Pan Tealight i Wiedźma Podłamana…

„Jakoś tak.

I fizycznie i psychicznie, i w ogóle. No wiecie, i genetycznie przecież, bo bez tego byłaby tylko li ino cieniem siebie samej, a to miejsce było już zajęte. Cień Wiedźmy nigdy nie da się zwolnić z tak porąbanej fuchy!!!

I chyba dlatego Pani Wyspy nakazała Zimie ferie… znaczy wiecie odpoczynek. Bo z Wiedźmą Wroną Pożartą było źle… Wyspa pragnęła ją jakoś wyodpoczynkować. Jakoś tak mocno, na amen. Wiecie, nakazać jej wywczas… Taki totalny. Najpierw więc zwaliła na nią jakiegoś mikroba, potem lekką zarazę, potem poleciała dżumą, ale nic z tego, nie udało się. Po krótszym, lecz mocnym namyśle, postanowiła więc pójść innym tropem. Wiecie… marchewką, ale i tak nic z tego nie wyszło, ta nadal pracowała. No to doszło do rozwiązań siłowych, ale Wiedźma zaczęła płakać tymi łzami misiowymi tymi, onymi perełkami z oczęt niewinnych istot, wiecie, liliowych i litosowych płatków, no i oczywiście onych bieluńskich z kwiatów moreli… więc po prostu odpuściła. No wiecie, czasem się nie da, więc trzeba się jednak poddać i…

… dlatego przybyła Zima na Wyspę.

I zawiała trochę i całkiem nieźle przychłodziła. Oczywiście nie mogła zasypać legalnie przecież całej ziemi śniegiem, bo wszystko by zdechło, no i smutkowo by roślinkom było, ale coś mogła. W końcu była… Zimą. Dlatego posypała. Niewiele, właściwie tylko dookoła niej, wraz z falami szumiącymi, wraz z niebem dziwnie błękitnym z jednej strony i ciężkimi, brzemiennymi chmurami z drugiej. Posypała. Może i bardziej silnie, może i prosto w oczy, ale jednak… posypała. I pochłodziła… oj milusi chłodek, to było coś, co sprawiło, że Wiedźma Wrona trochę odżyła, ale i tak nie do końca. Jakby coś jednak w niej tamowało jakąkolwiek radosność…

Ale co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3329

Z cyklu przeczytane: „Piekło pocztowe 1” – … aluzja do NordPost? No co? Po tym, jak Dania dała ciała sprzedając swoją pocztę i wszystko się wali, jakoś tak zdałby się nam taki osobnik by uratować poczty! I mieć znowu znaczki fajne i listy!!!

Niestety Wyspą nie włada tak intrygująca postać jak Patrycjusz, więc pewno mamy przegibane i tyle. Ale książka jest niesamowita. Cudowna, wciągająca, romantyczna lekko, prawdziwa, dosadna i… jedna z moich ukochanych!!! Obydwie części. Opowieść o nawracaniu złoczyńcy na pozytywna stronę, do tego kulturalny strażnik, powalone szpilki – ups sorry – intrygująca kobieta, chociaż na nią to chyba nie ma określenia, no i sekary. Oczywiście i sekary.

I zmarli…

Ta książka powala na kolanach, otrzepuje, a potem daje w mordę i oczywiście robi wam jeszcze tę cudną linię rwania. Szpileczkami. Bo to opowieść nostalgiczna, o sprawiedliwości, o tym, że czasem powolność też popłaca, a listy są niespieszną cudownością, o której we współczesnym świecie zapominamy. Oną dokładnością, filuternością i pięknem… Szkoda, że tak niewielu z was pisuje listy. No choć kartki. Kiedy ostatnim razem wysłaliście coś ze znaczkiem – nie skarbowym! Coś, nad czym trzeba było popracować, przemyśleć słowa i napisać je ręcznie?

IMG_9552

Poferiowo.

Trochę ciszej.

Ale tylko odrobinkę ciszej. To w końcu połowa kwietnia, maj zagląda już w okno, kwitnie wszystko. Może i ferie były trochę deszczowe i powolne, ale co w tym złego. Te ferie były trochę jak listy. Wiecie. Niedostarczone do końca. A teraz mamy sezon. Znaczy taki przedsezon sezonu letniego, ale już ludzi troszkę więcej i aut na ulicach, więc nici z bezpiecznie robionych zdjęć w dziwnych miejscach. Co prawda jeszcze nie gorąco, ale na plażach siedzą rozgolaszeni, jakby chcieli sami siebie przekonać, że to słonko grzeje wystarczająco mocno, by ich opalić i ogólnie mówiąc…

… no wiecie…

Na niektórych gałązkach wciąż jeszcze kolebią się piórka, ale jajka raczej poznikały. Dobrze zbierali. Bo wiecie, u nas zbierają jajka. Taka tam zabawa dla dzieci i tych dorosłych, co mają dzieci, ale wiecie, chcą poudawać, że oni wcale im tych jajek potem nie wyżerają. W gazetach kolejne skandale, jakbyśmy nie mieli dość problemów. Świat oczywiście ma to wszystko gdzieś i dalej sobie kwitnie, przemienia się, zrzuca płatki, zbiera listowie do kupy i zajmuje się owocami. Nie da się tego powstrzymać. Nawet jeśli staniesz, to ten czas zwyczajnie będzie dalej pędził by wszystko się płodziło i produkowało.

Mam dość. Chyba mam problem z płodzeniem.

IMG_3323

A tak w ogóle… wiosna.

I lody są otwarte, więc wieczorem człek może się przejść i pożreć trzy gałki z bitą śmietaną. Coś, czego nie mógł robić przez prawie pół roku! Ha ha ha!!! Biorąc pod uwagę to, że kurcze by dojść do sklepu trzeba najpierw pod górkę, potem z górki, potem znowu pod sporą górkę, więc wiecie… coś się tam spali. A reszta, wiadomo, pójdzie w boczki. I co z tego? Przecież tutaj kurcze to naprawdę nie ma znaczenia.

Cisza na zewnątrz, aż słychać jak trawa rośnie. Niedługo wyjadą znowu kosiarki pożerając stokrotki i dekapitując innych. Z nowości… mamy w ogródku stadko srok. Jakieś takie młode i szalone są. Jakieś takie czarownie nie do końca przerażone. Pewno, że to nie pieseczki do głaskania, ale patrzenie na nie to cudowna przyjemność. Serio! Na te ich piórka się mieniące, na oną białość bielszą niż śnieg. Na wszelakie ich ruchy, niby ostrożne, niby dostojne. Jakby nie do końca wiedziały co wybrać. Czy to, że są piękne i dostojne i wiecie, władczynie onego trawnika i robaków w nim zawartych, czy jednak wciąż jeszcze są niepewne? Podobnie zresztą czasem kroczą młode wrony. Bo te starsze to wiecie, dobrze wiedzą, że one tutaj rządzą.

A wróble?

Nadal pracują nad potomkami.

Gdzieś mają mazurki i inne jaja…

IMG_3234 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Podłamana… została wyłączona

Pan Tealight i Turniej…

„Nie żeby Wiedźma Wrona Pożarta miała coś przeciwko wszelako różnie ostatnio pojmowanej kulturze fizycznej, serio. Ona ją zwyczajnie nienawidziła. Od dziecka, gdy kazano jej biegać, a nadmierne elementy w górnej części jej ciała ciążyły i bolały. Nikogo nie obchodziło, że umiała sobie założyć nogi za głowę, iść kilometrami, zgiąć się w pętelkę i oczywiście szpagat trzasnąć całując się w pośladki, ale wiecie… Liczyły się ino biegi. Dlatego jej nienawidziła. Znaczy co do kultury, no wiadomo, co do fizyczności też, ale razem nie. Co dziwne, sama wciąż robiła różne wygibasy, chodziła kilometrami i robiła takie cuda niewidy trzaskając zdjęcia, że po prostu ruch się zatrzymywał i patrzył zadziwiony.

Ale jeśli chodziło o kulturę fizyczną… yyyyyy!!!

No więc, gdy Pan Tealight zaproponował Turniej, ona zaproponowała mu kąpiel z mikropiraniami i grysikiem szklanym oraz latanie nago w formie cukrowej rzeźby po wybudzonych mrowiskach, wraz z pillingiem elementami odnalezionymi w Czernobylu. Ale w końcu jakoś doszli do ładu. I nawet żadne z nich bardzo nie ucierpiało. Chociaż wszystkim wciąż wydaje się to dziwne.

No wiecie, że się jednak nie pożarli.

Że nie powyrywali sobie wzajemnie kłaków, tudzież włókien, że po prostu się udało, że w ogóle wyszło… że jednak jakoś tak, nawet czasem się uśmiechali do siebie wzajemnie podczas całego wydarzenia. Więcej, Wiedźma Wrona Pożarta dała się przebłagać, by robić za dziewuszkę z kwiatkami i nagrodami, uśmiechała się, wieszała one medale i inne tam wstążeczki, dawała chabazie, dziwne, wczesnowiosenne, lekko umęczone, niektóre gryzące co prawda, ale przecież nikt by się nie przyznał do tego, iż wyrośnięta stokrotka właśnie zrobiła mu manicure…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2905

Z cyklu przeczytane: „Złodziej czasu” – … czas. No w końcu to on zawsze kradnie, czyż nie? Kradnie nam zabawę, sen, albo co gorsza, kasę wydaną na zegarki. Dlatego odwet powinien być jak najbardziej logiczny. Ale…

Ale w tym tomie to wcale nie jest takie łatwe. Takie logiczne. Bo widzicie, są Audytorzy. I Mnisi i Niania O. Igor i On… Śmierć. I wszyscy oczywiście zdają sobie sprawę z istnienia Jeźdźców Apokalipsy, którzy zgubili jednego ze swoich i… No dobrze. Czas. Widzicie, czas jest jak czekolada. Mija.

Dobra, ta historia jest na początku trochę nazbyt filozoficzna, ale tak to już jest z Mnichami. Trochę wsio się dłuży, trochę człek nie rozumie, potem coś odkrywa, a potem wszystko się jakoś tak otwiera i zaczyna się zabawa. Ale bardzo poważna zabawa. Można jak zwykle Pratchetta łyknąć jako coś kosmicznie komicznego, ale też można się zagłębić w pewne prawdy i oczywistości. Można po prostu trochę pomyśleć… albo tylko się dobrze bawić.

IMG_9546

Deszcz.

Słoneczność całkowita podobno ma przejść… ma nadejść wyłączna deszczowość, ale jakoś nie umiem w to uwierzyć. Jedno jest pewne, ferie w toku!!! Pogodynka zapowiada pomroczność gloomowatość i wiecie inne tam mokrości. Oczywiście zwyczajowemu Tubylcowi to nic. Na spacer i tak można przecież wyjść. A wilgoć dobrze na cerę robi. No i wiecie, przecież to w końcu czas wszelako wolny. W ogródku pogrzebać, coś tam dosadzić, sprzeciwić się idiotom wycinającym wsio do gleby. Przestać myśleć o nastolatkach rozwalających się na zakrętach… Dużo ostatnio smutku na Wyspie, więc ludzie próbują jakoś to wszystko z siebie zrzucić. A Turyścizna? Pomarudzą i tyle. Może dzięki temu restauracje zarobią? Może i odbiorcy internetu, może i ci od pornosów… kto ich tam wie? Nie mam statystyk dotyczących tego, co Turyścizna robi, gdy pada. Gdy sama byłam, przez nazbyt krótką chwilę, od razu świadonma tego, że to mój dom, więc wiecie… dziwacznie niepasująca ni do tych ni do tych, siedziałam w namiocie. Mokłam, pochorowałam się i przeprowadziliśmy się do mieszkania. A tam już wiecie, po przeschnięciu można było iść dalej…

Bynajmniej wystawy wszelakie się szykują. Jaja w różnych miejscach pączkują, no i piórka. Oj tak, Tubylcy lubią się opiórkować z tej okazji. Jakoś tak pasuje to do onych piórek porozrzucanych przez ptaki, które serio mocno pracują nad powiększaniem swoich rodzin. Nad zalotami i gniazdowaniem wszelakim. A te trele w lesie. Ech! Za każdym razem mnie zniewalają. Jakoś tak, wiecie co, gdy już one ucichną, to serio nie będzie po co żyć.

A… no i pada.

I wieje.

I pochmurnie, ale jednak jakoś co chwilę zza chmur nad nami wyłazi słonko i jakoś tak jest dziwnie. Bo wszystko ono żółte – forsycje głównie – świeci się jak szalone. Jak pokręcone. Jak czarowne totalnie!

IMG_4243

Zawsze mnie to fascynuje, że tutaj Påske, to ferie. A to oznacza czas wolny nawet dla dorosłych. A tak. Od środy wieczorem mamy wolne. Całkowite. Tak serio, to niegrzecznym jest nawet zadzwonić do współpracownika w sprawie pracy. W ogóle jakoś tak telefony… milczą. Ludzie starają się w końcu spędzić czas z rodzina, albo wiecie, zmywają się na jakieś wakacje. Często osobno. Mama tu, tata tam, a dzieci same sobie. Rodzina, to jednak coś, co ma tutaj dziwną definicję. Na Wyspie spotyka się jeszcze te doskonałe, dziwnie zwyczajowe rodziny, ale są tak sporadyczne, że rzadko się je rozpoznaje. Zresztą, ona moda na to by mieć dziecko z kim popadnie… no dobra, już nie zrzędzę. Oto mamy święta, które są li ino wakacjami. Krótkimi, bo krótkimi, ale jednak. Zje się jajo czekoladowe, albo kurczaka wypełnionego pianką i tyle. Czy są modły? Może i są, ale kto tam na nie łazi? Kościół w Gudhjem może se bije, ale zobaczyć tam jakieś obrządki, sorry, ale musicie się umówić, jeżeli chcecie…

Bynajmniej większość sklepów pozamykana!!!

A Wyspa?

Może i u nas stoi ino wóz z jajami drewnianymi, kolorowymi, pewno wypełniony oną samą słomą co na Jul, ale za to w Hasle na każdym rondzie wielkie jajo, metalowe, koronkowe, w którym mniejsze wiszą, wiecie… tak się majtają gwoli wszelakiej świąteczności. Słodkie to wszystko, ale tak naprawdę całkiem nieważne. W sklepach coraz mniej onych oznak świąteczności… już się nawet nie wysilają. Żeby znaleźć kartki musiałam mocno kombinować. A wysyłanie ich to koszmar, ale dałam radę. Bo wiecie, zboczeńcy pocztowi tak już mają…

Więc niech się wam wszystkim jajeczni.

To w końcu symbol życia. Pogański, no ale. Któż o tym nie wie. Że Odyn też wisiał rozkrzyżowany… ech, może zamilczmy.

IMG_3458

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Turniej… została wyłączona

Pan Tealight i Kryminalne Pożarte Tango…

„Przyszło w nocy, ale nie zapukało.

Po prostu wdarło się do Białego Domostwa, jakby żadne bariery zabezpieczające nie istniały, jakby tak naprawdę nic go nie mogło zatrzymać i zatańczyło… oczywiście, że od razy pojawił się trup, potem kolejny, na szczęście w tym miejscu zmartwychwstawanie było na porządku dziennym. Ale jednak było to dość niewygodne. Wiecie, szczególnie teraz, gdy wszystkim wzięło się na sprzątanie, porządkowanie i takie tam szaleństwo, a ten mały skurczybyk tańczy i wybija tymi podkutymi, czarnymi, wypolerowanymi na wysoki połysk lakierkami rytm, który pozostaje w głowie… i nie odchodzi.

Coś trzeba było z nim zrobić.

Znaczy próbowali go spętać, związać i zamurować, ale się nie dało. Wprost przeciwnie, tym co wiązali się udzieliło i tak wiecie, jakoś więcej z nich zaczęło pląsać. I wybijać rytm i tangować… Pan Tealight ulotnił się do Chatki Wiedźmy Pożartej i zwyczajnie ogałacał jej zapasy herbaty. Ale wiedział, że w końcu będzie musiał po tym wszystkim posprzątać. Bo przecież ile można. Święta może i odpowiednie, ale one ciągłe zmartwychwstania i wszelkiewieczności zaczynały działać mu na nerwy, a Wiedźmę Wronę wpakowywały w jeszcze większą depresję. Nawet to, że Chowaniec miał ferie świąteczne, nie pomagało. Nawet to, że mogła go wykorzystywać do wszelakich spacerów, noszenia wszelkich rzeczy i cielesnych zabawiań, to jednak… bał się, co znajdzie, gdy wróci. Dlatego nie wracał. Chyba i Kryminalne Tango w końcu musi się zmęczyć, czyż nie? Zresztą, Wiedźma Pożarta tak szczerze nienawidziła tego okresu w roku, że serio lepiej było jej nie obtańcywać. Siedzenie z nią, picie herbaty i nazbytnie myślenie o tłumach, które nagle się spojawiły na ulicach ich miasteczka na nich obydwoje działało legalnie nadmiernie chujowo!!! Mieli gdzieś grzeczności. Marzyła im się bazooka i wiecie, wolność wszelkiego celowania. Może i Wiedźma Wrona miała problemy ze wzrokiem, ale przecież przy serii, to na pewno kogoś trafi. Najlepiej idiotę parkującego na zakręcie, tego na zakazie, albo na miejscu dla niepełnosprawnych…

I wtedy wpadli na ten pomysł… i wiecie co, poszli na spacer z Kryminalnym Tangiem i jakoś im wszystkim zrobiło się lepiej!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1225 (2)

Z cyklu przeczytane: „W labiryncie ulubionych miejsc” – … Simon Serrailler. Dziwny osobnik. Nader dziwny. Dobra, nie lubię gościa. Jest dla mnie kompletnie niepotrzebny w tych książkach, ale… to jego seria.

Jej chyba nawet tom pierwszy.

Niby zwyczajowa opowieść kryminalna.

Wiecie, ktoś ginie, ktoś nie wierzy, że coś się stało, ktoś nikogo nie szuka. Ale z drugiej strony mamy jego – mordercę geniusza. Perfekcjonistę. Dziwaka, który informuje nas o wszystkim. Wiemy co z nimi zrobił, wiemy dlaczego, nie rozumiemy czemu policja się tym nie zajmuje. I oczywiście wkracza Serrailler. I nagle, nad wyraz powoli, wszystko się rozkręca. Ale w większości to opowieść o jego rodzinie. O jego siostrze i rodzicach, o ich problemach o tym, jakiż to on bardzo jest niezrozumiany… Wiem, że przeczytałam tę serię do góry nogami, nic na to nie poradzę… boję się, że gdyby było odwrotnie, to przecież mogłabym już nie sięgnąć po kolejne powieści.

On jest zwyczajnie dla mnie aż tak wkurzający! I te ciągłe problemy z babami…

Podobało mi się. Naprawdę cała książka jest całkiem dobra. Wątek trzyma się kupy, morderca jest nieźle pokręcony, a jednocześnie dziwnie poukładany. Powieść wciąga, wciąga rodzina naszego gliniarza, fascynuje mnie jego siostra, wszystko gra poza Simonem. No nie wiem, drażni mnie gość totalnie!!! Ale poświęcę się, chcę więcej takiej specyficznej narracji i onej angielskiej spolegliwości. I tych morderców. Nie ma co, pokręceni.

IMG_1449

Porty.

Na Wyspie porty są różne i różniste. Kuliste, grzybiaste, sporadycznie użytkowane, tanie i wszelako kasiaste. Te, w których zatrzymują się ino promy i wielkie statki, choć tak po prawdzie one największe to stoją gdzieś w oddali dla bezpieczeństwa i tylko te swoje taksówki wysyłają… Ale wiecie. Są te ogromne porty. One maszyny i zabudowania, a zaraz obok nich maciupkie coś dla tych, co codziennie używają wody i swoich łódeczek. Oczywiście przy nich maciupki zabudowania. Wiecie, tylko by wyschły sieci, by sznury i boje gdzieś złożyć, by po prostu czasem odpocząć i napić się czegoś ciepłego…

Czasem jak tak człek idzie sobie brzegiem Wyspy, to znajduje porty nieporty.

One lekko pogłębione miejsca, często ręcznie odrzucone skały. Tylko wiecie, paseczki takie, wolne od kamieni, które pozwalają dobić do brzegu. Przy nich na przykład odrapana, bezokienna szopa. Ino pociągnięta wapnem. Nosz idealny temat na horror jakowyś, tym bardziej, że wczesną wiosną dookoła onego domku kwitną drzewa owocowe. One młodziutkie listki i białawe płatki nadają miejscu takiej niewinności, a jednocześnie zwiększają ciary…

Ale najfajniejsze są dla mnie te maciupkie porty. Bardzo niebezpieczne, nastroszone skałami i zdradliwymi prądami, jak na przykład, te teraz tak podniszczone porty w Helligpeder i Teglkås. Niewielkie, dziwnie bliźniacze. Przy nich spore domy, widok doskonały, choć czuć ten strach, jakim przesiąknięte sa mury, bo przecież zbyt często fale biją o okna ostatnio… Ale wróćmy do portu. Do onych chatek zaraz tutaj dotykających wody. Nikt w nich już nie mieszka, ale one się nie poddają. Wciąż jeszcze żyją i oddychają swoimi morskimi opowieściami. jedne zbudowane z kamienia, obwieszone starymi sieciami i sznurami, niczym wystawka dla katów… wiecie, każdy sznur za pół ceny, a te na grube szyje za 30% wartości!!!

Promocja!!!

IMG_1221

Łódeczki się kolebią…

A i są różniste.

Jedne zdają się być wprost dłubankami. Rzadko można je spotkać i sporadycznie znaleźć, no ale się da. Są po prostu czadowne. Inne znowu, całkiem budowane tak, jak kiedyś. Z drewienkiem wyginanym, malowane w spokojne, naturalne kolory, jakby ktoś wierzył wciąż, że przez cały czas tylko to jest najlepsze. Zwyczajne drewno. Takie co to puszcza i przepuszcza. Drewno, które pęcznieje, a potem śni… cudowne, czadowe, niesamowite. Niektóre z tych łódek mają maszty, inne znowu całkiem nie. Jedne już tak poczerniały, że wyglądają jak spadki po wikińskich przodkach, do tego te stare liny, a jednak… wszystko wciąż trzyma. No i oczywiście są plastiki. Popularne, bo wiadomo, lżejsze, łatwiejsze do transportu, może i tańsze, wymagające mniej zachodu. Kolorowe niczym kwiatki na łące, ale jakieś takie… bez duszy. Woda je unosi, ale robi to dziwnie niemrawie, jakby wciąż wolała przytulić sie do tego drewnianego kuterka.

Uwielbiam łódki. Patrzenie na nie jak tak się kolebią oczywiście sprawia, że wdzięczna jestem temu, że ziemia się nie trzęsie, że Wyspa uraczyła nas do dziś ino jednym trzęsieniem ziemi, no ale, wiecie, wolę jak się to pode mną nie buja.

Tak wolę.

W portach łódki oczywiście mają swoje własne miejscówki.

Łańcuchy pordzewiały, buły boi się kolebią, sznury oczywiście dawno już powiedziały: pa pa. Każdy ma swoje miejsce, często z dziada pradziada, każdy wie co i jak, każdy zostawia te wszystkie manele na miejscu, bo przecież nikt nie zajumie. Na każdej skrzynce napisane, że Wyspa, albo coś innego, zawsze, że nie na sprzedaż. Do tego sieci na brzegu, ale… czy ktoś je jeszcze używa? Podobno robią w Nexø sieci starym stajlem, ale muszę to jeszcze ogarnąć. Na razie nadal gapię się na łódki. Bo wiecie, one jak te szczeniaczki, tylko je spuścić ze sznurka i polecą…

I powoli zachodzi słońce, nadchodzi cisza też i dla łódek, i właściwie, ta wyspowa cisza jest przez cały czas… nawet jak zjedzie Turyścizna, to przecież ona się nie schowa… Nadal jest. Chyba, że wietrzycho zacznie duć, to wtedy cisza wpycha ci się pod kołdrę i wiecie, świntuszy!!! Strasznie świntuszy. Oj!!! Ale nadal jest. Ale jeśli chodzi o ciemność, to zaczyna się czas, gdy ona się obija i to mnie wkurza…

… zbyt wiele światła, szaleję!!!

IMG_1039

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kryminalne Pożarte Tango… została wyłączona

Pan Tealight i Znów Ten Dzień…

„Właściwie, ponieważ nigdy nie było wiadomym w jakim będzie nastroju i czego będzie oczekiwała, musieli być przygotowani na wszystko. Na smutkowanie i wszelakie milczenie. Na radosność wybuchową i czycenie. Oraz na coś pośrodku, co było najtrudniejsze, bo przypominało kroczenie między nazbyt wrażliwymi minami przeciwpiechotnymi. I to w bucikach na szpilkach z dzwoneczkami, no i oczywiście tym krokiem całkiem riverdancowym. Tak to z nią było, gdy nadchodził ten dzień.

Pan Tealight się przygotował.

Miał prezent, ale zarazem go nie miał. Miał ucztę, ale w każdej chwili mogła ona zniknąć, miał nawet to ono pomiędzy, kwiatek z dworu, a potem zagonienie jej do ogródka, by pomogła mu plewić młode krasnoludki… ale i tak się bał. Bardzo i potwornie. Bo w końcu, choć to był tylko jeden dzień w roku, to jednak nadmiernie go dołował. Wiedział, że ze śmiertelnikami tak jest, ale co… co jeśli ona nie do końca była jak inni? Miał przeprowadzić eksperyment, ale jakoś się tego bał. Wiecie, wyniku, który mógłby go nie zaskoczyć. Zbyt mocno.

Ojeblik oczywiście wtajemniczona, razem z Wiedźmami z Pieca przygotowały to, co Wiedźma Wrona Pożarta kochała najbardziej i tyle. Wiedziały, że z tym jakoś tam uda im się przetrwać te 24 godziny. Ale to, co się wydarzyło tego dnia, jakoś zaskoczyło wszystkich. Bo widzicie, ona chciała, ona oczekiwała i chyba nie kłamała, by potem wszystkich ich połamać, podeptać i zalać betonem z czekoladowymi okruszkami. Chyba? Nadal byli podejrzliwi.

Bardzo…

Ale pozwolili jej na ową wesołość, spacery i zakupy… w końcu w ostatni, prawdopodobny dzień swego istnienia lepiej się bawić niż smucić.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2072 (2)

Z cyklu przeczytane: „Na przekór przeznaczeniu” – … tom trzeci. Ostatni. Zaskakujący, ale muszę przyznać, że dobrze się bawiłam, może dlatego… że tym razem nie chodziło o nią. W końcu przesiedleńka nie jest na pierwszym planie. Znaczy no Olga no… wiecie, ta od smoka!

Oczywiście świat toczy się dalej.

Dziouchy dokonały tego, czego dokonały i tyle. Teraz czas trochę na chłopów. Bo widzicie, w końcu należy podjąć pewne decyzje i nie tylko polityczne. Te sercowe też są super ważne. Tylko, czy nasi męscy bohaterowie odnajdą w sobie odpowiednie siły, by powiedzieć TAK? Albo by walnąć pięścią w stół? A co z tym, że niektórzy wcale nie są tacy, jakimi się wydawali? No wiecie…

Zakończenie i nie do końca zakończenie. Gromyko po prostu po raz kolejny zostawia swoim bohaterom masę furtek i możliwości. Zwyczajnie, z jednej strony stawia sprawy jasno, z drugiej, nie do końca, trochę mami. Prawda jest taka, że gdy docieramy do ostatniej strony jesteśmy maksymalnie wkurzeni, bo wszystko się dopiero rozkręca, więc… gdzie ciąg dalszy? A widzicie, w waszej wyobraźni. Bo z książkami Olgi właśnie tak jest. W dziwny sposób współpracują z czytelnikiem i pozwalają nam wybrać, dośnić zakończenia. Pobawić się więcej w tym fantastycznym świecie skapanym w magii i dość ludzkich zachowaniach.

Na pewno bardziej mi się podobała niż część środkowa! Oj o wiele bardziej!!!

IMG_3088 (2)

Wieje.

Ale Turyściźnie chyba to nie przeszkadza. Przybyli chmurnie i dumnie w swych wypastowanych samochodach i ciuszkach dziwnie odstających od Tubylczych ubranek. I z zachowaniami całkiem innymi. Wiecie, tacy zaaferowani dziwnie… tacy jacyś dziewiczy. A przecież w większości to ci, co przybywają tutaj co święta, co sezon, co wakacje, co urlop. Sommerhusy się wietrzą. Przegląd prania i pościeli cudowny. Uwielbiam te pełne sznury, te klamerki w końcu mające co trzymać. No zboczenie takie, a może zwyczajnie chodzi o życie? Bo widzicie, domy bez ludzi zamierają i umierają. Na amen czasem i trudno je przywrócić do życia. I tak bardzo mi ich czasem szkoda…. tak bardzo, że łażę i głaszczę ściany i okna. I zaglądam im w szybki brudne, opajęczynione. Bo wiecie, robale też już wstały, łącznie z cholernymi kleszczami!!!

Ale sezon się zaczął. W tym roku później, bo wiadomo, te święta jakieś takie inaczej wyliczone co roku, więc… więc właściwie każdy mógł się lepiej przygotować, a jakoś nie widać. Fryteczki są, lody są, nawet czekoladki, ale poza tym bida. W sklepie znowu mi ser wykupują. No ja nie wiem, co oni mają z tym serem? Mniejsza… teraz w końcu mamy korki. Znaczy wiecie, stoją 3 auta, co to chcą skręcić w tę samą stronę, więc wiecie, zalicza się jako korek. W niektórych miejscach jeszcze coś w drogach ryją, więc ogólnie powolność. Oczywiście wariatów nie brakuje, ale to przecież jest wszędzie. Najbardziej wkurwiający są ci, co ci wyjeżdżają z zakręty, powoli się wleką, by zaraz kliknąć, że skręcają w inną stronę. Nosz kurde mać. To podobno wyspowa specjalność, no ale… cóż ja na to poradzę? Ja chodzę na nogach.

Ale wieje… duje nawet i przygina ono wszystko kwitnące ku ziemi. Słonko wali, ludzie wyłażą i się karmią, naświetlają, niektóry nawet już na plażach się nagusują.

Zboczeńcy!!!

IMG_6998 (3)

Co najbardziej rzuca się w oczy w tym roku? Bardzo sporawa ilość duńskich i niemieckich rybaków. Wiecie, onych, którzy w tych gumowych i ocieplanych wszelako ciuszkach sterczą w falach – całkiem czasem pokaźnych i wędkują. Znaczy tego tam kija moczą. Nie wiem, czy to po prostu moda jakaś, czy więcej ich zwyczajnie się zebrało? Ale jest ich więcej. Stoją jak takie postacie, wiecie, niczym przez bazyliszka ustalone na zawsze kamienne kompozycje… czasem na kamieniu, więc i postumencik jest i dziwnie chwiejnymi się zdają i serio, naprawdę zdaje mi się, że jak upadną, to może być bardziej niż niebezpiecznie, bo skały spiczaste i wody malutko…

Ale stoją.

Ciekawe czy ryby biorą? Znaczy, ekhm, czy oni ryby biorą? Bo wiecie, to brzmi dość dwuznacznie, no ale… widok onych postaci i to zarazem żeńskich jak i męskich, jak i mutantów popromiennych, napawa mnie dziwną wiarą we wszelkie ponadnaturalne przykrości rzeczywistości. Ale co mnie tam oni, ja idę do Jons Kapela sprawdzić te przylaszczki. Bo widzicie, kilka kroków przed Jons Kapelem jest takie miejsce, ona polanka idealna na ting, grobowiec, tudzież wiecie, jakieś ofiary składanie i zrzucanie czegoś tak ze skały… i one tam są. Ale w tym roku słabiutko. Znaczy są, ale niczym okruszki po posiłku, który odbył się wieku temu. Szkoda… marzyło mi się niebieskie pole. Kobaltowe właściwie. Niesamowite.

Ale nic to.

Ważne, że coś w ogóle jest, bo w tym roku nic nie rośnie po kolei, jak to zwykle w naturze bywa, ale wsio razem i od razu wrzeszcząc: hurraaaaa!!! Jakby się bali, że nie zdążą. Jakby koniec świata zaglądał im już przez listki, jakby… wiedziały.

IMG_6889

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znów Ten Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Jednorożce…

„Jorik, Pornoramiks, Gerald i Leonidas… żeby wspomnieć tylko tych widocznych. Tych, którzy wpływali na nią codziennie, tych wiecie, najbardziej głośnych. Zresztą kolejni mieli jeszcze bardziej odjechane i trudne do zapamiętania imiona. Pan Tealight już dawno dał za wygraną i po prostu tylko kiwał głową. Nie chciał pamiętać, nie chciał wiedzieć, nie chciał nawet komentować tego, że ona… wiedźma nadmiernie procentowa i na wszelakim dopędzie, prowadzała się z jednorożcami. Z różowawymi, turkusowymi i oczywiście tymi z gwiazdkami kołującymi dookoła ich puszystych ogonów. No i jedn nawet miał srebrzyste skrzydłe, inny dwa dzwoneczki na szyi…

No powiem wam jak w tym wierszyku o tej jednej, no co tam miała te owieczki i je pasała. Nie, nie gąski, gąski zawsze wzbudzały w Wiedźmie Wronie Pożartej wszelakie stany lękowe. Serio ino jej trzeba było dodać jaką laseczkę, rozkloszowaną sukieneczkę w pastelach i buciki kryształowe… nosz po prostu jawna i cukierkowa przeciwność tego, czy ona jest, była i raczej będzie.

Za stara jest na zmiany…

No ale jednorożce?

Uważała, że po pierwsze i tak nikt w to nie uwierzy, no wiecie, że ona idzie i te jednorożce, po drugie na dodatek nikt nie uwierzy w to, że je widzi, a po trzecie, no przecież miały te rogi, co nie… więc było to odrobinę przerażające. Takie zezwłoki na rogu serio zasychały dość szybko, jeszcze jak jednorożec był wielbicielem wszelakiego galopstwa, to od razu zmieniały się w wędzoną i suszoną ludzinę.

Mniam!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9599

Z cyklu przeczytane: „Rzeźbiarz śmierci” – … tom 4. Mniam. No po prostu. Co jak co, ale Carter uwielbia swoją dosłowną dosłowność, z którą opisuje każdy krok mordercy. Lubuje się w opisach, które skraplają, kapią, które naprawdę mają się mokro, krwiście, mięsiasto i w ogóle…

Ale to każdy, serio!!!

Tym razem zwyrodnialec jest wyższego stopnia. Ale to bardzo wysokiego. Nie tylko morduje, ale też w artystyczny sposób modeluje miejsce zbrodni. Czyżby artysta zboczeniec? A może horror vacui? Albo ktoś, kogo sztukę inni źle zrecenzowali? No wiecie… czasem recenzja potrafi dobić, a czasem wkurzyć aż tak. Nasi bohaterowie nie tylko stykają się z nowymi formami uśmiercenia osobników, ale też przede wszystkim jak zwykle coś im grozi, no bo przecież. W tym Carter się nie zmienia. U niego wszystko zawsze leci schematycznie.

Czy Garcia w końcu będzie miał dość?

Jak zniesie to jego związek?

A Hunter?

Czy naprawdę jest taki twardy?

Wprowadzenie nowego członka zespoły intryguje, ale tak naprawdę… ech, no na co nam ona? Weźcie. Za to same zbrodnie. Mniam! Trzeba przyznać, że w tym tomie, mimo pewnej stagnacji gdzieś w środku tomu, wszystko jakoś tak no… się układa. Wszystko w końcu zaczyna do siebie pasować i chociaż znowu można szybciej dodać dwa do dwóch, to ten tom wciąga w specyficzny sposób.

IMG_1445

Wychodzi człek do lasu, dzień jeden nie był… a tam już nie ma brązów, ino zielenie. Wszędzie zielenie. Tu maciupkie listeczki, które rozwalają mnie dosadnie, serio. Wiecie, one totalne miniaturki z poszarpanymi brzegami, które wyglądają jakby wyszły spod maszyny niewprawionej szwaczki. Gałęzie jakby zgrubły, ktoś posprzątał malutkie cząstki zeszłoroczne i zakrył je liśćmi zawilców i czosnku niedźwiedziego. Lepiej serio w niego nie usiąść, no szkoda. Każdy Tubylec, a i Turyściznowiec, jakoś tak włazi w las i wraca z aromatycznym bukiecikiem. Ciekawe ile w tym roku będą za nasz czosnek bulić ci ze stolicy?

Włazi człek w las i po prostu zieleń go opada i te malutkie, niesamowite, przyciężkie lekko pączki zawilców. Gdyby ktoś podniósł znowu ów problem żółtych, to rosną jak szalone, szczególnie w miejscach, gdzie buszują owce! Na owczych bobkach widać najlepiej. Jakoś tak kokoryczy też się bobki podobają. Fajnie!!! Ale w moim lasku głównie białe zawilce, takie malankowe miejscami z różowymi i fioletowymi paseczkami. Cudownie delikatne, ale tylko na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości to serio twarde sztuki. Opierają się onym wahaniom temperatury, które mamy obecnie niczym jakieś skalne porosty. Chcą wzrastać. Chcą do słońca. Tworzą nietypowe konstrukcje z powalonymi gałęziami. Wyglądają zza nich zalotnie…

Flirciary takie!!!

Ostatnie krokusy całują glebę, gdzie niegdzie jakieś białe buntowniki chcą konkurować z resztą wzrastającego świata, ale przegrywają. Ich czas się skończył. Teraz zawilce, kokorycze, no i te tam… przylaszczki i stokrotki pojedyncze i fiołki i oczywiście one. Żonkile. Kupki z kołyszącymi się żółciutkimi, słonecznymi główkami zaraz przy drodze, zaraz przy rowie. Zaraz pod polnym drzewkiem. I wciąż nie wiem, czy ktoś specjalnie je tak kiedyś powsadzał, czy nie? Czy one tak same? Złoci strażnicy wiosennej poprawności kwiatowej.

IMG_9953

I nagle walenie w dach…

… grad. Zmienność pogodowa daje o sobie znać. Tylko wieczór zapadł, a wszystko spada w dół, a wszystko się chłodzi. Zresztą, nie oszukujmy się. Przecież zewnętrze tylko kusi słońcem, powietrze wciąż przenika milusi chłodek, który przymusza nas do zarzucenia jeszcze jednej warstwy odzienia.

Oj, lepiej chyba nie odkładać sweterków.

Wyspa ma to do siebie, że uwielbia zmieniać pogodę. Czasem niczym w górach winieneś być przygotowany na wszystko, a już wiosną, na pewno. O poranku może ci przygrzać słonko, nastawiasz się na wyprawę, a tutaj w ciągu sekundy nadciągają chmury, grad miażdży świeże pączki i po wszystkiemu. Dziwny, zimny powiew mrozi ci nie tylko odkryte miejsca i już wiesz, że to, co babcia opowiadała o długich gaciach, należy też zaadaptować na takie okazje. Ziemia wciąż jeszcze zimna, ale musi rodzić. Jakby wiedziała, że czas nie będzie jej sprzyjał. One poszarpane, połamane kształty otrzymują dookoła siebie śliczny, zieloniutki, grubiutki, puchaty dywanik. Mchy nagle znikają, a na gałązkach pojawiają się pąki, ale i tak najcudowniejsze są one: drzewa owocowe. Takie panny młode na wydaniu. Wiecie, bierzcie mnie pókim dziewicą, no i póki płatki mi nie opadły! Bierzcie mnie za żonę!!!

Przejeżdżając wciąż jeszcze pustawymi szosami, jakoś tak człek nie tylko zauważa coraz gorszy stan dróg, ale przede wszystkim właśnie je. Drzewa owocowe i krzaki. Wiśnie, tarniny, śliwy mirabelki… i pierun wie co tam jeszcze. Piękne takie, niewinne. Cudownie niesamowite, kontrastujące z oną wciąż jeszcze ciemną ścianą innych gałęzi…

Boskie jakieś takie.

IMG_9909

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jednorożce… została wyłączona

Pan Tealight i Bunt Królewien…

„Niby…

… bez urazy, ale co miesiąc były jakieś z nimi wąty!!! Po tym czasie człowiek i inny byt, jakoś tak do tego przywykał. Przyzwyczajał się, a nawet, co istotne, regulował zegarki podług onych ich miesięcznych wybryków, ale to, co się wydarzyło, było czymś nowym. Dziwnie niebezpiecznie nowym.

Najpierw pojawiły się transparenty.

Potem pończoszki zwisające z wciąż nagich gałęzi.

Aż w końcu… one zaczęły okupować kuchnię, stawiać doniczki na parapetach, sprzątać, być miłymi, usłużnymi, wszelako cierpliwymi i opiekuńczymi… Jak nie one. Nic w nich nie było z zadziorności, nic z onej feministycznej oziębłosci. Wprost przeciwnie, tylko ciepło, dziwne matkowanie i wszelaka depilacja.

Coś strasznego.

Wiedźma Wrona Pożarta, jak tylko zobaczyła te transparenty schowała sie w lesie, pod mostem i ostro piła z Małym Trollem. Nie mogła ich znieść. I bez urazy, wcale nie była feministycznie nastawiona do świata, wprost przeciwnie, jak najbardziej była za tym, by sie nią opiekować, by faceci wykonywali wszelakie prace za nią i by wysypywali jej scieżki płatkami róż, tudzież płaszczami zakrywać kałuże i takie tam… ale jednak obciachem zawsze było się do tego przyznać. W końcu jak by to wyglądało. Znaczy Chowaniec oczywiście wiedział. No przecież po tylu latach małżeństwa raczej nie mógł od tego uciec. Akceptował one jej wady i tyle.

I korzystał…

A Królewny zalewały świat miłością… babską, różową, cukierkową i pluszową. Mięciutką, nieostrą dziwnie i mało kościstą, zawsze lukrowaną. Co było nadmiernie podejrzane, ale kto by sie tam dopytywał, jeżeli akurat w piecu rodziły się ciasteczka z czekoladą!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7666

Z cyklu przeczytane: „Egzekutor” – … tom 2. Następna opowieść o Robercie Hunterze i jego intrygującym partnerze – specjalistach z nietypowego oddziały policji w Los Angeles.

Tym razem ponownie seryjny morderca… ale co łączy ofiary? I dlaczego to właśnie one giną w taki, a nie inny sposób? Jak daleko należy się cofnąć w czasie, a może w których miejscach szukać, by odnaleźć sprawcę, by zatrzymać ten potok krwi?

Carter jest brutalny.

Już wiem, po przeczytaniu całej serii, że każda z jego pięciu książek jest ułożona w ten sam sposób. Każda jest krwista, dosadna i dosłowna. Każda obrzydza, bulwersuje, wprost razi krwistością. Każda z anatomiczną dokładnością pokazuje co robi morderca… ale też każda dorzuca jakiś twist. Wkurzają co prawda powtórzenia dotyczące głównych bohaterów, jakby autor naprawdę chciał by każda książka była osobną, jakby nie dowierzał, że ktoś może połknąć całą serię… Jakby chciał uniknąć nazywania tego serią, ale… jak to mówił pewien lew: „Amerykanie to lub prosty”. Może w ten sposób zbrodnia sprzedaje się lepiej? Trochę denerwuje dziwnie suchy styl pisania, jakaś taka bezosobowość cierpienia, ale… nie jest źle.

Za to serio, prawie za każdym razem dość łatwo skumać kto kogo i dlaczego! Ale tylko prawie. Czy tym razem?

Ekhm, no tak.

IMG_1444

Nowe do pożarcia… Skromniutko, ale wiecie w kasie pustki, na szczęście były obniżki!!! Przeceny i wysyłka na Empiku to 35 zł!

IMG_2943

Nie wiem co o tym myśleć, ale kurcze… wiosna nadejszła. Pogoda cudowna. A oni umierają. Ci sławni, ci tutaj wielcy, ci co naznaczyli Wyspę.

Może to taki dziwaczny czas? Nie wiem, nie chcę chyba nawet tego zrozumieć, ale spoglądając na pąki forsycji, na które wystarczy dmuchnąć, a już będą kwiaty, jakoś tak depresyjnie się człowiekowi robi. Ja tam rozumiem, że wpadki w szpitalu, że coś chyba jednak większe się tam pokręciło, ale… dlaczego? Akurat teraz. Mówią, że przecież wraz z wiosną nadzieja wraca i wszystko się odradza, mówią… oj pewno, że wolałabym zimę, ale wiecie, to ja.

No i jeszcze ten wypadek dwudziestolatka.

Kurde… strasznie to wszystko takie dołujące. Jakby coś jednak nie szło jak powinno. Jakby człowieki nie tylko z głupoty, ale przede wszystkim z jakiejś takiej desperacji sami brali te nożyce i przecinali swoje linie życia. Może już nie potrzebujemy Mojr. Może one trzy zostały zwolnione z roboty? Może teraz wiecie, jak ze wszystkim samoobsługa? Jak z tą pocztą, którą obecnie to najlepiej samemu odebrać od nadawcy. Serio. Jedna z moich paczek się odnalazła. No tak, taka z grudnia!!! Nagle, z końcem maca pojawia się u mnie całkiem nieznany i dziwnie zagubiony, przepraszający mężczyzna, który niestety bornholmskim, którego ja ni w ząb, bo nie dość, że cztery dialekty, to każdy wsio inaczej wymawia… no bynajmniej puka i podaje mi paczkę. lekko zamokniętą. Przeprasza, że przecież on nie zagląda do swojego carportu, dopiero teraz zaczął wiosenne porządki, patrzy, a tam paczka. Miał ją tam prawie cztery miesiące, ale wiecie, dzięki temu, że nadawca zapakował dobrze i obmotał taśmą – róbcie tak, bo ostatnio serio każda poczta ma nas w dupie – z zawartością nic się nie stało!!! HURRRRA!!!

Fajnie dostać christmasowy stuff na wiosnę!

IMG_9603 (2)

Havgus.

Nadszedł ten czas.

Połowy Wyspy nie widać, a ta którą widać, to jedynie ułuda. Bo z tej strony, której nie widać, to wiecie, no nas nie widać. Mgła zimna, mroźliwa zdaje się otulać człowieka, porywać tylko dla siebie, oddzielać od wszystkiego i wszystkich. Kocham havgus. Kocham tą zimność, wilgoć w powietrzu i one zamazane kontury. I to dziwne wrażenie, że nie ma horyzontu, że góra totalnie zlewa się z dołem i olewa fizykę. W oddali słychać tylko syrenę przeciwmgielną jakiegoś kutra, ale widać… tylko kilka wystających kamieni z tej całej niebieskości. Z onej błękitności szarawej miejscami, niebieskości i bieli.

Cudownie tak.

Spacer brzegiem morza wieczorem, gdy nagle wylazł słońce, gdy nagle wszystko się zmieniło, gdy mglistość bardziej wyraziście się odznacza… wychodzi człowiek, bo przecież po co siedzieć na chacie. Bo przecież kurcze no, trzeba jakoś nabrać onej wilgotności. Musi być dobra dla cery. Nadchodzi przecież z północy. Zwykły havgus. Znowu większość Wyspy niewidoczna, a u nas nagle robi się dziura słoneczna i szaleje wszystko. I świat pije, aż słychać jak ona przeszłość leśna się zmienia. Jakby te dwa parne dni wszystko zmieniły, jakby taka chwila mogła obudzić każdy korzonek i nasionko i przymusiła do roboty, ale by nazbyt się nie pocili, to wiecie… no teraz mamy havgus.

Dla ochłody.

Taka dziwna morska mgła sprawia, że człowiek czuje się tak bardzo bezpiecznie. Bo przecież nic go nie może skrzywdzić, jeśli mówiąc oględnie, wcale nas nie widać! Co nie?

Nic.

IMG_9613

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bunt Królewien… została wyłączona

Pan Tealight i Ojeblika Urojenia Złojone…

„Nie dało się nie zauważyć Ojeblika w Białym Domostwie. Odbywała swój coroczny rytuał gniazdowania, zmuszała wszystkich do sprzątania, zajmowała się ogródkami, w których rosło wszystko od krzaczków łyżeczkowych po drzewka pigmentowe i ogólnie mówiąc, wszelako wzbudzała kurz, miażdżyła senną ciszę i oznajmiała światu, że wiosna nadeszła i trzeba coś z tym zrobić, jak na zimę liczyć już nie można. Królewny zagoniła do układania malowniczego skalniaka, Jednorożce do spulchniania ziemi, Mikołajów do wszelkiego plewienia i odgruzowywania lasu, a Wiedźmy z Pieca wyłącznie do robienia zupy i serka ze świeżutkim czosnkiem niedźwiedzim…

A co, jeść trzeba było.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki oczywiście uczestniczyła we wszystkim. Jakoś tak było to na tyle normalne i zwyczajowe, że można się było rozluźnić i nie myśleć o pierdołach. Poza prymulkami, nowymi pąkami szałwii i mięty oraz wiecie, rozsadzeniem krzaku lubczyka, na który było zapotrzebowanie od kiedy Księżniczki zaczęły prowadzić Pijalnię pod Zdechłym Wróblem. Pan Tealight tylko patrzył na to wszystko i nie miał żadnych wątpliwości, że jego wciąż coraz bardziej sucha Choinka na poddaszu w końcu winna być złożona w ziemi. Miłość należy oddać miejscu, z którego przyszła, ale nie potrafił. Bo chociaż już z nim nie rozmawiała, choć wiedział, że odeszła, że nic z tego już nie będzie, a Pani Zima jest zazdrosna… nie umiał tego zrobić. Na szczęście zapędy Ojeblika mijały na razie Poddasze po tym, jak Smok z Komina zaczęła tam własne starania o zmianę posiadłości na lepsze…

Świat zaczął się zielenić, a Ojeblik, która naprawdę miała ciężką zimę, jakoś należało nagrodzić za to wszystko. No i cóż można mieć przeciwko kolejnym grządkom z ziołami, drzewkom, czy innym tam, może i pełzającym roślinom. Może i to wszystko, co wzrastało pod jej dziwnym spojrzeniem nie do końca było dokładnie tym, co obiecywała torebka nasion, ale przecież… tutaj, w tym miejscu, urojenia były zwyczajną codziennością. Nawet i nudną lekko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1320 (3)

Z cyklu przeczytane: „Jeden za drugim” – … tom 5. Ile można wytrzymać? Tak czasem się zastanawiam jak oni to znoszą. Prawdziwi specjaliści. Jak wracają do domów, do rodzin i dzieci? Jak mogą tak po prostu być ludźmi?

Tym razem Robert Hunter otrzymuje dziwną przesyłkę. Adres strony internetowej, na której ktoś… morduje człowieka. Co ma zrobić? Czy w ogóle może zrobić cokolwiek? A co jeśli będą kolejni? I dlaczego to właśnie on jest adresatem? Czy tylko przez swoją sławę, czy jednak może ten sprawca jest z nim jakoś związany?

Współczesny sposób na morderstwo.

Zabijasz w jednym miejscu, a widzą to wszyscy. I oczywiście każdy wciśnie lajka… bo przecież jedni nie uwierzą, a inni, mają to gdzieś. W końcu to tylko rozrywka. W końcu to nie ich mordują!!! Bo tym razem ta historia dotyczy nas wszystkich. Tak naprawdę nie on – sprawca – był w tej powieści najważniejszy, ale my. Odbiorcy. Użytkownicy wszelako pojętych social mediów. Klikający we wszystko. Dziwnie oderwani od rzeczywistości. Pozbawieni empatii…

Książka ważna, jak zwykle wstrząsająca, jak zwykle pełna krwawych, brutalnych opisów, ni dla każdego.

IMG_1443

I ciepło i dziwnie parno.

Pogoda przypomina rozgrzany piekarnik, ale z dziwnym zimnym nawiewem. Niby zdaje się, że nie ma czym oddychać, zwyczajowa przebieżka pod górkę, która przynosiła radochę, nagle staje się koszmarem dusznika. Po Gudhjem nagle drepta zbyt wiele ludzi, i choć zdaje się to być kwietniowym żartem, to jednak wiecie, wszyscy ciamkają lody. Od 1 kwietnia rzeczywiście je otworzyli i chociaż były problemy z płatnością kartą, to jakoś się udało. W Danii ostatnio najpopularniejszy jest mobilepay, który ułatwi wam nie tylko zakupy w zwykłych sklepach, ale też i knajpkach, czy w przydziałkowym/przydomowych budkach, które znowu powstają z zimowego snu. Powoli wszystko się zieleni, kwiaty na owocowych drzewkach już wybuchają…

Wiosna, cie choroba!!!

Wszędzie żonkile. Wyłażą jak szalone, jakby im płacono. Wiecie, jakby ktoś łaził nocą i sadził te kwiatki po rowach, pod płotami, między drzewami, gdzieś w krzaczkach, gdzieś, gdzie byś się nie spodziewał nawet, że tam mogą przetrwać. No więc po prostu poddaję się tej presji i nabywam sobie maciupką koneweczkę z påskeliljerami. I jeszcze słoik, w którym cebulki moczą się w mikrej ilości wody i kwitną… jakby kurcze wszystko i wszyscy chcieli czegoś mocniej zielonego dookoła. Mocniej kolorowego. Zioła, które sprowadzili nam do sklepu zniknęły w mgnieniu oka. Nosz kurcze. Jakby każdy nagle potrzebował tymianku i rozmarynu. Ja potrzebowałam… bez urazy.

Mój jest najśliczniejszy i już kwitnie!!!

IMG_1318

Jedni ludzie odchodzą, inni się rodzą, jeszcze inni przeprowadzają.

Wiecie, Wyspa to też to ono koło życia.

Odchodzą starzy artyści, a młodzi, młodzi mimo wszelkich pragnień i umiejętności, jednak nagle uświadamiają sobie, że coś się zmieniło. Że nagle i tutaj już nie będzie okay. Że wszystko jest pod górę, więc można zrobić tylko jedno. Zejść do portu z trzema kulkami lodów: burbon w wanili, truskawka i coś co zwą koktajl czereśniowy. Do tego ogromna paćka, głowa raczej z bitej śmietany. Bo przecież ten jeden raz, ten pierwszy raz w tym roku można sobie pozwolić. Złażę więc do portu, a potem jeszcze głębiej, nogi dyndają mi nad szmaragdowo-niebieską wodą i wiecie co, śliczne to wszystko. Pewno, że ludzi nadmiar, ale co tam, na to się nic nie poradzi przecież. Ta Wyspa potrzebuje Turyścizny, a my jakoś to wytrzymamy. Ale te zjazdy starszych panów na swych wielkich, gigantycznych, smrodzących i głośnych motorach… sprawia, że barbiturany są w użyciu. Przykro mi, ale sami pomyślcie. Mieszkacie w ciszy, ptaszki ćwierkają, już pochowaliście starego wróbla pod drzewkiem, ale też młode już mają przyszykowane mieszkanka nad moją łazienką… wszystko kwitnie, słuchacie jak soki buzują w gałęziach, fale uderzają o brzeg, słychać jak piasek opowiada opowieści o bursztynach i muszlach… i to jest twoja codzienność. A potem nagle oni. Czuję się jak rąbany Indianin w Paryżu. Nagły hałas, otępienie, chcę walić głową w ścianę, chcę to wymazać, chcę powrotu do ciszy…

Do cholery, ale co wam dają te motory?

Dlaczego was nie obowiązują żadne normy głośności? Tutaj motorynką nazbyt pierdzącą wyjechać nie można, ale wam, smrodliwie bogatym knypkiem z brzuchami wolno wszystko? Czyż nie? I co to za smród? Olej z Netto?

Do świąt tylko 10 dni. Bleee… nie lubię ich. Nigdy nie rozumiałam onego zmartwychwstawania, onych obrządków i nienawidzę bazi. Wiecie co, nie, ja nie nie lubię tych świąt, ja ich nienawidzę. Jak Dnia Matki i Sylwestra. Yyyyyyy!!!

Prochów!!!

IMG_1316 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ojeblika Urojenia Złojone… została wyłączona

Pan Tealight i Weekend Poza Czasem…

„Czas.

Obrzydliwy starzec, który wkurza wszystkich, najczęściej ucieka, najczęściej, nie, on zawsze zwycięża… paskudzielec. A jednak też zwyczajny mężczyzna w wieku, w którym wolno już wszystko, ale nie wszystko się daje móc zrobić, który mieszka obok Wiedźmy Wrony Pożartej. Bo widzicie, ostatnio się przeprowadził.

Dziadzia Czas.

Ten, który wie co robi, ale nic na to nie może poradzić… i wiecie, no czuje się samotny, ale też świadom onej nienawiści, która go jednak otacza, bo nawet ci, co czekają nie do końca są zadowoleni z tego, gdy mija… Widzicie, on wie, że nikogo nie zadowoli. No może oną szynkę, czy ser, co to ma dojrzewać długo, albo wino. Tak, niektóre formy pożywienia oraz Pan Tealight mają do niego dziwnie pozytywny stosunek. Wiedźma Wrona Pożarta wie, że to natura i wszystko niby okay, ale jakoś wolałaby swoją starą pupę i cycki… Niby nie może go obwiniać, może jednak Ciotkę Grawitację powinna? Może to na nią zwalić oną winę? Bo widzicie, musi coś teraz wymyśleć, gdyż Dziadzia Czas dał jej cudowny prezent na urodziny – które jeśli przegapiliście, a na pewno większość z was to zrobiła, bo prezentów i kartek dostała tyle, co kot napłakał, albo kamień – weekend bezczasowy. Z nim, ale i bez niego… Nie tylko bez upływania, kolejnych zmarszczeki obsuw cielesnych, niezapominania, nieupływania, niemijania – bo przecież niektóre rzeczy serio lepiej zapomnieć i wyblaknąć – ale raczej czas, w którym czas sam nie istnieje. Jakoś tak. Zresztą, wygląda w tym prezencie jak młody Janosik!!!

Serio!!!

Na razie Wiedźma Wrona tylko zajrzała do tego prezentu. Do miejsca, w którym ma suwmiarkę i zwyczajnie może zmłodzić i postarzyć. Wzrosnąć i zmniejszyć. Zmiażdżyć i zastać niezmiażdżonym.

Po prostu.

Na razie tylko tam zajrzała. Brzuch za bardzo ją bolał, by jakoś tym się nacieszyć, ale doceniała prezent. I jakoś tak Dziadzia Czas przechodzący kilkakrotnie pod jej oknami dzień w dzień, zamiast Krztuszącego Sąsiada, stał się czymś mniej przerażającym. Ale tylko i wyłącznie… mniej!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3714

Z cyklu przeczytane: „Geniusz zbrodni” – … tom 6? Dziwnie mam z tym cyklem, serio. Zaczęłam niby od początku, a potem gdzieś mi się jeden tom zagubił. Ale nic to, dziś opowieść o tomie, który jest moim zdaniem najlepszy! Inny, wciągający, w końcu choć trochę logiczny. Seryjnie! Bo wcześniejsze pięć tomów było raczej przewidywalne, a już pierwsze trzy!!!

Ech!!!

No mniejsza. Po przeżyciach wcześniejszych nasz bohater ma zamiar udać się w końcu na wakacje. I naprawdę już jest o krok od tego. Właściwie tylko się zebrać… i oczywiście nic z tego. Zostaje wezwany by pomóc w pewnym dziwnym śledztwie. Śledztwie, które przewróci jego życie do góry nogami. Przywoła przyszłość, odmieni to, co pamiętał. Przywoła TEN koszmar. Największy. Ten, który go ukształtował. I ponownie pozwoli spotkać przyjaciela…

Tak, ten tom to rozegranie strasznego meczu z własną przeszłością. To koszmar koszmarów. Coś, co sprawia, że słowo człowiek nagle zyskuje nowe definicje… Wciągająca, dramatyczna, sensacyjna, z koszmarnym zakończeniem. Zuo ucieleśnione, sprytne, nadzwyczaj inteligentne, gotowe na wszystko i dumne ze swoich osiągnięć.

Czy to koniec tej serii?

Moim zdaniem jeżeli tak, to nawet dobry.

Niestety, to też najlepsza książka z całej serii.

IMG_1442

Påske nadchodzi.

Niby kurczaczki nie atakują, niby zające… a nie, czekajcie, ostatnio zające mnie napadają ciągle. Co prawda napadają i od razu uciekają, ale jest to dość intrygujące. Wyłaniają się z czosnku niedźwiedziego i nagle zmykają. Pewno, czas na łowy. Partnerki czekają, chociaż… wiecie, że nie ma pojęcia jak to robią zające? Czy one serio jak króliki? A może jednak trochę inaczej? Wiecie, te uszy mają inne, te skoki, te wszelkie ubarwienia… Ekhm. No wiosna. Ale mniejsza, najważniejsze, że reklamy pogoń za jajcami już są umieszczone w gazetkach i na stronach internetowych. Jeśli ktoś sobie chce, to nie może, bo raczej musi być dzieckiem. No wtopa no.

Nie nabierają się nawet na to, żem niska… pewno przez cycki.

Z koszmarów…

… mamy problemy w szpitalu. Doszło do pewnych zaniedbań, grupa ludzi dowiedziała się, że nie ma raka, a potem wiecie wzrosła ilość zgonów i tak się porobiło. Przyznaję, że nie chciałam czytać co dokładnie, bo od razu mnie telepie i przeraża. Wiadomym było, że leczenie się tutaj to zawsze tango ze śmiercią. Nawet nie wyścig. Ona już was ma i macie przepieprzone. Nie oszukujmy się. Co za lekarzy tutaj mamy. Z odrzutu, albo i gorzej. Straszne to, bo przecież wydawałoby się, że primo non nocere, a jednak, chyba nie tutaj. Z własnych doświadczeń wiem, że nawet zwykłe wizyty są…

KOSZMAREM.

Dobra, teraz czas na jajko czekoladowe.

Kurde, jakie one drogie!!!

IMG_3757 (3)

Ciepło…

Nagle w nocy zrobiło się 10 stopni, potem w ciągu dnia temperatura zaczęła dobijać do 18tu i… dziwnie się zrobiło. Jakby temperatura nie pasowała do tego, co na zewnątrz. Dodatkowo wiatr przypomina o tym, że to jednak wczesna wiosna. Jest dziwnie. Może to i ciepłe powietrze z południa, może i zwyczajowość natury, ale jednak…

… dziwnie jest.

Naprawdę.

Zdychające krokusy pochylają głowy, jakby nad kimś, czymś może, łkały. Wyglądają trochę jak one płaczki. Dziwnie wychudzone, zmęczone kilkoma dniami bez słońca. Odchodzą. W ich miejsce oczywiście pojawiają się nowe kwiaty: żonkile, narcyzy rzadkie, są zawilce, przylaszczki, no i oczywiście one. Może i niskie, może i dziwnie nieśmiałe, może i malutkie… fiołki. Szalone osobniki, które kurcze mogą zachwycić. Te żółciutkie plamki w środku. Ech, można się zakochać. No i oczywiście ziarnopłon – tak, tak właśnie nazywają się te żółte goście o dziewięciu, dziesięciu płatkach. Niewielkie, ale widoczne. No i kokorycz, która nabija się z podśmiardujących hiacyntów. Zauważyliście, że gdy ich pełność przemija, niby dobrze jeszcze wyglądają, ale jednak… nie pachną już tak, jak powinny. Raczej cuchną czymś… identyfikowalnym, ale nie chcesz o tym myśleć. Serio, nie chcesz!

Czy to wiosna? Wiecie, ta prawdziwa?

Bo jakoś nie wygląda.

IMG_0360 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Weekend Poza Czasem… została wyłączona

Pan Tealight i Posłuszna Wiedźma…

„Właściwie, to była nawet bardzo posłuszna. Wybitnie wprost. Znaczy… grzeczna, dziwnie dająca się wykorzystywać. No dupa totalna nieprzystająca do tych czasów i tej twarzy. A przecież powinna. Nie była durna, wiedziała, że zdałaby się jej choć jedna lekcja asertywności, albo pięćset, ale jednak głupio tak poprosić. Wiecie, komuś grafik zmieniać, narzucać się i tak dalej…

No to była grzeczna i posłuszna. Jak mówili daj, to dawała. Zawsze się uśmiechała, by nie urazić. Zawsze zakładała długie szmaty w onych religijnych krainach i ściągała je tam, gdzie było to nakazane. Jadła co dawali do końca, choć nie smakowało, nie narzekała, nie skarżyła się. A przecież miała swoje ulubione i znienawidzone. Przecież była kimś. Przecież była ukształtowaną osobą…

… znaczy wiedźmą.

Słuchawki pomagały. Udawanie, że świat istnieje wyłącznie w innych wymiarach oraz bez tego pana i tego i tej pary, która najwyraźniej zmierza w jej stronę i coś chce. No przecież i tak była na wpół ślepa, miała prawo niczego nie widzieć, czyż nie? Przecież choroby zwalniają z obowiązkowości! Koniecznie!!! Ale Wyrzut Sumienia zawsze i tak miał z niej ubaw. Totalny, doskonały i ogromniasty. Nawet już za nią nie musiał nigdzie łazić. Leżał sobie w Chatce i popijał co było. Czekał aż ona wróci. Wiedźma Wrona Pożarta… wciąż zawstydzona. Widzialna i niewidzialna jednocześnie. Albo lepiej. Jak musiała pracować i ten jej komputer ją urażał, a ona czuła się winna… ale miał wtedy ubaw! No po prostu… wiecie, są tacy ludzie.

A może jednak kosmici?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1761

Z cyklu przeczytane: „Pora na śmierć” – … straszny zawód. Po prostu gigantyczny. Nie no, znałam ułomności pisarskie autora, ale opis brzmiał tak intrygująco, obiecywał młodego gliniarza z artystycznym zacięciem, więc się skusiłam.

Na szczęście było na wyprzedaży!!!

Problemów z tą książką jest cała masa. Po pierwsze sucha, dziwnie bezosobowa narracja i niedopracowani bohaterowie. Oczywiście, że mają swoją przeszłość i każdy zdaje się być naznaczony, ale w jakiś dziwaczny sposób… to, co wydarzyło się w ich życiu nie wpłynęło na nich zbyt mocno. Weźmy na przykład onego młodego gliniarza. Niby intryguje go Caravaggio, niby to jego konik, a gdy przychodzi co do czego, chłoptaś jest zwyczajnym idiota, którego charakteryzuje tylko to, że LUBI BIEGAĆ! Czy teraz w każdej książce główny bohater biega? Serio zaczynam tęsknić za Hutchem. Poza tym sama opowieść. Tak zagmatwana, że z jednej strony wiecie na kogo zwalić winę, z drugiej nikt go nie może ruszyć, a z trzeciej… tak w ogóle, to o co naprawdę chodziło? O Kościół, czy jednak grzech? O świętość, a może tylko dziewczynę? Jaki był sens tych morderstw, jeżeli on i tak już był skazany… Ukazanie grzechów Watykanu? Ale ja wiem, że oni tam grzeszą, książek na ten temat cała masa, a ja wierząca inaczej, więc…

Tak naprawdę, to lektura nie do zrozumienia, ciężka i właściwie zbyteczna. Może tylko ten starszy pan dodaje jej pieprzyku. Ech, te buntownicze, wiekowe dusze, zawsze potrafią człowieka pocieszyć!!!

IMG_6451 (2)

Niebieskie morze.

Serio.

Po tylu latach życia. Po tylu latach bytowania jednak nadmorskiego, bo jak tylko jestem z dala od choć widoku onej mokrości, to mnie telepie… no wiecie, mimo wszystkich onych dni i nocy, wieczorów i poranków – sporadyczne… nie widziałam takich błękitów i niebieskości. turkusowatości, granatów, kobaltów, babyblów… i pierun wie czego tam jeszcze. Królewski, pruski, paryski, atramentowy, szafirowy, chabrowy, cyjan, Thenarda, lazurowy, lapisowy, modry, lazurowy… wszystkie były na niebie. Na niebie i na wodzie. Oczywiście pewno było to spowodowane jakimś tam frontem, jakąś oną magią pogodową, bo potem ona pogodowość przeszła na szarą i stalową stronę mocy i olała to wszystko, ale, widziałam.

Widziałam coś takiego, co wyjaśnić mogą ino one paski, co się je dostaje w sklepach z farbami. Jakby ktoś po prosty zdecydował, że jednak coś tam należy zmienić odgórnie na wiosnę i wiecie… wypróbował sobie farbki. Tylko na co się zdecydują? W końcu? A może jednak będą zmieniali niebo codziennie?

A może zwrócą się na różową stronę mocy?

Cały ten niebieski szoł skończył się, gdy nadszedł havgus. Ten oczywiście miał gdzieś one niebiańskości i wszystko zamglił, ale wiecie, tak dziwnie, jak to tylko on potrafi. Przewalał się, tańczył, szalał. Tworzył formy, mienił się, gubił zwoje, potem znowu łapał wszystko do kupy by nagle w końcu zniknąć. A potem, pojawić się od nowa. Mroźny, dziwny powiew, lepka słoność zmieszana ze świeżą słodkością. Naprawdę coś czarownego. Ale i doskonały materiał na każdy horror, serio! Jak komuś w havgusie coś odgryzie coś, to nikt się nie zdziwi.

IMG_1756

Kokorycz się pojawił.

A może pojawiła? Tak serio, to jak to jest z tymi kwiatami? Czy stokrotka jest ino żeńska? A Krokus ino męski? No wiecie… tak serio. Pan Kokorycz ma Panią Kokryczową? A Krokus ino innego Krokusa? Oj sorry, wiosna idzie, a to oznacza, że człowiek za wiele myśli, na zewnątrz ciemności już, deszczyk milusio puka sobie szybki – zboczeniec jeden! Ciekawe, czy one się na to zgadzają. Wiecie, czy wyraziły zgodę? Havgus znowu się zwinął, jasność dziwna przez cały dzień rozbijała się nad Gudhjem, ale druga część Wyspy zaliczyła pomroczność ciemliwą, więc wiecie… jak zwykle.

U nas to zawsze inaczej.

Ale nic to, w końcu o to chodzi.

W sobotę otwierają lody, więc wybaczcie moją radosność dziwaczną. Tak serio, to nie żebym miała jakąś kosmiczną ochotę, po prostu bardziej chodzi o to, że je otwierają. Za tydzień cała reszta rozwiera podwoje i Turyścizna nas opadnie. I… przestanie być tak spokojnie. Wszystko znowu się zmieni. Najpierw powoli „jak żółw ociężale”, a potem już pójdzie. W końcu od lata nie da się uciec, co nie? Nawet lodowce się topią, więc ogólnie zimnolubni jak ja mają przerąbane. Ale, może w końcu trzeba zacząć wcześniejsze pływanie?

Ekhm… razem z tymi, co łowią? Wezmą mnie za havfrue i będzie. Lepsze rozgawory, niż te o UFO. Seryjnie!!! Albo połączą jedno z drugim i zlecą się naukowcy, tudzież wielbiciele sprośności wszelakich i będzie!!! A może warto?

Hihihi!!!

IMG_1750 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Posłuszna Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Wojna Kwiatów…

„Pan Kokorycz napierdalał się z Panem Krokusem… na ostro.

Właściwie nikt by tego nie zauważył, gdyby nie ona… jak zwykle wszystko zepsuła. A mogło być tak ślicznie. A mogło być spokojnie, bo czasem przecież łatwiej nie patrzeć i zwyczajnie pójść swoją drogą. I wiecie, nie być zainteresowanym. Przecież każdy ma prawo do swojego życia, czyż nie? Niezakłóconego czyimiś problemami, dziwnymi zachowaniami, powalonymi ideami i religiami!!! No przecież każdy ma prawo do fotela, kieliszeczka, czy kubeczka z czymś mocniejszym obok, ciasteczka, cukiereczka, albo i fajeczki z nader Zakazanym Ziołem. Każdy… ale nie, ona musiała akurat przyleźć i ich zobaczyć i od razu zainteresować się poranionymi listkami, obsypanymi pyłkami, złamanymi pręcikami i zatkana tubką sztuk jedna.

Musiała.

Rąbane współczucie się w niej odezwało i zwyczajnie zaczęła wiązać i zszywać. Potem się dowiedziała, że Stokrotki stoczyły bitwę na wszystko z Fiołkową Armią, która ledwo co odbiła się od ziemi, więc zajrzała i do nich. Nie rozumiała, a może wszyscy inni rozumieli, a ona tylko nie chciała słuchać? Możliwe, ale najprawdopodobniejszym jest to, że jak zwykle tłumaczyła sobie świat po swojemu…

… Wiedźma Wrona Pożarta.

Słuchawki w uszach ostatnio silnie oddzielały ją od reszty świata. Nie chciała słuchać, nie chciała dyskutować, tak naprawdę chciała różnych rzeczy, ale naprawdę nie chciała… tego wszystkiego. Tego dookolnego chaosu. Tego całego człowieczeństwa. Tego humanizmu niehumanitarnego… tego… co było. Ale nie mogąc tego zmienić, zajęła się rannymi Wojny Kwiatów. Corocznej bijatyki o to, kto wylazł pierwszy, kto wylazł ładniejszy, kto znowu złamał cebulki i kto wypuścił najwięcej młodych… Kto przybrał nowe kolory, kto się samoistnie skrzyżował, kto znowu zawarł dziwne związki i miał zamiar coś spłodzić. Kto od dziś będzie wyższy, a kto dumny jest ze swojej niskopienności.

Proste, wiecie, jak z ludźmi! Choć nie, kwiaty są o wiele mądrzejsze. Gdy już sobie nawtykają i podgrzeją atmosferę olewają swoje wzajemne rodzinności i tylko patrzą w słońce. Niebo. Chmury…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1028

Z cyklu przeczytane: „W ciemnym mrocznym lesie” – … to już było. Nie wiem gdzie, nie pamiętam jak. Na pewno w filmie, na pewno w książce. Wiecie, spotkanie po latach. Nieznajomi i znajomi. Mroczne dookolności, do tego oczywiście ona, główna bohaterka z przeszłością przewidywalną. No przecież to już było…

Ale spróbuję jeszcze raz.

Główna bohaterka jest tak przewidywalna i oczywiście uzależniona od biegania – ach jakie to nowatorskie – plus pisze – co druga bohaterka samotniczka to robi ludzie, że niczego się po niej nie spodziewam!!! Gorzej, gdy akcja się rozwija i dostaje zaproszenie, ja już wiem jak to wszystko się skończy. Ale czytam dalej, bo przecież może jednak. No może jednak ktoś mnie zaskoczy?

Znaczy autorka… ale nie.

Nope, niente, nada… nic z tego.

Brak zaskoczenia.

Totalnie, masakrująco przewidywalne zakończenie. Po prostu to już było. Kotlet nawet nie odgrzewany, co wyciągnięty ze śmietnika i pokrojony na talerzu z nieświeżą sałatką. I tyle. Można przeczytać dla lasu i architektury. Choć akurat ten element przeraził mnie naprawdę, więcej, kurcze, moje koszmary się nią karmią!!! Wiecie, jeżeli może nie jesteście w stanie przewidzieć jak to się skończy, to polecam. Lekkie, mało logiczne może, ale czytadło jak czytadło.

IMG_6448

Spaceruje się…

Czasem mi się wydaje, że ludzie tutaj robią to z większej liczby powodów, niz zwyczajowi ludzie. Tak jakby tkwiła w nich jakaś dziwna, podświadoma potrzeba, że muszą wyjść z domu, odrzucić codzienność, zawalić domowe obowiązki, które przecież mogą poczekać i wyjść. Czasem nawet nie zastanawiają się gdzie iść. Znaczy, w którą stronę. Czasem po prostu pozwalają nogom się prowadzić. Przechodzą obok wciąż pustych domów, wciąż niepełnych domów, zamkniętych okien. Po prostu idą… przed siebie. Bez celu, bez miejsca, w którym muszą się pojawić, a może jednak mają takie miejsca? Bo przecież każdy ma swoje ulubione miejsce. Takie, które jakoś go ładuje. Może to i dowód na to, że jesteśmy li ino maszynami?

Po prostu wstajesz i idziesz.

Czasem chcesz coś zobaczyć ponownie, czasem coś cię przywołuje, a czasem… nie zwracasz na to uwagi. Po prostu idziesz. Jakbyś miał wydeptać pewną, tygodniową ilość kroków. A może tylko robimy za tych, co utrzymują Wyspę w jednej pozycji, bo jeśli nie będziemy chodzić, to ona poleci… więc idę.

Mokry pies wpada na mnie i jakoś, w dziwaczny całkiem sposób po raz pierwszy od dawna sprawia, że się uśmiecham. Pewno, że wracam do domu z mokrymi gaciami, ale co tam… czy to jest ważne? Czy to ma znaczenie? Przecież Turyścizny wciąż niewiele, więc nikt mnie nie będzie oceniał. Tutaj zwyczajnie nikt tego nie robi. Nie obchodzi mnie co nosi sąsiadka, kompletnie nie interesuje co ma teraz na sobie, gdy idzie na spacer. Bo przecież to nie ma znaczenia. Tak naprawdę w tym miejscu to, co ma znaczenie…

… nie jest znaczeniem.

IMG_1005

Gråmyr jest taki cichy o tej porze roku. Nie no, oczywiście, że ptaszki śpiewają. Listki buzują w pączkach, pojawiły się pierwsze kwiatki na gałązkach drzewek owocowych… ale cisza muska człowiekowi wszystko co na zewnątrz i co wewnątrz. Czyści trybiki, jakoś tak natłuszcza to i tamto, osusza coś innego. Pozwala wpatrywać się w przyszłe żabki i tego psa, co zmoczył mi portki. Tyle radości mieć z rzuconej piłki w wodne odmęty i pogoni za patykiem… kurcze, może tak spróbować? No może?

Pobyć psem raz?

Nie chce się stąd wychodzić. Czasem człek myśli, że może dobrze by było zapuścić korzenie i zostać drzewem, ale i u nas są porąbańcy, więc możliwość wycięcia istnieje. Ale przecież fajnie by było, gdyby tak ptaszki wiły sobie gniazdka na naszych gałęziach, czuć buzujące soki, widzieć te własne cudowności powstające z naszych, zdających się przez zimę martwymi, rączek… znaczy gałązek. Tak po prostu być i pozwalać naturze robić z nami, co się zwykle robi z drzewami.

Prostota życia…

Ale jak tu myśleć o prostocie życia, gdy UFOki nadal w natarciu!!!

No serio!!! Jak tutaj po prostu być tylko onym Wyspiarzem, który pada na pyszczek zadziwiony odcieniami błękitności i niebieskości powstałymi nad morzem? No jak? Może i naprawdę proste z nas ludki. Z tych wszystkich, którzy wybierają Wyspę? Albo tych, których Wyspa sama wybiera? A może jednak mamy to w krwi po jakichś dziwnych przodkach, nieznanych całkiem. Może tak odległych, że zostawili w nas wyłącznie to pragnienie bycia tutaj i spacerowania. Wydeptywania ścieżek, podążania tymi, które pozostawiły zwierzęta…

Po prostu.

IMG_3786 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wojna Kwiatów… została wyłączona