kiedyś… Od momentu, gdy matka uciekła mija już czternaście dni, a one są wciąż same. Dwie dziewczynki, tak naprawdę dwoje dzieci. Czy możliwe jest, by zostały razem? Co będzie, gdy ktoś się dowie? Co się z nimi stanie?

Prosta opowieść, proste słowa, ale przejmujący ból nagłej odpowiedzialności i strachu, ale też… zwykłej, nastoletniej przyjaźni i miłości. Bo życie trwa, nawet jeżeli twoje własne właśnie stanęło na głowie. Opowieść o byciu dorosłym i dzieckiem w jednym momencie i o samotności. O przytłaczającej odpowiedzialności, ale i o zrozumieniu tego, jak działa życie. Jak nagle pojmuje się miłość… w pełni, do końca. Niesamowita historia, może i miniatura bardziej, nowela, ale warta przeczytania.

Naprawdę… i przemyślenia.

IMG_6670 (2)

Oficjalnie… nie ma żadnego burdela na Wyspie… Podobno to wielkie wydarzenie. Znaczy, no wiecie, w reszcie Danii są, a tutaj… Nie wiem do końca, czy to serio aż takie wielkie halo, że nie mamy dziwek zjednoczonych w jakimś domostwie, owych czerwonych latarni, czy jak to tam zwą. Przy ulicy też nikt nie stoi. No, chyba że wymienia nowalijki na przydomowym stoisku, ale to chyba nie o to chodzi, czyż nie? Tirówek nie mamy, bo i w tirach nieurodzaj, zresztą… gdzie tutaj stać? Główną trasa przejedzie coś raz na godzinę, a opłotkami, to chyba namiot by trzeba rozbić. Nie no, pewno że w okresie Turyścizny jakieś panie może by znalazły zatrudnienie, ale… pierwsza połowa sezonu to czas rodzin z dziećmi, raczej chyba nie chodzi o wynajem matek karmiących, więc… ale, jakby co, też by się pewnie przydały. I jakieś opiekunki do dzieci. Kurcze, może jednak jakieś panie na wynajem miałyby rację bytu, ale gdzie w tym porno? Poza porno i duszno w okresie lata? Druga połowa sezonu to goście z Niemiec – wycieczki emerytów, no i cudowne pary Skandynawskie, które mają swój namiocik i raczej nie palą się do poszukiwania towarzystwa.

Jakoś kurcze tego nie widzę.

No i skąd do tego alfonsów, czy coś? W kraju TAK ZWANEGO równouprawnienia, gdzie rzeczywiście baby zdają się władać, ale tak naprawdę chłopy mają to gdzieś i poniżają je jak wlezie, chyba bardziej spodziewałabym sie panów stojących na poboczu. Czujecie? Stoją tak. Ino nie w spódniczkach, kurcze, jaki winni mieć ubiór pracowniczy panowie prostytutkowie? Kurcze, chyba raczej nie w takich małych gatkach, bo przecież przeciągi, więc może w jakichś wymyślnych rajtuzkach i pelerynkach. No wiecie, panowie zdolni uratować kobiety od zmory… ino jakiej? I jakie kolory im dać na tak kolorowej Wyspie? Błekity i zielenie odpadają, będą się z tłem zlewać, pomarańcze, czerwień krwi i wszelkie ziemistości też, więc jak ich wyróżnić?

W końcu mamy tutaj przecież wszelkie równouprawnienie i te tam… parapety! Czyż kobietom nie należą się rozkosze? O Wielki Moresie i Słodka Tempuro!!! Wyobrażacie sobie takich panów stojących i machających… nożkami i pelerynkami? Kurcze, ciekawe to by było, bo przecież nikt teraz nie używa monet ino karty, więc każdy musiałby mieć czytnik kart i konto i zarejestrowaną działalność gospodarczą gdy zarabia powyżej 50000 koron rocznie?

Prawie chcę to zobaczyć!

IMG_6746

Żółte kwiatki to ziarnopłon wiosenny… niezła nazwa, ale wiedzieliście, że są też żółte zawilce? Zawilce gajowe? Kurcze, głowa mała, trzeba jakiś zielnik założyć! Posuszyć, poopisywać, spędzić czas na błąkaniu się po dziczy. I znaleźć żółtego zawilca. Bo widzicie, szukają go na Wyspie ludzie wszelacy. Chyba im zaginął, czy coś? Nie wiem… z drugiej strony, może rzeczywiście białe i lekko różowawe go wypleniły, bo taki był inny, wiecie żółtek o lekko skośnych pręcikach…

A może zazdrosne były, tylko o co? O jego dom z czterema garażami, o żonę modelkę, zwierzątka rajcujące, dzieci mądre i wszelako urodziwe, czy też o jego zgrabne łydki i ośmiopak? Bo raczej o kolor, to chyba nie. Zresztą, kto to wie te zawilce? Skradają się za człowiekiem, gdy ten się zatapia w leśne otchłanie. Czatują przy drogach niczym dziwni, pokrzywieni autostopowicze… podejrzliwie zerkają na człowieka od dołu, tu mu zaglądną i tam, sprawdzą higienę stóp i bezpieczeństwo podeszw. Pierun wie, co one sobie myślą, tak naprawdę… ale serio żółte zawilce są takie rzadkie? Hmmm, nic ino leźć w las, jak nic potem się nami gazety zainteresują!

Albo złoć żółta… niby anemoner taki. Wiecie, poszukując nazw dla tych żółtych wszelakości pełzających w rejonach trawek, człowiek je znajduje i już wszystko rozumie. Że ci, co to je nadawali, serio mieli ciężki orzech. Niby to żółtość, a jednak odmienna od owych kaczeńcowatych plonów, drobniejsza, dziwnie bardziej elegancka. Miejscami szczuplejsza, o innych listkach i w kępkach rosnąca… i brudząca na żółto, a może na złoto? A może to pyłek wróżek? I może to dzięki niemu wiosna na Wyspie tak bardzo zmusza człowieka to dziwnych zmian… przecież ja kurcze nie przepadam za pracami ogrodniczymi, ale kręcą mnie!!!

I pomyśleć, że człek zaczął od artykułu o burdelu…

IMG_5680 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ogród z domem… została wyłączona

Pan Tealight i Gdzie mieszka Pożądanie…

„Podobno żyło w afrodyzjakach, ale spoglądając na te wszelkie owoce morza, to Wiedźma Wrona Pożarta raczej była wątpiąca. No chyba że czekolada. Taaak… czekolada mogła być. I co jeszcze? Szampan i truskawki? Bleee… pierwsze ohydne, drugie za to obrzydliwie pryszczące. No i te piekące ostre przyprawy, bleee. Coś musiało być w tym całym pożądaniu, czyż nie? Ale jeżeli w nim było, czyż nie powinno ono być też dla wszystkich? Więc… gdzie mieszka Pożądanie? Może w trawie? W małym domku w wydrążonym żołędziu, bo wiecie, ma takie poczucie humoru? A może jednak w grzybie, w pniu drzewa, fikuśnie wygiętego, niczym pewna czynność, którą mężczyźni wykonują raczej w samotności? A może… może jednak ma pałac? Pałac na niewielkiej wyspie. Gdzieś tam za siódmą gorą, ósmą rzeką i dziewiątą kałużą. A może jednak wcale nie mieszka? Może jest tylko duchem, złudzenie i mgnieniem, definicją bez dowodu jednak? Może tak naprawdę w ogóle go nie ma?

… więc kim jest ten mały chudy, półmetrowy zagubiony człowieczek z małym transparentem: SEKS JEST TUTAJ? I co robi pod krzakiem Niedokońca Zidentyfikowanym? Czy czegoś tam szuka, bo czasem jego półdupek, owinięty ino kolorową chustą z frędzlami nazbytnio świecie… A może jednak się kurna wprowadza? Może postanowił zamieszkać tu na trawniku, w którym tyle się dzieje? Gdzie rośliny walczą ze sobą, tworzą sojusze i kłócą się tak, że liście lecą. Czy on wie, w co się pakuje? Czy rozumie swoje położenie? Bo chyba nie jest to jedyne, w jego oczach, w którym będzie się czuł dobrze?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8759

Z cyklu przeczytane: „Odpłata” – … Val McDermid. Co jest w niej takiego, że gdy pisze, to porywa. Że gdy ofiaruje nam bohaterów, to zdają się być oni namacalni i plastyczni, uwodzą nas swymi wadami, nużą zaletami.

Nawet wtedy, gdy powraca do niego…

… największej porażki Hilla i Jordan.

Vance. Zbrodniarz właściwie doskonały. przebiegły, inteligentny i błyskotliwy, zdolny uwieść każdego. Dokładny i wiedzący doskonale czego chce. Miał zostać w zamknięciu na zawsze… ale udało mu się uciec. Nikt nie wie w jaki sposób i nikt nie jest w stanie przewidzieć na kim pierwszym się zemści. Kto mu pomaga?

Kto jest jego cieniem?

To wszystko zwala się na nadkomisarz Jordan w momencie, w którym ma przed soba same zmiany. Ostatnia sprawa, w której postanawia dać z siebie wszystko. Jej związek z Hillem, może dziwny, jest dość stabilny. Wydaje się, że wszystko się ułoży mimo zmian, ale co z Vancem?

Wciągająca historia, w której jednak lepiej znać poprzednie tomy serii. Bez wcześniejszych wypadków trudno się w niej połapać, trudno zrozumieć kruche stosunki rodzinne i zawiłe przyjaźnie, skomplikowane sosobowści i intrygi. Tę autorkę warto poznawać od początku: „Syreni śpiew”, „Krwawa blizna”, „Ostatnie kuszenie”, „Żądza krwi”, „Trujący ogród”, „Gorączka kości”. Naprawdę warto! Warto dla intryg, dla osobowości bohaterów i nielukrowalnych stosunków. Dla prawdy… dla nadzwyczaj dorosłych, dojrzałych bohaterów i najbardziej przemyślnych zbrodni. Jedno tylko razi w tłumaczeniu. Odmiana imienia złoczyńcy.

IMG_6670

Dziwna jest wietrzność, gdy dookoła tak słonecznie. Dziwnie dziwna jest wietrzność, gdy wszystko kwitnie, gdy niebo jest idealną błękitnością. Gdy zdaje się, że owa słoneczność jak nic nas sfajczy na wiór węgielka… a jednak, gdy wychodzimy, wygolaszeni, bo przecież, pisk i zgrzytanie zębów towarzyszy naszemu prędkiemu powrotowi po kurtkę, szalik, a i rękawiczki. Tak to jest chyba na wyspach, że mają własną klimatyczność. Własną dziwność i wszelką specyficzność. U nas po prostu czasem lepiej mieć bluzę. Wiecie, jak w górach, na wszelki wypadek. Bo wiatr wcale nie jest ciepły. I trudno uznać go za wyłącznie orzeźwiający. No kurde, mówiąc swobodnie… piździ. Możliwe, że jak w kieleckim, ale chyba nigdy nie byłam.

Wietrzność trwała przez kilka dni, lekko skropiła nas deszczem, ale niestety za mało. Susza jak nic nam da popalić. Głupia tak już w kwietniu popylać z konewką, ale chyba trzeba będzie. Nie żebym serio miała w ogródku coś do wzrośnięcia poza ziołami, ale te sobie poradzą. Coś jednak sobie wysieję. Może ogóraski? Kwiatki jakieś w starej skrzynce. Bo czemu nie? Patrząc na pszczoły i bączaki uwijające sie wśród wszystkiego kwitnącego człowiek sobie uświadamia jak owo kwitnienie, wczesne takie, jest ważne dla natury. Jak bardzo wszystko do niego tęskni. Nasiona są pod ręką, więc czemu nie… najwyżej nie wzrośnie, nie zakwitnie, nie zaowocuje. Najwyżej nic z tego nie wyjdzie, ale wiosną chce się jakoś tak zwyczajnie pobawić ziemią. Coś… jakby stawianie babek na piasku. Potrzeba tworzenia, a potem niszczenia? Potrzeba dokonania czegoś z tego, co dostępne dookoła, właściwie darmowe jeśli zachowałeś nasiona. Właściwie dajesz tylko siebie, swoje siły, pracę, czas… Może to przychodzi z czasem? Może potrzeba patrzenia na nowe zdarza się tylko niektórym? Bo co jak co, ale plewienia nie lubię. narobiłam się w plewieniowym dziale za czasów wyględnej miłości, więc nie, dziękuję. Mogę ino te trawki plenić jak ustawa przewiduje. Gdy oczywiście mnie najdzie wkurw, bo bez wkurwa to sorry, niech se wsio rośnie!!!

Wietrzność?

Może to ona tak naprawdę przynosi owe wszelkie zmiany? Może to wszystko dzięki wiatrom? Może jednak lepiej o tym nie myśleć, bo od razu człowiek się zastanawia, kto tak pierdzi i po czym, a widok półdupków zamiast nieboskłonu, to dziwna alternatywa dla owego błękitu.

IMG_0428 (2)

Wyspa się kwieci i przerabia ostatnie pozostałości zeszłoroczne na wszelką zieloność. Całkiem sprawnie jej to idzie. Zaskakująco. Zamykasz oczy, a już nie ma suchych badyli. Mrugasz, a tutaj kwiecie. Na niewidocznych falach wcale się nie kołysze ogromna metalowa skrzynia. Niebiesko-czerwona, miejscami rdzewiejąca. Nie… bo przecież jakby mogła. I te lody wcale nie smakują jak zduszone najlepsze batony z herbatnikami z dzieciństwa i świeżymi truskawkami… i bita śmietana! Kiedy ja ostatnio jadłam bitą śmietanę? Przecież to takie… zakazane. Niegrzeczne, grzeszne właściwie, jeśli odbić spojrzenia przechodniów…

Ale nie ma tych spojrzeń, każdy liże własnego loda, nie ma tych fal, nie ma niczego, co mogłby powiedzieć: NIE.

Wyspa to coś więcej niż tylko miejsce. To naprawdę dziwny stan świadomości, który sprawia, że pozwalasz sobie na bycie sobą. Kimś, kim powinieneś być. Niesłuchającym innych, pełnym własnej mądrości. Kumulacją babcinych rad, masy przeczytanych książek i oczywiście błędów innych. Nie warto ich popełniać… to już wystarczy. Nie potrzebujesz książek o tym jak żyć. Ni poradników napisanych przez ludzi młodszych od ciebie, wypełnionych światłem i fikających z chmurkami, czy zenem jakimś. Wszystko czego potrebujesz to kubek lodów i morze. Horyzont lekko zamglony, drzewa pełne oczekiwania i te cudowne, puchate iglaki…

Nie jesteśmy głupi.

Naprawdę…

Poza Wyspą jednak wszystko zdaje się być tak bardzo zniewolone. Zamknięte w metkach i dziwnych nakazach. Mamy oczywiście prawa i obowiązki, nie śmieć, żadnych kominów, tu nie można płota, a tam balkonika… ale poza tym wszystko jest takie dziwnie, powolnie leniwe. Nawet stres, który przywlecze się czasem i podgryza nam pięty ginie gdzieś na leśnym spacerze. Plącze się w liście, w jeżyny kłujące, krzyczy by ktoś go odczepił, wyciągnął, utulił i opatrzył, ale nie ma chętnych… Bo i komu potrzebny stres, gdy można go zatopić w bitej śmietanie? W bitej śmietanie z cudowną konfiturą. Mazidłem owocowym… Ech, jakże wiele złego odpychają od człowieka lody i niebieskie kwiatki zatopione w niskiej trawie…

I las. Las działa zawsze, nawet, gdy wietrzności.

IMG_5052

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gdzie mieszka Pożądanie… została wyłączona

Pan Tealight i Mrówcza Erudycja…

„Pan Tealight podejrzewał od dawna, że wraz z przebudzeniem coś się w owych mrówkach przeinacza i zwyczajnie ku wiedzy je pcha. Wszystkie razem, niczym jednego męża. Jakby ktoś je namówił, albo jakby naprawdę miały tylko jeden mózg. Któż to może wiedzieć, jak to jest z mrówkami? Któż tak naprawdę zdolny jest zbadać ich życia prędkie i roboczo skomplikowane?

Ale żeby tak napadać Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki i z tej wiedzy pragnienia, ją lizać i pogryzać? Bleeeee!!! Co jak co, może i Pan Tealight był Przedwiecznym, ale coś takiego? Nie był pewien istotności owych robalowych zachowań. I to jeszcze w łazience samej Wiedźmy? Tosz to przecież niesamowicie aroganckie, może nawet nazbyt… żeby jej tak zwyczajnie i w gacie? W dekolt i wszelakie załamania ciała? Czyż próbowały małpy jedne dobrać się do słów pływających w jej krwi, czy jednak chodziło wyłącznie o owo otłuszczone mięsko?

Oczywiście, że mieszkanka Chatki Wiedźmy nie była zachwycona powrotem małych gwałcicieli, ale co mogła zrobić? Próbowała wszystkiego, a potem… myślała, jak one tam niosą oną truciznę, jak umierają wszystkie, jak zwyczajnie to ona staje się ich zagładą, apokalipsą miniaturowych… Ech, może ma to i dobre strony? Może? Ale tak w półdupek? Serio? Zboczeńce!!! A mawiają, że mrówki noszą w sobie dusze tych, którzy odeszli. Noszą je tylko po to, by włazić komuś w dekolt i zabawiać się z elementami wybrzuszonymi? Serio? Czyżby bezcielesne człowieczeństwo folgowało sobie seksualnie po latach chrześcijańskiej dominancji? A może prawdą są owe pośmiertne hurysy? Ino… czyż nie jest to nadmierna dyskryminacja? I co z babeczkami?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2267

Z cyklu przeczytane: „Nosiciel” – … intryga. Zwyczajna opowieść o kobiecie, która stara się ponownie zacząć żyć, z dala od przeszłości, od pokus… i trafia na dziwną sprawę. Na wzrost agresji w niewielkim miasteczku. A wraz z nią my!

I wiecie co, niezła ta historia!!!

Lekarka, wdowa i jej nastoletni syn. Przeprowadzka z wielkiego miasta do typowej, wakacyjnej dziury, która po sezonie jest sennym, zimnym miasteczkiem. Ona rozpoczyna praktykę, on stara się dopasowac do szkolnego reżimu. Jak wiele ukrywają? Sporo. I oczywiście wszystko wychodzi na jaw, gdy w miasteczku pojawia się dziwna epidemia agresywności. Gdy ginie coraz więcej ludzi…

… cóż, możliwe, że nie zdarza się to po raz pierwszy.

Moc tajemnic, nastoletnie rozterki i uczucia. Zmowa milczenia oraz młoda i naiwna syzyfka. Do tego oczywiście tajemnice skąpane w tajemnicach i całkiem fascynujący finał. Naprawdę warto. Trzyma w napięciu, proponuje wiele rozwiązań i całą masę ludzi do… nielubienia. Dzieli ludzi nie tylko na dobrych i złych, ale przede wszystkim na tych, którzy pragną się zmienić i tych, którym zwyczajnie nic już nie pomoże. Co jak co, ale dziwnie teraz spoglądam na jeziora. Ekhm! LOL

IMG_6664

I po Rosjanach…

Dobra, nie dosłownie, ale minęło 70 lat od wyzwolenia, więc na niektórych uliczkach Wyspy można było zaobserwować radosne parady. Niewielu wie, że w okresie II wojny światowej i Wyspie się oberwało, więc warto o tym pamiętać. Nie do końca tylko rozumiem po co było urządzać takie głośne loty nad nami, w końcu to już po wojnie! Ale, może Rosjanie i Duńczycy postanowili się poganiać… wiecie, pod nieboskłonem, czy coś? W końcu po tylu latach większość spraw jest już zapomniana.

Po względnym poruszeniu świątecznym Wyspa powróciła do cichego, spokojnego się wiośnienia. Temperaturka skoczyła, w końcu nocą trochę pokropiło, więc wszystko rośnie i kwitnie. Nic dziwnego, że panie w wieku zwyczajowym postanowiły trochę pokroczyć po wybiegu. I to wiecie, nie tylko odziane, ale i… w strojach kąpielowych! I to nie wieszaki. Znaczy wiecie, chodzi mi o to, że normalnie wyglądające damy, panie, panny i dziewczyny! A co. W końcu może wiosna, może Turyścizny niewiele, ale przecież my tutaj zyjemy i też potrafimy sobie czas jakoś wypełnić. Nie można tylko do roboty łazić. Nam się też należą wakacje, a raczej w lecie ich nie uskutecznimy.

Spacerując po rozkwitającej Wyspie człowiek myśli sobie o tym ile to już wiosen przetrwał – strach liczyć – i nie myśli o tym ile onych wiosen jeszcze przed nim. Ino się dziwuje, że za każdym razem tak samo go to wszystko zachwyca. I odbicia na falach karminowe – bo niektóre łódki już bujają się spokojnie w porcie, owe kwitnienia i zapachy, te pręciki i płatki, ptasie świergoty i trele… Takie to wszystko za każdym razem nowe jest i odmienne, a przecież stare winno być i znajome!

A jednak nie jest…

Czosnek na dole, powoli wgryza się w woń dyskretnego okupowania pól. Ech, swojsko i anielsko no! Tu i tam kwitnie coś niebieskiego, stokrotki zdają się składać się już do własnej pieśni. Widzicie, tutaj nic nie jest możliwe i zwyczajne, no na przykład te żonkile no! Żółciutkie skubańce, które rosną gdzie im sie chce, najczęściej na nachylonych stokach, patrząc w fale… aj jak pięknie te żółcienie współgrają z niebieskościami. Może się komuś kiedyś wysypały…

Może?

IMG_0512

Najczęściej promem.

No bo niby można i samolotem, ale jak samolotem wtaszczyć i rower i namioty i jeszcze samochód, czy coś. I oczywiście ulubione żarcie, bo wiecie u nas na Wyspie, to nie wszystko jest, choć niedługo ma być Lidl… pierun wie po co? Ale ma być… Jakby było mało? Przecież nas ino niecałe 40 tysiączków poza sezonem. Kto będzie kupował te wszelkie Wasze plastiki? Mamy w dwóch rodzajach Dagli i Spara, styknie. Rozumiem, że to monopol, ale serio… Roma 1000? I niby co w niej będzie nowego? Pizzę Hut byście sprowadzili, byłabym za!!!

Wiedzieliście, że w Danii jest KFC, ale ludzie go nie trawią i nie ma Pizzy Hut? Kebaby widać wchodzą zaprzeszłym Wikingom, ale włoskie placki raczej nie? Czyżby jakiś uraz z przeszłości? A może jednak chodzi o coś innego? Trochę to zaskakujące, że naród tak bardzo chłonący wszelkie nowości, jakoś ku pizzy powiewu pragnienia nie czuje… Dziwne, co nie? Szwecja ma Pizzę Hut! My byśmy też mogli, ale nie naciskam. Wolałabym bardziej czystą Wyspę i spokojność… Mi tam nie zależy na tych couturach, czy innych tam fatałaszkach… wolę ciszę…

No więc promem najczęściej, chociaż są i ci, którzy dysponują własnymi limuzynami nawodnymi. Ciekawe to. Taka wodna podróż. Wiecie, jednak nie dla mnie, ale jak sobie pomyślę o ekologii, to może fajno by było przywrócić galery? No co myślicie? LOL Nie dość że sauna, fitness i świeże powietrze, to na dodatek w grupie, miło i sympatycznie, oczywiście przy muzyce nadających rytm bębnów!!! LOL Założę się, że ludzie by jeszcze za to dopłacili. Tak dookoła świata galerą… po takiej podróży zapewniamy umięśnienie od pasa w górę, lekki szkorbut i drewnianą nogę w prezencie.

No co?

To jak? Promem?

Wiecie, podobno można chodzić po wodzie, ale kurde próbowałam i raczej daleko mi do wszelakiej boskości. Ale nic to… na Wyspę warto jakkolwiek i kiedykolwiek, a może właśnie szczególnie teraz, gdy kwiaty wszędzie, gdy wszystko się budzi, odradza i zapomina o ciągłej drzemce… a wciąż nie ma masy ludzi. Gdy nieliczne miejsca są otwarte, gdy można przysiąść w porcie i widzieć horyzont bez lasu masztów.

Gdy jest inaczej…

IMG_6625

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mrówcza Erudycja… została wyłączona