Pan Tealight i Zbrodnia Wielkiego Przypadku…

„No właściwie, to przecież to był przypadek. Przypadek wypadzik i tyle. A jednak oskarżono go o zbrodnię i jakoś tak już zostało. Głupio było się tak ciągle tłumaczyć, zresztą za grzeczny był by się bronić… Niektórzy dość szybko zaczęli mówić o Nocy Wielkiej Zbrodni Tego Sezonu, ale na co Wielkiemu i tak już Przypadkowi taka sława? No przecież on sam z siebie raczej sławny. Każdy zbyt często zastanawia się czy to on, czy Rąbane Fatum na Sterydach? A może jacyś Uśpieni Bogowie postanowili zabawić się jego życiem? Nie… zwykle zawsze pada na Przypadek. Wiecie, no durnie tak wierzyć w te junikorny i inne tam nieopisane. W te plany i mapy oznaczone jako: tam żyją bestie i prawdopodobnie ona mało pobudliwa wiedźma, która jednak i tak potrafi naprawdę człowieka zjebać w kilku językach.

I to straszliwie donośnie.

Ale zwalili na niego.

Mówiono, że może to tylko tak na razie? Może ludziom przejdzie i zaczną myśleć trochę bardziej i trochę mocniej i jeszcze… jakoś tak częściej, bo ostatnio to im mózgi rdzewieją, a inni to w ogóle stali się karmicielami zombiaczanych głąbów. Bo mieli zbrodnię. Zbrodnię na Wyspie i choć zahaczała ona bardzo mocno i usilnie o kontynent, to jednak, jakoś tak, no po prostu… zwalili na niego. Nie zebrali faktów, olali dowody, gdzieś mieli nawet kryminalne opowieści od Agathy Christie począwszy… Jakoś tak po prostu wiecie, wygodniej było. I ładniej to brzmiało w gazetach i wywiadach… a do wywiadów wiadomo, większość ludzi to aż nazbyt chętna.

Przypadek nie był chętny.

Skrył się gdzieś mamrocząc, że jest jedynie miernie ucieleśnioną figurą stylistyczną i definicją Poszarpańca… i oczywiście ono gdzieś musiało być w Szafie Wiedźmy Wrony. No przecież za łatwo by było, gdyby było inaczej. Zmieścił się, rozmościł, lekko skrzywił na pachniucha różowego, ucieszył z miękkości Śniącego Plemienia Pluszu oraz wszelkich, ale nielicznych ciuchów… i postanowił, że nie wyłazi. No przecież go nie wyciągną? No jak? Niby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Namiestnik” – … bomba. Nie wiem dlaczego, bo przecież Przechrzta uchodzi za pisarza raczej dla facetów, ale ten cykl jest mój. Cudowny. Intrygujący! Do zakochania się w każdym bohaterze!!! Niekoniecznie tym względnie pozytywnym.

Tum razem sprawy zabrnęły dalej.

Rosjanie wyjechali, nowi najeźdźcy oczywiście mieszają w szykach naszego alchemika. Ale gdy trzeba uratować dziecko… ten rusza. Zresztą, czyż po tamtej stronie nie czeka na niego przynajmniej jeden przyjaciel? Tylko jak tu być przyjaciółmi, gdy dzieli was tak wiele? A jeszcze więcej wisi nad głowami?

Powieść jest niesamowita.

Universum stworzone przez Przechrztę oferuje tyle zmiennych, że nie da się niczego przewidzieć. Do tego dobro i zło, które jak zwykle rozmywa się w szarości, tak bardzo po ludzku. Wynalazki, przyjaźnie tak dziwne, kolejne magiczne słowa, ponowne wyzwania, ale też i miłości, bo przecież przede wszystkim jesteśmy ludźmi… może żołnierzami, ale jednak, przed wszystkim ludźmi.

Tylko jak żyć ze sobą?

Jak walczyć z rodziną. Choćby taką mocno naciąganą?

Najpierw chwyćcie za „Alchemika”, a potem dajcie się porwać!!!

Maryjka na Wyspie.

No hodują. Przyznaję, że podejrzewałam, że to robią. Nosz przecież miejsce idealne!!! Pogoda cudowna, no i wiecie, każdy tam jakąś szklarenkę ma, a nawet na oknie od tyłu se roślinkę może postawić, więc co w tym złego. No dobra, ta pani, to akurat miała tego sporo, ale przecież może miała takie spożycie?

Jakby nie patrzeć, to kurcze ekologiczne, co nie?

Nie wiem… z marihuaną jest tak, że jedni są za inni przeciw, a jeszcze inni wciąż nad tym myślą i to jestem ja. Najpierw potrzebuję faktów i badań, ludzi, dowodów. Wiem jedno, jak roślinka, to problemy mogą brzdękać wyłącznie w dawkowaniu, niczym innym. No chyba, że sromotnikowy, to wiecie. No umarł w butach przed narodzinami. Na pewno to zdrowsze niż cholerstwa, które nam dają w onych pigułkach. Serio! To wiem na pewno. Zażywam w końcu!!!

Ale z uprawą wszelaką chyba jakiś większy problem i ogólna nagonka. Oto i druga pani, u której znaleziono kontrabandę… ale ino dwie roślinki. Serio, trzeba robić taki raban z powodu dwóch roślinek? A może pani ma jakieś choroby? A może pani ma bóle? A może to na depresję? Może i sama powinnam spróbować zamiast kurcze łykać te świństwa?!! Wyjaśnijcie mi jednak coś innego. Wszystko znajduje się u osób w wieku mocno średnim, więc kurde trochę to dziwne. Wcześniej problemy były z twardymi dragami, które docierają na Wyspę i podobno psują młodych. Nawet bardzo młodych. Czyżby już przestali nam je dostarczać? A wszystko to babcie Gandzie? No serio!!! O co w tym wszystkim chodzi? Bo jak dla mnie, to ponownie od dupy strony macają sprawę.

Serio.

Jaka szkoda z roślinki na babcinym parapeciku?

No jaka?

Bo widzicie, mi się przypominają kompoty makowe. A potem zniknięte, przepiękne, niesamowite pola maków… i nagle biedne babcie, co se dla kwiatkowości posiały maczki w ogródku pałowane. I te dziwne osobniki, które napadały na ogródki i wyrywały roślinki z korzeniami… ten świat jest porąbany.

Żmije u nas!!!

Nie wiem o co chodzi dokładnie, ale są. Podobno naprawdę są żarłoczne. Aczkolwiek może i nie zjadają człowieków w całości, ale wiecie… uważajcie!!!

Szczególnie, jeśli wybieracie się na Wonderfestivall.

Wszelkie bogi podobno odwołały kiepską pogodę, ale… patrząc w niebo, to powiem wam, że wszystko się może wydarzyć. Ale wiecie, tak to jest, jak się ochotnikom nie płaci. No sorry, ale widać coś nie tak z tym festiwalem, jeżeli kurcze braki są w ochotnikach. Wciąż przyjmują, więc jeśliście chętni na bilet za friko i ciężką, upadlającą robotę, to będzie okej!!! Bierzcie robotę!

Choć to, iż ludzie serio jej nie chcą, jakoś tak zniechęca, czyż nie?

Tak, nigdy nie byłam na tym festiwalu. Ogólnie, to mało festiwalowa jestem. Wiem jedynie, że miejsce odbywania się imprezy zostało zmienione z powodu ciągłego tworzenia onego cuda nad cudyma, czyli wiecie, nowego centrum historycznego przy Hammershusie. Jakby w starym było coś złego. No mniejsza, budują od kilku lat, serio. Burdel wszędzie. Niby intrygująca sprawa, bo przecież będzie z tego i widok niesamowity, ale skał jakoś szkoda, drzew oczywiście też. Niby nie będzie stało na ziemi, niby cud architektoniczny, ale serio? Znowu zaczynamy od dupy strony? Przecież i tak ludzie przybywają tutaj ino w ciągu trzech miesięcy w roku. Nadal jakoś nie umiecie się dogadać co do tego, by przez cały rok być otwartą Wyspą.

Sam prom nie wystarczy!!!

I to z Niemiec.

Tutaj jakoś ludzie zwyczajnie jeśli na czymś nie zbijają względnych kokosów, to jakoś tak wiecie, jakoś tak im się nie chce. Jakoś tego nie widzą.

I oni chcą robić pielgrzymki? I Despasito pielgrzymkowe?

Ech!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbrodnia Wielkiego Przypadku… została wyłączona

Pan Tealight i Szarość Nieklęta…

„Nadeszła sobie po wkurniczającej znaczonej północnymi wiatrami słonowatości i rozłożyła swoje chude dupsko nad całą Wyspą. Tym razem nie owijała go w poliestry, jak to zwykle miała w zwyczaju. Wiecie, w te stare parasole – ale bez drutów, w te wszelkie woreczki przeciwdeszczowe, w których Turyścizna wyglądała jak Szpiedzy z Krainy Muminków. Nie, nie tym razem, tym razem zwyczajnie i naturalnie omotała swoim bawełnianym płaszczykiem wszystko dookoła, jednocześnie nie pozostawiając złudzeń nikomu, kogo oko rzuciło się w jej stronę, że pod spodem to ona jak zwykle nie ma tego czegoś, ale totalne i pełne, bogate w definicje nic. Zresztą, i po co miałaby mieć, jak duszę i płaszczyk ma wielki i wypasiony?

No po co?

Ale nadeszła… po tej wszelkiej, aczkolwiek krótkiej deszczowości, falowości, chmurowości oraz burzanach wonnych. Bez zaproszenia, bo przecież nikt nigdy jej tutaj nie zapraszał, więc przyłaziła i tyle…

Szarość Nieklęta.

Idealna stalowatość Wyspy.

Wszelka popielatość, jasna grafitowość oraz dziwnie brudnawa węglami biel. Przylazła. I wiecie co, wcale nie było to złe. Wcale a wcale, bo choć to Lato było zwolennikiem wszelkiej umiarkowaności, to przecież miło było schować się przed oną jasnością. Jakoś tak dziwnie wszelaki brak ostrego światła sprawiał, że wszystko stawało się wolniejsze, nikt na nic nie naciskał, a codzienność nabierała całkiem innych kolorów i nasyceń. Innych zapachów i aromatów…

Wiedźma Wrona Pożarta naprawdę lubiła szarość, ale sama Szarość Nieklęta zdawała się jej dość specyficznym bogiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Blizna” – … węże. Straszne, przerażające. Nagle pojawiające się w niewielkim angielskim miasteczku. Ale dlaczego?

W ten sposób rozpoczyna się kolejna opowieść jednej z moich ulubionych autorek. Naprawdę ją lubię. Jest tak intrygująco pełna i dopracowana. Nie inaczej jest tym razem. Wiedza dotycząca herpetologii, środowiska naturalnego Anglii, środowisk wężowych i tym podobnych. No i ona… specyficzna bohaterka z blizną. Piękna, a jednak… dziwnie zagubiona. Czy uda się jej rozwikłać zagadkę? Szczególnie przy pomocy dwóch specyficznych, męskich osobników?

Książka wciąga i przeraża.

Dziwnie przypomniała mi „Węże” Mastertona, choć oczywiście jest pozbawiona onych erotycznych, wężowych fajerwerków. Może i nie jest to Lacy Flint, ale jest dobra. Intrygująca. W dziwny sposób, przez jakiś czas sprawdzacie wszelkie domowe zakamarki, tak wiecie, na wszelki wypadek. A zakończenie – niesamowite!!! Tym bardziej, że autorka wykorzystała wszystko to, co mają w sobie małe, angielskie miasteczka.

Wszystko!!!

Tubular bells.

Dobra nie mam słów. Nie no, pewno że ja się nie znam na sztuce, jak mi to ktoś napisał, gdy krytykowałam swoją własną sztukę, albo tudzież stawiać dziwnie niepewny z krzyży złożony stojak, by powiesić na nim jebane dzwonki. No dobra, dokładnie to te rurki wiecie, z oznaczonymi tonami, ale jednak… stawiać coś takiego na górce, w miejscu zamieszkanym, ruchliwym, i w którym, nie ukrywajmy, mocno i cholernie piździ!!! Tak wiem jak się wyrażam. Koszmarnie, ale coraz gorzej znoszę udawanie, iż znoszę głupotę. Oczywiście nic nie wolno powiedzieć, bo przecież to sztuka, ale…

Wyobraźcie sobie kolejny sztorm, a właśnie coraz bardziej się na nie zanosi. Wyobraźcie sobie te wiatry, które nie tylko pierniczą umysły, ale przede wszystkim zwalają drzewa, wyrywają dachówki i sprawiają, iż pożądaną jest u nas zabudowa całkiem niska… i te rąbane rurki!!! Jak te sznureczki puszczają, jak one rurki lecą w kierunku babci, okna, za którym zakochana para, dachu dość słomianego, ściany jeszcze słabej… bez urazy, ale serio? Przecież u nas mało kto gdzieś sobie coś wiesza: dzwonki, kwiatki i tym podobne. Bo wie, że wszystko lata. Krzesła ogrodowe ludzie starają się mieć jak najcięższe, a nawet te wypełnione betonem i piachem stojaki na parasole… są usuwane na okres wietrzny. Nie pomijając oczywiście samych parasoli.

Oczywiście w takim momencie pojawia się ono pytanie: ile znowu za to zapłaciliśmy, bo przecież płaci za to cała Wyspa, a pożytku z tego nic. Turyścizna i tak woli minigolfa, a cała reszta świata nie rozumie po kiego te tubular bellsy. Bo przez większość czasu, dla zachowania chwiejnego bezpieczeństwa, to wszystko jest związane, więc nie gra… ale co się ja tam znam na sztuce, co nie?

Przecież taki rąbany poddany ostatniej kategorii ze mnie.

Wrzosy.

Kwitną.

Śliczne są, kłujące i raczej ino wrzosowe w onej różowo-fioletowej tonacji. Oczywiście zawsze przytulone do skał, które kolorami jeszcze bardziej rozpuszczone. Te to po prostu szaleją barwami! Reszta wciąż oczywiście zielona, w niedalekiej oddali morze, bo przecież stoimy na nabrzeżu, w dół długa raczej droga, po prawej stoi facet i znowu maluje to samo z widzenia. Jakby zapomniał, co namalował poprzednim razem…

Sztuka!!!

Ale to już lepsza ta sztuka, niż to… Żesz kurwa i co? Katole? Na Wyspie? Ale tak serio, to jak? A co z Lutrem?

Już wyjaśniam o co chodzi. Jednemu z polityków się ubzdurało, iż wielką kasą dla miejsc małych i naturalnych są… pielgrzymki religijne. Ekhm, no wiecie, jak do Compostela czy Medjugorie. Oczywiście problem u nas jest to, że… ech, przecież nikt nie wie jak te pielgrzymki są robione. Z tego co ja pamiętam, to nas ludzie przesypiali za Bóg zapłać, a nie za 300 koron! I głośno było i zamieszanie było. I ogólnie mówiąc, korzystało się z wojskowych ustrojstw, a w dzień robiło tyle kilometrów, co obejście co najmniej połowy Wyspy. No ale… Duńczyk wymyślił, będzie ubaw. Stwierdził, że należy otworzyć kościoły – to może i da się zrobić, ale tam msze i tak ino kilka razy w roku, więc nie wiem gdzie księdza znajdziecie, o który nie jest kobietą, bo dla starszych pielgrzymów, to kurcze mogłoby być wstrząsem, taka kobieta pastor. Przełkną, że pastor, ale, że nie ma dyngusa? To już nie. Oczywiście, przejście się dookoła Wyspy to doprawdy mistyczne przeżycie, nawet włączając w to Jons Kapel – które ów polityk też włączył do trasy pątniczej – ale raczej pełne uwielbienia i pokłonu dla ciszy, spokoju i natury, a nie jakiegoś bożka. Innego niż WYSPA! Co jak co, ale Wyspa innych bogów poza sobą nie lubi!

Może się wkurwić, jak nic.

No obaczym jak to się skończy…

Co do łodzi podwodnej, śledztwo trwa. Ciała w łodzi, którą wydobyto kilka dni temu, nie było. Nowe fakty wypełzają na brzeg, a jednak kapitan łodzi siedzieć będzie przez co najmniej miesiąc, więc o co w tym wszystkim chodzi? Z jednej baby zrobiły się dwie, ślady spece mówią, że się rozmyły, a biedna Kate Wall nadal nie odnaleziona. Mam tyle teorii, że łeb pęka, od krakenów i syrenic, po ucieczkę do Ameryki południowej z powodu kartelu narkotykowego.

Przyznam, że to wszystko strasznie dziwacznie wygląda.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szarość Nieklęta… została wyłączona

Pan Tealight i Egzorcyzmy Wiedźmy Wrony…

„Bolesne miało być.

No i zgodne oczywiście z całym filmowym rytuałem, czyli wiecie: rzygi, latania i dziwne głosy. No i jeszcze te kiecki latające wbrew regułom fizyk wszelakich i może te dźwięki. No potrząsania, poszeptywania, trzaskania i jęczenia… ech! Chciała, żeby wszystko było jak należy. Problem był w tym, by wybrać, co z niej wypędzić. No nie żeby na zawsze, wiecie, była przyzwyczajona do swoich demonów, spiritów i wszelkich duchów, ale jednak chciała spróbować tej dziwnej rzeczy…

Egzorcyzmów.

Nie spraszali co do tego jakiegoś księdza, pastora, czy też szamana, bo jakoś nie było potrzeby. Wiedźma Wrona Pożarta nabyła książki odpowiednie, Młot na czarownice i Salem miała obczajone na pamkę, więc stwierdziła, że będzie grała w tym wszystkim dwie role. I egzorcyzmowanej i egzorcysty. Reszta zajęta była robieniem popcornu, ciastek maślanych, herbaty, napojó procentowanych wszelako, oraz też i galaretki, wiecie na wypadek łapania bytów, by im miękcej było, by się wiecie nie pobiły, nie pouszkadzały. Przygotowali najpierw łóżko w Białym Domostwie, ale w obliczu przewidywanego burdelu, który mógł się spojawić, a i niechęci do sprzątania przejawianej przez wszystkich mieszkańców raczej, no zwyczajnie, jakoś tak przenieśli się do lasu, bo wiecie, z Wiedźmy i tak ekologia wylezie, więc i po co to sprzątać. Lepiej zwyczajnie, niech się rozłoży… Jak już wylezie, może i komuś tam zasmakuje, może i komuś się spodoba, wiecie, różne są gusta i guściki…

No to byli gotowi, ale ona wciąż nie mogła się zdecydować. Niby kilka duchów zgłosilo się na ochotnika, ale jakoś się nie czuła dobrze wybierając jednego z nich. Tylko jednego, albo aż jednego. A co jeśli wybierze źle i nawet przez tą chwilę, kiedy nie będą płączeni, to wiecie, jakoś tak nie będzie już sobą?

Dlatego, którego wybrać?

I czy w ogóle warto?

Siedziała tak na łóżku w środku lasu, a mrok powoli zapadał. Większość uczestników dziwnego spotkania już sie zmyła spędzona nocnym chłodem, głodna, wszelako pogyziona przez rónego rozmiaru kwiopijców… no wiecie, każdy jednak najpierw dba o siebie, nie oszukujmy się!!! A ona siedziała i myślała. I siedziałaby tak długo, gdyby nie jej własny, nie GMOowany Chowaniec, który miał dość bycia samemu w Chatce i najzwyczajniej w świecie zawlekł ją do domu, w której właśnie przemówił Wishing Well. I niestety trzeba było go wymienić, a to oznaczało kolejne problemy… i lepiej przed problemami duchów i stateczności Wiedźmy Wrony nie naruszać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zdrajca” – … baja. Cudny. Choć odrobinę przewidywalny. Choć zakończenie trochę trzepie człeka po mordzie. Choć coś w środku odbiera wszelaką nadzieję. Choć…

No ale the show must go on!!!

Czyli Dresden pod ścianą chroni swego wroga. Chroni, bo w niego wierzy. A to oczywiście oznacza modzenie, kombinowanie, walkę ze skórozmiennym, problemy rodzinne i wciąż niesubordynowaną uczennicę. No i pomoc od gliniarzy, bo przecież. Ale za to będzie mógł pojeździć wypasioną limuzyną. Chociaż, on i tak woli inne pojazdy. No i oczywiście znowu skopią mu tyłek i nie tylko…

W tej historii ponownie chodzi o zaufanie, przyjaźń i magię. O poświęcenie dla tych, których się kocha i no ba, no pewno: o tajemnicę. Kolejną. Dziwną. Inną. Wszystko jest oczywiście kontynuacją poprzednich tomów, więc zaczynajcie od początku!!! By poznać dziwnego osobnika, z sercem na dłoni, pokręconym poczuciem humoru i pewnym skrytym pragnieniem, które sami musicie odkryć.

Jak zwykle świetna zabawa.

Recenzja: „Tylko milion”.

Po prostu…

W tym miejscu wolno.

Wiecie. Wyleźć z roboty, zabrać bułę i omastę i pobiec na plażę. Wiecie, zwyczajnie tak. Uwalić się w piach, i przemyśleć sprawę: jedzenie najpierw, czy kąpanie? Oj ta woda taka czyściutka i piękna. Fale niezbyt wielkie, można pływalnie poszaleć, jak nurkujesz cudny ten piasek widać, warkoczowaty takowy w splocie. Po prostu raj. Nie chce się wyłazić z wody, a w końcu, gdy już trochę rozum się okąpie i wiecie, zaskoczy, że niczego nie żarliście właściwie od rana, to wypełzacie na piasek i słabo wam strasznie, ale… nie jest źle. Doczołgacie się do buły z omastą, czy tam sałatki z okrasą i wiecie, łapiecie siły. A potem może jeszcze raz, choć im bliżej wieczora prawdziwego, tym zimniej. Naprawdę zimniej, ale dziś było takie słonko, więc… może zostać na zewnątrz, olać robotę domową i tą, którą z roboty przytargaliście i po prostu skoczyć jeszcze raz w fale. Takie dziwnie ciepłe nagle. W one piaski, w tą ruchliwość wszelaką…

Po prostu popłynąć, popracować ramionami, aż w końcu zaczyna boleć, aż w końcu siadacie na dnie i pozwalacie się falom obijać. Tylko uważajcie, bo przecież kamyczki są tutaj gdze niegdzie obecne. Zawsze uważajcie w wodzie!!! Bo ona jest zwodnicza i lubi i obić i wciągnąć. I po prostu zrobi z wami co chce, jeśli przestaniecie mieć baczenie na siebie i nią samą.

A raczej na nie. Na morze.

A potem… bo przecież jak już tu jesteście, to może na lody. Po raz pierwszy dostajecie dużą porcję softice’ów i kurcze popadacie w marazm. Nie dość, że waży to z kilogram – razem z posypką orzeszkową, to na dodatek jeszcze wielkie jak ludzka głowa. Ale bez włosków. I kurcze wiecie, że nie dacie rady, ale wydaliście 38 koron, więc dacie z siebie wszystko. Zresztą i tak trzeba dotrzeć do tego miejsca, skąd teraz zachody słonka widać najlepiej. I siadacie, kładziecie się, a potem latacie wzdłuż nabrzeża, by złapać te promienie, te kolory na falach, bo dzięki wodorostom wszystko nagle takie purpurowe. Piękne i niesamowite… i macie romantyczny wieczór.

Ech…

Wakacje wieczorne.

Pan Nemo i zaginiona dziennikarka.

Ludzie kryminały o Wyspie piszą i się nie ma co dziwić. Nie dość, że człek sam się rozgląda i sobie notuje to i inne, to jeszcze poczyta w gazetach o łodzi podwodnej rakietowca i nagle się okazuje, że gościa oskarżają o zamordowanie pasażera.

Potem nagle pasażer szwedzkiej narodowości okazuje się być pasażerką. Potem nagle znika, gdy łódź tonie. Właściciela łodzi ratują, a potem oskarżają o śmierć współpasażerki. Nie dość, że mityczny pasażer okazuje się być babą, to jeszcze na dodatek dziennikarką, której nieprzybycie do domu zgłosił kochanek. I nagle sprawa się mota, bo utonął w okolicy, laskę podobno wysadził gdzieś pod Kopenhagą… i jakoś wierzyć mi się nie chce, że nawet w takim miejscu, to jakoś tak nikogo jebany ubot nie zdziwił i laska z niego wyskakująca… a jeśli nikt jej nie zobaczył i jej wysiadania, to może jednak… no i teraz człowiekowi mózg buzuje.

Zabił ją?

A może ona wciąż w tym ubocie na dnie morza…

Niespodzianka!!!

Okazuje się, iż utonięcie nastąpiło na siedmiu metrach, więc będzie wyciąganie podwodnej. Oczywiście wiecie kto za to zapłaci: pan, pani i tak dalej… Serio, wkurzające to wszystko, że niektórzy to mają w dupie i środowisko i cały świat. Aaaa… miałam zacząć od tego, że wszystkiemu winni są ci tumanowaci, co to wysadzają rakiety co roku w Nexø, ale już mi się nie chce. Po ich podzieleniu się na dwie antagonistyczne grupy oczywiście wszystko się dzieje po duńsku. Wiecie, czyli się wali. Bo w Danii to czas trwania wszelkich pomysłów to jeden sezon i tyle. Jak przetrwasz dłużej, to się o tobie nie pisze, więc lepiej zniszczyć coś i zrobić coś nowego. Wtedy napiszą dwa razy… i reklama darmowa właściwie. O czymś w końcu pisać muszą.

Ciekawe czy ona żyje, czy nie? Czy jej ciało uwięzione zostało pod powierzchnią? Nurkowie podobno sprawdzili, ale…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Egzorcyzmy Wiedźmy Wrony… została wyłączona

Pan Tealight i Brudniejsze Okno…

„Lubiła je.

Białe… znaczy może niegdyś białe, teraz poznaczone kanionami i wądołami, kraterami i odpryskami. Drewniane, o czterech, osobnych szybkach i lekko zardzewiałych, biało niegdyś łyskających zawiasach.

Szybkach…

Lubiła je.

Brudne, poznaczone każdym deszczem od zeszłego wieku i kurzem, który jednak czasem odpadał zostawiając dziwne, pustawe kształt, gotowe się przebudzić w każdej chwili i zaryczeć… potwornie. Pajęczyny, ale bez pająków, dziwnie skamieniałe, artystyczne, ale wiecie, od różnych twórców…

Lubiła je.

Ślepe, a jednak patrzące. Jakby wywrócone na drugą stronę, jakby nagle wszystko dookoła nich stało się domem, pokojem, a one oknami świata. Świata wywróconego na drugą stronę. Wcale nieprasowanego, sporadycznie pranego, nieupiększanego, a już na pewno nie tak, jak to sobie ludzie lubili upiększać, wiecie na ich ładnie, nie na okien ładnie. Bo okna miały swoją definicję piękna i zamykała się ona w zdaniu: inne się nam podoba, a jak się podoba, to bierzemy.

Lubiła je.

A one? Cóż… czasem ją zauważały.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ciemniejsze niebo” – … nie wiedziałam. Serio nie wiedziałam, że Skandynawia tak Kanary okupuje. Kurcze… niby rozumiem, ale jednak wiecie, przecież tam w tej Skandynawii takie upały!!!

Opowieść jest… interesująca, ale jakaś lekko niezbieżna. Jakby pomysł był, ale postacie aż nazbyt chciały powalić nas swoją indywidualnością, a cała reszta wiecie, miała utopić w upałach każdego czytelnika. Coś tutaj nie gra. Dobra, pomysł jest intrygujący, dwie linie czasowe, retrospekcje i już wiesz, kto jest zabójcą, ale kurcze, kto, czy też raczej kim on/ona jest? Bo tyle czasu minęło Bo tyle się zdarzyło. Kolejne zwłoki i nasza dziwna para detektywów, tak wiecie po skandynawsku czyli: były glina i dziennikarka. Oni serio na tych kursach z pisania mają gotowe szablony i się ich trzymają. Nie ratuje tego nawet sama wyspa.

Przeczytać można i tyle. Z jednej strony oglądamy intrygującą grupę społeczną. Miejscami powalająco specyficzną, a przecież i prawdziwą, ale z drugiej czegoś tu brakuje. Bohaterka to osobnik, którego chce się rąbnąć w łeb a jej partner to… nie no serio, kolejny glina po przejściach. Nie.

W tej powieści wszystko po prostu nie ma jaj!!!

Recenzja: „Pokój artysty”.

Walić problemy. Walić kolejne wpadki finansowe, dziwne spotkania w sprawie drzewa i smerfowego domka, walmy to wszystko. Bo przecież może i tak za chwilę świat ten cały się zawali, więc… kurde no, nacieszmy się przyrodą.

Nim nam ją odbiorą.

Może i nie lubię lata, ale gęstości nie można mu odmówić. Wszędzie są liście i owoce. Ale to wszędzie. Większość pól już zaorana, na części wciąż jednak jeszcze się płożą dziwnie umęczone patyczki noszące ziarna. Jakby wiecie, już odpuszczały, czekały tylko na zbieracza, który pozwoli im odejść w zapomnienie. Umrzeć. A może tylko się przemienić? Bo przecież to o to chodzi. O wielkie koło natury.

W dół i do góry i dookoła.

Prosty świat.

Drzewa po prawej, po lewej skały.

Tutaj rzeka, tam morze. Tutaj staw, tam stadko owiec, choć wiecie, owce to w wielu miejscach mamy. Nadal policja stara się wymusić na właścicielach psów prowadzanie ich na smyczy, ale przyjezdni mają ich gdzieś – bo przecież należy to robić grzecznie – a mieszkający tutaj w większości albo mają psy albo ich na nie nie stać. Nie oszukujmy się, podatek za tego czworonoga jest ogromny!!! Najgorsze są starsze osoby z wielkimi psami, które są dość natrętne, a nawet i agresywne, albo ci, co to postanowili zakupić sobie szczeniaka i skurczybyk oczywiście jest niewybawiony i niewybiegany, bo oni tylko spacerują powoli… więc wskakuje na każdego i wszystko. Jak na przykład na mnie mokrą, właśnie wkładającą sobie do uszu rozłożone na ręczniku kolczyki. No rzesz. Przemiły szczeniak, ale w cholerę no, nie chcę pogubić moich drobiazgów. I pazury miał nieprzycięte. Bolało jak cholera!!! Ludzie… używajcie mózgów nie tylko do robienia sobie na nich tatuaży, czy też wszczepiania czipów, czy innego shitu!!!

Przyroda…

No tak, w przyrodzie jest pięknie.

Zrobiło się cieplej, więc wiecie ludzie trochę mniej marudzą. Pranie schnie radośnie, roślinki jednak wciąż protestują. Jakoś tak wsio marnieje w oczach. A i mi się ono słonko całkiem nie podoba. Wiem, wszyscy szaleją, a ja mam je gdzieś. No jakoś tak… wciąż zimy wyglądam i tyle. Inaczej nie umiem egzystować. Kompletnie!!!

Wyspa oczywiście żyje Królową. No wiecie, te wszystkie posty o drama queenie, czyli jej małżonku, jakoś tak sprawiają, że spora część Duńczyków z chęcią by mu skopała, co tam się kopie w takim momencie. A ponieważ Królowa przybywa po raz pierwszy nie na dłużej, to jakoś tak się wszyscy podniecają tym i tak dalej. Jak nic nie będzie dni wolnych w robocie z tej okazji, ale co tam, machać flagą i stać trzeba. Może w końcu się załapię na jakieś widowisko? Bo przecież ma odwiedzać tyle miejsc, a jedno po raz pierwszy od wielu lat, więc…

Z trzeciej strony, ciekawe jaka będzie pogoda?

A u was jak, upalnie?

Tak w ogóle, to kibel zaczyna wydawać mi dziwne odgłosy. Nie nadaje jeszcze Radia Maryja, ale czasem mi się wydaje, że jest blisko. Naprawdę blisko. I co wtedy? No wiecie, taką tutaj propagandę siać i w ogóle… trza chyba coś z tym zrobić przed przybyciem Królowej. Nie żeby się miała zabawiać w moich utensyliach, ale jednak wiecie, to jak z tymi świętymi obrazkami wystawianymi wszędzie, gdy papież miał przyjechać. Jest w tym jakaś świętość ogromniasta. Starsza nawet niż one papieże. Bardziej niż on, dziwnie niebiańsko błogosławiona. W końcu władca namaszczony, władca z ramienia bóstw wszelakich, władca z władców… Co to nawet nie może sobie religii wybrać. Dziwne to, czyż nie? Kurcze, właśnie to sobie uświadomiłam, że Królowa nie może się na pogaństwo przepiętrolić. Hmmm… ta korona to cholerne zniewolenie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Brudniejsze Okno… została wyłączona

Pan Tealight i Krowa Księżycowa…

„No tego się można było chyba spodziewać. No wiecie, że będzie skakać i skakać i skakać i w końcu albo nie doleci, ze wzrokiem z czasem dziwne rzeczy się dzieją… albo spadnie, bo wiecie, ono ciążenie się zmienia, albo się jej łapa, tudzież kopyto, złamie, albo się jej to zwyczajnie znudzi! Albo skórka jej się w końcu skołtuni o te spadające meteory, tudzież wiecie, w końcu zahaczy o jakieś pozostałości po Sojuzach, tudzież innych tam Apollach i wiecie, no się podrze troszkę…

Właściwie, to Pan Tealight i Wiedźma Wrona Pożarta w spokojności nocnej ciszy i wszelakich poruszenie wymuszającym klepaniu, klapaniu i drapaniu się, w końcu nocne robactwo też chciało się czymś magiczny pożywić… równowaga w przyrodzie być musi… widzicie, więc w rytm onych odgłosów, po prostu siedzieli i gapili się w górę. Wiedźma Wrona często przy okazji podczytywała co tam miała, jeśli miała i nie mogła się oderwać. A on jak zwykle spijał swoje herbatki z kubeczka… a ona skakała. Znaczy Krowa. Wiecie, ta tam na górze.

Ale teraz ponownie zapowiadali spadające gwiazdy, resztki aktorów i piosenkarzy plątające się po glebie i nawożące ziemie rolne wszelakie, lasy i morza karmiące… tutaj spadnie jakiś Bieber, tam Beyonce, a tam znowu jakaś Madonna czy inny tam di Carpio i Kardashiany. Wiecie, jak tam gwiazdy spadają, to to serio może być bardzo niebezpieczne. Tak oberwać ręką prawą lub lewą, albo wiecie półdupkami wyćwiczonymi, sztuczną szczęką… no to naprawdę może być trudne, więc gdy tylko się na gwiazd spadanie zanosiło. Krowa opadała na trawę przed Białym Domostwem i kryła się w specjalnie dla niej stworzonej szopie z pnących kwiatuszków. Bo przecież no nie mogła ona – gwiazda największa – wiecie zostać tknięta czymś takim…

Obrzydliwym.

Ale oni patrzyli. Choć Wiedźma Wrona, to bardziej sprawdzała, czy niebo się na rogach nie obsuwa i czy nie trzeba czegoś tam podszyć. Połatać, lub wiecie, dosztukować gdzieś, gdzie cięższa gwiazda nie mogła się wiecie, przecisnąć. No i naciągnęła nieboskłon, a on nadal trzymał.

Mocno…

A Krowa? No jak to każda krowa, mleko dawała… niebiańskie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wilcze leże” – … wkurzona. Odłożyłam sobie tę powieść. A raczej zbiorek – kolejny tom w serii – opowiadań niesamowitych.

Przesmacznych.

Cudownych.

Odłożyłam sobie tę książkę na specjalną chwilę i co? I kurde zaczął człowiek i jak zwykle ZBYT SZYBKO skończył. Jak tak można? Dlaczego te opowiadania są takie krótkie? Dlaczego z tymi bohaterami nie możemy pobyć dłużej. Dlaczego są tylko najlepszym cukierasem w całej bombonierce? No dlaczego?

Czyż to nie nazbyt okrutne?

Tak, kolejny tom opowiadań Pilipiuka to cudo! Nie możecie przejść koło tej serii obojętnie. I to niezależnie od tego, czy lubicie fantastykę, czy nie, bo tak właściwie, czy to nie bardziej historia? A może ino gdybanie o przeszłości? Bo przecież mim onej różnorodności, to wszystkie opowiadania jakoś tak zazębiają się z przeszłością. Oną prawdziwą. Oną przez przodków naszych przeżytą…

Warto… jak zawsze. Dla opowieści, dla języka, którym go spisano, dla onej elegancji z przeszłości, dla dreszczyków, dla yntelygencji… dla wszystkiego. Nawet oprawy graficznej, no przeca i ona piękna taka!!!

Czasem tak po prostu człek se jedzie do miasta i se po nim łazi. Tym razem wybraliśmy Allinge. Wiecie, tak popołudniową porą, przy okazji nabywając to, co tam mają tylko i wyłącznie tam… Na przykład najtańsze kartki i magnesy!!! A co, znajomym trzeba wysłać kartki z niebyłych wakacji. A czemu nie. No co? Że z domu? Przecież nie, z Allinge!!! He he he!!! No to się wysyła. Człek łazi, patrzy jakie to zmiany nastąpiły, że tu Netto przebudowali, a tam znowu coś dodali, a tam ujęli… Łazi tak człowiek, popatruje na ściany czadowo żółte lub czerwone, na one zdobienia, te ogródki wbite w beton, niczym jakaś czarowność, która tak naprawdę jest ino ułudą. I na pustkę…

Na kompletny brak Tubylców.

Ale dzięki temu człowiek może po prostu tak sobie popatrzeć na oną architekturę. A zdarzają się tu i cuda i wianki. I dziwny, monstrualny betonowy kloc i czarowne chatynki, szeregowce szachulcowe. I jeszcze trochę drewna, płoteczki króciutkie i malutkie… i te chodniczki takie cudne i barwne w swej kosteczce i oczywista te malwy jeszcze gdzie niegdzie…

No baja!!!

I oczywiście czerwone dachy. No może rzadsze w przypadku onych nowszych willowych dzielnic, ale jednak wciąż bardzo częste. I ten domek z wieżyczką. I ta biblioteka, która już biblioteką chyba nie jest. Nawet nie wiem, czy sprzedali ją za plecami ludzi, czy jednak jej nie sprzedali? Bo jakoś się już pogubiłam w tych naszych koszmarkach wyspowych. Przekrętach i tak dalej… nawet ono częściowe zaćmienie kilka nocy temu jakoś tak złowieszczo nam dokopało.

Ale wciąż najcudowniejsze one domki. Ta cała architekturka. Te kolorki, wąskie uliczki – choć te nie wtedy jak musisz nimi jechać. Ta malutkowość wszelaka, te schodki prowadzące do kolorowych drzwi. Oczywiście w większości we wszelakich odcieniach niebieskości.

Człek oczywiście robi za Turyściznę, bo czemu nie poudawać tak dla zabawy. n i wiecie, by poczuć się Turyścizną, choć mu ni urlop ni wyjazd jakowyś nie przyznany. Jakoś tak widać nie zasłużył i tyle. Choć, czy na pewno? A może to klątwa jakowaś? Jak to, że po sklepie z cukrasami ino cudowny, lepki zapaszek anyżku pozostał?!! Już zamknięte. No jak mogli. Przecież to jeszcze nie noc!!! Przecież ludzie wciąż słodyczy spragnieni! Nie mogą ino na tych krolowych lodach i hamburgerach żyć! No weźcie no!!! Słodyczy nam dłużej trzeba!!!

Ale nic to, moje wołanie po próżnicy. Powącham se powietrze i właduję się do magicznego ogródka… oczywiście dyskretnie i nie cieleśnie, z zoomem tylko, bo ogródek piękny taki, do tego domek przypięty do zbocza – co prawda wyasfaltowanego, ale jednak. Z jednej strony maciupki i niziuki, z drugiej jednak spory i pełnowymiarowy. A przy nim ten ogródeczek. Między ścianą domu a asfaltem. Pomiędzy kompletną bezzielonowością, a cegłami. Czarowny z hortensją wielką, groszkami, z malwami i wszelaką, rajcującą Boginię Kiczowości, rozpasaną posiadanowością wszelakich rzeź. Trochę Grecja, trochę Rzym i trochę niemieckie krasnale.

No po prostu baja!!!

Fajnie tak połazić.

Wiecie, tymi zakulisami miasteczek, na których nikogo nie ma, bo przecież i po co ktoś miałby tutaj zaglądać? Ni sklepów tutaj, ni znowu jakichś knajp prowadzonych przez kopcących imigrantów. No czemu oni tak kopcą i to siedząc przed drzwiami swych interesów. No serio to jest straszne!!! Całkiem zobrzydzające. Nie rozumiem dlaczego się dziwią, że nikt nie przychodzi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krowa Księżycowa… została wyłączona

Pan Tealight i Havgus Nieskromny…

„Świntuszy chyba raczej?

No bo serio, coby takie kształty robić? I tak to wszystko publicznie pokazywać? W WIELKIEJ formie? Wiecie, tak nad polami, między płoatkami i chatkami, przerzucać je pochylone, atakujące przez drogi i ścieżki, przez asfalty i bite trakty. Ponad drzewami, ale też i jednocześnie przez ich korzenie, przez pnie, gałęzie i liście, a nawet owoce, jeśli oczywiście je miały…

Zahaczał o otwarte okna, dobijał się do tych zamkniętych. Stukał do drzwi, używał dzwonków i kołatek, przycupywał na stopniach, przysiadał na poręczach i zabawiał się z każdym kwiatkiem. Zboczeniec!!! Lizał nawet ściany, muskał kominy i zabawiał się z praniem pozostawionym przez naiwnego golasa. Bo wiecie, mógł. Bo przecież kto miałby go zatrzymać? Zresztą nawet jeżeli, to jak?

Jak zatrzymać mgłę?

Ułapić, ucapić i zapakować w słoiki? Ale w weki, czy takie dopełniane wciąż i wciąż? A może jednak pudełka? Albo balony… wtedy wciąż by mógł je wypełniać i wznosić się, ale pewno robiłby wypustki, co nie? Ech, z nim to serio nigdy nie wiadomo! To trzeba zobaczyć, by uwierzyć. Te kłęby w kształtach dość anatomicznych. W dziwnie ruchomych wariacjach, doprawdy pornoistycznych.

Bo on taki czasem jest.

Nieskromny.

Bo wie, że nikt i nic nie jest mu w stanie przeszkodzić, a nawet, wiecie, zabronić mu czegokolwiek. Bo on jest siłą, która się rodzi i rozbi to, co chce. I wypełnia co chce i tyka, co mu się podoba. I w ogóle nie podlega jakimkolwiek ograniczeniom, jak już się narodzi, musi wybrzmieć do końca…

Po prostu. Są i takie siły w przyrodzie, naturze, magii…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Cena wolności” – … bleee. Serio, jeżeli ktoś się nie domyśla początku, środku i końca książki po pierwszych rozdziałach, to chyba czyta po raz pierwszy. Książka jest przewidywalna, nice product placement, a poza tym bohaterowie są… lekko mówiąc mocno kijowi. Pomijając fakt niedopracowania.

Książka jest przewidywalna, mimo akcji miejscami nudna i powtarzalna. Do tego spisana jak lekka reklama sprzętu do wszelkiego przesłuchiwania, podglądania i… Wiecie co, z jednej strony nasza bohaterka to prawdziwa heroska, ale problem w tym, że ona na Libertadę nie wygląda. Cakowicie. Jest zwyczjanie nieprzekonująca!

Naprawdę nie warto.

No dobra… podobno ma się trochę ocieplić, czy coś. Ja tam nie wiem, przecież w słonku wali nieźle i w ogóle. Naprawdę jest to przeprzyjemne lato, czemu wszyscy marudzą? Garść Polaków skarżyła się na wiatr, co to śmiał im w szprychy wiać, inni znowu jęczą, że nie traktuje się ich jak króli. No ja nie wiem. Jakoś Wyspa zawsze była tym miejscem dla tych na wpół dzikich. Niektórzy przybywają tutaj prawie od pięćdziesięciu lat i to na ten sam camping!!! I jakoś nie marudzą, więc o co chodzi?

Że starszym mniej luksusów potrzeba?

Nie wiem, ale w tym roku mniej ludzi w dziczy, mniej spacerujących, za to w spożywczym chyba niektórzy biwak niedługo rozbiją. Siedzą na minigolfie i nie chcą ni poznawać, ni odkrywać, dziwnie znudzeni, zblazowani. Przerażający mnie. Jakoś tak obrażeni, kompletnie niezadowoleni z tego błękitnego nieba, malw, kolorowych ścian… spokojności i lodów w sporych rozmiarach…

Wiecie co, nie rozumiem dlaczego. Może i dla mnie rzeczywiście najwyższym onym dobrem jest spokój i cisza. Zieleń, wszelaka dzikość, natura. Mogę podglądać bąki w malwach, jak przenoszą te pyłki na swoich łapkach i futerkach. Wiecie, niczym takie małe misiaki. Mogę spędzić godziny oglądając ich ciężką pracę. I to w jaki sposób potrafią postawić się wiatrom. Jak bardzo im zależy na tym, by no… zapylać i zbierać. A może zapylanie, to tylko produkt poboczny? I te malwy, które już powoli znikają, ale zamiast nich są przesłodkie kępki groszków – w większości pachnące, jarzębiny już gotowe na naleweczki, no i śliwki!!!

Wiecie, przechodzimy w owocowość. Ciekawe jak będzie z jagodami. Znaczy wiecie, tymi wielkimi, niebieskawymi o dziwnych, jasnych środkach, ale hodowanych tutaj. Czy będzie urodzaj, czy nie? Bo sucho pieruńsko znowu się robi, a na dodatek jebane mrówki mnie atakują! Zeżerają mi roślinki, spotkaliście się z czymś takim?

Obraziłam się na nie!!!

Ponieważ miałam doła mega, bo wsio mi wykupili, wiecie, u nas sierpień, to już przeceny i koniec sezonu… wybrałam się w końcu do Bülow, do jej szklanego emporium. Wiecie, onego miejsca w Svaneke, gdzie możecie sobie wybrać szkiełko, nakleić na nie cuda wszelakie, a potem to wypiaskować. Oczywiście poszłam w misie polarne. Następnym razem chcę koniecznie domki z gwiazdkami!!! Hihihi… no mówię wam komiczna zabawa, ale jak się wam łapy nie trzęsą i traficie na moment, w którym nie będzie wielkiego natłoku ludzi. Zresztą i tak większość chyba woli paciorki. Szklane w większości, w rozmaitych, niesamowicie czadowych kolorach… macie takie rureczki pocięte, albo gotowe gwiazdki i serduszka. Siadacie w ciszy przy drewnianych stolikach, z tyłu zieleń za oknem, po lewej półki ze szklanymi pojemnikami, a wy sobie pleciecie co chcecie. Może coś na rękę, może coś na szyję? A może jednak coś gotowego… nie, w końcu największa zabawa to wybieranie szufeleczką tych paciorków.

No po prostu baja, jak ktoś lubi te klimaty.

Ja poszłam w świecznik. W polarne misie… naklejanie to jednak jedno, potem sami sobie musicie szkiełko spiaskować. Wzięłam niebieskie, wiecie, tak niebieskie jak one lodowce Grenlandii. Może i misiów troszkę zbyt wiele, światło więc jest bardzo jasne, ale człek wiecie niepieniężny, więc chciał wykorzystać wszystko. Pewno, że wolałby pokombinować i może kiedyś będzie go stać, ale jednak na razie miał ograniczone fundusze. A nalepki drogie pieruńsko.

I raczej niemieszane…

I wiecie co, powiem wam, że warto.

To taki powrót do dzieciństwa, zabawa, no i miejsce, gdzie światło czasem jest niesamowite i serio można cyknąć cudne foteczki! I mówię to ja, osobnik, który jednak nie przepada za szkłem. Ale to takie grubiutkie, masywne, porządne… może pożyjemy razem długo? A może następnym razem poszalejem?

Hihihi.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Havgus Nieskromny… została wyłączona

Pan Tealight i Bosonoga…

„… bezbutna.

Bezskarpetna i bezpończoszna. Ale obranzelotkowana. Bo przecież trzeba mieć swoją dumę, co nie? A sreberko dookoła kostki tak ślicznie wygląda, no i podkreśla lekko obgryzione, ale malowane we wzorki palce u stóp.

A tak…

Sięga tam!!!

Bo po prostu jakoś tak widzicie, ona nie mogła w butach. Skarpetki ledwo co znosiła, a i to wyłącznie mroźną zimą, która tutaj na Wyspie sporadycznie się zdarzała. Jakoś tak wiecie, wsio było raczej pomiędzy. Ona jednak była pewna, że jest i będzie Bosonogą. No ale tak to chyba jest, gdy się po prostu czuje wszystko stopami. Gdy to one mówią jaka pogoda, jaka nawierzchnia, jaka myśl, marzenie, pamięć… Mówią jacy ludzie przed tobą i jacy za tobą i gdzie uciekać, a gdzie nie sikać. I których miejsc naprawdę unikać. I to najlepiej wyraziście i zawsze.

Naciskali na nią, więc zaczęła nosić długie spódnice. Szeroki i kwietne, zasłaniające stopy prawie całkowicie. Do ego tatuaże. Wiecie, takie na poły zmywalne, henna czy inne jakieś tam mazaki. Zwykle Ojeblik – mała, ucięta główka siadała i pisała jej coś na nogach, tymi grubymi mazakami, które Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki tak kochała wąchać… narkomanka jedna.

Klej też lubiła wąchać i lakier do paznokci…

Bosonoga właściwie nie miała żadnych dziwnych mocy. po prostu jako druga ze znanych Panu Tealightowi kobiet, nie szalała na punkcie obuwia. Wiecie, Wiedźma Wrona miała dwie pary!!! W tym jedne na nogach, a drugie to zwykłe adidaski, więc niezbyt w tym obcasów i wszelakiej lakierowatości! Bo w tym całym świecie wydawało się, że buty są takie ważne. Wiecie, zawsze do pary, niektóre tak drogi jak samochody, czy domy. Inne znowu aż nadmiernie modne i widoczne wszędzie. W tych nie dawało się chodzić, w tamtych znowu ogólnie można było tylko stać lub siedzieć. A te zakładało się tylko na chwilę, a potem zdejmowało i podziwiało… jakby było w nich coś dziwnego…

Magicznego.

A może chodziło tylko o bunt? Może ona tylko w ten sposób potrafiła powiedzieć nie, bo poza swoją bosonogością była i ślepa i głucha i niema… ale miała najpiękniejszy na świecie uśmiech. Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Skrytobójca błazna” – … czekałam. Naprawdę czekałam. I to bardzo długo. Liczyłam tomy tego wznowienia, ślicznego w swej twardości, ale też dziwnie powolnego…

I się doczekałam!!! I wiecie co, pojawił się strach, że przecież zaraz może się wszystko zawalić. Bo z czasem człekowi gust się zmienia, z czasem autorowi się i bhaterzy…

,,, nudzą i…

Ale na szczęście nie.

I choć brak zwierząt, brak starych bohaterów, nic się nie poradzi na upływ czasu. No nie ma mocnych. I nasz przyjaciel się postarzał i zmienił i stracił Błazna. Choć czy na pewno? Czy naprawdę jest aż taki głupi? No doprawdy!!! To ja po tak długiej przerwie od razu się domyśliłam co z czym, a on nie? Jak mógł? Czyżby stracił część siebie?

Powieść wciąga, mami, denerwuje.

Warto.

Naprawdę.

Nawet jeżeli jesteście właścicielami tej zielonkawej serii, wiecie, dzielonej na dwa tomy. Wróćcie do tego świata, czasu, względnej spokojności, rajskości nawet!!! Wróćcie do świata, w którym z łatwością wielu z nas mogłoby zamieszkać. Wróćcie, bo nastało nowe, ale spisane starym sposobem. Tak jak kiedyś. Delikatnie i wrażliwie, a jednak też odważnie i silnie. Przede wszystkim jednak niesamowicie pięknie!!! Bo książki Hobb właśnie takie są. Opisowe i głębokie, mamiące innymi światami, a ludźmi jednak dziwnie podobnymi. A może… może coś was jednak w tej kontynuacji zaskoczy? Może nie jesteście mną i poczujecie się strwożeni nawet? Bo choć brak zwierząt – bardzo – to jednak to ta sama stara opowieść. Niczym niesamowity obraz w pięknych ramach, w którym w każdej chwili można się spodziewać magii.

Oczywiście serię należy czytać od początku. Inne czytanie sensu nie ma. Głębię sie traci…

Książki nowiutkie, pachniutkie, smaczniutkie!!! Nom nom nom.

Ale kiła i mogiła.

Początek sierpnia to prawdziwa tropikalność przetykana dziwnym północnym wiatrem. Po prostu idzie uświergnąć. Najpierw trochę popadało, potem przez chwilę duchota i zimno… piekielne, pieruńskie, milusie zimno, a potem znowu duchota. Co najbardziej dziwaczne? Gorąco robi się późnym wieczorem. No chyba ich tych Płanetników pogrzało, czy co? Nie daje się tego wytrzymać. To tak miesza człowiekowi w głowie, że zapomina kto jego królową…

A mówiąc o królowej, to są problemy z królewskim małżonkiem. Wiecie, podobnie jak w przypadku Elżbiety II nastąpiło ono tarcie w stylu: ja się nie będę kłaniał, jesteś moją żoną i tak dalej. Duńska królowa przez lata uciszała i ugłaskiwała swojego męża, ale tym razem sprawa jest poważniejsza, gdyż wieczysta. No chodzi o pochówek. Wiecie, królową położą w głównym kościele: katedrze w Roskilde i tyle. Tam gdzie innych. Będzie leżała pomiędzy rodziną, ale mąż… Okazuje się, że spora część ludzi myślała, że on chce się złożyć, czy raczej rozłożyć, no razem z nią. A tutaj bombka wybuchła, że nie. Że on sobie nie wyobraża co prawda życia gdzieś indziej i chce być przy królowej, ale jednak lata dyskryminacji i to w takim kraju jak Dania – czytaj: nie zrobiliście mnie królem, to dla niego dość. Co prawda jest już na emeryturze, no ale… Jak dla mnie logiczna sprawa. Spędzasz z kimś życie, kochasz go, więc jeśli wierzysz… kładziesz się przy niej/nim. No ale zgodnie z protokołem miało być Roskilde i nie będzie. Ciekawe jak nasza królowa się poczuła. Bo ona zbyt często robi dobrą minę do złej gry. Wiadomo, nie ma wyjścia. Ciekawe jak to rozwiążą w Anglii? Po tym jak książę angielski przeszedł na emeryturę i dość słabowicie wygląda, zresztą błagam, facet jest wiekowy, więc można się spodziewać, no wiecie… jego śmierci. No to… jak to będzie? Co będzie? Gdzie Filipie? I gdzie Henryku? Choć, gdy się ma za żonę głowę kościoła, to chyba jest inaczej, co nie? Przymusi go i tyle. Śmiesznie tak… jak nasz ksiądz, znaczy pastor kobieta. Niby człeka nie interesuje ni kościół, ni gadanie, ale chciałby dla samej ciekawości zaspokojenia zobaczyć ją w akcji…

… jak nic wybiorę się na mszę.

Polak to jednak chowany na męskich księdzach, co nie? Ekhm… nie wieloznaczniujmy może tego zdania, co? Proszę… ekhm.

Pożyjemy, zobaczymy. Na razie wiem tyle, że poczytałam sobie więcej o tej sprawie małżeńskiej z 2002 roku, gdy to królowa i książę Danii zniknęli na 3 tygodnie, a potem dzieci zyskały nazwisko i tytuł: de Monpezat. Widzicie, wszyscy mają problemy. Jedni już wieczyste i skarżą się z nich, a inni trzymają je w sobie i tyle.

Gorąco…

Tak w ogóle, to ja rozumiem, że lato, ale roślinki nie chcą słonka. Parzą się i buntują. Zdychają w kontakcie i ogólnie, jakby ktoś nas nie informował o jakichś rąbanych flarach słonecznych, rozbłyskach, czy pierun wie czym?

Słońce ostatnio mnie przeraża i to tak totalnie. Gdybym mogła chodziłabym w jakimś kombinezonie, wiecie jak ci na filmach o wirusach wszelakich. Dziwaczne? Kiedyś człeka cieszyło ciepło na twarzy i las i dzicz, teraz wszystko kojarzy się mu wyłącznie z kleszczami, rakiem i wszelaką zarazą. No jak nic odebrali nam wolność. Nagle zdrowsze są telefony i aplikacje leśne niż zwykłe drzewka? Prawdziwe i naturalne? No serio? Co się z nami stało? Chyba się nam coś popiętroliło, no ale… przecież w telewizji mówili, że to zdrowsze. A nie przychodzi wam do łbów że wsio w tej telewizji i internecie to jebana reklama. Każdy chce coś sprzedać, każdy chce siebie sprzedać…

Ja też. Ale kijowo mi idzie. Nie umiem pobierać opłat!!!

Gorąco…

Morze wzburzone, ale od razu się mocniej nagrzało. Aż człek nie chce z niego wychodzić. Na horyzoncie goły facet i wiecie co, takie to już dziwne, jak człek widzi ubranego. Bo po tej stronie Wyspy to normalka. Jeśli chodzi o przebieranie, to przypominamy, że większy cyrk robicie tworząc one namiociki niż zwyczajnie ściągnąć mokre i założyć suche. Bo tutaj parawanków nie sprzedają. Każdy wraca do siebie z piaskiem w miejscach intymnych i tyle. Wiecie, taka forma pillingu i samoumęczania się.

Tudzież natura…

A natura jest spoko!!! Choć często uwiera lub chce nas zjeść.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bosonoga… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma w Porostkowym Lesie…

„No było jak z tą rąbniętą Alicją. Ale nie do dziury ino na gałązkę… Bo przecież ona nie mogła być tak jak inni. Serio. To parcie na oryginalność miała wszyte w siebie, swoje DNA i wszelaką krwistość. No i komórki tłuszczowe, wiecie… one podobno dobre są na myślenie nadmierne bardzo.

Dlatego nie wpadła w króliczą norę, ni jakąś tam lisią, zajęczą wyleżkę, tudzież coś tam, gdzie coś innego kiedyś depnęło, a co nie zarosło. Omijała jaskinie, bo wilgoć, bo robale, bo chociaż miło i chłodno, to jednak nie chciała, oraz mijała te miejsca pod głazami, w których nigdy do końca nie było wiadomo czy coś jest, czy nie, ale też wiecie… nigdy nie było wiadomo, czy też to nie półdupek trolla.

Wiecie, tego z większych?

No i ona… ona nie mogła tak wpaść po prostu, bez zaproszenia. No nie, nie ona. Ona po prostu została zmniejszona, jeszcze bardziej, a potem podrzucona, zawiana, podniesiona i umieszczona na gałązce, w Porostkowym Lesie. Znaczy wiecie, na gałązce – gałęzi tego lekko krępego dębczaka, na którym były i gałązki i porostki wielkie jak drzewa. I to takie starawe i ogromne… I nigdy tu nie była.

Naprawdę nigdy.

I nie wiedziała dlaczego jest teraz.

Ale było pięknie. Porostki srebrzysto-niebieskie. Doskonałe w swej drzewiastości. Maciupkie miniaturki, które dla niej są zwyczajowymi w wysokości. Ale innymi. Miękkimi mocniej. Bardziej zamszowymi. Pięknymi, obleczonymi w mgłę i jeszcze te opadające, srebrzyste płatki biorące się z jakiejś kompletnie nieznanej bajki. I ona… jakby miała odkryć tutaj całkiem inny świat. Tylko dlaczego?

I po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Milczenie czasu” – … eeee nie. W tej powieści to nic nie ma rąk i nóg. I nie dlatego, że nie czytam serii od początku. Oj nie.

Tutaj wszystko stoi na głowie i macha uszami. Dziwna kwarantanna, która tak naprawdę zostaje niewyjaśniona i coś, wiecie, by się zabawić podczas zamkniętych drzwi i wszelkiego odosobnienia. Najgorsze, że to, to czego szukają jest na tyle logiczne, że zrozumieć można to aż nazbyt szybko. Co gorsza, wszystko zostało spisane dziwnie chaotycznie, dziwnie abstrakcyjnie, bezczuciowo.

Wszystko jest takie niby piękne, a jednak… nic w tej powieści nie gra ze sobą. Z jednej strony mała miejscowość, odosobnienie, wszystko powinno wciągać, ale brak wejścia w ludzi, zrozumienia, dotknięcia naprawdę przyrody, nieodpowiednie słowa, brak wciągającej narracji. Brak umiejętności opowiadania… nie, to na pewno nie dla mnie. Tu nawet nie powiem, że pomysł był fajny, bo tak naprawdę go nie ma. Kwarantanna jest dziwacznie niegroźna, a tajemnicę łatwo rozwikłać. Rozumiejąc przeszłość, tak bardzo wciąż tam codzienną, wszystko winno być ujęte inaczej… a może po prostu ja już niczego nie rozumiem.

Nie dla mnie.

Duszno mi.

Koszmar.

Bleeee…

Tak zaczął się sierpień. Dziwnym dniem. Tropikalną pogodą. Wrzątkiem z nieba, niby lekko zachmurzonego, a jednak oddychać się nie dawało, temperaturą niby nie tykającą trzydziestu stopni, a nie mogłeś myśleć… a potem, po kilku godzinach nagle ustąpiło.

Tak nagle.

To było tak bardzo dziwne, tak pokręcone. Jakby wiecie, ktoś was wkładał na chwilę do nagrzanego piekarnika, zamykał drzwiczki, a jak przestawaliście stukać, albo po tych trzech zdrowaśkach, wyciągali, na chłodek względny. Wiecie, dziwnie względny. Pogoda naprawę w tym roku jest dziwaczna. To już nie zwykła susza, albo chłodne, deszczowe lato, które człek zna z przeszłości, ale coś, co jest dziwaczne. Niemierzalne. Temperatura podskakująca w moment o kilka stopni… co to ma być? Popsuło się nam ogrzewanie, kurek jakiś, czy coś?

Nic to.

Najważniejsze, że algi nie zakwitły, no i pływać można. I to cudownie. W przemiłej, chłodnej wodzie. Na czystych plażach, całkiem właściwie pustawych, choć kilka dni temu był koń. Wiecie, taka wersja mustang, jak od Winnetou. No prześliczny, takie kremowy w brązowe, nieliczne łaty w okolicach części ogonowej. Właścicielka bardzo chyba chciałaby popływał sobie, ale on nie chciał do wody. No strasznie nie chciał. A jak już wlazł, to dawaj się tarzać w piachu. Co jak co, ale na koniach się nie znam, przerażają mnie… jako dzieciak znałam kogoś kopniętego przez konia i kiepski to był widok, znajomość też nikła… więc taki uraz mam. Ale piękny koń o długich włosach, to piękny koń i tyle. Z cudownym ogonem, sierścią dookoła kopyt i grzywą czadową, jak u owcy długowłosej. Właścicielka była młoda i wciąż chciała go w tę wodę.

A on, że nie…

Jak nic mają problemy z komunikacją.

Wiecie co jest fascynujące?

Przez to, że lato jest jakie jest, chłodniejsze, mniej parzące, człek widzi jak bardzo słońce jest niszczące i jak wiele roślin lubi właśnie oną bezsłoneczność, chłodniejszą temperaturkę i wodę. I nagle człek zaczyna wątpić w oną całą słoneczność i w tych spalonych ludzi, co chcą być frytkami.

Bynajmniej u nas zauważalna zmienność w rejonach Turyścizny. Osoby nagle starsze, mniej dzieci, jak już głównie polskie kupujące kartkę dla jednej i drugiej babci, co jest przyznaję, po prostu przesłodkie! I wysyłające też jedną do przedszkola, bo przecież kochają przedszkole i może jeszcze do cioci? No wiecie… ostatnie ludzie, które to jeszcze poza mną robią. Używają poczty.

Wysyłają kartki, piszą jakieś słowa…

Na zewnątrz nocka się robi, w końcu dziś jakaś pochmurność i naprawdę jest ciemno, co jakiś czas nawet coś popada, ale bez wielkiego szału. Spokojnie! Nie to, czym ZNOWU straszyli. Ja serio myślę, że jak będzie trzeba, to kurcze nikt im już nie uwierzy i jak nadejdzie jakaś wielka fala, to przetrwają ino ci, co wciąż czują pogodę w sobie. No wiecie, meteoropaci wszelacy, bolizatokowcy i źlesięczujący i marudzielce

… jak ja…

Sierpień.

Aż trudno w to uwierzyć. Kiedy to się stało? Dlaczego ktoś przyśpieszył ten czas? Kiedy ktoś zaszalał z zegarami i kalendarzami? Może to znowu jakiś spisek sprzedawców, wiecie, sztuczne postarzanie produktu ludzkiego? No serio?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma w Porostkowym Lesie… została wyłączona

Pan Tealight i Uciekająca Wiedźma Niemłoda…

„Wiecie… niby od jej – ich – ślubu nie tylko minęły lata, ale i epoki, niby i wiek właściwie calutki, czas oraz wszelakie kalendarze mówiły do niej, już nie szeptały, krzyczały czasem nawet, że przechodzi, że się marszczy, że… A ona wciąż jednak miała jakąś dziwną nadzieję, uczucie i wszelakie podglądy na przyszłość, że jakby co, to wiecie, się nie da. No wiecie, w białą zapakować.

Nie no.

Pewno, że wtedy chciała i białą i kwiaty – niebieskie – i wszelakie opiewy, ale ino wiecie, te mistyczne, całej reszty to nie. Żadnych bibek, tańców i uprzykrzających wspomnienia poniżających przyśpiewek. Oj nie. Nigdy i never!!! Po prostu. Kompletnie nigdy. Bo serio od tego mdłości dostawała.

A na razie… uciekała od innych rzeczy. Wiecie, od tych niepasujących do niej, od tych, co nie pozwalały jej być sobą, oraz wszystkiego innego. Od kolorowych szmatek, wielkiej ilości butów, od bluz, które nie są czarne, o i bezkapturowe oraz oczywiście od bycia panią w średnim poprawnie wieku. No i wiecie, od tego wszystkiego zwyczajnego i codziennego i jeszcze tego, co jej zawsze niesmakowało. Bo przecież dlaczego? Dlaczego miałaby tak się uśmiercać wewnętrznie zewnętrznością?

Dlaczego?

Bo inni tak robią?

Ale ona nie chciała. Nie pragnęła pojedynczej porcji remulady oraz zwiększonej ilości buraczków w daniu, do którego buraczki całkowicie nie pasowały tylko dlatego, że tak zwyczajnie wypadało… bo taka była tradycja? O tak, od tradycji też uciekała od dnia, w którym zrozumiała, że coś tak uciążliwego istnieje. Chciała uszek codziennie, barszczu czerwonego i odmawiała karpia. A bo co? Bo umiała, bo posiadła oną magiczną wiedzę o tym, że wie czego chce. I to wcale nie zgadza się z tym, co chcą inni. Albo gorzej, co inni chcieliby oglądać w swoim otoczeniu.

… więc uciekała. Już niemłoda, wciąż…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0991

Z cyklu przeczytane: „Sowa” – … Holger Munch i Mia Krüger. Nie ma to jak zaczynać o drugiego tomu serii, ale chyba nie mam problemów, za to z treścią mam.

Wiecie jak to jest jak się wsadzić nazbyt wiele dobrego w już doskonałą zupę. Jak się przedobrzy? Jak nagle się onym dobrym spsuje? No to właśnie taka jest ta powieść. „Sezonu niewinnych” nie czytałam, ale postaram się nadrobić, bo wciąż nie wiem, czy mi się ta książka podobała, czy jednak nie. Czy chcę więcej…

Na pewno okładka ma moc.

Sami spójrzcie.

IMG_5662

Bo w końcu o to chodzi.

O sowę… o człowieka-ptaka, który morduje. Ale dlaczego? I co z tym wszystkim ma wspólnego niby pogański obrządek, czy też młoda dziewczyna? I jeszcze… no właśnie, byłoby jeszcze, ale powieść ciężko się czyta, trzeba ją przeredagować. Kolejny minus, to oczywiście skandynwskość. Chyba tajmenicą poliszynela jest to, iż Skandynawowie zauważyli zainteresowanie ich kryminałami i namnożyli kursów psarskich, które oczywiście tworzą klony znanych powieści. Klony postaci, klony historii. Już nie wiadomo jak rozchlapują tę krew, już nie wiedzą jak tym kościami machać, wiecie… zbyt wiele obrego w już dobrym.

Ta seria mogłaby być dobra… a może nie. Kurcze, spróbuję pierwszego tomu jak się uda, ale jak nie, to raczej chyba nie wytrzymam ich obydwojga. Holgera i Mii. Błagam nie!!! Puszczająca się mężatka, bo przecież po skandynawsku należy zawsze zaznaczyć wolność seksualną, rodzina nierodzinna, rozrzucne pisanie, jakieś takie niezborne…

Nie wiem.

No dobra.

IMG_5661

Ostatnie dni lipca to jakiś koszmar.

Wiecie, te dwa ostatnie. Nie dość, że parno, pochmurno, to jeszcze pada od czasu o czau, a czasem zawieje jakimś dziwnym wiaterem. Ale DMI grzmi, że wieczór, ma być otwartym piekarnikiem nastawionym na co najmniej nagrzane 250 stopni, więc już się boję. Serio. Nienawidzę gorąca. To wszystko dookoła jest nie tylko obrzydliwie ciężkie i gęste, ale tym sie nie da oddychać!!!

Bleeee… i to wieczorem?

No dzień też nie był cudny. Ale takie wrzące przenocne powietrze sprawia, że człek staje się bardzo nerwowy. A tak… bo wiecie, muchy gryzą i te cholerniki maciupkie, czarne takie niczym rzęska, wiecie, co pod kompa szkiełko włażą, łażą po tobie, jakby myślały, że po to tylko jesteś. Wiecie, tylko i wyłącznie po to, by one mogły się na tobie zabawić. Bo przecież po co innego te człowieki mogą być? No po co?

Czy będzie grzmiał i lało? Pewno nie, ale pożyjemy – zobaczymy.

No dobra pogrzmiało.

Chwilkę i raczej boczkiem, ale się liczy, co nie. Oficjalnie 30 lipca uznano za prawdziwie letni duński dzień z temperaturą w okolicach 26 stopni oczywiście na Wyspie!!! No w końcu jesteśmy solskinsøen, co nie?

Trza dokopać za zeszły rok Lesø!!!

IMG_0636

Oczywiście, że pogrzmiało. Raz pierdyknęło tak, że poczułam się jak owieczka, no wiecie, te bobeczki i tak dalej…

Polało nawet ślicznie, umyło szby, ale tylko z zewnątrz oczywiście, ze środka nie chciało, a można było jakąś gąbeczką kurcze!!! Można było, ale nie. Taka to złośliwość rzeczy naturalnie opadowych. Choć z drugiej strony, to ja tam nie wiem, czy człek by chciał by mu siły natury za sprzątanie się brały.

No ale ja tylko o szybkach mówiłam!!!

Nie wiem czy wiecie, ale Wyspa walczy o internet w niektórych miejscach. Z jednej strony większość ma dostęp, ale wiecie, transfer i te inne sprawy jest koszmarny. Powolność wszelaka, Simsy się mi zacinają i do szkoły nie chcą chodzić!!! A to mnie strasznie wkurza! No więc ludzie się zebrali i dalej nagle teraz, wiecie, jak już po ptakach, jak darmowość wszelaka państwowa się skończyła, to się budzą, że oni też chcą interneta! Pewno, że większość dla telewizji i pornosów, no ale ja tam nie oceniam, każdy ma swoje potrzeby cielesne, czyż nie?

No nic, zobaczymy jak to będzie z tą pogodą. Czy będzie parne i duszne lato, czy jednak Wszechświat mi w tym roku upałów oszczędzi? No mógłby, bo ja serio upałów nie znoszę. Naprawdę nie mogę. Nie, wcale a wcale ja nie mogę!!! Domagam się jakieś ekspresyjnej demencji od latowości wrzącej!!! I już. A co. I tak mam pod górkę! I to nie tylko ostatnio, więc dlaczego nie?

No dlaczego?

IMG_0748 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Uciekająca Wiedźma Niemłoda… została wyłączona

Pan Tealight i Mikra Katastrofa…

„No wiecie, całkiem malutka.

Miniaturowa.

Mikruska totalnie.

Maciupcia w rozmiarze wszelakiej Calineczki, tudzież czegoś jeszcze mniejszego… bardzo skromniutka w rozmiarach mierzalnych i wszelako zmyślnie pokręconych. Albo taka po prostu przesłodka. Bo wiecie, jakoś małe to fajniejsze jest zwykle. Popatrzcie na takiego no robala. Małego nie dość, że łatwiej zgnieść i koniec, to jeszcze mniej przeraża człowieka i krzyk mniejszy… jakoś tak. Jednak rozmiar ma znaczenie.

Wielkie!!!

OGROMNE!!!

Ale wiecie, że taka niewielka, nie znaczy, że nie zabolała, gdy się wydarzyła. Po prostu dość zaskakująco zapiekła. Tak wiecie, trochę pokrzywkę pociągnęła i jeszcze tak jak papierem zacięcie, i oczywiście liściem trawy. Wiecie, tak jakoś, że nie czujecie bólu od razu, ale dopiero po chwili. Najpierw jest to drapnięcie. A potem długa ranka. Niby nie wymaga szwów i jeszcze bandaża, ale jednak… jest.

I boli.

Mikra Katastrofa pozostawiła siniaki i uszkodziła psychikę. Zmiotła dobre myśli i nasadziła smutków. Co jak co, może dla większości nic, dla niej była czymś jednak zbyt wielkim, by to znieść. No nie mogła i tyle.  Nie miała już siły, chciała wygranych i wznoszących ją skrzydeł, nie połajanek, a nagród i wszelakiego ku niebiosom unoszenia. Medali i krajek i wszelakich pucharków… i w końcu czeków z tyloma zerami za dziewiątką, że łab pęka w odłamków sztos, a dama z Szalot krzyczy… eee?

Agatha?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1227 (2)

Z cyklu przeczytane: „Chłopiec z Aleppo” – … wojna. Koszmar. Dla wielu z nas tylko telewizyjny, wiadomościowy i trochę może zmieniający to, co widzimy na zewnątrz. Więcej kolorowych twarzy i ubrań, więcej dziwnych dźwięków, więcej… przemocy.

„- Dlaczego zawsze malujesz wojnę?
– Ponieważ można ją malować na nieskończenie wiele możliwości i pozwala na użycie ogromnej palety kolorów.”

Burgund, biel, żółć – oto tytuły rozdziałów. Bo gdy jesteś tak specyficznym młodym człowiekiem, wszystko dla ciebie jest tylko kolorami. Ale nastoletni Adam to tylko jedna strona tej powieści, drugą jest ona – Yasmine. Kobieta, więc brutalnie łatwo przewidzieć, co się z nią stanie… Rozdzieleni szukają siebie, bo przecież to dopiero początek wojny, dopiero…

Powieść jest niesamowita.

Wstrząsająca, policzkująca, ale też i dziwnie zwykła w tym dzisiejszym świecie. Świecie, w którym ludzie zapomnieli, że wojna, to coś najgorszego. Zapomnieli kto jest za nie winny – człowiek, chciwość, nienawiść…

Zapomnieli.

IMG_1724

Miedziane pole, na nim czerwony kombajn. Za kombajnem chmura pyłu, który się może nie zapali, bo przecież deszcz lekko kropi. Czyli wiecie, jak nic czas na dożynki już wkrótce. Przez to, że pogoda nie męczyła nadmiernym oświetleniem, jakoś ten lipiec przemknął i zniknął. I już połowa wakacji. Duńskie dzieci wracają do szkoły… he he he!!! Tak wiem, wredna ze mnie osoba, ale nic na o nie poradzę, że dzieci nie trawię. Nawet z posypką, polewką i jeszcze w zasmażce nurzane. Serio, no nie wchodzą mi!!!

Yuck!!!

Świat jakoś się obrócił, nastał sierpień i wszystko tak naprawdę wciąż letnie, ale jarzębiny, no powiem wam, że już właściwie gotowe! Naprawdę. Można by jakąś nalewkę, czy coś? Nastawić, postawić, czy jakkolwiek napędzić.

Ciekawe jak by było…

W sklepikach nadal ludziności masa, ale wiecie co, w tym roku się na żółty ser tak nie rzucają, aczkolwiek fascynują mnie Niemcy w Lidlu. Szczególnie, że te nasze sklepy, których natworzyli tyle, że łeb mały, to puściutkie. Na pewno nie są takie same u nich, więc wiecie, pojawia się w ichnich oczach jakaś takowa niepewność dziwna, a może i przerażenie? Może w końcu sobie uświadamiają, że ten całoroczny prom z Sassnitz, to nie jest dobry pomysł, bo przecież cóż oni tutaj będą robić, co jeść? Co postować na mediach społecznościowych?

No co?

Może uświadamiają sobie tutaj, że brak ukochanych płatków jest możliwy? Że zupki w kubeczkach zniknęły z półeczek, ukochany jogurt nie jest dostępny, a po serku, bez którego żyć nie mogą ich pociechy ino pozostała tekturowa podpóreczka i napisik na karteczce… I c teraz zrobią? No i te Haslowe domki pływające nie wypaliły, więc ogólnie nie ma gdzie mieszkać?

Buuuuu…

IMG_0875

Jedną z ostatnich wielkich akcji na Wyspie jest kłótnia o to, czemu sztuka nie jest sztuką, a ci co jej nie respektują, to są komuchy, a i w ogóle na niczym się nie znają… oraz oczywiście, czyje lody są najlepsze. Zgrzeszyłam i poszłam na loda do tych italiańców, co się przenieśli bliżej portu i… pożałowałam tego. No wiecie, chciał człek spróbować, by mieć opinię i teraz ją ma, i jest ona obrzydliwa. Po pierwsze rzeczywiście cała mnogość smaków, co raczej dziwnym się zdaje przy podobno homemadzie… po drugie, w konsystencji – niezależnie czy to lody ze śmietany czy sorbet, są takie same. I raczej to dziwne. Na dodatek ona konsystencja dziwnie glutowata, glinowata, klejowata. Smak mało wyrazisty, można się łatwo pomylić, ale przyznaję, że kulki nakładają szczodre i wielkie. Pewno, wiecie, przy takiej cenie…

Jak dla mnie na razie nic nie wygra z lodami naszymi, portowymi w Gudhjem. Są najlepsze, nie szaleją z ilością smaków, a dostaniecie i dodatki wszelakie i rozmiar sami sobie robicie. Znaczy no wiecie, to też miejsce, w którym sprzedają największe lody. Nikt jeszcze chyba nie zeżarł ich tak na jedno posiedzenie. I ich sorbetowe mają kawałki owoców!!! I to nie jakieś dziwnie zmrożone niczym klocki, ale rozpływające się w buzi. Kiedyś była firma, która mogła z tymi lodami konkurować, ale poszli w złą stronę, no i oczywiście jak tylko się przyznałam, że mi nie smakują, to właścicielka mnie pierdoliła, więc nigdy więcej…

Za chamstwo dziękuję!!!

A jak tam wasze lody tego roku? Jakieś zapadły w pamięć? Albo wiecie, odbytnicę? No co! Przecież to, co wchodzi, to też wychodzi.

Niestety czasem równie boleśnie!!!

IMG_0404 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mikra Katastrofa… została wyłączona